Wstęp
Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw z czasów Zagłady ocalało dużo. Ci, którzy nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę pisania o katastrofie podczas trwania katastrofy, najczęściej adresowali swoje zapiski "do przyszłego czytelnika". Chcieli, aby świat ich usłyszał. Nie możemy pozwolić, aby ich świadectwa pozostały nieme - przysypane kurzem archiwów.
BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY zrodziła się z przeświadczenia, iż pomimo różnych inicjatyw edytorskich wciąż zbyt mało tekstów, w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych i udostępnionych czytelnikom. Zbyt mało wobec potrzeb badawczych i czytelniczych zainteresowań, a także wobec obecnych niemal w każdym ocalałym zapisie apeli, nakładających na nas wszystkich moralną powinność lektury.
BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY skupia się na prezentacji dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form autobiograficznych i spisywanych hic et nunc, tzn. w gettach bądź w ukryciu poza murami, ale jeszcze w czasie trwania wojny i okupacji. Teksty są publikowane w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.
BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY jest wydawana przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, przy współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie.
"PAMIĘTAM, ŻE BYŁEM DZIWNIE SPOKOJNY. O WSPOMNIENIACH SYMCHY BINEMA MOTYLA
Symcha Binem "Wacek" 1 Motyl urodził się w Gostyninie w 1909 r.; jego ojciec 2 był drobnym handlarzem sprzedającym zboże. Symcha miał dwóch braci. Starszy, Mojsze, wyemigrował w 1929 r. do Palestyny, gdzie zmienił imię na Mosze Ben Dawid i ożenił się z daleką kuzynką Szoszaną 3, również pochodzącą z Gostynina. Młodszy zaś, Boruch, przeżył drugą wojnę światową, ukrywając się na wsi; po wojnie również wyemigrował do Palestyny, gdzie walczył w wojnie izraelsko-arabskiej w 1948 r. 4
Choć rodzina nie była zamożna, Symcha Motyl ukończył szkołę powszechną oraz gimnazjum 5 w Gostyninie, po czym wyjechał do Warszawy, gdzie został zatrudniony w Związku Żydowskich Kupieckich Stowarzyszeń Spółdzielczych z siedzibą w Warszawie (przy ulicy Mariańskiej 8), założonym w 1928 r. Do zadań Motyla należało między innymi wizytowanie banków spółdzielczych oraz stowarzyszeń w całym kraju. W 1935 r. Symcha Motyl ożenił się z Nechą (Nadzią 6) Damazer, jedną z dziewięciorga dzieci Benjamina Damazera. Damazer był właścicielem wędliniarni oraz delikatesów na rogu ulic Pańskiej i Wielkiej; ponadto znany był z działalności charytatywnej - zasiadał w Zarządzie Centosu (Centralnego Towarzystwa Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi). Benjamin Damazer zmarł w 1937 r. i został pochowany na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie 7. Z ósemki jego dzieci tylko trójka przeżyła drugą wojnę światową: Neszka i dwóch jej braci - Szlemo (Staszek) i Heniek. Staszek (ur. 1915 r.) w 1939 r. uczestniczył w kampanii wrześniowej; wzięty do niewoli na terenach zajętych przez Rosjan został zwolniony na podstawie amnestii dla obywateli polskich w ZSRR będącej konsekwencją podpisania układu Sikorski-Majski w 1941 r. i wstąpił do armii Andersa. Nazwisko Staszka można znaleźć na liście żołnierzy 3. Dywizji Strzelców Karpackich (kapral, strzelec w 3. baonie) - wiadomo, że walczył pod Monte Cassino i był odznaczony Krzyżem Walecznych. W 1945 r. odnalazł swoją siostrę w Belgii; sam mieszkał po wojnie w Londynie, gdzie kontynuował rodzinną tradycję, prowadząc delikatesy w Willesden (dzielnica w północnym Londynie) 8. Jego najmłodszy brat Heniek w 1939 r. wyjechał do Belgii, gdzie w Antwerpii ukończył szkołę handlową. Podczas wojny uciekł do Wielkiej Brytanii; tam został wcielony do wojska 9. Po 1945 r. mieszkał w Brighton i prowadził sklep z narzędziami; żyje do dziś 10.
