Wstęp - napisała Alicja Kapuścińska
Wstęp
Teksty znajdujące się w niniejszej książce powstawały na przestrzeni
ponad trzydziestu lat. Wydawałoby się - no cóż, dorobek niewielki. Ale
czytając je teraz, zastanawiam się, kiedy On zdołał znaleźć czas jeszcze
i na ten rodzaj twórczości. Przez kilkadziesiąt lat wspólnego życia
miałam możność uprawiać "obserwację uczestniczącą". Jego życie w połowie
składało się z długich, nieustannych podróży, podczas których pisał
jedynie setki depesz do centrali Polskiej Agencji Prasowej. Pobyty w domu od pierwszego dnia po powrocie przeznaczał na lekturę niezliczonych
pozycji literatury wprowadzającej Go do tematów kolejnych planowanych
książek. Następnie przystępował (niejednokrotnie w ciężkich "bólach
porodowych") do pisania. Była to zawsze praca powolna, mozolna, z wielokrotnymi poprawkami, skreśleniami, z darciem kolejnych kartek tak
długo, jak długo tekst wydawał się ciągle niedoskonały.
Poza rytualnym porannym spacerem i przerwami na posiłki Ryszard siedział
za biurkiem całymi dniami. Nie wolno było zakłócać Mu spokoju i ciszy.
Rzadko przyjmował propozycje spotkań i wywiadów. Wszystko, co nie
służyło pisaniu, było kradzieżą czasu.
A dziś widzimy, że obok kilkunastu tytułów znanych na całym świecie,
uzbierało się około setki krótkich tekstów, z których każdy musiał być
poprzedzony lekturą omawianej książki. Co więcej, do każdego tematu -
jak widać - był przygotowany, miał wyrobiony pogląd, a także był w stanie przytoczyć szereg innych, przeczytanych pozycji, aby móc
polemizować z autorem recenzowanej książki. Mogę powiedzieć, że Ryszard
stale wzbudza mój podziw dla Jego niezwykłej erudycji i pracowitości.
Nasuwają mi się uwagi, którymi pragnę się podzielić z Czytelnikami.
Tom ten jest rodzajem przewodnika po autorach i tytułach, z którymi
warto się zapoznać. Co więcej - Ryszard każdorazowo uzasadnia, dlaczego
poleca daną pozycję, a ponieważ robi to w sposób przemyślany, uważam, że
można Mu zaufać. Do każdej omawianej książki czy postaci ma stosunek
osobisty, nigdy nie pisze na chłodno, obojętnie, z dystansem.
Końcowe rozdziały są poświęcone sztukom wizualnym. Ważne miejsce w Jego
życiu zajmowało fotografowanie - Jego druga po pisaniu pasja twórcza.
Stąd duże zainteresowanie wystawami i albumami fotograficznymi.
Natomiast teksty o malarstwie i filmie pokazują Go od strony Jego
wrażliwości na piękno formy, koloru, wszelkich dziedzin sztuki. Są to
bowiem Jego osobiste refleksje, którymi się z nami dzieli.
W sumie - o dziwo - zbiór tekstów zawartych w tej książce mówi nam nie
tylko o twórczości innych osób. Przede wszystkim mówi nam o upodobaniach, poglądach i pasjach samego Ryszarda. Chyba dlatego warto
było udostępnić te teksty Czytelnikom.
Warszawa, marzec 2009
Alicja Kapuścińska
[Entuzjasta Europy Środkowej]
Swoje pisarstwo, jak również działalność naukową i społeczną Csaba
György Kiss poświęca jednemu - odrodzeniu idei Europy Środkowej. Idea ta
zakłada, że Europy nie da się podzielić na dwie sztywne i nawet
przeciwstawne części - Wschód i Zachód, lecz że jest ona wielkością dużo
bardziej zróżnicowaną i że trzeba w niej wyróżnić co najmniej trzy
trzony zasadnicze - Europę Zachodnią, Środkową i Wschodnią.
Do idei tej jedni odnoszą się sceptycznie, inni z entuzjazmem. Do
sceptyków należy choćby pisarz Milan Kundera, który uważa, że Europa
Środkowa została zmieciona z powierzchni naszej planety w latach drugiej
wojny światowej i że na zgliszczach, jakie pozostały na jej miejscu, nie
da się już odbudować dawnego bogactwa, oryginalności i jej
niepowtarzalnej wyjątkowości kulturowej. Inni - przeciwnie - są zdania,
że takie możliwości istnieją, że żadnej kultury nie da się raz na zawsze
przekreślić i że jednym z podstawowych elementów tożsamości europejskiej
była i jest różnorodność, wielostronność, wielowątkowość, wielorakość, i że właśnie w takiej otwartej i bogatej kulturze jest miejsce na te
wszystkie wartości i osobliwości, jakie wnosi Europa Środkowa.
Do obozu propagatorów, teoretyków i entuzjastów Europy Środkowej należy
autor tej książki. Mówi w niej o Polsce, przypuszczalnie do idei Europy
Środkowej czerpał dużo także ze źródeł nadwiślańskich.
Dziennik polski jest dziełem zarazem umysłu i serca. Umysłu, bo Kiss
opowiada w niej o swoich przemyśleniach i refleksjach na temat naszej
części Europy. Serca, bo ton i klimat temu pisarstwu nadaje szczególny
sentyment, jaki autor żywi do Polski, do jej historii i kultury, do jej
ludzi. Dla niego zresztą nie jest to tylko sprawa sentymentu. Csaba
György Kiss widzi w długich i tylokrotnie pomyślnie sprawdzonych
związkach polsko-węgierskich oś, rdzeń kulturowy, główne pole
krystalizacji nowej Europy Środkowej.
Jest coś niezmiernie wzruszającego i wzbudzającego podziw w postawie
Kissa. Nasza część świata przeżywa bowiem okres trudnych, krytycznych, a nieraz bolesnych i nawet krwawych doświadczeń i wszelki optymizm - tak
nam przecież potrzebny - ma tu i teraz rzeczywistą wartość tylko wtedy,
kiedy rodzi się nie jako wynik powierzchownej i krótkowzrocznej
beztroski, lecz jako rezultat głęboko przemyślanej i prawdziwie
przeżytej wiary, która pozwala budować twórcze i dynamiczne wizje nowej
Europy.
Wizje takie powstają również z intelektualnego wysiłku i rzetelnych
przekonań autora tej książki.
