Rozdział 1
A DLACZEGO NIE BELGIA?
SZESNASTY SIERPNIA 1897 ROKUANTWERPIA
RZEKA SKALDA WIJE SIĘ LENIWIE z północnej Francji przez całą Belgię, by niedaleko samego portu w Antwerpii skręcić gwałtownie na zachód. W tym miejscu staje się też na tyle głęboka i szeroka, że mogą na nią wpływać statki oceaniczne. Tamtego bezchmurnego letniego poranka ponad dwadzieścia tysięcy osób zgromadziło się na nadrzecznych bulwarach, by pożegnać wypływającą Belgicę i napawać się blaskiem jej chwały. Świeżo pomalowany na stalowoszary kolor trójmasztowy żaglowiec długości 113 stóp, wyposażony w silnik parowy ruszał właśnie na Antarktydę, by opisać niezbadane jeszcze brzegi i zebrać informacje o tamtejszej florze, faunie i geologii. Lecz to nie obietnica naukowych odkryć przyciągnęła tak wielki tłum na nabrzeża, a raczej narodowa duma: oto Belgia, ta malutka Belgia, państwo powstałe ledwie sześćdziesiąt siedem lat wcześniej i tym samym młodsze niż wielu z jego obywateli, porywało się na to, by przesunąć granice ludzkich odkryć.
O dziesiątej rano statek podniósł kotwicę i ruszył majestatycznie w stronę Morza Północnego, tak obciążony zapasami węgla, prowiantem i wyposażeniem, że pokład znajdował się ledwie kilkadziesiąt centymetrów nad wodą. Belgica dumnie sunęła przez miasto w eskorcie jachtów wiozących oficjeli rządowych, sympatyków wyprawy i dziennikarzy. Poruszając się wzdłuż obwieszonych flagami kamienic wzniesionych na nabrzeżach, minęła okazałą gotycką katedrę, górującą nad domami, i Het Steen, fortecę wznoszącą się nad rzeką od czasów średniowiecza. Wojskowa orkiestra ustawiona na barce grała Brabansonę, hymn narodowy Belgii, utwór stworzony z rozmachem kontrastującym z niewielkimi rozmiarami kraju. Rozległa się salwa honorowa. Z obu brzegów rzeki wystrzeliwały w niebo fajerwerki. Jednostki z całego świata włączyły syreny i każda z nich dumnie prezentowała belgijską czarno-żółto-czerwoną flagę. Kiedy Belgica mijała tłumy, ludzie wiwatowali radośnie i można było odnieść wrażenie, że całe miasto wibruje.
Komendant wyprawy, trzydziestojednoletni Adrien de Gerlache de Gomery, z mostka Belgiki przyglądał się falującemu morzu transparentów, flag, chusteczek do nosa i kapeluszy. Jego twarz nie zdradzała emocji, lecz w spojrzeniu jego oczu spod ciężkich powiek widać było płomień ekscytacji. Każdy szczegół jego wyglądu został bardzo starannie przygotowany z myślą o tej właśnie chwili - od podkręconego wąsika, przez szpic przystrzyżonej brody, do węzła fularu. Jego ciemne dwurzędowe palto było zbyt ciepłe na ten sierpniowy poranek i zdecydowanie zbyt lekkie na lodowate zimno krańca Ziemi, jednak dodawało mu aury godności pasującej do człowieka, który wyruszał tworzyć historię. Od czasu do czasu, w odpowiedzi na głośne wezwania, zdejmował z głowy czapkę opatrzoną emblematem statku i trzymając za daszek z lakierowanej skóry, unosił ją wysoko, by pomachać zebranym. Już od dawna marzył o tych wiwatach; tak długo za nimi tęsknił, że początek wyprawy jawił mu się wręcz jako jej zakończenie. "Czułem się wówczas" - zapisał w dzienniku - "jak człowiek, który właśnie osiągnął swój cel".
