2
Kancelaria Żelazny Chyłka Klejn, XXI piętro Skylight
Nie było możliwości, by Kordian poszedł przodem. Kilka razy próbował przekonać Chyłkę, że w obecnej sytuacji to on powinien być tym, który toruje im drogę przez zapchany kancelaryjny korytarz, Joanna upierała się jednak, że bebzol działa na prawników lepiej niż Mojżesz na Morze Czerwone.
Miała trochę racji.
Bez trudu przebili się do sali konferencyjnej, a mijani ludzie zdawali się robić wszystko, by nawet lekko nie tknąć sterczącego brzucha imiennej partnerki.
Wewnątrz czekał na nich Żelazny, klasycznie przymilający się do klientki, która w jego opinii przyszła tutaj tylko po to, by stracić gigantyczne pieniądze.
- Wreszcie - mruknął.
Dwoje adwokatów posłało mu krótkie spojrzenie.
- Sorry - rzuciła Joanna. - Nie spieszyło nam się, bo mieliśmy pewność, że pod naszą nieobecność uraczysz klientkę swoim intelektem, błyszczącym niczym rzymski denar wykopany spod dziesięciu metrów mułu.
Oryński kątem oka skontrolował reakcję kobiety siedzącej przy stole konferencyjnym i odnotował niewyraźny uśmiech.
Żelazny tylko pokręcił głową, po czym odsunął Chyłce krzesło. Tym samym naraził się na jej cokolwiek nieprzychylne spojrzenie.
- Wiem, że utknąłeś w dziadocenie, ale potrafię obsługiwać meble biurowe, Artur.
- Chciałem być miły.
- To trzeba było zaoferować, że wyjdziesz i nigdy nie wrócisz.
Żelazny machinalnie spojrzał w kierunku Aleksandry Zamojskiej, zapewne chcąc powiedzieć, że taka persona jak ona zasługuje na obecność przynajmniej dwóch imiennych partnerów i specjalne traktowanie. Nie miał jednak okazji.
- Nie jest to zły pomysł - oceniła kobieta.
- Słucham?
- Jak wspomniałam, zależy mi na mecenas Chyłce. Jeśli mógłby więc zostawić nas pan same, będę zobowiązana.
Artur popatrzył niepewnie na Zordona, a ten poczuł, że między kobietami zawiązała się nić porozumienia, która sprawi, że on również będzie musiał wyekspediować się na zewnątrz.
- Mecenas Oryński jest elementem tego pakietu, jak mniemam - dodała klientka.
- Raczej ciężaru egzystencjalnego - odparła Joanna i usiadła naprzeciwko niej.
Kordian przez moment się namyślał, po czym uznał, że może lepiej byłoby dołączyć do Żelaznego na korytarzu. Obejrzał się na niego, kiedy ten zamykał drzwi, a następnie rozpiął marynarkę i zajął miejsce po tej samej stronie co Chyłka.
- Widzę, że nie stosuje pani wobec męża taryfy ulgowej - odezwała się kobieta.
Oryński nachylił się lekko nad stołem.
- Gdyby stosowała, dawno bym się z nią rozwiódł.
- Jakoś nie wydaje mi się.
- Poza tym moja żona nie budzi się po to, by być nijaka - dodał.
- Święta prawda, Zordon.
Zerknęli na siebie, po czym w jednym momencie zwrócili wzrok prosto na oczy siedzącej naprzeciw nich klientki. Ta poprawiła klasyczny żakiet, który przydawał jej co najmniej kilku lat, a potem uniosła lekko podbródek.
- Aleksandra Zamojska - oznajmiła.
- Znamy listę "Forbesa" - odparła Chyłka.
- I słyszeliśmy o tych wszystkich inwestycjach deweloperskich o wartości równej PKB małego kraju.
- W tym też o tym osiedlu, które twoja firma zaczęła budować nie na podstawie zezwoleń, ale ustawy covidowej.
