II.
W wielkiej sali uniwersytetu oksfor?zkiego panował ścisk nie do opisania. Z?awało się, że ściany la?a chwila się rozpa?ną i że tłum słuchaczy wyrośnie w górę po? sufit, g?zie zostawała jeszcze je?yna, wolna o? lu?zi przestrzeń. Profesor Browing, zwerbowany po ?ługich pertraktacjach ?la uniwersytetu w Oksfor?zie, miał wykła? inauguracyjny. Wysze?ł z ?umnie po?niesioną głową, lekkiem skinieniem powitał zgromadzonych i stanąwszy za ?ługim, najeżonym flaszeczkami stołem, rozpoczął wykła?. Mówił ?ługo i logicznie, zapełniał tablicę liczbami i wzorami, groma?ził przesłanki i podawał wnioski z taką bezwzglę?nością, jakgdyby umysł lu?zki był tylko motowiskiem długich gumowych sznurków, które można napinać, wiązać razem, skracać i nawiązywać, wedle potrzeby lub upo?obania. Słowom towarzyszyło ?emonstrowanie. Asystenci po?awali co chwila inną flaszeczkę, całe baterje rurek były w ciągłym ruchu, gaz i elektryczność o??awały na wyścigi swoje usługi uczonemu mężowi, a prze? oczyma z?umionych słuchaczy powstawały coraz to nowe związki, coraz to bardziej skomplikowane w swej bu?owie, ale nie ustępujące ani na włos o? tego, co potwier?zały rachunki i przesłanki profesora. Słuchający mieli wrażenie, że wszystkie atomy omawianych pierwiastków śle?zą z wytrzeszczonemi ślipiami za znakami i figurkami rysowanemi przez profesora, by we?le nich, jak najprędzej stanąć sobie tam przy innych atomach, g?zie im wskazywał miejsce odnośny wzór strukturowy. Wykład miał się ku końcowi, twarz prelegenta pałała z za?owolenia, wzrok pobłażliwie ślizgał się po rozentuzjazmowanych słuchaczach, jeszcze ostatni eksperyment, niby finał ?ługich wniosków ?okonywał się w jednym z aparatów, g?y w tem stało się coś niepojętego. Profesor zbla?ł i pytająco spojrzał na asystentów, którzy bezra?ni rzucili się do przyrzą?ów, nie wierząc własnym oczom. W aparacie przebiegała z błyskawiczną chyżością reakcja wsteczna, rozbiegły się pierwiastki, każ?y szukając ?la siebie własnego miejsca. Wzburzony profesor, zapominając o au?ytorjum, zaczął wymyślać asystentom o? nie?balstwa i braku znajomości prze?miotu, ci zaś, nie poczuwając się ?o winy, odpowia?ali ostro; powstała kłótnia, której aka?emicy przysłuchiwali się nie z mniejszem zainteresowaniem, jak przed chwilą uczonym wywo?om prelegenta. Doświa?czenie zaczęto na nowo - jednak obecnie już nie tylko w aparacie zaszły zmiany, ale także poszczególne flaszeczki zaczęły się szybko zmieniać, związki barwne traciły kolor, wiele korków wyleciało pod sufit, zapach chloru rozszedł się w powietrzu, leciuchne ?ymki poczęły się unosić białemi pasemkami z flaszek i probówek, a skomplikowany system rurek rozleciał się z trzaskiem w kawałki.
Niemasz nic bar?ziej humorystycznego jak wi?ok człowieka, którego ?uma zaprowa?sziła po to na ostatni szczebel sławy, by go stamtą? zepchnąć. Osobnik upojony zwycięstwem myśli aforyzmami, przytłumione wzruszeniem wła?ze psychiczne, nie są zdolne ?o tworzenia logicznych wniosków, operują przetrawionemi zdaniami, nie zgłębiając ich treści. - Furja zemsty skosi każdy posiew - szeptały zbielałe wargi profesora - każ?y - powtarzały raz po raz jego myśli - każ?y - brzęczało mu w uszach, ciągle w kółko, bez ustanku, wywołując chaos, ro?zaj zachwaszczenia mózgu, który w swej bezsilności nie próbował nawet z?obyć się na jedną choćby myśl. Sala zaczęła się opróżniać, śmiechy i złośliwe uwagi dochodziły aż ?o kate?ry, wywołując tem większą bezra?ność profesora. Zgnębiony, z oczyma ogłupiałemi od emocji, opuszczał i on salę, g?y na progu zatrzymała go jakaś dziwna postać. Z ?ługiej, ciemnobrunatnej peleryny, wychylała się ?uża głowa, na której żółte policzki kłóciły się z głębokiemi czarnemi oczyma, mocno po?krążonemi sinawem półtonowaniem.
- Profesorze - o?ezwał się Harwick - czy atomy umieją czytać?
Profesor oprzytomniał, z?ziwiło go to pytanie, a przejście w sali zbyt go oszołomiło, by zastanowić się, czy naiwność czy też złośliwość powodowała pytającym.
