O kobiecie wiecznie młodej. Ninon de Lenclos. Szkic historyczny - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II. Żywot i przygody pięknej Ninon. Miłostki, miłostki, miłostki...

 

Właściwie Ninon de Lenclos była wytworem swego wieku. Wiek XVII we Francji nie odznaczał się bynajmniej pruderią i wstrzemięźliwością obyczajów. Tężyzna "vert galant" Henryka IV i Rabelaisowskie nazywanie rzeczy po imieniu nie zdążyły się jeszcze przetworzyć w cukierkowatą galanterię wytwornisiów XVIII w. Był to wiek na wskroś rycerski, wiek Cyrano de Bergeraca, więc wiek zabijaków, matamorów i rycerzy, a piękne panie nie potrafiły niczego odmawiać muszkieterom o pokrętnych wąsiskach.

Wprost przeciwnie, one to niemal były stroną wyzywającą, zaczepną. Współcześni pamiętnikarze piszą, że na najmodniejszym miejscu spacerów i spotkań, place Royale, kobiety mieszały się z tłumem mężczyzn. Zażywały z wojakami tabakę, paliły lulki, śmiały się głośno i równie głośno wyznaczały miejsca słodkich rendez-vous. Nawet szczegóły ich toalet nosiły specyficzny, symboliczno-zmysłowy charakter. Noszono więc wstążki na piersiach zwane "mignon", inne znów miały miano cacka "bijou". Ufryzowanie włosów do góry lub na bok wskazywało, kto damie jest milszy: pacholę czy kawaler dojrzały. Tak postępowały panie najlepszego towarzystwa, a język ich dostosowany był do zachowania.

Razu pewnego zapytuje stara księżna de Chevreuse jedną z dam najwyższej arystokracji francuskiej panią de Rohan6:

- Powiedz szczerze, droga przyjaciółko, czy córka twoja jest jeszcze dziewicą?

- Nie mówmy lepiej o tym - odpowiada pani Rohan ze śmiechem - ona jest tak roztrzepana, że mogła swe dziewictwo gdzieś pozostawić przez zapomnienie. 

Oto próbki obyczajów XVII wieku!

Na tym tle i to na tym tle tylko rozpatrywać możemy sylwetkę Ninon de Lenclos - by wydała nam się tym, czym była w istocie.

Nie była Ninon, pod względem moralności, ni lepszą, ni gorszą niż większość współczesnych jej niewiast. Ale że hasła swoje bezwzględnej niezawisłości głosiła kategorycznie, że preferowała jawnie i niepohamowanie wzgardę dla wszelkich utartych przesądów, że, co najważniejsze, języczek miała niby brzytwę i chlastała nim na prawo i na lewo, że na koniec... o zgrozo... pozwalała sobie zabierać sprzed nosa innym paniom najpiękniejszych chłopców i kochanków - musiała ulec bojkotowi towarzyskiemu sfer miarodajnych, co też się stało.

Tak było przynajmniej po pierwszych jej debiutach w "wielkim świecie". Nadający ton eleganckiemu Paryżowi słynny salon pani de Rambouillet począł Ninon bojkotować. A zbierało się w Hotelu Rambouillet wszystko, co podówczas we Francji było najlepszego: wodzowie, politycy, artyści. Przywilejem tego salonu było wyciskanie piętna genialności na czole poetów a wręczanie buław marszałkowskich wojakom. Opinia jego była niemal wszechmocna, a liczył się z nim potężny dyktator Francji, kardynał Richelieu.