Po ślubie Nadzia i Symcha Motylowie zamieszkali w Warszawie przy ulicy Śliskiej 18; 13 maja 1936 r. urodziła się im córka Lidia. Do wybuchu wojny Symcha Motyl pracował we wspominanym Związku Żydowskich Stowarzyszeń Kupieckich; jego żona zajmowała się domem. 1 września 1939 r. zmienił wszystko; Motyl został bez pracy. Podporządkowawszy się radiowemu apelowi płk. Romana Umiastowskiego, który wezwał wszystkich mężczyzn do opuszczenia Warszawy i udania się na wschód, autor trafił do Kałuszyna, gdzie był świadkiem bitwy między wojskami polskimi i niemieckimi. Rozumiejąc, że dalsza ucieczka na wschód jest bezsensowna, postanowił wrócić do żony i dziecka. Od tej pory Motyl skupił się na łapaniu każdej okazji, która pozwoliłaby mu zdobyć pieniądze na przeżycie dla swojej rodziny. Początkowo pracował jako komisarz spisowy dla Gminy Żydowskiej; szybko jednak postanowił wyruszyć znowu na wschód, na tereny zajęte przez Rosjan, aby sprawdzić, jakie tam panują warunki życia, i ewentualnie ściągnąć rodzinę. Wyprawa ta zakończyła się niepowodzeniem - mimo pomocy krewnych Motyl nie mógł znaleźć pracy. Wrócił zatem do Generalnego Gubernatorstwa, przy okazji przywożąc pieniądze oraz żywność.
Ten pierwszy sukces w szmuglowaniu towarów przez granicę poddał mu pomysł do dalszego zarobkowania. Po powrocie do Warszawy Motyl, wykorzystując fakt, że jego rodzice mieszkali na ziemiach włączonych do Rzeszy, stał się przemytnikiem przewożącym przez zieloną granicę produkty żywnościowe oraz papierosy i spirytus. Mimo wpadek interes kręcił się nieźle aż do listopada 1940 r., kiedy to po utworzeniu getta warszawskiego ten sposób zarabiania na życie stał się niemożliwy; Motyl nie zrezygnował jednak i zajął się szmuglem towarów do getta. Wkrótce, dzięki pomocy znajomych, załatwił sobie przepustkę uprawniającą do poruszania się po powiecie sochaczewsko-błońskim w celu skupywania dla potrzeb wojskowych surowców wtórnych. Motyl i jego koledzy wykorzystali ją, sprzedając ludności wiejskiej rzeczy wywiezione z getta. Tak wspominał ten czas: "był to właściwie najlepszy okres w czasie wojny. Chociaż na każdym kroku czyhały niebezpieczeństwa, to jednak obracałem się na wolnym powietrzu [...], odżywiałem się świeżymi produktami wsi w przeciwieństwie do moich ziomków, którzy dusili się w ciasnym brudnym getcie, gdzie stopniowo ginęli bądź to z głodu, bądź z panoszącego się wówczas tyfusu plamistego. W październiku 1941 r. ważność przepustki jednak się skończyła, a Motyl zachorował na tyfus; rekonwalescencja trwała całą zimę. Aby zapewnić byt rodzinie, wyprzedawał rzeczy z domu, a dzięki kontaktom ze szmuglerami dorabiał przemytem żywności.
W lipcu 1942 r. rozpoczęła się akcja likwidacyjna w getcie; codziennie tysiące Żydów wywożono do obozu zagłady w Treblince. Jedną z niewielu szans przeżycia było zatrudnienie się w tak zwanych szopach, czyli zakładach produkujących dla Niemców. Tu znów z pomocą Motylowi przyszli znajomi i rodzina - a dokładniej Szymek i Mietek Kacowie, którzy zatrudnili Symchę i Nadzię w szopie szczotkarzy. Niestety, mimo wszelkich starań córeczka Motylów Lideczka zginęła we wrześniu 1942 r., zabrana z kryjówki przy ulicy Miłej 52.
Po zakończeniu akcji likwidacyjnej Nadzia przebywała w szopie szczotkarzy przy ulicy Świętojerskiej, Symcha zaś pracował na placówkach po stronie aryjskiej; korzystając z okazji, dorabiał oczywiście szmuglem, przenosząc do getta ubrania i żywność. Wkrótce ze znajomymi założył w szopie punkt szmuglerski (nazywany przez niego żartobliwie towarzystwem transportowym) i przerzucał przez mur również rzeczy osób, które postanowiły wyjść na stronę aryjską i tam się ukrywać. W styczniu 1943 r., wykorzystując kontakty z Polakami, znalazł kryjówkę dla żony: najpierw przy Krakowskim Przedmieściu, a później, przypadkiem, w mieszkaniu dokładnie po drugiej stronie muru, przy ulicy Nowiniarskiej (mógł więc codziennie widywać żonę w oknie). Motyl rozszerzył w ten sposób swoją działalność szmuglerską o przemycanie ludzi na drugą stronę, dzięki temu udało się wydostać z getta kilkudziesięciu osobom. Dokładnie opisał wszystkie zagrożenia związane z zarobkowaniem - od patroli niemieckich aż do polskich szmalcowników. Niewykluczone również - o czym nie wspominał - że miał kontakty z podziemiem żydowskim; jedna z kwater ŻOB znajdowała się bowiem w budynku obok, przy Świętojerskiej 34.
