3
Listopadowe, zimne powietrze wślizgiwało mi się pod czapkę. Marzłam, gdy tylko wychodziłam za próg domu. Puchowa kurtka, buty jak na Arktykę, szalik, rękawiczki - niczym na wyprawę w najwyższe góry. I tak aż do marca, jeśli dobrze pójdzie. Bo jeśli pójdzie źle, to jeszcze kwiecień będzie męczył wiatrem i chłodem. Pamiętałam taki wiersz z lat bardzo młodzieńczych, Stachury, kogóż by innego, Pieśń opiekuna ciała:
Zima milordzie zapowiada się nienasycona
nie starczy nam soków a źródło ich mają trawa i lato
zginiemy milordzie już teraz giniemy.
I dalej:
Na południe wędrujemy milordzie na południe*.
Zdarzało mi się uciekać na południe. Na tydzień, na dwa tygodnie. Raz pojechałam nawet na miesiąc. Nie znosiłam powrotów. Nienasycone zimy doprowadzały mnie do płaczu - dosłownie, nie w przenośni. Może i rzeczywiście nie były tak srogie, jak te z mojego dzieciństwa, ale na pewno wystarczająco dotkliwe, żeby moją chęć do życia ograniczać do niezbędnego minimum. Za każdym razem, kiedy wychodziłam z domu, staczałam bohaterską walkę. Ciężkie chmury przyciskały mnie do ziemi, chłód kąsał skórę, a moje uczucia zamierały, przybierały formę przetrwalnikową. Nie żebym miała tych uczuć szczególnie dużo czy żeby wykazywały się wybitną żywotnością.
Po kilkunastu minutach stoczyłam już pierwszą bitwę z zimnem i szarością, szłam więc pewnie przed siebie. Zwłaszcza w towarzystwie psów było mi już wszystko jedno, na ile wiatr mnie wysmaga, na ile mróz będzie próbował wgryźć się w odsłonięte fragmenty skóry. Takich desperatów jak ja, gotowych na spacery o każdej porze roku, kiedyś spotykało się niewielu, ale ostatnio całkiem sporo osób regularnie biegało albo jeździło na rowerach niezależnie od pogody. Siostry i bracia w zmaganiach z niekorzystnym klimatem. Pozdrawialiśmy się kiwnięciem głowy.
Nie spodziewałam się jej nad rzeką. A jednak. Miała na sobie ciemną, puchową kurtkę i wielką, wełnianą czapkę. Za to jej szyi nie chronił żaden szalik czy golf. Musiała marznąć, ale wyglądała, jakby tego nie zauważała. Patrzyła na drugi brzeg, z rękoma w kieszeniach. Zawołałam psy, bo lubiły podbiec do ludzi, obwąchać, przywitać się, a Martin w dodatku okraszał te wszystkie czynności szczekaniem. Nie chciałam podchodzić do niej, rozmawiać z nią. Omijać ją szerokim łukiem - taki był plan. Nie musiałam się z nią kolegować tylko dlatego, że mogłyśmy wdać się w pogawędkę o wystawach i nieznanych szerzej malarkach.
Nie sposób jednak unikać się w naszym mieście. Kilka dni później spotkałam ją w sklepie na naszym osiedlu.
- Często chodzisz nad rzekę? - spytała mnie. - Gdzie jeszcze warto iść na spacer?
Czyli widziała mnie wtedy. Zrobiło mi się głupio.
- W głąb lasu. Niedaleko wejścia jest droga w lewo, ze szlabanem. Można nią dojść do starej gajówki - odpowiedziałam uprzejmie. - A jeśli skierować się na zachód, za cmentarzem jest ścieżka do starego PGR-u. To znaczy teraz to ruina, ale kiedyś były tam wielkie chlewnie. Jeśli lubisz ponure, malownicze krajobrazy, to polecam.
Ponownie wpadłyśmy na siebie w przychodni. Powiedziała mi wtedy, że bardziej podoba jej się nad rzeką niż w lesie.
- W lesie nie ma wiatru - dodała. - Ale jeszcze raz dziękuję.
