1
Pytasz się, Janko, co mi dawało siły do przetrwania tego koszmaru, który ciągnął się lata? Pytasz się, jak mogłam wytrzymać? Teraz, kiedy wydaje mi się, że nie potrafiłabym wyżyć w tym, co było, jednej doby - trudno mi na to odpowiedzieć. Może podświadoma ciekawość, co będzie potem? Może sam instynkt życia?... A może ta jakaś żarliwa potrzeba przetrwania, aby dać świadectwo prawdzie?
Wydaje mi się, że gdy ci opowiem wszystko, pomożesz mi w odnalezieniu źródła tej siły - ja sama znaleźć go nie potrafię. Często w nocy, kiedy nie śpię, wracają tamte czasy... Nasłuchuję w ciszy oddechu tamtych nocy i dopada mnie ów ślepy strach, przeraźliwa groza i już nie mogę usnąć. Oblana zimnym potem tracę rozsądek, myślą przebiegam wszystkie schowki w mieszkaniu, chcę uciekać! uciekać! ukryć się! Staram się opanować, przecież wiem, że minęło, że nie ma już komór gazowych, że nie ma już na ziemi polskiej tych okropnych butów, które walą w bramę, że oni już nie przyjdą, że nikt łomocąc kolbami w drzwi, nie zawoła: - Aufmachen sofort!1
Ale nie o tym chciałam ci dzisiaj opowiedzieć. Tyle, tyle razy przeżywałaś ze mną czasy i likwidację getta Warszawy. Dzisiaj ci powiem, w jaki sposób uciekłam i kto mnie uratował. Nie gniewaj się, że tak ślimaczę, ale teraz, kiedy nie śpię po nocach, wracając myślą do tego dnia, wpadam w stan tak niepomiernego zdziwienia, że siadam na łóżku, podnoszę ręce do góry. Dziwię się, zdumiewam, jakże to tak stać się mogło? Jak to mogło się zdarzyć?... Nie do pojęcia!...
No, ale teraz dosyć tych dygresji. Skończyłam ci na tym, jak drogo opłacony przez mego męża, Jerzego Gelbarda (który był po stronie aryjskiej), gestapowiec odnalazł mnie - wpółobłąkaną z przerażenia, brudną, zawszoną, zagłodzoną - i w asyście dwóch żandarmów wyprowadził z getta. Nie obyło się naturalnie bez bicia i kopania. Szłam prowadzona przez ten patrol, z poobijanymi żebrami, obcierając krew płynącą z ust i nosa, na dworzec. Ludzie odwracali głowy, wyglądałam okropnie - żółta, jakaś spopielała i jednocześnie zielona, jakby wykopalisko spod lawy. Niezdarnie chciałam ukryć opaskę z żydowską gwiazdą (przecież już Żydów nie było w Warszawie), ale to mi się nie udawało. Byłam głodna, ale bardziej dominującym uczuciem był wstyd. Wstydziłam się swojej twarzy, opaski się wstydziłam, a najbardziej się wstydziłam, że jestem skazana... Teraz tego nie mogę zrozumieć, bo przecież byłam tylko ofiarą. Jakaś śliczna pani w pelerynce ze srebrnych lisów, patrząc na mnie, rozpłakała się. Może mi się przywidziało, ale zdawało mi się, że to była Irena Skępska, żona wspólnika Albrechta z Ziemiańskiej na Mazowieckiej.
Czekaliśmy na peronie na pociąg do Otwocka - gestapowiec powiedział mi po drodze, że musi mnie odwieźć do getta otwockiego, że tam będzie czekał na mnie mój mąż, żebym się nie bała, bo w Otwocku nie ma likwidacji. Staliśmy pod ścianą, na peronie przechadzali się ludzie - panie w jedwabnych sukienkach, panowie bez kapeluszy, jedli gruszki, jabłka. I wtedy to pierwszy raz przelękłam się myśli, że tu poza murami życie szło normalnym trybem, ludzie jedli obiady, kolacje, że w lokalach piło się wódkę pod śledzika, ślicznie ondulowane kobiety siedziały przy stolikach w kawiarni, piły kawę, jadły ciastka, mówiły o miłości i plotkowały o przyjaciółkach. Przez otwarte okna słychać było dźwięki tanga. Patrzałam ukradkiem na ludzi - spacerowali po peronie jak gdyby nigdy nic... Jakiś pan podszedł do mojego żandarma, zapytał po niemiecku, czy może ze mną mówić, żandarmowi było to najzupełniej obojętne: - A mów pan.
W panu tym poznałam Henryka Tomaszewskiego - wiesz, tego rysownika-plakacistę, doskonałego grafika, dobrego kolegę. Przysunął się do mnie, szepnął:
- Co mogę dla ciebie zrobić? Gdzie oni cię wiozą? Musisz natychmiast uciekać!
Poprosiłam o papierosa. Pierwszy łyk dymu sprawił mi rozkosz. Wytłumaczyłam sytuację. Miałam za stanikiem wiersze z getta, oddałam mu je na przechowanie. Wiesz, Janeczko, trzy lata później spotkałam się z nim w Lublinie i zwrócił mi tę paczkę. Przechował ją.
O godzinie dziesiątej wieczorem byłam w Otwocku... w tłoku nikt na mnie nie patrzył, zresztą pociągi szły zaciemnione. Gestapowiec przeprowadzał mnie przez jakieś warty. Ilekroć wołano: - Ausweis! - on zasłaniał mnie swoją osobą - i tak szliśmy, szliśmy bez końca. Było bardzo ciemno i w ogóle nic nie widziałam. Pod nogami czułam przeważnie piasek; aż wreszcie doszliśmy do jakiegoś domu i gestapowiec cicho powiedział:
- Rufen sie, aber leise, den Namen ihres Mannes2.
Dwa razy zawołałam: - Jerzy! Jerzy! - W jakimś oknie błysnęła zapałka. Po paru sekundach czy minutach tuż przy oczach zobaczyłam pobladłą twarz męża.
- Bogu Najwyższemu niechaj będą dzięki! Szalałem z niepokoju. Jesteś! Jesteś!
Gestapowiec odciągnął go na bok. Widziałam, jak Jerzy odliczał banknoty. Gestapowiec włożył je do czapki, gwizdnął i zadowolony poszedł.
Wchodziliśmy ciemnymi schodami do jakiegoś mieszkania, otoczyli mnie ludzie, kobiety, mężczyźni, wszyscy mieli takie opaski na ramieniu jak ja, wszyscy mieli przerażone twarze i nieprzytomne oczy. Kobiety płakały. Dano mi jedzenie. Była jajecznica, chyba z dziesięciu jaj - rzuciłam się na nią jak zwierzę, nie chciałam opowiadać, nie chciałam na nikogo patrzeć. Jerzy siedział pochylony przy mnie, zakrywszy ręką oczy, a ja jadłam - właściwie żarłam, połykałam kawały bułki, nie gryząc. Piłam herbatę i skomlałam z uciechy, że jem.
Jerzy powiedział:
- Teraz położysz się spać, a ja pojadę do Warszawy. Nie masz przy sobie żadnego dokumentu (Gestapowiec przed wyjściem z getta podarł mój paszport i dał mi kartę, że jestem Róża Silberman, która popełniła Rassenschande3 w Otwocku, i on mnie wiezie na rozstrzał) - ja ci jutro przywiozę dowody aryjskie, z którymi już będzie można jakoś poruszać się po tamtej stronie.