Tymczasem rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta i wybuchło powstanie. Trzeba trafu, że tego dnia Nadzia przyszła zza muru odwiedzić męża; razem ukrywali się najpierw w schronie przy ulicy Franciszkańskiej, a następnie w bunkrze szczotkarzy, urządzonym na czwartym piętrze budynku przy ulicy Świętojerskiej 32. Kiedy budynek zaczął płonąć, wyszli z niego, uciekli, ale dostali się w ręce Niemców i zostali zaprowadzeni na Umschlagplatz. Stamtąd trafili do transportu jadącego do Majdanka; udało im się uciec - wyskoczyć z pociągu w okolicach Dęblina i wrócić do Warszawy.
Tu zaczyna się druga część wspomnień, opisująca przeżycia związane z ukrywaniem się po aryjskiej stronie. Nadzia Motylowa ukrywała się nadal we wspominanym mieszkaniu przy ulicy N owiniarskiej u pani Leny Jasińskiej, a po wyrobieniu papierów na nazwisko Natalia Kowalska pracowała przez krótki czas jako gospodyni. Symcha Motyl zaś zmieniał kolejne kryjówki. Wreszcie w lipcu 1943 r., ze względu na rosnące niebezpieczeństwo ukrywania się i za namową przyjaciela, poszli z żoną do Hotelu Polskiego.
W ten sposób Motylowie stali się uczestnikami jednego z bardziej sensacyjnych epizodów w historii zagłady Żydów warszawskich, który w literaturze zyskał nazwę "sprawy" lub "afery" Hotelu Polskiego. To drugie określenie wskazywać ma na tragiczny koniec ludzi, którzy uwierzyli w możliwość ratunku - z około 2500 osób uratowało się tylko około 300. Wkrótce po likwidacji getta rozeszła się po Warszawie plotka, że w Hotelu Polskim przy ulicy Długiej 29 sprzedawane są dokumenty państw południowoamerykańskich, gwarantujące Żydom ukrywającym się wówczas po stronie aryjskiej bezpieczny wyjazd z Generalnego Gubernatorstwa do specjalnych obozów we Francji, gdzie mają czekać na wymianę na jeńców niemieckich internowanych przez aliantów. Mimo że wciąż żywa była pamięć o transportach, które rok wcześniej miały zawieźć Żydów z getta do pracy na Wschodzie, a pojechały do Treblinki, i mimo że wiadomo, iż organizatorzy transportów są osobami - używając eufemistycznego określenia - niebudzącymi zaufania, tysiące osób wyszły z ukrycia i przyszły do Hotelu Polskiego, szukając tam ratunku. Wiara w ocalenie nie była bezpodstawna; wiadomo, że w getcie znajdowało się ponad 700 osób, które były obywatelami państw obcych i nie podlegały wszystkim obostrzeniom nałożonym przez władze okupacyjne (między innymi nie musiały nosić opasek z gwiazdą Dawida). Żydzi ci zostali internowani w lipcu 1942 r. i wywiezieni do obozu w Vittel, gdzie mieli czekać na wymianę na obywateli niemieckich internowanych przez aliantów.
To właśnie ich los był inspiracją dla dwóch organizacji żydowskich ze Szwajcarii, które - za cichym pośrednictwem polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Londynie oraz Poselstwa Polskiego w Bernie - rozpoczęły akcję załatwiania paszportów państw południowoamerykańskich i wysyłania ich Żydom w Generalnym Gubernatorstwie. Niestety, kiedy paszporty i promesy (przyrzeczenia obywatelstwa) zaczęły przychodzić na przełomie lat 1942 i 1943, większość z adresatów już nie żyła; ci, którzy zdążyli odebrać dokumenty, zostali w maju 1943 r. internowani w Hotelu Royal przy ulicy Chmielnej i wywiezieni do obozu w Vittel. W tym momencie na scenę wkroczyło dwóch żydowskich kolaborantów - leon (lajb) Skosowski, znany jako lolek, oraz Adam Żurawin. Widząc w tym szanse na zarobienie dużych pieniędzy oraz ocalenia bliskich (obaj wysłali do Vittel własne rodziny, a Żurawin wyjechał tam sam w czerwcu 1943 r.), zaczęli sprzedawać te paszporty Żydom zgłaszającym się na Chmielną, a wkrótce na Długą 29. Nie jest jasne, czy Skosowski i Żurawin po prostu odkupili dokumenty od Niemców, aby potem odsprzedać je z zyskiem, czy też Niemcy stwierdzili, że używając tych papierów, można dobrze zarobić i zaproponowali nielegalną spółkę - nie ulega wątpliwości, że cała akcja odbywała się z przyzwoleniem warszawskiego gestapo.