- To ta urocza ośmiopiętrowa ekologiczna enklawa spokoju w otulinie parku narodowego?
- Dokładnie ta sama, Zordon. Bez procedur, niepotrzebnej papierologii i z pominięciem zarówno faktu, że nic tam nie miało prawa stać, jak i przepisów Kodeksu budowlanego oraz Ustawy o planowaniu przestrzennym.
Koncentrowali wzrok na twarzy Zamojskiej, poszukując na niej choćby cienia wstydu. Nawet pod mikroskopem nie dałoby się go dostrzec.
- Nie ja odpowiadam za bubel prawny, który wyszedł z sejmu - zastrzegła.
- Nie - przyznała Joanna. - Ty odpowiadasz za jego wykorzystanie.
- Choć nie do końca, bo wojewódzki sąd administracyjny to uwalił.
- Faktycznie - odparła Chyłka i zerknęła na rozmówczynię. - Może trzeba było wyposażyć się w lepszych prawników.
- Może. Ale byliście akurat zajęci.
Oboje zbyli tę uwagę milczeniem.
- Dobra - rzuciła Aleksandra. - Jak dla mnie, wystarczy tych wstępów. Przejdziemy do rzeczy?
Dwoje prawników skinęło lekko głowami, zadowolonych, że trafił się klient, który najwyraźniej nie planuje tracić czasu.
- Śmiało - poradziła Joanna.
Zamojska sięgnęła do czarnej torby, a potem wyjęła z niej teczkę z logo Zambud Development. Obróciła ją przodem do prawników, po czym puściła po stole. Zatrzymała się, kiedy Kordian położył na niej dłoń.
Bez słowa ją otworzył, po czym wraz z Chyłką zerknęli na zdjęcie mężczyzny, który wyglądał, jakby urodził się, by siedzieć w więzieniu. Podkrążone oczy, srogi wzrok, tatuaż tuż przy skroni i fryzura, która nie miała jak splamić się użyciem grzebienia.
- Przyjazny typ - ocenił Oryński.
- Brakuje mu tylko czapki wpierdolki - dodała Joanna.
Oboje szybko przesunęli wzrokiem po aktach, choć właściwie już samo zdjęcie dobitnie informowało, z kim mają do czynienia.
- Kajetan Klich - odezwała się Aleksandra.
- O, idealnie - skwitowała Chyłka. - Od czasu gościa, który na Woli zabił i poćwiartował lektorkę włoskiego, a potem spakował kawałki ciała i przewiózł je taksówką do siebie, to imię świetnie się kojarzy.
- Nie bardzo mnie interesuje, jak się kojarzy - odparła Zamojska. - Za to interesuje mnie, że niewinny człowiek od dwóch dekad siedzi w więzieniu.
Joanna i Oryński wymienili krótkie, pełne powątpiewania spojrzenia, po czym wrócili do przeglądania akt. Potencjalna klientka przez moment czekała cierpliwie, aż zapoznają się z materiałem, po czym najwyraźniej uznała, że jej czas jest zbyt cenny.
- Może streszczę wam najistotniejsze informacje - rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Kajetan został oskarżony o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, a...
- Nasz ulubiony typ kwalifikowany - wtrącił Zordon.
- Zdecydowanie - poparła go Chyłka.
Kiedy Aleksandra zawahała się przed podjęciem wątku, oboje podnieśli na nią wzrok, sugerując, że od teraz może liczyć na ich niepodzielną uwagę.
- Rankiem szóstego października dwa tysiące czwartego roku oficer dyżurny komisariatu policji w podwarszawskim Józefowie otrzymał zgłoszenie - oznajmiła Zamojska. - Dzwonił mężczyzna w średnim wieku, zamieszkały przy ulicy Sonaty, który wyprowadzając psa, zauważył, że drzwi do jednego z domów obok są otwarte, a na ganku widać ślady krwi.