Warszawa, kwiecień 1997
Wstęp Ajánló sorok do książki Csaby Györgya Kissa, Lengyel napló,
Felsömagyarország Kiadó, Miskolc 1997, 224 s., zamieszczony także, pod
tytułem Kilka słów rekomendacji, w polskim wydaniu książki Kissa:
Dziennik polski (1980-1982), tłum. Andrzej Sieroszewski, "Bibliotheca
Hungarica", 2, Filologia Węgierska UAM - WiS, Poznań 2000, 188 s.
[O ginących miejscach i ginących wspólnotach]
Ta książka różni się bardzo od wszystkiego, co kiedykolwiek napisano na
temat relacji między dawnymi krajami kolonialnymi a społeczeństwami
przez nie kolonizowanymi. Zaginione białe plemiona Riccarda Orizia to
próba spojrzenia z zupełnie nowej perspektywy na poczucie winy, które w drugiej połowie dwudziestego wieku stało się udziałem dawnych potęg
kolonialnych, które nieodłącznie towarzyszyło procesowi dekolonizacji i które, być może, do pewnego stopnia w naszych oczach proces ów
zniekształciło. Oto, zamiast po raz kolejny opowiadać o tym, w jaki
sposób narody europejskie podporządkowały sobie Afrykę, Orizio rzuca
nowe światło na stosunki między kolonizatorami i kolonizowanymi. Odkrywa
między innymi, że kolonizatorzy, a przynajmniej niektórzy z nich, także
ponieśli klęskę, pomimo - a może właśnie z powodu - koloru swojej skóry,
tak samo jak ci, których kolonizowali.
Zaginione białe plemiona można odczytywać na kilku różnych poziomach.
Bardzo dużo jest w tej książce informacji na temat historii kolonializmu
- autor szczegółowo opisał rozwój rozmaitych imperiów w odległych
zakątkach. Ale na kanwie tych wydarzeń opisuje losy napotkanych przez
siebie białych plemion; plemion zagubionych, które są obecnie jedynie
smutną pozostałością po tym, co dawniej przynależało do ogromnego i bogatego świata.
Książka Riccarda Orizia jest tak fascynująca przede wszystkim dlatego,
że autor koncentruje się nie na tym, co stanowiło motor kolonializmu,
ale na dawnych przygodach i opowieściach, odkrywając jednocześnie
(bardzo często po raz pierwszy) wiele szczegółów dotyczących osobistych
losów ludzi. Dzięki temu książka zyskuje bardzo emocjonalny, ludzki ton.
To właśni czyni ją, moim zdaniem, książką bardzo humanistyczną. Traktuje
o ginących miejscach i ginących wspólnotach; o osobach żyjących wśród
starych ludzi, starych mebli, starych werand, starych książek. Autor
pokazuje swoich bohaterów w kokonie przeszłości. Pokazuje, jak wiele w ich życiu nostalgii, wspomnień, smutku, jak bardzo niezdolni są do
nawiązania kontaktu z nową rzeczywistością.
Owe zagubione białe plemiona to poszczególni ludzie, cały czas
przeżywający jeszcze ten rozdział historii, który dla reszty ludzkości
jest już rozdziałem na zawsze zamkniętym. I właśnie dlatego, pomimo
całej sympatii Riccarda dla tych ekscentrycznych bohaterów, jego książka
jest głosem przeciwko kolonializmowi. Pokazuje bowiem, że ta właśnie
przygoda ludzkości nigdy już nie może się powtórzyć. Należy do
przeszłości, i tylko do przeszłości.
Zagubione plemiona znajdują się dzisiaj w sytuacji schizofrenicznej. Z jednej strony z rozmysłem odizolowały się od owej znajomej kultury, z drugiej jednak są cały czas jej cząstką. Mają poczucie braku
przynależności, a jednocześnie przez resztę świata są postrzegane jako
reprezentanci tego właśnie społeczeństwa, które oni sami odrzucają. Są
symbolem - choć niekoniecznie, a w każdym razie nie wyłącznie -
przeszłości. Podczas swoich podróży autor spotyka plemiona, które zdają
się być oddzielone od dzisiejszej rzeczywistości przez całe wieki. W istocie w dużym stopniu znajduje tu odzwierciedlenie problem, w obliczu
którego stoi większość współczesnych społeczeństw, w których wszystko
jest wymieszane: kolor, język, religia, kultura. W pewnym sensie los
owych zagubionych białych plemion - choć daleko im do bycia historyczną
anomalią - był zapowiedzią tego, co miał przynieść XXI wiek wraz z jego
postępującą wielokulturowością. Poprzez historie poświęcone owym białym
plemionom autor pokazuje, jak bardzo skomplikowane i trudne jest
osiągnięcie społecznej równowagi, jak wiele dobrej woli potrzeba dla ich
koegzystencji.
Przede wszystkim jednak książka Riccarda Orizia jest wspaniałym
reportażem. Jest to wynik pracy człowieka, który odbył podróże do
odległych zakątków i który powrócił z owych podróży z zupełnie nową mapą
kolonialnego świata.
Mediolan, listopad 1999
Przedmowa do książki Riccarda Orizia, Trib? blanche perdute: viaggio
tra i dimenticati, GLF editori Laterza, Roma 2000, 279 s. (Wydanie
polskie: Zaginione białe plemiona: podróż w poszukiwaniu zapomnianych
mniejszości, tłum. Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Czarne, Warszawa
2009).
Zła pamięć
Jest to książka o pamięci, o cierpieniu i nienawiści. Wszyscy
bohaterowie tych reportaży pamiętają i nadal rozpamiętują zadany im
kiedyś ból, wszyscy do dziś cierpią z powodu wyrządzonych im dawniej
krzywd i nienawidzą tych, których mimo upływu lat traktują jako swoje
największe zagrożenie, swoich nieprzejednanych wrogów.
Czytając tę znakomitą książkę Pawła Smoleńskiego, nieustannie obracamy
się w zamkniętym i mrocznym kręgu wzajemnych oskarżeń, furiackich
napaści i głuchej, często skrywanej, ale zawsze gotowej objawić się i ruszyć do ataku żądzy odwetu i zemsty (bowiem, jak wierzą Jorubowie,
tylko spełniona zemsta oczyszcza i wyzwala człowieka ze szponów
męczącego go zła).