Hotel Polski szybko się zapełniał; ludzie kupowali dokumenty i uczyli się na pamięć nowych tożsamości (niekiedy również dopisując kolejne osoby w paszportach). Oprócz dokumentów południowoamerykańskich (głównie Paragwaju i Hondurasu), w Hotelu Polskim pojawiły się także certyfikaty palestyńskie, sprzedawane tanio lub rozdawane za darmo - właśnie te papiery kupili Nadzia i Symcha Motylowie. Z ulicy Długiej odeszły trzy transporty z Żydami cudzoziemcami. Pierwszy 5 lipca 1943 r.; do obozu Bergen-Belsen wyjechało nim około 1200 osób. Drugi transport, liczący prawie 600 osób (w tym Motylowie), również skierowany do Bergen-Belsen, wyjechał z Warszawy 13 lipca 1943 r. Tego samego dnia pozostałe w Hotelu 400 osób zabrano na Pawiak; dwa dni później około 300 osób Niemcy rozstrzelali w bramie spalonego domu przy ulicy Dzielnej 27. Reszta, mająca dokumenty państw południowoamerykańskich, została wywieziona do Bergen-Belsen w trzech transportach w lipcu, sierpniu i wrześniu 1943 r.
W obozie Bergen-Belsen - który wówczas był przede wszystkim obozem internowania Żydów cudzoziemców - osoby posiadające certyfikaty palestyńskie nazywano pasażerami czwartej klasy, ponieważ dokumenty te uważano za mało pewne. Miało się to jednak wkrótce zmienić. Niemcy bowiem zorientowali się, że Żydzi z Warszawy legitymujący się paszportami i promesami Paragwaju, Hondurasu i innych państw nie są w większości tymi, za których się podają. Przeprowadzono zatem w obozie weryfikację dokumentów. Państwa południowoamerykańskie początkowo (mimo interwencji dyplomatycznych) odmówiły potwierdzenia prawdziwości tych dokumentów - paszporty bowiem wydawane były przez konsulów honorowych w Szwajcarii, którzy nie mieli do tego uprawnień. Kiedy wreszcie, pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, dokumenty zostały uznane, było już za późno. 21 października 1943 r. około 1800 osób z Bergen-Belsen wywieziono do Auschwitz-Birkenau i tam zamordowano. Podobne transporty z Bergen-Belsen odeszły 17 maja oraz 23 maja (350 osób). Analogiczny los spotkał Żydów z Vittel; 17 kwietnia i 16 maja 1944 r. do Auschwitz-Birkenau wywieziono 214 osób, w tym poetę Icchaka Kacenelsona, autora Pieśni o zamordowanym narodzie żydowskim. W obozie Bergen-Belsen zostało około 350 osób - w tym w całości tak zwana lista palestyńska (268 osób) - Palestyna bowiem znajdowała się pod protektoratem Wielkiej Brytanii, która nie zgłosiła żadnych zastrzeżeń co do posiadaczy certyfikatów. Symcha Motyl opisał z detalami życie w obozie, skupiając się głównie na najważniejszej kwestii - a mianowicie jedzeniu i jego rozdziałowi wśród więźniów. Podobne opisy znajdziemy w dzienniku Józefa Gitlera-Barskiego (1898-1990), przedwojennego działacza żydowskiego:
18 XI 1943 Bardzo głodny dzień. Fatalna zupa pokrzywowa.
29 XI 1943 Starszy obozu interweniuje w sprawie wyżywienia. W rezultacie w sobotę dają zupę, a w niedzielę coś z wyglądu podobnego do gulaszu.
13 XII 1943 Ma być podobno fasola i marchew. Na razie jednak zapowiedź zmniejszenia racji kartofli.
26 XII 1943 Zupa kalarepowa - marna. Ogólne przygnębienie. Zamiast jedzenia - prowadzą do kąpieli.
29 XII 1943 Ceny na "czarnym rynku obozowym: 1 kg chleba - 200-240 papierosów; 1 zupa z kotła - 25 papierosów; ubranie męskie - na spłaty ratalne - od 6 do 12 kg chleba.
13 III 1944 Wczoraj - sensacja: sałatka z grochem i strączkami.
1 III 1944 Dokucza głód, szczególnie wieczorami na pryczy. Trudno zasnąć. Odpędzam myśli o głodzie, ale później - sen o jedzeniu.
4 III 1944 Obecne nasze wyżywienie dzienne: "kawa" - zupa - "kawa". Zawartość zupy: kapusta względnie marchew lub brukiew, czasami odrobina kartofli: poza tym dziennie 30 dkg chleba, 1 i 1/4 dkg masła oraz 2 i 1/2 dkg marmolady. Raz w tygodniu - kawałek marnej kiełbasy. Zdarza się raz na dwa tygodnie kawałek sera (ok. 5 dkg). Trzy razy w tygodniu zamiast "kawy" jeszcze raz rzadka zupa. Nie zawsze jednak racje są dotrzymywane, często brak chleba 11.