- Zaczyna się jak truecrime'owy podcast - pochwaliła ją Joanna.
- Marcin Myszka drży - dodał Oryński.
- Olga Herring już szuka nowej roboty.
- A Justyna Mazur podejmuje decyzję o trwałym przekwalifikowaniu się na lifestyle.
Jeśli Aleksandra była jakkolwiek zaskoczona sposobem, w jaki duet prawników przyjmował u siebie potencjalną klientkę, nie dała tego po sobie poznać.
- Na miejscu stawił się patrol lokalnej policji - kontynuowała. - W domu odnaleźli zwłoki dwóch osób. Trzydziestosześcioletniej kobiety oraz jej męża, którzy zostali brutalnie zamordowani za pomocą młota wyburzeniowego.
- Że co? - jęknęła Chyłka.
- Inaczej młota udarowego. Takiego, którego używa się na budowach. Ciała były kompletnie zmasakrowane. Krew, kawałki organów i kości znajdowały się na ścianach, na meblach, nawet na suficie.
Żadne z prawników się nie odzywało.
- Rozumiem, że to dla was nie nowość?
- Cóż... - odparł Kordian.
- Broniliście państwo wielu prawdziwych zwyrodnialców. W tym także Sadysty z Mokotowa.
W innych okolicznościach przez ich twarze przemknąłby choćby nikły uśmiech, bo od kiedy Paderborn zrobił z tym człowiekiem to, co należało, z przyjemnością wzmiankowali Langera i przypominali sobie o jego losie tak często, jak tylko było to możliwe.
Teraz jednak nie było im do śmiechu.
- W każdym razie była to krwawa jatka, jakich często się nie ogląda - podjęła Zamojska. - Na miejscu od razu stawił się śledczy z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, oficerowie z wydziału kryminalnego i technicy. Narzędzia zbrodni nie znaleziono, w domu odkryto za to liczne ślady genetyczne i daktyloskopijne nienależące do małżeństwa.
- Niech zgadnę - wpadła jej w słowo Chyłka. - Pasowały do Kajetana Klicha.
- Tak.
- Zaczyna się wprost wybornie.
- Śledczy uznali to za wystarczający dowód na to, że to on był sprawcą zabójstwa - kontynuowała spokojnie Aleksandra.
- Niemożliwe. Ciekawe dlaczego?
- Sytuację pogarszał fakt, że dorabiał sobie na budowach, także w okolicy. Niemal od samego początku prokuratura działała więc z założeniem, że ma właściwego człowieka, i wszystko, co odkryto później, dopasowywano do tej wersji.
Kordian krótkim ruchem poprawił krawat.
- Wszystko? - spytał. - Czyli co konkretnie?
- Przede wszystkim znalazł się świadek, który widział, jak w przeddzień zabójstwa, późnym wieczorem, Kajetan opuszczał dom tamtego małżeństwa.
- Pechowo - oceniła Joanna.
- Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo.
Oryński był przekonany, że Aleksandra zaraz przedstawi im jakiś dowód na niewinność tego człowieka, przekonujący kontrargument wobec tego, co dotychczas wyłożyła. Do tej pory bowiem sprawa wydawała się boleśnie jednoznaczna i oczywista.
- W dodatku wyszło na jaw, że Kajetan Klich miał romans z kobietą, która tamtej nocy padła ofiarą zbrodni - ciągnęła Zamojska.
- Romans? - spytał Kordian.
- Dość gorący. I dość zakazany, bo Kajetan był jej studentem.
- Pięknie.
- W przeddzień zabójstwa spotkali się w Parku Natolińskim, gdzie kochanka oświadczyła mu, że kończy ich znajomość. Doszło między nimi do sprzeczki, Klich podkreślał, że nie mogą rezygnować z tego, co między nimi jest, że to prawdziwa miłość, że nie chce bez niej żyć. Na niewiele się to zdało, kobieta bowiem trwała przy swoim. W końcu zaczął grozić, że powie o wszystkim jej mężowi, zniszczy jej życie i tak dalej.
