Oczami psa. Co psy widzą, czują i wiedzą - Alexandra Horowitz


Reflow text when sidebars are open.
Cóż to za ogromna przyjemność powrócić do tej książki piętnaście lat po jej pierwszym wydaniu. Mój syn urodził się akurat w miesiącu, w którym ukazała się ona na rynku: niespokojny trzykilogramowy noworodek stał się przez ten czas uroczym nastolatkiem, kreatywnym, ciekawym świata, łaknącym wiedzy. Mam nadzieję, że dzięki rozszerzonej wersji książka Oczami psa również "dorośnie". Wiele się wydarzyło w ciągu tych lat. Od czasu napisania tej książki stworzyłam w Barnard College laboratorium Dog Cognition Lab, pierwsze tego typu laboratorium w Stanach Zjednoczonych, w którym wraz z innymi badaczami zgłębiamy zachowania psów domowych na wybiegach, w ich domach oraz podczas wizyt w naszym laboratorium. Wydałam cztery inne książki, których pisanie poszerzyło moje myślenie o psach. Kynologia przeżyła gwałtowny rozwój, a wraz z nim wzrosły zainteresowanie opinii publicznej psami oraz ogólna świadomość, co przyczyniło się do nowego sposobu myślenia o psach żyjących obok nas.
Rozszerzona wersja obejmuje wszystkie aspekty książki -?uwzględniłam wyniki rozmaitych nowych badań w najprzeróżniejszych dziedzinach oraz wprowadziłam pewne zmiany, opierając się właśnie na tych badaniach. Pojawiły się nowe paradygmaty i nowe odkrycia; kiedy dawniej pisałam, że "nie podjęto dotąd stosownych badań", teraz mogłam niejednokrotnie napisać, że badania takie przeprowadzono. Poprawki dotyczą na przykład uwagi okazywanej nam przez psy, bo z obserwacji wynika, że patrzą one bardziej na jedną połowę -?prawą -?naszej twarzy niż na drugą, co jest prawidłowością występującą również u ludzi, gdy patrzymy na siebie nawzajem. Uwzględniłam prace dowodzące, że psy potrafią rozpoznać naszą zadowoloną i niezadowoloną minę, a nawet zadowoloną i niezadowoloną minę, gdy na twarzy mamy maskę. Obecnie wiemy, że psy wyczuwają (węchem) nasz stres, a to wpływa na ich nastrój. Biorąc pod uwagę zdolności węchowe psów, zbadałam, w jaki sposób doświadczają one świata poprzez wonie, dlatego omawiam badania wykonane w naszym laboratorium dotyczące tego, czy psy rozpoznają człowieka po zapachu (owszem) oraz czy znają własny zapach i zauważają w nim zmiany (ponownie odpowiedź twierdząca). Pojawiły się nowe badania na temat przyjmowania perspektywy, naśladowania, preferencji kolorystycznych i rozumienia mowy. Prowadzone są badania, które obejmują między innymi psy użytkowe, rasy oraz ulubiony gatunek psa wszystkich ludzi, a więc szczenięta (między innymi chodzi o to, w którym okresie uważamy je za najbardziej urocze).
Niekiedy pogłębione badania pozwalają nam lepiej zrozumieć określoną psią umiejętność, którą wcześniej uważaliśmy za dobrze poznaną. Na przykład w początkach XXI wieku uważaliśmy, że psy są wyjątkowe pod względem zdolności wykorzystywania wskazówek wysyłanych przez ludzi, aby znaleźć ukryty smakołyk, tymczasem obecnie wiemy, że sprawa wygląda inaczej -?i dysponujemy dokładniejszymi informacjami o tym, kiedy w swoim życiu potrafią to robić (od szczenięctwa) oraz w jakich warunkach nie potrafią (prawie w połowie przypadków). Okazuje się, że inne zwierzęta, od koni po prosięta, również potrafią całkiem nieźle wykorzystywać wskazówki, jeśli mają odpowiednie doświadczenie. Psy są wyjątkowym gatunkiem zarówno pod względem zdolności poznawczych, jak i roli, jaką odgrywają w życiu ludzi, ale nasze twierdzenia o ich wyjątkowych zdolnościach poznawczych wynikały po prostu z poświęcania im większej uwagi niż na przykład świniom, które ludzie raczej chętniej zjedzą, zamiast wylegiwać się z nimi na kanapie. Tak więc choć Oczami psa dotyczy w pierwszej kolejności psów, przyjęta przeze mnie perspektywa -?podejmowane na podstawie ich zdolności percepcyjnych i poznawczych (ich Umwelt) próby zrozumienia, jak to jest być psem -?być może powinna być zastosowana w odniesieniu do każdego innego gatunku zwierząt. Mam nadzieję, że ponowne spojrzenie na psy poszerzy nasze spojrzenie na wszystkie zwierzęta.
Niektóre zmiany wprowadzone w tej wersji odzwierciedlają zmiany w ludzkiej wrażliwości -?zarówno w wymiarze społecznym, jak i indywidualnym. Na przykład chociaż w świetle prawa psy są uznawane za "własność", słowo "właściciel" nie oddaje w pełni relacji, jaką mamy z nimi w naszym życiu. Niektórzy używają słów "rodzic" lub "opiekun"; ja nadal używam słowa "właściciel", choć często nazywam siebie po prostu "psiarą". Niektóre zmiany odzwierciedlają postęp w nauce: nawet badając wiele psów, coraz częściej uznajemy wagę różnic indywidualnych - osobowości, biografii i motywacji -?w wyjaśnianiu tego, co pies wie i rozumie.