Warunki życia w Bergen-Belsen pogarszały się z miesiąca na miesiąc; od śmierci głodowej w marcu 1945 r. więźniów ratowały paczki z Czerwonego Krzyża. Zza drutów Motylowie obserwowali horror piekła na ziemi, jakim w ostatnich miesiącach wojny stało się Bergen-Belsen; zmarło tam wówczas około 35 tys. więźniów. 7 kwietnia 1945 r. Nadzia i Symcha zostali wywiezieni z obozu; pięć dni później w okolicach Magdeburga ich transport wyzwoliły wojska amerykańskie. Rozpoczął się długi okres rekonwalescencji; Symcha miał poważne problemy żołądkowe, a ponadto zdiagnozowano u niego gruźlicę. W maju 1945 r. Motylowie trafili najpierw do Francji, a potem - za namową przedwojennego znajomego z gimnazjum w Gostyninie Sema Makowskiego - do Belgii. Tam Symcha trafił do sanatorium, gdzie napisał pierwszą część swoich wspomnień. Oboje odnaleźli również rodzinę - braci Symchy oraz Nadzi.
Chociaż zaraz po wojnie Motylowie rozważali wyjazd do Stanów Zjednoczonych, osiedlili się jednak na stałe w Belgii; według przekazów rodzinnych wpływ na to mieli bracia Nadzi, argumentujący, że z Belgii siostrze i jej mężowi będzie bliżej do Anglii, gdzie obaj mieszkali. W 1947 r. Nadzi i Symsze urodził się syn Pierre. Symcha Motyl po wojnie przez krótki czas pracował w fabryce produkującej kartony, następnie przez kilka lat w Polskim Czerwonym Krzyżu w Brukseli 12. Nadzia, choć była osobą szalenie energiczną i aktywną, nie pracowała zarobkowo.
W latach pięćdziesiątych Symcha Motyl otworzył własny zakład kuśnierski; w piwnicy domu ręcznie szył futra z łapek karakułowych. Przez krótki czas prowadził również mały sklep z futrami, w którym sprzedawała Nadzia. Pierre Motyl wspominał jednak, że matka nie lubiła tam siedzieć i sklepik został zamknięty. W 1963 r. Motylowie stali się naturalizowanymi obywatelami i zamienili paszporty uchodźców na belgijskie; pierwsze, co zrobili po ich otrzymaniu, to wyprawili się do Polski samochodem marki Fiat. Podczas tej wizyty odwiedzili przedwojennych znajomych 13; według Pierre'a Motyla, rodzice rozważali zostanie w Polsce, ale rozmowy z przyjaciółmi odwiodły ich od tego pomysłu.
Symcha Binem Motyl zmarł nagle 20 września 1973 r.; przyczyną śmierci był tętniak mózgu. Jego żona, Nadzia, przeżyła go o trzydzieści lat; zmarła w lutym 2003 r. w Brukseli.
*
Symcha Binem Motyl rozpoczął swoje wspomnienia, pisane w 1945 r., przedmową zatytułowaną "Do moich ewentualnych czytelników!". Tekst ten miał być w zamyśle autora "dokładną fotokopią przeżyć i wrażeń podczas całej tej strasznej wojny. Rzeczywiście, wartość faktograficzna wspomnień jest nie do przecenienia; dają one pełny obraz losów Żydów warszawskich od momentu wybuchu wojny, poprzez życie codzienne w getcie, szmugiel, akcję likwidacyjną, powstanie w getcie, ukrywanie się po stronie aryjskiej, aż do Hotelu Polskiego, obozu w Bergen-Belsen i wyzwolenia. Wspomnienia Symchy Binema Motyla to świadectwo człowieka wtłoczonego w tryby historii, który za wszelką cenę próbuje ocalić siebie i swoją rodzinę. Postać autora jawi się tutaj jako literacka figura everymana, który nagle staje przed niebezpieczeństwem śmierci i próbuje uniknąć tragicznego losu, wykorzystując spryt, odwagę, znajomości i sploty okoliczności. W tekście wyraźnie widać jego przemianę z przeciętnego, żyjącego dość wygodnie urzędnika-inteligenta w szmuglera-cwaniaka, adaptującego się do wojennej sytuacji i wykorzystującego każdą okazję dla zapewnienia bytu swojej rodziny. Początkowo Motyl, jak sam pisze, "nie posiadał inicjatywy w kierunku zdobywania pieniędzy"; dorabiając w bombardowanej Warszawie jako gazeciarz, wstydził się swoich sposobów zarobkowania i bał, że natknie się na znajomych. Po kapitulacji stolicy i wkroczeniu wojsk niemieckich bariera wstydu jednak pękła; odtąd Motyl doskonalił się w szmuglerskim fachu aż do końca istnienia getta warszawskiego, kiedy to przez mur przemycał również ludzi. Cały czas jego głównym celem była rodzina; losy małżonków i ich córki to doskonały przykład, jakie czynniki w czasie Zagłady mogły zaważyć na życiu i śmierci. Oprócz zdolności adaptacji, cech osobowości, znajomości języka polskiego itp. ze wspomnień Symchy Motyla na pierwszy plan wysuwają się dwa czynniki. Pierwszym z nich są przyjaciele, znajomi i rodzina. Wspomnienia pełne są nazwisk osób, która pomagały autorowi w ocaleniu. W większości przypadków wiemy o nich wyłącznie tyle, ile można odczytać z tekstu; nie udało się ustalić żadnych dodatkowych informacji na ich temat. W tym kontekście wspomnienia Motyla przedstawiają kolejną szczególną wartość świadectwa o czasie Zagłady; dzięki nim ci ludzie zostają wyrwani z niebytu zapomnienia.