- Jeszcze piękniej.
- Ten był wtedy w delegacji - kontynuowała jednostajnym tonem Aleksandra. - Aby więc wyciszyć nieco Kajetana, kobieta zaproponowała, by dał sobie czas na ochłonięcie i wieczorem przyjechał do niej, do Józefowa. Mieli na spokojnie porozmawiać, ustalić szczegóły, rozstać się w pokoju. Przynajmniej wedle jej zamiarów. Pech chciał, że mąż dał znać, iż wraca wcześniej z delegacji. Jego żona odwołała więc spotkanie w ostatniej chwili.
- Może na moment pani przerwę - wtrącił się Zordon. - Słyszała pani kiedyś o trójcy dowodowej?
- Myślałam, że od razu zrezygnowaliśmy z tych formułek grzecznościowych.
Oryński potwierdził krótkim skinieniem głowy, świadomy, że o ile Chyłce przychodziło to jakoś naturalnie, on potrzebuje choćby minimalnego potwierdzenia, by przejść na ty z klientami.
- W systemach anglosaskich to zbieg pewnych elementów, które sprawiają, że osoba podejrzana staje się pewniakiem do miana oskarżonej - dodał. - A te elementy to motyw, sposobność i umiejętność. W tym wypadku wszystkie trzy ewidentnie wystąpiły. Klich miał powód, by dokonać zabójstwa: zawód miłosny. Miał też okazję, bo wiedział, gdzie i kiedy znajdować będą się ofiary, w dodatku jego obecność na miejscu zdarzenia została potwierdzona. I ewidentnie miał też odpowiednie umiejętności, skoro pracował na budowie i mógł skorzystać z tamtejszych sprzętów.
Aleksandra Zamojska się nie odzywała, ale nie było w jej milczeniu niczego, co można by poczytać na niekorzyść człowieka, którego sylwetkę przedstawiała. Przeciwnie, sprawiała wrażenie, jakby żadna ze wzmiankowanych rzeczy nie świadczyła o jego winie.
- Coś jeszcze? - rzuciła Chyłka.
- To zasadniczo najważniejsze fakty.
- Była apelacja? - zapytał Oryński.
- Tak. Utrzymano wyrok sądu pierwszej instancji.
- Kasacja?
- Oddalona jako niemająca uzasadnionych podstaw.
Zordon kątem oka zauważył, że Joanna lekko się uśmiecha.
- To wszystko brzmi jak naprawdę niezły żart - zauważyła. - Tylko jakoś brakuje mi puenty, żebym z czystym sercem mogła się roześmiać.
- Puenta polega na tym, że Kajetan jest niewinny.
- Aha.
Zamojska uprzejmie się uśmiechnęła, a potem oparła ręce na stole i przyjrzała się dwójce prawników.
- Były jakieś błędy formalne w trakcie postępowania? - zapytał Kordian.
- Nie.
- Niewłaściwa reprezentacja ze strony obrońcy?
- Również nie.
- Wadliwy skład sądu?
- Nie.
Oryński naraz poczuł, że tracą tutaj czas, a ta kobieta po prostu pewnego dnia uznała, że jej się nudzi i zrobi psikus tej kancelarii.
- W takim razie na jakiej podstawie chciałaby pa... chciałabyś wzruszyć decyzję sądu?
- Nie wiem.
Chyłka odchyliła się na krześle, sycząc przy tym cicho, jakby jej kręgosłup właśnie ją poinformował, że nie zniesie nawet najmniejszych zmian pozycji.
- Od tego jesteście wy, prawda? - dodała Aleksandra. - I jestem gotowa zapłacić wam podwójną stawkę za to, byście znaleźli powód.
- Cóż, to nie do końca...
- Potrójną.
- To naprawdę nic...