W świecie, który opisuje nam autor, w świecie upiorów, ale także i żywych ludzi, nie ma czym oddychać, jego mieszkańcy mimowolnie wciągają
nas w atmosferę, w której nie jesteśmy w stanie zaczerpnąć powietrza i pokrzepić się bodaj odrobiną otuchy. Nikt się tam nie uśmiecha, nikt
nikogo nie pozdrawia, nie zaprasza pod swój dach. Każdy wygląda na drogę
skryty za framugą okna, nadsłuchuje podejrzanych odgłosów i żeby
powstrzymać nadciągające nieszczęście, ciągle żegna się krzyżem (każdy w inny sposób, wedle swojej wiary).
Tu czas stanął. Czas to nieruchoma, martwa skamielina. Gdzieś tam daleko
świat pędzi, przemienia się, burzy to, co minione, codziennie tworzy
nowe kształty, przybiera nowe barwy i formy, byty i sensy, ale to całe
przeobrażenie naszej planety nie dociera do bohaterów książki
Smoleńskiego żadnym echem, żadnym sygnałem do przebudzenia, żadną
zachętą do refleksji nad sobą. Świat, tak wnikliwie opisany przez
autora, nie podąża naprzód, lecz krąży po tej samej orbicie, wokół tej
samej osi wzajemnych uprzedzeń, rozgoryczenia i zajadłej wściekłości.
Mamy tu do czynienia z najgorszym typem etnonacjonalizmu, to jest takim,
w którym własną tożsamość grupową ustala się i definiuje poprzez wrogość
do swojego sąsiada. Kto to jest Azer? To ten, kto nienawidzi Ormian. Kto
to jest Chorwat? Ten, kto nienawidzi Serbów. I tak dalej. W kręgu takiej
właśnie negatywnej identyfikacji poruszają się postacie książki
Smoleńskiego - Ukraińcy i Polacy z południowo-wschodnich obszarów
naszego kraju. Przez te tereny, po drugiej wojnie światowej, przewaliła
się krwawa i okrutna polsko-ukraińska wojna domowa, przetoczyły się
nasze Bałkany i Kaszmir, nasza Irlandia i Hiszpania, pozostawiając ślady
do dziś głębokie, żywe i trwałe.
O tej uporczywej, natrętnej żywotności złej pamięci opowiada w swojej
książce Paweł Smoleński. Od pierwszych stronic wprowadza nas w napiętą
atmosferę zaciekłego sporu, wzajemnych napaści i pogróżek, zapienionej
nienawiści, szukania ofiary na stos. Mogłoby się zdawać, że ten
ponadpółwieczny antagonizm trwa tak i trwa, bo ten rejon to zapadła
prowincja, zapomniany zaścianek Europy, ziemia odległa i biedna,
zamieszkana przez ubogich ludzi, żyjących we wsiach pozbawionych cudów
techniki, trudno dostępnych i zapuszczonych. Coś z tego na pewno i jest,
bo bieda może zatruć wszelkie życie, a tam przecież, ile było tej biedy!
Było i jest. Ale jednocześnie dowiadujemy się z książki, że wielu
protagonistów i heroldów tego konfliktu żyje w Ameryce i Kanadzie, w Anglii i Australii - a więc w centrach najbardziej nowoczesnego świata,
skąd jednak wyrywają się, kiedy mogą, i pokonują tysiące kilometrów, aby
zjechać się w Przemyślu czy Sanoku i skoczyć sobie do gardła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
[Aforyzm - dzieło zamknięte]1
Mamy coraz mniej czasu na czytanie. "Dawniej klęską był analfabetyzm,
dzisiaj przekarmienie... drukiem" - zauważa Michał Hofman. Ale i druk ma
potężnych konkurentów. Ileż godzin spędzamy przed ekranem telewizora
albo słuchając radia! Literatura jednak nie chce poddać się, a jedną z jej strategii przetrwania jest aforyzm - dzieło zamknięte, którego
zgłębienie zajmuje nam kilka sekund, ale które jednocześnie może
zapłodnić nas do wielogodzinnych rozmyślań. Aforyzm to najbardziej
zwięzła forma wypowiedzi literackiej, to kilka albo kilkanaście słów
ułożonych w celną, ba, czasem olśniewającą obserwację, refleksję,
metaforę, paradoks. Czytanie aforyzmów jest wspaniałą szkołą myślenia,
bowiem uczą nas one dostrzegać związki rzeczy, często pozornie
najbardziej odległych, uczą formułować wypowiedzi w sposób zwięzły i jasny (a wielka to dzisiaj i rzadko spotykana sztuka), wyostrzają nasz
wzrok i słuch, a czasem po prostu - bawią.
Aforyzmy rozsiane są w całej literaturze; każda powieść, poemat lub
sztuka teatralna pełne są lepszych czy gorszych aforyzmów i w tym sensie
wszyscy pisarze są zarazem aforystami (często ukazują się zbiory
aforyzmów niejako wyłuskanych z dzieł obszernych, wielotomowych, a bywa
i tak, że z pękatej powieści jedyne, co po latach warto czytelnikowi
przypomnieć, to dwa, trzy aforyzmy, nic więcej).
Obok jednak tych aforystów z przypadku istnieli zawsze pisarze, dla
których aforyzm był świadomie uprawianą formą wypowiedzi, i to formą
najważniejszą. Tak jest i w wypadku Michała Hofmana, który właśnie w aforyzmie formułuje swoje spostrzeżenia, uwagi i refleksje o świecie.
Przez długie lata Hofman był przede wszystkim redaktorem, to zajęcie
pochłaniało mu najwięcej czasu i energii. Pisał rzadko - głównie
reportaże i publicystykę o sprawach współczesności, o polityce, o problemach międzynarodowych. Zawsze jednak w jego pisaniu zwracał uwagę
jeden rys, charakterystyczny dla tekstów, które wyszły spod jego pióra -
było nim dążenie do wypowiedzi w formie najbardziej oszczędnej, zwartej,
właśnie - aforystycznej. Toteż kiedy po latach Hofman zaczął dosyć
systematycznie publikować w "Forum" swoje aforyzmy (jego rubryka nosi
tytuł Redaktor "Forum" zapisał) były one naturalną, logiczną
kontynuacją tych tekstów, jakie ongiś drukował w prasie. Kontynuacją? I tak, i nie. Ponieważ Hofman skondensował sposób swojej wypowiedzi już
wyłącznie do aforyzmu, a jednocześnie bardzo rozszerzył obszar refleksji
o takie tematy, jak natura człowieka, jej powikłania i ułomności, jak
cały trudny problem przemijania, jak nasz stosunek do siebie samych i do
innych, słowem autor stara się objąć swoimi spostrzeżeniami i uwagami to
wszystko, co Elzenberg określił kiedyś jako "kłopot z istnieniem".
