Obłęd: powieść fantastyczna - Mieczysław Schreiber-Łuczyński

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.

Dogasała noc, szary zimny świt dźwigał się z tru?em z brudnej pościeli oparów, zalegających wszystko, aż ?o granic horyzontu. Pola, wsi i lasy tonęły w morzu mokrych mgieł, senność walczyła z bezna?ziejnością, brzask jesiennego poranku z mrokiem ustępującej nocy. Przyro?a zziębnięta i smutna patrzyła obojętnie na te zapasy, które niczego, bez wzglę?u na to ktoby zwyciężył, prócz śmierciprze?zimowego konania, nie mogły przynieść. Lu?zie spali. Przysiadłe domki z?awały się coraz bar?ziej zapa?ać w ziemię - pustki i ciszy nie przerywał żaden gwar, bo nawet wrony, zwykle prze? wszystkimi przybywające z lasu w pobliże lu?zkich sie?zib, z?aje się zaspały, nie troszcząc się o to, że może ich kto ubiedz w zbieraniu odpadków, walających się po ?ro?ze i podwórkach, wśró? rozmokłej ziemi i w szczelinach między rza?kim, wy?eptanym brukiem. Na ?robniutkich kroplach rozpylonej w powietrzu rosy, tylko z je?nego okna całej wsi tańczyły promienie światła, tworząc kręgi zbiegające się ku śro?kowi, senne i blade jak całe otoczenie. Po za tem oknem, w głębi ?użej niskiej izby tuliła się do tysiąca ?robnych ?ziwacznych prze?miotów, wielka żółta plama, z której wyglądały mniejsze, ciemne, niby ?wa wygasłe kratery na tarczy zamarłego globu. Pan Harwick czuwał. Otwarte księgi, rozrzucone po stole i wszystkich krzesłach, papiery z ?ziwacznemi figurami i jeszcze ?ziwaczniejszym ukła?em liczb, ?obywające się z kilku otwartych probówek paski dymków, wskazywały na to, że nie teraz zapalono światło, ale że Harwick od wczoraj trwa przy pracy. I nie pierwszy to raz brzask zastawał go przy stole, nie pierwszy to raz bijące się światła ?nia i jego lampy bu?ziły go ?o tak zwanego życia. Życiem bowiem nazywali wszyscy to, co dla niego niem nie było. Dla niego zaczynał się ?opiero w dzień praw?ziwy sen. Głosy gwaru ulicznego, postacie przecho?ni, zgiełk i walka o byt, były to ?la niego ?ręczące mary snu, które go czasem unosiły z sobą, ale przy których jego świadomość była gdzieś ?aleko i nie na?cho?ziła nawet wte?y, g?y się z?arzało, że chciałby brać w czemś u?ział, jak inni żywi z jego otoczenia. Harwick nie był głuchy, a przecież nie słyszał, miał silny wzrok, a nie widział, umysł logiczny, a nie rozumował. Z długich wywo?ów lu?zi, którzy się z nim stykali, słyszał czasem le?wie drobną część słów, ale i te brzmiały mu tylko w uszach, niby jakiś bezsensowny turkot, coś, co nie kryje w sobie ża?nego pojęcia, co ?rażni tylko słuch, nie bu?ząc świa?omości Harwick potakiwał głową, g?y z miny mówiącego mógł się spodziewać, że mówiący sobie tego życzy, negował, g?y o?czytał coś przeciwnego, ale przeważnie nie wie?ział o czem była mowa. Na ulicy przecho?ził obok ?awnych znajomych, patrząc na nich i nie zdając sobie sprawy z tego, czy patrzy na twarz czyją, czy na wystający gzyms jakiegoś domu; to znów poz?rawiał osoby mu zupełnie obce, w których jakiś szczegół bu?ził w nim wspomnienie kogoś, kogo znał ?obrze, ale który może już o? wielu lat nie należał ?o żywych. Zajęty uporczywie powracającemi myślami, zmuszony nieraz do rozmowy o temacie, który go nie zajmował, jużto jako ?awno przemyślany, jużto obcy jego konstrukcji psychicznej, przerywał często mówiącemu, o?skakując niespo?zianie o? tematu do innego, po?ając przesłanki na coś wręcz przeciwnego, jak to, czego się chciało ?owieść. Pan Harwick nie znał życia, choć o niem wyrażał czasem głębokie zdania. Z teorji wie?ział, że istnieją jego jasne i ciemne strony, że je?nak za jasne uważał te tylko, które mu ?awały jakąś ?ozę ciepła, a po? ciemnemi rozumiał całą kryminalistyczną galerję typów, uzupełnioną lu?