Skoro mowa o osobowości: to Pumpernickel posłużyła za inspirację do napisania tej książki i to jej silne bicie serca, sapanie i uśmiech podtrzymywały mnie w wysiłkach. Zmieniła mnie ogromnie przez te siedemnaście lat, które przeżyłyśmy razem. Z trudem dociera do mnie, że czas, który upłynął od naszego ostatniego spaceru, to dłużej niż całe jej życie. Często myślę właśnie o tym, jak psy doświadczają czasu, jak zmienia się to doświadczenie w ciągu ich życia i jak jest kształtowane przez ich węchowy "ogląd" świata. Czas wydawał mi się zarówno skrócony, jak i wydłużony wskutek relacji z wieloma psami, które pojawiły się po Pump.
Mogę prześledzić ten upływ czasu -?od pierwszego wydania tej książki -?w kategoriach psich epok: po Pump nadeszła kolej na uroczego kruczoczarnego Finnegana. Do Finna dołączył później duży cętkowany, głupkowaty Upton i wtedy wkroczyliśmy w epokę dwóch psów -?a wkrótce potem dwóch psów i kotki Edsel, która polubiła nasze psy szybciej niż nas. Era trzech psów i kota rozpoczęła się w 2020 roku wraz z pojawieniem się szczenięcia: rozbrajającej trójkolorowej, brodatej Quiddity, którą poznałam tuż po jej narodzinach. Dwa lata później Finn dokonał żywota w wieku piętnastu lat, a miesiąc potem Upton. Nadeszła epoka samotnej Quid. Dzisiaj znów jesteśmy rodziną z dwoma psami, bo dołączyła Tilde, duża cętkowana (podobnie jak Upton), czarująca (podobnie jak Finn) suczka. (Edsel się trzyma!) Każda z tych epok przyniosła relację o innej dynamice -?między dwoma psami, trzema psami, psami i kotami -?oraz między mną, dzieckiem i rodziną. Podobnie jak w przypadku Pumpernickel moje myślenie, badania i pisanie o psach zmieniły się dzięki poznaniu wszystkich tych istot. (Pojawiają się one w tym nowym wydaniu). A teraz przejdźmy do psów!
UWAGI WSTĘPNE O PSACH, ICH SZKOLENIU I WŁAŚCICIELACH
Najpierw ukazuje się głowa. Zza grzbietu wzgórza wyłania się zaśliniona kufa. Trudno się na razie zorientować, czy jest reszta ciała. W polu widzenia pojawia się nieśpiesznie łapa, potem druga, trzecia i czwarta, dźwigają ponad sześćdziesiąt kilogramów. Wilczarz, metr w kłębie, długi na półtora, dostrzega długowłosego chihuahua, ćwierć przeciętnego psa, ukrytego w trawie między stopami swojej właścicielki. Chihuahua waży trzy kilo i każdy gram trzęsie się ze strachu. Jednym leniwym skokiem, z uszami na sztorc, wilczarz ląduje przed chihuahua. Ten spuszcza lękliwie wzrok; wilczarz przykuca do jego wysokości i kąsa go w bok. Chihuahua spogląda na wielkiego psa, który unosi zad, trzymając ogon wysoko, i pręży się do ataku. Zamiast jednak uciekać w obliczu oczywistego zagrożenia, chihuahua przyjmuje podobną postawę, skacze na wilczarza i obejmuje jego kufę małymi łapkami. Zaczyna się zabawa.
Przez pięć minut psy tarzają się, chwytają i gryzą jeden drugiego. Wilczarz pada na bok, a mały pies odpowiada atakami na jego pysk, brzuch i łapy. Uderzenie łapą powoduje, że chihuahua odskakuje, tchórzliwie wycofując się poza zasięg ciosów. Wilczarz szczeka, zrywa się z ziemi i z hukiem ląduje na czterech łapach. W tym momencie chihuahua doskakuje i gryzie go mocno w łapę. Są spleceni w walce -?wilczarz trzyma w zębach małego chihuahua, a on kopie go łapkami w pysk -?ale właśnie wtedy mężczyzna bierze dużego psa na smycz i odciąga go na bok. Chihuahua podnosi się, patrzy w ich stronę, szczeka raz i podbiega do swojej właścicielki.
Te psy są do siebie tak niepodobne, że równie dobrze mogłyby być przedstawicielami dwóch różnych gatunków zwierząt. Zawsze intrygowała mnie swoboda charakteryzująca ich zabawę. Wilczarz gryzł, kłapał zębami i rzucał się do ataku, lecz chihuahua nie reagował strachem, tylko odpłacał mu pięknym za nadobne. Co wyjaśnia zdolność tych psów do wspólnej zabawy? Dlaczego wilczarz nie postrzega chihuahua jako ofiary? Dlaczego chihuahua nie postrzega wilczarza jako groźnego drapieżnika? Okazuje się, że odpowiedź nie ma nic wspólnego z iluzjami chihuahua o własnej potędze ani z brakiem drapieżności u wilczarza. Nie jest to również kwestia przejęcia kontroli przez wrodzony instynkt.
Istnieją dwa sposoby, aby dowiedzieć się, na czym polega ta zabawa - oraz co myślą, postrzegają i wyrażają bawiące się psy: trzeba albo urodzić się psem, albo spędzić dużo czasu na uważnej obserwacji psów. Pierwsza opcja była dla mnie nieosiągalna. Zapraszam zatem do zapoznania się z tym, czego nauczyłam się drogą obserwacji.
Jestem psiarą. W moim domu zawsze był pies. Zaczęło się od naszego rodzinnego psa o imieniu Aster, który miał niebieskie oczy, obcięty ogon i skłonność do wieczornej włóczęgi po okolicy, przez co czuwałam do późna w piżamie, zamartwiając się i czekając na jego powrót o północy. Długo opłakiwałam śmierć Heidi, springer spanielki, która wbiegła wprost pod koła samochodu na autostradzie stanowej w pobliżu naszego domu - oczami dziecięcej wyobraźni widziałam ją galopującą z jęzorem zwisającym z boku pyska i długimi uszami odchylonymi do tyłu w radosnym pędzie. Jako studentka patrzyłam z podziwem i sympatią na naszą Beckett, adoptowanego mieszańca chow-chow, która ze stoickim spokojem obserwowała, jak codziennie wychodzę z domu na zajęcia.
