Obrona. Joanna Chyłka. Tom 18 - Remigiusz Mróz

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Copyright ? Remigiusz Mróz, 2024

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Zuzanna Sołtysiak

Marketing i promocja: Greta Sznycer

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: ? Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: ? Olga Majrowska

Fotografie na okładce:

? Iniraswork / Depositphotos

? Nejron Photo / Shutterstock

? MikeMareen / iStock by Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Cytaty z Pasażera Cormaca McCarthy'ego w tłumaczeniu Roberta Sudoła. Cytaty z Pisma Świętego - za Biblią Tysiąclecia.

 

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

ISBN 978-83-68217-34-6

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

Szesnasta szesnaście

 

1

 

Pracownia USG, Muranów

 

 

Chyłka ułożyła się na leżance w gabinecie ginekologicznym, myśląc o tym, że jej wyporność bojowa osiągnęła poziom wprost niesłychany. Mimo że była w trzydziestym tygodniu ciąży i do końca gehenny pozostało jeszcze sporo czasu, bebzol był ogromny. W dodatku każdego dnia zdawał się powiększać w coraz szybszym tempie, a Joanna miała wrażenie, jakby rosnący w niej intruz tkwił tam już dziesiąty lub jedenasty miesiąc i zwyczajnie zapomniał wyjść.

Grubawy lekarz z nalaną twarzą skupiał się na ekranie, powoli przesuwając głowicą z żelem po tej beczce, którą Joanna codziennie rano musiała dźwignąć z łóżka, a potem tachać ze sobą przez cały dzień.

Zordon siedział na krześle obok, raz po raz starając się choćby zerknąć na obraz, który wyłaniał się z badania ultrasonograficznego. Nie było na to jednak najmniejszych szans, umowa między nimi stanowiła bowiem jasno - dopóki pasożyt siedzi w brzuchu, żadne z nich nie ma kompetencji, by go poznać.

Przy każdym badaniu ginekolog obracał więc urządzenie w swoją stronę, a rzeczy takie jak płeć czy wielkość płodu zachowywał dla siebie. Trójka jego poprzedników protestowała, uznając, że rodzice powinni mieć cały pakiet istotnych informacji, Mariusz Grabowski jednak przyjął to z większą akceptacją.

Mimo wszystko Chyłka nie była z niego do końca zadowolona. I przypuszczała, że zanim dojdzie do wyplucia bachora, zmieni ginekologa jeszcze przynajmniej raz.

- Z dzieckiem wszystko w porządku - oznajmił Grabowski. - A jak czuje się mamusia?

Słysząc pytanie, Kordian nerwowo drgnął.

- Jakbym w ramach zadośćuczynienia za noszenie tego darmozjada miała dostać co najmniej tysiąc pięćset plus - odparła Joanna. - Ile ta cholera waży?

Lekarz zerknął na nią niepewnie.

- Mówili państwo, że nie chcą otrzymywać takich...

- Właściwie to tylko pani mówiła - sprostował Oryński.

Chyłka za pomocą samego wzroku natychmiast ostrzegła go, by się nie zapędzał.

- Nie chcemy - potwierdziła. - Ale jeśli rośnie we mnie w pełni uformowany zawodnik sumo, a pan mi o tym nie powie, będziemy po rozwiązaniu mieli problem.

Mariusz leniwie się uśmiechnął. Właściwie wszystko robił jakby bez energii, na luzie, przywodząc Joannie na myśl leniwca z jakichś bajek, które niegdyś namiętnie oglądała Daria. Może dlatego właśnie jego wybrała jako czwartego lekarza do prowadzenia ciąży.

- Nasza umowa jest klarowna - zapewnił Grabowski. - W przypadku, gdyby było jakieś zagrożenie, bezzwłocznie bym państwa poinformował.

Kordian odetchnął.

- Czyli zawodnik sumo się nie urodzi - skomentował.

- Nie.

- Ale ludzik Michelin pewnie tak - zauważyła pod nosem Joanna, po czym przytrzymała spojrzenie męża. - I co to znaczy, że "się urodzi", Zordon?

- Cóż...

- Sam się, kurwa, weźmie i wypluje na świat?

Otworzył usta, chcąc sformułować jakąś ripostę, która jeszcze w poprzednim trymestrze pewnie automatycznie przeszłaby mu przez gardło. Teraz jednak całkiem roztropnie z niej zrezygnował.

- O właśnie - włączył się Mariusz. - Na ten temat również chciałbym z państwem porozmawiać.

- Na jaki? - rzuciła Chyłka.

- Formy zakończenia porodu.

- I dlaczego miałby pan o tym rozmawiać z nami obojgiem? Ten tu obecny obok sprawca będzie jakoś w nim partycypował? Ulży mi jakoś w tym całym procesie? A może weźmie na siebie tę jakże przyjemną operację przepchnięcia łba istoty ludzkiej przez otwór, który...

- Właściwie to współsprawca - zauważył Kordian.

- Co?

- Stosujmy poprawne formy zjawiskowe czynu.

Joanna zastanawiała się, czy podjąć rękawicę, tylko przez moment.

- Sprawstwo kierownicze, Zordon - odparła. - Minimum.

- W takim razie tobie można przypisać polecające.

- Na podstawie zależności? Nie ma mowy, sam wybierałeś pozycję, w której...

- Przepraszam, że przerwę - wtrącił ginekolog. - Ale właśnie sam aspekt, jak pani to ujęła, przepychania łba istoty ludzkiej przez pani otwór miałem na myśli.

Joanna zmarszczyła brwi, co poprzednich lekarzy napełniało pewną obawą. Ten jednak był tak spokojny, że Chyłka zaczynała podejrzewać, iż zaczyna dzień od mikstury z relanium, melisy i lecytyny.