W jednym ze świetnych aforyzmów Hofman pisze: "Zacietrzewienie można
zauważyć u młodych, którzy nie znają życia, oraz u starców, którzy mają
dość życia". W aforyzmach Hofmana nie ma śladu zacietrzewienia. Jest w nich wrażliwość na świat i pogodna rozumność - cechy człowieka
dojrzałego, w pełni życia.
Warszawa, sierpień 1987
Przedmowa do książki Michała Hofmana, Aforyzmy prozaiczne, Wydawnictwo
Alfa, Warszawa 1988, 58 s.; - w tekście opublikowanym w książce
pominięto pierwsze zdanie.
[Reżym Ceauşescu]
Dobrze, że ta fascynująca i mądra książka została napisana. Dobrze, że
napisał ją autor, który potrafi trzymać czytelnika w napięciu od
pierwszej do ostatniej strony, a jednocześnie traktuje go serio: oto,
zdaje się powiadać, nie tylko wstrząsająca, pełna rewelacji i skandali
opowieść o komunistycznym Drakuli, ale również dociekliwa i rzeczowa
analiza systemu, dzięki któremu ponury i odrażający reżym Nicolae i Eleny Ceauşescu mógł istnieć przez ćwierć wieku, nie napotykając na
zdecydowaną opozycję w kraju, a także ciesząc się światową aprobatą.
Od pierwszych zdań Edward Behr wprowadza nas w klimat głośnych wydarzeń
rumuńskich z grudnia 1989 roku: oto "Lider", "Conducător", "Geniusz",
"Słońce" pojawia się po raz ostatni w życiu na balkonie swojego pałacu w Bukareszcie. Tłum, który dawniej na widok "Wodza" popadał w nastrój
uwielbienia i ekstazy, wznosi teraz wrogie okrzyki, wygraża pięściami.
Ceauşescu zaskoczony, oszołomiony, traci głowę i ucieka helikopterem z miasta. W trzy dni później ginie wraz z żoną (jak mówią - jego "złym
duchem"), rozstrzelany przez pluton egzekucyjny, z wyroku pospiesznie
zaimprowizowanego sądu. Jednak wielu ludzi z elity, z aparatu, który
Ceauşescu powołał do życia, pozostaje u władzy. Dlatego Behr, ilekroć
pisze o rumuńskiej rewolucji, słowo "rewolucja" używa w cudzysłowie.
Słusznie, ponieważ casus rumuński to przypadek rewolucji
niedokończonej. Wódz odchodzi, ale jego drużyna pozostaje; wódz
odchodzi, ale świat, który stworzył - a w każdym razie wiele struktur,
instytucji i obyczajów tego świata - żyje nadal, najczęściej ku
zdumieniu i rozczarowaniu tych, którzy walcząc, liczyli na szybkie i ostateczne zwycięstwo.
Myślę teraz o tym, co pozostaje po odejściu wodza. Co pozostaje po
odejściu Ceauşescu i Żiwkowa, Husaka i Envera Hodży, co pozostanie po
odejściu Fidela Castro i Kim Ir Sena. Niestety pozostanie wiele - wiele
złego. Dziś, po doświadczeniach, jakie upłynęły od jesieni 1989 roku,
wiemy, że ci politycy i ich kamaryle nie znikają bez śladu, że pozostaje
po nich świat zdeformowany i obskurny, który istnieje i długo jeszcze
istnieć będzie.
I na Zachodzie, i na Wschodzie dominowało dotąd uproszczone widzenie
komunizmu panującego w Europie Środkowej i Wschodniej. W Europie
Wschodniej - rozumowano na Zachodzie - rządzą komunistyczne dyktatury,
które doszły do władzy za pomocą czołgów sowieckich. Wystarczy te czołgi
wycofać, a dyktatury obalić, żeby w krajach tych zapanowała wolność,
demokracja i dobrobyt. W nieco odmienny sposób, choć z tą samą
konkluzją, rozumowano w Europie Wschodniej. Rządzą nami, myślano,
jednopartyjne dyktatury wspierane przez Moskwę. Wystarczy, aby dyktatury
te utraciły władzę, a będziemy żyć tak samo dostatnio i harmonijnie jak
na Zachodzie.
Jednakże rzeczywistość dowodzi czegoś innego. Rozpad systemu
komunistycznego to oczywiście wielki postęp, ale to dopiero początek
trudnej, bolesnej i długiej drogi do cywilizacji rozwiniętej i zasobnej,
w jakiej żyje Zachód. Rzecz w tym, że komunizm zagnieździł się nie tylko
w instytucjach, które po nim zostały i które nadal istnieją, ale że
uformował postawy ludzi, że ciągle wpływa na ich zachowanie i nawyki, że
określa ich skalę wartości i sposób myślenia. Władzy Sowietów już nie
ma, ale homo sovieticus żyje nadal - jest on często spotykanym
osobnikiem. Stąd tyle dziś zawodu wśród tych, którzy sądzili, że upadek
komunizmu otworzy społeczeństwom postkomunistycznym natychmiast i niejako automatycznie bramy cywilizacyjnego raju. Klęska zbyt łatwych
nadziei i jako jej wynik - chęć szybkiej ucieczki. Przykładem jest
Rumunia dzisiejsza, Rumunia po usunięciu Ceauşescu: Rumuni obalili
dyktatora, ale nie po to, aby przystąpić do budowy demokracji, ale po
to, aby otworzono im granice i aby mogli wyjechać. Setki tysięcy Rumunów
zalewają dziś całą Europę. Emigrują, ponieważ nie wierzą w szanse
demokracji i dobrobytu we własnym kraju. Oto jedno ze zwycięstw
komunizmu: umiał on zaszczepić w ludziach przekonanie, że komunizm
(razem z jego więzieniami i biedą) jest ustrojem trwałym i niezniszczalnym, że nie da się go ani zreformować, ani zmienić.
