2
Pięćdziesiąt mil na południe od Driel, w miasteczkach i wsiach przy
granicy belgijskiej, Holendrzy szaleli z radości. Z niedowierzaniem
patrzyli, jak za ich oknami przeciągają resztki rozbitych w północnej
Francji i Belgii armii Hitlera. Ta klęska była zaraźliwa - za wojskiem
ciągnęły tysiące niemieckich cywilów i holenderskich nazistów. Wszystkie
ich drogi zdawały się prowadzić w jednym kierunku - do granicy
niemieckiej.
Niewielu Holendrów mogło dokładnie określić, kiedy się to zaczęło.
Odwrót rozpoczął się powolnie: przez granicę belgijską najpierw płynął
wąski strumyk wozów sztabowych i innych wojskowych samochodów osobowych.
Zdaniem niektórych Holendrów zaczęło się to 2 września, inni mówili, że
3. Ale 4 września ten ruch Niemców i ich zwolenników przybrał rozmiary
charakterystyczne dla druzgocącej klęski, panicznej ucieczki, która
osiągnęła szczyt 5 września, nazwanego później w historii Holandii
Dolle Dinsdag - "zwariowanym wtorkiem".
Ucieczkę Niemców cechowały, jak się wydawało, popłoch i rozprzężenie.
Zabierali wszystko, co można by nazwać środkiem transportu. Drogi od
granicy belgijskiej na północ od Arnhem - i dalej poza Arnhem - zapchane
były ciężarówkami, autobusami, samochodami sztabowymi, wozami
pancernymi, półgąsienicowymi transporterami opancerzonymi, furmankami i cywilnymi samochodami na gaz drzewny. Były wszędzie, na drogach całej
Holandii, ciągnąc bezładnymi kolumnami, a pośród nich przemykali
umordowani, pokryci kurzem żołnierze na zarekwirowanych w pośpiechu
rowerach.
Tego się nie da opisać - tych wszystkich "środków transportu". W miejscowości Valkenswaard, kilka mil na północ od granicy belgijskiej,
widziano objuczonych niemieckich żołnierzy z trudem poruszających się na
hulajnogach. Sześćdziesiąt mil dalej, w Arnhem, tłumy stojące wzdłuż
Amsterdamseweg przyglądały się czarno-srebrnemu karawanowi zaprzężonemu
w dwa silne konie pociągowe. Przejeżdżał powoli. W szklanym pudle na
trumnę tłoczyło się dwudziestu rozchełstanych, zmęczonych Niemców.
W tych żałosnych kolumnach ciężkim krokiem maszerowali niemieccy
żołnierze z różnych formacji. W czarnych polowych kurtkach szli
pancerniacy bez czołgów, za nimi lotnicy, chyba niedobitki rozgromionej
we Francji czy Belgii Luftwaffe; żołnierze Wehrmachtu, z różnych
dywizji, i żołnierze Waffen SS, których łatwo było rozpoznać po
makabrycznych odznakach - trupiej czaszce i skrzyżowanych piszczelach.
W Sint-Oedenrode Wilhelmina Coppens, patrząc na tych przerażonych
żołnierzy, którymi najwyraźniej nikt nie dowodził, pomyślała, że
"większość z nich nie ma pojęcia, gdzie się znajduje i dokąd idzie".
Niektórzy żołnierze, ku wielkiej uciesze przyglądających się temu
exodusowi Holendrów, byli tak zdezorientowani, że pytali o drogę do
granicy niemieckiej.
W przemysłowym Eindhoven, gdzie stały wielkie zakłady elektryczne
Philipsa, mieszkańcy już od kilku dni słyszeli kanonadę dobiegającą od
strony Belgii. Teraz, patrząc na tłoczące się na drogach niedobitki
armii niemieckiej, w Eindhoven z godziny na godzinę oczekiwano przybycia
wojsk alianckich. Czekali na nie również Niemcy. Frans Kortie,
dwudziestoczteroletni pracownik wydziału finansowego rady miejskiej,
odniósł wrażenie, że niemieccy żołnierze nie mają najmniejszej chęci się
bronić. Od pobliskiego lotniska doszedł go huk eksplozji - to saperzy
wysadzali w powietrze pasy startowe, magazyny amunicji, zbiorniki
benzyny i hangary. Poprzez całun dymu, który niósł się przez miasto,
Kortie dojrzał drużyny żołnierzy w pośpiechu demontujące ciężkie działa
przeciwlotnicze umieszczone na dachach zakładów Philipsa.
W całym tym rejonie, od leżącego na północy Eindhoven do Nijmegen,
niemieccy saperzy mieli pełne ręce roboty. Na Kanale Zuid-Willemsvaart,
biegnącym tuż pod miasteczkiem Veghel, Cornelis de Visser, nauczyciel
miejscowej szkoły podstawowej, widział, jak ciężko wyładowana barka
wylatuje w powietrze, a wokół, jak deszcz śmiercionośnych odłamków
szrapnela, sypią się części silników samolotowych. Niedaleko Veghel, we
wsi Uden, czterdziestopięcioletni Johannes de Groot, właściciel zakładu
naprawy karoserii, razem z rodziną przyglądał się temu odwrotowi, kiedy
Niemcy podpalili dawne holenderskie koszary znajdujące się zaledwie
trzysta jardów od jego domu. Kilka minut później od eksplozji bomb
składowanych w jednym z magazynów zginęło czworo dzieci de Groota.
Najmłodsze miało pięć lat, najstarsze osiemnaście.
W Eindhoven i innych miejscowościach, gdzie Niemcy podpalili szkoły,
jednostkom straży pożarnej nie pozwolono ich gasić. Spaliły się
doszczętnie. Ale w przeciwieństwie do uciekających oddziałów saperzy
niemieccy, jak się wydawało, postępowali wedle jakiegoś planu.
Najbardziej przerażeni wśród uciekających byli cywile - Niemcy oraz
holenderscy, belgijscy i francuscy naziści. Nie znajdowali współczucia u Holendrów. Wyglądało na to, że ze strachu "robią w portki", jak mówił
Johannes Hulsen, farmer z Sint-Oedenrode. I rzeczywiście, pomyślał z satysfakcją, mają do tego powody. "Alianci deptali im po piętach i zdrajcy ci wiedzieli, że nadszedł Bijltjesdag ("dzień topora")".
Tę paniczną ucieczkę holenderskich nazistów i niemieckich cywilów
rozpętał sam Reichskommissar Holandii, osławiony
pięćdziesięciodwuletni doktor Arthur Seyss-Inquart, oraz spragniony
władzy brutalny przywódca holenderskiej partii nazistowskiej, Anton
Mussert. Seyss-Inquart, nerwowo obserwując los Niemców we Francji i Belgii, nakazał 1 września ewakuację niemieckich cywilów do wschodniej
Holandii, bliżej granicy Rzeszy. Pięćdziesięcioletni Mussert poszedł w jego ślady, zarządzając stan pogotowia dla członków swej partii, Ruchu
Narodowosocjalistycznego. Seyss-Inquart i Mussert byli też pierwszymi,
którzy rzucili się do ucieczki - szybko przenieśli się z Hagi na wschód,
do Apeldoorn, leżącego piętnaście mil na północ od Arnhem1.