Bojkotem tym Ninon nie zmartwiła się zbytnio. W pałacyku swym przy ulicy des Tournelles postanowiła założyć kontr salon, stworzyć swój jakby dwór, o charakterze co prawda ściśle męskim, orszak na wszystko gotowych satelitów, przede wszystkim zaś na wykpienie... Hotelu Rambouillet. W Hotelu Rambouillet panował ton niezwykle wymuszony i sztuczny, panował tam jakby ceremoniał. Kłaniano się sobie dwornie, dyskutowano o metapsychice i abstrakcyjne filozoficznych przedmiotach, żaden podmuch życia świeży nie miał dostępu. Dusze tego zgromadzenia: markiza de Rambouillet, córka jej księżna Montausier, panie de Sévigné, de La Fayette, de Longueville, de Chevreuse i cały długi szereg innych poruszały się, jak manekiny na sprężynach. W progach tych salonów przemieniały się całkowicie i one, urodzone flirciarki, i "amoureuse" ze ściągniętym uśmiechem zza wachlarza, ferowały nieodwołalne wyroki w sprawach moralności damskiej.

W salonach przy ulicy des Tournelles, w salonach Ninon, zaczęto z tego towarzystwa jawnie i bez żadnego szacunku drwić; co więcej przeciągano zwolenników, znudzonych ciągiem chodzeniem na koturnach, koroną zaś wszystkiego było, gdy jeden z najbardziej zagorzałych i wiernych przyjaciół Ninon słynny Jan Baptysta Poquelin - Molier - ośmielił się w swych "Précieuses ridicules" cale zacne grono z Hotel Rambouillet opisać. Była to zemsta straszna, zemsta Ninon, gdyż śmiech jest częstokroć bronią stokroć straszliwszą od ostrza miecza.

Lecz wracajmy do dworu Ninon.

Liczba wiernych "pięknej" była tak wielka, że bez przesady można powiedzieć, iż nie było wybitniejszego człowieka we Francji, który by przez czas dłuższy, czy krótszy w tej służbie nie pozostawał.

Magnaci, prałaci, uczeni, artyści, ba... sam Wielki Kondeusz, spieszyli powiększyć jej świtę.

Ninon, z cynizmem, pardon, z kompletną szczerością, przyznaje, iż satelitów swoich dzieliła na cztery kategorie. 

Ci więc, co braki swe umysłowe czy też fizyczne starali się wynagrodzić bogatymi prezentami, nosili nazwę płatników - "payeurs". "Przyjmowanie od nich podarków - pisze Ninon - początkowo było mi wstrętne. Nie rozumiałam, jak można coś przyjmować, nie dając nic w zamian. Lecz, że nie żądali oni absolutnie nic, prócz zaszczytu przebywania w moim towarzystwie - że odmowa przyjmowania ich prezentów, sprawiała im dużo przykrości - w końcu musiałam ustąpić... Dziwni są ci mężczyźni. Czasem więcej im zależy na tym, by sądzono, iż jakaś znana kobieta jest ich kochanką, niż żeby nią była istotnie".

Drugą kategorię, stanowili ci, co nie będąc ani piękni, ani sławni, ani szczodrzy nigdy nie mogli liczyć na łaski "pięknej". Byli to - "męczennicy", "martyrs."

Dalej szli ci, co mieli wszelkie dane powodzenia. - faworyci. Liczba ich, jak twierdzą złe języki, miała być niezliczona. Na koniec, że każda kobieta słabe ma serce, zdarzały się wypadki, że od czasu do czasu łaski dostępował ktoś zgoła niewybitny - dlaczego? Na to żadna kobieta nie odpowie, bo to są jej fantazje, kaprysy. Ta ostatnia czwarta kategoria - to były "kaprysy" Ninon.

Tak posegregowani satelici los swój znosili dostojnie i spokojnie, oblizując się niby kot na sperkę, kiedy ich kolej nadejdzie. Był to jakby rodzaj haremu a rebours, z tą różnicą, że nie sułtan rzucał chustę wybranej, lecz sułtanka chwilowemu faworytowi.

Czasem jednak buntowali się kawalery "którym było spieszno", zgoła protestowali przeciw powyższej "klasyfikacji".

Był więc niejaki szlachcic, sieur de Chaban, do kategorii "męczenników" zaliczony. Równie brzydki, próżny jak głupi, mocno się za swój charakter "męczeński" obraził i oświadczył Ninon, że o ile do innej kategorii nie zostanie przeniesiony, nie tylko dwór jej opuści, ale zemści się srodze. W odpowiedzi otrzymał wzgardliwe milczenie. Tedy postanowił pogróżkę swą spełnić.

Codziennie na Place Royale podczas wieczornej przechadzki stawał imć pan de Chaban na wprost swej byłej bogdanki i bezczelnie się w nią wpatrując, rzucał dwuznaczniki, od których poczerwieniałby nawet muszkieter.

Przyjaciele Ninon parokrotnie pragną rzucić się na śmiałka, lecz ta rzecze:

- Hola! Mości panowie! - proszę o spokój! Ta sprawa tylko do mnie należy!

Dnia następnego przybywa sama na Place Royale przebrana................

ROZDZIAŁ I. Co wiemy o Ninon de Lenclos. Ninon sprzedaje duszę diabłu.

 

Ninon de Lenclos! Kto z nas nie słyszał o niej!

Imię jej jest powtarzane jako synonim wdzięku, czaru i gracji; powtarzane jest jej imię jako równoznacznik nigdy niewiędnącej urody; mówi się o niej jako o wielkiej miłośnicy, kurtyzanie - niemal fenomenie natury, kobiecie, która potrafiła rzucać do swych stóp mężczyzn zarówno, gdy miała lat osiemnaście i lat osiemdziesiąt!

A jednak trzeba przyznać, mniej miała szczęścia Ninon od innych sławnych piękności; podczas gdy cały ich szereg, do znudzenia opisywany i opiewany był w powieściach, poematach i tragediach, Ninon przechodzi jakby w zapomnienie i poza ogólnikami nie wie się o niej nic.

A jest jej postać uwagi godną ze wszech miar!

Szczegółów o pannie de Lenclos we współczesnych pamiętnikach przechowało się wiele. Różni sprytni kompilatorzy niejednokrotnie z całej masy tej anegdot układali niby to autentyczne pamiętniki Ninon "jedynie prawdziwie" opisującej jej przygody. Najsłynniejsze z tych kompilacji są trzytomowe "Confessions de Ninon de Lenclos"2 o sto kroków trącące falsyfikatem. Lecz jeżeli do wszelakich "jedynych i autentycznych" spowiedzi pięknej Ninon winniśmy się odnosić z wielkim sceptycyzmem, to jednak mamy bezwzględnie autentyczne dokumenty z jej żywota. Jest to korespondencja Ninon ze słynnym satyrykiem i ironistą XVII w. Saint-Evremond'em.3 

Saint-Evremond'a z Ninon miał ponoć łączyć nader zażyły stosunek. Nie trwał on jednak zbyt długo; satyryk bowiem nie łączył zalet umysłu z zaletami ciała: był potężnym brudasem. To też razu pewnego, gdy podczas ulewnego deszczu siedział w sypialni Ninon, ta rzecze do niego:

- Mógłbyś, drogi przyjacielu, przejść się na spacer!

- Czemu?

- Przynajmniej raz w życiu byś sobie wymył ręce!

Po scenie tej nastąpiło zerwanie. Lecz kochankowie jednak postanowili być dobrymi przyjaciółmi. Nie tylko więc spotykali się nadal jak najczulej, lecz zawiązali między sobą tak modną w XVII i XVIII w. korespondencję. Ninon spowiada się w swych listach szczerze ze wszystkich grzechów i grzeszków, a Saint Evremond, przezwany "doradcą wszystkich pięknych kobiet" pobłażliwie kiwał na to głową i... prosił o nowe niedyskrecje.

Listy te są nieocenioną kopalnią dla każdego, kto pragnie zapoznać się nie tylko już z żywotem i przygodami "belle Ninon", ale z kulturą i obyczajowością XVII wieku.4 

A więc...

Anna de Lenclos, a jak ją później przezwano Ninon, urodziła się 15 maja 1616 r. Ojciec jej, zamożny szlachcic francuski, gorąco pragnął syna; to też, gdy córka przyszła na świat, z rozpaczy... począł wychowywać ją po męsku. Jeździła świetnie konno, władała szpadą, jak fechmistrz, nie bała się huku pistoletu, a w razie potrzeby potrafiła dać tęgą naukę śmiałkowi, który by jej ubliżył.

Skutki podobnej edukacji nie długo kazały na siebie czekać. Wyrosła Ninon na prześliczną i pełną wdzięku dziewczynę, ale o charakterze energicznym, samodzielnym, ściśle męskim.

Gdy liczyła 18 lat zmarli rodzice - pozostała tedy całkowicie niezależną i to pod każdym względem: ani rodzeństwa, ani bliższych krewnych nie miała, a znaczny, odziedziczony majątek pozwalał żyć, jak się jej tylko zechce i spodoba.

Wytworzyła sobie Ninon na swój własny użytek sui generis filozofię. 

Nic nie ma straszniejszego - twierdziła - nad małżeństwo! Związywać swą wolność, podporządkowywać się mężczyźnie - jest to najfatalniejsza zbrodnia przeciw własnemu ja. Każda kobieta rozumna winna szukać nie męża, lecz kochanka.

Była Ninon w tym zakresie jakby pierwszą feministką: nic tak jej nie oburzało, jak prawa zezwalające na wszystko tym przebrzydłym mężczyznom - a zabraniające wszystkiego niewiastom!

Lecz jeśli wzdrygała się Ninon na myśl o podporządkowaniu mężczyźnie, jeśli z oburzeniem odrzucała wszelką wzmiankę nawet o zależności od "pana i władcy" niemniej jednak... bez mężczyzn wytrzymać nie mogła ani chwili.

Lecz stosunek to był specyficzny: brała ona mężczyznę, niby mężczyzna kobietę, niby typowy don Juan, rzucała go do swych stóp, by po chwilowej rozkoszy, krótkotrwałym stosunku odrzucić precz!

Przezwano ją za to "królową kurtyzan". Nazwa ta w sensie określenia "kurtyzana", jak my ją obecnie pojmujemy, nie jest słuszną. Biedak w obszarpanym ubraniu mógł dzielić z nią łoże, skoro był jej taki królewski kaprys, lecz żaden możny za cenę złota nie przestąpił progu jej sypialni. Dla Ninon względy materialne nie istniały zupełnie!

Nie była ona kobietą wysoce moralną, o to nikt kopii kruszyć nie będzie - ale wybryki jej miały za źródło temperament jedynie - niechęć zdobycia kariery, majątku.

Dewizą Ninon było: być nie kobietą uczciwą, lecz uczciwym człowiekiem! 

Nie uprzedzajmy jednak wypadków!

Zaraz na wstępie życia przytrafiła się Ninon przygoda, rzucająca tajemnicze, a dziwne na jej losy światło.

Pewnego wieczoru zameldował służący, że jakiś starszy, niepozorny jegomość koniecznie pragnie ją widzieć, lecz nie chce wyjawić swego nazwiska.

Ninon początkowo się wzdragała przyjąć go; gdy jednak nieznajomy nalegał, wyszła do niego do buduaru. Ujrzała małego, czarno ubranego staruszka.

Stary skłonił się grzecznie i tak zaczął:

- Ma pani przed sobą człowieka, który włada siłami przyrody! Gdyby zechciał, mógłby posiadać wszystko, czego tylko zapragnie - znikomościami świata jednak pogardza!

Wstęp taki mocno zaintrygował Ninon. Tajemniczy gość oświadczył dalej, że obecnym był przy narodzinach panny de Lenclos i że interesuje się jej losami. Daną mu jest moc nieograniczona; zapytuje więc Ninon, czym pragnie, by ją obdarzył: władzą, bogactwem, czy nieśmiertelną urodą.

Ninon sądząc, że ma do czynienia z nieszkodliwym wariatem parsknęła śmiechem.

- Proszę się nie śmiać - ciągnął jak najpoważniej stary - i odpowiedzieć natychmiast: zgadza się pani, czy nie?

- A gdybym się zgodziła - zapytała - i wybrała wieczystą urodę, co mam uczynić, by dar ten uzyskać?

- Absolutnie nic - brzmiała odpowiedź - napisze pani tylko swe nazwisko, na tej tu tabliczce - tu podał jej czarną niewielkich rozmiarów tablicę.

Ninon wahała się.

- No proszę, prędzej! - naglił.

- Niechaj będzie! - zawołała Ninon i szybkim ruchem skreśliła na podanej tablicy swe nazwisko.

Stary wyprostował się. Zdawał się rosnąć w oczach. Głos jego brzmiał donośnie:

- A więc słuchaj - zawołał - piękna Ninon! Od dziś należysz do mnie! A na najlżejsze skinienie twe - każdy mężczyzna do stóp ci padnie! Niemal to królewska potęga i od sześciu tysięcy lat...

- Od sześciu tysięcy?! - powtórzyła Ninon z przerażeniem.

- Tak! W przeciągu sześciu tysięcy lat zaledwie pięć kobiet uznałem za godne otrzymania daru wieczystej młodości.

- Któreż to - panie?

- Były niemi: Semiramida, Helena, Kleopatra i Diana de Poitiers.5 Ty jesteś piątą i ostatnią.

Ninon siedziała bez ruchu.

- Będziesz więc - ciągnął dalej - tą, której skinieniu nie oprze się żaden mężczyzna. Będziesz cieszyła się świetnym zdrowiem, a choroby, którym ulegniesz, będą tak lekkie, że nie pozostawią na twym ciele śladu. Będziesz piękną, zawsze piękną i zachwycać się tobą będą nawet w tym wieku, gdy inne kobiety chylą swe plecy pod ciężarem zgrzybiałej starości. A sława twa, twej nieśmiertelnej urody, przetrwa aż po koniec świata.

Ninon milczała.

- Widzę, że wszystko to wydaje ci się nader dziwne! Lecz tak się stanie! - a gdy chciała coś powiedzieć, skinieniem nakazał milczenie.

- Nie mów nic, o nic nie pytaj! Ujrzysz mnie raz jeszcze w życiu - mniej więcej za lat osiemdziesiąt. Lecz drżyj wtedy! Gdyż wizyta moja będzie oznaczać, że pozostało ci trzy dni życia... tak tylko trzy dni!

Po tych słowach stary znikł, pozostawiając Ninon w całkowitym osłupieniu i odrętwieniu.

Ninon długo pozostawała pod wrażeniem tej dziwnej wizyty. Dwie tylko konkluzje się nasuwały: albo tajemniczy nieznajomy był kpiarzem, który chciał sobie tęgo zażartować, lub też pakt zawarty był czymś istotnym, prawdziwym. Lecz w takim razie, jakie mogły być skutki? Ninon rozwarła pakiecik pozostawiony przez starego. Znajdowało się w nim dwanaście flakonów ciemno-różowej barwy, wraz z kartką:

"Każdy flakon zawiera dwa tysiące kropel esencji życia i piękności. Wystarczy to na lat 80. Codziennie rano, po zimnej kąpieli, kropla esencji do szklanki z wodą. Wypić".

Jeśli nieznajomy był diabłem, snać Szatan poczynał się bawić w eksperymenty lekarskie. Cóż pozostawało Ninon? Uwierzyć! To też poczęła stosować ten system, a dufna, że żadne nadużycie, że nic, ale to absolutnie nic, nie jest w stanie zaszkodzić jej trwałej urodzie, jęła czerpać ze wszystkich uciech życiowych bez miary i końca.

 

WSTĘP

 

Słynny nowelista francuski Guy de Maupassant w jednej ze swoich nowelek opisuje przygodę następującą:

Do sędziego pokoju sprowadził policjant parę staruszków: ona liczyła lat z górą sześćdziesiąt, on zaś przeszło siedemdziesiątkę. Sędzia spojrzał na aresztowanych z podziwem i zapytał strażnika, jaki czyn karygodny popełnili.

- Obraza moralności - brzmiała odpowiedź - zastałem tę parę pod cieniem krzewów, gdy... uprawiali miłość!

Sędzia nie mógł pohamować swego oburzenia;

- Jak to, w państwa wieku?

Na to staruszek, który stał cały czas z mocno zafrasowaną i zaambarasowaną miną, wyjąkał:

- Panie sędzio! - Noc była taka rozkoszna, wszystko w przyrodzie tchnęło weselem, radością, kochaniem... Przypomniało nam się, jak to było lat temu czterdzieści... Bo ja moją żonę wciąż kocham jednako... jest ona dla mnie wiecznie młodą!

Tak pisze Maupassant i stąd pierwsze prawidło się wywodzi, że: dla serca miłującego, każda kobieta jest wiecznie młodą! 

Jednak to pojęcie, młodość owa widziana przez pryzmat amoru, nie wiem, czy wszystkim moim czytelnikom, nie wyłączając i mnie osobiście, bez zastrzeżeń przypadłaby do smaku i gustu; nie wiem, czy owa szanowna miłowana i rozmiłowana matrona i nam by się wiecznie młodą wydała...

Dlatego też w dalszym ciągu wolę mówić o młodości takiej jak my ją zwykle rozumiemy: tym uosobieniu wiosny życia, uosobieniu radości, lekkomyślności, beztroski, miłości, wesela.

Tej świetlanej młodości, będącej krańcowym przeciwstawieniem zgrzybiałej stałości - obrazu ponurego i smutnego, przed którym wzdrygamy się wszyscy. Gdyż mimo pięknych bajeczek "o czcigodnej starości", którymi stara się ludzkość opromienić i osłodzić tę straszliwą konieczność - każdy z nas z obawą i lękiem spogląda na starość, ów akt ostatni naszej doczesnej wędrówki, ów koniec końca, prolog śmierci - będący w najlepszym wypadku powolnym, a nieubłaganym zamieraniem.

Stąd też od niepamiętnych czasów starano się rozwiązać dręczącą zagadkę, którą by można sformułować tymi słowy: wiemy, że każdy z nas starzeć się i umrzeć musi, gdyż od reguły tej nie było wyjątku - nie było człowieka, który by żył wiecznie, lecz czemu się tak dzieje? 

Aczkolwiek Pismo Święte powiada: "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz" - człowiek dumny pan i władca stworzenia niechętnie godził się z myślą, by po śmierci nie pozostawało z niego nic - prócz zgnilizny.

Usiłowania ludzkości szły w podwójnym kierunku: psychicznym i fizycznym.

Pierwsza więc grupa, grupa psychiczna, godziła się z myślą, że na śmierć fizyczną, śmierć naszego ciała, rady nie ma. Pocieszała się ona tym natomiast, że umiera tylko nasze ciało, duch zaś nieśmiertelny żyje; pocieszała się ona tym, że śmierć jest tylko zmianą formy bytowania.

Takiem jest podłoże wszystkich religii, pouczających nas, że zgon nie jest rzeczą tak straszną, że będziemy żyli dalej w innej formie, takie jest podłoże spirytystycznych usiłowań rozwiązania zagadki życia pozagrobowego.

Psychiczna więc grupa powiada: śmierci nie ma, duch tylko odrzuca swe ciało, w którym się czuje, jak ptak więziony w klatce po to, by się odrodzić, stać się lepszym, doskonalszym!

Grupa druga szła znacznie dalej - pragnęła ona udowodnić, to, co absolutnie udowodnić się nie dawało, co było jawnym i krzyczącym absurdem. Pragnęła ona wykazać, że starość i śmierć nie są bynajmniej czymś nieubłaganym i koniecznym - że jeśli umieramy fizycznie, to tylko dlatego, że nie umieliśmy dotychczas temu zaradzić, nie umieliśmy wynaleźć odpowiedniego środka na starość, na śmierć!

Od początku świata wierzono święcie, że muszą być wynalezione sposoby, zapewniające wieczystą młodość i nieśmiertelność.

Jako punkt wyjścia brano zwykle przykłady zadziwiającej długowieczności, cytowane w Księgach Starego Testamentu. Miał więc żyć Matuzalem 969 lat, a Noe 595 lat. Cyfry te wydawały się tak nieprawdopodobne, iż późniejsi uczeni wyciągali wnioski, że lata pomienione zostały obrachowane według zasad odmiennych od naszych i że wówczas każda pora roku uważaną była za rok.

Nawet gdybyśmy przyjęli ten komentarz, wiek Matuzalema wypadłby imponująco, gdyż na 242 lata - niemniej dalsze jednak badania uczonych, bynajmniej nie potwierdziły wzmiankowanej hipotezy. Skonstatowano bowiem, że np. w czwartej księdze Mojżesza jest mowa o ludziach dwudziestoparoletnich, zajmujących odpowiedzialne stanowiska - trudno przypuścić, aby na urzędy podobne naznaczano 5-letnie dzieci. Dlatego też nie ma podstawy kwestionowania prawdziwości lat życia patriarchów biblijnych; musiała ona być znacznie większą niż obecnie.

Wszak Aaron, Mojżesz i Jozue żyli również po sto kilkadziesiąt lat. Czyż te przykłady niezwykłej długowieczności nie mogły nasuwać zgoła zresztą usprawiedliwionych refleksji, że skoro byli ludzie, którzy potrafili dojść do niebywałego wieku 969 lat - to jednak nie jest to taką niemożliwością, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało, wynaleźć środki, by i inni podobnie długim życiem poszczycić się mogli.

Lecz nie dość na tym! Jeśli stary poczciwy Matuzalem mógł dożyć do 1000 lat to dlaczego nie można żyć do 2000 lat? Dlaczego w ogóle trzeba umrzeć? A może znajdzie się jednak coś, nieznane jeszcze, tajemnicze coś, które zapewni najkompetentniejszą fizyczną nieśmiertelność!

To też we wszystkich wiekach i we wszystkich czasach napotykamy różne tajemnicze jednostki, przechwalające się, że z mocy sił wyższych daną im jest młodość i nieśmiertelność; że żyją od niepamiętnych czasów i że są w możności innych śmiertelników na nieśmiertelnych przemienić. W średniowieczu takim niezawodnym środkiem miał być kamień filozoficzny i eliksir młodości, w nowszych czasach takąż rolę odgrywać miał magnetyzm.

Nie będę tu obszernie mówił o wtajemniczonych, adeptach i ich cudotwórczych miksturach; uczyniłem to zresztą w mej książce "Tajemnice życia i śmierci".1 Nadmienię tylko, że aczkolwiek utarte mniemanie, iż byli oni wydrwigroszami, szarlatanami i niczym więcej, jest słuszne, niemniej jednak, pośród tych, co czynili poszukiwania nad "źródłem witalnym" "duchem ożywczym ciała" - byli jednak tacy, którzy badali i szukali całkiem w dobrej wierze i uczciwie.

Więc Descartes pewnym był, iż odnalazł środek przedłużenia życia, a Bakon Werulamski napisał cały traktat o walce ze śmiercią, w którym zachwala jako środki przedłużające życie: saletrę i upust krwi.

Istniały nawet jak najszczegółowsze przepisy, co czynić należy, by nigdy nie umrzeć. Bodaj najsłynniejszą jest recepta genialnego szarlatana hr. Cagliostra, za pomocą której można dojść do wieku 5557 lat... o ile się posiadać będzie tajemnicze kropla Cagliostra, które niestety wraz z nim zaginęły!

Do nader ciekawych odmładzających kuracji należały kuracje słynnego doktora Mesmera.

Otóż Mesmer w połowie XVIII w. począł leczyć w Paryżu za pomocą tak zwanego zwierzęcego magnetyzmu; postępował on nader tajemniczo. Opiszę "damską" kurację.

Usadawiał Mesmer pacjentki dokoła wielkich naczyń: "baquet". "Baquet" nie były niczym innym: jak olbrzymimi kubłami, napełnionymi żelaznymi opiłkami i butelkami z wodą. Do tych "baquet" przytwierdzone były zakrzywione sztaby mosiężne. Panie trzymały je w dłoni. Sam Mesmer, przybrany w bladoniebieski frak, obchodził pacjentki dokoła: w ręku dzierżył harmonijkę, z której, jak piszą współcześni "wydobywał słodkie i żałosne tony".

Początkowo niewiasty siedziały spokojnie, lecz po pewnym czasie rozpoczynały się tak zwane kryzysy, nerwowe ataki. Twarze wykrzywiały się, nogi uginały, głos stawał się chrapliwy, ciałem wstrząsały dreszcze. Wówczas Mesmer przenosił je pojedynczo do specjalnego pokoju, do tak zwanej "komnaty kryzysów" inaczej "piekła konwulsji". Był to spory pokój, wybity grubymi materacami. Działy się tam sceny, przypominające jakby średniowieczne opętania. Nadobne panie tarzały się po podłodze, szarpały suknie na sobie, darły je w strzępy, skakały, ryczały, kwiczały... a Mesmer, z pałeczką w ręku, oczekiwał spokojnie zakończenia ataków nerwowych - od szczęśliwego bowiem ich przebiegu zależało, jak twierdził on, całe powodzenie kuracji.

I rzeczywiście po pewnym czasie następowało uspokojenie i pacjentki opuszczały "komnatę konwulsji" odmłodzone i odrodzone.

Czy kuracje te były czymś istotnie wpływającym na zachowanie młodości, czy też zwykłą blagą i humbugiem - trudno dziś ustalić, gdyż nikt ich bliżej nie badał ze względu na bojkot, jakiemu podlegał Mesmer. Czynniki ówczesne lekarskie w Paryżu nic nie chciały słyszeć ani wiedzieć o nim i o jego kuracjach. Faktem jest jednak, że paryżanki pędziły jak oszalałe do Mesmera - tyle ponoć rozkoszy opisana procedura "kryzysów" miała im dostarczać.

Dotychczas mówiłem tylko o usiłowaniach zachowania lub odzyskania młodości, usiłowaniach odnalezienia niezawodnego środka na starość.

Lecz to wszystko, o czym wspomniałem, może być więcej lub mniej historycznie interesującym, więcej lub mniej tajemniczym i zastanawiającym, ale odpowiedzi na główne pytanie nie daje: czy były osoby, które potrafiły istotnie zachować młodość?

A jednak na pytanie to można odpowiedzieć twierdząco. Historia zna dwa takie wypadki: nieśmiertelnego hr. St. Germain i wiecznie młodą Ninon de Lenclos.

Nad postacią hr. St. Germain zatrzymywać się nie będę, lecz pragnę tu mówić o kobiecie wiecznie młodej, kobiecie, która jednako potrafiła zachować czar swych wdzięków, gdy miała 18 i 80 lat - o Ninon de Lenclos.

Tej to wiecznie młodej Ninon de Lenclos niniejsze dziełko poświęcam.

 

St. A. Wotowski.