Na szczęście nie została moją pacjentką. Przychodziła do internisty, widziałam, że głównie po recepty. Wybrała dobrego lekarza, łagodnego i uważnego. Lubiliśmy się. Z czystym sumieniem mogłam jej polecić też naszą kardiolożkę. Ale jeśli potrzebowała na przykład gastrologa, to czekała ją dalsza wyprawa. Tutejsi specjaliści pracowali w kilku miejscach - w tej przychodni, całkowicie prywatnej, w przychodni w ramach NFZ-etu, w pobliskim szpitalu i jego przychodniach, tak jak ja, niektórzy także w domu opieki. Byli tacy, jak neurolog czy okulista, którzy dojeżdżali do nas z sąsiednich miejscowości. W promieniu pięćdziesięciu kilometrów znaliśmy się wszyscy, mniej lub bardziej. Taka mała lekarska rodzina. Miałam w niej swoje miejsce, dobre i spokojne. Leczyłam wysypki, alergie, liszaje, świerzb, łuszczycę, atopię, trądziki i dziesiątki innych chorób o nieco pokrętnych nazwach i uciążliwych objawach. Czasami trafiały się choroby weneryczne i z ciekawością obserwowałam, kto po kim przychodzi z tym samym problemem. Zdarzało mi się rozpoznać zmiany rakowe i to były przykre chwile. Dwie z tych osób już zmarły. Wymagałam od moich pacjentów regularnych wizyt i naprawdę nie lubiłam, kiedy zmieniali terminy. Traktowałam swoje obowiązki poważnie, dokształcałam się i starałam być na bieżąco. Nie znosiłam, kiedy chorzy lekceważyli moje zalecenia. Jeden z nich, na przykład, panicznie bał się maści sterydowych. Uważał, że skóra będzie odpadała po nich płatami albo może zniknie całkowicie, i jak tylko trochę mu się poprawiało, przestawał je stosować. Wtedy choroba zaatakowała ze zwiększoną siłą i znów trafiał do mnie.
- Proszę przynieść leki na kolejną wizytę - powiedziałam mu w końcu. Przynajmniej będzie wiedział, że zobaczę, ile tego zużył.
Wiercił się niespokojnie.
- Ale jak to: leki?
- Normalnie. Tubki z maściami, blister z pastylkami.
- Aha. A dlaczego?
Spojrzałam poważnie.
- Takie badanie prowadzę.
Nie dopytywał. Pacjenci rzadko dopytywali. Oczywiście byli tacy, co przychodzili z gotową diagnozą od doktora Google'a i listą medykamentów, które powinnam im zaordynować, ale - wbrew powszechnemu mniemaniu - stanowili wyjątki. Na większość mój biały fartuch działał wyciszająco i nie podejmowali dyskusji. I bardzo dobrze. Może i byłam surowa (tak się mówiło, a ja nie dementowałam plotek), ale i uparta. Dociekałam przyczyny i szukałam sposobu wyleczenia. Zresztą co miałam innego do roboty? Praca i tak stanowiła najważniejszy punkt w moim życiu. Rzecz jasna mogłam podjąć się kolejnych zleceń, chociażby z gabinetów kosmetycznych, bo zabiegi tam wymagały coraz wyższych kwalifikacji i jako dermatologa przywitano by mnie z otwartymi ramionami. Ale mnie to nie bawiło i nie chciałam się zajmować usuwaniem klientkom zmarszczek. Ja swoje lubiłam.
- Masz ich trzy na krzyż, to je lubisz - powtarzała moja starsza siostra. - Jak wyhodujesz ich tyle co ja, przestaniesz je tak szanować.
Narzekała na swój los zupełnie niepotrzebnie. Chociaż urodziła się sześć lat przede mną, wyglądała na moją rówieśniczkę. Matka przekazała nam przyzwoitą pulę genów zapewniającą niezłą cerę, brak siwych włosów co najmniej do pięćdziesiątki (blondynki mają łatwiej) i zdrowe oczy. Tato dorzucił słuszny wzrost i ładny uśmiech. Mojej siostrze trafiło się więcej uroku, otrzymała również talent, dzięki któremu została wziętą skrzypaczką. Mnie dostały się resztki jednego i drugiego. Nie było sprawiedliwości w podziale DNA.