- W moim przekonaniu powinniśmy rozważyć rezygnację z porodu siłami natury - oznajmił.

- Już o tym gadaliśmy.

- Mimo wszystko...

- I ustaliliśmy w toku tej gadaniny jedną kluczową rzecz.

- Jaką?

- Że robisz pan z dupy kościotrupy.

- Słucham?

- Że pan przesadza - przełożył Zordon, choć z tonu jego głosu nie wynikało, by zgadzał się z tą oceną sytuacji.

Chyłka skinęła krótko głową.

- Poza tym chcę czuć, że rodzę - uzupełniła. - A nie że wydalam pestkę arbuza.

- I nie przekonam pani do cesarskiego cięcia?

- O ile nie będzie jasnych przyczyn medycznych, nie.

- Ale sama pani mówi, że...

- To, co mówię, to jedno - ucięła. - To, co robię, to drugie.

- Święta prawda - poparł ją Oryński.

Nie zdążyła zgromić go wzrokiem, bo nachylił się do lekarza, a ona musiała szybko zareagować, by nie znalazł się w pozycji, z której mógłby zerknąć na ekran. Natychmiast odciągnęła go ręką.

- Na przykład ostatnio mówiła, że bez trudu utrzymuje równowagę, mimo że jej środek ciężkości się przesunął, a potem ją straciła.

Mariusz Grabowski natychmiast zerknął na Joannę.

- Przewróciła się pani?

Joanna błagalnie uniosła wzrok.

- Potknęłam się.

- Miała pani jakieś zawroty głowy?

- Nie. Ale teraz mam zawroty treści pokarmowej.

- Czuła pani jakieś osłabienie lub...

- Jebłam, to jebłam - przerwała mu. - Na chuj drążyć?

Ginekolog nie dawał po sobie poznać, by rozmowa w jakikolwiek sposób odbiegała od tych, które normalnie prowadził z pacjentkami. Odczekał moment, patrząc na Kordiana, a potem nabrał tchu, by wygłosić kolejne kazanie pod adresem Chyłki.

Ustrzegli ją przed tym Dave Murray i Janick Gers, grający gitarowy riff w refrenie Afraid to Shoot Strangers.

- Oho - rzuciła szybko Chyłka. - Robota wzywa.

- Pani Joanno...

Już chciała się odezwać, by po raz kolejny ostrzec faceta przed zestawianiem jej imienia z tym zwrotem grzecznościowym, szczęśliwie jednak teraz miała od tego ludzi.

- Jeśli już pan musi z tą formą, to właściwszą byłaby "jaśnie pani" - poradził Oryński.

Ginekolog zignorował uwagę, nadal patrząc na Chyłkę tak, jakby był w trakcie wystosowywania jakiegoś istotnego apelu.

Nikt się nie poruszał, a dźwięki kawałka Iron Maiden wypełniały pracownię USG.

- Muszę odebrać - oznajmiła Joanna.

- Uznam to za niewielkie przejęzyczenie, bo w tej chwili jedyne, co pani musi, to o siebie dbać.

- Dbam - zapewniła, po czym skinęła głową na Kordiana. - Co wcale nie jest łatwe przy tak niesprzyjających okolicznościach osobowych.

- Jakich znowu niesprzyjających?

- Uprzykrzasz mi życie, Zordon.

- W jaki niby sposób?

- Miałeś wczoraj kupić białą czekoladę.

- I kupiłem.

- Z kawałkami, kurwa, truskawek - zauważyła. - Gdybym chciała zasuszone owoce, tobym się nażarła tego gówna, które sypiesz do owsianki.

- Suszone daktyle to nie gówno.

- A wyglądają, jakby wysrał je królik z nieżytem dróg pokarmowych.

- Nie jestem pewien, czy...

- W tamtym tygodniu przyniosłeś białą czekoladę z kawałkami orzechów laskowych - ucięła, jakby to wszystko tłumaczyło.

Oryński rozłożył lekko ręce.

- Nigdy nie jadłaś takich rzeczy - usprawiedliwił się. - Skąd mam wiedzieć, jakie...

- Przysięgam, Zordon. Któregoś dnia rano wstanę i wiesz, co sobie pomyślę?

- Że będziesz miła?

- Nie - odparła. - "O, jaka ładna pogoda, pierdolnę se dzisiaj rozwoda".

Groźba przyniosła skutek wyłącznie w postaci uśmiechu, który pojawił się na twarzy Oryńskiego. Oboje spojrzeli na siebie w sposób, który zawsze ściągał z ich barków wszelki ciężar, po czym zerknęli na lekarza.

Ten jednak nie wydawał się równie beztroski.

- Zdaje sobie pani sprawę, że mogę wypisywać kobietom w ciąży L4 na dwieście siedemdziesiąt dni, co daje...

- Dziewięć miesięcy, tak.

- I czasem w istocie to robię - dodał Mariusz. - W pani wypadku naprawdę zalecałbym, żeby resztę tego czasu, który został, spędziła pani w domu.

- Bo mi się łydy i uda wytyrają od noszenia tego małego dziada?

- Nie. Z uwagi na pani historię.

- Dopiero ją piszę - odparowała Joanna. - I najważniejsze karty mam jeszcze puste.

Doktor Grabowski trwał z niezmienionym, dość abnegackim wyrazem twarzy, jakby nie zależało mu na niczym ani na nikim. Pod tą maską jednak kryła się troska o pacjentkę, której ciąża z samej zasady powinna podlegać szczególnym rygorom.

- Niech pani mnie posłucha...

- Słucham, ale w starciu na argumenty ewidentnie pan przegrywa - odparła Chyłka. - Choć jest pewne pole, na którym to ja jestem na straconej pozycji. Przynajmniej na razie.

- Doprawdy?

Joanna zerknęła na jego brzuch.

- Powiedzmy, że nadwaga to pańska jedyna nade mną przewaga.

Oryński wyprostował się, jakby miał zamiar czym prędzej wstać z krzesła i oznajmić, że wychodzą. Lekarz jednak uspokoił go krótkim spojrzeniem.

- Mówię poważnie - zastrzegł. - Powinna pani rozważyć zwolnienie lekarskie.

- Rozważyłam. I oddaliłam ten wniosek.

- W takim razie przeniesienie części urlopu macierzyńskiego na czas ciąży, żeby...

- Niech teraz pan mnie posłucha - ucięła. - Jeśli kobieta schodzi z tego rollercoastera, jakim jest kariera, mogą już jej z powrotem na niego nie wpuścić.

- Nie on jest teraz istotny, ale pani zdrowie - odparł Mariusz. - Oraz zdrowie dziecka.

- Dbam o jedno i drugie.

- Przemęczając się?

- Nie jestem niepełnosprawna - mruknęła. - Ani chora. To, że Bakłażan przeniósł na mnie infekcję drogą płciową, nie znaczy, że powinnam wegetować jak warzywo w domu. Muszę się ruszać, muszę działać.

- Musi pani przede wszystkim odpoczywać. Nie narażać się na stresogenne sytuacje, przyjmować odpowiednie ilości płynów, rutynowo przeprowadzać badania i...

- ...i czytać na głos Waltosie do poduszki, tak, tak.

Oczy ginekologa nieznacznie się zwęziły, jakby nie był do końca przekonany, czemu ostatni element znalazł się w tym zestawieniu. Z torebki jego pacjentki tymczasem doszedł dźwięk przychodzącego esemesa, który wszyscy zignorowali.

- Chodzi o to, by prawniczo urabiać młodego od najmłodszego wieku - podjęła Joanna.

- Lub młodą - zastrzegł Zordon.

- Młoda nie rosłaby jak Pudzian na drożdżach.

- Skąd wiesz?

- Z macicy.

- Moglibyśmy zawsze po prostu...

- Nie - ucięła szybko Chyłka. - Nie zagląda się darowanemu nasciturusowi w zęby, Zordon. Szczególnie kiedy ich jeszcze nie ma.

Doktor Grabowski odłożył głowicę, a potem dał Joannie kawałek papieru, by wytarła żel z brzucha.

- Spoglądanie na płód mogą państwo spokojnie zostawić mnie - powiedział. - Podobnie jak ocenę tego, czy powinna pani być na zwolnieniu.

- Nie ma mowy.

- Proszę chociaż rozważyć, czy...

- Ostatnią lekarkę pożegnałam, bo próbowała siłą wysłać mnie na L4 - ucięła. - I doskonale pan o tym wie.

Uznawszy, że wyczerpała temat, zerknęła znacząco w kierunku swojej torebki, z której przed momentem przestały wydobywać się gitarowe riffy. Kordian westchnął cicho, popatrzył jeszcze na lekarza w poszukiwaniu pomocy, po czym sięgnął po komórkę i podał ją Chyłce.

Ta szybko zerknęła na dwa powiadomienia.

- I? - spytał Oryński.

- Żeleźniak.

- Czego chce?

- Zapewne obrzydzić mi całe moje jestestwo.

- A konkretniej?

Joanna przesunęła wzrokiem po treści esemesa i poczuła, że czoło lekko się jej marszczy. Wiadomość była krótka, ale dość wymowna.

- Najwyraźniej w skromne progi kancelarii zawitała maszynka srająca pieniędzmi, Zordon.

- Hm?

- Aleksandra Zamojska.

- Ta Zamojska?

- Nie inaczej - potwierdziła Chyłka. - Artur napisał tylko tyle, że chce zostawić u nas fortunę na obronę jakiegoś człowieka, który od dwudziestu lat dogłębnie bada uroki polskiego więziennictwa.

- Okej...

- Warunek przedstawiła jeden - dodała Joanna. - To ja mam wyciągnąć tego gościa na wolność.

Nie musiała nawet patrzeć na Oryńskiego, by wiedzieć, że jego wzrok znów powędrował w kierunku lekarza, szukając tam wsparcia. Tym razem jednak Grabowski go nie zaoferował, uznając być może, że i tak niczego nie wskóra.

Chyłka spokojnie wybrała numer Żelaznego, po czym włączyła głośnik i rzuciła krótkie spojrzenie ginekologowi.

- Przydałoby nam się trochę prywatności - oznajmiła.

- Ale...

- To osobista sprawa.

- Ale to mój gabinet.

- Fakt - przyznała Joanna, naciskając czerwoną słuchawkę. - Ale jeśli nie chce pan poznać ustaleń faktycznych, na których okoliczność będzie pan później przesłuchiwany przez policję, prokuraturę, a ostatecznie także sąd, proponowałabym, żeby jednak sprawdził pan, czy nie ma go na korytarzu.

Mariusz Grabowski wahał się tylko przez moment.

Potem Chyłka ponownie wybrała numer Żelaznego.

- W końcu - rzucił zamiast powitania. - Potrzebujemy cię tutaj.

- Coś takiego - odparła Joanna i uniosła brwi. - Jestem zaskoczona prawie jak wyzyskiwane dziecko w chińskiej fabryce ubrań, szyjące dla kogoś rozmiar XXL.

- Co?

Chyłka dała mu chwilę, by załapał, Artur jednak miał wyraźne trudności z abstrakcyjnym rozumowaniem.

- Możesz myśleć w tempie szybszym, niż Orzeszkowa przechodziła do rzeczy w opisach przyrody?

- A ty możesz tu przyjechać? - skontrował pospiesznie.

- Mogę.

- W sensie, że teraz.

- Teraz nie.

- Dlaczego?

- Bo leżę.

Chrząknął nerwowo, zapewne w ostatniej chwili powstrzymawszy się przed tym, by wymownie to skomentować.

- Zresztą skąd ten pośpiech? - dodała Joanna.

- Stąd, że miliony złotych siedzą w sali konferencyjnej i na ciebie czekają - odparł nieco ciszej, jakby ktoś niepowołany mógł usłyszeć. - Cokolwiek robisz, kończ to i zapierdalaj do kancelarii.

Chyłka odrzuciła przesiąkniętą żelem chusteczkę na bok i powoli się podniosła, podtrzymując ręką odcinek lędźwiowy.

- Postawmy sprawę jasno - odezwała się. - Od mówienia, kto i gdzie ma zapierdalać, jestem w tej firmie ja.

Znów odpowiedział jej bliżej niezidentyfikowany pomruk z ust Żelaznego.

- To powiedz sobie, że powinnaś to czym prędzej zrobić - odpowiedział dość koncyliacyjnie jak na siebie. - Bo taka okazja, jaka się właśnie nadarza, już się nie powtórzy.

Joanna stanęła na podłodze, po czym lekko się zakołysała i poczuła, jakby nogi za moment miały odmówić jej posłuszeństwa. Zignorowała jednak zarówno to, jak i inne protesty swojego ciała.

- Spokojnie - odparła. - Zaraz będziemy z Zordonem na miejscu zdarzenia.

Kiedy na nie dotarli, Chyłka zrozumiała, że imienny partner nie przesadzał. Propozycja, którą otrzymali, była nie do odrzucenia. A równocześnie nie miała najmniejszego sensu - ani tym bardziej szans powodzenia.

 

2

 

Kancelaria Żelazny Chyłka Klejn, XXI piętro Skylight

 

 

Nie było możliwości, by Kordian poszedł przodem. Kilka razy próbował przekonać Chyłkę, że w obecnej sytuacji to on powinien być tym, który toruje im drogę przez zapchany kancelaryjny korytarz, Joanna upierała się jednak, że bebzol działa na prawników lepiej niż Mojżesz na Morze Czerwone.

Miała trochę racji.

Bez trudu przebili się do sali konferencyjnej, a mijani ludzie zdawali się robić wszystko, by nawet lekko nie tknąć sterczącego brzucha imiennej partnerki.

Wewnątrz czekał na nich Żelazny, klasycznie przymilający się do klientki, która w jego opinii przyszła tutaj tylko po to, by stracić gigantyczne pieniądze.

- Wreszcie - mruknął.

Dwoje adwokatów posłało mu krótkie spojrzenie.

- Sorry - rzuciła Joanna. - Nie spieszyło nam się, bo mieliśmy pewność, że pod naszą nieobecność uraczysz klientkę swoim intelektem, błyszczącym niczym rzymski denar wykopany spod dziesięciu metrów mułu.

Oryński kątem oka skontrolował reakcję kobiety siedzącej przy stole konferencyjnym i odnotował niewyraźny uśmiech.

Żelazny tylko pokręcił głową, po czym odsunął Chyłce krzesło. Tym samym naraził się na jej cokolwiek nieprzychylne spojrzenie.

- Wiem, że utknąłeś w dziadocenie, ale potrafię obsługiwać meble biurowe, Artur.

- Chciałem być miły.

- To trzeba było zaoferować, że wyjdziesz i nigdy nie wrócisz.

Żelazny machinalnie spojrzał w kierunku Aleksandry Zamojskiej, zapewne chcąc powiedzieć, że taka persona jak ona zasługuje na obecność przynajmniej dwóch imiennych partnerów i specjalne traktowanie. Nie miał jednak okazji.

- Nie jest to zły pomysł - oceniła kobieta.

- Słucham?

- Jak wspomniałam, zależy mi na mecenas Chyłce. Jeśli mógłby więc zostawić nas pan same, będę zobowiązana.

Artur popatrzył niepewnie na Zordona, a ten poczuł, że między kobietami zawiązała się nić porozumienia, która sprawi, że on również będzie musiał wyekspediować się na zewnątrz.

- Mecenas Oryński jest elementem tego pakietu, jak mniemam - dodała klientka.

- Raczej ciężaru egzystencjalnego - odparła Joanna i usiadła naprzeciwko niej.

Kordian przez moment się namyślał, po czym uznał, że może lepiej byłoby dołączyć do Żelaznego na korytarzu. Obejrzał się na niego, kiedy ten zamykał drzwi, a następnie rozpiął marynarkę i zajął miejsce po tej samej stronie co Chyłka.

- Widzę, że nie stosuje pani wobec męża taryfy ulgowej - odezwała się kobieta.

Oryński nachylił się lekko nad stołem.

- Gdyby stosowała, dawno bym się z nią rozwiódł.

- Jakoś nie wydaje mi się.

- Poza tym moja żona nie budzi się po to, by być nijaka - dodał.

- Święta prawda, Zordon.

Zerknęli na siebie, po czym w jednym momencie zwrócili wzrok prosto na oczy siedzącej naprzeciw nich klientki. Ta poprawiła klasyczny żakiet, który przydawał jej co najmniej kilku lat, a potem uniosła lekko podbródek.

- Aleksandra Zamojska - oznajmiła.

- Znamy listę "Forbesa" - odparła Chyłka.

- I słyszeliśmy o tych wszystkich inwestycjach deweloperskich o wartości równej PKB małego kraju.

- W tym też o tym osiedlu, które twoja firma zaczęła budować nie na podstawie zezwoleń, ale ustawy covidowej.

- To ta urocza ośmiopiętrowa ekologiczna enklawa spokoju w otulinie parku narodowego?

- Dokładnie ta sama, Zordon. Bez procedur, niepotrzebnej papierologii i z pominięciem zarówno faktu, że nic tam nie miało prawa stać, jak i przepisów Kodeksu budowlanego oraz Ustawy o planowaniu przestrzennym.

Koncentrowali wzrok na twarzy Zamojskiej, poszukując na niej choćby cienia wstydu. Nawet pod mikroskopem nie dałoby się go dostrzec.

- Nie ja odpowiadam za bubel prawny, który wyszedł z sejmu - zastrzegła.

- Nie - przyznała Joanna. - Ty odpowiadasz za jego wykorzystanie.

- Choć nie do końca, bo wojewódzki sąd administracyjny to uwalił.

- Faktycznie - odparła Chyłka i zerknęła na rozmówczynię. - Może trzeba było wyposażyć się w lepszych prawników.

- Może. Ale byliście akurat zajęci.

Oboje zbyli tę uwagę milczeniem.

- Dobra - rzuciła Aleksandra. - Jak dla mnie, wystarczy tych wstępów. Przejdziemy do rzeczy?

Dwoje prawników skinęło lekko głowami, zadowolonych, że trafił się klient, który najwyraźniej nie planuje tracić czasu.

- Śmiało - poradziła Joanna.

Zamojska sięgnęła do czarnej torby, a potem wyjęła z niej teczkę z logo Zambud Development. Obróciła ją przodem do prawników, po czym puściła po stole. Zatrzymała się, kiedy Kordian położył na niej dłoń.

Bez słowa ją otworzył, po czym wraz z Chyłką zerknęli na zdjęcie mężczyzny, który wyglądał, jakby urodził się, by siedzieć w więzieniu. Podkrążone oczy, srogi wzrok, tatuaż tuż przy skroni i fryzura, która nie miała jak splamić się użyciem grzebienia.

- Przyjazny typ - ocenił Oryński.

- Brakuje mu tylko czapki wpierdolki - dodała Joanna.

Oboje szybko przesunęli wzrokiem po aktach, choć właściwie już samo zdjęcie dobitnie informowało, z kim mają do czynienia.

- Kajetan Klich - odezwała się Aleksandra.

- O, idealnie - skwitowała Chyłka. - Od czasu gościa, który na Woli zabił i poćwiartował lektorkę włoskiego, a potem spakował kawałki ciała i przewiózł je taksówką do siebie, to imię świetnie się kojarzy.

- Nie bardzo mnie interesuje, jak się kojarzy - odparła Zamojska. - Za to interesuje mnie, że niewinny człowiek od dwóch dekad siedzi w więzieniu.

Joanna i Oryński wymienili krótkie, pełne powątpiewania spojrzenia, po czym wrócili do przeglądania akt. Potencjalna klientka przez moment czekała cierpliwie, aż zapoznają się z materiałem, po czym najwyraźniej uznała, że jej czas jest zbyt cenny.

- Może streszczę wam najistotniejsze informacje - rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Kajetan został oskarżony o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, a...

- Nasz ulubiony typ kwalifikowany - wtrącił Zordon.

- Zdecydowanie - poparła go Chyłka.

Kiedy Aleksandra zawahała się przed podjęciem wątku, oboje podnieśli na nią wzrok, sugerując, że od teraz może liczyć na ich niepodzielną uwagę.

- Rankiem szóstego października dwa tysiące czwartego roku oficer dyżurny komisariatu policji w podwarszawskim Józefowie otrzymał zgłoszenie - oznajmiła Zamojska. - Dzwonił mężczyzna w średnim wieku, zamieszkały przy ulicy Sonaty, który wyprowadzając psa, zauważył, że drzwi do jednego z domów obok są otwarte, a na ganku widać ślady krwi.

- Zaczyna się jak truecrime'owy podcast - pochwaliła ją Joanna.

- Marcin Myszka drży - dodał Oryński.

- Olga Herring już szuka nowej roboty.

- A Justyna Mazur podejmuje decyzję o trwałym przekwalifikowaniu się na lifestyle.

Jeśli Aleksandra była jakkolwiek zaskoczona sposobem, w jaki duet prawników przyjmował u siebie potencjalną klientkę, nie dała tego po sobie poznać.

- Na miejscu stawił się patrol lokalnej policji - kontynuowała. - W domu odnaleźli zwłoki dwóch osób. Trzydziestosześcioletniej kobiety oraz jej męża, którzy zostali brutalnie zamordowani za pomocą młota wyburzeniowego.

- Że co? - jęknęła Chyłka.

- Inaczej młota udarowego. Takiego, którego używa się na budowach. Ciała były kompletnie zmasakrowane. Krew, kawałki organów i kości znajdowały się na ścianach, na meblach, nawet na suficie.

Żadne z prawników się nie odzywało.

- Rozumiem, że to dla was nie nowość?

- Cóż... - odparł Kordian.

- Broniliście państwo wielu prawdziwych zwyrodnialców. W tym także Sadysty z Mokotowa.

W innych okolicznościach przez ich twarze przemknąłby choćby nikły uśmiech, bo od kiedy Paderborn zrobił z tym człowiekiem to, co należało, z przyjemnością wzmiankowali Langera i przypominali sobie o jego losie tak często, jak tylko było to możliwe.

Teraz jednak nie było im do śmiechu.

- W każdym razie była to krwawa jatka, jakich często się nie ogląda - podjęła Zamojska. - Na miejscu od razu stawił się śledczy z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, oficerowie z wydziału kryminalnego i technicy. Narzędzia zbrodni nie znaleziono, w domu odkryto za to liczne ślady genetyczne i daktyloskopijne nienależące do małżeństwa.

- Niech zgadnę - wpadła jej w słowo Chyłka. - Pasowały do Kajetana Klicha.

- Tak.

- Zaczyna się wprost wybornie.

- Śledczy uznali to za wystarczający dowód na to, że to on był sprawcą zabójstwa - kontynuowała spokojnie Aleksandra.

- Niemożliwe. Ciekawe dlaczego?

- Sytuację pogarszał fakt, że dorabiał sobie na budowach, także w okolicy. Niemal od samego początku prokuratura działała więc z założeniem, że ma właściwego człowieka, i wszystko, co odkryto później, dopasowywano do tej wersji.

Kordian krótkim ruchem poprawił krawat.

- Wszystko? - spytał. - Czyli co konkretnie?

- Przede wszystkim znalazł się świadek, który widział, jak w przeddzień zabójstwa, późnym wieczorem, Kajetan opuszczał dom tamtego małżeństwa.

- Pechowo - oceniła Joanna.

- Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo.

Oryński był przekonany, że Aleksandra zaraz przedstawi im jakiś dowód na niewinność tego człowieka, przekonujący kontrargument wobec tego, co dotychczas wyłożyła. Do tej pory bowiem sprawa wydawała się boleśnie jednoznaczna i oczywista.

- W dodatku wyszło na jaw, że Kajetan Klich miał romans z kobietą, która tamtej nocy padła ofiarą zbrodni - ciąg­nęła Zamojska.

- Romans? - spytał Kordian.

- Dość gorący. I dość zakazany, bo Kajetan był jej studentem.

- Pięknie.

- W przeddzień zabójstwa spotkali się w Parku Natolińskim, gdzie kochanka oświadczyła mu, że kończy ich znajomość. Doszło między nimi do sprzeczki, Klich podkreślał, że nie mogą rezygnować z tego, co między nimi jest, że to prawdziwa miłość, że nie chce bez niej żyć. Na niewiele się to zdało, kobieta bowiem trwała przy swoim. W końcu zaczął grozić, że powie o wszystkim jej mężowi, zniszczy jej życie i tak dalej.

- Jeszcze piękniej.

- Ten był wtedy w delegacji - kontynuowała jednostajnym tonem Aleksandra. - Aby więc wyciszyć nieco Kajetana, kobieta zaproponowała, by dał sobie czas na ochłonięcie i wieczorem przyjechał do niej, do Józefowa. Mieli na spokojnie porozmawiać, ustalić szczegóły, rozstać się w pokoju. Przynajmniej wedle jej zamiarów. Pech chciał, że mąż dał znać, iż wraca wcześniej z delegacji. Jego żona odwołała więc spotkanie w ostatniej chwili.

- Może na moment pani przerwę - wtrącił się Zordon. - Słyszała pani kiedyś o trójcy dowodowej?

- Myślałam, że od razu zrezygnowaliśmy z tych formułek grzecznościowych.

Oryński potwierdził krótkim skinieniem głowy, świadomy, że o ile Chyłce przychodziło to jakoś naturalnie, on potrzebuje choćby minimalnego potwierdzenia, by przejść na ty z klientami.

- W systemach anglosaskich to zbieg pewnych elementów, które sprawiają, że osoba podejrzana staje się pewniakiem do miana oskarżonej - dodał. - A te elementy to motyw, sposobność i umiejętność. W tym wypadku wszystkie trzy ewidentnie wystąpiły. Klich miał powód, by dokonać zabójstwa: zawód miłosny. Miał też okazję, bo wiedział, gdzie i kiedy znajdować będą się ofiary, w dodatku jego obecność na miejscu zdarzenia została potwierdzona. I ewidentnie miał też odpowiednie umiejętności, skoro pracował na budowie i mógł skorzystać z tamtejszych sprzętów.

Aleksandra Zamojska się nie odzywała, ale nie było w jej milczeniu niczego, co można by poczytać na niekorzyść człowieka, którego sylwetkę przedstawiała. Przeciwnie, sprawiała wrażenie, jakby żadna ze wzmiankowanych rzeczy nie świadczyła o jego winie.

- Coś jeszcze? - rzuciła Chyłka.

- To zasadniczo najważniejsze fakty.

- Była apelacja? - zapytał Oryński.

- Tak. Utrzymano wyrok sądu pierwszej instancji.

- Kasacja?

- Oddalona jako niemająca uzasadnionych podstaw.

Zordon kątem oka zauważył, że Joanna lekko się uśmiecha.

- To wszystko brzmi jak naprawdę niezły żart - zauważyła. - Tylko jakoś brakuje mi puenty, żebym z czystym sercem mogła się roześmiać.

- Puenta polega na tym, że Kajetan jest niewinny.

- Aha.

Zamojska uprzejmie się uśmiechnęła, a potem oparła ręce na stole i przyjrzała się dwójce prawników.

- Były jakieś błędy formalne w trakcie postępowania? - zapytał Kordian.

- Nie.

- Niewłaściwa reprezentacja ze strony obrońcy?

- Również nie.

- Wadliwy skład sądu?

- Nie.

Oryński naraz poczuł, że tracą tutaj czas, a ta kobieta po prostu pewnego dnia uznała, że jej się nudzi i zrobi psikus tej kancelarii.

- W takim razie na jakiej podstawie chciałaby pa... chciałabyś wzruszyć decyzję sądu?

- Nie wiem.

Chyłka odchyliła się na krześle, sycząc przy tym cicho, jakby jej kręgosłup właśnie ją poinformował, że nie zniesie nawet najmniejszych zmian pozycji.

- Od tego jesteście wy, prawda? - dodała Aleksandra. - I jestem gotowa zapłacić wam podwójną stawkę za to, byście znaleźli powód.

- Cóż, to nie do końca...

- Potrójną.

- To naprawdę nic...

- Nie zrozumcie mnie źle - ucięła Zamojska. - Kajetan Klich jest zupełnie niewinny. To wiem na pewno. Nie mam za to pojęcia, jak działają meandry polskiego prawa i w jaki sposób można wznowić takie postępowanie.

- W żaden - oznajmiła Joanna.

- W porządku. Może w takim razie poczwórna stawka godzinowa sprawi, że zastanowicie się nad tym nieco poważniej.

Kordian zmrużył oczy, przypatrując się tej kobiecie. Nawet ich normalna stawka była mocno przesadzona, nie miał co do tego najmniejszych złudzeń. Przy tak dużej sprawie, jaka mogła się z tego zrobić, i liczbie godzin, którą należało na nią poświęcić, taka propozycja właściwie mogła opłacić całą edukację siedzącego w brzuchu Chyłki intruza.

Nawet nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, że pomyślała o tym samym. Kątem oka jednak dostrzegł, że Joanna odchyliła się jeszcze bardziej.

- To, że srasz pieniędzmi, nie znaczy, że możesz w kiblu wypatrywać cudów - oznajmiła. - A to...

- Może powinnam doprecyzować - przerwała jej Zamojska. - Płatność nie będzie uzależniona od powodzenia obrony.

- Hę?

- Żadnych bonusów za wygraną, żadnych warunkowych płatności. Wszystko dostajecie z góry, a potem kasujecie tylko za godziny poświęcone na sprawę.

Chyłka i Oryński milczeli.

- Czy przegracie, czy wygracie, cała należność i tak do was trafi.

- To w czym tkwi haczyk? - zapytał Kordian.

- W niczym.

Joanna jeszcze przez moment dała odetchnąć plecom, po czym na tyle, na ile było to możliwe, pochyliła się w stronę rozmówczyni.

- Tak po prostu uznałaś, że chcesz wyrzucać pieniądze w błoto? - spytała.

- Z mojego punktu widzenia to dobra inwestycja.

- Bo?

- Zakładam fundację.

- Wsparcia finansowego dla prawniczek w ciąży?

Przez twarz Zamojskiej prześlizgnął się krótki uśmiech, który zdawał się świadczyć o tym, że daleko jej do jakich­kolwiek pobudek natury charytatywnej.

- Jej nazwa to "Domniemanie niewinności", czyli dokładnie to, czego zabrakło w trakcie postępowań prokuratorskich i sądowych wobec zatrważającej liczby ludzi w Polsce. W jej ramach będziemy starali się wyciągnąć z więzień tych, którzy niesłusznie się tam znaleźli - wyjaśniła. - Pierwszą z tych osób ma być właśnie Kajetan Klich.

- Więc masz jakiś dowód na jego niewinność? - zapytał Oryński.

- Nie.

- Żadnego?

- Żadnego.

- W takim razie dlaczego myślisz, że nie popełnił tego zabójstwa?

- Po prostu to wiem.

- Na jakiej podstawie? - rzuciła Chyłka.

Aleksandra zawahała się, przez moment wodząc wzrokiem za prawnikami przechodzącymi korytarzem, a potem wzruszyła ramionami.

- Mam dobrą intuicję - oznajmiła.

- Gówno prawda.

- Zapewniam, że nie pomnożyłabym obrotów firmy ojca, gdyby nie...

- W intuicję nie wątpię - sprecyzowała Joanna. - Tylko w twoją prawdomówność.

Zamojska nie wyglądała na urażoną. Właściwie sprawiała wrażenie, jakby dokładnie takiej reakcji ze strony prawniczki się spodziewała.

Wszyscy przez chwilę milczeli.

- Twoje pobudki doskonale ogarniam - odezwała się w końcu Chyłka. - Po tych lewych inwestycjach masz kiepską prasę, chcesz więc, żeby Zambud Development narobił sobie trochę dobrego PR-u. Obejrzałaś ten film czy serial na podstawie historii Tomasza Komendy albo przeczytałaś książkę i zamarzyło ci się, żeby mieć swojego niewinnego, którego wyciągniesz z więzienia.

Kordian czekał na zaprzeczenie, ale najwyraźniej nie docenił, jak bezpośrednia kobieta siedzi naprzeciw nich.

- To prawda - przyznała. - Chodzi o pokazanie społecznej odpowiedzialności biznesu, narobienie nieco pozytywnego szumu marketingowego. Ale motywacje ukierunkowane na wymierne efekty nie przekreślają chyba dobroczynności, prawda? Gdyby było inaczej, WOŚP nie przyjmowałby setek tysięcy złotych od jakiegoś youtubera, który przy okazji robi show. Ja robię podobną rzecz. Wykładam na stół kasę, by najlepsi prawnicy w Warszawie zajęli się sprawą, do której w przeciwnym wypadku nawet by się nie zbliżyli.

- Mniejsza z tymi motywacjami - odparła Chyłka. - Bez uchybień formalnych i nowych dowodów ta sprawa jest po prostu nie do wzruszenia.

Zamojska się uśmiechnęła.

- Och, wydaje mi się, że znajdziecie sposób, by to zrobić.

Kordian lekko się skrzywił, zamknął leżącą na stole teczkę z aktami, a potem odsunął ją w kierunku Zamojskiej.

- Nie ma tu nic, co mogłoby dać chociaż cień szansy na wznowienie postępowania.

- Jesteś pewien?

- Sprawa jest jasna jak dupa Żelaznego - skwitowała Chyłka.

Oryński machinalnie obrócił się w kierunku przeszklonej ściany odgradzającej ich od korytarza, myśląc o tym, że nawet gdyby imienny partner zaczaił się gdzieś obok, szyby były na tyle grube, by dźwięk nie przedostawał się na zewnątrz.

- Mam podnieść stawkę jeszcze bardziej? - zapytała Aleksandra.

- Nie ma po co - odparł Kordian. - Żadne pieniądze nie zmienią tego, że to przegrane przedsięwzięcie.

- Tym bardziej powinniście się go podjąć.

Chyłka głośno westchnęła, jakby w ten sposób próbowała pozbyć się jakiegoś ciężaru egzystencjalnego, a nie upartej, skłonnej do marnotrawienia kasy klientki.

- Słuchaj - rzuciła. - Wyobraziłaś sobie głośną medialną sprawę, która postawi cię w korzystnym świetle, ale to bzdura. Jedyne, co na siebie sprowadzisz, to ulewa czarnego PR-u.

- W jakim sensie?

- Takim, że będziesz postrzegana jako ktoś, kto stara się wyciągnąć z pierdla jebanego psychopatę.

- Chyba że wykażemy jego niewinność - zauważyła Zamojska.

- Na podstawie czego? Twojej intuicji?

- Jestem pewna, że coś znajdziecie.

Zanim zdążyli odpowiedzieć, deweloperka się podnios­ła, a Kordian automatycznie zrobił to samo. Chwycił teczkę i wyciągnął ją w kierunku kobiety.

- Zachowajcie - poradziła. - I jak już ją przeglądniecie, zadzwońcie do mnie. W środku jest numer.

Zapięła żakiet, a potem posłała dwójce prawników poprawny uśmiech i skierowała się ku wyjściu. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Chyłka obróciła się do Oryńskiego w sposób, który ostatnimi czasy stał się dla niej dość charakterystyczny - jakby miała unieruchomione całe ciało od szyi w dół.

- Co myślisz? - rzuciła.

- Że to wariatka.

- W takim razie panuje wśród nas małżeńska zgoda, Zordon.

Nie zanosiło się na to, by w tej materii cokolwiek miało się zmienić.

Mimo to wieczorem tego samego dnia Chyłka była już pewna, że podejmie się obrony.

 

 

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

Rozdział 1. Szesnasta szesnaście

1. Pracownia USG, Muranów

2. Kancelaria Żelazny Chyłka Klejn, XXI piętro Skylight

3. Coffeedesk, ul. Wilcza

4. ul. Argentyńska, Saska Kępa

5. ul. Zgierska, Grochów

6. Skwerek przy Majdańskiej, Gocław

7. Sala widzeń, Zakład Karny Warszawa-Białołęka

8. Pokój widzeń, Zakład Karny Warszawa-Białołęka

9. Jaskinia McCarthyńska, Kancelaria Żelazny Chyłka Klejn

10. Kancelaria Żelazny Chyłka Klejn, Skylight

11. Le Petit Bistro, Ujazdów

12. Skylight, ul. Złota

 

Rozdział 2. Propter decreta

1. Hard Rock Cafe, ul. Złota

2. ul. Solskiego, Żoliborz

3. ul. Argentyńska, Saska Kępa

4. ul. Domaniewska, Mordor

5. Areszt Śledczy Warszawa-Białołęka

6. Pinsa, ul. Francuska

7. ul. Argentyńska, Saska Kępa

8. Mieszkanie Chyłki i Oryńskiego, Saska Kępa

9. Gabinet ginekologiczny, Muranów

10. ul. Chocimska, Mokotów

11. Lukullus, Złote Tarasy

12. Pokój widzeń, Zakład karny Warszawa-Białołęka

13. Pokój widzeń, Zakład karny Warszawa-Białołęka

 

Rozdział 3. Wniosek

1. ul. Argentyńska, Saska Kępa

2. ul. Argentyńska, Saska Kępa

3. Nadwiśle, Wawer

4. pl. Krasińskich, Śródmieście

5. Okolice parku Góra Borowa, Wawer

6. Skylight, ul. Złota

7. Gabinet Chyłki, XXI piętro Skylight

8. Gabinet Oryńskiego, XXI piętro Skylight

9. Pokój widzeń, Zakład karny Warszawa-Białołęka

 

Rozdział 4. Posiedzenie

1. Relaks Cafe, ul. Miodowa

2. Sąd Najwyższy, pl. Krasińskich

3. Sala rozpraw, Sąd Najwyższy

4. Ogród Krasińskich, Muranów

5. Sąd Najwyższy, pl. Krasińskich

6. Sala posiedzeń, Sąd Najwyższy

7. Sala posiedzeń, Sąd Najwyższy

8. Sąd Najwyższy, pl. Krasińskich

9. pl. Krasińskich, Muranów

10. Blok porodowy Szpitala św. Zofii

11. Sala pomarańczowa, blok porodowy

12. Blok operacyjny, Szpital św. Zofii

13. Korytarz szpitalny, ul. Żelazna

14. ul. Żelazna, Wola

15. Szpital św. Zofii, ul. Żelazna

16. pl. Unii Lubelskiej, granica Śródmieścia i Mokotowa

17. ConspiRacja, Bemowo

18. Oddział Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka, Szpital św. Zofii

19. Sala Chyłki, Szpital św. Zofii

20. Szpital św. Zofii, ul. Żelazna

21. Sala posiedzeń, Sąd Najwyższy

22. Sala posiedzeń, Sąd Najwyższy

23. Sala posiedzeń, Sąd Najwyższy

24. Sala posiedzeń, Sąd Najwyższy

25. Sąd Najwyższy, pl. Krasińskich

 

Epilog. ul. Argentyńska, Saska Kępa

 

Posłowie