Dlaczego złamałem daną sobie obietnicę i jednak napisałem tę książkę?
Wszyscy wydawcy powtarzają swoim autorom do znudzenia, że próba
zarobienia na książce to jedna wielka ruletka, a mimo to ludzie wciąż
piszą. Co, poradzisz? Nadzieja, że chimeryczny los odwdzięczy się nam,
jeśli odpowiednio dużo zainwestujemy, jest przeogromna. I nie wiem, czy
bardziej godny politowania jest spocony od namiętności gracz, który
kładzie po raz kolejny żeton na zero, czy ślepnący od pisania autor,
który nie mamonę przypadkowi, ale własny talent uwadze świata ryzykuje
oddać.
Jak wszyscy wiemy, na świecie trwa coraz brutalniejsza walka o dostrzeżenie. Rozrywana tysiącami bodźców uwaga jest dzisiaj najbardziej
pożądanym zasobem. Głęboko w głowie siedzi mi zdanie dyrektora Netflixa,
który wyznał, że największą konkurencją ich portalu jest YouTube,
Facebook i sen. Decydując się na wydanie książki, trzeba mieć graniczącą
z obłędem pychę, że tysiąc, albo i dwa tysiące ludzi, odmówi sobie
kolejnego odcinka "Gry o tron", nie kliknie w koncert Bacha, który ma na
wyciągnięcie ręki, albo urwie sobie godzinę i z tak krótkiego snu, tylko
po to, żeby posilić się moimi myślami.
A kiedy ty ostatnio przez godzinę słuchałeś kogoś w pełnym skupieniu?
Takie pytania zadaje zawsze sobie, zanim podkusi mnie, by zajmować sobą
uwagę świata. Jakże mizernym i przestarzałym narzędziem walki o ludzką
uwagę dysponujesz! Zanim zdążyłem otworzyć edytor tekstu, by skreślić
pierwsze zdanie tej książki, wyszukiwarka internetowa już zdążyła dobić
się do mojej ciekawości z informacją, że Aleksander Kwaśniewski obchodzi
dziś urodziny, że Radwańska kończy karierę, a Stephan Hawking w swojej
najnowszej książce odpowiada na dziesięć najważniejszych pytań, które
zadaje sobie ludzkość. Sam kliknąłem w tę ostatnią informacją, dając tym
samym do zrozumienia, że jest to dla mnie ciekawsze niż pisanie własnej
książki, więc jakie mam prawo prosić o uwagę Ciebie, Czytelniku. Fakt,
że dobrnąłeś do tego momentu już powinien budzić moją najgłębszą
wdzięczność, a świadomość, że kupiłeś tę książkę za równowartość opłaty
za całomiesięczny dostęp do wyprodukowanego za miliardy dolarów archiwum
Netflixa, powinna mnie ustawić pomiędzy najszczęśliwszymi ludźmi na
globie i kazać zakończyć w tym momencie. A jednak w swej nieokiełznanej
hubris (brak mi już słów w polszczyźnie na opisanie rozmiarów mojej
pychy) nie kończę, co więcej ośmielam się prosić Cię, byś czytał dalej.
Spróbuję odpowiedzieć nie na dziesięć, ale ponad trzydzieści pytań,
które sam sobie zadaję.
Jak pomagać bogacącym się biednym?
Jest tylko jedna klasa społeczna, która myśli o pieniądzach częściej niż
bogaci. Stanowią ją biedni.
Oscar Wilde
Czy nam się to podoba, czy nie: biedni stają się coraz bogatsi. Nie
jestem pewien, czy niektórzy biedni nie są już bogatsi od bogatych, bo
znam wielu bogatych, którzy wciąż harują piętnaście godzin na dobę, a nie znam ani jednego tak ciężko pracującego biedaka. Przynajmniej w Polsce. Ostatnio prawie półtorej godziny czekałem na obiad w sokólskiej
karczmie. Wraz ze mną czekał jeden z najbogatszych, znanych mi
białostoczan i cała sala miejscowych. Wszyscy byliśmy tak bogaci, żeby
jeść w drogiej karczmie, ale nie było w okolicy ludzi na tyle biednych,
że chcieliby na nas zarobić. Od właścicielki karczmy dowiedziałem się,
że po wprowadzeniu programu 500+ skończyła się w Sokółce bieda, a wraz z nią kolejka chętnych do stania przy zmywaku.
Od znajomej z MOPS-u dowiedziałem się, że niektórzy biedni zarabiają już
więcej niż bogaci. To całkiem możliwe, bo nie wszystkie zapomogi i wsparcia wliczają się do dochodu, przez co biedak może być obiektywnie
dość zamożny, ale oficjalnie wciąż wegetują poniżej progu ubóstwa. Cała
nadzieja w Ukraińcach, którzy ciągle są na tyle biedni, by chcieć
pracować. Niestety i oni się bogacą i z tego, co słyszę, to naszym
kosztem. Bo pracują na naszych stanowiskach.
Ktoś mógłby powiedzieć, że bogacenie się biednych to nie problem. Ale to
bardzo powierzchowne myślenie. Czy ktoś z was pomyślał, co by się stało
z milionami ludzi, którzy zawodowo zajmują się pomaganiem bliźnim? Gdzie
by pracowali ludzie, którzy pomagają bezrobotnym, gdyby nie było
problemu bezrobocia? Wystarczy zajrzeć za kulisy współczesnej pomocy
społecznej, by dojść do wniosku, że jest ona żywotnie zainteresowana
rozwiązywaniem, a nie rozwiązaniem problemów społecznych.