Zbliżał się grudzień, więc myślałam o nich, o mojej rodzinie, coraz częściej. Święta, czyli prezenty do kupienia i wyjazd do Warszawy. Rodzice przenieśli się do stolicy, bo od kiedy moja siostra i ja wyruszyłyśmy w świat, żadna z nas nie planowała powrotu do rodzinnej miejscowości. Nie, nie żyło się tam źle, ale też niewiele nas tam ciągnęło. Rodzice postanowili więc na emeryturze przenieść się "bliżej dzieci", co w praktyce oznaczało bliżej Gośki, nie mnie. Poza tym były jeszcze bliźniaki mojej siostry, wcześniaki wymagające początkowo dodatkowej troski. Nasza mama tylko czekała na taki moment, chciała czuć się niezbędna. Namówiła tatę na zmianę. A raczej nie tyle namówiła, co ją zarządziła. Ponieważ ja kiepsko rokowałam, nie liczyła na to, że będzie mogła wspierać moje macierzyństwo, skupiła się zatem na swojej pierworodnej i wnukach. Nie dorobiwszy się męża ani potomstwa, to ja jeździłam na święta do nich. Jak zwykle szykowałam się do tej wizyty bez szczególnego entuzjazmu. Nie to, że tego nie lubiłam, odwykłam po prostu od obecności familii i musiałam nieźle się naginać, żeby jakoś przeżyć tydzień w jej towarzystwie. Kosztowało mnie to masę energii i do tego rzadko obywało się bez zgrzytów.
Tymczasem miałam jeszcze prawie miesiąc, wielu pacjentów i brak pomysłów na tegorocznego sylwestra.
- Pani była w Gdańsku na Nowy Rok, prawda? - zagadnęła mnie jedna z pielęgniarek, Ewa, młoda, sympatyczna dziewczyna.
Przytaknęłam.
- Czy było dużo turystów? Bo chcemy pojechać gdzieś z przyjaciółkami, ale ja bym wolała nie przeciskać się przez tłumy.
- Dla mnie trochę za tłoczno - odparłam zgodnie z prawdą. - Ale w każdym większym mieście was to czeka.
Ewa kiwnęła głową, ale zaraz potem zmarszczyła nos.
- Tego się boję. Ale te moje dziewczyny są uparte.
- To nie jedź z nimi.
- I co, sama będę siedziała? - Dziewczyna westchnęła, a ja miałam ochotę powiedzieć jej, że czasem trudno o lepsze towarzystwo niż własne.
Rozmawiałyśmy w naszej kuchni w przychodni. Czekałam, aż zaparzy mi się kawa, Ewa dojadała kanapkę. Naszej wymianie zdań przysłuchiwał się Piotr, pielęgniarz. Młodsi pacjenci lubili go, bo ich rozśmieszał, starsze panie lubiły go, bo dotykał ich delikatnie i zawsze znalazł dla nich życzliwe słowo. Mnie ten jego wieczny optymizm działał czasami na nerwy. Parę razy zachowałam się tak, że chłopak zaczął mnie unikać. Teraz jednak się wtrącił.
- Uratować cię? - zapytał koleżankę. - Chodź ze mną. Nic szczególnego, domówka, ale kulturalnie.
Brawo za refleks, chłopie, pomyślałam z mimowolnym uśmiechem. Zdradzał go głos, pełny ledwie skrywanego napięcia. Ja to zarejestrowałam, ale jego koleżanka po fachu chyba nie. Tych dwoje krążyło wokół siebie od kilku miesięcy, ale wciąż byli na etapie łagodnych podchodów, ukradkowych spojrzeń i szybkiego odwracania wzroku. Ot, koleżeńskie przysługi, koleżeńskie pogawędki. Żadne nie porwało się na odważniejszy krok. Tyle razy widziałam to samo - dwoje niezbyt pewnych siebie ludzi jest sobą zainteresowanych, ale boi się działać i latami mogą tak krążyć wokół siebie, tracąc szansę czy to na przyjaźń, czy na miłość. W sumie mogłam tej dwójce trochę sprawę ułatwić, szepnąć słówko tu, szepnąć słówko tam, jedno popchnąć, drugie zachęcić. Ale nie chciałam psuć im zabawy. Będą mieli co wspominać, jak już zostaną parą. Stworzą własną legendę, w której brakuje miejsca na dobrą wróżkę w postaci oschłej doktorki od skóry.
Ekspres wypluł już moją kawę, ale ciekawiło mnie, jak Ewa zareaguje na rzucone pozornie od niechcenia zaproszenie na sylwestra. Mieszałam łyżeczką w filiżance, choć piłam bez mleka i bez cukru, grałam na czas i obserwowałam. Chłopak się spiął. Ewa najpierw lekko się speszyła, ale zamaskowała to wielkim gryzem kanapki i po chwili odpowiedziała w miarę normalnym tonem.
- Dzięki. Może to będzie dla mnie opcja. - Uśmiechnęła się, zerknęła ostrożnie i uciekła spojrzeniem.