Piszę o tym, ponieważ wielką zaletą książki Behra jest właśnie zwrócenie
uwagi na głębokie społeczne i kulturowe korzenie dyktatury Ceauşescu.
Oczywiście autor mógłby ograniczyć się do nagromadzenia i opisu
niesłychanych ekscesów, nadużyć, skandali i patologii charakteryzujących
reżym rumuńskiego dyktatora. Zebrałoby się tego na kilka pikantnych i przerażających w swojej treści tomów. Jednak ambicje Behra idą dalej -
autor chce zbudować nam tło, stworzyć wyrazistą i przejmującą
scenografię tego odpychającego, ale zarazem i przykuwającego widowiska,
jakie rozgrywa się w Rumunii po dojściu Nicolae i Eleny do władzy.
Zwróćcie uwagę na kontekst! - zachęca autor. Tę część Europy, w której
leży Rumunia, zamieszkują społeczeństwa chłopskie, od wieków rządzone
przez udzielnych panów, dziedziców, wodzów plemiennych, jedynowładców.
Są oni panami życia i śmierci swoich podwładnych. Sami będąc źródłem
prawa, nie mają żadnego prawa nad sobą - są wszechwładni i bezkarni. Od
pradawnych czasów uprawiano ślepy i bałwochwalczy kult tych ludzi.
Ceauşescu mieści się właśnie w tej tradycji, pasuje do niej, jest jej
produktem. Jego rządy wyróżnia tylko wysoki stopień zwyrodnienia,
wyróżnia anachronizm jego faszyzującego feudalizmu i niebywałe
zakłamanie, kiedy swoją dyktaturę określa jako rządy ludu, jako wzór
demokracji, jako socjalizm.
Jak można wytłumaczyć długotrwałe istnienie reżymu Ceauşescu? Wymieńmy
choćby kilka przyczyn. Po pierwsze, w krajach takich jak Rumunia, z powodu ich zapóźnienia w rozwoju, nie powstało nigdy społeczeństwo
obywatelskie, a więc takie, które może samodzielnie wyrażać swoje
interesy i swoją opinię - i co równie ważne - kontrolować władzę, nie
dopuszczać do jej nadużywania. Brak tu było licznej i mocnej klasy
średniej, brak mieszczaństwa, a więc tej siły społecznej, która była
rzecznikiem własności prywatnej, która chroniła prawa jednostki,
wierzyła w jej godność i samodzielność.
Po drugie - dyktatury, takie jak reżym Ceauşescu, mogą istnieć tylko w otoczeniu charakteryzującym się niskim poziomem kultury. Największym
wrogiem władzy dyktatorskiej jest kultura - są to dwie siły, między
którymi panuje wieczny konflikt, toczy się nieubłagana walka. Behr
pokazuje szczegółowo przebieg wojny prowadzonej przez Ceauşescu przeciw
kulturze własnego kraju, przeciw jej przedstawicielom. Pokazuje
zniszczenia, ogrom dewastacji, jakiej Ceauşescu dokonał. Trafne jest
porównanie między dyktaturą i kiczem. Doskonałe są w tej książce opisy
ociekających kiczem wnętrz pałaców państwa Ceauşescu, ich prymitywnych
gustów, ich tandetnego smaku. Wszelka dyktatura nie tylko otacza się
kiczem - ona sama jest wulgarnym kiczem politycznym, często, niestety,
zbroczonym krwią. Jest ona triumfem kiczu, ale nie tego nieszkodliwego,
uładzonego kiczu kultury masowej, lecz kiczu agresywnego, niszczącego
kulturę twórczą, zatruwającego atmosferę społeczną, nienawistnego i pełnego pogardy dla człowieka.
Trzeci wreszcie powód, dla którego reżym Ceauşescu mógł istnieć tak
długo, to powód korzyści. Wśród wielu politologów utrzymuje się od lat
uproszczona teoria komunizmu. Komunizm, głosi ta teoria, opiera się na
terrorze, na policji i na strachu. To prawda, ale prawda niecałkowita.
Władza komunistyczna utrzymuje się również dzięki temu, że część
społeczeństwa czerpie z tego różnego rodzaju korzyści. Obraz takiej
sytuacji daje Sołżenicyn w Archipelagu GUŁag. W latach rządów Stalina,
pisze on, "połowa narodu siedziała w więzieniach, ale druga połowa
chodziła po ulicach i wiwatowała na cześć wodza" (cytuję z pamięci).
Otóż to. Przebiegłość liderów komunistycznych polegała na stworzeniu
takiej sytuacji, w której pozyskanie jakiejkolwiek rzeczy, nawet
najbardziej marnej i ulotnej, było przyjmowane przez człowieka jako
dowód dobrodziejstwa i łaskawości dyktatora. Człowiek cieszył się, kiedy
otrzymywał rzecz, skądinąd najzupełniej mu należną! W rezultacie
uczuciem, jakim darzył on dyktatora, była wdzięczność, niekiedy wręcz
uwielbienie. Bieda jest straszliwie demoralizująca. A społeczeństwo
rumuńskie żyło w biedzie - można tu było pozyskać lojalność człowieka za
parę butów, za koszulę. I think in the West you have a somewhat
romantic view of the system2 - mówi autorowi czołowa
dysydentka, architekt Mariela Celac. W jej wypadku, kiedy zaczęła
krytykować fakt całkowitego zniszczenia architektury rumuńskiej, I don't think a phone call from a Party boss or from a Securitate official
was required to get me fired from my job. My employers fired me as a kind of Pavlovian reaction3. Tak, nie tylko Ceauşescu, jego
kamaryla i jego policja budowali system dyktatury. Budowali ją prawie
wszyscy, dorzucając - często z własnej inicjatywy - swoją cegiełkę. Stąd
później wzajemna nieufność i wrogość ludzi - nikt nie był pewien, kto na
kogo donosi, kto pod kim dołki kopie.