Losy Motylów w tym samym stopniu, co napotykane na ich drodze osoby i znajomości po obu stronach muru, kształtował również szczęśliwy traf. To szczęście pozwoliło Motylowi co najmniej kilkanaście razy ocalić życie podczas przemytu towarów; łut szczęścia również zadecydował o udanej ucieczce z pociągu do Majdanka czy przeżyciu obozu w Bergen-Belsen. Tego szczęścia również w najbardziej dramatycznym momencie im zabrakło - ich córka zginęła we wrześniu 1942 r. Rozpacz rodziców to jeden z najbardziej przejmujących opisów we wspomnieniach; Motyl napisał: "ból pozostał do dzisiejszego dnia. Czas podobno goi wszelkie rany. Czy zagoi także i nasze? Dotychczas to się jeszcze nie stało. Trauma po śmierci dziecka jest szczególnie widoczna we wspomnieniach także w inny sposób, w całym tekście Motyl nie wymienił nigdzie jego imienia, stosując określenia "córka", "córeczka" lub "dziecko".
Choć autor zastrzegł we wstępie, że nie ma "daru wyrażania myśli w sposób literacki", nie można odmówić mu talentu literackiego. Jego wspomnienia to nie tylko faktograficzny opis przeżyć Motyla i jego rodziny, ale także emocjonalny zapis doświadczenia czasu Zagłady. Jako narratora cechuje go wybitny zmysł obserwacji i skupienie na detalach, takich jak wypielęgnowane paznokcie kobiety ukrywającej się z nim w bunkrze w szopie szczotkarzy, dokładne umeblowanie mieszkania przy Elektoralnej, gdzie autor ukrywał się przez kilkanaście dni, czy wygładzanie nożem marmolady na łyżce w obozie w Bergen-Belsen. Dzięki temu czarno-biały obraz czasu Zagłady staje się kolorowy, pełny zapachów (choć w większości niemiłych). Wspomnienia obfitują w sceny komponowane jak obraz filmowy, z najmniejszymi szczegółami, które zarejestrowały zmysły i przechowała pamięć autora. Nie opuszczało Motyla również poczucie humoru, kiedy na przykład opisywał zostawianie przez gołębie "biletów wizytowych" w jednej z kryjówek czy zainteresowania kulinarne więźniów obozowych, z obserwacją dymu nad kuchnią włącznie.
Pisał: "to, co przeżyliśmy, przeszło jednak wszelkie najokropniejsze przewidywania. Śmiało stwierdzić mogę, iż w żadnym ze znanych mi utworów odtwarzających okropności wojen nie spotkałem się z takimi okropnościami, jakich sam byłem świadkiem. Stąd potrzeba dania świadectwa, która była dla Symchy Motyla - podobnie jak dla wielu Żydów w okresie Zagłady - czymś oczywistym. Pierwszą próbę uporządkowania przeżyć podjął jeszcze w 1943 r., ukrywając się po stronie aryjskiej; ze względów bezpieczeństwa musiał jednak zniszczyć swoje notatki. Kolejna okazja nadarzyła się zaraz po wojnie, w sanatorium pod Brukselą - w ten sposób pisanie wspomnień stało się niejako częścią procesu rekonwalescencji, swoistą terapią po przeżyciach wojennych i rzeczą konieczną do rozpoczęcia życia na nowo. Motyl nie pisał wspomnień dla siebie, ale z myślą o czytelnikach, także tych, którzy o życiu codziennym w czasie Zagłady nie wiedzą nic; dlatego w tekście autor dokładnie objaśniał różne szczegóły. Nie wiadomo, czy planował publikację swoich wspomnień, ale z pewnością chciał, aby trafiły one do szerszego grona czytelników. Dzięki tej książce możemy to marzenie autora spełnić.
*
Podstawą wydania niniejszych wspomnień Symchy Binema Motyla był początkowo tekst przechowywany w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego (Pamiętniki Żydów, sygnatura 302/206). Wspomnienia te pisane były w sanatorium pod Brukselą w maju-lip-cu 1945 r., prawdopodobnie na polskiej maszynie do pisania zabranej przez autora z niemieckiego domu w Hillersleben, gdzie przebywał po wyzwoleniu. Symcha Motyl przekazał je do Żydowskiego Instytutu Historycznego podczas swojej wizyty w Polsce w 1963 r. Tekst ten kończył się w momencie wyjścia z getta podczas powstania. Z kolei w Archiwum Yad Vashem zachowała się kopia dłuższa o kilka stron, kończąca się ucieczką z pociągu do Majdanka i powrotem do Warszawy.