- Atomy nie są człowiekiem, a w żadnym razie takim, ?la którego czytanie jest szczytem marzeń - odburknął, obrzucając Harwicka wzgar?liwym wzrokiem.
- A jeśli nie umieją czytać, czy sądzisz profesorze, że zrozumiały to, coś im raczył na tablicy powykreślać?
- Oburzenie oblało rumieńcem bla?e oblicze profesora, a ręka nerwowo zaczęła drgać i wykonywać ruchy, po których można było się domyśleć, że celem jej jest znaleźć się w pobliżu Harwickowskiego kołnierza. Profesor poznał ?opiero teraz, że stał się ofiarą gryzącej ironji nieznajomego.
- Jak pan śmiesz w ten sposób przemawiać ?o mnie, czy są?zisz, że ?robne niepowo?zenie moje w czasie wykła?u uprawnia każdego nieuka ?o lekceważenia mnie?
- Kto wie czy właśnie to, tak zwane przez pana nieuctwo, nie jest głębsze niż pańska nauka - o?rzekł spokojnie Harwick, kierując głębokie zimne spojrzenie na profesora.
Z kim mówię? - spytał gwałtownie profesor.
- Jestem z zawodu my?larzem, ale o? kilku lat żyję z kapitału - nazywam się Harwick.
- A więc ex-mydlarzu, panie Harwicku! - bar?zo mi przykro, że nie mogę z panem nadal ?ysputować, ale spieszno mi ?o ?omu, a rozmowa z panem, ani dla ciała ani dla umysłu, nie jest bynajmniej pokrzepieniem - wyrzucił jakby jednym tchem profesor i uchylając ledwie wi?ocznie kapelusza, chciał się o??alić.
- Jeszcze słówko profesorze - zawołał Harwick, przytrzymując Browinga za rękaw. Winien jestem panu odpowie?ź, proszę o dwie minuty cierpliwości.
- Dobrze, tyle czasu mogę panu poświęcić - o?rzękł zniecierpliwiony profesor i stanąwszy w wyczekującej postawie, mierzył Harwicka o? stóp ?o głowy.
- Proszę mi pokazać swój zegarek i potrzymać chwilę na dłoni - rzekł Harwick - dłużej niż ?wie minuty nie zatrzymam pana.
Profesor wypełnił zlecenie, śle?ząc z wi?ocznie wzrastającem zaciekawieniem wszystkie ruchy nieznajomego. Ten wydobył z kieszeni przyrzą?, nie większy o? pu?ełka z zapałek, a skierowawszy wycięte na nim okienko na grubą złotą kopertę zegarka, i o?giąwszy małą złotą blaszkę w stronę twarzy profesora, przycisnął jakąś sprężynkę i w chwili, g?y głuchy turkot ?ał się słyszeć w aparacie, koperta zaczęła żyć, ?robniutkie cząsteczki srebra o?dzieliły się o? złota i ulokowały się na przeciwległej stronie koperty, g?y cząsteczki złota powę?rowały w drugą stronę. Profesor stał osłupiały, rozumiejąc tylko to jedno że nastąpiło tu rozbicie aliażu w sposób tak cu?owny, o jakim ?otą? nie śnił ża?en chemik. Zegarek stanął, bo równocześnie ze zmianami na kopercie nastąpiły także zmiany w kółkach i osiach, których żelazo utraciło węgiel i przestało funkcjonować.
- Dwie minuty upłynęły - o?ezwał się Harwick - nie śmiem pana ?łużej zatrzymywać. Dziękuję za ofiarowanie mi ?rogiego czasu, a w sprawie o?szko?owania za zniszczony zegarek, proszę łaskawie przysłać mi rachunek do hotelu Astorja, nr. drzwi 34., a natychmiast go ureguluję. Żegnam pana, panie profesorze!
Ale tym razem przyszła kolej na profesora, który w ża?en sposób nie chciał ?o tego ?opuścić, by Harwick o?szedł, nie wyjaśniwszy tajemnicy eksperymentu.
- Przepraszam, stokrotnie przepraszam pana - bełk otał - ale czyż można zawsze wie?zieć, z kim się mówi? Nazwisko pańskie tak mało znane - nie pamiętam, czym kiedy o niem czytał w naszych książkach lub czasopismach - zresztą byłem po?rażniony nie udaniem się wykładu, a że, jak z obecnej pańskiej ?emonstracji wnioskuję, pan jesteś tym właśnie, który w wielkiej mierze ?o mego fiaska się przyczynił, więc go?zi się, by mi pan moje zachowanie przebaczył i poświęcił parę chwil dla o?powiedzi na kilka pytań.
- Owszem, zostanę nawet ?łużej, nie mam pilnej roboty, zresztą należę ?o próżniaków i lubię swobo?ną pogawę?kę z lu?źmi ścisłej wiedzy. Ale tu na ulicy, u wejścia ?o uniwersytetu, mniej się wygo?nie rozprawia, a o?powiedź na pańskie pytania nie ?a się, jak przypuszczam, załatwić kilku frazesami. Chyba się nie mylę, posądzając pana, że pytania będą ?otyczyć mego eksperymentu?