- Tak, tak, a teraz będę spać.
Jerzy na odchodnym przykazał mi leżeć jak najdłużej w łóżku.
- Musisz odpocząć, czeka cię jeszcze wiele, wiele trudności.
I poszedł.
Było ciemno w pokoju, ale drzwi na taras pozostawiono otwarte. Niebo wydawało się dalekie i szerokie; aż dziwne, że niebo mogło być takie ogromne. W getcie widziałam tylko mały skrawek nieba między domami, w ciasnych ulicach.
Leżałam na twardym składanym łóżku i poobijane żebra zaczęły nagle dotkliwie boleć, twarz puchnąć. Nie było się kogo zapytać, gdzie jest woda - chciałam sobie zrobić kompres, zmoczyć jakąś szmatę i przyłożyć... ale nikogo nie znałam, więc leżałam cicho. Groza ostatnich tygodni była bardziej żywa niż nierealny spokój tej nocy. Leżałam i znowu się dziwiłam, jak to może być. Tu jeszcze Żydzi mogą smażyć jajecznicę i mają białe bułki z masłem, a tam... w sierpniu śnieg z pierzyn pada na czerwone od krwi ulice (esesmani pruli pierzyny, poduszki, szukając złota i dolarów). Jak to być może? Tutaj przecież jest takie samo, dalekie, spokojne niebo, jak kiedyś, kiedyś przed wojną... I dziwiąc się, dziwiąc, usnęłam w tym największym zadziwieniu.
Było rano, gdy obudziły mnie przeraźliwe świsty, gwizdki, serie z karabinów maszynowych... Od razu się zerwałam! Nie czułam żadnego bólu. Jak zwierzę, jak czujne zwierzę - od razu uciekać!... Vernichtungskommando4! Znałam te gwizdy, wiedziałam! Zaczyna się egzekucja masowa! Vernichtungskommando rozpoczęło pracę.
W jakiś niepojęty mi sposób narzuciłam w biegu spódnicę i bluzkę. Zsunęłam się po poręczy schodów od strony lasu. Od frontu szaleli już Niemcy i Łotysze. Przez uchylone drzwi zobaczyłam zabite dziecko, usłyszałam krzyk kobiety na pierwszym piętrze - to Ukrainiec wyrzucił Adelę Tuwim, matkę Julka, i jej opiekunkę przez okno. Parę sekund po tym rozległy się strzały. Domyśliłam się - nareszcie je dobił.
Nie znałam terenu, nigdy w Otwocku nie mieszkałam, pędziłam więc na oślep przed siebie. Na początku chciałam się dostać do lasu, ale kiedy już byłam na skraju, zamajaczyły mi wśród drzew szarozielone mundury - to w lesie rozstawiono straż. Ta droga była odcięta! Po lewej ręce miałam otwartą polanę, za nią kępę akacji, tuż przy kolczastych zasiekach. Ucieczka przez otwartą łąkę była wyraźnym szaleństwem, a jednak to była jedyna droga, na którą musiałam się zdecydować.
Kuląc się, chyłkiem, starając się, by mnie nie dostrzeżono, przebiegłam przestrzeń, dzielącą od kępy akacji, i tu dopadłam rowu. Miejsce było względnie bezpieczne, gdyż wskutek pewnej nierówności terenu leżałam w zagłębieniu i nie byłam widoczna. Prócz tego rozłożysta akacja okrywała mnie zielenią gałęzi jak kurtyną. Leżałam teraz plackiem na ziemi i wsłuchiwałam się w raz bliższe, raz dalsze granie karabinów maszynowych. Czasami dochodziły jakieś krzyki, to znowu płacz, to jęki... Leżałam za zieloną kurtyną, tuż przed linią drutów kolczastych i przyglądałam się butom żołnierza, który mierzył krokami niewielki, przeznaczony sobie odcinek poza zasiekami. Pilnował, aby nikt nie uciekł z getta.
Ja wiem, Janko, że to nieważne, o czym i jak wtedy myślałam i co czułam. Ale chcę ci powiedzieć coś, co wydaje mi się ważnym. Bo widzisz... Przecież byłam taka samotna w swojej niedoli, że ta samotność wydała mi się bardziej nie do przyjęcia niż śmierć... i nagle pomyślałam, że jeśli nie było dotychczas Boga, to trzeba koniecznie, koniecznie, żeby był. Po to tylko, abym mogła do Niego wołać. Abym mogła Go prosić, żeby ze mną pozostał, abym mogła do Niego się modlić... I już się modliłam. Całym oszalałym, walącym na alarm sercem, całym rozdygotanym, bolącym ciałem, całą sobą modliłam się.
Uświadamiałam sobie jednocześnie, że nie przejdę przez te gęste zasieki drutów kolczastych, że nie mam przy sobie nic, co umożliwiłoby mi przecięcie drutów, że po drugiej stronie czyha żołnierz z bronią, że jestem osaczona i zgubiona.
Zaciskałam pięści, tuliłam głowę do ziemi, a w ustach miałam piasek. I nagle - nie wiadomo dlaczego i skąd - przyszło odprężenie. Widocznie natura sama stwarza takie karkołomne skoki w człowieku. Nagle pomyślałam sobie, że przecież, jeśli Bóg zechce, nic złego mi się nie stanie. Uspokoiłam się i zaczęło rosnąć we mnie przekonanie, że będę uratowana. Przekonanie to po paru chwilach z niewiadomych powodów stało się pewnością. Jeśli pozwolisz, nazwę to łaską, którą niebo mi zesłało. "Na lwa srogiego bez obrazy siędziesz i na ogromnym smoku jeździć będziesz..."
Właśnie dosiadłam lwa srogiego!... Nie, nie uśmiechaj się pobłażliwie, naprawdę wszystko się nagle we mnie odmieniło! Widziałam kształt drzew, widziałam nierówności kory, nawet zerwałam najbliższą gałązkę i z przypomnienia jakichś odległych czasów zaczęłam zrywać te listki akacji i wróżyć: "kocha, lubi, szanuje...".
Wiedziałam - nie podsuwaj mi innego słowa, wcale nie żadne "przeczuwałam" - po prostu wiedziałam, wiedziałam, że zaraz, za parę chwil czy minut nadejdzie pomoc... i spokojnie czekałam tej pomocy. Wiedziałam na pewno, że przyjdzie człowiek, mężczyzna, kobieta czy może dziecko, który mnie stąd zabierze. Leżałam spokojnie i czekałam...
I rzeczywiście, nie dłużej jak po pięciu, dziesięciu minutach zobaczyłam, że za zasiekami szosą idzie dziewczyna siedemnasto-, dziewiętnastoletnia. Na ręku miała kosz, rozglądała się wokoło ciekawie, przybliżając się do mnie. Akurat jakby jakiś sprawny reżyser wziął w swoje ręce bieg dalszej sprawy - żołnierz oddalił się do kolegi, stojącego na warcie opodal, by zapalić papierosa. Pomimo ryzyka wychyliłam głowę z mojej zielonej kotary i zawołałam:
- Dziewczynko!