I w pewnym sensie rzeczywiście tak było. To, że wyprawa doszła do skutku i wypływała w morze, było jego osobistym sukcesem. Mimo wzruszającego pokazu patriotyzmu, jaki oglądał tamtego ranka, Belgijska Ekspedycja Antarktyczna w mniejszym stopniu była zasługą narodowego zrywu, a w znacznie większym manifestacją niezachwianej woli i uporu samego de Gerlache'a. Ponad trzy lata spędził na planowaniu, gromadzeniu sprzętu i zbieraniu funduszy. Samą determinacją zjednywał sceptyków, rozwiązywał sakiewki i porywał za sobą rodaków. Dziś, mimo że od celu dzieliło go ponad dziesięć tysięcy mil, rozkoszował się smakiem chwały. W taki dzień, pełen euforii, okrzyków i wiwatów, de Gerlache łatwo mógł zatracić się w radości i zapomnieć, że ta chwała jest niejako na kredyt. By na nią zasłużyć, musiał przetrwać w jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi, na kontynencie tak nieprzyjaznym ludziom, że dotychczas nikt nie przebywał tam dłużej niż marnych kilka godzin, a i to na samym wybrzeżu.
Granica między Belgią i Holandią na północny zachód od Antwerpii jeszcze przez kilkanaście mil ciągnęła się wzdłuż rzeki Skaldy. Zanim Belgica ją przekroczyła, przybiła do nabrzeża w Liefkenshoek, by załatwić ostatnią sprawę przed wypłynięciem. Pośród całego świętowania na pokładzie i na jachtach, które tłumnie odprowadzały statek ku morzu, załoga krzątała się tam i z powrotem między ładowniami a keją, przenosząc łącznie pół tony tonitu - materiału wybuchowego, który miał być potężniejszy jeszcze od dynamitu. Kostki tonitu, które spoczęły w ładowni Belgiki, złożone w kilkunastu dużych skrzynkach, były dla de Gerlache'a polisą ubezpieczeniową. Nie miał pojęcia, czego spodziewać się po lodach Antarktyki, jednak przeczuwał, że kontynent, któremu do końca dziewiętnastego wieku z powodzeniem udawało się trzymać ludzi na dystans, wymagał dużej dozy szacunku i pokory. Zdawał sobie sprawę, że istnieje niejeden sposób, w jaki statek może ulec zniszczeniu - zderzyć się na przykład z górą lodową albo nieoznaczoną na mapie rafą. Lecz najbardziej chyba bał się wizji uwięzienia Belgiki w lodzie i zmiażdżenia kadłuba albo utknięcia tam już na zawsze, co oznaczałoby wyrok śmierci głodowej dla całej załogi. Taki los stał się wcześniej udziałem kilku głośnych ekspedycji w okolice bieguna północnego. De Gerlache zakładał, że pół tony tonitu to aż nazbyt, by wyrwać statek ze szponów zamarzniętego morza. Wtedy to po raz pierwszy nie docenił potęgi Antarktydy, ale, co miało okazać się później, też nie po raz ostatni.
W czasie kiedy załoga przenosiła materiały wybuchowe do ładowni, z jednego z jachtów zeszła na nabrzeże delegacja dygnitarzy i wstąpiła na pokład Belgiki, by życzyć de Gerlache'owi i jego ludziom powodzenia. Jako marynarz z krwi i kości kapitan znacznie swobodniej czuł się na morzu niż w tłumie, a ostatnie trzy lata wykształciły w nim niechęć do poklepywania po plecach i kordialnych uścisków dłoni, bo przecież więcej czasu poświęcił już na żebranie o fundusze, niż planował spędzić na Antarktydzie. Wymieniając grzeczności z ministrami, bogatymi darczyńcami i naukowcami z Belgijskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, które zostało sponsorem wyprawy, czuł ciężar odpowiedzialności wobec nich. Gdyby pokusić się o stwierdzenie, że skuty lodem kontynent nie budził w nim wystarczającego strachu, to opinii tych ludzi o sobie bał się stanowczo zbyt mocno.
W przypadku porażki i fiaska wyprawy sam musiałby dźwigać na swoich barkach brzemię rozczarowania ojczyzny, choć - w jego mniemaniu - znacznie gorsza byłaby hańba, jaką przyniósłby swojej znamienitej rodzinie. Ród de Gerlache'ów był jedną z najstarszych arystokratycznych dynastii Belgii, a jego udokumentowane początki sięgały czternastego wieku. Jeden z przodków, baron Etienne-Constantin de Gerlache, znalazł się w gronie ojców belgijskiej państwowości, należał do głównych twórców jej konstytucji i został wybrany pierwszym premierem (choć jego kadencja trwała ledwie jedenaście dni). Dziadek i ojciec służyli w belgijskiej armii, gdzie zdobyli szereg wysokich odznaczeń i sięgnęli rangi pułkowników. Opinia publiczna oczekiwała od de Gerlache'ów wspaniałości i chwały. Rodzina Adriena rzuciła na szalę dobrą reputację, by w prasie i w kręgach towarzyskich Brukseli wesprzeć jego wysiłki przy organizacji wyprawy na Antarktydę. To wszystko sprawiało, że komendant odczuwał jeszcze większą presję.