Mussert pognał ze swą rodziną nawet jeszcze dalej, bliżej Rzeszy, do
Twente, leżącego w przygranicznej prowincji Overijssel.
Początkowo większość cywilów niemieckich i Holendrów ewakuowała się bez
pośpiechu. Ale później rozwój wypadków spowodował potworne zamieszanie.
3 września Brytyjczycy zajęli Brukselę. Następnego dnia - Antwerpię. A teraz czołgi i piechotę brytyjską tylko mile dzieliły od granicy
holenderskiej.
W ślad za tymi błyskotliwymi zwycięstwami sędziwa królowa holenderska,
Wilhelmina, w nadanym z Londynu orędziu radiowym oświadczyła swemu
narodowi, że wyzwolenie jest już bliskie. Jego Królewska Wysokość książę
Bernard, jej zięć, oświadczyła, mianowany został naczelnym dowódcą
Holenderskich Sił Zbrojnych, a zarazem dowódcą całego ruchu oporu.
Wszystkie grupy podziemia z trzech organizacji o różnym nastawieniu
politycznym - od lewicy do skrajnej prawicy - zostały połączone w oficjalne Binnenlandse Strijdkrachten, Wewnętrzne Siły Zbrojne. Po
orędziu królowej trzydziestotrzyletni książę Bernard, mąż następczyni
tronu, księżniczki Juliany, wydał własne orędzie. Nakazywał w nim
ruchowi oporu przygotować opaski "z wyraźnym napisem "Orange"", ale nie
zakładać ich "bez mego rozkazu". "Nie dajcie się ponieść entuzjazmowi -
przestrzegał książę - i powstrzymajcie się od przedwczesnych,
samodzielnych akcji, które mogą zdekonspirować was i prowadzone operacje
wojskowe".
Następne specjalne orędzie przekazane przez radio, wygłoszone przez
generała Dwighta D. Eisenhowera, naczelnego dowódcę ekspedycyjnych wojsk
sojuszniczych w Europie, potwierdzało, że wolność jest nieodległa.
"Godzina wyzwolenia, na którą Holendrzy czekali tak długo, jest już
bardzo bliska" - zapewniał Eisenhower. A kilka godzin po tych orędziach
radiowych Holendrzy usłyszeli najbardziej optymistyczne ze wszystkich
oświadczenie premiera rządu holenderskiego na wychodźstwie, Pietera S.
Gerbrandy'ego. "Teraz - mówił premier - gdy armie sojusznicze w swym
niepowstrzymanym marszu naprzód przekroczyły granicę holenderską [...],
chciałbym, abyście wszyscy serdecznie powitali naszych sojuszników na
naszej ojczystej ziemi".
Holendrzy szaleli z radości, a holenderscy naziści uciekali w popłochu,
w strachu o swoje życie. Anton Mussert ciągle się chełpił, że jego
nazistowska partia liczy ponad pięćdziesiąt tysięcy członków. Jeżeli
było to prawdą, to Holendrom wydawało się, że wszyscy oni jednocześnie
wyszli na drogi. W dziesiątkach miasteczek i wsi w całym kraju mianowani
przez hitlerowców burmistrzowie i urzędnicy nagle się ulotnili, choć
wielu nie zapomniało upomnieć się przedtem o zaległe pobory. Wśród nich
byli też burmistrz Eindhoven i jego urzędnicy. Księgowy magistratu w Eindhoven, Gerardus Legius, pomyślał, że to śmieszne, ale bez zmrużenia
oka wypłacił im pensje. Patrząc, jak w pośpiechu uciekają z miasta, "na
czymkolwiek, co miało kółka", zastanawiał się: Jak daleko mogą uciec?
Dokąd mogą pójść?
Rozpoczął się również run na banki. Kiedy Nicolaas van de Weerd,
dwudziestoczteroletni urzędnik bankowy, przyszedł w poniedziałek 4
września do pracy w swym miasteczku Wageningen, ujrzał przed wejściem
kolejkę holenderskich nazistów. Gdy tylko bank otworzono, z wielkim
pośpiechem zlikwidowali swe konta i opróżnili skrzynki depozytowe.
Dworce kolejowe zalały tłumy przerażonych cywilów. Pociągi odchodzące do
Niemiec były zatłoczone do granic. Młodego Fransa Wiessinga, gdy wysiadł
z pociągu na dworcu w Arnhem, porwał wir ludzi walczących o miejsce w wagonie. Tak bardzo się spieszyli, że została po nich na peronie sterta
porzuconych bagaży.
W Zetten, na zachód od Nijmegen, student Paul van Wely widział, jak
stłoczeni na dworcu holenderscy naziści czekali cały dzień na pociąg do
Niemiec. Pociąg ten nigdy nie przybył. Kobiety i dzieci płakały.
"Poczekalnia - opowiadał później van Wely - przypominała jakąś szopę
pełną włóczęgów".
Podobne sceny rozgrywały się wszędzie, w każdym holenderskim mieście i miasteczku. Kolaboranci uciekali na wszystkim, co mogło się poruszać.
Willem Tiemans, architekt miejski w Arnhem, z okna swego pokoju w zarządzie miasta, niedaleko dużego mostu, widział, jak holenderscy
naziści "walczyli niczym szaleńcy", aby się dostać na barkę odpływającą
w górę Renu, do Rzeszy.
Ta paniczna ucieczka wzmagała się z godziny na godzinę i nie ustawała,
nawet wtedy, gdy zapadł już zmrok. Niemieccy żołnierze, desperacko
gnając ku bezpieczniejszym terenom, w nocy z 3 na 4 września, zupełnie
nie zważając na alianckie ataki lotnicze, zapalali "szperacze" na
niektórych skrzyżowaniach. Wiele przeładowanych samochodów wlokło się
drogami z zapalonymi reflektorami. Wszystko wskazywało na to, że
niemieccy oficerowie zupełnie przestali panować nad sytuacją.
Doktor Anton Laterveer, lekarz z Arnhem, widział, jak niemieccy
żołnierze porzucają karabiny, niektórzy nawet próbowali sprzedać swą
broń Holendrom. Joop Muselaars, kilkunastoletni chłopak, przyglądał się,
jak jakiś porucznik usiłuje zatrzymać pusty samochód wojskowy. Kierowca,
nie zważając na niego, pojechał dalej, a rozjuszony oficer zaczął,
zupełnie bez sensu, strzelać z pistoletu w bruk.