Przy pracy edytorskiej nad niniejszym wydaniem okazało się jednak, że w archiwum rodzinnym istnieje wersja pełniejsza, obejmująca część drugą (Na aryjską stronę). Z zapisków autora wynika, że tekst ten pisany były na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych; prawdopodobnie przekazanie pierwszej części wspomnień było impulsem do ich dokończenia. W tekście można dostrzec upływ czasu - widać mniejszą biegłość autora w posługiwaniu się językiem polskim (błędy gramatyczne oraz wtrącane francuskie zwroty). Należy jednak podkreślić staranność Motyla, który przy spisywaniu tej części wspomnień posługiwał się maszyną do pisania z francuskimi znakami: tam, gdzie to było możliwe, wstawiał polskie znaki diakrytyczne za pomocą myślników, znaków akcentowych lub wpisywał je ręcznie. Porównanie tej wersji z kopiami z archiwum ŻIH oraz Yad Vashem ujawniło również wiele dopisków ręcznych i uzupełnień. W tej sytuacji jako podstawowy tekst w opracowywaniu niniejszej książki przyjęte zostały wspomnienia przekazane przez syna autora, Pierre'a Motyla.
Tytuł książki pochodzi od wydawcy - autor nie zatytułował swoich wspomnień, jedynie drugą ich część (Na aryjską stronę). Ingerencje redaktorskie polegały na ujednoliceniu pisowni; zachowano natomiast oryginalną ortografię. Uzupełnienia edytorskie w tekście ujęto w nawias kwadratowy. Zachowano przypisy odautorskie - umieszczono je na dole strony razem z przypisami redaktorskimi i wyróżniono kursywą. Zdjęcia - jeśli nie podano ich źródła - pochodzą z archiwum rodzinnego Pierre'a Motyla.
*
Podstawowym źródłem dla opracowywania niniejszych wspomnień były publikacje dotyczące okupowanej Warszawy oraz getta warszawskiego, przede wszystkim Tomasza Szaroty Okupowanej Warszawy dzień powszedni (Warszawa 2010) oraz Barbary Engelking i Jacka Leociaka Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście (Warszawa 2001). Szczególną pomocą była tu również baza internetowa getta warszawskiego - www.getto.pl. Ponadto w opracowywaniu części dotyczącej pobytu autora w Hotelu Polskim i w Bergen-Belsen korzystałam ze znajdującej się w Archiwum Yad Vashem relacji Heleny Sławy Cytrynik (sygnatura O3/675) oraz źródeł publikowanych - dziennika Józefa Gitlera-Barskiego (Wspomnienia i przeżycia z lat okupacji, Warszawa 1986) oraz wspomnień Henryka Schönkera (Dotknięcie anioła, Warszawa 2005).
*
Wspomnienia Symchy Binema Motyla nie mogłyby się ukazać bez wsparcia mieszkającego w Brukseli syna autora Pierre'a Motyla, który przekazał pełną wersję tekstu oraz użyczył fotografii z archiwum rodzinnego. Służył on również wszelkimi informacjami na temat rodziny, a nasze rozmowy były podstawową inspiracją przy opracowywaniu niniejszej książki. Za jego otwartość, zaangażowanie i pomoc jestem mu winna szczególną wdzięczność.
Serdecznie dziękuję również następującym osobom, które bardzo przyczyniły się do wydania tej książki: Jakubowi Petelewiczowi, Barbarze Engelking, Oli Bańkowskiej, Janowi Jagielskiemu, Karin Ohry-Kossoy, Ewie Koźmińskiej-Frejlak, Oli Geller, Agnieszce Leguckiej, Marcie Szymaniak-Wiśniewskiej oraz koleżankom i kolegom z Centrum Badań nad Zagładą Żydów.
Agnieszka Haska
DO MOICH EWENTUALNYCH CZYTELNIKÓW WSPOMNIENIA Z CZASU WOJNY
Zamierzam napisać dzieje mego życia z okresu wojny, tj. od 1 września 1939 do chwili obecnej (maj 1945 [r.]). Jest to dla mnie zadanie ponad siły, gdyż nie posiadam daru wyrażania myśli w sposób literacki, dlatego to, co piszę, nie będzie w ścisłym znaczeniu tego słowa dziełem literackim. Natomiast postaram się, aby wszystko, co wyjdzie spod mego pióra, było ścisłą prawdą. Żadne poloty fantazji nie będą miały tu miejsca. To, co pragnę napisać, ma być dokładną fotokopią przeżyć i wrażeń podczas całej tej strasznej wojny. Będzie to prawdopodobnie coś w rodzaju pamiętnika, będzie się jednak różniło od zwykłego pamiętnika tym, że wszystko, co napiszę, wyciągam z pamięci dopiero teraz, nie opierając się na materiale zbieranym w formie dziennika, gdyż na prowadzenie dziennika nie miałem w okresie wojny odpowiednich ku temu warunków.
Wojna! Słowo to znane mi było z dzieł historycznych, książek beletrystycznych, niektórych filmów i sztuk teatralnych oraz mglistych wspomnień lat dziecięcych wojny światowej z 1914-[19]18 r. Wojna, która miała nastąpić, miała być - według przewidywania polityków i ludzi rozsądnych - straszniejsza niż wszystkie dotychczasowe, a zaś dla nas Żydów szczególnie straszna, gdyż znaliśmy nastawienie Hitlera w stosunku do naszej rasy. To, co przeżyliśmy, przeszło jednak wszelkie najokropniejsze przewidywania. Śmiało stwierdzić mogę, iż w żadnym ze znanych mi utworów odtwarzających okropności wojen nie spotkałem się z takimi okropnościami, jakich sam byłem świadkiem. To, co przeżyłem, i przeżyło zresztą wielu innych, daleko odbiega od twórczej fantazji autorów.
Wojna zaskoczyła mnie, a właściwiej zastała mnie nieprzygotowanego absolutnie ani pod względem materialnym, ani też pod względem moralnym. Mimo że się powszechnie mówiło o tem, że wojna lada dzień wybuchnie i każdy niemal był jako tako zaopatrzony lub miał jakiś ułożony plan działania na wypadek wybuchu wojny, to ja muszę to ze wstydem przyznać, w momencie gdy radio ogłosiło, że wróg przekroczył granice Rzeczypospolitej, nie miałem żadnych zapasów ani zasobów pieniężnych. A dodać muszę, że z pierwszym dniem wojny automatycznie skończyła się moja posada biurowa. Pracowałem bowiem w Związku Spółdzielni Kredytowych 14, a jak wiadomo, wszystkie instytucje bankowe pierwsze zmuszone były zlikwidować się, gdyż wszelkie obroty kredytowe natychmiast ustały. Pogrążony byłem w czarnej rozpaczy. Z czego żyć, jeśli pozbawiony zostałem jedynego źródła utrzymania? Na utrzymaniu zaś miałem drogie mi istoty: żonę i dziecko. Jeżeli jeszcze przed wojną w chwilach zastanawiania się nad przyszłością stałą moją troską była obawa utraty pracy lub zdolności do pracy, to teraz chwila ta nadeszła. Oczywiście, że teraz taka troska o byt wydaje mi się nikła i błaha wobec tych trosk i przeżyć, które później miały miejsce. Wówczas jednak była to dla mnie troska najpoważniejsza.
Jak wiadomo, wypadki potoczyły się z nadzwyczajną i nieoczekiwaną szybkością. Już pierwszego dnia wojny, tj. 1.9.1939 r., zbombardowane zostały wszystkie większe miasta i ważniejsze węzły kolejowe. Miasto dudniło od nieustannych eksplozyj bombowych 15. Ludność zaczęła szukać schronienia w podziemiach i naraz zrozumiałem, że ważniejszą od troski materialnej jest troska o uratowanie życia podczas nalotów. W trzecim dniu wojny nastąpiło chwilowe odprężenie, bo radio ogłosiło o przystąpieniu do wojny Anglii i Francji. I ja brałem udział w radosnej manifestacji na cześć tych państw. Rychło jednak przyszło rozczarowanie, kiedy okazało się, że akcja nalotowa na Warszawę wcale się nie zmniejsza, lecz przeciwnie przybiera na sile z dnia na dzień. Pamiętam, w piątym dniu wojny przyszedł do mnie jeden z kolegów, niejaki Paweł Cypel, i oświadczył, że Łódź jest w rękach Niemców 16, że już zbliżają się pod Warszawę i że wobec tych wypadków zdecydował się uciec na wschód. Myśl ta wydawała mi się szalona. Nie doceniłem bowiem powagi sytuacji. Muszę zaznaczyć, że od pierwszej chwili wojny nie umiałem nigdy oceniać grozy sytuacji i do wszelkich poważnych wypadków odnosiłem się zawsze z dziecięcą niemal naiwnością. Nie wiem, czy było to okolicznością szczęśliwą, czy też przeciwnie. Jak się później okaże, ta naiwność nieraz ratowała mi życie, raz jednak naiwność moja przysporzyła mi największe nieszczęście: przyczyniła się do utraty dziecka! Nie ratowałem dziecka tak, jak powinienem był tego dokonać. Nie wiem, co by się stało później, a mianowicie, czy następne wydarzenia nie odebrałyby mi dziecka, w każdym razie w momencie decydującym nie stanąłem na wysokości zadania, a przyczyną, jak wspomniałem, była właśnie naiwność wobec wydarzeń.
Nadzia Motyl (w środku) na warszawskiej ulicy (1934 r.)