Rodzice Adriena, jego siostra i brat - obiecujący oficer armii belgijskiej - również znaleźli się na pokładzie Belgiki i poczekali, aż dygnitarze wrócą na swój jacht. Jedynym sponsorem, któremu pozwolono zostać, była hrabina Léonie Osterrieth, najbardziej zaangażowana i pełna entuzjazmu zwolenniczka wyprawy. Korpulentna pięćdziesięcioczteroletnia wdowa po jednym z bardziej prominentnych antwerpskich kupców traktowała de Gerlache'a jak rodzonego syna, a on uważał ją za swą zaufaną powierniczkę (za hojne wsparcie ekspedycji członkowie załogi ochrzcili ją mianem M?re Antarctique, co oznaczało Matkę Antarktykę, ale zarazem występowała tu homofonia z wyrażeniem Mer Antarctique, czyli morzem antarktycznym). Kiedy nadszedł czas pożegnań, ojciec de Gerlache'a objął po kolei i przytulił każdego z członków ekspedycji, poczynając od szeregowych marynarzy, a kończąc na naukowcach, i drżącym głosem nazwał ich wszystkich swoimi "drogimi dziećmi". Matka komendanta szlochała niekontrolowanie, jakby miała przeczucie, że po raz ostatni widzi swojego pierworodnego syna. Dwudziestoośmioletni kapitan Belgiki, niski i zdecydowany Georges Lecointe, dał jej słowo, że on i cała załoga zrobią dla jej syna absolutnie wszystko, a oficer nie był typem człowieka, który łamie obietnice. Zaraz potem wezwał podwładnych do trzykrotnego powtórzenia wiwatu: "Niech żyje madame de Gerlache!". Płacz kobiety wciąż unosił się nad wodami Skaldy, kiedy kapitan zaczął wydawać rozkazy.
- Wszyscy na stanowiska!
Rodzina de Gerlache opuściła pokład Belgiki i przesiadła się na jacht o nazwie Brabo, który zawrócił i ruszył z powrotem w stronę Antwerpii. Komendant żegnał ich, machając czapką, i choć udało mu się powstrzymać łzy, z relacji jednego z obserwujących wiemy, że "potężne emocje odznaczały się grymasem na jego twarzy".
- Vive la Belgique! - zawołał jeszcze za oddalającym się Brabo, a potem ze zwinnością akrobaty zaczął wspinać się na maszt. Potrzebował mniej niż piętnaście sekund, by dostać się do bocianiego gniazda - umieszczonej na czubku drzewca beczki - skąd dalej machał czapką, aż jednostka wioząca w zasadzie wszystkie osoby bliskie jego sercu zniknęła za zakrętem rzeki.
De Gerlache nigdy nie mieszkał w żadnym kraju poza ojczyzną, a mimo to najbardziej w domu czuł się w kajutach statków i okrętów, dokądkolwiek by akurat zmierzał. Urodził się w Hasselt, w Belgii, drugiego sierpnia 1866 roku. W przeciwieństwie nie tylko do brata, ojca i dziadka, ale i całej linii męskich przodków, nie interesowała go kariera w wojsku. Był całym sercem pacyfistą i marzył o życiu na morzu - dziwaczna fascynacja dla chłopca dorastającego w Belgii, która po odłączeniu się od Holandii w 1830 roku pozostała w zasadzie bez jakiejkolwiek marynarki, przy szczątkowej flocie handlowej i z zaledwie czterdziestoma milami linii brzegowej.
Już jako dziecko de Gerlache nie przepadał za zabawami w wojnę. Czas wolał spędzać w swoim pokoju, gdzie w samotności budował niezwykle szczegółowe modele statków. Jego najbardziej udanym dziełem była miniatura wspaniałego jachtu z w pełni sprawnym ożaglowaniem i takielunkiem, nad którą pracował przez całą zimę, korzystając jedynie z pomocy czułej i kochającej matki. Kiedy skończył, zwodował jednostkę na rzeczce nieopodal wielkiego rodzinnego domu i promieniał z dumy, przyglądając się, jak wiatr wypełnia żagle jednostki, by z coraz większym przerażeniem i bezradnością patrzeć, jak jego dzieło porywa prąd, a potem jak model znika za progiem wodnym. Cambrier - bo tak nazwał masztowiec - był pierwszym statkiem, którym dowodził, i pierwszym, który stracił.