Pani Aneta jest jedną z ostatnich autentycznie biednych osób, które
znam. Sprząta klatkę schodową w moim bloku na trzy czwarte etatu, czyli
za 850 zł, z MOPS-u dostaje kilka świadczeń na łączną kwotę 800 zł, co
daje w sumie dochód wysokości 1650 zł. Ma jedną córkę, więc w tej
sytuacji ich dochód na głowę przekracza 800 zł, co oznacza, że nie są
biedni i nie dostaną nic z programu 500+. Problem w tym, że pani Aneta
naprawdę nie czuje się biedna, bo gdyby tak było, to przestałaby
pracować. Wtedy dostałaby 500+. Wczoraj byłem na piwie z moim kumplem,
który czuje się biedny, ale kiedy mu zaproponowałem, żeby pracował i nie
pił na mieście, spojrzał na mnie z najwyższą odrazą. A przecież to nic
wstydliwego pracować i chlać w domu. Wielu bogatych tak robi!
Mój kumpel wie jednak, że dzisiejsze czasy wymagają od ludzi działań
niestandardowych i zupełnie przeciwintuicyjnych. Jeśli jesteś biedny,
nie możesz iść do pracy. Bo praca może cię odbiednić, ale nie wzbogacić.
Wzbogacić cię może tylko bieda. Myślicie, że bredzę?
No to posłuchajcie!
Pani Marta i pan Wojtek zarabiają wspólnie prawie 6000 zł. Ona 2200, on
3800. Mają piątkę dzieci, więc dochód na głowę rodziny też przekracza
nieznacznie 800 zł. Jako rodzina bogata, pracująca i pełna nie znaleźli
miejsca w żłobku, więc musieli wydawać na nianię około 1000 zł
miesięcznie, ale że niania pracowała na czarno, nie byli w stanie
udowodnić, że ich realny dochód wskazywał, że weszli w strefę ubóstwa.
Rozwiązaniem okazał się rozwód! Wówczas pani Marta ze swoimi 2200 zł i piątką dzieci stała się bardzo biedna. Mąż dalej mieszkał w jej domu,
ale na mocy prawa stanowił osobne gospodarstwo domowe.
Ich dzieci momentalnie trafiły do żłobków, bo pani Marta stała się
samotną matką wielodzietnej, ubogiej rodziny. Podpadała ze swoim
nieszczęściem pod tyle świadczeń, że mogła przebierać jak w ulęgałkach.
I co najważniejsze - wreszcie mogła zrezygnować z pracy! Obecnie nie ma
żadnych dochodów, a suma jej świadczeń opiewa na prawie 5000 zł,
wszystkie dzieci korzystają z bezpłatnych obiadów w szkole, a instytucje
charytatywne nie przestają dzwonić z pomocą. Pani Marta ma już dość
serków zbliżających się do best-befora, a w ofercie banków żywności nie
ma jej ulubionych odwróconych hosomaków w sosie teriyaki, więc już od
dziadów z serkami telefonów nie odbiera. Ostatnio znalazła przepis (bo w ustawodawstwie socjalnym jest wyjątkowo biegła), że należą się jej
okresowe deputaty na bieliznę w kwocie 250 zł rocznie i zamówiła sobie
francuski biustonosz Aubade Swinging Night Balconette, bo przecież nie
będzie brała szmat z Triumpha.
Wraz z zasiłkami z programu 500+ jej własne dochody sięgają 7500 zł, a licząc wraz z dochodami męża, prawie 12 000 zł. Co ciekawe pani Marta
wciąż będzie zgodnie z prawem osobą żyjącą w skrajnym ubóstwie, bo
zarobki męża i pieniądze z programu 500+ nie wliczają się do dochodu
przy przyznawaniu świadczeń socjalnych.
Co na to wszystko mąż? Też jest szczęśliwy. Ostatnio dostał propozycję,
by zrobić szlachetną paczkę wybranej rodzinie. Zasugerował żonie, żeby
się zgłosiła do oczekujących wsparcia, bo spełnia wszystkie warunki, bo
przecież i tak, i tak, musiałby im zrobić paczkę.
Po świętach Marta i Wojtek jadą w Dolomity, bo w Tatrach szarogęsi się
buractwo i warszawka.
Wskutek coraz gwałtowniejszego bogacenia się ubogich mam coraz większe
problemy z pomaganiem im. Kiedyś chciałem oddać biednym swoje książki,
ale szybko przekonałem się, że nie ma aż tak biednych Polaków, by nie
stać ich było na książki. Myślałem, że oddam je do antykwariatu, ale
pani po przejrzeniu mojego księgozbioru nie chciała żadnej pozycji. Tu
wyjaśnię, że nie przyniosłem nagród książkowych z konkursów szkolnych,
do których zawsze dołączano biblioteczny śmieć, ale dzieła zebrane
Dąbrowskiej, Reymonta i Żeromskiego. Pani antykwariuszka poleciła mi
specjalistyczne firmy zajmujące się skupem całych księgozbiorów. Od nich
dowiedziałem się, że jedyni klasycy, którzy jeszcze się sprzedają w drugim obiegu to: Sienkiewicz, Słowacki i Mickiewicz. Choć ten ostatni
tylko w ładnych wydaniach. Arcydzieła obu
wieszczów i pokrzepiciela serc wyceniane są od jednego do dwóch złotych
za egzemplarz.