- Nie zrozumcie mnie źle - ucięła Zamojska. - Kajetan Klich jest zupełnie niewinny. To wiem na pewno. Nie mam za to pojęcia, jak działają meandry polskiego prawa i w jaki sposób można wznowić takie postępowanie.
- W żaden - oznajmiła Joanna.
- W porządku. Może w takim razie poczwórna stawka godzinowa sprawi, że zastanowicie się nad tym nieco poważniej.
Kordian zmrużył oczy, przypatrując się tej kobiecie. Nawet ich normalna stawka była mocno przesadzona, nie miał co do tego najmniejszych złudzeń. Przy tak dużej sprawie, jaka mogła się z tego zrobić, i liczbie godzin, którą należało na nią poświęcić, taka propozycja właściwie mogła opłacić całą edukację siedzącego w brzuchu Chyłki intruza.
Nawet nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, że pomyślała o tym samym. Kątem oka jednak dostrzegł, że Joanna odchyliła się jeszcze bardziej.
- To, że srasz pieniędzmi, nie znaczy, że możesz w kiblu wypatrywać cudów - oznajmiła. - A to...
- Może powinnam doprecyzować - przerwała jej Zamojska. - Płatność nie będzie uzależniona od powodzenia obrony.
- Hę?
- Żadnych bonusów za wygraną, żadnych warunkowych płatności. Wszystko dostajecie z góry, a potem kasujecie tylko za godziny poświęcone na sprawę.
Chyłka i Oryński milczeli.
- Czy przegracie, czy wygracie, cała należność i tak do was trafi.
- To w czym tkwi haczyk? - zapytał Kordian.
- W niczym.
Joanna jeszcze przez moment dała odetchnąć plecom, po czym na tyle, na ile było to możliwe, pochyliła się w stronę rozmówczyni.
- Tak po prostu uznałaś, że chcesz wyrzucać pieniądze w błoto? - spytała.
- Z mojego punktu widzenia to dobra inwestycja.
- Bo?
- Zakładam fundację.
- Wsparcia finansowego dla prawniczek w ciąży?
Przez twarz Zamojskiej prześlizgnął się krótki uśmiech, który zdawał się świadczyć o tym, że daleko jej do jakichkolwiek pobudek natury charytatywnej.
- Jej nazwa to "Domniemanie niewinności", czyli dokładnie to, czego zabrakło w trakcie postępowań prokuratorskich i sądowych wobec zatrważającej liczby ludzi w Polsce. W jej ramach będziemy starali się wyciągnąć z więzień tych, którzy niesłusznie się tam znaleźli - wyjaśniła. - Pierwszą z tych osób ma być właśnie Kajetan Klich.
- Więc masz jakiś dowód na jego niewinność? - zapytał Oryński.
- Nie.
- Żadnego?
- Żadnego.
- W takim razie dlaczego myślisz, że nie popełnił tego zabójstwa?
- Po prostu to wiem.
- Na jakiej podstawie? - rzuciła Chyłka.
Aleksandra zawahała się, przez moment wodząc wzrokiem za prawnikami przechodzącymi korytarzem, a potem wzruszyła ramionami.
- Mam dobrą intuicję - oznajmiła.
- Gówno prawda.
- Zapewniam, że nie pomnożyłabym obrotów firmy ojca, gdyby nie...
- W intuicję nie wątpię - sprecyzowała Joanna. - Tylko w twoją prawdomówność.
Zamojska nie wyglądała na urażoną. Właściwie sprawiała wrażenie, jakby dokładnie takiej reakcji ze strony prawniczki się spodziewała.
Wszyscy przez chwilę milczeli.
- Twoje pobudki doskonale ogarniam - odezwała się w końcu Chyłka. - Po tych lewych inwestycjach masz kiepską prasę, chcesz więc, żeby Zambud Development narobił sobie trochę dobrego PR-u. Obejrzałaś ten film czy serial na podstawie historii Tomasza Komendy albo przeczytałaś książkę i zamarzyło ci się, żeby mieć swojego niewinnego, którego wyciągniesz z więzienia.