Zapadła niezręczna cisza. Upiłam łyk kawy i zostawiłam dzieci same, niech się bawią. W gabinecie kolejny pacjent musiał się bardzo zdziwić, bo zażartowałam, a nawet pochwaliłam go za dotychczasowe starania w stosowaniu się do moich zaleceń. Możliwe, że go to wręcz przeraziło, ponieważ kilka razy się upewniał, czy wszystko idzie w dobrym kierunku.
- Nie umiera pan, słowo honoru - pożegnałam go w końcu i niemal wypchnęłam za drzwi.
Ciekawe, czy uwierzył. Kiedy zbierałam się do domu, pielęgniarka z rejestracji zapytała mnie, czy byłabym tak uprzejma i zaniosła próbki leków pani Marcie, bo chyba się znamy i mieszkamy w tej samej okolicy.
- Marta o to prosiła? - spytałam, podając jej klucze do gabinetu.
- Nie, to ja pomyślałam... - Zmieszała się. - Doktor zostawił te próbki u mnie, ona się miała zgłosić. Ale jeśli to dla pani kłopot...
Trafiła na mój przychylny nastrój. Wyciągnęłam rękę. Podała mi kopertę, w której zachrzęściły blistry. Zakleiłam ją przy niej, w końcu nie muszę wiedzieć, na co choruje jedna z najważniejszych współczesnych polskich malarek.
Ledwie wyszłam za próg przychodni, a już pożałowałam swojej życzliwości. Musiałam nadłożyć drogi. Co prawda tylko trochę, ale jednak. Nasze miasteczko pustoszało o tej godzinie, minęły mnie ze trzy osoby. Siąpił deszczyk powlekający wszystko cienką warstwą chłodnej wilgoci. Kapało mi z nosa, kiedy dotarłam przed drzwi jej domu. Znałam go. Nigdy nie byłam w środku, ale wiedziałam, że przez lata stał pusty. Miał ciemny, zapuszczony ogród z drzewami sięgającymi nad dach. Zbudowany na początku poprzedniego stulecia, trwał przez zmiany ustrojów, przez nieustanny kołowrót pór roku. Nie przypominałam sobie, by przechodził jakieś większe, widoczne z zewnątrz remonty. Niszczał sobie powolutku. Ciekawiło mnie, dlaczego zdecydowała się zamieszkać właśnie tutaj.
- Dzwonili, że przyjdziesz - oznajmiła Marta, gdy otworzyła szeroko drzwi. - Wejdź.
Kompletnie zignorowała moją rękę wyciągniętą z kopertą.
- Tylko przekazuję ... - zaczęłam.
- Wejdź, nic ci się nie stanie. Nie gryzę - powiedziała. - Zimno leci.
Zatem weszłam.
W domu było ciepło, rozpięłam kurtkę. Wreszcie wzięła ode mnie paczuszkę z lekami, rozerwała papier i zajrzała do środka. Odłożyła ją na stoliczek stojący w korytarzu obok wieszaka. Wskazała na ten ostatni.
- Skorzystasz?
Wyswobodziłam się z kurtki i podążyłam za nią w głąb domu. Zobaczyłam jasno oświetlony salon, przytulny, choć nieprzesadnie zastawiony meblami. Granatowa kanapa, dwa kolorowe fotele, biblioteczka. Stół i krzesła, jakaś komoda. Wielki, błyszczący fortepian. Tyle zauważyłam na pierwszy rzut oka. Przez stare, nieszczelne okna do pokoju wpadały powiewy chłodnego powietrza, a wiatr postukiwał drewnianymi ramami.
- Jesteś po pracy? - spytała. - Chcesz koniaku na rozgrzewkę?
Pokręciłam głową. Rzadko piłam alkohol.
- To zrobię ci porządną herbatę - zdecydowała i zostawiła mnie samą.
Weszłam głębiej. Dostrzegłam kominek, przed nim poduchy i coś w rodzaju sofy z ciepłym kocem w tygrysie pasy. Docierały do mnie odgłosy krzątaniny z kuchni, trzeszczało drewno, na zewnątrz wył wiatr. Najwyraźniej przeprowadzono tu jednak niewielki remont, ściany wyglądały na świeżo pomalowane, podłoga błyszczała. Skupiłam się na ogniu, grzałam się, dopóki nie wróciła z kubkiem herbaty.
- Doceniam to, że chciało ci się tu przyjść - odezwała się i pierwszy raz, odkąd ją poznałam, uśmiechnęła do mnie ciepło.
- Nie ma sprawy.
Wskazała na fotele, usiadłyśmy. Dobrze, że trzymałam kubek, bo nie wiedziałabym, co zrobić z rękami. Cisza. I nagły dźwięk za moimi plecami. Odwróciła się w tamtą stronę i kiwnęła głową do kogoś, kogo nie widziałam.
- Wyspałeś się? - spytała.
- Tak. - Usłyszałam lekko drżący męski głos. - Mamy gościa?
Stanął obok fotela zajmowanego przez Martę i położył rękę na jej ramieniu. Starszy pan o wielkich, brązowych oczach i bladych, wąskich wargach. Przedstawił mi się jako Jan. Mąż.
- Były - dodała spokojnie ona.
Jan przytaknął. Patrzył na mnie z uśmiechem, ale badawczo. Usiadł z nami na dostawionym krześle. Rozmawialiśmy o mieście, pogodzie, starych domach. Marta bezceremonialnie zarządziła, że mamy mówić sobie po imieniu, co chyba nie przychodziło mu łatwo, ale się dostosował.
- Jest kawa? - zapytał, patrząc na byłą żonę.
- Jak zrobisz, to będzie - odpowiedziała.
Mężczyzna podniósł się z westchnieniem i ruszył do kuchni. Kawę parzył głośno, trudno było przeoczyć którykolwiek z etapów. Na chwilę zamilkłyśmy, ale potem Marta wróciła do przerwanego wątku.
- Nadia przyniosła twoje leki - powiedziała, gdy Jan przyszedł z filiżanką. - Próbki, o których ci mówiłam.
Mężczyzna podziękował mi uprzejmie.
- Mam alzheimera - dodał niespodziewanie. - Oraz otępienie naczyniowe. Czego nie robi jedno, drugie poprawia.
Nie wiedziałam, jak zareagować. Marta zauważyła moje zmieszanie.
- Dlatego tutaj jesteśmy - wyjaśniła. - Jan pomieszkiwał tu jako dziecko. To dom jego dziadków.
I zagadka się rozwiązała, choć mieszkanie z chorym byłym mężem nadal wydawało mi się niezrozumiałe.
- Znajome otoczenie pomaga się wyciszyć, tak mówią. - Wyglądał teraz bardziej bezradnie niż jeszcze przed chwilą.
Nie skomentowałam tego. Dopiłam herbatę i wstałam. Wtedy go zobaczyłam. Wisiał na ścianie za moimi plecami. Szmaragdowy jak zazdrość. Czerwony jak namiętność. Szary jak spustoszenie. Marta dostrzegła moją minę i przeniosła wzrok na obraz.
- Dobry, prawda? - spytała. - Kupiłam go na starociach za grosze. Urzekł mnie, widać duży talent, chociaż jeszcze surowy. Zawsze mnie ciekawiło, co się stało z artystą. Podpisano go tylko literami ND, nie ma nawet daty.
Słyszałam ją, ale nie potrafiłam od razu odpowiedzieć. Milczałam ja, milczeli oni. Chyba zapomniałam też o mruganiu.
- Olej na płótnie, metr na półtora - wykrztusiłam w końcu. - Ma siedemnaście lat i dwa miesiące.
Zapadła cisza. Czekali.
- Znasz go? - Marta podniosła się podekscytowana.
Kiwnęłam głową i próbowałam coś dodać, ale miałam ściśnięte gardło. Odchrząknęłam.
- Twój? - spytała nadzwyczaj domyślnie Marta. - Namalowałaś go?
Przełknęłam ślinę i znów przytaknęłam. Była poruszona, ale ja bardziej. Jan pił kawę małymi łykami, mrużąc przy tym oczy, co nadawało jego twarzy badawczy wyraz.
- Muszę iść. Przepraszam. Muszę iść - oznajmiłam nieskładnie i wybiegłam, łapiąc w locie kurtkę.
Marta coś do mnie mówiła, ale nie słyszałam słów zagłuszanych przez szum w mojej głowie. Kurwa, kurwa, kurwa, powtarzałam całą drogę do domu. Wpadłam do środka, zamknęłam za sobą drzwi i siły mnie opuściły. Psy wyszły mi na powitanie, ale nie rozumiały, co się dzieje. Dlaczego ich pani siedzi na podłodze i płacze, zamiast się witać?
* E. Stachura, Pieśń opiekuna ciała, [w:] Taki wieczór choć rano, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1991, s. 31-32.