Dąbrowskiej, Reymonta i Żeromskiego nie wycenia się wcale, nie
potrzebuje ich też żadna filia filii oddziału punktu bibliotecznego.
Jedynym gatunkiem literatury poszukiwanym masowo przez osoby mniej
zamożne jest parapsychologia i ezoteryka. To wnioski z moich
trzydniowych rozmów ze specjalistami od literatury skupowanej. Teraz
powiem coś najstraszniejszego. Na pytanie, co najsensowniejszego można
zrobić z 30-kilogramowym kartonem Nocy i dni, Chłopów, i Przedwiośnia i innych dzieł, specjaliści odpowiadają krótko: "Na
makulaturę". Nawet nie wiecie, jaki ból przeszywa serce bądź co bądź
człowieka pióra, gdy słyszy odgłosy plaskania skarbów polskiej
literatury o dno kontenera: Popioły... Chłopi w częściach - Jesień...
Zima... Wiosna... Ludzie stamtąd... Leśne echa, Rozdzióbią nas kruki
i wrony. Po utylizacji twórczości najważniejszej polskiej pisarki XX
wieku, wybitnego noblisty oraz sumienia Młodej Polski poszedłem do
wąsacza w ogrodniczkach z napisem MPO po nędznego srebrnika za zbrodnię
na ojczystym dziedzictwie. Mistrz recyklingu spojrzał na mnie z nieskrywaną drwiną:
- Jaka zapłata? Podajemy sobie rączunię i jesteśmy rozliczeni.
Przeprowadzka naprawdę nauczyła mnie wiele o naszej współczesnej
biedzie. Na przykład tego, że cały karton fantastycznych slim-fitowych
koszul, za które płaciłem po kilka stówek w modnych sieciówkach, wart
jest ostatecznie jeden uśmiech pani ze Stowarzyszenia "Droga".
Początkowo chciałem je oddać niepełnosprawnemu chłopakowi z mojego
osiedla, ale żachnął się dziwnie i uznałem, że bezpieczniej będzie
zanieść do "Drogi" lub do kontenera PCK. Ten drugi niestety się nie
uśmiecha.
Dziś zastanawiam się dwa razy, zanim cokolwiek kupię, bo wiem, że w trakcie następnej przeprowadzki, trzeba to będzie przenieść. Gdy
przeprowadzałem się pięć lat temu, wyrzuciłem przez pomyłkę trzy
nowiuteńkie koszule do kontenera PCK. Wtedy byłem wściekły. Dziś miałem
trzy koszule mniej do wyrzucenia.
Najlepszym rozwiązaniem jest prawdopodobnie pozbywanie się wszystkiego
zaraz po zakupie. Mniej więcej taka rada płynie z przypowieści o bogatym
młodzieńcu. Idź i rozdaj cały majątek! Rozwodniwszy nieco ewangeliczną
wskazówkę, postanowiłem nie oddać, ale sprzedać moją majętność za bezcen
na portalach z darmowymi ogłoszeniami. I zostałem srogo ukarany.
Postanowiłem sprzedać na takim portalu kilka książek Ignacego
Karpowicza, którego z uwagi na wspólne korzenie nie odważyłem się
zutylizować w Punkcie Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Miałem
prawo się łudzić, że ktoś się skusi na Sońkę lub Niehalo.
Ogólnie ludzie na takich portalach wykazują daleko posunięty optymizm i wystawiają na sprzedaż nawet używaną bieliznę. Widziałem nawet
ogłoszenie: "Lateksowe skarpetki, jedna z palcami, druga bez. Proszę o przemyślane, poważne oferty". Po dobie tego ogłoszenia już nie było. A w sprawie Karpowicza - cisza od miesiąca.
Może powinienem zmienić dział "Sprzedam" na "Zamienię". Ludzie w dziale
"Zamienię" wykazują się wręcz niebotyczną ufnością w ludzką życzliwość.
Trafiłem na przykład na ofertę: "Zamienię starą betoniarkę na nową".
Teraz wystarczy tylko, że ktoś będzie chciał wymienić nową na starą i deal gotowy. Ale na co można wymienić Gesty Karpowicza? To są trudne
pytania, na które nie przygotowały mnie cztery lata nauki w klasie
humanistycznej.
Mój znajomy z branży charytatywnej dał mi do zrozumienia, że ulegam
mocno zdezaktualizowanemu stereotypowi polskiej biedy. Polska bieda w postaci niedojadających dzieci występuje głównie w spotach wyborczych i materiałach reklamowych instytucji charytatywnych, w realu potrzebujący
potrzebują dóbr wyższej wartości. Postanowiłem więc podnieść poprzeczkę
i oddać trzy dziecięce rowery w różnych wielkościach. I tu nastąpiło
pewne poruszenie. Jedna pani zadzwoniła do mnie z Lublina i powiedziała,
że gdybym chciał zrozumieć jej sytuację i był na tyle miły i przywiózł
rowerki do Lublina, to mogłaby pomóc mi się ich pozbyć. Wstyd się
przyznać, ale zgrzeszyłem wobec tej potrzebującej myślą i prawie słowem.
Na szczęście ugryzłem się w język.
Kiedy poskarżyłem się w tej sprawie pewnemu zaangażowanemu w filantropię
duchownemu, odparł mi, że zabrakło mi wyobraźni miłosierdzia, o której
szerzej w encyklice Dives in misericordia. Skonkludował, że jeśli ktoś
nie umie pomagać, lepiej, żeby nie pomagał. Tu omal nie zgrzeszyłem
uczynkiem, w ostatniej chwili przełknąłem jednak gorzką pigułkę. Za co
zostałem nagrodzony, bo już następnego dnia rowerki zabrał mój dawno
niewidziany kumpel. Przywitaliśmy się serdecznie. Pakując rowerki,
opowiedział mi, że przez ostatnie dziesięć lat robi interesy w Peru i ma
na zbyciu kontener świetnej kawy, a obecnie przygotowuje się do wyjazdu
do Japonii, gdzie ma jakieś nowe zlecenie.
- A ty co? Cały czas w Białymstoku?
I nie czekając na moją odpowiedź, uśmiechnął się całą klawiaturą zębów i zniknął z moimi rowerkami. I tu po raz trzeci zadzwoniłem do znajomego
księdza, a eksperta od filantropii. Nie byłem bowiem pewien, czy na
pewno pomogłem biednemu, czy raczej dałem się wydymać bogatemu. Kolega
ksiądz powiedział, że nie moja to rzecz rozsądzać, kto jest biedny, a kto bogaty.
- Bogatym nie jest ten, kto dużo ma, lecz ten, kto mało potrzebuje. A ten twój znajomy, jak słyszę, potrzebował wiele.
Po trzeciej reprymendzie zastanowiłem się, czy w tej sytuacji mogę
zaoferować biednym mój samochód. Mam taką potrzebę, bo niedawno dostałem
zupełnie za darmo toyotę yaris. Mój darczyńca nie chciał nic w zamian,
więc postanowiłem kontynuować dalej łańcuch pięknych samochodowych
darowizn. Nie wiedziałem tylko, czy dwunastoletni renault vel satis nie
jest splunięciem w twarz potrzebującemu bliźniemu. Po umieszczeniu
ogłoszenia na Facebooku, najpierw pojawiły się komentarze w stylu:
"Bardziej od vel satisa nie chciałbym chyba tylko mulitipli". Przyjąłem
to z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony to przykre, ale z drugiej
strony to jawny dowód, że żyjemy w dostatnim kraju, a ludzie opływają w dobrobyt.
Pierwszy raz miałem to cudowne poczucie polskiego dobrobytu, kiedy
prowadziłem loterię fantową dla budowlańców. Pamiętam, że główną
nagrodę, volkswagena caddy, wygrał pan o nazwisku Szczodry (imienia nie
zdradzam, bo RODO). Pan Szczodry wtarabanił się na scenę w samych
spodniach i wyśmienitym humorze, po czym oświadczył dealerowi
volkswagena, że ma w dupie takie auto. Byłem wtedy początkującym
konferansjerem i kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować. Z jednej
strony miałem szaleństwo na widowni, a z drugiej strony nie tak miała
wyglądać promocja auta. Z braku laku zaproponowałem panu Szczodremu pacę
murarską w ramach nagrody pocieszenia. Pan Szczodry podniósł pacę
teatralnym gestem i krzycząc: "Be-emkę, mam kurwa, trójkę!", zszedł ze
sceny. Wtedy moja wewnętrzna Szczepkowska powiedziała: "25 lipca 2010
skończyła się w Polsce bieda".
Całe szczęście opisana wyżej historia zdarzyła się w Warszawie, osiem
lat później w Białymstoku znaleźli się chętni na auto, które bądź co
bądź ma jednak dziesięć poduszek, ABS, EPS, klimatyzację, alufelgi i przez pewien czas było reprezentacyjną limuzyną prezydenta Francji.
Chętnych było nawet siedmiu. Wreszcie spotkał mnie ów radosny cud
możności dzielenia się z bliźnimi, na który tak czekałem przy książkach
i koszulach.
Powoli jednak dotarła do mnie straszna prawda, że skoro tak długo
jeździłem autem, które za darmo chciało wziąć tylko siedem osób i prowadziłem imprezy w koszulach, których nie chciał wziąć bezrobotny
inwalida, oznacza to, że szukając ubóstwa wokół, umknął mi prosty fakt,
jak bardzo sam muszę być biedny.
Jak pokochać psa i dać się pogryźć?
Psy spoglądają na nas z dołu, koty - z góry,tylko świnie traktują nas
jak równych sobie.
Winston Churchill
Od dzieciństwa uwielbiam robić różne spisy i rankingi. Jako dziecko
zrobiłem sobie alfabetyczny spis wszystkich liczb o 1 do 1000. Pierwsze
było 40, a ostatnie - 333. Potem zrobiłem ranking najbardziej
denerwujących tekstów moich rodziców. Już nie pamiętam poszczególnych
pozycji, ale na pewno było tam: "Nie wiesz, co robić? To rozbierz się i pilnuj ubrania", oraz: "A gdyby ktoś kazał ci włożyć palec do ognia, to
też byś włożył?".
Co pewien czas aktualizuję ranking najbardziej wkurzających tekstów, ale
wciąż nie spada z pierwszego miejsca kultowy tekst każdego właściciela
psa: "Spokojnie, on nie gryzie". W Polsce dochodzi rocznie do
kilkudziesięciu tysięcy pogryzień, drugie kilkadziesiąt tysięcy pewnie
się nie zgłasza. Czyli w sumie istnieje dowód na to, że sto tysięcy psów
gryzie, ale ten spieniony wilczur, który właśnie na ciebie biegnie,
zawsze jest tym, który nie gryzie.