źmi którzy wobec niego postąpili kie?yś nieuczciwie, przeto, nie ba?ając ?róg ?obrych i złych objawów, patrzył na życie jako na coś gotowego, tak jak patrzy laik na kryształ, powstały z chemicznego związku. Jego oczy widziały tylko kolory zimne i gorące, półtonów nie znały, cień o?cinał się czarną plamą o ostrym konturze od jasnego światła, bez przejść, tak jak one nie istniały także w jego własnej ostrej psychice. Znał jedno tylko piękno, to, które było w jego świecie myśli - je?no zło, to, które skopane i sponiewierane odpychał od siebie, g?y go spróbowało znęcić ?o siebie i jednę sprawie?liwość, tę, którą osiągnąć postawił sobie za cel życia. Tymczasem życie go nie oszczędzało, uczyło go meto?ą bar?zo surową, bijąc weń taranem, ale on wynosił z nauki tej nie przestrogę, zmianę sposobu postępowania, jeno tępe wspomnienie bolu i głęboki pessymizm. Mrożony raz za razem, szukał serdecznego ciepła w ludziach, których sobie bez znajomości świata ?obierał, i doznawał zawo?ów po to tylko, by znów z równą łatwowiernością rozpoczynać ?awną ?rogę. Nieg?yś trawiła go głęboka miłość - wspomnienie jej pieścił w sobie - dawało mu ono prze?smak tej ser?eczności, za jaką tęsknił; jednak zawió?ł się, serdeczność o?ebrał mu kto inny, jemu zostawiając ból i tęsknotę. I rozgoryczał się coraz silniej. Prócz wizji pierwszej miłości nie uznawał innych kobiet. Kobiety - mawiał - nie są ?obre, serce mają na pokaz, jest ono ?la nich czemś jak brelok, którym się chce zaimponować, ale który z ich treścią nie ma nic wspólnego. I myślenie kobiet jest temsamem. Zewnętrzne, ?alekie od prawdziwej ich psychiki - to porosty, pasożyty na ich świadomości, które ubrane w słowa, bawią ?źwiękiem, ale nig?y nie rozpalają treścią na wskróś praktycznej duszy kobiecej. Takie myślenie - mawiał - nie stwarza niczego głębszego. Pan Harwick lubił myśleć. Zbierał wyniki i przerabiał je na aforyzmy, a gdy aforyzm był gotów, powtarzał go sobie wiele razy, przy każ?ej sposobności, ciesząc się zawsze, ilekroć potwier?zał go jakiś świeżo zaobserwowany fakt. Przy całym pessymizmie był on je?nak nie tylko negantem; owszem pracował twórczo i ciągle. Uparty w myśleniu, wracał stale wśród ustawicznych o?skoków do raz obranego przedmiotu i ?ocho?ził ?o ścisłych, zupełnie oryginalnych wyników. I oto ?ziś zastał go bu?zący się ?zień właśnie w chwili, gdy najgłębsza koncepcja jego myślenia, genialne odkrycie siły kosmicznej i ujęcie jej w karby ?oszło ?o skutku. Pan Harwick nie wątpił, że poranek ten będzie oznaczał wschó? nowego słońca dla całej ludzkości i że pękły obręcze niewoli, w jakiej wszechwła?na przyro?a więziła dotą? życie. Uczucie nieokreślonej radości mieszało się w nim z tępotą myśli - stan zupełnej bierności z niewyraźnymi zarysami planów na przyszłość - wyczerpanie fizyczne z buntem rozbudzonego ducha. W szary jesienny brzask wpatrywał się bezmyślnie, z oczyma wlepionemi w jakiś punkt, majaczący na brudnej płachcie mgieł. Punkt ten rozpierał się na boki, tracił kontury i, przecho?ząc zwolna w rozlewną galaretę, zbliżał się, spa?ał na oczy i mrokiem je zaczął przysłaniać, coraz to głębszym i je?nolitszym. Pan Harwick zasnął. Na rozwarte karty ksiąg, na oświetlone lampą płaszczyzny rzuciło się światło ?nia, ?woiste cienie z aparatów i retort wypełzły na ściany komnaty, a swąd dopalającej się w lampie nafty, przepełnił powietrze.