Wszędzie można było zobaczyć dezerterujących żołnierzy. We wsi Eerde
osiemnastoletni pisarz gminny, Adrianus Marinus, zauważył, że z przejeżdżającej ciężarówki zeskoczył jakiś żołnierz. Pobiegł do
pobliskiej zagrody i zniknął. Później Marinus dowiedział się, że był to
rosyjski jeniec wcielony do Wehrmachtu.
Dwie mile od Nijmegen, we wsi Lent na północnym brzegu rzeki Waal,
doktor Frans Huygen w czasie obchodu lekarskiego zobaczył żołnierzy
niemieckich żebrzących o ubrania cywilne. Chłopi ze wsi odmówili.
Dezerterzy w Nijmegen nie poniżali się tak. Często żądali ubrań pod
lufami karabinów. Ksiądz Wilhelmus Peterse, czterdziestoletni karmelita,
widział, jak żołnierze niemieccy zrzucali mundury, przebierali się w ubrania cywilne i ruszali pieszo w kierunku granicy niemieckiej. "Niemcy
mieli już zupełnie dosyć wojny - wspomina Garrit Memelink, nadinspektor
leśnictwa z Arnhem. - Wprost stawali na głowie, aby się nie natknąć na
żandarmerię polową".
Oficerowie nie panowali nad sytuacją, toteż dyscyplina wśród niemieckich
żołnierzy całkowicie się załamała. Rozwydrzone bandy kradły konie, wozy,
samochody, rowery. Niektórzy, grożąc bronią, zmuszali chłopów, aby
wieźli ich furmankami do Niemiec. Na wszystkich drogach, we wszystkich
tych "kolumnach" Holendrzy widzieli samochody ciężarowe, chłopskie
zaprzęgi, wózki ręczne, a nawet wózki dziecięce, pchane przez żołnierzy,
wyładowane po brzegi łupami z Francji, Belgii, Luksemburga - od rzeźb i mebli aż po bieliznę damską. W Nijmegen żołnierze próbowali sprzedawać
maszyny do szycia, bele sukna, obrazy, maszyny do pisania, a jeden nawet
papugę w dużej klatce.
Uciekającym Niemcom nie brakowało jednego. Alkoholu. Ksiądz Herman Hoek
w miasteczku Groesbeek, leżącym niecałe pięć mil od granicy niemieckiej,
widział furmanki wyładowane skrzyniami win i innych trunków. W Arnhem
wielebny Reinhold Dijker obserwował, jak rozwrzeszczani żołnierze
Wehrmachtu, jadący ciężarówką, popijają wino z potężnej beczki, którą
najwyraźniej wieźli przez całą drogę z Francji. Szesnastoletnia Agatha
Schulte, córka naczelnego farmaceuty ze szpitala miejskiego w Arnhem,
była przekonana, że żołnierze, których widziała, w większości byli
pijani. Dzieciom rzucali garściami monety francuskie i belgijskie,
dorosłym usiłowali sprzedawać butelki wina, szampana, likieru. Jej
matka, Hendrina Schulte, żywo pamięta niemiecki samochód ciężarowy
wiozący inny łup: szerokie małżeńskie łoże, a na nim -
kobietę2.
Poza tymi kolumnami, idącymi samopas z południa, ciągnęły też inne, z zachodniej Holandii i z wybrzeża. Ten strumień płynął przez Arnhem i zmierzał na wschód, do Niemiec...
Jan Voskuil, trzydziestoośmioletni inżynier chemik, ukrywał się w domu
swego teścia w Oosterbeek, szybko rozbudowującym się przedmieściu
Arnhem. Kiedy się dowiedział, że jest na liście ludzi, których Niemcy
mają wziąć na zakładników, razem z żoną Berthą i dziewięcioletnim synem
uciekł ze swego domu z odległego o dwadzieścia mil miasteczka
Geldermalsen. Przybył do Oosterbeek w samą porę, by widzieć tę
ewakuację.
- Nie przejmuj się Niemcami - powiedział mu teść. - Już nie musisz się
przed nimi ukrywać.
Voskuil, patrząc wzdłuż głównej ulicy Oosterbeek, widział "jeden wielki
bałagan". Jechało nią mnóstwo ciężarówek wypełnionych Niemcami, ciasno,
zderzak w zderzak, a "wszystkie niebezpiecznie przeładowane". Widział
żołnierzy "zawzięcie pedałujących na rowerach, z walizkami i walizeczkami uwieszonymi na kierownicach". Voskuil był pewien, że wojna
skończy się w ciągu kilku dni.
W samym Arnhem Jan Mijnhart, zakrystian Grote Kerk - bryłowatego
piętnastowiecznego kościoła św. Euzebiusza ze słynną, wysoką na 305 stóp
wieżą - widział, jak Moffen3 idą przez miasto: "po czterech w szeregu, w kierunku Niemiec". Niektórzy wyglądali na starych i chorych.
W pobliskiej wsi Ede jakiś Niemiec w podeszłym wieku prosił młodego
Rudolpha van der Aa, aby powiadomił jego rodzinę w Niemczech, że go
spotkał. "Jestem chory na serce - dodał - i chyba już długo nie pożyję".
Lucianus Vroemen, kilkunastolatek z Arnhem, spostrzegł, że Niemcy są
wyczerpani; "nie mieli ochoty do walki i gdzieś uleciała cała ta ich
buta". Widział, jak niektórzy oficerowie próbują zaprowadzić jakiś ład
wśród zdezorganizowanych żołnierzy. Rozprzężenie było tak duże, że
Niemcy nie reagowali nawet na wołania Holendrów, którzy pokrzykiwali:
"Precz, do domu! Za parę godzin będą tu Anglicy i Amerykanie!".
Doktor Pieter de Graaff, czterdziestoczteroletni chirurg, obserwując
uciekających Niemców na wschód od Arnhem, był święcie przekonany, że
ogląda "niewątpliwy koniec armii niemieckiej". Suze van Zweden,
nauczycielka matematyki w szkole średniej, miała szczególny powód, by
zapamiętać ten dzień. Jej mąż, Johan, poważany i znany rzeźbiarz, od
1942 roku siedział w obozie koncentracyjnym w Dachau za ukrywanie
holenderskich Żydów. Teraz może już wkrótce wróci, przecież wojna
najwyraźniej się kończy, myślała. Suze postanowiła na własne oczy
zobaczyć tę historyczną chwilę - odejście Niemców i przybycie alianckich
wyzwolicieli. Jej syn, Robert, był za młody, aby zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje. Postanowiła więc wziąć ze sobą do miasta córkę,
dziewięcioletnią Sonję. Kiedy już ją ubrała, Suze powiedziała:
- Musisz coś zobaczyć. Chcę, żebyś zapamiętała to na całe życie.
Holendrzy cieszyli się. Wszędzie pojawiły się holenderskie flagi.