Pierwszy pies pogryzł mnie w Niemczech. Pojechałem tam na wakacyjne
roboty. To u nas taka rodzinna tradycja, którą zapoczątkował dziadek.
Dziadek pracował za darmo, najdłużej i najbardziej przymusowo, ale też
najlepiej wspomina ten okres.
- Elegancko było, bauer karmił mnie lepiej niż twoja babcia, i dupy po
fajrancie nie zawracał. - Taka wersja historii obowiązywała w moim domu.
Dziadek twierdził, że dzięki Niemcom przeżył wojnę bezpiecznie i w spokoju, więc kiedy po wojnie przyznawano odszkodowania za przymusową
pracę na rzecz nazistów, dziadek powiedział mojej mamie krótko:
- Niech cię ręką boska broni, brać od Niemców pieniądze. Ja dzięki nim
wojnę spokojnie przeżyłem.
Zatem dziadek pracował u Niemca w młynie, tata na budowie, a ja w samolocie. Chodzi o samolot do zbierania ogórków, czyli taki ciągnik
wlekący poprzeczną belkę - że tak skrótowo opisał machinę tym, którzy
nie mieli przyjemności nią zbierać plonów. Na tej belce leży czternastu
Polaków, ewentualnie dziesięciu Polaków i czterech Ukraińców, samolot
leci przez zagon, a zbieracze zrywają. Niemcom nie udało się
zmechanizować całej maszyny, więc musieli gdzieniegdzie wmontować
Polaka. Taka jest specyfika, a nawet tradycja niemieckiej myśli
technologicznej: jeśli brakuje im podzespołu, sięgają po przedstawiciela
Europy Środkowo-Wschodniej albo po Turka. To się chyba nazywa interfejs
białkowy, albo jakoś tak.
Żeby się dobrze wmontować, wkładałem co ranek dresy, pod dresy -
poduszkę, żeby się serce nie wgniotło na tej rurze, a na głowę
zakładałem reklamówkę, bo ogórki były silnie pryskane. Niemcy mieli
jakieś tajemnicze płyny i jak było zapotrzebowanie na długie i pękate
ogórki, pryskali pole wieczorem ze swoich messerschmittów i rano
wyrastały długie, pękate ogórki. A jak przychodziło zamówienie na
krótkie, bombardowali zagony innym płynem. Myślę, że gdyby przyszło
zamówienie na różowe ogórki w kształcie serca, to wystarczy, że
zmieniliby płyn. Rzecz jasna baliśmy się, że wdychając tak silny oprysk,
może nam głowa przyjąć kształt ogórka albo nawet wyrosnąć druga i schizofrenia gotowa. Dlatego zakładaliśmy na twarz podwójną reklamówkę
ochronną. Do tego podwójne rękawice, tabletki przeciwbólowe, pampers i w pole.
Na skrzydle samolotu stał taki Oberhelumut, to znaczy dziś byśmy
powiedzieli coach motywacyjny i mówił nam power speech po niemiecku:
Gurken nicht unterlassen!, Schneller, schneller Polen!, Alle gurken
raus!.
No i raz kiedy wracałem z pracy, zaatakował mnie niemiecki pies. Więc ja
w długą. Potem dowiedziałem się, że to był błąd, że od psa nie można
uciekać, bo to psa prowokuje. Szczególnie niemieckiego. Niemiecki pies
musi uciekającego dogonić i pogryźć, to jest silniejsze od niego. Nie
wiem, o co chodzi, może odruch bezwarunkowy po czasach Blitzkriegu,
pamięć genów, te sprawy. Przyznaję. Nie wiedziałem o tym. Moja wina.
Przeprosiłem psa. Miałem nauczkę.
Drugi pies pogryzł mnie u Artura na grillu. On ma ogromnego psa
nieznanej mi rasy. Może ktoś skojarzy. Pies ma rozmiary mniej więcej
seata ibizy i z mordy też jest trochę podobny do seata, takiego sprzed
2000 roku. Potwór wabił się Morda. Zawsze jak do niego przychodziłem, to
Artur krzyczał:
- Tatooooo... zamknij Mordę!
I byłem bezpieczny. Tym razem taty nie było w domu, więc Morda przybiegł
do mnie. Wiedziałem oczywiście, żeby nie uciekać. Starałem się być miły,
nie traumatyzować psa, nawet tak przyjaźnie do niego pomachałem. I co
się okazuje? Nie wolno machać do psów! To też je prowokuje. Nawet
bardziej niż ucieczka. Machanie do psa to tak jak klepanie po łysinie
bramkarza przed klubem. Koniec był taki, że pojechaliśmy na pogotowie,
potem wypiliśmy po dwa piwa i Artur mi mówi:
- Wiesz, czemu psy gryzą?
- Czemu? - pytam.
- Bo mają zęby! - I roześmiał się ze swojego fenomenalnego żartu.
Ludzie, których setnie bawią własne żarty, też zajmują wysoką pozycję w rankingu wkurzających mnie zjawisk.
I co mu miałem powiedzieć? Żeby zamknął mordę? Za późno. Morda już swoje
zrobił.
Trzecie pogryzienie odbyło się nad morzem. Polskim. Spędziłem tam trochę
czasu, przysłuchując się tym dowcipnym porykiwaniom:
- Jagodzianki dwusmakowe: jagodowo-jagodowe! Jedna pani spać nie mogła,
jagodzianka jej pomogła!
I jakoś po trzech dniach przestały mnie śmieszyć. Pomyślałem sobie, że
muszę oddalić się trochę od morza. Ruszyłem do nadmorskiego lasu w nadziei, że zobaczę komary, jelenie, sarny, naprutych meneli przy
ognisku - jednym słowem "dzicz", a tymczasem las przywitał mnie trzema
śmietnikami na szkło, papier i odpady organiczne, do tego wiatą,
tablicą, parkingiem dla rowerów i wielkim napisem: "Szlak doliny
Czegoś-tam im. profesora Tadeusza Jakiegoś-tam".
Ludzie uwielbiają teraz takie długie nazwy, bo szlak staje się wtedy
ważniejszy. W Dębicy jest Rondo Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych w Dębicy, a w Zambrowie Rondo Mazowieckiej
Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii. W Białymstoku natomiast na
skrzyżowaniu ul. Wasilkowskiej i generała Władysława Andersa powstało
Rondo Arcybiskupa Generała Mirona Chodakowskiego, Prawosławnego
Ordynariusza Wojska Polskiego.
Oprócz długiej nazwy szlak miał równie długi regulamin. Co można
regulaminować na szlaku?
1. Wejść na szlak.
2. Iść po szlaku przodem.
3. W razie gdyby szlak się skończył, zawrócić.
3a. Pkt 3 nie dotyczy szlaków w kształcie pętli.
Tak to sobie wyobrażałem, bo widziałem już kiedyś instrukcję spożywania
orzeszków ziemnych o treści:
Pkt 1 - otworzyć opakowanie.
Pkt 2 - jeść orzeszki.
No dobra, czytam instrukcję korzystania z mojego szlaku Doliny
Czegoś-tam:
Pkt 1. Las pełni wiele funkcji i zaspokaja potrzeby różnych grup
użytkowników. Aby nie uszczuplić jego zasobów, granice swobody
użytkowania określają normy prawne, kulturowe i zasady współżycia
społecznego przyjęte w Rzeczpospolitej Polskiej.
No dobra, załóżmy, że rozumiem. Czytam dalej.
Pkt 2. Szlaki służą turystycznemu i rekreacyjnemu ich wykorzystywaniu.
Wszelkiego rodzaju imprezy mogą się odbywać jedynie na mocy odrębnych
uzgodnień.
I przy tym punkcie dałem sobie spokój.
Dopóki szlak biegł przez las, było w miarę w porządku. Potem wyłoniła
się pomorska wieś. Jak tylko zobaczyłem tablicę "Dźwirzynko wita", od
razu jakby na potwierdzenie tych słów usłyszałem radosne ujadanie,
witały mnie wszystkie dźwirzyńkowskie psy. Żeby było jeszcze bardziej
gościnnie, na każdym płocie wisiała gościnna tabliczka: "Uwaga! Wejście
grozi pogryzieniem", "Uwaga zły pies, a właściciel jeszcze gorszy",
"Jeśli on cię nie zagryzie, to ja cię zastrzelę". Niektóre tabliczki
zapraszały mnie do dialogu "Dobiegam do furtki w 5 sekund, a ty?".
Czułem się zaproszony do dialogu, więc odpowiadałem: "Ja wyjmuję gaz
paraliżujący w sekundę". Ale pies się nie bał, chyba czuł, że nie mam
gazu. "Uwaga, dobry pies, ale ma słabe nerwy". Więc odpowiadam: "Ja też
mam słabe nerwy, najpierw ładuję w komorę, potem zastanawiam się, co
zrobiłem".
No i tak sobie gawędzę z tymi psami i nagle zauważam, że jeden z nich
siedzi nie po tej stronie siatki. Zachowywał się dość spokojnie, a wyglądał jak wielki zmutowany pomarszczony ziemniak, a właściwie jak
krzyżówka megaziemniaka z welurową pufą. Teraz jest taka moda, żeby pies
wyglądał dziwnie. Widziałem już psa, który wygląda jak pomięty koc, jak
ostrzyżony nietoperz albo jak beżowy zagłówek z głową Lenny'ego
Kravitza. Z tego co, wiem, cały czas powstają nowe kombinacje, nowe
rasy, nowe krzyżówki, rebusy i palindromy.
Na szczęście pomarszczony ziemniak okazał się dość miły, nawet tak czule
zaskowyczał, więc spokojnie od niego odszedłem, pamiętając, żeby to nie
wyglądało jak ucieczka i wtedy ziemniak wystartował i szarpnął mnie za
łydę. Okazało się, że to nie było czułe skomlenie, to była taka
mruczanka przed atakiem, psia wersja Eye of the tiger.
Tak więc psu nie można ufać, szczególnie gdy jest miły. Ta sama zasada
obowiązuje przy rozmowie z telemarketerami i doradcą bankowym. Doradca
bankowy i pies zawsze się do nas łasi. Stoję więc z rozdartym udem i mówię do rolnika:
- Ja do pana nic nie mam, do psa też nie. Kocham polską wieś i jej
obyczaje, ale czemu to bydlę nie nosi takiej maski jak Hannibal Lecter?
Rolnik stwierdził, że kaganiec jest niehumonitarny. A poza tym Borys nie
gryzie.
- Jak jest niehumonitarny, to niech pan Borysowi usunie zęby. Moja
babcia na starość nie miała zębów i jakoś żyła. Borys też mógłby tak
funkcjonować! Przed jedzeniem wkładałby sztuczną szczękę, a potem
grzecznie proteza do szklanki z wodą i można hasać po wiosce. Poza tym
ja tu nie mam czasu na pogadanki, bo krwawię, a mam tylko pięć litrów
krwi, więc niech mnie pan lepiej podrzuci na pogotowie.
Ale rolnik nie mógł jechać na pogotowie, bo przed wyjściem w pole wypił
szklankę samogonu. Szklanka samogonu i paprykarz szczeciński - zestaw
śniadaniowy "No Mercy", maksymalne przeczyszczanie dyszy. Mam wrażenie,
że zdrowiej jest chyba zjeść kawałek asfaltu i popić rozpuszczalnikiem.
Chodziłem po całej wsi i okazało się, że prawie wszyscy posilili się
podobnym śniadaniem, co odcięło mnie od dostępu do pomocy medycznej.
Mogłem zadzwonić na karetkę, ale cały czas wierzyłem, że szybciej będzie
jechać od razu do szpitala, niż wzywać pomoc, która będzie musiała
wykonać kurs w dwie strony. Poza tym słyszałem o eksperymencie, że
wezwano do pewnego domu karetkę i zamówiono margheritę z podwójnym
serem. Pan z pizzą przyjechał szybciej.
Zebrałem śladowe ilości mojej asertywności i odezwałem się w te słowy:
- Albo mnie pan wiezie, albo wzywam policję. A wie pan, że jak wezmą
Borysa na badania, to on za sam wygląd kwalifikuje się do uśpienia. W ogóle nie wiadomo, czy to jest jeszcze pies. To jest jakaś krzyżówka
szakala z miną przeciwpiechotną. Za takie hybrydy jest mandat powyżej
tysiąca złotych.
I tak trafiłem do zszywania. Lekarz powiedział, że na cztery szwy to
nawet nie ma sensu znieczulenia podawać. Rolnik też uznał, że nie ma
czasu znieczulać, bo musi z rzepakiem jechać na skup. No i nie dostałem
znieczulenia. Przegrałem mniejszością głosów.
Psy są na pewno fantastyczne, na pewno są wierne, kochane i oddane. Też
próbuję je pokochać. Poszedłem nawet do mojej przyjaciółki psiary i poprosiłem o pomoc w moich kontaktach z psami. Koleżanka miłośniczka
piesków powiedziała mi, że nie jest ze mną tak źle, po prostu cierpię na
kynofobię - nieuzasadniony lęk przed psem, wilkiem i kojotem. Ona
pierwsza przyznała, że psy gryzą. Chociaż nie wszystkie. To dość
pocieszające. Nie wszystkie żmije są jadowite.
Słyszałem o człowieku, który zmarł od ukąszenia dwóch żmij, a sekcja
zwłok wykazała, że tylko jedna była jadowita. Myślę, że to była jakaś
ulga dla rodziny.
Potem zapytała mnie, czy był w moim życiu taki pies, którego się nie
bałem. Opowiedziałem jej o psie mojego dawnego sąsiada. Miał takiego
dziwnego pieska, który wyglądał jak miniaturowa sarenka. Niewykluczone,
że Chińczycy wyhodowali tę rasę, wsadzając małe sarenki do słoika po
ogórków małosolnych. Chińczycy mają spore osiągnięcia na tym polu. Ponoć
jako pierwsi udomowili psy, co ciekawe oni też jako pierwsi zaczęli je
jeść. Przypadek? Nie sądzę. Chińczycy są bardzo praktyczni. Nie będą
latać ze strzelbą po lesie jak jakiś polski myśliwy, i albo coś się
trafi, albo nie trafi. Chińczyk wychodzi na podwórko, a tam najlepszy
przyjaciel Chińczyka już na niego czeka. No co? Jak przyjaciel, to
przyjaciel. Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. To znaczy, żeby
była jasność, bo nie chcę rozsiewać złośliwych stereotypów. W Chinach
dzielą psy na rasy domowe i stołowe. I to są dwie zupełne inne sprawy.
Psy stołowe są przeznaczone na gulasz i na kiełbasy, a psów domowych
absolutnie nie wolno jeść. No chyba że jest już późno, sklepy zamknięte,
a lodówka pusta.
Ale mój sąsiad nie był Chińczykiem. Miał psa typu mikrosarna, dokładnie
ta rasa nazywa się cin-cin, cha-cha czy go-go. Sam pies wabił się Koko i wiecznie uciekał między prętami w ogrodzeniu. Pamiętam, że sąsiad
założył mu na głowę plastikowy talerz. Od tamtej pory pies wyglądał jak
Henryk Walezy w czasie koronacji. Nawet miał minę tak samo zdziwioną. I tego psa się nie bałem. Chyba nawet go lubiłem.
Potem zapytała mnie, czy potrafiłbym pokochać psa.
Myślę, że z tą miłością do psów lekko przesadzamy. Szyjemy im papućki,
czapeczki, rękawiczki. Psy nie mają jakichkolwiek obowiązków, więc
chodzą i wszystkich zaczepiają. Nic nie mam do psów, też bym tak robił,
jakbym nie miał żadnych obowiązków. Kiedyś pies musiał przypilnować
krów, pogonić komornika, skończyć po nas przeterminowany bigos. Dziś
pies tylko łazi i szoruje brzuchem po podłodze. Można by chociaż do
brzucha przyczepić mopa, to przynajmniej by trochę pofroterował. Albo
mógłby biegać w takim kołowrotku jak chomik i generować prąd. Zawsze tam
przynajmniej suszarkę mógłby zasilić czy lampki choinkowe.