Jednak tamten smutny wypadek nie stłumił jego morskich ambicji. Rodzina początkowo cierpliwie tolerowała marzenia młodego Adriena, przypisując je młodzieńczej fascynacji, lecz w miarę jak mijały lata, jego fiksacja na punkcie morza rosła i przybierała na sile wraz z pochłanianiem opowieści o brawurowych wyprawach i wyczynach odkrywców. W wieku szesnastu lat rozpoczął naukę na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli i okazał się świetnym studentem. W czasie wakacji zaciągał się do pracy na pokładzie liniowców transatlantyckich kursujących głównie między Antwerpią, Nowym Jorkiem i Filadelfią, ale też innymi portami.
Pułkownik Auguste de Gerlache z dezaprobatą przyjmował wybór Adriena, uważając, że to zajęcie niegodne jego syna, nieodpowiadające jego pozycji społecznej i wykształceniu. Cierpiał na myśl o tym, że chłopak szoruje pokład, śpi w podwieszonym hamaku, spożywa twarde jak kamień suchary i jako początkujący marynarz musi znosić poniżające go zachowania. Ze wszystkich sił zachęcał go do zmiany decyzji i wyboru bardziej szanowanej profesji, lecz szybko się okazało, że Adrien nie radzi sobie na lądzie. "Ledwie wracał do domu, stawał się nostalgiczny", wspominała jego siostra Louise. "Po zejściu z pokładu, wolny od obowiązków i hierarchii, w dobrej wierze wrócił do studiowania inżynierii; szybko jednak podupadł poważnie na zdrowiu. Dopadła go okropna melancholia, w jego wzroku pojawiła się tęsknota charakterystyczna dla marynarzy i podróżników, która przemienia spojrzenie tak, że nawet gdy patrzą komuś prosto w oczy, zdają się spoglądać na bezgraniczne przestrzenie gdzieś bardzo, bardzo daleko".
Auguste w końcu przestał się sprzeciwiać. Zezwolił synowi zapisać się na kurs nawigatorów i zgłosić do skromnej liczebnie Belgijskiej Marynarki Wojennej, jaką dysponowała ojczyzna. De Gerlache dokładał wysiłków, by nie zawieść ojca i udowodnić swą wartość. Jego nauczyciele szybko odkryli, że młodzieniec nosi w sobie naturalną miłość do statków i dar umiejętności odczytywania wiatrów i prądów. De Gerlache zmienił więc swój luźny strój marynarza i zbyt dużą zydwestkę na mundur kadeta. Szybko stał się największą nadzieją belgijskiej marynarki. Niewiele to jednak znaczyło, gdyż belgijska marynarka zajmowała się wówczas w zasadzie jedynie obsługą linii promowej na Morzu Północnym. By zdobyć doświadczenie konieczne do uzyskania patentu kapitana, de Gerlache nie miał innego wyjścia, jak odbyć służbę na okrętach obcych krajów. Przygoda ta dała mu zasmakować potężnej i niszczycielskiej siły oceanu. W czasie jednego z rejsów, gdy przez przylądek Horn zmierzali do San Francisco, Craigie Burn, amerykańska jednostka, na której służył de Gerlache, została tak bardzo sponiewierana potężnymi wiatrami i poobijana przez skały wzdłuż wybrzeża Ziemi Ognistej, że trzeba było ją opuścić i porzucić. Tym samym stała się drugim statkiem, którego stratę obserwował.
Po kilku latach pracy na holenderskich i amerykańskich liniowcach awansował na oficera i został przeniesiony do służby na promie kursującym między Ostendą i Dover. I to na tej linii w 1890 roku de Gerlache po raz pierwszy spotkał króla Belgii, który akurat zmierzał do Londynu. Leopold II, wysoki i pełen godności mężczyzna o haczykowatym nosie i siwej brodzie, zainteresował się karierą młodego oficera, po pierwsze z racji jego nazwiska, a po drugie dzięki temu, że zdążyły dotrzeć do niego wieści o jego obiecującym talencie. Monarcha odwiedził dwudziestotrzyletniego oficera na mostku i zapytał, czy cieszyłaby go możliwość odbycia służby dla belgijskiej ojczyzny. De Gerlache odpowiedział ze szczerością typową dla jego wieku.