Jak ptak przekręciła główkę, rozejrzała się wkoło i na jej sprytnej młodziutkiej twarzy podmiejskiego dziewczęcia zauważyłam zrozumienie sytuacji. Momentalnie położyła się po drugiej stronie zasieków i nastąpiła pierwsza szybka wymiana zdań.
- Co ty tu robisz? - zapytała.
Wskazałam jej oczyma gwiazdę żydowską na ramieniu, spytałam, czy rozumie, co znaczą te ustawiczne serie wystrzałów karabinów maszynowych. Odpowiedziała, że wie... że dziś wykończą getto otwockie.
- Ale czegoj tyś tu wlazła?
Przez chwilę przyglądałyśmy się sobie z zaciekawieniem, aż nagle dziewczyna uśmiechnęła się do mnie i zapytała, wskazując na znamię, które mam na policzku:
- Czy to jest prawdziwe, czy namalowane?
Było to tak nieoczekiwane pytanie w tej tragicznej sytuacji, że rozśmieszyło mnie.
- Jeśli mi pomożesz stąd wyleźć, to sama sprawdzisz.
Naraz zaczęła mówić szeptem, gorąco i żarliwie:
- Niczegoj się nie bój, leż cicho. Ja jestem Danusia Kowalówka z Dobrzyńca, to jest czternaście kilometrów od Otwocka. Tata jest kowal, u nas w kuźni jest sekator. Tu u kuma jest rower, za godzinę, najdalej półtora będę z powrotem, przywiozę narzędzia, poprzecinamy te druty. Ja cię zabiorę. Leż tu tylko cichutko i czekaj na mnie!
- Danusiu! Danusiu! - powiedziałam - ale co będzie, jeśli twoi rodzice nie pozwolą? A czy ty wiesz, że jak nas złapią, to i ciebie czeka śmierć?
- O wa, też mi co Niemcy! Ja ich wszystkich z Hitlerem mam gdzieś!
Żołnierz nadchodził, patrząc nie wiadomo dlaczego na czuby drzew. (O! ten Reżyser niewidoczny, niewidzialny, wszechmocny Reżyser!)
I znowu leżałam w zielonym gąszczu akacji, ale już było inaczej.
Janko!... Gdybym ci teraz chciała wmówić, że cały czas oczekiwania na jej powrót wierzyłam bezwzględnie, że na pewno przyjdzie, byłoby to nieprawdą. Wierzyłam i nie wierzyłam. Wierzyłam i wątpiłam... Leżałam tak jedną... dwie godziny... a słońce wędrowało coraz wyżej. Zrywałam gałązki, obrywałam listeczki: "wróci, nie wróci"... Strzały były coraz bliższe, niedaleko przechodzili esesmani, wśród zieleni czerwieniły się swastyki. "Wróci, nie wróci..."
W pewnej chwili usłyszałam ciche gwizdanie od strony szosy. Uniosłam głowę i w tym samym miejscu zobaczyłam Danusię. Położyła palec na ustach, bo wartownik był blisko. Musiałyśmy przywarować. Nieruchomo po obu stronach zasieków leżałyśmy bez oddechu... Serce znowu waliło na alarm...
Nagle poczułam, że mi na głowę spada coś miękkiego. Była to czerwona chustka w zielone kwiaty. Mam tę chustkę tutaj, czy chcesz, żebym ci ją pokazała?
Potem szept Danusi:
- Zrzuć tę żydowską opaskę, zakop ją w ziemi, nadziej chustkę na głowę.
Palcami zrobiłam dołek, zwinęłam opaskę, wsadziłam w ziemię, przysypałam ziemią... Takie proste... takie proste... już nie jestem napiętnowana!
Żołnierz, znudzony, powoli szedł w stronę kolegi. Teraz spadły obcęgi. Danusia po przeciwnej stronie cięła sekatorem druty.
- Przetnij od ziemi, całkiem niziutko, zrobimy dziurę, bylebyś przelazła...
Widzisz, Janko, tu na łydce białą bliznę, tu mi przecięło mięsień. Byłam już przed ostatnim (pięć zasieków tworzyło całość) drutem. Danusia gorączkowo szeptała:
- Uważaj, jeśli nas Niemiec złapie, rób to samo, co ja...
Nie miałam pojęcia, co należy robić, jak Niemiec zobaczy, że się ucieka z getta. Cóż, miałam uniwersyteckie wykształcenie, byłam obciążona wyobraźnią, a jednocześnie zbyt skomplikowaną psychiką, nie wiedziałam, co należy zrobić, jak mnie Niemiec złapie.
Byłam już przy Danusi, leżałyśmy bliziutko siebie, czułam jej przyśpieszony oddech. Trzeba nam było się wreszcie oderwać od ziemi, jednocześnie stanęłyśmy na nogach i jednocześnie Niemiec nas złapał.
- Halt! - A zaraz po tym: - Schmutzige Schmuglerinnen, ihr wollt den Juden Essen bringen!5
Zamarłam. Danusia się wykrzywiła... nie rozumiała ani słowa po niemiecku. Wydęła policzki, zmarszczyła nos i na głos przedrzeźniała Niemca:
- Be, be, be!
Niemiec trząsł mną jak drzewem i powtarzał to samo zdanie. Czułam, że moje "Be, be, be" zabrzmiało trochę fałszywie, ale na szczęście Niemiec nie miał muzykalnego ucha...
Nowa salwa... cała kanonada strzałów... Niemiec wsłuchał się w echo, kopnął mnie niżej pleców, krzyknął:
- Raus!6
Mój Boże! poczułam to jak najtkliwszą pieszczotę!...
Wiesz, Janko, lata całe marzyłam o chwili, kiedy wyjdę z zamknięcia... zawsze wyobrażałam sobie wtedy zwyciężonych Niemców, nasze wojska wjeżdżające na białych ukwieconych koniach od strony Belwederu, to znów spadających z nieba skoczków - ale nigdy nie myślałam, że na szczeniackie przedrzeźnianie "Be, be, be" Niemiec powie: "Raus" i... będę wolna.
Wielki Reżyser lubi groteski!
Danusia podała mi kosz, powiedziała krótko: - Idziemy!
Czułam, że źle stawiam nogi, że krzywo chodzę, jakby bokiem - odzwyczajona byłam od ruszania się na wolności.
Po paru chwilach zatargały mną tysiące wątpliwości, zastrzeżeń, niepokojów.
- Danusiu! Danusiu! Boję się... Przecież każdy, kto mnie zobaczy, pozna od razu, że jestem Żydówką... i nie dojdziemy nawet do lasu...
Danusia popatrzyła na mnie uważnie.
- Ej, nie wydziwiaj! Całkiem szlachetnie wyglądasz! Ładna jesteś kobietka, tylko oczy cię mogą zdradzić. Oczy masz żydowskie, wypłoszone po żydowsku. Wiesz, jakby kto szedł naprzeciw, to przymykaj powieki.
Szłyśmy przez ulice Otwocka, ludzie nas mijali, przy każdym ich zbliżeniu serce kołatało jak oszalałe. Wyszłyśmy na szosę, idąc w stronę Jabłonny. Danusia powiedziała:
- Poruszaj się śmiało! Nie patrz spode łba, nie oglądaj się za siebie. Nijakiej w tobie nie ma śmiałości!
Minęłyśmy Jabłonnę, potem dwa kilometry i wieś Świerk, znowu trzy kilometry i skręciłyśmy z szosy w las.
Janko! Pierwszy raz od trzech lat byłam w lesie, w prawdziwym lesie sosnowym... bosą stopą dotykałam mchu. Liliowiło się od wrzosów, pachniało żywicą. Prosiłam Danusię:
- Zatrzymajmy się. Pozwól mi się położyć na ziemi.
Danusia się śmiała. Miała okrągłe wesołe oczy, piegi koło nosa, kasztanowate włosy i najmilszy pyszczek na świecie.
- Wyglądasz jak domowego wypieku chlebek! - powiedziałam, całując ją w policzek, a ona objęła mnie za szyję.
- A ty jesteś moja znajda!
- Ale co będzie ze "znajdą" dalej?
- Co ma być? Ojciec i mama przykazali cię do chałupy przyprowadzić, ale poczekamy do zmierzchu, a wejdziemy nie od kuźni, ale bokiem przez chlewik. Co będzie dalej? Tata powie, nie bój się! Tata już wszystko dobrze obmyśli.
Świadomość, że ktoś za mnie będzie myślał, przyprawiała o zawrót głowy. Jakaś beztroska radość chwili, radość bez sensu odjęła mi rozum. Danusia śpiewała:
- "Wedle mego ogródeczka rozkwitała jabłoneczka..." - i ja śpiewać zaczęłam. Szłyśmy przez las, ja z koszem, Danusia prowadziła rower i obie darłyśmy się jak opętane:
- "Kaczki za wodą, gęsi za wodą... Ty mnie nie wydasz, ja cię nie wydam...". Liliowiły się wrzosy, słońce różowiło sosny. Skąd ja się tu wzięłam? Jakim prawem wdarłam się w radość życia boru? Ja - zbieg z transportów, przeznaczonych do gazowych komór...
- Danusiu! Danusiu! Gdyby teraz stanęła przed nami wróżka, która wszystko mogłaby zrobić?!
- Jezusiku najmilszy! co powiadasz? Wróżka? I co dalej? A ty czego byś od niej chciała?
- Chciałabym, żeby mnie zaczarowała w psa albo kota. Mogłabyś mnie zanieść do chałupy, byłabym do końca wojny u ciebie, nikt by się nie domyślił, że jestem Żydówką, i wy tam w chałupie moglibyście być spokojni... nikt by nie wydał... nie wisiałaby nad nami śmierć.
Danusia spoważniała. Myślałam, że nareszcie zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa swego czynu.
- No, i o czym tak dumasz?
- Bo widzisz, gdyby ta wróżka tu przyszła, to ja bym też miała życzenie!
- A jakie byłoby twoje życzenie?
- Ja bym jej powiedziała: weź moje piegi, żeby mi ani jeden nie został! Och! Gdybyś ty wiedziała, jak ja nienawidzę tych moich piegów! Ile ja już pieniędzy wydałam na maście... ale co! od maści mi skóra z gęby schodzi, a piegi zostają... Ale co tu po próżnicy gadać! Wróżka się nie zjawi, z ciebie kota ani psa nie zrobi, a mnie piegi ostaną aż do samej śmierci!
Nasze nieszczęścia były rzeczywiście całkowicie różne. Zrezygnowawszy z wróżki, poszłyśmy dalej. Od czasu do czasu przystawałam, żeby jeść czarne jagody.
- Ach, ja durna! Ty pewno głodna jesteś? Że mnie to w głowie się nigdy nie rozwidni! No, już niedługo, już i zmierzcha, pójdziemy prędzej.
Nie chciałam.
- Nie, czekajmy, aż będzie całkiem ciemno. Nie trzeba, żeby nas ludzie we wsi widzieli...
Las się skończył i znów szłyśmy drogą wśród łąk i pól. Przeszłyśmy drewniany mostek, po obu stronach drogi stały topole. Od łąki miły chłód owiewał czoła, świerszcze cykały... świat był niepomiernie wielki i piękny... do łez, do łez piękny! Cała żałość rozpłynęła się w tej szarości, która z nieba zstępowała. Nie czułam rany na nodze ani bąbli, które na nienawykłych do chodzenia na bosaka stopach się porobiły. Nie czułam kłucia pobitych żeber. Rozpływałam się w zmierzchu tego dnia.
Już było zupełnie ciemno, kiedy doszłyśmy do wsi Glinianki, ostatniej wsi przed Dobrzyńcem. Danusia powiedziała:
- Już niedługo, a będziemy w chałupie...
Ty rozumiesz, Janko! Po trzech latach wojny, getta, likwidacji dowiaduję się, że czeka na mnie dom!
Bokiem doszłyśmy do zagrody. Danusia trzymała mnie za rękę, kierowała krokami.
- Uważaj, podnieś wyżej nogę, bo to próg do chlewika.
Pchnęła całym ciałem jakąś zaporę - to były drzwi - otworzyły się. Weszłyśmy do izby. W mdłym świetle naftowej maleńkiej lampki zobaczyłam duży komin. Przed kominem na ławie siedziała kobieta, drzemiąc. Miała na głowie białą chustkę z tyłu związaną za rogi. Na skrzyp drzwi ocknęła się. Wstała i obracając się do mnie, rozpostarła szeroko ramiona!
- Adyć Pan Jezus pozwolił nam jedno życie ludzkie uratować!
Słyszysz! Słyszysz, Janko? Dzisiaj jeszcze dźwięczy mi to w uszach! To były najpiękniejsze słowa, jakie w życiu słyszałam, i umierając, niechaj o tych słowach pamiętam! Tak mnie powitała Rozyna, matka Danusi, Kowalówka...
Jak się to stało, że położyłam głowę na jej wielkich piersiach? Jak się to stało, że obejmowała mnie swymi mocnymi od pracy rękoma i że łzy, jej i moje, mieszały się z sobą! Tuliłam się do niej i czułam zapach obory, krów, gnoju i zielska, i wydawało mi się, że tak powinno pachnieć niebo...
Wreszcie zjawił się ojciec Danusi, kowal. Czy pamiętasz tego boga greckiego, który nazywał się, zdaje mi się, Hefajstos? I był też kulawy? Ojciec Danusi, Marian Kowalówka, utykał na nogę.
Podprowadził mnie do stołu, przyglądał mi się. Miał wesołe, sprytne oczy, nos kulfoniasty, czarny wąsik. Przysunął naftową lampkę, uśmiechnął się serdecznie i nieoczekiwanie zaopiniował:
- Będzie z nią wesoło w chałupie. Taka to i lepsza od jakiejś uczonej papugi. No, dobra nasza! A teraz dawajcie jeść!
Postawiono przede mną miskę gorącego mleka i dymiące ziemniaki... Jadłam... Tam w getcie mówili: "Tu śmierć i tam śmierć - nie zbiegniesz od śmierci, po stronie aryjskiej Polacy wydadzą cię prędzej Niemcom...". A wzięli mnie, obcą, nieznajomą, posadzili za stołem, nakarmili chlebem i mlekiem - moją śmierć wzięli na swoje głowy... Jest Bóg! Odnalazłam Boga! Odnalazłam Człowieka!...
2
Ciężko spałam tej pierwszej nocy w moim nowym domu. Wykąpana, wyszorowana w balii, przeobleczona w koszulę Danusiną, z głową wyczesaną i umytą naftą - leżałam w komorze w wygodnym łóżku, wysłanym sianem, w czystym tkanym płótnie... Nie sposób od razu się uleżeć w tylu wspaniałościach i w tym niepojętym poczuciu bezpieczeństwa! Bo ta noc była zupełnie bezpieczna - nikt nie widział mnie, gdy wchodziłam. Po przeciwległej ścianie na łóżku spał kowal z żoną. Danusia z młodszą siostrzyczką, Zosią, w kuchni na łóżku, a na strychu brat, szesnastoletni Stacho.
Nie chciałam za nic usnąć - czystość ciała, czystość łóżka i pościeli, zapach siana, spokojne oddechy rodziny i najpiękniejsza muzyka - pochrapywanie kowala - sprawiały, że za nic nie chciałam usnąć. Było za dobrze trwać tak w tym poczuciu bezpieczeństwa, ażeby utracić je przez sen. Niestety zmęczenie i wyczerpanie wzięło górę - ale cóż! sen zmienił się w malignę... we śnie bolały żebra, we śnie Łotysze i esesmani gonili mnie... Co chwila wpadałam w blokadę... Budziłam się z krzykiem: - Idą! Idą! - Raz tak głośno krzyknęłam, że aż kowal zwlókł się z łóżka, podszedł do mojej pościeli, obudził mnie, kładąc ciężką, twardą rękę na moim czole.
- Cichojta, siostro, cichaj... adyć ludzie usłyszą te krzyki...
Pierwszy ranek w kowalowej chacie był niebieski i słoneczny. Przez okienko komory dochodziły bujne odgłosy życia: gdakanie kur, pianie kogutów, prosiaki cmokały, a krowa (na imię jej było Koza - duma i radość całej rodziny) pomukiwała od czasu do czasu. Z kuźni słychać było walenie młota... Ocknęłam się... ale znowu jak wieczorem nie chciałam usnąć, tak teraz nie chciałam się obudzić. Dobrze było trwać w tej przez zamknięte powieki dochodzącej słonecznej niebieskości, w gdakaniu, ćwircileniu ptactwa, w trwaniu bezosobowym, w bezpiecznej bezosobowości... A jednak otworzyłam oczy. Łóżko gospodarzy stało puste, byłam sama. Słońce przedzierało się przez zieloną ścianę liści, osłaniającą okienko w komorze. Na ścianach komory wisiało mnóstwo świętych obrazów, a największy - Serce Jezusowe - był otoczony wieńcem z bibułkowych róż.
Przez uchyloną szparę drzwi zobaczyłam oko Danusi.
- No, obudziłaś się nareszcie!
Dostałam talerz zacierek z kartoflami, chleb grubo posmarowany masłem i kubek gorącego mleka. Danusia przysiadła na łóżku.
- Ty jesteś moja znajda, ja się będę o ciebie markocić. Wiesz, nacieszyć się tobą nie mogę, nie mogę się na ciebie napatrzyć. Ojciec mówi, że ty ślachetną masz twarz i całą osobę. Może ty jesteś królewna? Może ty niezwyczajna naszego jedzenia?
- O, Danusiu, Danusiu... Jestem zwyczajna liście z drzewa jeść i obierzyny z kartofli.
Ale Danusia nie mogła uwierzyć. Palcem dotykała brwi, znamienia na policzku, zaglądała mi w usta, sprawdzała, jakie mam zęby. Rozczulała się nad moimi siwymi włosami. Wreszcie zdecydowała, że powinnam wstać, a myć się i ubierać będę w komorze: - ...bo może sąsiadka zajrzeć do kuchni albo który chłop z czworaków, dziwno by mu było, że o tej porze ktosik wstaje. Ojciec już w kuźni rozpowiada od rana, że rodzina z Warszawy przyjechała. Ty się niczym od nas nie możesz wyróżniać - tak tata przykazał.
Bardzo uważnie przyglądałam i przysłuchiwałam się wszystkiemu, jak co robią i jak mówią - przecież musiałam być taka sama jak oni, a z każdą chwilą wydawało mi się to trudniejsze. Ze smutkiem skonstatowałam, że byłam jakaś inna od nich, ale to nie była różnica odrębności rasowej, to była raczej odrębność środowiska, w którym wyrosłam, a może odmienne wychowanie. Przeklinałam tę "kulturę", która mi teraz przeszkadzała na każdym kroku, i postanowiłam ją zniwelować.
Ubrana w fartuch kowalowej, w chustce na głowie, boso, poszłam z Danusią po zielsko dla krowy. Szłyśmy miedzą wśród kartoflisk, za nami biegł Ciapek, który od pierwszego wejrzenia zaprzyjaźnił się ze mną.
- Czy ty rozumiesz, dziewczyno, coś mi dała? - zapytałam się Danusi. - I życie, i świat, i niebo, i wiarę w człowieka...
- No, już nie powtarzaj mi w kółko tego samego, powiedz lepiej, czy nie wiesz, co trzeba zrobić, żebym te piegi zgubiła?
- Kochana! Przysięgam, że nie wiem, ale przysięgam również, że ci z tymi piegami pięknie, że te piegi mi się szalenie podobają.
Ale Danusia nie uwierzyła i machnęła ręką. Rwałyśmy zielsko, po piętnastu minutach miałam pokrwawione ręce i krzyż mi pękał z bólu. Zacięłam zęby. "Nie mogę przecież pokazać, że jestem niedojdą". Rwałam dalej, aż Danusia wybuchnęła śmiechem:
- Moja biedna znajda! Toć ci krew idzie! Przestań już, bo co ty narwiesz przez godzinę, to Kozunia jednym machnięciem jęzora połknie. Połóż się na miedzy i odetchnij.
Było już południe. W chałupie Rozyna przy kominie nalewała w talerze kapuśniak. Gdzie kto stał, brał miskę, kucał i jadł. Tylko kowal i ja siedzieliśmy za stołem. Po jedzeniu kowal się przeżegnał, króciutką dziękczynną modlitwę odmówił, zapalił papierosa i przemówił w te słowa:
- Słuchajta, co wam wszystkim powiem! Ja tu jestem prowadziciel rodziny i co mówię, miarkujcie se. Myśmy sobie znajdę do chałupy wzieni i dobrze jest, i tak powinno być. Ale pomyślunek i porychtowanie dzisiaj mieć trzeba, bo z Kołbieli Rokicki wrócił i w kuźni opowiadał, aże dygocę cały! W Kołbieli wszystkich Żydów wybili, a wszędzie afisze rozklejone, że niby kto Żyda lub Żydówkę u siebie schowa albo jeśli wie, że u sąsiada jest, a nie wyda, to jego i jego całą rodzinę na śmierć wystrzelą. Jakoż każdego jednego, co się przyjmie, czy z rodziny, czy znajomego, zaraz meldować trzeba. Więc pomyślunek trzeba mieć i porychtowanie! I dlatego znajdę też trzeba zameldować.
Słuchając tej przemowy, czułam, jak cierpnie mi skóra na karku. Jak się zameldować - nie mam dokumentów? Wiem, że Jerzy jest w Warszawie, ale czy on już ma dokumenty dla mnie? Prawdopodobnie myśli, że zginęłam w likwidacji getta otwockiego... Patrzałam przerażona, zrozpaczona... Wyrzucą mnie, każą mi iść - i będą mieli rację... Dlaczego oni mają narażać siebie, całą rodzinę na śmierć dla nieznajomej, obcej kobiety.
Spojrzałam na Danusię. Dziewczyna zuchwale, buntowniczo patrzała na ojca, wreszcie wybuchła:
- Co też ojciec będzie meldować? Jak meldować? Ona nijakich papierów nie ma, ona jest moja, ja ją sobie znalazłam i nie dam jej palcem ruszyć.
- Cichoj, ty głupia! a gębę zamknij! Ja pomyślunek mam i porychtowanie też, i tak robić trzeba, żeby ludzie podstępu nie znaleźli, i jam już sobie wszystko przy kowadle obmyślił - i jakem postanowił, zrobimy! Tobie, znajdo, powiem uczciwie, co do rodziny się tyczy, a jezdeś uczona i rozum masz, więc najlepiej zmiarkujesz. Widzisz, moja matka, Nepomucyna Czajka z Miastkowa, gospodynią była we dworze u hrabiów Dernałowiczów. Gorącej krwi kobiecina i w chłopach gustowała, i tak się w tych romansach rozsmakowała, że co z jakimś zaczęła, to buch - nowe dziecko na świat! A jedną też dziewuchę miała, Stefkę. Ta Stefania ochrzczona w parafii w Mińsku Mazowieckim. Weź, Danusia, rower i już cię nie ma! Dwa złote dasz i mentryke z parafii przywieziesz - i tak siostra Stefania nieczytelna jest, na Pradze w Warszawie mieszka, a my tu drugą, niby tę samą Stefanię będziemy mieć, i z tego będzie, żeś siostra moja rodzona jest, a z innego ojca. Potem do gminy pójdziesz z Danusią i na tę mentryke kenkartę ci wydać muszą. Ta Stefka chyba sześć, osiem lat od ciebie starsza będzie, ale to ci tylko się nada.
Patrz, Janko! Tu jest moja kenkarta! Czytaj: Stefania Czajka z matki Nepomucyny Czajki, ojca nieznanego... W ten sposób narodziła się Czajka, która ci opowiada historię swego ocalenia...
Teraz ja z kolei opowiedziałam o rodzinie, że mam męża - i podałam adres, prosząc, aby Danusia pojechała, zawiozła mu list, gdzie i u kogo jestem.
Wieczorem Danusia wróciła z Warszawy oczarowana, zachwycona. Jerzy szalał z radości. Dziękował jej za uratowanie mi życia. Pytał się, czy rodzice zgadzają się mnie zatrzymać, dał jej jakąś sumę pieniędzy na moje utrzymanie i prosił o stały kontakt i wiadomości o mnie.
Za pieniądze przywiezione przez Danusię kowal kupił na targu w Kołbieli cztery prosiaki - radości i zachwytom nad jednym, który miał czarne plamy na grzbiecie, nie było końca. Czułam, że rodzina jest ze mnie zadowolona, i przysięgłam sobie, że wszystko uczynię, żeby nigdy nie pożałowali swego szlachetnego czynu.
Mijały tygodnie. Ludzie z czworaków, dzieci z czworaków, kowal z Rudzienka, Rokicki, Anielka ze dworu, zwana "Ślepakiem", przyzwyczaili się, że siostra kowalów, miastowa siostra, przyjechała do rodziny, bo w mieście co rusz to łapanki i ludzi na roboty do Rzeszy wysyłają, to się u rodziny przed tym schroniła.
Przyszło kopanie kartofli. Dwa dni kopałam pod bokiem Danki, a że wyprostować się potem nie mogłam, to zostawałam w domu, aby gotować obiady, a na moje miejsce Rozyna szła w pole. Często gęsto trzeba było "wojtka" kręcić, to jest przy miechu robić w kuźni - z tym sobie też z czasem radziłam. Przywykłam i coraz goręcej lgnęłam do nowej rodziny.
Wiesz, Janko, tylko w książkach bywają ludzie całkiem dobrzy jak anieli, bez żadnej skazy. Życie to życie, a ludzie to ludzie... i moja rodzina kowalów miała ludzkie przywary.
Kowal, nasz prowadziciel, co tyle pomyślunku miał i porychtowania, nie stronił od kieliszka i upodobanie do kobiet miał wyraźne. Nie był wzorowym mężem ani wzorowym ojcem. Co pewien czas wracał czy to z Mińska, czy to z Kołbieli, czy z Otwocka nie bardzo trzeźwy. Jechał tam sprzedawać radełka albo lemiesze i, jak to bywa, za powrotem w domu "remont" następował. Najczęściej doprowadzało to do ogólnej bitwy. W tych razach, kiedy już lampka naftowa leciała na ziemię, a wszystko w jednym skłębieniu ciał toczyło się od ściany do ściany (dzieci brały stronę matki), ja po ciemku na czworakach starałam się wycofać z pola bitwy. Przed oknami naszej chaty, przed drzwiami kuźni, stał tłum sąsiadów, na głos komentując krewkość kowala i zadzierzystość kowalowej. Ostrożnie, starając się nie zwracać uwagi, przeciskałam się między gromadą, biegłam w stronę Glinianki i tam przykucnięta pod wierzbą czekałam... Raz, na jesieni to było, deszcz lał jak z cebra, w chałupie dudniło, wydawało się, że to już nie chata, a okręt pijany, wydawało się, że cała kuźnia się kolebie, a krzyki chyba do samej Żakty słychać było. Czekałam do samego rana - długa to noc była - wiatr mi siekł twarz, zimnisko i deszcz, cała przemokłam. Biadoliłam, że ta noc nigdy się nie skończy i w chałupie nikt żywy nie zostanie!... Przykucnięta pod wierzbą płakałam. Po czterech godzinach Danusia mnie odszukała. Krew jej szła z nosa i ucho miała naderwane.
Kucnęła koło mnie, objęłyśmy się za szyję i razem płakałyśmy.
Bitwy takie nieczęsto się przydarzały, natomiast częściej po powrocie z jarmarku kowal przybywał w świetnym humorze i pięknie a godziwie zabawiał całą rodzinę. Nierzadko również bywało, że przyjeżdżał w stanie błogosławionego upojenia i pewnej, że tak powiem, perfidnej figlarności. Z tej to konstelacji wyprowadza się historia z Marią Konopnicką, której sobie do dziś dnia nie umiem wytłumaczyć. A było to tak:
Kiedyś dawniej już Danusia zauważyła, że w zeszycie, przysłanym mi przez Jerzego z Warszawy, ołówkiem coś bazgrzę. Zaciekawiło ją to.
- Znajda, przeczytaj mi, coś tam napisała!
Zwierzyłam się jej, że piszę wiersze, i przeczytałam wiersz pt. W kowalowej chacie. Danusia zaczerwieniła się z radości, orzekła, że to piękniejsze od Powrotu taty z wypisów i wieczorem dzieło moje zostało odczytane całej rodzinie. Rozyna się zdumiała.
- Kto by to pomyślał, jak ona te słówka ułożyła, że to się tak zgadza do słuchu. Jaka to zmyślna robota!
Kiedy zaś Danusia recytowała z pamięci Zabawy z Ciapkiem, wiersz się tak spodobał, że mi dano zamówienie.
- Napisz o Matce Boskiej z Gedeeli, napisz tak, jak naprawdę my to rozumiemy...
Wynalazłam sobie pień nad Świdrem, w gaiku olchowym. Tam to przytaskałam z pomocą Zosi i Stacha wielki kamień. Zakątek ten został szumnie nazwany "Świątynią Dumania" - i tam to pisałam wiersze.
Rodzinę kowalów zachwyciła nazwa.
- Czy siostra jest w Świątyni Dumania? - pytał kowal, uchylając drzwi od kuźni.
Rozyna przysyłała kubek maślanki:
- Naści, Danusia, idź do ciotki, pewnikiem pisze w Świątyni Dumania.
I zamówienie na wiersz o Matce Boskiej z Gedeeli zostało wypełnione dokumentnie:
Matka Boska z dziwnej Gedeeli
Łaskę ześle, serce uweseli.
Kiedy rano wstanę, to na powitanie
W śliczne kwiaty obraz ustroję na ścianie.
Z papieru lilije, a z bibułki róże -
Matko Miłościwa! oddal od nas burze!...
Róże powystrzygam niebieskie, liliowe,
Kolorowe kwiaty w koronę nad głowę,
I cud się wypełnia! cud nie byle jaki!
Przez malutkie okna zlatują się ptaki,
A łuna ognista z obrazu aż ślepi,
Ptaszkowie świerkają pięknie, coraz lepiej.
Uśmiecha się słodko Matka z Gedeeli,
A tu kwiaty pachną, śpiewają anieli...
Papierowe kwiaty ożyły ogniście,
Żywe i zielone wyrosły im liście -
Wzruszeni pobożnie, u stóp Twych w pokorze
Błagamy Cię, Pani, bo Ty wszystko możesz!
Uczyń cud nam taki - cześć Tobie i chwała -
Żeby Niemiec zginął, a Polska powstała!...
Pytałam się poprzednio już, gdzie jest Gedeela, czy w Polsce, czy na Ziemi Świętej, ale Rozyna poczuła się urażona.
- Taka uczona jesteś, a nie wiesz, gdzie jest Gedeela? Toć tam święty Izydor mieszkał!
Nie wiem dlaczego, ale we wszelakich frasunkach Rozyna wzywała tylko świętego Izydora. Aż kiedyś przy międleniu lnu Rozyna powiedziała:
- Czy bratowa obejrzała sobie księżyc, jak zza stodoły wychodzi?
Wydawało mi się, że dobrze obejrzałam księżyc.
- No, a świętego Izydora z wołami widziała?
Rzeczywiście, świętego Izydora nie umiałam zobaczyć. Twardowskiego w jednym bucie tak, a Izydora nie. Rozyna zdecydowała:
- A bo bratowa tyle się w życiu napłakała, tyle śmierci napatrzała, że storgła i dlatego świętego Izydora i wołów nie widzi. - Pokiwała głową i uśmiechnęła się do mnie. Zawsze mnie za naguśkie serce chwytało, jak Rozyna się uśmiechała...
I potoczyło się dalej z tymi wierszami. Najpierw Danusia zaczęła pisać wiersze - i o słowiku, i o bzach liliowych, i o sercu rozdartym, i o tym, że obietnice szczęścia na piersiach oblubienicy. Potem kowal przed wieczerzą, prosto jak od ogniska z kuźni przyszedł, zapowiedział:
- Prowadzicielem rodziny jestem i jestem boeta! W pisaniu mam za ciężką od młota rękę, alem cały dzień obmyślał i umyśliłem na pamięć! Słuchajcie!
Młot w kowadło buch, buch, buch!
Kowalówka duży zuch.
Jasno w kuźni ogień płonie,
Ja od śmierci Cię obronię!
Hitler zajął cały świat -
Kowalówka większy chwat!
Oklaskom i wiwatom nie było końca. Winszowałam mu wzruszona i zachwycona. Danusia skakała z radości po izbie, namawiając ojca, aby rzucił fabrykowanie radełek i klepanie lemieszów, zapewniając, że jego wiersze będą drukowane w wypisach.
Wtedy to właśnie nastąpiła katastrofalna historia z Marią Konopnicką. A więc w sobotę, w tygodniu największego nasilenia poetyckiego w chałupie, Maniek, to jest kowal, wrócił z Mińska we wspaniałym humorze. Przywiózł Rozynie sześć garnków aluminiowych. Odświętnie - w czarnym ubraniu, w białym sztywnym kołnierzyku - jaśniał cały od wewnętrznego upojenia. Oczy mu błyszczały, nos mu błyszczał, łysina mu błyszczała. Zgromadziwszy całą rodzinę na jednej ławie koło komina, stanął przed nami.
- Ot, a ja prawdę poznałem i już wiem, co w trawie piszczy!
Tu parsknął śmiechem i na mnie wskazał palcem.
- Co w trawie piszczy, to jest to, co się tyczy boezji. - Zawsze "poezja" albo "poeta" wymawiał "boezja", "boeta", co sprawiało mu szczególną satysfakcję. - Uczona w boezji jesteś, a czyś słyszała kiedy o boetce Marii Konopnickiej?
- Naturalnie, że słyszałam. Zresztą Danusia nieraz nam mówiła wiersz o królu i chłopie, co to poszli na wojnę, albo tę Rotę, co wieczorami śpiewamy, też napisała Konopnicka...
- Ach, to ty ją znasz i uważasz, że to ważna boetka?
Zapewniałam go żarliwie, że Konopnicka jest największą poetką polską.
- No to wiedz, że właśnie od niej wracam! - krzyknął tryumfalnie.
Zaniepokoiłam się na serio. Daty... Daty, rok urodzenia, rok śmierci, nic się nie zgadzało, tym bardziej że Rozyna syknęła brzydkie słówko, a Danusia wbiła we mnie nieufny wzrok.
- Maniuś! Możeś i ty był u jakiej Konopnickiej, ale to na pewno nie poetka Maria Konopnicka!
Maniek wydął pogardliwie dolną wargę.
- Co powiadasz? Nie Maria Konopnicka?!... A jak ci świadków postawię, to co ty na to?... Sitek z Miastkowa i Boguś Miedziński z Miastkowa... może ci tego mało? Co? Może chcesz, żeby tu przyszli i z tobą pogadali?!
Na Boga żywego! Za nic nie chciałam, aby Sitek i Boguś Miedziński przyszli do chałupy i ze mną gadali!
- No nie, może i masz rację... No i co, i jak się z Marią Konopnicką spotkałeś?
- A widzicie, jak jej rura zmiękła! Myślała, że ona jedna boetka jest, a ja wam sprawiedliwie powiadam, że już tę boezję przejrzałem i wiem, co o tym myśleć! - Parsknął śmiechem. Widać z Sitkiem i Bogusiem Miedzińskim niezłą libację mieli.
- Tak, tak! - zwracając się do Rozyny, ciągnął - ślubna ty moja jesteś, a uszanowania i posłuchu u ciebie nie mam, a niech krok za kuźnię się ruszę, to dygnitarze - i to jakie! - a ministry, a boeci, zaraz mnie kołem otaczają, a jak mnie chwalą, a jak mnie wynoszą! Tylko tu w chałupie tępaki jakieś nie rozumieją, jaka to ja godna osoba jestem! Ot, i dziś największa, powiada siostra, boetka, co? Najznakomitsza w Polsce boetka, Maria Konopnicka, powiedziała: "Ot, ty Maniuś! - ty nie wiesz, jak ja cię lubię, jak mi się całkiem inaczej pisze, jak tylko na ciebie popatrzę! Maniuś, nie odmawiaj boetce, a zaprowadź mnie do restauracji w Warszawie, zaproś Sitka i Bogusia Miedzińskiego i z kulturą a cywilizacją kolację zjemy!".
Wtrąciłam:
- A do jakiego lokalu Konopnicka chciała iść?
Maniek potoczył tym błyszczącym okrągłym okiem po nas, ściśniętych na ławie wedle komina.
- Do jakiego lokalu? Do "Europy" na placu Marszałka! No co, odpowiada ci lokal?
Podkuliłam pod fartuch zabłocone palce u nóg.
- Toć mi się nawet i nie marzą takie wspaniałości... No i co, co dalej?
- Aha! Ty Mańka na słowo chcesz złapać! Niedoczekanie twoje!... Więc idziemy do "Europy". Maria Konopnicka kota jakiegoś na szyję założyła, kapelusik z fiutką, nos mąką ubieliła, a chustkę do nosa miała niczego, w zieloną pięciolistną koniczynę!...
Och, Janeczko!... Jak ciężko jest zmieniać ustalony światopogląd!... Maria Konopnicka na fotografiach ma w górę zaczesane włosy, kołnierzyk wysoko podchodzący do uszu, okulary ze sznureczkiem na nosie... i jak to się wszystko odmienia!...
- Sitek wynalazł sposobny stolik niedaleko bufetu, a Miedziński kupił gazetę i położył przed sobą, żeby ludzie wiedzieli, żeśmy kawalery z lekturą! Co z tego? Boetka psuła całą naszą prezencję, bo coj rusz, to za klapę od marynarki ciąga mnie. "A śpirytusu dasz, Maniuś?" To znów: "Czysty śpirytus, a nie bimber, od bimbru się ślepnie... a popatrz, Maniusiu, jakie ładne ślepki mam. Samemu by ci żal było, gdybym zaniewidziała!". Ja jej: "Pani boetka, mityguj się - powiadam - zapatruj się pani na inne hrabiny, co stoliki obsiadły, i staraj się takie jak one obejście mieć". Ale co tam! Jak się nie przypnie do Sitka, rychtyg rzep do końskiego ogona. "Sitek! zaanonsuj już śpirytus!" A w pauzach to wiersze deklamowała wszystkich wieszczów, a przeważnie pod melodię tanga. Jeden Miedziński postawy nie stracił, tylko grzecznie basem, aby jej piski zagłuszyć: "A jakie szanowna pani życzenie ma pod względem zagrychy?". Na to jak boetka już nie do rymu wrzaśnie: "śpunder! śpunder! ale żeby tłusty był, do kości przyrośnięty!" - aże wszystkie grafinie głowy na nas odwróciły. Kelner, pańska osoba, meldunki na papier spisał, a jak wrócił z tacą obstalunku, jak nie zacznie się ona do niego przymilać, dalej z nim znajomość zawierać - aż mnie ze wstydu duszności złapały i szklaneczką całą płynu orzeźwić się musiałem. Sitek tylko jedno w kółko powtarzał: "Ustatkowania, a nie sekspilu od fachu pisarskiego śmiertelny człowiek wyprasza sobie". Boguś Miedziński, w każdym jednym towarzystwie ze świecą poszukiwany, zgorszenie jawne okazywał, a ona nic, tylko nie rozgryzając, całe kawały śpundru łyka, aż tłustość jej po brodzie spływa. Już mnie złość wziena i powiedziałem jej wtedy jasno, wyraźnie, żeby zrozumiała, może nie w te słowa, ale w ten deseń: "Szanowna boetko, wiersze pani jako jej życzenie było, pod każdziuchną strzechę zbłądziły, i owszem - jak w małych, tak i w dorosłych podziw budzą i są rzeczywiście na zbudowanie duchowe bardzo odpowiednie, żywych natomiast boetów i żywe boetki nie należy osobiście podejmować, bo to już na zbudowanie duchowe nie jest, a wprost przeciwnie! U mnie w chałupie też tę rozkosz mam, jedną pisarkę od wierszy goszczę, żałuję, że nie mogę jej sprowadzić, ale od przeciągu historycznego tak ją sparaliżowało, że właśnie i nosa pokazać nie śmie. Więc wracając do sensu, powiadam, że wy po śmierci nosicie ten kaganiec oświaty przed narodem, ale nie za życia, i dopraszam się mych tu oto zebranych przyjaciół pod ten kaganiec wypić". Co, w domu nikt nie jest prorokiem, ale tam na sali takie mi owacyje zgotowali rodacy, żem łez utrzymać nie mógł. I to nie patałachy byle jakie, a same ministry, senatory i marszałkowie sejmowi, co teraz przed Niemcami udają zwykłych bimbiarzy, aby nie do poznaki byli - człowiek obeznany zaraz miarkował te ich cywilizacje i kulturę. Tobie, Rozyna, nie marzyć nawet, aby cię dopuścili do swego towarzystwa! A ty, Stefka - zwrócił się do mnie - całą tę rzecz dobrze rozpatrz, a pomiarkuj, a pracuj nad sobą, to jest nad charakterem swoim i równowagą duchową, żebyś do Marii Konopnickiej podobna nie była. Ty nasze pradawne szanowane nazwisko teraz nosisz i niedoczekanie twoje, abyś je skompromitowała! Uf! tak powiadam!
Siedziałyśmy na ławie pod kominem, wstrząśnięte... ja czułam się starta w proch i pył. Maniek rżał szatańsko i zacierał ręce. Próbowałam stanąć w obronie Marii Konopnickiej i starałam się wykazać datami, że prawie od pięćdziesięciu lat Konopnicka nie żyje, więc absurdem jest, aby to ona we własnej osobie w Hotelu Europejskim domagać się mogła "śpundru i śpirytusu". Wszystko daremnie! Maniuś pękał ze śmiechu, bił się po łysinie, łypał to jednym, to drugim okiem, aż orzekł:
- Idźta spać, niczego nie przetłumaczysz, bo świadków mam, a zresztą cała restauracyja na własne uszy słyszała, na własne oczy widziała!...
Wiele lat upłynęło od tego wieczoru i bardzo wiele spraw ludzkich się przewaliło. Danusia jest teraz moją przybraną córką, a Maniuś jakiś czas temu przyjechał z Dobrzyńca w odwiedziny. Przy kolacji wypiliśmy ze ćwiarteczkę i, jak to zwykle u nas, popadliśmy w stan wspominań.
- Maniusiu, bracie mój serdeczny, przyznaj mi się teraz! Przecież to tak dawno było, kogoście to wtedy z Sitkiem i Bogusiem Miedzińskim w Warszawie poznali, kogo to jeszcze do kompanii zaprosiliście?
Maniek zesztywniał niby lodowiec.
- Co? Jak proszę? Siostra znowu nie wierzy w Marię Konopnicką?... Z bólem serca, ale w takim razie musimy zerwać nasze rodzinne stosunki!
Naturalnie błagałam go o przebaczenie i przysięgłam, że nigdy w życiu ani na chwileczkę nie pozwolę sobie mieć choćby najmniejszej wątpliwości. I przyznaję - Maria Konopnicka fatalnie popsuła opinię wszystkim poetkom w Polsce!