Przedsiębiorczy sklepikarze sprzedawali rozentuzjazmowanym tłumom
pomarańczowe4 guziki i długie wstążki. We wsi Renkum tłum
oblegał sklep z pasmanterią; jego właściciel, Johannes Snoek, ciął
pomarańczowe wstążki tak szybko, jak tylko potrafił. I patrzył
zdziwiony, jak chłopi od razu robią z nich kokardy i dumnie je sobie
przypinają. Johannes, który był członkiem ruchu oporu, pomyślał, że
"posuwają się chyba trochę za daleko". Aby uchronić mieszkańców wioski
przed skutkami ich lekkomyślności, przestał sprzedawać wstążki. Jego
siostra, Maria, której udzieliło się to całe podekscytowanie, trafnie
zanotowała w swym dzienniku, że "na ulicach panował taki nastrój, jak
gdyby był to Koninginnedag" - dzień urodzin królowej.
Rozradowane tłumy stały na chodnikach, wznosząc okrzyki: "Niech żyje
królowa!". Śpiewali Wilhelmus (holenderski hymn narodowy) i Oranje
Boven! ("Holandia ponad wszystko!").
Siostry Antonia Stranzky i Christine van Dijk ze szpitala św. Elżbiety w Arnhem pojechały rowerami, z rozwianymi habitami, na główny plac
Velperplein. Tam przysiadły wśród mieszkańców Arnhem, którzy tłumnie
zapełniwszy tarasy kawiarń, popijali kawę i jedli placki ziemniaczane. A obok płynął nieprzerwany potok Niemców i holenderskich nazistów.
W klasztornym szpitalu św. Piotra Kanizjusza w Nijmegen siostra M.
Dosith?e Symons ze zgrozą patrzyła, jak pielęgniarki tańczą z radości na
korytarzach. Ludzie powyciągali długo ukrywane radioodbiorniki i przyglądając się z okien odwrotowi Niemców, jawnie, po raz pierwszy od
długich miesięcy, słuchali audycji Radia Orange5 nadawanych z Londynu przez BBC. Johannes Hurkx z Sint-Oedenrode, sadownik, tak
zasłuchał się w Radio Orange, że nie spostrzegł nawet, jak grupka
Niemców na tyłach jego domu kradnie należące do rodziny rowery.
W dziesiątkach miejscowości zamknięto szkoły i przerwano pracę.
Robotnicy z fabryki cygar w Valkenswaard porzucili maszyny i wyszli
tłumnie na ulice. Stanęły tramwaje w Hadze, siedzibie rządu. W stolicy,
w Amsterdamie, atmosfera była napięta, niecodzienna. Zamknięto biura,
zamknięto giełdę. Z głównych arterii komunikacyjnych nagle zniknęły
niemieckie patrole, a na dworcu głównym aż kłębiło się od Niemców i holenderskich nazistów. Na przedmieściach Amsterdamu, Rotterdamu i Hagi,
wzdłuż szos prowadzących do tych miast, stali tłumnie ludzie z flagami i kwiatami, mając nadzieję, że oni pierwsi powitają brytyjskie czołgi
jadące z południa.
Szerzyły się pogłoski, potężniały z godziny na godzinę. W Amsterdamie
wielu mieszkańców "wiedziało", że wojska brytyjskie wyzwoliły już Hagę,
leżącą niedaleko wybrzeża, około trzydziestu mil na południowy zachód. W Hadze natomiast "wiedziano", że Rotterdam, odległe o piętnaście mil
wielkie miasto portowe, został już wyzwolony. Podróżni w pociągach na
każdej stacji otrzymywali różne wiadomości. Dwudziestopięcioletni Henri
Peijnenburg, jeden z przywódców holenderskiego ruchu oporu, wracał z Hagi do domu w Nijmegen. Miasta te dzieli niecałe osiemdziesiąt mil. Na
początku podróży usłyszał, że Brytyjczycy wkroczyli do starożytnego
pogranicznego miasta Maastricht. W Utrechcie powiedziano mu, że Anglicy
są już w Roermond. W Arnhem zapewniano go, że Brytyjczycy zajęli już
Venlo, leżące kilka mil od granicy niemieckiej. "Kiedy wreszcie dotarłem
do domu - wspomina - spodziewałem się, że na ulicach ujrzę już aliantów,
ale zobaczyłem tylko wycofujących się Niemców". Był skonsternowany i zaniepokojony.
Jego niepokój podzielali inni - zwłaszcza kierownictwo holenderskiego
ruchu oporu, które potajemnie spotkało się w Hadze. Ludziom tym, którzy
z napięciem obserwowali rozwój wydarzeń, wydawało się początkowo, że ich
kraj jest u progu wolności. Czołgi aliantów mogły z łatwością przeciąć
całą Holandię, od granicy belgijskiej do zatoki Zuiderzee. Podziemie
było przekonane, że "brama wjazdowa" do Niemiec, przez Holandię, stoi
otworem.
Przywódcy holenderskiego ruchu oporu wiedzieli, że Niemcy faktycznie nie
mają wojsk, które mogłyby powstrzymać zdecydowane natarcie aliantów.
Siły niemieckie były śmiesznie małe - jedna dywizja o niepełnym stanie,
złożona ze starszych ludzi, którymi obsadzono nadbrzeżne umocnienia
(siedzieli oni w swych betonowych bunkrach już od 1940 roku, nie
oddawszy ani jednego strzału), oraz parę innych jednostek, których
wartość bojowa była w najwyższej mierze wątpliwa, a wśród nich
pododdziały Holenderskiego SS, sklecone naprędce oddziały garnizonowe,
rekonwalescenci i żołnierze niezdolni do służby ze względów zdrowotnych.
Ci ostatni zgrupowani byli w jednostkach trafnie nazywanych batalionami
"żołądkowymi i usznymi", ponieważ większość ich żołnierzy cierpiała na
wrzody żołądka lub niedosłyszała.
Holendrom wydawało się oczywiste, że alianci posuwają się naprzód i wkrótce wkroczą do ich kraju. Ale zależało to od szybkości natarcia
wojsk brytyjskich z południa. I nad tym głowili się dowódcy
holenderskiego ruchu oporu: nie mieli żadnych informacji o rozmiarach
brytyjskiej ofensywy.
Nie było też taką prostą sprawą sprawdzenie wiarygodności oświadczenia
premiera Gerbrandy'ego, że wojska alianckie przekroczyły już granicę
holenderską. Holandia zajmuje obszar wielkości zaledwie dwóch trzecich
terytorium Irlandii, ale jest gęsto zaludniona. Na tym terenie mieszkało
ponad dziewięć milionów ludzi6. Skutkiem tego infiltracja
podziemia sprawiała Niemcom wiele kłopotów. Organizacje ruchu oporu
istniały w każdym mieście i w każdej wsi. Niemniej utrzymywanie
kontaktów między nimi, przekazywanie informacji było bardzo ryzykowne.
Głównym - i najbardziej niebezpiecznym - środkiem łączności był telefon.
W nagłych sprawach, używając skomplikowanych połączeń, tajnych linii i zaszyfrowanych informacji, kierownictwo ruchu oporu mogło się porozumieć
z każdym zakątkiem w kraju. Tak więc w tym wypadku kierownictwo walki
podziemnej w ciągu kilku minut dowiedziało się, że wypowiedź
Gerbrandy'ego była zbyt pochopna: wojska brytyjskie nie weszły do
Holandii.
Inna audycja Radia Orange wprowadziła jeszcze większe zamieszanie.
Dwukrotnie w ciągu niespełna dwunastu godzin (4 września o 23.45 i rankiem 5 września) holenderska sekcja BBC podała do wiadomości, że
Breda, miasto ogłoszone twierdzą, "Festung Breda", leżąca siedem mil od
granicy belgijsko-holenderskiej, została wyzwolona. Wiadomość ta szybko
się rozeszła. Tajne gazetki natychmiast przygotowały wydania specjalne,
wybijając w nagłówkach: "Upadek Bredy". Ale trzydziestoośmioletni Pieter
Kruyff, dowódca ruchu oporu okręgu Arnhem, którego grupy były jednymi z najlepiej wyszkolonych i zdyscyplinowanych w całej Holandii, miał
poważne wątpliwości co do tego komunikatu Radia Orange. Polecił więc
Johannesowi Steinfortowi, młodemu technikowi z centrali telefonicznej,
swemu konspiracyjnemu "szefowi łączności", sprawdzić tę wiadomość.
Steinfort szybko połączył się tajną linią z komórką łączności ruchu
oporu w Bredzie. Był jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się
gorzkiej prawdy: miasto wciąż było w rękach Niemców. Nikt tam nie
widział oddziałów alianckich - ani amerykańskich, ani
brytyjskich7.
W tym zalewie różnych wiadomości i pogłosek wiele grup ruchu oporu
zaczęło się niespokojnie zastanawiać, co robić. Chociaż książę Bernard i SHAEF8 przestrzegali przed ogólnokrajowym powstaniem, niektórym
członkom zabrakło cierpliwości. Uważali, że nadszedł czas stanąć do
bezpośredniej walki z wrogiem, twarzą w twarz, i udzielić pomocy
nacierającym aliantom. Było jasne, że Niemcy obawiają się powszechnego
zrywu. W wycofujących się kolumnach niemieckich, jak widzieli ludzie
podziemia, żołnierze siedzieli na błotnikach samochodów z karabinami i pistoletami maszynowymi w pogotowiu. Wielu żołnierzy podziemia paliło
się do walki. Nie zniechęcały ich te ostrzeżenia.
We wsi Ede, leżącej kilka mil na północny zachód od Oosterbeek,
dwudziestopięcioletni Menno "Tony" de Nooy usiłował przekonać dowódcę
swego oddziału, Billa Wildeboera, żeby dał rozkaz do ataku. Przecież już
dawno postanowiono, wywodził, że oddział opanuje Ede, ośrodek
szkoleniowy marynarzy niemieckich, w którym w tej chwili prawie nie było
Niemców. De Nooy proponował, żeby po prostu zająć budynki ośrodka.
Starszy od niego wiekiem Wildeboer, były starszy sierżant armii
holenderskiej, był innego zdania.
- Nie wierzę, że sytuacja jest sprzyjająca - powiedział mu. - Jeszcze
nie pora. Musimy czekać.
Ale nie nad wszystkimi oddziałami ruchu oporu sprawowano kontrolę. W Rotterdamie żołnierze podziemia zajęli biura wodociągów. W miasteczku
Axel, tuż przy granicy holendersko-belgijskiej, zawładnęli
średniowiecznym obronnym ratuszem. Setki żołnierzy niemieckich poddało
się tutaj bojownikom w cywilu. W wielu miasteczkach aresztowano
holenderskich nazistów, funkcjonariuszy mianowanych przez Niemców, kiedy
już brali nogi za pas. W Wolfheze, na zachód od Arnhem, miejscowości
znanej głównie ze swego szpitala dla umysłowo chorych, ujęto komisarza
policji tego okręgu, gdy próbował uciec swym samochodem. Tymczasowo
zamknięto go w najbliższym wolnym pomieszczeniu szpitalnym, aby wydać go
Anglikom, "jak tylko przyjdą".
Czekano na to. Ale ogólnie rzecz biorąc, oddziały holenderskiego ruchu
oporu pozostały bierne, chociaż wszędzie wykorzystywano ten cały
bałagan, aby przygotować się na przybycie wojsk sojuszniczych.
W Arnhem Charles Labouch?re, czterdziestodwuletni potomek starego
francuskiego rodu i aktywny członek grupy podziemnego wywiadu, był zbyt
zajęty, by zawracać sobie głowę pogłoskami. Godzinami siedział w oknie
swojego pokoju w biurze niedaleko mostu w Arnhem, obserwując oddziały
niemieckie ciągnące drogami z Zevenaar i Zutphen na wschód i północny
wschód, w kierunku Niemiec. Do zadań Labouch?re'a należało szacowanie
liczby wojsk i, w miarę możności, identyfikowanie jednostek. Te istotne
informacje, które skrzętnie notował, były przesyłane kurierem do
Amsterdamu, a stamtąd do Londynu.
W podmiejskim Oosterbeek młody Jan Eijkelhoff wolno posuwał się w tłumie
na rowerze, aby nie rzucać się w oczy. Objeżdżał cały ten rejon,
dostarczając Holendrom, ukrywającym się przed Niemcami, sfałszowane
kartki żywnościowe. Dowódca jednej z grup ruchu oporu w Arnhem,
pięćdziesięciosiedmioletni Johannes Penseel, zwany Starym, wpadł na
chytry pomysł, dzięki któremu przeszedł do legendy wśród swoich ludzi.
Uznał, że przyszła już pora, by przewieźć magazyn broni. Nie kryjąc się
- a przecież wokół były wojska niemieckie - spokojnie pojechał wozem
piekarza, razem z naprędce zebranymi chłopcami, do szpitala miejskiego,
gdzie była ukryta broń. Szybko zawinęli broń w papier pakowy i przewieźli do domu Penseela, w którym okienka piwnicy wychodziły na
główny plac. Penseel i jego zastępca, Toon van Daalen, uważali, że jest
to doskonałe stanowisko do strzelania do Niemców, kiedy nadejdzie pora.
Byli zdecydowani postępować zgodnie z nazwą pododdziału - Landelyke
Knokploegen ("Silnoręcy Chłopcy").
Mężczyźni i kobiety dużej armii podziemnej wszędzie byli gotowi do
walki. Mieszkańcy miasteczek i wsi na południu, wierząc, że część
Holandii jest już wolna, wylegli na ulice, aby powitać wyzwolicieli.
Karmelita ojciec Tiburtius Noordermeer, patrząc na rozradowane tłumy we
wsi Oss, leżącej na południowy wschód od Nijmegen, pomyślał, że w powietrzu unosi się jakieś szaleństwo. Widział, jak ludzie radośnie
poklepują się po plecach. Patrząc na zdemoralizowanych Niemców na drodze
i triumfująco przyglądających się im Holendrów, pomyślał: "Dziki strach
z jednej strony i szalona, bezgraniczna radość z drugiej". "Nikt -
wspomina niepoddający się emocjom holenderski duchowny - nie zachowywał
się normalnie".
W miarę upływu czasu u wielu jednak narastał niepokój. Karel de Wit, w aptece przy głównej ulicy Oosterbeek, był niespokojny. Powiedział żonie
Johannie, farmaceutce, że nie pojmuje, dlaczego alianckie samoloty nie
atakują Niemców na drogach. Zdaniem Fransa Schultego, majora armii
holenderskiej w stanie spoczynku, cały ten powszechny entuzjazm był
przedwczesny. Chociaż jego brat i szwagierka nie posiadali się z radości, patrząc na to, co wydawało się pogromem Niemców, Schulte nie
był o tym przekonany. "Sprawy mogą przybrać zły obrót - ostrzegał. -
Niemcy nie są jeszcze pobici, daleko do tego. Jeśli alianci zamierzają
przejść przez Ren, to wierzcie mi, możemy być świadkami wielkiej bitwy".
Seyss-Inquart był wprost nieprzytomny ze strachu. W Apeldoorn zaszył się w swej podziemnej kwaterze - potężnym bunkrze z betonu i cegieł. Zbudowanie tego podziemnego kompleksu kosztowało 250 tysięcy dolarów. Miał on sale konferencyjne, apartamenty i środki łączności. Wszystko to wciąż istnieje. Na betonowej fasadzie bunkra, przy wejściu, widać wydrapane "6 i 1/4" - przydomek tego znienawidzonego w Holandii komisarza Rzeszy. Holendrzy nie mogli sobie odmówić tej frajdy - w ich języku Seyss-Inquart i 6 i 1/4 brzmi niemal identycznie: zes en een kwart. [wróć]
Niemiecki historyk Walter Goerlitz (Görlitz) w swej History of the German General Staff pisze: "Można było oglądać takie sceny, że nikt nawet nie przypuszczał, iżby mogło do nich dojść w niemieckiej armii. Grupy marynarzy szły na północ bez broni, sprzedając zapasowe mundury [...]. Mówili ludziom, że wojna się skończyła i wracają do domów. Samochody ciężarowe, wyładowane oficerami i ich kochankami, skrzynkami szampana i koniaku, dotarły aż do Nadrenii. Trzeba było powołać specjalne sądy wojenne, by się zajęły takimi sprawami". [wróć]
Pogardliwa nazwa Niemców w języku holenderskim - odpowiednik polskiego "szkop" (przyp. tłum.). [wróć]
Narodowa barwa holenderska (przyp. tłum.). [wróć]
Radiostacja holenderskiego rządu emigracyjnego w Londynie (przyp. tłum.). [wróć]
Dla porównania posłużmy się danymi z małego przewodnika turystycznego Lecha Niekrasza pt. Holandia (Warszawa 1977): "Holandia zajmuje obszar lądowy o powierzchni 36 854 km kwadratowych [...]. Terytorium Holandii zamieszkuje obecnie 13,6 mln ludności. Przy podobnej jak w Holandii gęstości zaludnienia Polska liczyłaby 125 milionów mieszkańców" (przyp. tłum.). [wróć]
Breda została wyzwolona przez polską 1. Dywizję Pancerną gen. Maczka dopiero 29 października (przyp. tłum.). [wróć]
Supreme Headquarters Allied Expeditionary Forces - Naczelne Dowództwo Sojuszniczych Wojsk Ekspedycyjnych (przyp. tłum.). [wróć]
3
Zdecydowane działania, które nakazał Hitler, były już realizowane. 4
września w kwaterze głównej Führera, skrytej głęboko w lesie gierłoskim
koło Kętrzyna, sześćdziesięciodziewięcioletni feldmarszałek Gerd von
Rundstedt szykował się do wyjazdu na front zachodni. Nie spodziewał się
tego nowego dowództwa. Cztery dni temu nagle odwołano go z wymuszonego
"stanu spoczynku" i polecono stawić się w Kętrzynie. 2 lipca, a więc
przed dwoma miesiącami, Hitler zwolnił go ze stanowiska naczelnego
dowódcy frontu zachodniego (w niemieckiej terminologii wojskowej - OB
West, Oberbefehlshaber West1), ponieważ Rundstedt, który nie
przegrał żadnej bitwy, usiłował zaradzić następstwom jednego z największych kryzysów Niemców w tej wojnie - lądowania aliantów w Normandii.
Führer i najwybitniejszy żołnierz Rzeszy nigdy się nie zgadzali co do
koncepcji "najlepszej odpowiedzi na to zagrożenie". Przed inwazją w Normandii von Rundstedt, domagając się posiłków, bez osłonek informował
OKW, Oberkommando der Wehrmacht2, że alianci zachodni mają
przewagę w ludziach, sprzęcie i samolotach i "mogą lądować, gdzie tylko
zechcą". To nie tak, stwierdził Hitler. Wał Atlantycki, częściowo
wykończone już fortyfikacje, którymi chełpił się Führer, rozciągał się
na przestrzeni niemal trzech tysięcy mil - od Kirkenes (na granicy
norwesko-fińskiej) do Pirenejów (na granicy hiszpańsko-francuskiej).
Zdaniem Hitlera czynił on "ten front nie do zdobycia dla każdego wroga".
Von Rundstedt wiedział aż nadto dobrze, że to bardziej propaganda niż
fakt. Cały Wał Atlantycki określał jednym słowem: "bzdura".
Legendarny feldmarszałek Erwin Rommel, który wsławił się zwycięstwami na
pustyniach Afryki Północnej w pierwszych latach wojny, a później
dowodził podlegającą von Rundstedtowi Grupą Armii B, był równie
przerażony tą pewnością siebie Führera. Dla Rommla umocnienia na
wybrzeżu były po prostu "urojeniem Hitlera, Wolkenkuckkucksheim -
sennym marzeniem". I prawdopodobnie po raz pierwszy byli tego samego
zdania arystokratyczny, wychowany w starych pruskich tradycjach von
Rundstedt i młodszy od niego, ambitny Rommel. Ale w innych sprawach nie
byli zgodni. Rommel, mając ciągle w pamięci druzgocącą klęskę swego
Afrika Korps, którą zadał mu w 1942 roku Montgomery pod Al-Alamajn,
dobrze zdawał sobie sprawę, jak może wyglądać inwazja aliantów. Uważał,
że desant trzeba zatrzymać na plażach. Von Rundstedt, z lodowatą miną,
nie zgadzał się ze swym podkomendnym, o którym uszczypliwie mówił
Marschall Bubi (marszałek chłopaczek). Upierał się, że wojska alianckie
należy zetrzeć z powierzchni ziemi po wylądowaniu. Hitler poparł Rommla.