Kumpela uznała, że jestem przypadkiem nieuleczalnym i zaznajomiła mnie z pozycją żółwia, którą miałem od tej pory przyjmować na widok psa. Nie
wiem, czy wiecie, jak to wgląda. Trzeba zwinąć się w kłębek, zasłonić
miękkie części ciała, podeprzeć część szyjną kręgosłupa i cicho się
modlić. Ponoć jak człowiek leży w takim poniżeniu, w takim upokorzeniu,
to pies nie gryzie. Bo nie ma satysfakcji.
Jak kontaktować się z kelnerką i nie dostać zawału?
Już posłodzone.
Kelnerka Halina w odpowiedzi na pytanie: "Czy można prosić o cukier?"
Z moich obserwacji wynika, że najtrudniejsze, najbardziej wkurzające
pytanie, jakie można zadać kelnerce brzmi: "Co pani poleca?".
Możecie poklepać kelnerkę po tyłku, rozwiązać jej sznurek w fartuszku,
wrzucić słomkę za dekolt - nic jej nie wkurzy tak, jak to pytanie.
Dlatego zawsze je zadaję i wyobrażam sobie, co w niej tam kipi.
- Po co te durne pytania? Powiedz normalnie, że chcesz bigos. Po co mnie
męczysz!
Ona nie może tego powiedzieć, więc po chwili walki wewnętrznej, kelnerka
odbija piłeczkę:
- To zależy, co pan lubi?
Aha, tak sprytnie to chcesz rozegrać! Teraz, jak ja coś powiem, to mi to
polecisz. Okej, zaglądam do menu, do wyboru jest ragu alpejskie,
bruschetta z karczochami i dorada w sosie beszamelowym. Sytuacja jest
trudna, muszę zagrać piłkę z powrotem na jej pole karne.
- A co macie najlepszego?
I już po jej oczach widzę, że to było dobre zagranie. Kelnerka klnie w duszy, na czym świat stoi, ale oficjalnie się uśmiecha. Patrzę
bezczelnie w jej oczy. Kombinuj, stareńka. Wiem, że to jeszcze nie
szach-mat, ale jesteś pod presją.
- U nas, proszę pana, wszystko jest dobre!
Dobra, król obroniony. Złapała oddech. Muszę ją szybko dobić, zanim się
podniesie.
- A pani, co najbardziej smakuje?
Widzę po oczach, że tu nie jada. Więcej, gardzi ludźmi, którzy droczą
się ze swoim głodem przy pomocy finezyjnych dań brzmiących z włoska
zamiast zaspokoić gastrofazę porządnym zestawem z Maca. Kiedyś zresztą
zrobiłem podobny eksperyment w restauracji pod złotymi łukami. Stanąłem
przy kasie i wypaliłem:
- Co pani poleca?
Dziewczyna była uśmiechnięta i ogólnie pozytywnie nastawiona. Kiedyś
zdarzały się takie przypadki w Maku. Odkąd pojawiły się kioski
zamówieniowe, obsługę zwolniono z obowiązku uśmiechania się. Kolejnym
etapem rozwoju McDonald's będzie prawdopodobnie podajnik na paszę.
Nasza historia rozgrywa się na szczęście za dawnych czasów, kiedy
człowiek stawał oko w oko z człowiekiem i mówił, czego chce, albo - tak
jak w moim przypadku - pytał, co ten drugi poleca.
- To zależy, czy lubi pan normalne zestawy, czy powiększone -
rozpromieniło się dziewczę.
- Ale ja nie pytałem, ile pani poleca, tylko co?
Zawsze, kiedy mówię tego typu zdania, mam poczucie, że mówię w innym
języku. To znaczy, obsługa podejrzewa, że to język polski (taką mam
nadzieję), ale w odmianie, której nie używają.
Czy naprawdę nie przewidziano na szkoleniach w restauracjach, że
przyjdzie klient i będzie chciał rekomendacji i chciałby usłyszeć coś
takiego:
- Fenomenalnie udał się nam dzisiaj wieśmak. Mięso jest tak smaczne, że
wczoraj jeden klient aż się zakrztusił i prosił, żeby go nie
odksztuszać, tak mu smakowało. Chciał odejść szczęśliwy! A do picia
polecamy colę z superdolewką, bo pieni się nam dzisiaj jak wściekły
amstaf.
Współczesne kelnerki, i kelnerzy także, są stonowani, wolą za dużo nie
wiedzieć, nie słyszeć i nie doradzać. Dokładnie odwrotnie było jeszcze w latach 90. Niezapomniana pani Helenka z kawiarni NOT (to nie był
anglicyzm, tylko skrót od Naczelnej Organizacji Technicznej) wiedziała
wszystko. Mówiła nam nawet, kiedy mamy skończyć pić i wracać do domu.
Podawała herbatę od razu posłodzoną i kawę od razu nieposłodzoną i nie
przewidywała innych opcji. Jak przynosiła obiad, wyrywała klientowi
gazetę z rąk, bo jedzenie to nie jest czas na czytanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki