1
Opierał głowę o szybę, a pszczoła, którą połknął w dzieciństwie, krążyła w nim, głośniejsza niż zwykle. Wnętrze taksówki pachniało cytrynowym odświeżaczem i kawą. Na szorstkiej powierzchni kanapy poszukał palców Igi i splótł z nimi swoje. Słowa prezentera wymieszane z szumem kół na asfalcie. Druga w nocy.
Patrzył, jak światło mijanych latarni pada w ciemności na szew grafitowej spódnicy, kołnierzyk białej koszuli, kosmyk ciemnych włosów przyklejony do jej prawego policzka. Tego wieczoru nosiła drobne kolczyki w kształcie półksiężyców i kolorową bransoletkę, którą kupił jej na targu w Stambule podczas podróży poślubnej.
Miała zamknięte oczy. Prawie nie używała makijażu, trochę cienia do powiek. Przyglądał się drobnym zmarszczkom przy kącikach oczu, których nie było tam, kiedy się poznali. Wysunęła stopy z butów na niskim obcasie i oparła je na plastikowym progu nad wycieraczką. Pod cienkim materiałem koszuli biegł zakrzywiony brzeg biustonosza. Przezroczyste włoski na bladej skórze. Lekko ścisnęła mu dłoń, nie otwierając oczu. Zapytała, o czym myśli, i powiedział jej.
Wjechali do tunelu, rząd żółtych świateł z lewej i z prawej strony, w radiu początek piosenki, której nie znał. Jedenaście kilometrów do domu. Zapytał, czy nie uważa, że w spotkaniu, z którego wracali, było coś niepokojącego, a ona oparła głowę na jego ramieniu.
- Może po prostu trochę się stresowałeś?
Zaraz potem zasnęła. Obserwował, jak za oknem znikają betonowe filary mostu. Jedna z latarni przy ulicy zgasła i zaświeciła się znowu. Na trawniku przy placu Wilsona pusta torba foliowa tańczyła, unosząc się i opadając. Sroka jadła okruchy z ławki na przystanku tramwajowym.
Kierowca zwolnił i zapytał, czy tutaj. Janek poprosił o podjechanie jeszcze kilkunastu metrów, o tu, do tego przejścia dla pieszych, wysiedli, Iga trzymała go za ramię i wsuwała pięty do butów bez pochylania się, kołysząc ciałem na boki.
W sypialni, leżąc na swojej połowie łóżka, patrzył, jak zdejmuje z siebie koszulę, spódnicę i bieliznę, jak odkłada ubrania do plastikowego kosza i w zamyśleniu spogląda w lustro.
Była brunetką, grzywka opadała jej nieco poniżej brwi. Miała jasną skórę, na której prawie nigdy nie widać było śladów opalenizny. Ciemnobrązowe oczy i drobne, ledwie widoczne wgłębienie w podbródku. Kiedyś, jeszcze w szkole, myśląc bez przerwy o tej twarzy, próbował znaleźć słowo, które określałoby ją najlepiej, ale nie było takiego słowa. Prawie nie nosiła biżuterii. Czasami, kiedy założyła większe kolczyki, wydawało się, że to dla tej twarzy zbyt dużo. Zdarzało się, że podkręcała włosy, pamiętał, że pierwszy raz zobaczył ją taką na studniówce.
Kiedy pracowała w domu albo wybierała się razem z nim na rowery, wiązała kitkę w charakterystyczny sposób, wysoko, blisko czubka głowy. Czasami żartowała, że kiedyś się przefarbuje albo obetnie na pazia.
Była bardzo szczupła, pod skórą wyraźnie widać było obojczyki i żebra. Patrzył, jak stoi przed lustrem i zmywa makijaż wypracowanymi, okrężnymi ruchami. Wieczorami zazwyczaj nie zamykała drzwi do łazienki, opowiadała mu wtedy o swoim dniu, nakładając na nogi krem albo rozczesując włosy. Teraz usiadła na toalecie, zamknęła oczy, miał wrażenie, że tak zaśnie, ze zwieszoną głową.
- Dlaczego powiedziałeś "niepokojącego"?
Pochyliła się jeszcze trochę i przesuwała palcami po zaczerwienionej krawędzi stopy. Podniosła się i wcisnęła przycisk spłuczki. Patrzyła na niego.
Przesunął się wyżej na poduszce i wzruszył ramionami.
- Właśnie nie wiem, chwilami wydawało mi się, że czegoś nie rozumiemy, że to spotkanie jest jakieś inne.
Pokiwała głową i odwróciła się. Puściła wodę z kranu. Widział jej plecy, wypustki kręgosłupa, pośladki. Mówiła teraz głośniej, próbując przekrzyczeć szum wody.
- Oboje są trochę dziwni, masz rację!
Zgasiła światło w łazience, wsunęła się pod kołdrę i wcisnęła chłodne stopy pod jego łydki. Odwrócił się w jej stronę. Kiedy zasnęła, podniósł z szafki nocnej powieść w podniszczonej okładce, kupioną w ciemno w antykwariacie. Wyjął spomiędzy kartek paragon, którego używał jako zakładki, i położył go sobie na brzuchu. Czytał przez kilkadziesiąt minut. Kiedy opadała mu głowa, brał głęboki oddech, odchrząkiwał, skupiał wzrok i czekał, aż otrzeźwieje.
Blaszana balia napełniona krwią. Stał nieruchomo, z jedną nogą w cieniu, drugą na zewnątrz. Pachniało wilgocią i drewnem. Słyszał szum kombajnu pracującego daleko na polu. Resztki słońca wpadały do stodoły i odbijały się od powierzchni krwi.
Zrobił jeszcze jeden krok. Znajdował się teraz cały w środku, w ciemności, która powoli układała się w kształty: po prawej stronie fragmenty nieużywanych maszyn, po lewej wysoki pojemnik na węgiel. Kilka wąskich pasków światła w tych miejscach, gdzie deski, z których wykonano wrota, odstawały od siebie. Balia stała na czarnym klepisku, wydawało mu się, że wydziela lekki zapach, który nie kojarzył mu się z niczym znajomym.
Mył się w niej codziennie, tak samo jak jego ojciec. Wiedział, że tego samego dnia, a potem też jutro i pojutrze, naleje do niej wody i wejdzie do środka, może usiądzie, ochlapie sobie ramiona, a jeden z kotów przybiegnie, zainteresowany pluskiem. Może kiedy będzie przesuwał mokrymi dłońmi po blaszanej, ocynkowanej krawędzi, trafi na ciemniejszą plamkę, na odrobinę tej krwi, na którą teraz patrzył.
Nie pamiętał, by wcześniej balia używana była do czegoś innego oprócz tych wieczornych kąpieli. Latem tata napełniał ją wodą ze studni i zostawiał na podwórku na cały dzień do ogrzania, zimą wstawiało się ją do łazienki w dobudówce, a do zimnej wody dolewało jeden czajnik wrzątku. Tata zazwyczaj mył się po nim, w tej samej wodzie, czasami rozbierając się, żartował, że idzie się pobrudzić.
A teraz stała tutaj, w rzednących ciemnościach stodoły. Nigdy wcześniej nie widział tyle krwi. Na gładkiej powierzchni, po prawej stronie, niedaleko brzegu balii, znajdował się pęcherzyk powietrza. Patrzył na niego długo, a potem, wdychając zapach stodoły, podniósł wzrok na to, co znajdowało się wyżej.
Szybki oddech, uderzenie książki o podłogę, wpół do trzeciej. Odsunął kołdrę i poszedł do kuchni, oświetlając podłogę latarką z telefonu. Zaparzył zieloną herbatę i usiadł w fotelu. Czekał, aż wróci senność, liczył upływające sekundy, ogrzewał dłonie o kubek. Pszczoła była niemrawa i powolna, ale wciąż ją czuł, czuł to swędzenie wewnątrz ciała, podsuwające niechciane wspomnienia. Pół godziny później wrócił do łóżka, ostrożnie odsunął kołdrę, zgasił lampkę. Iga leżała na plecach, z jedną ręką wyciągniętą nad głowę. Usłyszała, jak kładzie się obok, podniosła się na łokciu.
- Koszmar?
- Wszystko dobrze, śpij.
Później leżał bez ruchu, czekając, aż jej oddech zwolni. Podniósł z szafki nocnej telefon, odszukał w mediach społecznościowych konta Weroniki i Mateusza, z którymi byli na kolacji w centrum miasta. Przeglądał kolejne zdjęcia, cofając się coraz dalej w ich przeszłość, przekonany, że prędzej czy później znajdzie to, co po spotkaniu nie dawało mu spokoju.