Potem u moich stóp leży zwinięta ciepła Pumpernickel -?w skrócie Pump - kundelka, która mieszkała ze mną przez całe swoje siedemnastoletnie życie i przez całą moją dorosłość. Każdy dzień spędzony w pięciu stanach Ameryki, każdy dzień w trakcie pięciu lat studiów podyplomowych i zatrudnienia w czterech miejscach pracy zaczynałam od jej powitalnego merdania ogonem, gdy słyszała, jak budzę się rano. Każdy, kto uważa się za miłośnika psów, zrozumie bez trudu, że nie wyobrażam sobie życia bez tej suczki.
Jestem psiarą, kocham psy. Jestem również naukowcem. Zajmuję się badaniem zachowań zwierząt. Jako profesjonalistka podchodzę z ostrożnością do antropomorfizowania zwierząt, a więc do przypisywania im uczuć, myśli i pragnień, których używamy do opisania samych siebie. W trakcie uczenia się, jak badać zachowania zwierząt, poznałam i respektowałam kodeks naukowca określający opisywanie działań: 1) zachować obiektywność, 2) unikać wyjaśniania zachowań poprzez odwoływanie się do procesów umysłowych, skoro wystarczy wyjaśnienie za pomocą prostszych procesów, 3) nie stanowi przedmiotu nauki zjawisko, które nie jest powszechnie obserwowalne i dające się potwierdzić. Jako profesor zajmująca się behawioryzmem zwierząt, kognitywistyką porównawczą i psychologią uczyłam się ze znakomitych podręczników, które przedstawiają fakty mierzalne. Opisują wszystko, od hormonalnych i genetycznych wyjaśnień społecznego życia zwierząt po reakcje uwarunkowane, stałe wzorce zachowań i optymalne tempo żerowania - wszystko tym samym wyważonym, obiektywnym tonem.
A jednak.
Większość pytań zadawanych przez moich studentów na temat zwierząt nie znajduje odpowiedzi w podręcznikach. Po wystąpieniach na konferencjach, na których prezentuję wyniki swoich badań, inni naukowcy nieuchronnie kierują rozmowę na temat własnych doświadczeń ze zwierzętami. Wciąż nie dają mi spokoju te same pytania, które zawsze miałam na temat swojego psa -?i wciąż nie znajduję na nie odpowiedzi. Nauka, praktykowana i opisywana w tekstach, rzadko odnosi się do naszych osobistych doświadczeń związanych z życiem ze zwierzętami i z próbami zrozumienia ich umysłowości.
W pierwszych latach studiów podyplomowych, kiedy zaczęłam zgłębiać neurobiologię, ze szczególnym uwzględnieniem umysłów organizmów zwierzęcych innych niż ludzie, nigdy nie przyszło mi do głowy, aby zajmować się psami. Psy wydawały mi się w pełni zrozumiałymi, swojskimi istotami. Koledzy twierdzili, że od psów nie ma się czego uczyć: psy to prostolinijne i szczęśliwe stworzenia, które musimy tresować, karmić i kochać -?i na tym koniec. W psach nie ma "danych". Mój promotor zajmował się pawianami: jeśli chodzi o behawioryzm zwierząt, to naczelne były popularnym przedmiotem badań. Zakładano, że najbardziej prawdopodobnymi kandydatami do posiadania umiejętności i zdolności poznawczych zbliżonych do ludzkich są nasi kuzyni -?inne ssaki naczelne. Takie było powszechne przekonanie naukowców zajmujących się zachowaniem zwierząt. Co gorsza, wydawało się, że psiarze zmonopolizowali teoretyzowanie na temat psiej umysłowości, a ich przekonania opierały się na anegdotach i niewłaściwie zastosowanych antropomorfizmach. Samo pojęcie psiej umysłowości zostało skompromitowane.
A jednak.
W trakcie studiów podyplomowych w Kalifornii wiele wolnego czasu spędziłam z Pumpernickel na wybiegach dla psów w lokalnych parkach i na plażach. W tym czasie szkoliłam się jako etolog, naukowiec zajmujący się zachowaniem zwierząt. Dołączyłam do dwóch grup badawczych obserwujących wysoce uspołecznione stworzenia: białe nosorożce w Wild Animal Park w Escondido oraz bonobo (szympansy karłowate) w tym samym parku i w zoo w San Diego. Nauczyłam się sztuki uważnej obserwacji, gromadzenia danych i analizy statystycznej. Z czasem ten sposób postrzegania zaczął przenikać do wolnych godzin spędzanych na wybiegach dla psów. Nagle psy, płynnie lawirujące między swoim światem społecznym a światem ludzi, stały się dla mnie zupełnie obcymi istotami: przestałam postrzegać ich zachowanie jako proste i w pełni zrozumiałe.
To, co dawniej uważałam za miłą dla oka zabawę Pumpernickel z bulterierem z sąsiedztwa, postrzegałam teraz jako wyrafinowany taniec wymagający współpracy, błyskawicznej komunikacji oraz oceny wzajemnych umiejętności i oczekiwań. Najmniejszy ruch głową lub pociągnięcie nosem wydawały się teraz celowe i pełne znaczenia. Spotykałam psiarzy, którzy w ogóle nie rozumieli zachowań swoich podopiecznych, spotykałam psy o wiele za bystre dla swoich towarzyszy zabaw, widziałam ludzi błędnie interpretujących psią radość jako agresję. Zaczęłam zabierać na spacery kamerę wideo, żeby nagrywać nasze wypady. W domu oglądałam nagrania psów bawiących się z innymi psami, ludzi rzucających psom piłki i frisbee - oglądałam gonitwy, walki, pieszczoty, bieganiny, konkursy szczekania. Dzięki uwrażliwieniu się na potencjalne bogactwo interakcji społecznych w świecie całkowicie pozajęzykowym wszystkie te niegdyś zwyczajne czynności wydały mi się niewykorzystanym źródłem informacji. Kiedy zaczęłam oglądać te filmy w zwolnionym tempie, dostrzegłam zachowania, których nigdy wcześniej nie widziałam pomimo długich lat spędzonych w psim towarzystwie. Po dokładniejszym przyjrzeniu się proste harce dwóch psów stawały się oszałamiającą serią zsynchronizowanych zachowań, aktywną zamianą ról, różnorodnymi formami komunikacji, elastycznym dostosowywaniem się i szybkim przechodzeniem od jednej do drugiej formy zabawy.
Oglądałam ni mniej, ni więcej, tylko odsłony psiej umysłowości, widocznej w sposobie komunikowania się między jednym psem a drugim oraz w próbach porozumiewania się z ludźmi, a także w sposobach interpretacji działań innych psów i ludzi.
Od tej chwili patrzyłam na Pumpernickel -?i na każdego innego psa - nowymi oczami. Optyka naukowa bynajmniej nie mąciła mi radości z obcowania z moją suczką, wprost przeciwnie, stanowiła nową, wielowymiarową perspektywę patrzenia na jej zachowanie, nowy sposób rozumienia psiego życia.
Odtąd prowadziłam regularne obserwacje psów w trakcie zabawy: tego, jak bawią się z innymi psami i jak bawią się z ludźmi. W tamtym czasie nieświadomie stanowiłam część ogromnej zmiany zachodzącej w naukowym podejściu do psów. Proces ten trwa, ale sceneria jest obecnie zupełnie inna niż dwadzieścia lat temu. Dawniej badania dotyczące zdolności poznawczych i zachowań psów były w powijakach, dziś organizuje się konferencje, istnieją zespoły naukowe, prowadzone są badania eksperymentalne i etologiczne, a wyniki tych wszystkich dociekań publikuje się w czasopismach naukowych. Osoby zajmujące się tą tematyką dostrzegły to samo co ja: pies jest idealnym punktem wyjścia do badań nad organizmami zwierzęcymi innymi niż ludzie. Psy żyją z ludźmi od dziesiątek tysięcy lat. Dzięki sztucznemu doborowi w procesie udomowienia ewoluowały w taki sposób, że uwrażliwiły się na te właśnie cechy, które składają się na ludzkie zdolności poznawcze, w tym, co najważniejsze, na umiejętność posługiwania się uwagą.
W tej książce przedstawiam to, co nauka mówi o psach. Naukowcy działający w laboratoriach i w terenie, badający psy użytkowe i psy do towarzystwa, psy domowe i psy żyjące w stanie wolnym, zgromadzili imponującą ilość informacji na temat psiej biologii -?zdolności sensorycznych, zachowań -?oraz psiej psychologii -?funkcji poznawczych. Na podstawie wyników setek programów badawczych możemy zacząć budować obraz psów niejako od wewnątrz -?możemy poznać zdolności węchowe, słuch, sposób, w jaki psy patrzą na nas, oraz mózg, który się za tym wszystkim kryje. Przedstawione tutaj badania nad funkcjami poznawczymi psów obejmują moje własne dociekania, ale na nich się nie kończą -?to plon przebogatej działalności naukowej. W przypadku zagadnień, na temat których nie ma jeszcze wiarygodnych informacji, uwzględniam badania dotyczące innych zwierząt, co pomoże nam zrozumieć życie psów. (Z myślą o czytelnikach, którzy zapragną zaznajomić się z przywołanymi pracami, na końcu książki zamieściłam bibliografię).
Nie wyrządzimy psom krzywdy, jeśli popuścimy nieco smyczy i przyjrzymy się im z dystansu, z naukowego punktu widzenia. Psie zdolności i perspektywa zasługują na szczególną uwagę. Skutek jest nadzwyczaj pozytywny, bo zamiast oddalać nas od psów, nauka zbliża nas do nich i pozwala podziwiać ich naturę. Rygorystyczne i zarazem twórcze zastosowanie metody naukowej może rzucić nowe światło na codzienne dyskusje o tym, co psy wiedzą, rozumieją lub myślą. Dzięki osobistej wędrówce, w trakcie której nauczyłam się systematycznej i naukowej obserwacji zachowań, lepiej poznałam własnego psa i głębiej zaczęłam doceniać naszą relację.
Udało mi się wniknąć do psiego wnętrza i zobaczyć świat z psiej perspektywy. Może to zrobić każdy, kto ma psa. A wtedy zacznie inaczej patrzeć na to wspaniałe kudłate stworzenie.
Natura badań naukowych nad organizmami zwierzęcymi innymi niż ludzie oznacza, że kilka pojedynczych osobników, które dokładnie opukano, poobserwowano, wytresowano lub poddano sekcji, reprezentuje cały swój gatunek. A przecież w przypadku ludzi nigdy nie godzimy się na to, aby zachowanie jednej osoby było uznawane za reprezentatywne dla wszystkich. Jeśli ktoś nie potrafi w ciągu godziny ułożyć kostki Rubika, nie wyciągamy z tego wniosku, że nikt inny też sobie nie poradzi. W tym przypadku nasze poczucie indywidualności okazuje się silniejsze niż poczucie "wspólnej biologii". Kiedy chodzi o opisywanie naszych zdolności fizycznych i poznawczych, jesteśmy przede wszystkim jednostkami, dopiero potem członkami rodzaju ludzkiego.
W przypadku zwierząt kolejność ta jest często odwrotna1. Nauka traktuje zwierzęta przede wszystkim jako przedstawicieli swoich gatunków, a dopiero w drugiej kolejności jako indywidualne osobniki. Przywykliśmy do postrzegania jednego czy dwóch zwierząt trzymanych w ogrodzie zoologicznym jako idealnych przedstawicieli swojego gatunku; dla kierownictwa zoo są one nawet nieświadomymi "ambasadorami" własnego gatunku. Nasze postrzeganie jednolitości gatunkowej widać wyraźnie, gdy porównujemy inteligencję zwierząt. Aby zweryfikować popularną od dawna hipotezę, że większy mózg oznacza większą inteligencję, porównano objętość mózgów szympansów, małp i szczurów z mózgiem człowieka. I rzeczywiście, mózg szympansa jest mniejszy od naszego, mózg małpy jest mniejszy od mózgu szympansa, a mózg szczura ma zaledwie wielkość móżdżku u naczelnych. Ta część historii jest dość dobrze znana. Mało kto wie jednak, że do celów porównawczych wykorzystano mózgi zaledwie dwóch lub trzech szympansów i małp. Tych kilka zwierząt, które miały na tyle wielkiego pecha, że dosłownie straciły głowy dla nauki, uznano za idealnie reprezentatywne małpy i szympansy. A przecież nie mogliśmy mieć pewności, że nie są to małpy o szczególnie dużych mózgach lub szympansy o mózgach nadzwyczajnie małych2.
Podobnie jeśli pojedyncze zwierzę lub niewielka grupa zwierząt nie poradzą sobie z eksperymentem psychologicznym, odium porażki spada na cały gatunek. Klasyfikowanie zwierząt według kryteriów biologicznych jest wygodną drogą na skróty, prowadzi jednak do osobliwych następstw: mamy skłonności do mówienia o gatunku tak, jakby wszyscy jego przedstawiciele byli identyczni. W przypadku ludzi nigdy nie popełniamy takiego błędu. Kiedy pies, mając do wyboru tacę z dwudziestoma ciastkami i tacę z dziesięcioma ciastkami, wybiera tę drugą, wtedy formułujemy uogólnione wnioski, a mianowicie, że "psy" nie potrafią odróżnić dużej ilości od małej. A przecież nie potrafił tego zrobić jeden konkretny pies.
Kiedy zatem stwierdzam, że "pies robi to lub tamto" albo że "psy są takie albo owakie", mam na myśli "te psy, które dotąd były przedmiotem badań". Owszem, wyniki wielu stosownie przeprowadzonych eksperymentów mogą ostatecznie pozwolić na rozsądne uogólnienie wniosków dotyczących "wszystkich psów". Lecz nawet wtedy różnice między poszczególnymi psami będą ogromne: być może nasz pies ma niezwykle dobry węch, nigdy nie patrzy nam w oczy, uwielbia swoje legowisko i nie znosi bycia dotykanym. Czasem to właśnie indywidualne odstępstwa od normy wydają się najbardziej wyraziste w eksperymencie: na przykład Dakota, mieszaniec, który brał udział w badaniu z serem i marchewką. Wszystkie psy biorące udział w tym badaniu zjadały kawałek zaoferowanej marchewki oraz wszystkie wolały kawałek sera od marchewki, gdy do wyboru miały jedno i drugie, ponadto większość wybrała ser zamiast kombinacji sera i marchewki: według naukowców jest to wybór "suboptymalny" -?większość, a w istocie wszystkie oprócz Dakoty, który prawie za każdym razem wybierał marchewkę razem z serem. Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tych badań? Być może większość psów zachowuje się irracjonalnie, kierując się emocjonalną heurystyką, którą czasami kierują się również ludzie. Możemy jednak skupić się na Dakocie i na tym, co wyróżnia go spośród innych psów, to znaczy co sprawia, że jest głodniejszy lub bystrzejszy. (Spróbujmy tego w domu ze swoim psem i zgłośmy wyniki).
Zarazem nie każde psie zachowanie należy interpretować jako istotne, traktować jako coś wrodzonego lub nadzwyczajnego; czasem psy po prostu "tak mają", podobnie jak my. To rzekłszy, jeszcze raz przypomnę, że przedstawiam tutaj tylko to, co wiemy o zbadanych dotąd psach. Wyniki innych eksperymentów mogą być odmienne.
Ta książka nie jest podręcznikiem tresury psów. Jednak jej treść może sprawić, że czytelnik nieświadomie nauczy się szkolić swojego psa. Dzięki temu dogonimy nasze psy -?przecież bez pomocy podręczników nauczyły się "szkolić" nas, nie zdając sobie z tego sprawy.
Literatura dotycząca szkolenia psów oraz literatura na temat ich zdolności poznawczych i zachowań są w znacznym stopniu rozbieżne. Owszem, treserzy wykorzystują kilka podstawowych zasad z zakresu psiej psychologii i etologii -?często z doskonałym skutkiem, niekiedy zaś ze skutkiem katastrofalnym. Większość szkoleń opiera się na zasadzie uczenia asocjacyjnego. Wszystkie organizmy zwierzęce, w tym ludzie, łatwo uczą się kojarzenia zdarzeń. Uczenie asocjacyjne jest podstawą warunkowania działań, które przewiduje nagrodę (smakołyk, okazanie uwagi, zabawka, pieszczota) po wystąpieniu pożądanego zachowania (pies siada na komendę). Poprzez wielokrotne stosowanie można ukształtować nowe, pożądane zachowanie -?czy to leżenie i turlanie się, czy też, dla ambitnych, spokojna jazda na skuterze wodnym za motorówką lub jazda Mini Cooperem po torze wyścigowym, jak to robiły psy o imionach Monty, Ginny i Porter, które zostały odpowiednio wyszkolone, aby pokazać potencjał kryjący się w zwierzętach ze schronisk. (Nie próbujmy tego w domu)3.
Jednak w innych przypadkach zasady tresury stoją w sprzeczności z wynikami badań naukowych dotyczących psów. Na przykład nadal istnieją treserzy, którzy posługują się analogią oswojonego wilka jako podstawą naszego postrzegania i traktowania psów. Każda analogia jest tak dobra, jak dobre jest jej źródło. W tym przypadku, jak zobaczymy, to, co wiedzą naukowcy o zachowaniach wilków żyjących na wolności, często okazuje się sprzeczne z wiedzą potoczną, którą posługujemy się, żeby ugruntować tę analogię.
Coraz częściej metody szkolenia są porównywane i weryfikowane naukowo. Jednak ludzie zajmujący się psami mają często bardzo nienaukowe podejście do tego, jakie szkolenie okazuje się skuteczne. Przyczyną wydaje się to, że osoby zgłaszające się do treserów mają na ogół dwie wspólne cechy: ich pies jest mniej "posłuszny" niż przeciętny pies, a właściciel jest bardziej zmotywowany do zmiany jego zachowań. Biorąc pod uwagę połączenie uwarunkowań, można stwierdzić, że po kilkumiesięcznym szkoleniu pies najprawdopodobniej będzie zachowywał się inaczej - niezależnie od tego, na czym polegało samo szkolenie.
Efekty tresury bywają ekscytujące, ale niekoniecznie dowodzą, że to właśnie metody zastosowane w szkoleniu doprowadziły do sukcesu. Owszem, końcowy sukces może świadczyć o poziomie szkolenia. Ale może to być również szczęśliwy zbieg okoliczności. Wreszcie może to być też efekt poświęcania psu większej uwagi w trakcie trwania programu szkoleniowego. Może to być efekt dojrzewania psa w tym okresie. Albo wyprowadzki tego okropnego brytana z sąsiedztwa, który rzucał się bez przerwy na naszego psa. Innymi słowy, sukces może być wynikiem dziesiątek rozmaitych czynników. Nie uda się ich wyodrębnić bez zastosowania rygorystycznych badań naukowych.
Co ważniejsze, szkolenie jest zazwyczaj dostosowane do człowieka -?ma na celu ukształtowanie psa w taki sposób, aby pasował do wyobrażeń i oczekiwań jego właściciela. Cel ten znacznie różni się od naszych dążeń: my chcemy zobaczyć, co pies faktycznie robi, czego od nas oczekuje i jak nas postrzega.
Coraz modniejsze staje się mówienie o ludziach żyjących z psami nie jako o właścicielach, lecz jako o opiekunach, rodzicach lub towarzyszach. Przez większość znanej historii właściciele psów byli nazywani "właścicielami" po prostu dlatego, że słowo to określa relację prawną, jaką mamy z psami: są one własnością ludzi. Co ciekawe, chociaż obecnie uważane są za członków rodziny, pozostają własnością (i to własnością o niewielkiej wartości odszkodowania -?z wyjątkiem wartości hodowlanej -?o czym, mam nadzieję, żaden z czytelników nie będzie musiał się przekonać na własnej skórze). Dzień, w którym psy przestaną być naszą własnością, będzie dla mnie wielkim świętem. Dawniej używałam słowa "właściciel" niejako apolitycznie, dla wygody i bez żadnych podtekstów, dziś jednak uważam siebie za własność psów. Język jest często prekursorem zmian społecznych, w związku z czym coraz częściej odnoszę się do siebie i innych jako do "ludzi" lub "osób" należących do psów, zwracając tym sposobem wektor zależności z powrotem na nas, choć równie często nadal nazywam nas "właścicielami". To samo przyświeca mi w używaniu rzeczowników i zaimków: czasem uwzględniam płeć, kiedy indziej zaś słowo "pies" lub "on" stosuję ogólnie. ("Oho, jakiś pies zostawił zabawkę" - można powiedzieć po przyjściu do wybiegu dla psów i znalezieniu bezpańskiej piszczącej piłeczki).
Dziś rano obudziła mnie Pump. Podeszła do łóżka i zaczęła obwąchiwać mnie intensywnie, znajdując się zaledwie kilka milimetrów ode mnie. Wąsami muskała moje usta, aby sprawdzić, czy nie śpię, czy żyję i czy ja to ja. Jej podekscytowanie zwieńczyło głośne apsik! prosto w moją twarz. Otworzyłam oczy, a ona popatrzyła na mnie uśmiechnięta, dysząc na powitanie.
Spójrzmy na swojego psa. No jazda, popatrzmy -?na tego, który leży obok nas, może zwinięty w kłębek na legowisku lub wyciągnięty na boku na podłodze wyłożonej kafelkami. Przebiera łapami w biegu po łąkach w krainie snu. Przyjrzyjmy mu się dobrze -?a teraz zapomnijmy wszystko, co wiemy o tym lub jakimkolwiek innym psie.
To oczywiście apel absurdalny: nie oczekuję, że można łatwo zapomnieć choćby imię, ulubiony przysmak czy wyjątkowy wygląd własnego psa, nie mówiąc już o wszystkim, co go dotyczy. To tak, jakbyśmy od osoby stawiającej pierwsze kroki w praktyce medytacji oczekiwali, że od razu osiągnie satori, oświecenie: wytycz cel i zobacz, jak daleko zajdziesz. Nauka, dążąc do obiektywności, wymaga uświadomienia sobie własnych wcześniejszych założeń, uprzedzeń i osobistej optyki. Patrząc na psy przez pryzmat nauki, odkryjemy, że niektóre nasze przekonania na ich temat są w pełni uzasadnione, natomiast inne, które wydają się oczywiste, po bliższym zbadaniu okażą się bardziej wątpliwe, niż nam się wydawało. Patrząc na nasze psy z innej perspektywy -?z perspektywy psa - możemy dostrzec nowe rzeczy, które nie przychodzą naturalnie do głowy osobom obdarzonym ludzkim umysłem. Najlepszym sposobem na zrozumienie psów jest więc zapomnieć o tym, co w naszym przekonaniu wiemy.
W pierwszej kolejności należy zapomnieć o antropomorfizmach. Obserwujemy, omawiamy i wyobrażamy sobie zachowanie psów z perspektywy ukierunkowanej na człowieka, narzucając tym kudłatym stworzeniom własne emocje i myśli. Uznamy za oczywiste, że psy kochają i pragną tak samo jak my; że śnią i myślą tak samo jak my; znają nas i rozumieją, nudzą się, czują zazdrość i popadają w depresję. Czy może być bardziej naturalne wytłumaczenie smętnej miny naszego psa, gdy wychodzimy z domu, niż to, że przygnębia go nasz wypad na miasto?
Odpowiedź brzmi: owszem, lepsze jest wyjaśnienie oparte na tym, co psy faktycznie czują, wiedzą i rozumieją. Używamy słów, tych antropomorfizmów, aby lepiej zrozumieć zachowanie psów. Naturalnie na pierwszym miejscu stawiamy ludzkie doświadczenia, wskutek czego rozumiemy przeżycia zwierząt tylko w takim zakresie, w jakim odpowiadają one naszym przeżyciom. Pamiętamy historie, które potwierdzają trafność naszych wyobrażeń, a chętnie zapominamy te, które zadają im kłam. Nie wahamy się też stwierdzać "fakty" na temat małp, słoni lub jakichkolwiek innych zwierząt, choć nie dysponujemy odpowiednimi dowodami na ich poparcie. Dla wielu z nas interakcja ze zwierzętami innymi niż udomowione sprowadza się do wizyt w ogrodach zoologicznych lub oglądania programów przyrodniczych. Bogactwo przydatnych informacji, które możemy uzyskać z takiego obcowania ze zwierzętami, jest mocno ograniczone: tego rodzaju pasywne poznanie ujawnia jeszcze mniej niż spojrzenie w okno sąsiada, gdy przechodzimy obok jego domu4. No, a przecież sąsiad i my to przedstawiciele jednego gatunku.
Antropomorfizowanie nie jest z gruntu szkodliwe. Powstaje w wyniku prób zrozumienia świata, a nie jego podważania. Nasi przodkowie regularnie antropomorfizowali, usiłując wyjaśnić i przewidzieć pogodę i pozostałe zjawiska naturalne oraz zachowanie innych organizmów zwierzęcych, nie wyłączając tych, które chcieli zjeść lub które ich chciały zjeść. Wyobraźmy sobie, że o zmierzchu spotykamy w lesie jaguara o jasnych ślepiach i mierzymy się wzrokiem. W tym momencie warto byłoby zastanowić się szybko nad tym, co pomyślelibyśmy, "gdybyśmy byli jaguarem" -?i w efekcie prawdopodobnie rzucilibyśmy się do ucieczki. Ludzie przetrwali: przypisywanie zwierzętom cech ludzkich być może nie jest do końca trafne, niemniej okazało się dość przydatne.
Zazwyczaj nie musimy już wyobrażać sobie życia wewnętrznego jaguarów, aby zdążyć uciec przed ich kłami i pazurami. Wprowadzamy zwierzęta do swoich domów, oczekując, że staną się członkami naszych rodzin. Mając to na uwadze, wypada stwierdzić, że takie machinalne antropomorfizmy, jeśli nawet podsycają nasze zainteresowanie zwierzęciem, nie sprzyjają włączeniu go do rodziny i nawiązaniu z nim jak najbardziej bezkonfliktowej, głębokiej relacji. Nie oznacza to jednak, że nasze oceny są zawsze błędne: może się okazać prawdą, że nasz pies jest smutny, zazdrosny, ciekawy świata, przygnębiony -?lub ma ochotę na kanapkę z masłem orzechowym. Jednak należy stwierdzić dobitnie, że nie powinniśmy wnioskować, powiedzmy, o psiej depresji tylko na podstawie pierwszych naocznych świadectw: smutnego wejrzenia czy donośnych westchnień. Nazbyt szybko przyjmujemy daleko idące założenia. Projekcje, które rzutujemy na zwierzęta, są zbyt ubogie -?lub całkowicie nietrafne. Na przykład uznajemy, że pies jest szczęśliwy, bo widzimy uniesione kąciki pyska; a przecież taki "uśmiech" może być złudzeniem. U delfinów i uroczych ambystomów meksykańskich "uśmiech" jest stałą cechą fizjologiczną, niezmienną jak przerażająca twarz klauna. U szympansów z kolei uśmiech jest wyrazem strachu lub uległości, a więc emocji całkowicie przeciwnych do poczucia szczęścia. Podobnie człowiek może unieść brwi w wyrazie zaskoczenia, natomiast kapucynka unosząca brew wcale nie jest zaskoczona. Nie okazuje sceptycyzmu ani niepokoju, lecz sygnalizuje pobliskim małpom, że ma przyjazne zamiary. Z kolei u pawianów uniesione brwi mogą być świadomą groźbą (wniosek: uważajmy, przy jakiej małpie unosimy brwi). To na nas spoczywa obowiązek znalezienia sposobu na potwierdzenie lub obalenie własnych przekonań dotyczących zwierząt. (Być może nigdy nie zauważyliśmy, że psy unoszą brwi, ale owszem, robią to, a będące tego skutkiem "wielkie oczy" są nieodłącznym elementem "psiego spojrzenia", które tak bardzo kochamy. Kochamy do tego stopnia, że psy, które unoszą brwi, prędzej zamieniają schronisko na dom niż te, które tego nie robią).
Zdiagnozowanie depresji na podstawie jednego smutnego spojrzenia wydaje się całkiem niewinnym błędem, ale niegroźna z początku antropomorfizacja może w końcu przynieść szkody. W niektórych przypadkach zagraża wręcz zdrowiu zwierząt. Jeśli zamierzamy podawać psu leki przeciwdepresyjne na podstawie naszej interpretacji jego spojrzeń, to czy mamy stuprocentową pewność, że nasza diagnoza jest właściwa? Gdy zakładamy, że najlepsze dla zwierzęcia jest to, co jest najlepsze dla nas lub innych ludzi, wówczas możemy nieświadomie działać na jego szkodę.
Weźmy na przykład norki hodowlane (powinniśmy wiedzieć, że tylko w 2024 roku w samych Stanach Zjednoczonych zabito 1,3 miliona norek na potrzeby przemysłu futrzarskiego). Norki są trzymane w małych klatkach z siatki drucianej -?mają tylko budkę do gniazdowania, wodę do picia i papkę do jedzenia. Próby poprawy ich krótkiego żywota mogą polegać na zapewnieniu im większej przestrzeni lub lepszego pożywienia -?zatem tego, czego sami byśmy chcieli, gdybyśmy egzystowali w tak spartańskich warunkach. Gdy norkom zapewniono więcej przestrzeni -?lub zabawki tudzież nowe miejsce do gniazdowania -?okazało się, że jedna grupa wolała dostęp poprzez niewielkie drzwiczki do niewielkiego basenu z wodą, w którym mogły pływać. Małe norki próbowały dostać się do basenu nawet wtedy, gdy drzwiczki obciążono dwukrotnie, a potem dwukrotnie, aż w końcu napierały z całej siły na przeszkodę ważącą dwa razy więcej niż one same. Gdy dostęp do basenu został tymczasowo zablokowany, poziom kortyzolu - hormonu stresu -?wzrósł u norek tak samo jak w przypadku tymczasowego pozbawienia ich pokarmu.
Dla ludzi pływanie to może nie luksus, ale przyjemność; nie oczekujemy, że zawsze będziemy mieli basen pod ręką, ani nie uważamy, że dostęp do basenu jest nam potrzebny do życia. Z perspektywy norki pływanie również nie jest niezbędne do życia, a jednak w środowisku naturalnym stanowi jego sens. Norki żyjące na wolności bez przerwy pływają i nurkują, podążając za woniami i polując. Jeśli spróbujemy poprawić ich egzystencję w warunkach niewoli, myśląc o tym, co sami chcielibyśmy mieć w celi, to zapewne basen nie przyjdzie nam do głowy. Krowy na przykład za wszelką cenę pragną mieć dostęp do zewnętrznego świata -?podobnie jak starają się zdobyć pożywienie, gdy są bardzo głodne. Niewielki głód zniosą bez trudu, ale nie lubią przebywać w zamknięciu.
Czy w przypadku psów nasza skłonność do antropomorfizowania zawodzi nas równie spektakularnie? Bez wątpienia. Weźmy na przykład płaszczyki przeciwdeszczowe. Produkcji stylowych psich pelerynek z czterema "rękawami" towarzyszy kilka interesujących założeń. Odłóżmy na bok pytanie, czy psy wolą kolor jasnożółty, wzór w kratę czy motyw z kotami i psami (jak to, oczywiście wolą motyw z kotami i psami!). Osoby, które ubierają swoje psy w pelerynki, mają jak najlepsze intencje: być może zauważyły, że ich psy nie chcą wychodzić na spacer, gdy pada deszcz. Wydaje się całkiem rozsądne, aby na podstawie takiej reakcji wyciągnąć wniosek, że psy nie lubią deszczu.
"Psy nie lubią deszczu". Co to zdanie w ogóle znaczy? Czy znaczy, że nie lubią, jak krople spadają na ich ciało, podobnie jak nie lubi tego wielu z nas -?toteż, tak samo jak my, wolałyby paradować w płaszczu przeciwdeszczowym? Czy to słuszne założenie? W tym przypadku dysponujemy wieloma pozornymi świadectwami pochodzącymi od samych psów. Czy pies jest podekscytowany i merda ogonem, gdy bierzemy jego pelerynkę? Owszem, a więc to potwierdza nasze założenie, że... Chwila, moment. A może raczej nasuwa się wniosek, że pies zdaje sobie sprawę, że pojawienie się pelerynki zapowiada długo wyczekiwany spacer, tak samo jak pies przewodnik rozpoznaje, że jest na służbie, gdy ma założoną uprząż, a służbę kończy, gdy uprząż zostaje zdjęta? Czy pies ucieka przed pelerynką? Podkula ogon i opuszcza głowę? Owszem. Podważa to więc nieco nasze założenie, ale nie stanowi jeszcze całkowitej negacji. Czy pies wygląda opłakanie, gdy jest mokry? Czy z wigorem otrząsa się z wody? Nic z tego jednoznacznie ani nie potwierdza, ani nie obala naszych założeń. No więc jak to jest? Ech, co za trudne do rozgryzienia stworzenie ten nasz pies.
Najlepszym źródłem wiedzy, aby rozstrzygnąć kwestię pelerynki przeciwdeszczowej, jest zachowanie żyjących w stanie wolnym spokrewnionych zwierząt z rodziny psowatych. Zarówno psy, jak i wilki mają oczywiście sierść, która na stałe okrywa ich ciało. Jednak sierść wystarcza: kiedy pada deszcz, wilki być może szukają schronienia, ale nie okrywają się dodatkowo żadnymi naturalnymi materiałami. Nie świadczy to o potrzebie posiadania peleryny przeciwdeszczowej ani o zainteresowaniu takim wynalazkiem. Ponadto pelerynka, poza tym, że jest okryciem, ma jedną charakterystyczną cechę: ściśle przylega, a nawet uciska grzbiet, klatkę piersiową, czasem głowę. Zdarza się, że wilki odczuwają nacisk na grzbiet lub głowę -?gdy starsze osobniki karcą młodsze, chwytając je zębami za pysk. Nazywa się to "chwytem kagańcowym" i być może wyjaśnia, dlaczego psy w kagańcu wydają się czasami nienaturalnie potulne. