Ocalił mnie kowal - Izabella Czajka-Stachowicz

Kup ebooka

23.90 zł
19.83 zł (16,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Py­tasz się, Jan­ko, co mi da­wa­ło siły do prze­trwa­nia tego kosz­ma­ru, któ­ry cią­gnął się lata? Py­tasz się, jak mo­głam wy­trzy­mać? Te­raz, kie­dy wy­da­je mi się, że nie po­tra­fi­ła­bym wy­żyć w tym, co było, jed­nej doby - trud­no mi na to od­po­wie­dzieć. Może pod­świa­do­ma cie­ka­wość, co bę­dzie po­tem? Może sam in­stynkt ży­cia?... A może ta ja­kaś żar­li­wa po­trze­ba prze­trwa­nia, aby dać świa­dec­two praw­dzie?

Wy­da­je mi się, że gdy ci opo­wiem wszyst­ko, po­mo­żesz mi w od­na­le­zie­niu źró­dła tej siły - ja sama zna­leźć go nie po­tra­fię. Czę­sto w nocy, kie­dy nie śpię, wra­ca­ją tam­te cza­sy... Na­słu­chu­ję w ci­szy od­de­chu tam­tych nocy i do­pa­da mnie ów śle­py strach, prze­raź­li­wa gro­za i już nie mogę usnąć. Ob­la­na zim­nym po­tem tra­cę roz­są­dek, my­ślą prze­bie­gam wszyst­kie schow­ki w miesz­ka­niu, chcę ucie­kać! ucie­kać! ukryć się! Sta­ram się opa­no­wać, prze­cież wiem, że mi­nę­ło, że nie ma już ko­mór ga­zo­wych, że nie ma już na zie­mi pol­skiej tych okrop­nych bu­tów, któ­re walą w bra­mę, że oni już nie przyj­dą, że nikt ło­mo­cąc kol­ba­mi w drzwi, nie za­wo­ła: - Auf­ma­chen so­fort!1

Ale nie o tym chcia­łam ci dzi­siaj opo­wie­dzieć. Tyle, tyle razy prze­ży­wa­łaś ze mną cza­sy i li­kwi­da­cję get­ta War­sza­wy. Dzi­siaj ci po­wiem, w jaki spo­sób ucie­kłam i kto mnie ura­to­wał. Nie gnie­waj się, że tak śli­ma­czę, ale te­raz, kie­dy nie śpię po no­cach, wra­ca­jąc my­ślą do tego dnia, wpa­dam w stan tak nie­po­mier­ne­go zdzi­wie­nia, że sia­dam na łóż­ku, pod­no­szę ręce do góry. Dzi­wię się, zdu­mie­wam, jak­że to tak stać się mo­gło? Jak to mo­gło się zda­rzyć?... Nie do po­ję­cia!...

No, ale te­raz do­syć tych dy­gre­sji. Skoń­czy­łam ci na tym, jak dro­go opła­co­ny przez mego męża, Je­rze­go Gel­bar­da (któ­ry był po stro­nie aryj­skiej), ge­sta­po­wiec od­na­lazł mnie - wpó­ło­błą­ka­ną z prze­ra­że­nia, brud­ną, za­wszo­ną, za­gło­dzo­ną - i w asy­ście dwóch żan­dar­mów wy­pro­wa­dził z get­ta. Nie oby­ło się na­tu­ral­nie bez bi­cia i ko­pa­nia. Szłam pro­wa­dzo­na przez ten pa­trol, z po­obi­ja­ny­mi że­bra­mi, ob­cie­ra­jąc krew pły­ną­cą z ust i nosa, na dwo­rzec. Lu­dzie od­wra­ca­li gło­wy, wy­glą­da­łam okrop­nie - żół­ta, ja­kaś spo­pie­la­ła i jed­no­cze­śnie zie­lo­na, jak­by wy­ko­pa­li­sko spod lawy. Nie­zdar­nie chcia­łam ukryć opa­skę z ży­dow­ską gwiaz­dą (prze­cież już Ży­dów nie było w War­sza­wie), ale to mi się nie uda­wa­ło. By­łam głod­na, ale bar­dziej do­mi­nu­ją­cym uczu­ciem był wstyd. Wsty­dzi­łam się swo­jej twa­rzy, opa­ski się wsty­dzi­łam, a naj­bar­dziej się wsty­dzi­łam, że je­stem ska­za­na... Te­raz tego nie mogę zro­zu­mieć, bo prze­cież by­łam tyl­ko ofia­rą. Ja­kaś ślicz­na pani w pe­le­ryn­ce ze srebr­nych li­sów, pa­trząc na mnie, roz­pła­ka­ła się. Może mi się przy­wi­dzia­ło, ale zda­wa­ło mi się, że to była Ire­na Skęp­ska, żona wspól­ni­ka Al­brech­ta z Zie­miań­skiej na Ma­zo­wiec­kiej.

Cze­ka­li­śmy na pe­ro­nie na po­ciąg do Otwoc­ka - ge­sta­po­wiec po­wie­dział mi po dro­dze, że musi mnie od­wieźć do get­ta otwoc­kie­go, że tam bę­dzie cze­kał na mnie mój mąż, że­bym się nie bała, bo w Otwoc­ku nie ma li­kwi­da­cji. Sta­li­śmy pod ścia­ną, na pe­ro­nie prze­cha­dza­li się lu­dzie - pa­nie w je­dwab­nych su­kien­kach, pa­no­wie bez ka­pe­lu­szy, je­dli grusz­ki, jabł­ka. I wte­dy to pierw­szy raz prze­lę­kłam się my­śli, że tu poza mu­ra­mi ży­cie szło nor­mal­nym try­bem, lu­dzie je­dli obia­dy, ko­la­cje, że w lo­ka­lach piło się wód­kę pod śle­dzi­ka, ślicz­nie on­du­lo­wa­ne ko­bie­ty sie­dzia­ły przy sto­li­kach w ka­wiar­ni, piły kawę, ja­dły ciast­ka, mó­wi­ły o mi­ło­ści i plot­ko­wa­ły o przy­ja­ciół­kach. Przez otwar­te okna sły­chać było dźwię­ki tan­ga. Pa­trza­łam ukrad­kiem na lu­dzi - spa­ce­ro­wa­li po pe­ro­nie jak gdy­by nig­dy nic... Ja­kiś pan pod­szedł do mo­je­go żan­dar­ma, za­py­tał po nie­miec­ku, czy może ze mną mó­wić, żan­dar­mo­wi było to naj­zu­peł­niej obo­jęt­ne: - A mów pan.

W panu tym po­zna­łam Hen­ry­ka To­ma­szew­skie­go - wiesz, tego ry­sow­ni­ka-pla­ka­ci­stę, do­sko­na­łe­go gra­fi­ka, do­bre­go ko­le­gę. Przy­su­nął się do mnie, szep­nął:

- Co mogę dla cie­bie zro­bić? Gdzie oni cię wio­zą? Mu­sisz na­tych­miast ucie­kać!

Po­pro­si­łam o pa­pie­ro­sa. Pierw­szy łyk dymu spra­wił mi roz­kosz. Wy­tłu­ma­czy­łam sy­tu­ację. Mia­łam za sta­ni­kiem wier­sze z get­ta, od­da­łam mu je na prze­cho­wa­nie. Wiesz, Ja­necz­ko, trzy lata póź­niej spo­tka­łam się z nim w Lu­bli­nie i zwró­cił mi tę pacz­kę. Prze­cho­wał ją.

O go­dzi­nie dzie­sią­tej wie­czo­rem by­łam w Otwoc­ku... w tło­ku nikt na mnie nie pa­trzył, zresz­tą po­cią­gi szły za­ciem­nio­ne. Ge­sta­po­wiec prze­pro­wa­dzał mnie przez ja­kieś war­ty. Ile­kroć wo­ła­no: - Au­swe­is! - on za­sła­niał mnie swo­ją oso­bą - i tak szli­śmy, szli­śmy bez koń­ca. Było bar­dzo ciem­no i w ogó­le nic nie wi­dzia­łam. Pod no­ga­mi czu­łam prze­waż­nie pia­sek; aż wresz­cie do­szli­śmy do ja­kie­goś domu i ge­sta­po­wiec ci­cho po­wie­dział:

- Ru­fen sie, aber le­ise, den Na­men ih­res Man­nes2.

Dwa razy za­wo­ła­łam: - Je­rzy! Je­rzy! - W ja­kimś oknie bły­snę­ła za­pał­ka. Po paru se­kun­dach czy mi­nu­tach tuż przy oczach zo­ba­czy­łam po­bla­dłą twarz męża.

- Bogu Naj­wyż­sze­mu nie­chaj będą dzię­ki! Sza­la­łem z nie­po­ko­ju. Je­steś! Je­steś!

Ge­sta­po­wiec od­cią­gnął go na bok. Wi­dzia­łam, jak Je­rzy od­li­czał bank­no­ty. Ge­sta­po­wiec wło­żył je do czap­ki, gwizd­nął i za­do­wo­lo­ny po­szedł.

Wcho­dzi­li­śmy ciem­ny­mi scho­da­mi do ja­kie­goś miesz­ka­nia, oto­czy­li mnie lu­dzie, ko­bie­ty, męż­czyź­ni, wszy­scy mie­li ta­kie opa­ski na ra­mie­niu jak ja, wszy­scy mie­li prze­ra­żo­ne twa­rze i nie­przy­tom­ne oczy. Ko­bie­ty pła­ka­ły. Dano mi je­dze­nie. Była ja­jecz­ni­ca, chy­ba z dzie­się­ciu jaj - rzu­ci­łam się na nią jak zwie­rzę, nie chcia­łam opo­wia­dać, nie chcia­łam na ni­ko­go pa­trzeć. Je­rzy sie­dział po­chy­lo­ny przy mnie, za­kryw­szy ręką oczy, a ja ja­dłam - wła­ści­wie żar­łam, po­ły­ka­łam ka­wa­ły buł­ki, nie gry­ząc. Pi­łam her­ba­tę i skom­la­łam z ucie­chy, że jem.

Je­rzy po­wie­dział:

- Te­raz po­ło­żysz się spać, a ja po­ja­dę do War­sza­wy. Nie masz przy so­bie żad­ne­go do­ku­men­tu (Ge­sta­po­wiec przed wyj­ściem z get­ta po­darł mój pasz­port i dał mi kar­tę, że je­stem Róża Sil­ber­man, któ­ra po­peł­ni­ła Ras­sen­schan­de3 w Otwoc­ku, i on mnie wie­zie na roz­strzał) - ja ci ju­tro przy­wio­zę do­wo­dy aryj­skie, z któ­ry­mi już bę­dzie moż­na ja­koś po­ru­szać się po tam­tej stro­nie.

- Tak, tak, a te­raz będę spać.

Je­rzy na od­chod­nym przy­ka­zał mi le­żeć jak naj­dłu­żej w łóż­ku.

- Mu­sisz od­po­cząć, cze­ka cię jesz­cze wie­le, wie­le trud­no­ści.

I po­szedł.

Było ciem­no w po­ko­ju, ale drzwi na ta­ras po­zo­sta­wio­no otwar­te. Nie­bo wy­da­wa­ło się da­le­kie i sze­ro­kie; aż dziw­ne, że nie­bo mo­gło być ta­kie ogrom­ne. W get­cie wi­dzia­łam tyl­ko mały skra­wek nie­ba mię­dzy do­ma­mi, w cia­snych uli­cach.

Le­ża­łam na twar­dym skła­da­nym łóż­ku i po­obi­ja­ne że­bra za­czę­ły na­gle do­tkli­wie bo­leć, twarz puch­nąć. Nie było się kogo za­py­tać, gdzie jest woda - chcia­łam so­bie zro­bić kom­pres, zmo­czyć ja­kąś szma­tę i przy­ło­żyć... ale ni­ko­go nie zna­łam, więc le­ża­łam ci­cho. Gro­za ostat­nich ty­go­dni była bar­dziej żywa niż nie­re­al­ny spo­kój tej nocy. Le­ża­łam i zno­wu się dzi­wi­łam, jak to może być. Tu jesz­cze Ży­dzi mogą sma­żyć ja­jecz­ni­cę i mają bia­łe buł­ki z ma­słem, a tam... w sierp­niu śnieg z pie­rzyn pada na czer­wo­ne od krwi uli­ce (es­es­ma­ni pru­li pie­rzy­ny, po­dusz­ki, szu­ka­jąc zło­ta i do­la­rów). Jak to być może? Tu­taj prze­cież jest ta­kie samo, da­le­kie, spo­koj­ne nie­bo, jak kie­dyś, kie­dyś przed woj­ną... I dzi­wiąc się, dzi­wiąc, usnę­łam w tym naj­więk­szym za­dzi­wie­niu.

Było rano, gdy obu­dzi­ły mnie prze­raź­li­we świ­sty, gwizd­ki, se­rie z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych... Od razu się ze­rwa­łam! Nie czu­łam żad­ne­go bólu. Jak zwie­rzę, jak czuj­ne zwie­rzę - od razu ucie­kać!... Ver­nich­tung­skom­man­do4! Zna­łam te gwiz­dy, wie­dzia­łam! Za­czy­na się eg­ze­ku­cja ma­so­wa! Ver­nich­tung­skom­man­do roz­po­czę­ło pra­cę.

W ja­kiś nie­po­ję­ty mi spo­sób na­rzu­ci­łam w bie­gu spód­ni­cę i bluz­kę. Zsu­nę­łam się po po­rę­czy scho­dów od stro­ny lasu. Od fron­tu sza­le­li już Niem­cy i Ło­ty­sze. Przez uchy­lo­ne drzwi zo­ba­czy­łam za­bi­te dziec­ko, usły­sza­łam krzyk ko­bie­ty na pierw­szym pię­trze - to Ukra­iniec wy­rzu­cił Ade­lę Tu­wim, mat­kę Jul­ka, i jej opie­kun­kę przez okno. Parę se­kund po tym roz­le­gły się strza­ły. Do­my­śli­łam się - na­resz­cie je do­bił.

Nie zna­łam te­re­nu, nig­dy w Otwoc­ku nie miesz­ka­łam, pę­dzi­łam więc na oślep przed sie­bie. Na po­cząt­ku chcia­łam się do­stać do lasu, ale kie­dy już by­łam na skra­ju, za­ma­ja­czy­ły mi wśród drzew sza­ro­zie­lo­ne mun­du­ry - to w le­sie roz­sta­wio­no straż. Ta dro­ga była od­cię­ta! Po le­wej ręce mia­łam otwar­tą po­la­nę, za nią kępę aka­cji, tuż przy kol­cza­stych za­sie­kach. Uciecz­ka przez otwar­tą łąkę była wy­raź­nym sza­leń­stwem, a jed­nak to była je­dy­na dro­ga, na któ­rą mu­sia­łam się zde­cy­do­wać.

Ku­ląc się, chył­kiem, sta­ra­jąc się, by mnie nie do­strze­żo­no, prze­bie­głam prze­strzeń, dzie­lą­cą od kępy aka­cji, i tu do­pa­dłam rowu. Miej­sce było względ­nie bez­piecz­ne, gdyż wsku­tek pew­nej nie­rów­no­ści te­re­nu le­ża­łam w za­głę­bie­niu i nie by­łam wi­docz­na. Prócz tego roz­ło­ży­sta aka­cja okry­wa­ła mnie zie­le­nią ga­łę­zi jak kur­ty­ną. Le­ża­łam te­raz plac­kiem na zie­mi i wsłu­chi­wa­łam się w raz bliż­sze, raz dal­sze gra­nie ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Cza­sa­mi do­cho­dzi­ły ja­kieś krzy­ki, to zno­wu płacz, to jęki... Le­ża­łam za zie­lo­ną kur­ty­ną, tuż przed li­nią dru­tów kol­cza­stych i przy­glą­da­łam się bu­tom żoł­nie­rza, któ­ry mie­rzył kro­ka­mi nie­wiel­ki, prze­zna­czo­ny so­bie od­ci­nek poza za­sie­ka­mi. Pil­no­wał, aby nikt nie uciekł z get­ta.

Ja wiem, Jan­ko, że to nie­waż­ne, o czym i jak wte­dy my­śla­łam i co czu­łam. Ale chcę ci po­wie­dzieć coś, co wy­da­je mi się waż­nym. Bo wi­dzisz... Prze­cież by­łam taka sa­mot­na w swo­jej nie­do­li, że ta sa­mot­ność wy­da­ła mi się bar­dziej nie do przy­ję­cia niż śmierć... i na­gle po­my­śla­łam, że je­śli nie było do­tych­czas Boga, to trze­ba ko­niecz­nie, ko­niecz­nie, żeby był. Po to tyl­ko, abym mo­gła do Nie­go wo­łać. Abym mo­gła Go pro­sić, żeby ze mną po­zo­stał, abym mo­gła do Nie­go się mo­dlić... I już się mo­dli­łam. Ca­łym osza­la­łym, wa­lą­cym na alarm ser­cem, ca­łym roz­dy­go­ta­nym, bo­lą­cym cia­łem, całą sobą mo­dli­łam się.

Uświa­da­mia­łam so­bie jed­no­cze­śnie, że nie przej­dę przez te gę­ste za­sie­ki dru­tów kol­cza­stych, że nie mam przy so­bie nic, co umoż­li­wi­ło­by mi prze­cię­cie dru­tów, że po dru­giej stro­nie czy­ha żoł­nierz z bro­nią, że je­stem osa­czo­na i zgu­bio­na.

Za­ci­ska­łam pię­ści, tu­li­łam gło­wę do zie­mi, a w ustach mia­łam pia­sek. I na­gle - nie wia­do­mo dla­cze­go i skąd - przy­szło od­prę­że­nie. Wi­docz­nie na­tu­ra sama stwa­rza ta­kie kar­ko­łom­ne sko­ki w czło­wie­ku. Na­gle po­my­śla­łam so­bie, że prze­cież, je­śli Bóg ze­chce, nic złe­go mi się nie sta­nie. Uspo­ko­iłam się i za­czę­ło ro­snąć we mnie prze­ko­na­nie, że będę ura­to­wa­na. Prze­ko­na­nie to po paru chwi­lach z nie­wia­do­mych po­wo­dów sta­ło się pew­no­ścią. Je­śli po­zwo­lisz, na­zwę to ła­ską, któ­rą nie­bo mi ze­sła­ło. "Na lwa sro­gie­go bez ob­ra­zy się­dziesz i na ogrom­nym smo­ku jeź­dzić bę­dziesz..."

Wła­śnie do­sia­dłam lwa sro­gie­go!... Nie, nie uśmie­chaj się po­błaż­li­wie, na­praw­dę wszyst­ko się na­gle we mnie od­mie­ni­ło! Wi­dzia­łam kształt drzew, wi­dzia­łam nie­rów­no­ści kory, na­wet ze­rwa­łam naj­bliż­szą ga­łąz­kę i z przy­po­mnie­nia ja­kichś od­le­głych cza­sów za­czę­łam zry­wać te list­ki aka­cji i wró­żyć: "ko­cha, lubi, sza­nu­je...".

Wie­dzia­łam - nie pod­su­waj mi in­ne­go sło­wa, wca­le nie żad­ne "prze­czu­wa­łam" - po pro­stu wie­dzia­łam, wie­dzia­łam, że za­raz, za parę chwil czy mi­nut na­dej­dzie po­moc... i spo­koj­nie cze­ka­łam tej po­mo­cy. Wie­dzia­łam na pew­no, że przyj­dzie czło­wiek, męż­czy­zna, ko­bie­ta czy może dziec­ko, któ­ry mnie stąd za­bie­rze. Le­ża­łam spo­koj­nie i cze­ka­łam...

I rze­czy­wi­ście, nie dłu­żej jak po pię­ciu, dzie­się­ciu mi­nu­tach zo­ba­czy­łam, że za za­sie­ka­mi szo­są idzie dziew­czy­na sie­dem­na­sto-, dzie­więt­na­sto­let­nia. Na ręku mia­ła kosz, roz­glą­da­ła się wo­ko­ło cie­ka­wie, przy­bli­ża­jąc się do mnie. Aku­rat jak­by ja­kiś spraw­ny re­ży­ser wziął w swo­je ręce bieg dal­szej spra­wy - żoł­nierz od­da­lił się do ko­le­gi, sto­ją­ce­go na war­cie opo­dal, by za­pa­lić pa­pie­ro­sa. Po­mi­mo ry­zy­ka wy­chy­li­łam gło­wę z mo­jej zie­lo­nej ko­ta­ry i za­wo­ła­łam:

- Dziew­czyn­ko!

Jak ptak prze­krę­ci­ła głów­kę, ro­zej­rza­ła się wko­ło i na jej spryt­nej mło­dziut­kiej twa­rzy pod­miej­skie­go dziew­czę­cia za­uwa­ży­łam zro­zu­mie­nie sy­tu­acji. Mo­men­tal­nie po­ło­ży­ła się po dru­giej stro­nie za­sie­ków i na­stą­pi­ła pierw­sza szyb­ka wy­mia­na zdań.

- Co ty tu ro­bisz? - za­py­ta­ła.

Wska­za­łam jej oczy­ma gwiaz­dę ży­dow­ską na ra­mie­niu, spy­ta­łam, czy ro­zu­mie, co zna­czą te usta­wicz­ne se­rie wy­strza­łów ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Od­po­wie­dzia­ła, że wie... że dziś wy­koń­czą get­to otwoc­kie.

- Ale cze­goj tyś tu wla­zła?

Przez chwi­lę przy­glą­da­ły­śmy się so­bie z za­cie­ka­wie­niem, aż na­gle dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się do mnie i za­py­ta­ła, wska­zu­jąc na zna­mię, któ­re mam na po­licz­ku:

- Czy to jest praw­dzi­we, czy na­ma­lo­wa­ne?

Było to tak nie­ocze­ki­wa­ne py­ta­nie w tej tra­gicz­nej sy­tu­acji, że roz­śmie­szy­ło mnie.

- Je­śli mi po­mo­żesz stąd wy­leźć, to sama spraw­dzisz.

Na­raz za­czę­ła mó­wić szep­tem, go­rą­co i żar­li­wie:

- Ni­cze­goj się nie bój, leż ci­cho. Ja je­stem Da­nu­sia Ko­wa­lów­ka z Do­brzyń­ca, to jest czter­na­ście ki­lo­me­trów od Otwoc­ka. Tata jest ko­wal, u nas w kuź­ni jest se­ka­tor. Tu u kuma jest ro­wer, za go­dzi­nę, naj­da­lej pół­to­ra będę z po­wro­tem, przy­wio­zę na­rzę­dzia, po­prze­ci­na­my te dru­ty. Ja cię za­bio­rę. Leż tu tyl­ko ci­chut­ko i cze­kaj na mnie!

- Da­nu­siu! Da­nu­siu! - po­wie­dzia­łam - ale co bę­dzie, je­śli twoi ro­dzi­ce nie po­zwo­lą? A czy ty wiesz, że jak nas zła­pią, to i cie­bie cze­ka śmierć?

- O wa, też mi co Niem­cy! Ja ich wszyst­kich z Hi­tle­rem mam gdzieś!

Żoł­nierz nad­cho­dził, pa­trząc nie wia­do­mo dla­cze­go na czu­by drzew. (O! ten Re­ży­ser nie­wi­docz­ny, nie­wi­dzial­ny, wszech­moc­ny Re­ży­ser!)

I zno­wu le­ża­łam w zie­lo­nym gąsz­czu aka­cji, ale już było in­a­czej.

Jan­ko!... Gdy­bym ci te­raz chcia­ła wmó­wić, że cały czas ocze­ki­wa­nia na jej po­wrót wie­rzy­łam bez­względ­nie, że na pew­no przyj­dzie, by­ło­by to nie­praw­dą. Wie­rzy­łam i nie wie­rzy­łam. Wie­rzy­łam i wąt­pi­łam... Le­ża­łam tak jed­ną... dwie go­dzi­ny... a słoń­ce wę­dro­wa­ło co­raz wy­żej. Zry­wa­łam ga­łąz­ki, ob­ry­wa­łam li­stecz­ki: "wró­ci, nie wró­ci"... Strza­ły były co­raz bliż­sze, nie­da­le­ko prze­cho­dzi­li es­es­ma­ni, wśród zie­le­ni czer­wie­ni­ły się swa­sty­ki. "Wró­ci, nie wró­ci..."

W pew­nej chwi­li usły­sza­łam ci­che gwiz­da­nie od stro­ny szo­sy. Unio­słam gło­wę i w tym sa­mym miej­scu zo­ba­czy­łam Da­nu­się. Po­ło­ży­ła pa­lec na ustach, bo war­tow­nik był bli­sko. Mu­sia­ły­śmy przy­wa­ro­wać. Nie­ru­cho­mo po obu stro­nach za­sie­ków le­ża­ły­śmy bez od­de­chu... Ser­ce zno­wu wa­li­ło na alarm...

Na­gle po­czu­łam, że mi na gło­wę spa­da coś mięk­kie­go. Była to czer­wo­na chust­ka w zie­lo­ne kwia­ty. Mam tę chust­kę tu­taj, czy chcesz, że­bym ci ją po­ka­za­ła?

Po­tem szept Da­nu­si:

- Zrzuć tę ży­dow­ską opa­skę, za­kop ją w zie­mi, na­dziej chust­kę na gło­wę.

Pal­ca­mi zro­bi­łam do­łek, zwi­nę­łam opa­skę, wsa­dzi­łam w zie­mię, przy­sy­pa­łam zie­mią... Ta­kie pro­ste... ta­kie pro­ste... już nie je­stem na­pięt­no­wa­na!

Żoł­nierz, znu­dzo­ny, po­wo­li szedł w stro­nę ko­le­gi. Te­raz spa­dły ob­cę­gi. Da­nu­sia po prze­ciw­nej stro­nie cię­ła se­ka­to­rem dru­ty.

- Prze­tnij od zie­mi, cał­kiem ni­ziut­ko, zro­bi­my dziu­rę, by­le­byś prze­la­zła...

Wi­dzisz, Jan­ko, tu na łyd­ce bia­łą bli­znę, tu mi prze­cię­ło mię­sień. By­łam już przed ostat­nim (pięć za­sie­ków two­rzy­ło ca­łość) dru­tem. Da­nu­sia go­rącz­ko­wo szep­ta­ła:

- Uwa­żaj, je­śli nas Nie­miec zła­pie, rób to samo, co ja...

Nie mia­łam po­ję­cia, co na­le­ży ro­bić, jak Nie­miec zo­ba­czy, że się ucie­ka z get­ta. Cóż, mia­łam uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie, by­łam ob­cią­żo­na wy­obraź­nią, a jed­no­cze­śnie zbyt skom­pli­ko­wa­ną psy­chi­ką, nie wie­dzia­łam, co na­le­ży zro­bić, jak mnie Nie­miec zła­pie.

By­łam już przy Da­nu­si, le­ża­ły­śmy bli­ziut­ko sie­bie, czu­łam jej przy­śpie­szo­ny od­dech. Trze­ba nam było się wresz­cie ode­rwać od zie­mi, jed­no­cze­śnie sta­nę­ły­śmy na no­gach i jed­no­cze­śnie Nie­miec nas zła­pał.

- Halt! - A za­raz po tym: - Schmut­zi­ge Schmu­gle­rin­nen, ihr wollt den Ju­den Es­sen brin­gen!5

Za­mar­łam. Da­nu­sia się wy­krzy­wi­ła... nie ro­zu­mia­ła ani sło­wa po nie­miec­ku. Wy­dę­ła po­licz­ki, zmarsz­czy­ła nos i na głos prze­drzeź­nia­ła Niem­ca:

- Be, be, be!

Nie­miec trząsł mną jak drze­wem i po­wta­rzał to samo zda­nie. Czu­łam, że moje "Be, be, be" za­brzmia­ło tro­chę fał­szy­wie, ale na szczę­ście Nie­miec nie miał mu­zy­kal­ne­go ucha...

Nowa sal­wa... cała ka­no­na­da strza­łów... Nie­miec wsłu­chał się w echo, kop­nął mnie ni­żej ple­ców, krzyk­nął:

- Raus!6

Mój Boże! po­czu­łam to jak naj­tkliw­szą piesz­czo­tę!...

Wiesz, Jan­ko, lata całe ma­rzy­łam o chwi­li, kie­dy wyj­dę z za­mknię­cia... za­wsze wy­obra­ża­łam so­bie wte­dy zwy­cię­żo­nych Niem­ców, na­sze woj­ska wjeż­dża­ją­ce na bia­łych ukwie­co­nych ko­niach od stro­ny Bel­we­de­ru, to znów spa­da­ją­cych z nie­ba skocz­ków - ale nig­dy nie my­śla­łam, że na szcze­niac­kie prze­drzeź­nia­nie "Be, be, be" Nie­miec po­wie: "Raus" i... będę wol­na.

Wiel­ki Re­ży­ser lubi gro­te­ski!

Da­nu­sia po­da­ła mi kosz, po­wie­dzia­ła krót­ko: - Idzie­my!

Czu­łam, że źle sta­wiam nogi, że krzy­wo cho­dzę, jak­by bo­kiem - od­zwy­cza­jo­na by­łam od ru­sza­nia się na wol­no­ści.

Po paru chwi­lach za­tar­ga­ły mną ty­sią­ce wąt­pli­wo­ści, za­strze­żeń, nie­po­ko­jów.

- Da­nu­siu! Da­nu­siu! Boję się... Prze­cież każ­dy, kto mnie zo­ba­czy, po­zna od razu, że je­stem Ży­dów­ką... i nie doj­dzie­my na­wet do lasu...

Da­nu­sia po­pa­trzy­ła na mnie uważ­nie.

- Ej, nie wy­dzi­wiaj! Cał­kiem szla­chet­nie wy­glą­dasz! Ład­na je­steś ko­biet­ka, tyl­ko oczy cię mogą zdra­dzić. Oczy masz ży­dow­skie, wy­pło­szo­ne po ży­dow­sku. Wiesz, jak­by kto szedł na­prze­ciw, to przy­my­kaj po­wie­ki.

Szły­śmy przez uli­ce Otwoc­ka, lu­dzie nas mi­ja­li, przy każ­dym ich zbli­że­niu ser­ce ko­ła­ta­ło jak osza­la­łe. Wy­szły­śmy na szo­sę, idąc w stro­nę Ja­błon­ny. Da­nu­sia po­wie­dzia­ła:

- Po­ru­szaj się śmia­ło! Nie patrz spode łba, nie oglą­daj się za sie­bie. Ni­ja­kiej w to­bie nie ma śmia­ło­ści!

Mi­nę­ły­śmy Ja­błon­nę, po­tem dwa ki­lo­me­try i wieś Świerk, zno­wu trzy ki­lo­me­try i skrę­ci­ły­śmy z szo­sy w las.

Jan­ko! Pierw­szy raz od trzech lat by­łam w le­sie, w praw­dzi­wym le­sie so­sno­wym... bosą sto­pą do­ty­ka­łam mchu. Li­lio­wi­ło się od wrzo­sów, pach­nia­ło ży­wi­cą. Pro­si­łam Da­nu­się:

- Za­trzy­maj­my się. Po­zwól mi się po­ło­żyć na zie­mi.

Da­nu­sia się śmia­ła. Mia­ła okrą­głe we­so­łe oczy, pie­gi koło nosa, kasz­ta­no­wa­te wło­sy i naj­mil­szy pysz­czek na świe­cie.

- Wy­glą­dasz jak do­mo­we­go wy­pie­ku chle­bek! - po­wie­dzia­łam, ca­łu­jąc ją w po­li­czek, a ona ob­ję­ła mnie za szy­ję.

- A ty je­steś moja znaj­da!

- Ale co bę­dzie ze "znaj­dą" da­lej?

- Co ma być? Oj­ciec i mama przy­ka­za­li cię do cha­łu­py przy­pro­wa­dzić, ale po­cze­ka­my do zmierz­chu, a wej­dzie­my nie od kuź­ni, ale bo­kiem przez chle­wik. Co bę­dzie da­lej? Tata po­wie, nie bój się! Tata już wszyst­ko do­brze ob­my­śli.

Świa­do­mość, że ktoś za mnie bę­dzie my­ślał, przy­pra­wia­ła o za­wrót gło­wy. Ja­kaś bez­tro­ska ra­dość chwi­li, ra­dość bez sen­su od­ję­ła mi ro­zum. Da­nu­sia śpie­wa­ła:

- "We­dle mego ogró­decz­ka roz­kwi­ta­ła ja­bło­necz­ka..." - i ja śpie­wać za­czę­łam. Szły­śmy przez las, ja z ko­szem, Da­nu­sia pro­wa­dzi­ła ro­wer i obie dar­ły­śmy się jak opę­ta­ne:

- "Kacz­ki za wodą, gęsi za wodą... Ty mnie nie wy­dasz, ja cię nie wy­dam...". Li­lio­wi­ły się wrzo­sy, słoń­ce ró­żo­wi­ło so­sny. Skąd ja się tu wzię­łam? Ja­kim pra­wem wdar­łam się w ra­dość ży­cia boru? Ja - zbieg z trans­por­tów, prze­zna­czo­nych do ga­zo­wych ko­mór...

- Da­nu­siu! Da­nu­siu! Gdy­by te­raz sta­nę­ła przed nami wróż­ka, któ­ra wszyst­ko mo­gła­by zro­bić?!

- Je­zu­si­ku naj­mil­szy! co po­wia­dasz? Wróż­ka? I co da­lej? A ty cze­go byś od niej chcia­ła?

- Chcia­ła­bym, żeby mnie za­cza­ro­wa­ła w psa albo kota. Mo­gła­byś mnie za­nieść do cha­łu­py, by­ła­bym do koń­ca woj­ny u cie­bie, nikt by się nie do­my­ślił, że je­stem Ży­dów­ką, i wy tam w cha­łu­pie mo­gli­by­ście być spo­koj­ni... nikt by nie wy­dał... nie wi­sia­ła­by nad nami śmierć.

Da­nu­sia spo­waż­nia­ła. My­śla­łam, że na­resz­cie zda­ła so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa swe­go czy­nu.

- No, i o czym tak du­masz?

- Bo wi­dzisz, gdy­by ta wróż­ka tu przy­szła, to ja bym też mia­ła ży­cze­nie!

- A ja­kie by­ło­by two­je ży­cze­nie?

- Ja bym jej po­wie­dzia­ła: weź moje pie­gi, żeby mi ani je­den nie zo­stał! Och! Gdy­byś ty wie­dzia­ła, jak ja nie­na­wi­dzę tych mo­ich pie­gów! Ile ja już pie­nię­dzy wy­da­łam na ma­ście... ale co! od ma­ści mi skó­ra z gęby scho­dzi, a pie­gi zo­sta­ją... Ale co tu po próż­ni­cy ga­dać! Wróż­ka się nie zja­wi, z cie­bie kota ani psa nie zro­bi, a mnie pie­gi osta­ną aż do sa­mej śmier­ci!

Na­sze nie­szczę­ścia były rze­czy­wi­ście cał­ko­wi­cie róż­ne. Zre­zy­gno­waw­szy z wróż­ki, po­szły­śmy da­lej. Od cza­su do cza­su przy­sta­wa­łam, żeby jeść czar­ne ja­go­dy.

- Ach, ja dur­na! Ty pew­no głod­na je­steś? Że mnie to w gło­wie się nig­dy nie roz­wid­ni! No, już nie­dłu­go, już i zmierz­cha, pój­dzie­my prę­dzej.

Nie chcia­łam.

- Nie, cze­kaj­my, aż bę­dzie cał­kiem ciem­no. Nie trze­ba, żeby nas lu­dzie we wsi wi­dzie­li...

Las się skoń­czył i znów szły­śmy dro­gą wśród łąk i pól. Prze­szły­śmy drew­nia­ny mo­stek, po obu stro­nach dro­gi sta­ły to­po­le. Od łąki miły chłód owie­wał czo­ła, świersz­cze cy­ka­ły... świat był nie­po­mier­nie wiel­ki i pięk­ny... do łez, do łez pięk­ny! Cała ża­łość roz­pły­nę­ła się w tej sza­ro­ści, któ­ra z nie­ba zstę­po­wa­ła. Nie czu­łam rany na no­dze ani bą­bli, któ­re na nie­na­wy­kłych do cho­dze­nia na bo­sa­ka sto­pach się po­ro­bi­ły. Nie czu­łam kłu­cia po­bi­tych że­ber. Roz­pły­wa­łam się w zmierz­chu tego dnia.

Już było zu­peł­nie ciem­no, kie­dy do­szły­śmy do wsi Gli­nian­ki, ostat­niej wsi przed Do­brzyń­cem. Da­nu­sia po­wie­dzia­ła:

- Już nie­dłu­go, a bę­dzie­my w cha­łu­pie...

Ty ro­zu­miesz, Jan­ko! Po trzech la­tach woj­ny, get­ta, li­kwi­da­cji do­wia­du­ję się, że cze­ka na mnie dom!

Bo­kiem do­szły­śmy do za­gro­dy. Da­nu­sia trzy­ma­ła mnie za rękę, kie­ro­wa­ła kro­ka­mi.

- Uwa­żaj, pod­nieś wy­żej nogę, bo to próg do chle­wi­ka.

Pchnę­ła ca­łym cia­łem ja­kąś za­po­rę - to były drzwi - otwo­rzy­ły się. We­szły­śmy do izby. W mdłym świe­tle naf­to­wej ma­leń­kiej lamp­ki zo­ba­czy­łam duży ko­min. Przed ko­mi­nem na ła­wie sie­dzia­ła ko­bie­ta, drze­miąc. Mia­ła na gło­wie bia­łą chust­kę z tyłu zwią­za­ną za rogi. Na skrzyp drzwi ock­nę­ła się. Wsta­ła i ob­ra­ca­jąc się do mnie, roz­po­star­ła sze­ro­ko ra­mio­na!

- Adyć Pan Je­zus po­zwo­lił nam jed­no ży­cie ludz­kie ura­to­wać!

Sły­szysz! Sły­szysz, Jan­ko? Dzi­siaj jesz­cze dźwię­czy mi to w uszach! To były naj­pięk­niej­sze sło­wa, ja­kie w ży­ciu sły­sza­łam, i umie­ra­jąc, nie­chaj o tych sło­wach pa­mię­tam! Tak mnie po­wi­ta­ła Roz­y­na, mat­ka Da­nu­si, Ko­wa­lów­ka...

Jak się to sta­ło, że po­ło­ży­łam gło­wę na jej wiel­kich pier­siach? Jak się to sta­ło, że obej­mo­wa­ła mnie swy­mi moc­ny­mi od pra­cy rę­ko­ma i że łzy, jej i moje, mie­sza­ły się z sobą! Tu­li­łam się do niej i czu­łam za­pach obo­ry, krów, gno­ju i ziel­ska, i wy­da­wa­ło mi się, że tak po­win­no pach­nieć nie­bo...

Wresz­cie zja­wił się oj­ciec Da­nu­si, ko­wal. Czy pa­mię­tasz tego boga grec­kie­go, któ­ry na­zy­wał się, zda­je mi się, He­faj­stos? I był też ku­la­wy? Oj­ciec Da­nu­si, Ma­rian Ko­wa­lów­ka, uty­kał na nogę.

Pod­pro­wa­dził mnie do sto­łu, przy­glą­dał mi się. Miał we­so­łe, spryt­ne oczy, nos kul­fo­nia­sty, czar­ny wą­sik. Przy­su­nął naf­to­wą lamp­kę, uśmiech­nął się ser­decz­nie i nie­ocze­ki­wa­nie za­opi­nio­wał:

- Bę­dzie z nią we­so­ło w cha­łu­pie. Taka to i lep­sza od ja­kiejś uczo­nej pa­pu­gi. No, do­bra na­sza! A te­raz da­waj­cie jeść!

Po­sta­wio­no przede mną mi­skę go­rą­ce­go mle­ka i dy­mią­ce ziem­nia­ki... Ja­dłam... Tam w get­cie mó­wi­li: "Tu śmierć i tam śmierć - nie zbie­gniesz od śmier­ci, po stro­nie aryj­skiej Po­la­cy wy­da­dzą cię prę­dzej Niem­com...". A wzię­li mnie, obcą, nie­zna­jo­mą, po­sa­dzi­li za sto­łem, na­kar­mi­li chle­bem i mle­kiem - moją śmierć wzię­li na swo­je gło­wy... Jest Bóg! Od­na­la­złam Boga! Od­na­la­złam Czło­wie­ka!...

2

Cięż­ko spa­łam tej pierw­szej nocy w moim no­wym domu. Wy­ką­pa­na, wy­szo­ro­wa­na w ba­lii, prze­oble­czo­na w ko­szu­lę Da­nu­si­ną, z gło­wą wy­cze­sa­ną i umy­tą naf­tą - le­ża­łam w ko­mo­rze w wy­god­nym łóż­ku, wy­sła­nym sia­nem, w czy­stym tka­nym płót­nie... Nie spo­sób od razu się ule­żeć w tylu wspa­nia­ło­ściach i w tym nie­po­ję­tym po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa! Bo ta noc była zu­peł­nie bez­piecz­na - nikt nie wi­dział mnie, gdy wcho­dzi­łam. Po prze­ciw­le­głej ścia­nie na łóż­ku spał ko­wal z żoną. Da­nu­sia z młod­szą sio­strzycz­ką, Zo­sią, w kuch­ni na łóż­ku, a na stry­chu brat, szes­na­sto­let­ni Sta­cho.

Nie chcia­łam za nic usnąć - czy­stość cia­ła, czy­stość łóż­ka i po­ście­li, za­pach sia­na, spo­koj­ne od­de­chy ro­dzi­ny i naj­pięk­niej­sza mu­zy­ka - po­chra­py­wa­nie ko­wa­la - spra­wia­ły, że za nic nie chcia­łam usnąć. Było za do­brze trwać tak w tym po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, aże­by utra­cić je przez sen. Nie­ste­ty zmę­cze­nie i wy­czer­pa­nie wzię­ło górę - ale cóż! sen zmie­nił się w ma­li­gnę... we śnie bo­la­ły że­bra, we śnie Ło­ty­sze i es­es­ma­ni go­ni­li mnie... Co chwi­la wpa­da­łam w blo­ka­dę... Bu­dzi­łam się z krzy­kiem: - Idą! Idą! - Raz tak gło­śno krzyk­nę­łam, że aż ko­wal zwlókł się z łóż­ka, pod­szedł do mo­jej po­ście­li, obu­dził mnie, kła­dąc cięż­ką, twar­dą rękę na moim czo­le.

- Ci­choj­ta, sio­stro, ci­chaj... adyć lu­dzie usły­szą te krzy­ki...

Pierw­szy ra­nek w ko­wa­lo­wej cha­cie był nie­bie­ski i sło­necz­ny. Przez okien­ko ko­mo­ry do­cho­dzi­ły buj­ne od­gło­sy ży­cia: gda­ka­nie kur, pia­nie ko­gu­tów, pro­sia­ki cmo­ka­ły, a kro­wa (na imię jej było Koza - duma i ra­dość ca­łej ro­dzi­ny) po­mu­ki­wa­ła od cza­su do cza­su. Z kuź­ni sły­chać było wa­le­nie mło­ta... Ock­nę­łam się... ale zno­wu jak wie­czo­rem nie chcia­łam usnąć, tak te­raz nie chcia­łam się obu­dzić. Do­brze było trwać w tej przez za­mknię­te po­wie­ki do­cho­dzą­cej sło­necz­nej nie­bie­sko­ści, w gda­ka­niu, ćwir­ci­le­niu ptac­twa, w trwa­niu bez­oso­bo­wym, w bez­piecz­nej bez­oso­bo­wo­ści... A jed­nak otwo­rzy­łam oczy. Łóż­ko go­spo­da­rzy sta­ło pu­ste, by­łam sama. Słoń­ce prze­dzie­ra­ło się przez zie­lo­ną ścia­nę li­ści, osła­nia­ją­cą okien­ko w ko­mo­rze. Na ścia­nach ko­mo­ry wi­sia­ło mnó­stwo świę­tych ob­ra­zów, a naj­więk­szy - Ser­ce Je­zu­so­we - był oto­czo­ny wień­cem z bi­buł­ko­wych róż.

Przez uchy­lo­ną szpa­rę drzwi zo­ba­czy­łam oko Da­nu­si.

- No, obu­dzi­łaś się na­resz­cie!

Do­sta­łam ta­lerz za­cie­rek z kar­to­fla­mi, chleb gru­bo po­sma­ro­wa­ny ma­słem i ku­bek go­rą­ce­go mle­ka. Da­nu­sia przy­sia­dła na łóż­ku.

- Ty je­steś moja znaj­da, ja się będę o cie­bie mar­ko­cić. Wiesz, na­cie­szyć się tobą nie mogę, nie mogę się na cie­bie na­pa­trzyć. Oj­ciec mówi, że ty śla­chet­ną masz twarz i całą oso­bę. Może ty je­steś kró­lew­na? Może ty nie­zwy­czaj­na na­sze­go je­dze­nia?

- O, Da­nu­siu, Da­nu­siu... Je­stem zwy­czaj­na li­ście z drze­wa jeść i obie­rzy­ny z kar­to­fli.

Ale Da­nu­sia nie mo­gła uwie­rzyć. Pal­cem do­ty­ka­ła brwi, zna­mie­nia na po­licz­ku, za­glą­da­ła mi w usta, spraw­dza­ła, ja­kie mam zęby. Roz­czu­la­ła się nad mo­imi si­wy­mi wło­sa­mi. Wresz­cie zde­cy­do­wa­ła, że po­win­nam wstać, a myć się i ubie­rać będę w ko­mo­rze: - ...bo może są­siad­ka zaj­rzeć do kuch­ni albo któ­ry chłop z czwo­ra­ków, dziw­no by mu było, że o tej po­rze kto­sik wsta­je. Oj­ciec już w kuź­ni roz­po­wia­da od rana, że ro­dzi­na z War­sza­wy przy­je­cha­ła. Ty się ni­czym od nas nie mo­żesz wy­róż­niać - tak tata przy­ka­zał.

Bar­dzo uważ­nie przy­glą­da­łam i przy­słu­chi­wa­łam się wszyst­kie­mu, jak co ro­bią i jak mó­wią - prze­cież mu­sia­łam być taka sama jak oni, a z każ­dą chwi­lą wy­da­wa­ło mi się to trud­niej­sze. Ze smut­kiem skon­sta­to­wa­łam, że by­łam ja­kaś inna od nich, ale to nie była róż­ni­ca od­ręb­no­ści ra­so­wej, to była ra­czej od­ręb­ność śro­do­wi­ska, w któ­rym wy­ro­słam, a może od­mien­ne wy­cho­wa­nie. Prze­kli­na­łam tę "kul­tu­rę", któ­ra mi te­raz prze­szka­dza­ła na każ­dym kro­ku, i po­sta­no­wi­łam ją zni­we­lo­wać.

Ubra­na w far­tuch ko­wa­lo­wej, w chu­st­ce na gło­wie, boso, po­szłam z Da­nu­sią po ziel­sko dla kro­wy. Szły­śmy mie­dzą wśród kar­to­flisk, za nami biegł Cia­pek, któ­ry od pierw­sze­go wej­rze­nia za­przy­jaź­nił się ze mną.

- Czy ty ro­zu­miesz, dziew­czy­no, coś mi dała? - za­py­ta­łam się Da­nu­si. - I ży­cie, i świat, i nie­bo, i wia­rę w czło­wie­ka...

- No, już nie po­wta­rzaj mi w kół­ko tego sa­me­go, po­wiedz le­piej, czy nie wiesz, co trze­ba zro­bić, że­bym te pie­gi zgu­bi­ła?

- Ko­cha­na! Przy­się­gam, że nie wiem, ale przy­się­gam rów­nież, że ci z tymi pie­ga­mi pięk­nie, że te pie­gi mi się sza­le­nie po­do­ba­ją.

Ale Da­nu­sia nie uwie­rzy­ła i mach­nę­ła ręką. Rwa­ły­śmy ziel­sko, po pięt­na­stu mi­nu­tach mia­łam po­krwa­wio­ne ręce i krzyż mi pę­kał z bólu. Za­cię­łam zęby. "Nie mogę prze­cież po­ka­zać, że je­stem nie­doj­dą". Rwa­łam da­lej, aż Da­nu­sia wy­buch­nę­ła śmie­chem:

- Moja bied­na znaj­da! Toć ci krew idzie! Prze­stań już, bo co ty na­rwiesz przez go­dzi­nę, to Ko­zu­nia jed­nym mach­nię­ciem ję­zo­ra po­łknie. Po­łóż się na mie­dzy i ode­tchnij.

Było już po­łu­dnie. W cha­łu­pie Roz­y­na przy ko­mi­nie na­le­wa­ła w ta­le­rze ka­pu­śniak. Gdzie kto stał, brał mi­skę, ku­cał i jadł. Tyl­ko ko­wal i ja sie­dzie­li­śmy za sto­łem. Po je­dze­niu ko­wal się prze­że­gnał, kró­ciut­ką dzięk­czyn­ną mo­dli­twę od­mó­wił, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i prze­mó­wił w te sło­wa:

- Słu­chaj­ta, co wam wszyst­kim po­wiem! Ja tu je­stem pro­wa­dzi­ciel ro­dzi­ny i co mó­wię, miar­kuj­cie se. My­śmy so­bie znaj­dę do cha­łu­py wzie­ni i do­brze jest, i tak po­win­no być. Ale po­my­ślu­nek i po­rych­to­wa­nie dzi­siaj mieć trze­ba, bo z Koł­bie­li Ro­kic­ki wró­cił i w kuź­ni opo­wia­dał, aże dy­go­cę cały! W Koł­bie­li wszyst­kich Ży­dów wy­bi­li, a wszę­dzie afi­sze roz­kle­jo­ne, że niby kto Żyda lub Ży­dów­kę u sie­bie scho­wa albo je­śli wie, że u są­sia­da jest, a nie wyda, to jego i jego całą ro­dzi­nę na śmierć wy­strze­lą. Ja­koż każ­de­go jed­ne­go, co się przyj­mie, czy z ro­dzi­ny, czy zna­jo­me­go, za­raz mel­do­wać trze­ba. Więc po­my­ślu­nek trze­ba mieć i po­rych­to­wa­nie! I dla­te­go znaj­dę też trze­ba za­mel­do­wać.

Słu­cha­jąc tej prze­mo­wy, czu­łam, jak cierp­nie mi skó­ra na kar­ku. Jak się za­mel­do­wać - nie mam do­ku­men­tów? Wiem, że Je­rzy jest w War­sza­wie, ale czy on już ma do­ku­men­ty dla mnie? Praw­do­po­dob­nie my­śli, że zgi­nę­łam w li­kwi­da­cji get­ta otwoc­kie­go... Pa­trza­łam prze­ra­żo­na, zroz­pa­czo­na... Wy­rzu­cą mnie, każą mi iść - i będą mie­li ra­cję... Dla­cze­go oni mają na­ra­żać sie­bie, całą ro­dzi­nę na śmierć dla nie­zna­jo­mej, ob­cej ko­bie­ty.

Spoj­rza­łam na Da­nu­się. Dziew­czy­na zu­chwa­le, bun­tow­ni­czo pa­trza­ła na ojca, wresz­cie wy­bu­chła:

- Co też oj­ciec bę­dzie mel­do­wać? Jak mel­do­wać? Ona ni­ja­kich pa­pie­rów nie ma, ona jest moja, ja ją so­bie zna­la­złam i nie dam jej pal­cem ru­szyć.

- Ci­choj, ty głu­pia! a gębę za­mknij! Ja po­my­ślu­nek mam i po­rych­to­wa­nie też, i tak ro­bić trze­ba, żeby lu­dzie pod­stę­pu nie zna­leź­li, i jam już so­bie wszyst­ko przy ko­wa­dle ob­my­ślił - i ja­kem po­sta­no­wił, zro­bi­my! To­bie, znaj­do, po­wiem uczci­wie, co do ro­dzi­ny się ty­czy, a jez­deś uczo­na i ro­zum masz, więc naj­le­piej zmiar­ku­jesz. Wi­dzisz, moja mat­ka, Ne­po­mu­cy­na Czaj­ka z Miast­ko­wa, go­spo­dy­nią była we dwo­rze u hra­biów Der­na­ło­wi­czów. Go­rą­cej krwi ko­bie­ci­na i w chło­pach gu­sto­wa­ła, i tak się w tych ro­man­sach roz­sma­ko­wa­ła, że co z ja­kimś za­czę­ła, to buch - nowe dziec­ko na świat! A jed­ną też dzie­wu­chę mia­ła, Stef­kę. Ta Ste­fa­nia ochrzczo­na w pa­ra­fii w Miń­sku Ma­zo­wiec­kim. Weź, Da­nu­sia, ro­wer i już cię nie ma! Dwa zło­te dasz i men­try­ke z pa­ra­fii przy­wie­ziesz - i tak sio­stra Ste­fa­nia nie­czy­tel­na jest, na Pra­dze w War­sza­wie miesz­ka, a my tu dru­gą, niby tę samą Ste­fa­nię bę­dzie­my mieć, i z tego bę­dzie, żeś sio­stra moja ro­dzo­na jest, a z in­ne­go ojca. Po­tem do gmi­ny pój­dziesz z Da­nu­sią i na tę men­try­ke ken­kar­tę ci wy­dać mu­szą. Ta Stef­ka chy­ba sześć, osiem lat od cie­bie star­sza bę­dzie, ale to ci tyl­ko się nada.

Patrz, Jan­ko! Tu jest moja ken­kar­ta! Czy­taj: Ste­fa­nia Czaj­ka z mat­ki Ne­po­mu­cy­ny Czaj­ki, ojca nie­zna­ne­go... W ten spo­sób na­ro­dzi­ła się Czaj­ka, któ­ra ci opo­wia­da hi­sto­rię swe­go oca­le­nia...

Te­raz ja z ko­lei opo­wie­dzia­łam o ro­dzi­nie, że mam męża - i po­da­łam ad­res, pro­sząc, aby Da­nu­sia po­je­cha­ła, za­wio­zła mu list, gdzie i u kogo je­stem.

Wie­czo­rem Da­nu­sia wró­ci­ła z War­sza­wy ocza­ro­wa­na, za­chwy­co­na. Je­rzy sza­lał z ra­do­ści. Dzię­ko­wał jej za ura­to­wa­nie mi ży­cia. Py­tał się, czy ro­dzi­ce zga­dza­ją się mnie za­trzy­mać, dał jej ja­kąś sumę pie­nię­dzy na moje utrzy­ma­nie i pro­sił o sta­ły kon­takt i wia­do­mo­ści o mnie.

Za pie­nią­dze przy­wie­zio­ne przez Da­nu­się ko­wal ku­pił na tar­gu w Koł­bie­li czte­ry pro­sia­ki - ra­do­ści i za­chwy­tom nad jed­nym, któ­ry miał czar­ne pla­my na grzbie­cie, nie było koń­ca. Czu­łam, że ro­dzi­na jest ze mnie za­do­wo­lo­na, i przy­się­głam so­bie, że wszyst­ko uczy­nię, żeby nig­dy nie po­ża­ło­wa­li swe­go szla­chet­ne­go czy­nu.

Mi­ja­ły ty­go­dnie. Lu­dzie z czwo­ra­ków, dzie­ci z czwo­ra­ków, ko­wal z Ru­dzien­ka, Ro­kic­ki, Aniel­ka ze dwo­ru, zwa­na "Śle­pa­kiem", przy­zwy­cza­ili się, że sio­stra ko­wa­lów, mia­sto­wa sio­stra, przy­je­cha­ła do ro­dzi­ny, bo w mie­ście co rusz to ła­pan­ki i lu­dzi na ro­bo­ty do Rze­szy wy­sy­ła­ją, to się u ro­dzi­ny przed tym schro­ni­ła.

Przy­szło ko­pa­nie kar­to­fli. Dwa dni ko­pa­łam pod bo­kiem Dan­ki, a że wy­pro­sto­wać się po­tem nie mo­głam, to zo­sta­wa­łam w domu, aby go­to­wać obia­dy, a na moje miej­sce Roz­y­na szła w pole. Czę­sto gę­sto trze­ba było "wojt­ka" krę­cić, to jest przy mie­chu ro­bić w kuź­ni - z tym so­bie też z cza­sem ra­dzi­łam. Przy­wy­kłam i co­raz go­rę­cej lgnę­łam do no­wej ro­dzi­ny.

Wiesz, Jan­ko, tyl­ko w książ­kach by­wa­ją lu­dzie cał­kiem do­brzy jak anie­li, bez żad­nej ska­zy. Ży­cie to ży­cie, a lu­dzie to lu­dzie... i moja ro­dzi­na ko­wa­lów mia­ła ludz­kie przy­wa­ry.

Ko­wal, nasz pro­wa­dzi­ciel, co tyle po­my­ślun­ku miał i po­rych­to­wa­nia, nie stro­nił od kie­lisz­ka i upodo­ba­nie do ko­biet miał wy­raź­ne. Nie był wzo­ro­wym mę­żem ani wzo­ro­wym oj­cem. Co pe­wien czas wra­cał czy to z Miń­ska, czy to z Koł­bie­li, czy z Otwoc­ka nie bar­dzo trzeź­wy. Je­chał tam sprze­da­wać ra­deł­ka albo le­mie­sze i, jak to bywa, za po­wro­tem w domu "re­mont" na­stę­po­wał. Naj­czę­ściej do­pro­wa­dza­ło to do ogól­nej bi­twy. W tych ra­zach, kie­dy już lamp­ka naf­to­wa le­cia­ła na zie­mię, a wszyst­ko w jed­nym skłę­bie­niu ciał to­czy­ło się od ścia­ny do ścia­ny (dzie­ci bra­ły stro­nę mat­ki), ja po ciem­ku na czwo­ra­kach sta­ra­łam się wy­co­fać z pola bi­twy. Przed okna­mi na­szej cha­ty, przed drzwia­mi kuź­ni, stał tłum są­sia­dów, na głos ko­men­tu­jąc krew­kość ko­wa­la i za­dzie­rzy­stość ko­wa­lo­wej. Ostroż­nie, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwa­gi, prze­ci­ska­łam się mię­dzy gro­ma­dą, bie­głam w stro­nę Gli­nian­ki i tam przy­kuc­nię­ta pod wierz­bą cze­ka­łam... Raz, na je­sie­ni to było, deszcz lał jak z ce­bra, w cha­łu­pie dud­ni­ło, wy­da­wa­ło się, że to już nie cha­ta, a okręt pi­ja­ny, wy­da­wa­ło się, że cała kuź­nia się ko­le­bie, a krzy­ki chy­ba do sa­mej Żak­ty sły­chać było. Cze­ka­łam do sa­me­go rana - dłu­ga to noc była - wiatr mi siekł twarz, zim­ni­sko i deszcz, cała prze­mo­kłam. Bia­do­li­łam, że ta noc nig­dy się nie skoń­czy i w cha­łu­pie nikt żywy nie zo­sta­nie!... Przy­kuc­nię­ta pod wierz­bą pła­ka­łam. Po czte­rech go­dzi­nach Da­nu­sia mnie od­szu­ka­ła. Krew jej szła z nosa i ucho mia­ła na­de­rwa­ne.

Kuc­nę­ła koło mnie, ob­ję­ły­śmy się za szy­ję i ra­zem pła­ka­ły­śmy.

Bi­twy ta­kie nie­czę­sto się przy­da­rza­ły, na­to­miast czę­ściej po po­wro­cie z jar­mar­ku ko­wal przy­by­wał w świet­nym hu­mo­rze i pięk­nie a go­dzi­wie za­ba­wiał całą ro­dzi­nę. Nie­rzad­ko rów­nież by­wa­ło, że przy­jeż­dżał w sta­nie bło­go­sła­wio­ne­go upo­je­nia i pew­nej, że tak po­wiem, per­fid­nej fi­glar­no­ści. Z tej to kon­ste­la­cji wy­pro­wa­dza się hi­sto­ria z Ma­rią Ko­nop­nic­ką, któ­rej so­bie do dziś dnia nie umiem wy­tłu­ma­czyć. A było to tak:

Kie­dyś daw­niej już Da­nu­sia za­uwa­ży­ła, że w ze­szy­cie, przy­sła­nym mi przez Je­rze­go z War­sza­wy, ołów­kiem coś ba­zgrzę. Za­cie­ka­wi­ło ją to.

- Znaj­da, prze­czy­taj mi, coś tam na­pi­sa­ła!

Zwie­rzy­łam się jej, że pi­szę wier­sze, i prze­czy­ta­łam wiersz pt. W ko­wa­lo­wej cha­cie. Da­nu­sia za­czer­wie­ni­ła się z ra­do­ści, orze­kła, że to pięk­niej­sze od Po­wro­tu taty z wy­pi­sów i wie­czo­rem dzie­ło moje zo­sta­ło od­czy­ta­ne ca­łej ro­dzi­nie. Roz­y­na się zdu­mia­ła.

- Kto by to po­my­ślał, jak ona te słów­ka uło­ży­ła, że to się tak zga­dza do słu­chu. Jaka to zmyśl­na ro­bo­ta!

Kie­dy zaś Da­nu­sia re­cy­to­wa­ła z pa­mię­ci Za­ba­wy z Ciap­kiem, wiersz się tak spodo­bał, że mi dano za­mó­wie­nie.

- Na­pisz o Mat­ce Bo­skiej z Ge­de­eli, na­pisz tak, jak na­praw­dę my to ro­zu­mie­my...

Wy­na­la­złam so­bie pień nad Świ­drem, w ga­iku ol­cho­wym. Tam to przy­ta­ska­łam z po­mo­cą Zosi i Sta­cha wiel­ki ka­mień. Za­ką­tek ten zo­stał szum­nie na­zwa­ny "Świą­ty­nią Du­ma­nia" - i tam to pi­sa­łam wier­sze.

Ro­dzi­nę ko­wa­lów za­chwy­ci­ła na­zwa.

- Czy sio­stra jest w Świą­ty­ni Du­ma­nia? - py­tał ko­wal, uchy­la­jąc drzwi od kuź­ni.

Roz­y­na przy­sy­ła­ła ku­bek ma­ślan­ki:

- Na­ści, Da­nu­sia, idź do ciot­ki, pew­ni­kiem pi­sze w Świą­ty­ni Du­ma­nia.

I za­mó­wie­nie na wiersz o Mat­ce Bo­skiej z Ge­de­eli zo­sta­ło wy­peł­nio­ne do­ku­ment­nie:

 

Mat­ka Bo­ska z dziw­nej Ge­de­eli

Ła­skę ze­śle, ser­ce uwe­se­li.

Kie­dy rano wsta­nę, to na po­wi­ta­nie

W ślicz­ne kwia­ty ob­raz ustro­ję na ścia­nie.

Z pa­pie­ru li­li­je, a z bi­buł­ki róże -

Mat­ko Mi­ło­ści­wa! od­dal od nas bu­rze!...

Róże po­wy­strzy­gam nie­bie­skie, li­lio­we,

Ko­lo­ro­we kwia­ty w ko­ro­nę nad gło­wę,

I cud się wy­peł­nia! cud nie byle jaki!

Przez ma­lut­kie okna zla­tu­ją się pta­ki,

A łuna ogni­sta z ob­ra­zu aż śle­pi,

Ptasz­ko­wie świer­ka­ją pięk­nie, co­raz le­piej.

Uśmie­cha się słod­ko Mat­ka z Ge­de­eli,

A tu kwia­ty pach­ną, śpie­wa­ją anie­li...

Pa­pie­ro­we kwia­ty oży­ły ogni­ście,

Żywe i zie­lo­ne wy­ro­sły im li­ście -

Wzru­sze­ni po­boż­nie, u stóp Twych w po­ko­rze

Bła­ga­my Cię, Pani, bo Ty wszyst­ko mo­żesz!

Uczyń cud nam taki - cześć To­bie i chwa­ła -

Żeby Nie­miec zgi­nął, a Pol­ska po­wsta­ła!...

 

Py­ta­łam się po­przed­nio już, gdzie jest Ge­de­ela, czy w Pol­sce, czy na Zie­mi Świę­tej, ale Roz­y­na po­czu­ła się ura­żo­na.

- Taka uczo­na je­steś, a nie wiesz, gdzie jest Ge­de­ela? Toć tam świę­ty Izy­dor miesz­kał!

Nie wiem dla­cze­go, ale we wsze­la­kich fra­sun­kach Roz­y­na wzy­wa­ła tyl­ko świę­te­go Izy­do­ra. Aż kie­dyś przy mię­dle­niu lnu Roz­y­na po­wie­dzia­ła:

- Czy bra­to­wa obej­rza­ła so­bie księ­życ, jak zza sto­do­ły wy­cho­dzi?

Wy­da­wa­ło mi się, że do­brze obej­rza­łam księ­życ.

- No, a świę­te­go Izy­do­ra z wo­ła­mi wi­dzia­ła?

Rze­czy­wi­ście, świę­te­go Izy­do­ra nie umia­łam zo­ba­czyć. Twar­dow­skie­go w jed­nym bu­cie tak, a Izy­do­ra nie. Roz­y­na zde­cy­do­wa­ła:

- A bo bra­to­wa tyle się w ży­ciu na­pła­ka­ła, tyle śmier­ci na­pa­trza­ła, że stor­gła i dla­te­go świę­te­go Izy­do­ra i wo­łów nie wi­dzi. - Po­ki­wa­ła gło­wą i uśmiech­nę­ła się do mnie. Za­wsze mnie za na­guś­kie ser­ce chwy­ta­ło, jak Roz­y­na się uśmie­cha­ła...

I po­to­czy­ło się da­lej z tymi wier­sza­mi. Naj­pierw Da­nu­sia za­czę­ła pi­sać wier­sze - i o sło­wi­ku, i o bzach li­lio­wych, i o ser­cu roz­dar­tym, i o tym, że obiet­ni­ce szczę­ścia na pier­siach ob­lu­bie­ni­cy. Po­tem ko­wal przed wie­cze­rzą, pro­sto jak od ogni­ska z kuź­ni przy­szedł, za­po­wie­dział:

- Pro­wa­dzi­cie­lem ro­dzi­ny je­stem i je­stem bo­eta! W pi­sa­niu mam za cięż­ką od mło­ta rękę, alem cały dzień ob­my­ślał i umy­śli­łem na pa­mięć! Słu­chaj­cie!

 

Młot w ko­wa­dło buch, buch, buch!

Ko­wa­lów­ka duży zuch.

Ja­sno w kuź­ni ogień pło­nie,

Ja od śmier­ci Cię obro­nię!

Hi­tler za­jął cały świat -

Ko­wa­lów­ka więk­szy chwat!

 

Okla­skom i wi­wa­tom nie było koń­ca. Win­szo­wa­łam mu wzru­szo­na i za­chwy­co­na. Da­nu­sia ska­ka­ła z ra­do­ści po izbie, na­ma­wia­jąc ojca, aby rzu­cił fa­bry­ko­wa­nie ra­de­łek i kle­pa­nie le­mie­szów, za­pew­nia­jąc, że jego wier­sze będą dru­ko­wa­ne w wy­pi­sach.

Wte­dy to wła­śnie na­stą­pi­ła ka­ta­stro­fal­na hi­sto­ria z Ma­rią Ko­nop­nic­ką. A więc w so­bo­tę, w ty­go­dniu naj­więk­sze­go na­si­le­nia po­etyc­kie­go w cha­łu­pie, Ma­niek, to jest ko­wal, wró­cił z Miń­ska we wspa­nia­łym hu­mo­rze. Przy­wiózł Roz­y­nie sześć garn­ków alu­mi­nio­wych. Od­święt­nie - w czar­nym ubra­niu, w bia­łym sztyw­nym koł­nie­rzy­ku - ja­śniał cały od we­wnętrz­ne­go upo­je­nia. Oczy mu błysz­cza­ły, nos mu błysz­czał, ły­si­na mu błysz­cza­ła. Zgro­ma­dziw­szy całą ro­dzi­nę na jed­nej ła­wie koło ko­mi­na, sta­nął przed nami.

- Ot, a ja praw­dę po­zna­łem i już wiem, co w tra­wie pisz­czy!

Tu par­sk­nął śmie­chem i na mnie wska­zał pal­cem.

- Co w tra­wie pisz­czy, to jest to, co się ty­czy bo­ezji. - Za­wsze "po­ezja" albo "po­eta" wy­ma­wiał "bo­ezja", "bo­eta", co spra­wia­ło mu szcze­gól­ną sa­tys­fak­cję. - Uczo­na w bo­ezji je­steś, a czyś sły­sza­ła kie­dy o bo­et­ce Ma­rii Ko­nop­nic­kiej?

- Na­tu­ral­nie, że sły­sza­łam. Zresz­tą Da­nu­sia nie­raz nam mó­wi­ła wiersz o kró­lu i chło­pie, co to po­szli na woj­nę, albo tę Rotę, co wie­czo­ra­mi śpie­wa­my, też na­pi­sa­ła Ko­nop­nic­ka...

- Ach, to ty ją znasz i uwa­żasz, że to waż­na bo­et­ka?

Za­pew­nia­łam go żar­li­wie, że Ko­nop­nic­ka jest naj­więk­szą po­et­ką pol­ską.

- No to wiedz, że wła­śnie od niej wra­cam! - krzyk­nął try­um­fal­nie.

Za­nie­po­ko­iłam się na se­rio. Daty... Daty, rok uro­dze­nia, rok śmier­ci, nic się nie zga­dza­ło, tym bar­dziej że Roz­y­na syk­nę­ła brzyd­kie słów­ko, a Da­nu­sia wbi­ła we mnie nie­uf­ny wzrok.

- Ma­niuś! Mo­żeś i ty był u ja­kiej Ko­nop­nic­kiej, ale to na pew­no nie po­et­ka Ma­ria Ko­nop­nic­ka!

Ma­niek wy­dął po­gar­dli­wie dol­ną war­gę.

- Co po­wia­dasz? Nie Ma­ria Ko­nop­nic­ka?!... A jak ci świad­ków po­sta­wię, to co ty na to?... Si­tek z Miast­ko­wa i Bo­guś Mie­dziń­ski z Miast­ko­wa... może ci tego mało? Co? Może chcesz, żeby tu przy­szli i z tobą po­ga­da­li?!

Na Boga ży­we­go! Za nic nie chcia­łam, aby Si­tek i Bo­guś Mie­dziń­ski przy­szli do cha­łu­py i ze mną ga­da­li!

- No nie, może i masz ra­cję... No i co, i jak się z Ma­rią Ko­nop­nic­ką spo­tka­łeś?

- A wi­dzi­cie, jak jej rura zmię­kła! My­śla­ła, że ona jed­na bo­et­ka jest, a ja wam spra­wie­dli­wie po­wia­dam, że już tę bo­ezję przej­rza­łem i wiem, co o tym my­śleć! - Par­sk­nął śmie­chem. Wi­dać z Sit­kiem i Bo­gu­siem Mie­dziń­skim nie­złą li­ba­cję mie­li.

- Tak, tak! - zwra­ca­jąc się do Roz­y­ny, cią­gnął - ślub­na ty moja je­steś, a usza­no­wa­nia i po­słu­chu u cie­bie nie mam, a niech krok za kuź­nię się ru­szę, to dy­gni­ta­rze - i to ja­kie! - a mi­ni­stry, a bo­eci, za­raz mnie ko­łem ota­cza­ją, a jak mnie chwa­lą, a jak mnie wy­no­szą! Tyl­ko tu w cha­łu­pie tę­pa­ki ja­kieś nie ro­zu­mie­ją, jaka to ja god­na oso­ba je­stem! Ot, i dziś naj­więk­sza, po­wia­da sio­stra, bo­et­ka, co? Naj­zna­ko­mit­sza w Pol­sce bo­et­ka, Ma­ria Ko­nop­nic­ka, po­wie­dzia­ła: "Ot, ty Ma­niuś! - ty nie wiesz, jak ja cię lu­bię, jak mi się cał­kiem in­a­czej pi­sze, jak tyl­ko na cie­bie po­pa­trzę! Ma­niuś, nie od­ma­wiaj bo­et­ce, a za­pro­wadź mnie do re­stau­ra­cji w War­sza­wie, za­proś Sit­ka i Bo­gu­sia Mie­dziń­skie­go i z kul­tu­rą a cy­wi­li­za­cją ko­la­cję zje­my!".

Wtrą­ci­łam:

- A do ja­kie­go lo­ka­lu Ko­nop­nic­ka chcia­ła iść?

Ma­niek po­to­czył tym błysz­czą­cym okrą­głym okiem po nas, ści­śnię­tych na ła­wie we­dle ko­mi­na.

- Do ja­kie­go lo­ka­lu? Do "Eu­ro­py" na pla­cu Mar­szał­ka! No co, od­po­wia­da ci lo­kal?

Pod­ku­li­łam pod far­tuch za­bło­co­ne pal­ce u nóg.

- Toć mi się na­wet i nie ma­rzą ta­kie wspa­nia­ło­ści... No i co, co da­lej?

- Aha! Ty Mań­ka na sło­wo chcesz zła­pać! Nie­do­cze­ka­nie two­je!... Więc idzie­my do "Eu­ro­py". Ma­ria Ko­nop­nic­ka kota ja­kie­goś na szy­ję za­ło­ży­ła, ka­pe­lu­sik z fiut­ką, nos mąką ubie­li­ła, a chust­kę do nosa mia­ła ni­cze­go, w zie­lo­ną pię­cio­list­ną ko­ni­czy­nę!...

Och, Ja­necz­ko!... Jak cięż­ko jest zmie­niać usta­lo­ny świa­to­po­gląd!... Ma­ria Ko­nop­nic­ka na fo­to­gra­fiach ma w górę za­cze­sa­ne wło­sy, koł­nie­rzyk wy­so­ko pod­cho­dzą­cy do uszu, oku­la­ry ze sznu­recz­kiem na no­sie... i jak to się wszyst­ko od­mie­nia!...

- Si­tek wy­na­lazł spo­sob­ny sto­lik nie­da­le­ko bu­fe­tu, a Mie­dziń­ski ku­pił ga­ze­tę i po­ło­żył przed sobą, żeby lu­dzie wie­dzie­li, że­śmy ka­wa­le­ry z lek­tu­rą! Co z tego? Bo­et­ka psu­ła całą na­szą pre­zen­cję, bo coj rusz, to za kla­pę od ma­ry­nar­ki cią­ga mnie. "A śpi­ry­tu­su dasz, Ma­niuś?" To znów: "Czy­sty śpi­ry­tus, a nie bim­ber, od bim­bru się ślep­nie... a po­patrz, Ma­niu­siu, ja­kie ład­ne ślep­ki mam. Sa­me­mu by ci żal było, gdy­bym za­nie­wi­dzia­ła!". Ja jej: "Pani bo­et­ka, mi­ty­guj się - po­wia­dam - za­pa­truj się pani na inne hra­bi­ny, co sto­li­ki ob­sia­dły, i sta­raj się ta­kie jak one obej­ście mieć". Ale co tam! Jak się nie przy­pnie do Sit­ka, rych­tyg rzep do koń­skie­go ogo­na. "Si­tek! za­anon­suj już śpi­ry­tus!" A w pau­zach to wier­sze de­kla­mo­wa­ła wszyst­kich wiesz­czów, a prze­waż­nie pod me­lo­dię tan­ga. Je­den Mie­dziń­ski po­sta­wy nie stra­cił, tyl­ko grzecz­nie ba­sem, aby jej pi­ski za­głu­szyć: "A ja­kie sza­now­na pani ży­cze­nie ma pod wzglę­dem za­gry­chy?". Na to jak bo­et­ka już nie do rymu wrza­śnie: "śpun­der! śpun­der! ale żeby tłu­sty był, do ko­ści przy­ro­śnię­ty!" - aże wszyst­kie gra­fi­nie gło­wy na nas od­wró­ci­ły. Kel­ner, pań­ska oso­ba, mel­dun­ki na pa­pier spi­sał, a jak wró­cił z tacą ob­sta­lun­ku, jak nie za­cznie się ona do nie­go przy­mi­lać, da­lej z nim zna­jo­mość za­wie­rać - aż mnie ze wsty­du dusz­no­ści zła­pa­ły i szkla­necz­ką całą pły­nu orzeź­wić się mu­sia­łem. Si­tek tyl­ko jed­no w kół­ko po­wta­rzał: "Ustat­ko­wa­nia, a nie sek­spi­lu od fa­chu pi­sar­skie­go śmier­tel­ny czło­wiek wy­pra­sza so­bie". Bo­guś Mie­dziń­ski, w każ­dym jed­nym to­wa­rzy­stwie ze świe­cą po­szu­ki­wa­ny, zgor­sze­nie jaw­ne oka­zy­wał, a ona nic, tyl­ko nie roz­gry­za­jąc, całe ka­wa­ły śpun­dru łyka, aż tłu­stość jej po bro­dzie spły­wa. Już mnie złość wzie­na i po­wie­dzia­łem jej wte­dy ja­sno, wy­raź­nie, żeby zro­zu­mia­ła, może nie w te sło­wa, ale w ten de­seń: "Sza­now­na bo­et­ko, wier­sze pani jako jej ży­cze­nie było, pod każ­dziuch­ną strze­chę zbłą­dzi­ły, i owszem - jak w ma­łych, tak i w do­ro­słych po­dziw bu­dzą i są rze­czy­wi­ście na zbu­do­wa­nie du­cho­we bar­dzo od­po­wied­nie, ży­wych na­to­miast bo­etów i żywe bo­et­ki nie na­le­ży oso­bi­ście po­dej­mo­wać, bo to już na zbu­do­wa­nie du­cho­we nie jest, a wprost prze­ciw­nie! U mnie w cha­łu­pie też tę roz­kosz mam, jed­ną pi­sar­kę od wier­szy gosz­czę, ża­łu­ję, że nie mogę jej spro­wa­dzić, ale od prze­cią­gu hi­sto­rycz­ne­go tak ją spa­ra­li­żo­wa­ło, że wła­śnie i nosa po­ka­zać nie śmie. Więc wra­ca­jąc do sen­su, po­wia­dam, że wy po śmier­ci no­si­cie ten ka­ga­niec oświa­ty przed na­ro­dem, ale nie za ży­cia, i do­pra­szam się mych tu oto ze­bra­nych przy­ja­ciół pod ten ka­ga­niec wy­pić". Co, w domu nikt nie jest pro­ro­kiem, ale tam na sali ta­kie mi owa­cy­je zgo­to­wa­li ro­da­cy, żem łez utrzy­mać nie mógł. I to nie pa­ta­ła­chy byle ja­kie, a same mi­ni­stry, se­na­to­ry i mar­szał­ko­wie sej­mo­wi, co te­raz przed Niem­ca­mi uda­ją zwy­kłych bim­bia­rzy, aby nie do po­zna­ki byli - czło­wiek obe­zna­ny za­raz miar­ko­wał te ich cy­wi­li­za­cje i kul­tu­rę. To­bie, Roz­y­na, nie ma­rzyć na­wet, aby cię do­pu­ści­li do swe­go to­wa­rzy­stwa! A ty, Stef­ka - zwró­cił się do mnie - całą tę rzecz do­brze roz­patrz, a po­miar­kuj, a pra­cuj nad sobą, to jest nad cha­rak­te­rem swo­im i rów­no­wa­gą du­cho­wą, że­byś do Ma­rii Ko­nop­nic­kiej po­dob­na nie była. Ty na­sze pra­daw­ne sza­no­wa­ne na­zwi­sko te­raz no­sisz i nie­do­cze­ka­nie two­je, abyś je skom­pro­mi­to­wa­ła! Uf! tak po­wia­dam!

Sie­dzia­ły­śmy na ła­wie pod ko­mi­nem, wstrzą­śnię­te... ja czu­łam się star­ta w proch i pył. Ma­niek rżał sza­tań­sko i za­cie­rał ręce. Pró­bo­wa­łam sta­nąć w obro­nie Ma­rii Ko­nop­nic­kiej i sta­ra­łam się wy­ka­zać da­ta­mi, że pra­wie od pięć­dzie­się­ciu lat Ko­nop­nic­ka nie żyje, więc ab­sur­dem jest, aby to ona we wła­snej oso­bie w Ho­te­lu Eu­ro­pej­skim do­ma­gać się mo­gła "śpun­dru i śpi­ry­tu­su". Wszyst­ko da­rem­nie! Ma­niuś pę­kał ze śmie­chu, bił się po ły­si­nie, ły­pał to jed­nym, to dru­gim okiem, aż orzekł:

- Idź­ta spać, ni­cze­go nie prze­tłu­ma­czysz, bo świad­ków mam, a zresz­tą cała re­stau­ra­cy­ja na wła­sne uszy sły­sza­ła, na wła­sne oczy wi­dzia­ła!...

Wie­le lat upły­nę­ło od tego wie­czo­ru i bar­dzo wie­le spraw ludz­kich się prze­wa­li­ło. Da­nu­sia jest te­raz moją przy­bra­ną cór­ką, a Ma­niuś ja­kiś czas temu przy­je­chał z Do­brzyń­ca w od­wie­dzi­ny. Przy ko­la­cji wy­pi­li­śmy ze ćwiar­tecz­kę i, jak to zwy­kle u nas, po­pa­dli­śmy w stan wspo­mi­nań.

- Ma­niu­siu, bra­cie mój ser­decz­ny, przy­znaj mi się te­raz! Prze­cież to tak daw­no było, ko­go­ście to wte­dy z Sit­kiem i Bo­gu­siem Mie­dziń­skim w War­sza­wie po­zna­li, kogo to jesz­cze do kom­pa­nii za­pro­si­li­ście?

Ma­niek ze­sztyw­niał niby lo­do­wiec.

- Co? Jak pro­szę? Sio­stra zno­wu nie wie­rzy w Ma­rię Ko­nop­nic­ką?... Z bó­lem ser­ca, ale w ta­kim ra­zie mu­si­my ze­rwać na­sze ro­dzin­ne sto­sun­ki!

Na­tu­ral­nie bła­ga­łam go o prze­ba­cze­nie i przy­się­głam, że nig­dy w ży­ciu ani na chwi­lecz­kę nie po­zwo­lę so­bie mieć choć­by naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. I przy­zna­ję - Ma­ria Ko­nop­nic­ka fa­tal­nie po­psu­ła opi­nię wszyst­kim po­et­kom w Pol­sce!