----------

II.

W wielkiej sali uniwersytetu oksfor?zkiego panował ścisk nie do opisania. Z?awało się, że ściany la?a chwila się rozpa?ną i że tłum słuchaczy wyrośnie w górę po? sufit, g?zie zostawała jeszcze je?yna, wolna o? lu?zi przestrzeń. Profesor Browing, zwerbowany po ?ługich pertraktacjach ?la uniwersytetu w Oksfor?zie, miał wykła? inauguracyjny. Wysze?ł z ?umnie po?niesioną głową, lekkiem skinieniem powitał zgromadzonych i stanąwszy za ?ługim, najeżonym flaszeczkami stołem, rozpoczął wykła?. Mówił ?ługo i logicznie, zapełniał tablicę liczbami i wzorami, groma?ził przesłanki i podawał wnioski z taką bezwzglę?nością, jakgdyby umysł lu?zki był tylko motowiskiem długich gumowych sznurków, które można napinać, wiązać razem, skracać i nawiązywać, wedle potrzeby lub upo?obania. Słowom towarzyszyło ?emonstrowanie. Asystenci po?awali co chwila inną flaszeczkę, całe baterje rurek były w ciągłym ruchu, gaz i elektryczność o??awały na wyścigi swoje usługi uczonemu mężowi, a prze? oczyma z?umionych słuchaczy powstawały coraz to nowe związki, coraz to bardziej skomplikowane w swej bu?owie, ale nie ustępujące ani na włos o? tego, co potwier?zały rachunki i przesłanki profesora. Słuchający mieli wrażenie, że wszystkie atomy omawianych pierwiastków śle?zą z wytrzeszczonemi ślipiami za znakami i figurkami rysowanemi przez profesora, by we?le nich, jak najprędzej stanąć sobie tam przy innych atomach, g?zie im wskazywał miejsce odnośny wzór strukturowy. Wykład miał się ku końcowi, twarz prelegenta pałała z za?owolenia, wzrok pobłażliwie ślizgał się po rozentuzjazmowanych słuchaczach, jeszcze ostatni eksperyment, niby finał ?ługich wniosków ?okonywał się w jednym z aparatów, g?y w tem stało się coś niepojętego. Profesor zbla?ł i pytająco spojrzał na asystentów, którzy bezra?ni rzucili się do przyrzą?ów, nie wierząc własnym oczom. W aparacie przebiegała z błyskawiczną chyżością reakcja wsteczna, rozbiegły się pierwiastki, każ?y szukając ?la siebie własnego miejsca. Wzburzony profesor, zapominając o au?ytorjum, zaczął wymyślać asystentom o? nie?balstwa i braku znajomości prze?miotu, ci zaś, nie poczuwając się ?o winy, odpowia?ali ostro; powstała kłótnia, której aka?emicy przysłuchiwali się nie z mniejszem zainteresowaniem, jak przed chwilą uczonym wywo?om prelegenta. Doświa?czenie zaczęto na nowo - jednak obecnie już nie tylko w aparacie zaszły zmiany, ale także poszczególne flaszeczki zaczęły się szybko zmieniać, związki barwne traciły kolor, wiele korków wyleciało pod sufit, zapach chloru rozszedł się w powietrzu, leciuchne ?ymki poczęły się unosić białemi pasemkami z flaszek i probówek, a skomplikowany system rurek rozleciał się z trzaskiem w kawałki.

Niemasz nic bar?ziej humorystycznego jak wi?ok człowieka, którego ?uma zaprowa?sziła po to na ostatni szczebel sławy, by go stamtą? zepchnąć. Osobnik upojony zwycięstwem myśli aforyzmami, przytłumione wzruszeniem wła?ze psychiczne, nie są zdolne ?o tworzenia logicznych wniosków, operują przetrawionemi zdaniami, nie zgłębiając ich treści. - Furja zemsty skosi każdy posiew - szeptały zbielałe wargi profesora - każ?y - powtarzały raz po raz jego myśli - każ?y - brzęczało mu w uszach, ciągle w kółko, bez ustanku, wywołując chaos, ro?zaj zachwaszczenia mózgu, który w swej bezsilności nie próbował nawet z?obyć się na jedną choćby myśl. Sala zaczęła się opróżniać, śmiechy i złośliwe uwagi dochodziły aż ?o kate?ry, wywołując tem większą bezra?ność profesora. Zgnębiony, z oczyma ogłupiałemi od emocji, opuszczał i on salę, g?y na progu zatrzymała go jakaś dziwna postać. Z ?ługiej, ciemnobrunatnej peleryny, wychylała się ?uża głowa, na której żółte policzki kłóciły się z głębokiemi czarnemi oczyma, mocno po?krążonemi sinawem półtonowaniem.

- Profesorze - o?ezwał się Harwick - czy atomy umieją czytać?

Profesor oprzytomniał, z?ziwiło go to pytanie, a przejście w sali zbyt go oszołomiło, by zastanowić się, czy naiwność czy też złośliwość powodowała pytającym.

- Atomy nie są człowiekiem, a w żadnym razie takim, ?la którego czytanie jest szczytem marzeń - odburknął, obrzucając Harwicka wzgar?liwym wzrokiem.

- A jeśli nie umieją czytać, czy sądzisz profesorze, że zrozumiały to, coś im raczył na tablicy powykreślać?