Książka Behra jest miażdżącym i tak dziś potrzebnym oskarżeniem
nacjonalizmu. Autor pokazuje, jak nacjonalizm jest zręcznie i cynicznie
wykorzystywany przez "Conducătora" do swoich obłąkańczych i podłych
celów. Wystarczy, aby od czasu do czasu wygłosił antyradziecką tyradę, a już może liczyć na poparcie Zachodu, a także poparcie własnego
społeczeństwa. Wszystko zostaje mu wybaczone. Fragmenty książki
poświęcone tej sprawie są tak sugestywne, że chciałoby się zawołać:
"Ludzie, opamiętajcie się! Czyż nie widzicie, jak ten nędzny i pozbawiony skrupułów tyran wykorzystuje waszą naiwność i wasze
złudzenia, aby z zimną krwią, przez nikogo niewstrzymywany, oddawać się
swojej zbrodni?". Ale nacjonalizm potrafi tak zaczadzić i sparaliżować
umysły, że nie są one zdolne do żadnego krytycznego sądu. Ten zresztą
casus nacjonalizmu wskazuje, jak bardzo anachroniczną postacią byłby
dziś Ceauşescu. Ani antyradzieckość, ani antyamerykanizm nie może już
żadnemu dyktatorowi pomóc. Politycy sto razy bardziej antyradzieccy niż
Ceauşescu mają puste kieszenie i puste konta, a antyamerykańscy
dyktatorzy w rodzaju Saddama Husajna są izolowani i potępiani przez
świat.
Czy jednak oznacza to, że przypadek Ceauşescu to już tylko historia?
Nie! Aktualność i uniwersalność tej książki rzuca się w oczy. Autor
ciągle - i słusznie! - powraca do jednej myśli: wszelkie formy
dominacji, ucisku i upodlenia rodzą się tam, gdzie panuje ciemnota,
irracjonalizm, bezkrytycyzm. Behr w swojej znakomitej książce nie tylko
gromadzi dowody oskarżenia przeciw współczesnemu nam tyranowi, ale
jednocześnie wskazuje na wagę i siłę myślenia, na konieczność bycia
sobą, walki o własną godność, o sztukę chodzenia z podniesionym czołem w czasach pogardy i nihilizmu.
Są w tej książce rozdziały będące gotowymi scenariuszami filmowymi. Mam
tu przede wszystkim na myśli rozdział poświęcony budowie największego
pałacu świata, który z woli Ceauşescu miał stanąć w centrum Bukaresztu.
Mentalność dyktatorów jest pełna najbardziej zdumiewających paradoksów i absurdów. Z jednej strony dyktator chce nam się pokazać jako człowiek
wiecznie młody, jako nieśmiertelny; z drugiej jednak zdaje sobie sprawę,
że jego też, niestety, dotyczą prawa biologii i dlatego chce przed
odejściem zostawić po sobie jakiś pomnik, jakieś dzieło monumentalne, im
bardziej zwariowane i dziwaczne - tym lepiej. W przypadku Ceauşescu
takim pomnikiem (w którym nota bene sam miał mieszkać) był właśnie
budowany latami Pałac Ludowy. Stronice książki, na których Behr opisuje,
jak Ceauşescu miota się po terenie tej monstrualnej budowli, która swoim
ogromem, niezbornością i brzydotą może przypominać wieżę Babel z obrazu
Bruegela, jak szarpany przez zmory niepewności i osaczony niezliczonymi
wątpliwościami to każe w jednym miejscu burzyć piętra, to w innym je
dobudowywać, to coś przerabiać, to coś zmieniać, to przestawiać, jak
jąka się i poci, jak dąsa się i gniewa, jak unosi się, jak krzyczy, jak
wariuje - są prawdziwym majstersztykiem.
Odkładamy książkę Behra, ten świetnie napisany, a zarazem jakże rzetelny
przewodnik po ciemnych korytarzach i tajemniczych lochach ponurego
świata Ceauşescu, z zawołaniem, które kiedyś wyrwało się z ust Goethemu:
"Więcej światła!".
listopad 1990
Przedmowa do książki Edwarda Behra, Kiss the Hand You Cannot Bite: The
Rise and Fall of the Ceauşescu, Villard Books, New York 1991, 293 s.; -
w równoczesnym wydaniu brytyjskim (Hamish Hamilton, London 1991) tekst
przedmowy został opublikowany z niewielkimi skrótami; książka jest
dedykowana Ryszardowi Kapuścińskiemu, a kilka rozdziałów (9, 10, 11, 12
i 13) rozpoczynają cytaty zaczerpnięte z Cesarza.
[Człowiek i jego pamięć]
Kilka portretów z Polską w tle Agaty Tuszyńskiej jest jedną z niewielu
polskich książek reporterskich o Izraelu, a w ostatnich latach - bodaj
jedyną. Już dawno wybitny historyk i socjolog, Aleksander Hertz, w swoim
studium Żydzi w kulturze polskiej zwrócił uwagę na uderzającą
dysproporcję między tym, ile się w Polsce potocznie mówi, opiniuje i wzmiankuje o Żydach, a nikłością polskiego dorobku badawczego i pisarskiego o problemie żydowskim. A przecież, przypominał Hertz, "od
tysiąca lat Żydzi byli jednym z ważnych elementów życia polskiego. Od
samego początku dziejów Polski dawała się zauważyć obecność Żydów i udział ich w życiu zbiorowym. Spotykamy ich wśród pierwszych narratorów
faktu powstawania państwowości polskiej, bili monetę za pierwszych
Piastów, z każdym następnym wiekiem coraz wyraźniej i wszechstronniej
zaznaczali swą obecność. Przez tysiąc lat byli częścią rzeczywistości
polskiej"4.
Książka Agaty Tuszyńskiej wspomnianą przez Hertza dysproporcję w jakimś
stopniu łagodzi. Można się z tych stronic wiele dowiedzieć, bo też
autorka włożyła ogromny wysiłek, aby Izrael poznać, aby go zrozumieć,
dotrzeć do jego tajemnic. Tuszyńska przede wszystkim słucha. Słuch jest tym zmysłem, którym otaczająca
ją rzeczywistość najgłębiej i najpełniej przenika do wyobraźni i pamięci
autorki. Tuszyńska jest wrażliwa na głosy, na słowa i opinie, ale także
i na sposób, w jaki ludzie mówią, w jaki się wypowiadają. Stąd tyle w tej prozie tonów, tyle brzmień i odcieni!
