O Kamieniu Podróżniku - Jerzy Bandrowski

Kup ebooka

4.99 zł
3.99 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Daleko na północy, na wodach szwedzkich sterczy z morza czerwona wyspa, nie tyle nawet może wyspa, ile raczej wysoka skała z czerwonego granitu szwedzkiego, porosła rzadkiemi kępami lasu i uwieńczona u szczytu koroną z kilkudziesięciu powyginanych, starych, czarnych sosen.

Wyspa ta, czy skała, jak chcecie, wewnątrz jest wydrążona tak, że stanowi znakomity port. Nad portem, na skale, na szarych murach starej twierdzy znajduje się latarnia morska - wielka, żelazna, czerwona baszta okrągła. Z wieży tej w nocy co pięć sekund tryskają kolejno po sobie dwa światła, białe i czerwone, w czasie zaś mgły strzela się z niej co dziesięć minut z armaty, zawsze dwa razy - buch! buch! Nie jest to dużo, ale gdy zbłąkany w tych stronach rybak te dwa światła zobaczy lub strzały armatnie usłyszy, zaraz wie, że jest niedaleko Utklippan - bo tak się ta wyspa nazywa - a to już wiele znaczy. Na wyspie znajduje się kilka wiosek rybackich i kilkanaście wędzarń, w których wędzą ryby. Dokoła całej wyspy u jej podnóża, podobne do krzyczących białych obłoków, krążyły wielkie, gęste stada skrzeczących mew, czasem niby kożuchy padające na morze.

U samego szczytu wisi cały wieniec ogromnych czerwonych głazów. Kiedy się na nie patrzy lub stoi na nich, doprawdy nie wie się, czem się te głazy rodzimej skały trzymają i w jaki sposób mogą unieść rosnące na nich ogromne, stare sosny, z któremi tak się zrosły, iż trudno powiedzieć, czy głaz podtrzymuje drzewo, czy też drzewo korzeniami trzyma wiszący w powietrzu głaz. Zdaje się, jest i tak, i tak - drzewa trzymają głazy, głazy podtrzymują drzewa. Tyle jednak jest pewne, iż mimo tak ryzykownej budowy, wszystko to od wieków wcale dobrze trzyma się kupy i prawdopodobnie długo trzymać się będzie, choć w czas burzy każdy głaz drży i dygoce, jak kiwający się ząb.

Życie upływało tym głazom na pogawędce i rozmyślaniach filozoficznych, podczas których jedne patrzyły nadół, gdzie widać było port, mały, jak chłopska studnia, a w nim statki i łodzie, podobne do maluśkich pudełeczek, drugie wpatrywały się w przestwór bezkresny wiecznie ruchliwego morza, poza którem na zachodzie w bardzo piękne dni widać było niewyraźne zarysy dalekich brzegów. Jadły te kamienie tylko słońce i powietrze, piły wodę i to bardzo mało, bo woda im szkodziła, sypiały wyłącznie w zimie, kiedy je śnieg przykrył, zresztą żyły wprawdzie powoli, ale spokojnie i nie niszcząc się, jak inne ruchliwsze stworzenia, którym się ogień w płucach pali.

Zdarzało się, że na górze pojawiali się goście.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.