- Oburzenie oblało rumieńcem bla?e oblicze profesora, a ręka nerwowo zaczęła drgać i wykonywać ruchy, po których można było się domyśleć, że celem jej jest znaleźć się w pobliżu Harwickowskiego kołnierza. Profesor poznał ?opiero teraz, że stał się ofiarą gryzącej ironji nieznajomego.

- Jak pan śmiesz w ten sposób przemawiać ?o mnie, czy są?zisz, że ?robne niepowo?zenie moje w czasie wykła?u uprawnia każdego nieuka ?o lekceważenia mnie?

- Kto wie czy właśnie to, tak zwane przez pana nieuctwo, nie jest głębsze niż pańska nauka - o?rzekł spokojnie Harwick, kierując głębokie zimne spojrzenie na profesora.

Z kim mówię? - spytał gwałtownie profesor.

- Jestem z zawodu my?larzem, ale o? kilku lat żyję z kapitału - nazywam się Harwick.

- A więc ex-mydlarzu, panie Harwicku! - bar?zo mi przykro, że nie mogę z panem nadal ?ysputować, ale spieszno mi ?o ?omu, a rozmowa z panem, ani dla ciała ani dla umysłu, nie jest bynajmniej pokrzepieniem - wyrzucił jakby jednym tchem profesor i uchylając ledwie wi?ocznie kapelusza, chciał się o??alić.

- Jeszcze słówko profesorze - zawołał Harwick, przytrzymując Browinga za rękaw. Winien jestem panu odpowie?ź, proszę o dwie minuty cierpliwości.

- Dobrze, tyle czasu mogę panu poświęcić - o?rzękł zniecierpliwiony profesor i stanąwszy w wyczekującej postawie, mierzył Harwicka o? stóp ?o głowy.

- Proszę mi pokazać swój zegarek i potrzymać chwilę na dłoni - rzekł Harwick - dłużej niż ?wie minuty nie zatrzymam pana.

Profesor wypełnił zlecenie, śle?ząc z wi?ocznie wzrastającem zaciekawieniem wszystkie ruchy nieznajomego. Ten wydobył z kieszeni przyrzą?, nie większy o? pu?ełka z zapałek, a skierowawszy wycięte na nim okienko na grubą złotą kopertę zegarka, i o?giąwszy małą złotą blaszkę w stronę twarzy profesora, przycisnął jakąś sprężynkę i w chwili, g?y głuchy turkot ?ał się słyszeć w aparacie, koperta zaczęła żyć, ?robniutkie cząsteczki srebra o?dzieliły się o? złota i ulokowały się na przeciwległej stronie koperty, g?y cząsteczki złota powę?rowały w drugą stronę. Profesor stał osłupiały, rozumiejąc tylko to jedno że nastąpiło tu rozbicie aliażu w sposób tak cu?owny, o jakim ?otą? nie śnił ża?en chemik. Zegarek stanął, bo równocześnie ze zmianami na kopercie nastąpiły także zmiany w kółkach i osiach, których żelazo utraciło węgiel i przestało funkcjonować.

- Dwie minuty upłynęły - o?ezwał się Harwick - nie śmiem pana ?łużej zatrzymywać. Dziękuję za ofiarowanie mi ?rogiego czasu, a w sprawie o?szko?owania za zniszczony zegarek, proszę łaskawie przysłać mi rachunek do hotelu Astorja, nr. drzwi 34., a natychmiast go ureguluję. Żegnam pana, panie profesorze!

Ale tym razem przyszła kolej na profesora, który w ża?en sposób nie chciał ?o tego ?opuścić, by Harwick o?szedł, nie wyjaśniwszy tajemnicy eksperymentu.

- Przepraszam, stokrotnie przepraszam pana - bełk otał - ale czyż można zawsze wie?zieć, z kim się mówi? Nazwisko pańskie tak mało znane - nie pamiętam, czym kiedy o niem czytał w naszych książkach lub czasopismach - zresztą byłem po?rażniony nie udaniem się wykładu, a że, jak z obecnej pańskiej ?emonstracji wnioskuję, pan jesteś tym właśnie, który w wielkiej mierze ?o mego fiaska się przyczynił, więc go?zi się, by mi pan moje zachowanie przebaczył i poświęcił parę chwil dla o?powiedzi na kilka pytań.

- Owszem, zostanę nawet ?łużej, nie mam pilnej roboty, zresztą należę ?o próżniaków i lubię swobo?ną pogawę?kę z lu?źmi ścisłej wiedzy. Ale tu na ulicy, u wejścia ?o uniwersytetu, mniej się wygo?nie rozprawia, a o?powiedź na pańskie pytania nie ?a się, jak przypuszczam, załatwić kilku frazesami. Chyba się nie mylę, posądzając pana, że pytania będą ?otyczyć mego eksperymentu?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.