Nie ma w tej książce geografii, nie ma obrazu ulic ani tak zwanych
opisów przyrody. Autorkę interesuje człowiek, jego sposób myślenia i odczuwania, jego przesądy i urazy, jego ból i przede wszystkim - jego
pamięć. Mieszkańcy Izraela - rozmówcy Tuszyńskiej - to ludzie żyjący
dziś w dwóch światach: z jednej strony są pełni wspomnień o kraju, w którym urodzili się, wychowali i często cierpieli, z drugiej - pochłania
ich już życie w ojczyźnie odnalezionej, w ziemi praojców, w ziemi
Kanaan. Relacja między tymi dwiema egzystencjami, tymi dwiema odmianami
losu, określa osobowość i mentalność bohaterów książki. Często nadal
szukają sobie miejsca, szukają wewnętrznego spokoju, przeżywają jakieś
dramaty i konflikty. Stąd sposób ich odczuwania i myślenia jest tak
intensywny, pełen emocji, naelektryzowany, a czasem niemal obsesyjny. Te
głosy krzyżują się, zderzają, pełno w nich sprzeczności i przeciwieństw,
toteż proza Tuszyńskiej jest wartka, ruchliwa i - jak wypowiedzi jej
bohaterów - intensywna, o wysokiej temperaturze. Z dziesiątków głosów,
urywków, zdań i fragmentów autorka tka bogaty i różnorodny obraz postaw,
nastrojów, kompleksów i emocji swoich - często anonimowych - rozmówców.
Żydzi, mieszkający dziś w Izraelu, wywodzą się z trzech obszarów
geograficzno-kulturowych:
Aszkenazim [Aszkenazyjczycy] - to Żydzi z Europy, przede wszystkim z Europy Środkowej i Wschodniej (do wybuchu II wojny światowej stanowili
oni 90 procent wszystkich Żydów na świecie);
Sefardim [Sefardyjczycy] - to Żydzi z Bliskiego Wschodu, z Afryki
Północnej, z rejonu Morza Śródziemnego;
Sabra - to Żydzi urodzeni już w Izraelu, nazywający się często
Izraelczykami.
Tuszyńska obraca się wśród Aszkenazim, z nimi rozmawia, o nich pisze.
Są to najczęściej Żydzi z Polski (stąd tytuł książki), którzy wyjechali
stąd w różnych latach przed wojną lub po niej. Ten obraz środowiska
Aszkenazim w Izraelu uzupełnia autorka rozdziałem najbardziej
aktualnym - opisem Żydów, którzy w ostatnich latach masowo przyjeżdżają
do Izraela z byłego ZSRR, wygnani stamtąd bądź przez agresywny
antysemityzm rosyjskich nacjonalistów spod znaku Pamiati, bądź w obawie
przed ekspansją islamskiego fundamentalizmu na południowych obszarach
dawnego mocarstwa sowieckiego. Ta nowa emigracja jeszcze bardziej
komplikuje i tak już złożoną sytuację panującą w Izraelu, o którym
autorka pisze: "Im głębiej wchodziłam w ten kraj, tym bardziej wydawał
mi się niepoznany". Złożoną i napiętą, jeżeli wziąć pod uwagę
utrzymujący się stale konflikt z Arabami wewnątrz i poza granicami
Izraela.
Wstrząsający jest opis losu Żydów, którym udało się przetrwać lata
okupacji hitlerowskiej, getto, obozy koncentracyjne, ale którzy po
przyjeździe do Izraela wolą milczeć na temat swoich tragicznych
doświadczeń, albowiem muszą wstydzić się tego, że przeżyli. Ofiara musi
wstydzić się, że była ofiarą! Musi wstydzić się przed tymi, przed
którymi nigdy nie stanął problem przeciwstawienia się złu, problem,
któremu w warunkach totalitaryzmu tylko nieliczni potrafili sprostać,
zachowując etyczną nieskazitelność.
Książka Agaty Tuszyńskiej, świetna literacko, ma wiele kapitalnych
stron. Do takich należy między innymi opis zakazów obowiązujących w szabat, dzień świąteczny poświęcony Bogu. Wykaz tych zakazów wygląda
wielce optymistycznie: dowodzi, że wyobraźnia ludzka nie ma granic.
luty 1993
Słowo wstępne do książki Agaty Tuszyńskiej, Kilka portretów z Polską w tle. Reportaże izraelskie, Wydawnictwo Marabut, Gdańsk 1993, 149 s.
Jacy dziś jesteśmy
Kiedy czytałem jeszcze w maszynopisie tę książkę, od razu przypomniała
mi się wystawa, którą kilkanaście lat temu zorganizował w Krakowie Marek
Rostworowski - Polaków portret własny. Wystawa przyciągała tłumy i była przedmiotem ożywionych dyskusji, bo też nic nas tak nie fascynuje,
jak nasz własny obraz, nic tak nie kusi, jak chęć przyjrzenia się sobie
samym - jacy jesteśmy, jak wyglądamy, jakie sprawiamy wrażenie?
Otóż książka Pawła Smoleńskiego jest właśnie próbą odpowiedzi na to
pytanie - jacy jesteśmy dziś, na przełomie epok, co w nas zostało z dawnego okresu, a co wnosimy do rzeczywistości nowej, którą sami
tworzymy, często nie będąc pewni jej ostatecznego kształtu i treści.
Odpowiedzi na to trudne i ważne pytanie szuka Smoleński tak, jak
przystało na prawdziwego, rasowego reportera - opisując konkretnych,
działających ludzi, których spotyka w czasie swoich wędrówek po Polsce,
w miastach, na wsiach, w urzędach i w zakładach pracy. Smoleński jest
reporterem ruchliwym - od lat można go spotkać tam, gdzie w kraju dzieje
się coś ważnego - ale nie daje się unosić potokowi wydarzeń, nie opisuje
ich ogólnikowo i zdawkowo, lecz stara się je przedstawić tak, aby
przemówiły do nas plastycznie i przekonująco, a sposobem na taką relację
jest dla niego wyszukanie w tłumie jednej postaci, jednego lidera,
jednego bohatera i zatrzymanie swojej uwagi na tej właśnie osobie. Tak
powstają jego reportaże-portrety pisane sugestywnym, oszczędnym
językiem, prozą, w której jest reporterskie tempo i typowa dla tego
gatunku gorączka.