W dniu D3, pomimo kapitalnych improwizacji Rommla, wojska
alianckie sforsowały te "niezdobyte" umocnienia w ciągu kilku godzin.
W strasznych dniach, które nastąpiły, miażdżone przez aliantów, którzy
niemal całkowicie panowali w powietrzu, spętane niepozwalającym na
odwrót rozkazem Hitlera ("Każdy żołnierz ma walczyć i ginąć tam, gdzie
się znajduje"), rozciągnięte linie Rundstedta zaczęły wszędzie pękać.
Feldmarszałek rozpaczliwie zatykał wyrwy, ale mimo że żołnierze twardo
walczyli i kontratakowali, wynik bitwy można było z góry przesądzić. Von
Rundstedt nie miał złudzeń. Nie mógł, wedle słów Hitlera, ani "zepchnąć
najeźdźców do morza", ani "ich zniszczyć".
W nocy 1 lipca, w szczytowym momencie bitwy normandzkiej, feldmarszałek
Wilhelm Keitel, szef sztabu Hitlera, wezwał von Rundstedta i zapytał
żałośnie: "Co robić?". Rundstedt, który nigdy nie owijał niczego w bawełnę, wypalił wprost: "Skończyć wojnę, głupcy. Co innego można
zrobić?". Hitler, gdy mu przekazano te słowa, zareagował nader
umiarkowanie. "Ten stary człowiek nie panuje już nad nerwami i nad
sytuacją. Będzie musiał odejść". Dwadzieścia cztery godziny później, w utrzymanym w uprzejmym tonie piśmie odręcznym, Hitler zawiadamiał von
Rundstedta, że "biorąc pod uwagę Pańskie zdrowie oraz wzmożone wysiłki,
jakich należy się spodziewać w najbliższej przyszłości", zostaje on
pozbawiony dowództwa.
Von Rundstedt, najstarszy rangą i najbardziej zasługujący na zaufanie
feldmarszałek Wehrmachtu, wprost nie dowierzał własnym oczom. Przez pięć
lat wojny jego talent wojskowy dobrze służył Trzeciej Rzeszy. W 1939
roku, kiedy Hitler z zimną krwią zaatakował Polskę, rozpętując wojnę,
która w końcu ogarnęła cały świat, von Rundstedt w całej rozciągłości
zademonstrował niemiecką formułę podboju - Blitzkriegu, wojny
błyskawicznej. W niecały tydzień czołowe oddziały jego wojsk pancernych
dotarły do przedmieść Warszawy. Rok później, kiedy Hitler z niszczycielską szybkością zalał większość Europy Zachodniej, von
Rundstedt dowodził armią pancerną. W 1941 roku, gdy Hitler zaatakował
Rosję, von Rundstedt znów był na pierwszej linii frontu. Teraz, obrażony
szkalowaniem jego kariery i reputacji, powiedział swemu szefowi sztabu,
generałowi majorowi Güntherowi Blumentrittowi, że "strateg amator w hańbiący sposób przeniósł go w stan spoczynku". Ten "austriacki kapral -
pienił się von Rundstedt - wykorzystał jako pretekst mój wiek i zły stan
zdrowia, aby mnie zwolnić i znaleźć sobie kozła ofiarnego". Gdyby mu
dano wolną rękę, przedstawiał swój plan w ogólnym zarysie
Blumentrittowi, powoli cofałby się do granicy niemieckiej, a w tym
czasie nieprzyjaciel "zapłaciłby straszliwą cenę za każdą piędź oddanej
ziemi". Ale, jak niejednokrotnie mawiał oficerom swego sztabu, z powodu
nieustannej "kurateli z góry" dowodzić mógł niemal jedynie, jako OB
West, "zmianą warty przed bramą"4.
Od czasu odwołania go "ze stanu spoczynku", kiedy przybył pod koniec
sierpnia do Wolfsschanze (Wilczego Szańca) pod Kętrzynem, jak Hitler
nazwał swą kwaterę główną, von Rundstedt na jego zaproszenie brał udział
w codziennych odprawach. Führer, według słów zastępcy szefa oddziału
operacyjnego, generała Waltera Warlimonta, ciepło powitał swego
najstarszego feldmarszałka, traktując go z "niezwykłym u niego brakiem
pewności siebie i respektem". Warlimont zanotował także, że przez cały
czas tych długich narad von Rundstedt "siedział bez ruchu i odzywał się
monosylabami"5. Pedantyczny, realnie myślący feldmarszałek
nie miał nic do powiedzenia. Był po prostu przerażony rozwojem sytuacji.
Z odpraw jasno wynikało, że Armia Czerwona na wschodzie zajęła obecnie
front o długości ponad 1400 mil, od Finlandii na północy do Wisły w Polsce, a dalej do Karpat w Rumunii i Jugosławii. Radzieckie wojska
pancerne dotarły już do granic Prus Wschodnich, zaledwie sto mil od
kwatery głównej Führera.
Na froncie zachodnim, jak przekonał się von Rundstedt, spełniły się jego
najgorsze przewidywania. Niszczono dywizję po dywizji. Całą linię
niemiecką bezradnie przesunięto do tyłu. Tylko jednostki straży tylnych,
chociaż okrążone i odcięte, jeszcze trzymały się uparcie w tak ważnych
portach, jak Dunkierka, Calais, Boulogne, Hawr, Brest, Lorient i Saint-Nazaire, zmuszając aliantów do transportowania zaopatrzenia z odległych plaż inwazyjnych. Ale teraz, kiedy nieoczekiwanie, kapitalnym
manewrem, zajęli oni Antwerpię, jeden z największych głębokich portów
morskich w Europie, alianci mogli wreszcie rozwiązać problem
zaopatrzenia. Von Rundstedt stwierdził, że taktykę Blitzkriegu,
udoskonaloną przez niego i innych, zapożyczyły i z powodzeniem
zastosowały z niszczycielskim skutkiem armie Eisenhowera. A feldmarszałek Walter Model, pięćdziesięcioczteroletni nowy naczelny
dowódca na Zachodzie (został nim 17 sierpnia), był najwyraźniej
niezdolny do zaprowadzenia jakiego takiego ładu w tym bałaganie. Jego
front rozerwały na północy i rozniosły na strzępy czołgi brytyjskiej 2.
Armii i amerykańskiej 1. Armii nacierające przez Belgię w kierunku
Holandii. Na południe zaś od Ardenów wojska pancerne generała George'a S. Pattona kierowały się na Metz i Zagłębie Saary. Zdaniem von
Rundstedta nie to była już tylko "groźna sytuacja" - to była katastrofa.
Von Rundstedt miał czas zastanowić się nad nieuchronnym końcem. Upłynęły
cztery dni, zanim Hitler go przyjął. Na te dni "wyczekiwania"
feldmarszałek zatrzymał się w dawnej gospodzie wiejskiej, zarezerwowanej
dla wyższych oficerów w samym środku kwatery głównej Führera, czyli
otoczonej drutem kolczastym enklawy drewnianych baraków i betonowych
bunkrów, pod którymi znajdowały się rozbudowane, wielokondygnacyjne
pomieszczenia. Von Rundstedt, zirytowany tym czekaniem, wyładowywał
złość na Keitlu, szefie sztabu.
- Po co mnie tutaj wezwano? - pytał. - O co chodzi?
Keitel nie potrafił na to odpowiedzieć. Hitler nie dał mu żadnych
instrukcji poza niewinną wzmianką o zdrowiu feldmarszałka. Można sądzić,
iż Führer sam sobie chciał dowieść, że postąpił słusznie, dymisjonując w lipcu von Rundstedta "ze względu na stan zdrowia".
- Chcę się przekonać, czy stan zdrowia tego starego człowieka się
poprawił.
Były to jedyne słowa, jakie Keitel usłyszał od Hitlera.
Keitel dwukrotnie przypominał Hitlerowi, że feldmarszałek czeka.
Wreszcie 4 września po południu von Rundstedta wezwano do Hitlera. Rzecz
osobliwa - od razu przeszedł do sedna sprawy:
- Chcę jeszcze raz powierzyć panu front zachodni.
Wyprężony von Rundstedt, dzierżąc w obu dłoniach swą złotą buławę,
jedynie skinął posłusznie głową. Mimo swej wiedzy i doświadczenia,
niechęci do Hitlera i nazistów von Rundstedt, w którym głęboko były
zakorzenione pruskie tradycje wojskowe i bezwzględne posłuszeństwo, nie
uchylił się od tej nominacji. Jak wspominał później, "tak czy owak
wszelki protest byłby bezprzedmiotowy"6. Hitler tylko w ogólnych zarysach przedstawił zadanie von Rundstedta. Jeszcze raz
improwizował. Przed dniem inwazji w Normandii Hitler rozwodził się, że
Wał Atlantycki jest nie do zdobycia. Teraz, ku konsternacji von
Rundstedta, podkreślał, że nie do zdobycia jest Wał Zachodni - od dawna
zaniedbane, nieobsadzone, lecz wciąż potężne fortyfikacje graniczne
znane jako Linia Zygfryda. Von Rundstedt, rozkazał Hitler, ma nie tylko
zatrzymać aliantów tak daleko na zachód, jak to tylko możliwe, ale także
kontratakować. Zdaniem Führera bowiem największe zagrożenie ze strony
aliantów to nic więcej, jak "wysunięte do przodu oddziały pancerne".
Najwyraźniej jednak Hitler był wstrząśnięty tym, że zajęli oni
Antwerpię. Należy ich wyprzeć z tego ważnego portu, uniemożliwić im
korzystanie z niego. Ponieważ jednak inne porty wciąż są w rękach
niemieckich, mówił Hitler, spodziewa się on, że alianci będą się musieli
zatrzymać z powodu nadmiernego wydłużenia linii zaopatrzeniowych. Hitler
był przekonany, że front zachodni można ustabilizować i - z nadchodzącą
zimą - ponownie przejąć inicjatywę. Zapewnił von Rundstedta, że "nie
niepokoi się zbytnio sytuacją na Zachodzie".
Był to jeszcze jeden wariant monologu, który von Rundstedt słyszał już
wielokrotnie. Teraz idée fixe Hitlera stał się Wał Zachodni. Von
Rundstedt jeszcze raz otrzymał rozkaz, by "nie ustępować ani na krok" i "utrzymać pozycje za wszelką cenę".
Mianując von Rundstedta na miejsce feldmarszałka Modla, Hitler po raz
trzeci w ciągu dwóch miesięcy zmienił OB West. Najpierw von Rundstedta
zastąpił feldmarszałek Günther von Kluge, po nim przyszedł Model, a teraz znowu von Rundstedt. Model na stanowisku OB West był zaledwie
osiemnaście dni. Teraz, powiedział Hitler, obejmie Grupę Armii B
podległą von Rundstedtowi. Von Rundstedt od dawna odnosił się do Modla
bez entuzjazmu. Uważał, że nie zdobył on swego stopnia, idąc twardą,
żołnierską drogą, że zbyt szybko Hitler awansował go na feldmarszałka.
Mawiał, że z Modla byłby jedynie "dobry sierżant - szef pułku" i tam
byłby bardziej na miejscu. Von Rundstedt uznał jednak, że nie ma to
teraz większego znaczenia, bo sytuacja jest beznadziejna. Gdy po
południu 4 września wyjeżdżał do swej kwatery głównej w pobliżu
Koblencji, von Rundstedt nie widział żadnych możliwości powstrzymania
aliantów przed wkroczeniem do Niemiec, przeprawieniem się przez Ren i zakończeniem wojny w ciągu kilku tygodni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dosłownie: głównodowodzący na Zachodzie (przyp. tłum.). [wróć]
Naczelne dowództwo niemieckich sił zbrojnych (przyp. tłum.). [wróć]
Dzień inwazji aliantów na Normandię, a także dzień rozpoczęcia jakiejś operacji w ogóle (przyp. tłum.). [wróć]
"Von Rundstedta - jak powiedział mi w wywiadzie nieżyjący już generał Blumentritt - bardzo uraziła wzmianka w piśmie Hitlera, że "odchodzi na własną prośbę". Niektórzy z nas w dowództwie faktycznie myśleli, że prosił o zwolnienie, ale tak nie było. Von Rundstedt zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek prosił o przeniesienie w stan spoczynku, a nawet że kiedykolwiek o tym pomyślał. Był w najwyższej mierze rozgniewany, tak wściekły, że przysięgał, iż nigdy już nie obejmie żadnego dowództwa pod Hitlerem. Wiem, że naprawdę tak nie myślał, bo dla von Rundstedta posłuszeństwo w wojsku nie podlegało dyskusji i decydowało o wszystkim". [wróć]
Walter Warlimont, Inside Hitler's Headquarters, 1939-1945, s. 477. [wróć]
Według Waltera Goerlitza, redaktora pamiętników feldmarszałka Keitla (The Memoirs of Field Marshal Keitel, s. 347 [wyd. pol.: W służbie aż do klęski, oprac. Werner Maser, przeł. D. Luliński, Bellona, Warszawa 2001]), von Rundstedt podobno odpowiedział Hitlerowi: "Mein Führer, cokolwiek rozkażesz, spełnię swą powinność do ostatniego tchu". Moja wersja reakcji von Rundstedta jest oparta na wspomnieniach jego byłego szefa sztabu, generała majora Blumentritta: "Nic na to nie odparłem - powiedział mi. - Gdybym tylko otworzył usta, Hitler "rozmawiałby" ze mną przez trzy godziny". [wróć]