Kordian czekał na zaprzeczenie, ale najwyraźniej nie docenił, jak bezpośrednia kobieta siedzi naprzeciw nich.
- To prawda - przyznała. - Chodzi o pokazanie społecznej odpowiedzialności biznesu, narobienie nieco pozytywnego szumu marketingowego. Ale motywacje ukierunkowane na wymierne efekty nie przekreślają chyba dobroczynności, prawda? Gdyby było inaczej, WOŚP nie przyjmowałby setek tysięcy złotych od jakiegoś youtubera, który przy okazji robi show. Ja robię podobną rzecz. Wykładam na stół kasę, by najlepsi prawnicy w Warszawie zajęli się sprawą, do której w przeciwnym wypadku nawet by się nie zbliżyli.
- Mniejsza z tymi motywacjami - odparła Chyłka. - Bez uchybień formalnych i nowych dowodów ta sprawa jest po prostu nie do wzruszenia.
Zamojska się uśmiechnęła.
- Och, wydaje mi się, że znajdziecie sposób, by to zrobić.
Kordian lekko się skrzywił, zamknął leżącą na stole teczkę z aktami, a potem odsunął ją w kierunku Zamojskiej.
- Nie ma tu nic, co mogłoby dać chociaż cień szansy na wznowienie postępowania.
- Jesteś pewien?
- Sprawa jest jasna jak dupa Żelaznego - skwitowała Chyłka.
Oryński machinalnie obrócił się w kierunku przeszklonej ściany odgradzającej ich od korytarza, myśląc o tym, że nawet gdyby imienny partner zaczaił się gdzieś obok, szyby były na tyle grube, by dźwięk nie przedostawał się na zewnątrz.
- Mam podnieść stawkę jeszcze bardziej? - zapytała Aleksandra.
- Nie ma po co - odparł Kordian. - Żadne pieniądze nie zmienią tego, że to przegrane przedsięwzięcie.
- Tym bardziej powinniście się go podjąć.
Chyłka głośno westchnęła, jakby w ten sposób próbowała pozbyć się jakiegoś ciężaru egzystencjalnego, a nie upartej, skłonnej do marnotrawienia kasy klientki.
- Słuchaj - rzuciła. - Wyobraziłaś sobie głośną medialną sprawę, która postawi cię w korzystnym świetle, ale to bzdura. Jedyne, co na siebie sprowadzisz, to ulewa czarnego PR-u.
- W jakim sensie?
- Takim, że będziesz postrzegana jako ktoś, kto stara się wyciągnąć z pierdla jebanego psychopatę.
- Chyba że wykażemy jego niewinność - zauważyła Zamojska.
- Na podstawie czego? Twojej intuicji?
- Jestem pewna, że coś znajdziecie.
Zanim zdążyli odpowiedzieć, deweloperka się podniosła, a Kordian automatycznie zrobił to samo. Chwycił teczkę i wyciągnął ją w kierunku kobiety.
- Zachowajcie - poradziła. - I jak już ją przeglądniecie, zadzwońcie do mnie. W środku jest numer.
Zapięła żakiet, a potem posłała dwójce prawników poprawny uśmiech i skierowała się ku wyjściu. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Chyłka obróciła się do Oryńskiego w sposób, który ostatnimi czasy stał się dla niej dość charakterystyczny - jakby miała unieruchomione całe ciało od szyi w dół.
- Co myślisz? - rzuciła.
- Że to wariatka.
- W takim razie panuje wśród nas małżeńska zgoda, Zordon.
Nie zanosiło się na to, by w tej materii cokolwiek miało się zmienić.
Mimo to wieczorem tego samego dnia Chyłka była już pewna, że podejmie się obrony.