Trzeba dobrze znać swoje społeczeństwo, swoich współrodaków i pobratymców, żeby zgromadzić taką galerię portretów, jaką odnajdujemy w książce Smoleńskiego. Są tu młodzi i starzy, są ludzie rozważni, ale są
i nierozsądni, są tacy, którzy budzą naszą sympatię i tacy, którzy nas
denerwują, są bohaterowie negatywni i pozytywni. Autor pokazuje, jak
bardzo jesteśmy dziś różni - dziś szczególnie - jak różnie myślimy, jak
mamy skrajnie przeciwstawne poglądy. Nasze myślenie, mówi Smoleński, to
prawdziwy "ogród nieplewiony", w którym (a czasem chodzi tu o tę samą
głowę) wszystko jest poplątane ze wszystkim, sprzeczności występują obok
siebie, i nawet nie mamy świadomości, że możemy jednocześnie mówić
rzeczy zupełnie niespójne, nawet - niedorzeczne i absurdalne. Autor ma
słuch wyczulony na te zgrzyty i fałsze i uważnie je odnotowuje, niczego
jednak nie komentując - niech czytelnik sam je wytropi i oceni.
Portrety Smoleńskiego są żywe i dynamiczne, to ludzie w ruchu, ludzie,
którzy się zmieniają, tak jak zmienia się świat wokół nas, jak zmienia
się nasz kraj i środowisko, w którym żyjemy. Autor śledzi te ewolucje i transformacje, kryzysy i stresy, poszukiwania i wybory. W tej właśnie
wielowymiarowości tkwi wyrazistość i wartość postaci z reportaży
Smoleńskiego, ich ludzki wymiar.
To już czwarta książka Pawła Smoleńskiego. Czwarta, która jeszcze
wyraziściej ugruntowuje jego czołową pozycję wśród młodych reporterów
polskich.
Przedmowa do książki Pawła Smoleńskiego, Salon patriotów, Oficyna
Wydawnicza Rytm, Warszawa 1994, 203 s.; - zamieszczona bez tytułu; tekst
pod tytułem Jacy dziś jesteśmy został opublikowany w "Gazecie
Wyborczej" 1994, nr 298, z 23 grudnia.
[Poszukiwania czasu minionego]
Wojna - silne, traumatyczne przeżycie, które zostaje w pamięci każdego
jej uczestnika i świadka, choćby się było wówczas, w tamtych,
dramatycznych latach, małym dzieckiem - jak w wypadku autora tej
książki. Więcej, właśnie dzieci pamiętają wojnę najlepiej, w tym
wczesnym wieku jesteśmy bowiem najbardziej chłonni, ciekawi i wrażliwi,
a nasza pamięć odznacza się pojemnością i trwałością, których już
później nie będziemy w stanie osiągnąć. Każda wojna rozgrywa się na
dwóch poziomach czasu - na poziomie czasu obiektywnego, historycznego, a także tego, który przeżywamy subiektywnie i zachowujemy później we
wspomnieniach. Druga wojna światowa trwała - w miarach kalendarzowych -
pięć lat. Ale dla tych, którzy ją przeżyli, w jakimś sensie toczy się
nadal, czasem już zepchnięta na margines i w zakamarki naszej pamięci,
ale jednak nigdy ostatecznie i bez śladu niewymazana. Wracamy do niej,
staramy się odtworzyć jej obrazy, wypełnić coraz większe - w miarę
upływu lat - luki, odnaleźć tamte dni i miesiące, odrodzić ich barwę,
ich zapach, ich natężenie.
Te poszukiwania czasu minionego, czasu wojennej pożogi, który - dodajmy
to - jest dziś dla młodych ludzi nie tylko poza ich doświadczeniem, ale
i poza możliwym wyobrażeniem, są przedmiotem książki Adama
Czerniawskiego. Kiedy zaczyna się wojna, urodzony w 1934 roku autor
Fragmentów niespokojnego dzieciństwa ma zaledwie pięć lat. Co prawda,
wojna sprawiała, że aby przeżyć, musieliśmy szybko dorośleć, ale jednak
w wieku lat pięciu nasza wiedza o świecie i zdolność oceny tego, co
dzieje się wokół nas, są z natury rzeczy ograniczone i niezborne, a my
sami podlegamy działaniu sił, których istoty ani zrozumieć, ani określić
nie potrafimy.
Autor jest świadom tej trudności, którą rozwiązuje, przywołując na pomoc
wspomnienia swoich najbliższych - przede wszystkim matki i siostry - ale
także takich osób, jak Anthony Drexel Biddle, Luis de Pedroso, pułkownik
Lipiński czy Józef Beck. Daje to efekt polifoniczny, kubistyczny, efekt
obrazu odbitego w sekwencji rozstawionych pod różnymi kątami luster - te
same epizody, fakty i zdarzenia widzimy oglądane i opowiedziane przez
różnych ludzi, o różnym stopniu wrażliwości i wiedzy, z których każdy
inaczej przeżywa perypetie i zagrożenie wojenne.
W miarę jak autorowi przybywa lat, jego widzenie rzeczywistości staje
się bardziej samodzielne, bardziej osobiście przeżyte - inne głosy,
gęsto cytowane na początku książki, stopniowo znikają z jej stronic.
Bohater tej książki nie przeżył, dzięki Bogu!, rzeczy w tej wojnie
najstraszniejszych - nie był w obozie koncentracyjnym, w getcie, w gułagu. Nikt do niego nie strzelał, bomby nie leciały mu na głowę, nie
musiał żywić się obierzynami i lebiodą. Dość wcześnie, bo już w lipcu
1941 roku, dzięki staraniom przebywającego na emigracji ojca, udało mu
się wyjechać wraz z matką i siostrą przez Austrię i Turcję do Palestyny,
gdzie spędził resztę wojny. Od 1947 roku mieszka w Anglii. Ten świetny
poeta i eseista właśnie w Anglii pisze i tłumaczy, stając się z czasem
wybitną postacią polskiej literatury.
Wspomniany już brak szokujących i mrożących krew w żyłach scen we
Fragmentach niespokojnego dzieciństwa jest zaletą tej książki.
Czerniawski nie chce nas epatować. Ma inny cel, a mianowicie pokazuje,
jak bardzo ta nasza codzienna normalność była w czasie wojny
nienormalna, niepewna. Jak brakowało w niej spokoju i pogody. Jak formą
istnienia i szansą przetrwania była niekończąca się, upokarzająca
tułaczka, uchodźstwo, wygnanie. To o sobie i swoim pokoleniu pisze w jednym z wierszy:
Im przypadło
żyć koczowniczo, uciekać, odchodzić,
im wędrówka, terra incognita,
ognisko wieczorem.
Warszawa 1995
Przedmowa do książki Adama Czerniawskiego, Fragmenty niespokojnego
dzieciństwa, "Aneks", Londyn 1995, 182 s.