- Bardzo. Choć, przynajmniej w kwestii nawigacji, to raczej monotonne zajęcie. Nie mam jednak wyboru, bo to wszystko, czym dysponuje nasz kraj.
Leopold, dla którego brak poważnej belgijskiej obecności na morzach był powodem wstydu, zaniemówił w obliczu szczerości de Gerlache'a.
- Cóż - odrzekł w końcu. - W tym momencie.
Niedługo później de Gerlache otrzymał szansę, by pomóc w naniesieniu sieci rzecznej na mapy Wolnego Państwa Konga, liczącej przeszło milion mil kwadratowych części Afryki Środkowej, którą Leopold zajął nie jako belgijską kolonię, a swą prywatną własność, by przez jej eksploatację pomnażać osobiste bogactwo. Zadanie to uwięziłoby de Gerlache'a na mętnych wodach podobnych do tych, na które trafili Kurtz i Marlow w Jądrze Ciemności Josepha Conrada, choć bez wątpienia przyspieszyłoby jego karierę, zbliżając do króla Leopolda.
Ryzykując ponowną irytację monarchy, de Gerlache odrzucił jego propozycję. Nie interesowała go żegluga po rzekach i śródlądowych zbiornikach ani tym bardziej Kongo, bo wzrok kierował już w stronę zimniejszych horyzontów.
Choć wielkie połacie Ziemi nie zostały jeszcze naniesione na mapy przez odkrywców z zachodniego świata - głównie mowa tu o Afryce, Ameryce Południowej i Azji Środkowej - tylko jeden kontynent pozostawał w zasadzie zupełnie nieznany rodzajowi ludzkiemu: Antarktyda. Najbardziej wysunięty na południe skrawek Ziemi, potężny, bo powierzchnią równy Ameryce Południowej, był białą plamą na wszystkich mapach, może z wyjątkiem kilku z grubsza naszkicowanych fragmentów wybrzeża, na które od 1820 roku - czyli od czasu, gdy po raz pierwszy zauważono jego istnienie - zapuściło się ledwie paru odkrywców, wielorybników i łowców fok. Teraz należało zbadać, czy dalej rozciągały się otwarte wody, ocean lodu czy bezkresny kontynent. Antarktyda stanowiła w tamtych czasach największą geograficzną zagadkę.
Tylko trzy ekspedycje w podróży na południe przekroczyły siedemdziesiąty równoleżnik. Takie przedsięwzięcia wymagały nieprawdopodobnych nakładów finansowych i niosły ze sobą tak wielkie ryzyko, że od ostatniej z nich minęło już niemal pół wieku. Wśród stowarzyszeń geograficznych z całego świata panowało przekonanie, że od dawna powinna trwać nowa era antarktycznych odkryć. De Gerlache z wypiekami na twarzy i ekscytacją przysłuchiwał się opowieściom o przygodach polarnych i czuł determinację, by brać w nich udział. W 1891 roku dotarła do niego wiadomość o ekspedycji antarktycznej planowanej przez barona Adolfa Erika Nordenskiölda. Natychmiast zgłosił się jako kandydat i zobowiązał pomóc w gromadzeniu potrzebnych funduszy na terenie Belgii. Wysłany przez niego list pozostał bez odpowiedzi. I choć inni mogliby stracić zapał i chęci, dwudziestopięcioletni de Gerlache dostrzegł w tym swoją szansę. Gdy organizacja wyprawy Nordenskiölda skończyła się fiaskiem i nikt po nim nie podjął tematu Antarktydy, z ziarenka pomysłu, które od lat kiełkowało w umyśle młodego oficera, nagle wyrósł gotowy plan. Ignorując brak jakiegokolwiek doświadczenia w tej materii, postanowił samodzielnie zorganizować ekspedycję, tak by przynieść sławę i chwałę Belgii i sobie. W jego głowie nawet na chwilę nie powstały wątpliwości w rodzaju: dlaczego akurat Belgia? Dlaczego akurat ja? W ich miejscu najwyraźniej pojawiły się pytania: a dlaczego nie Belgia? Dlaczego nie ja?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki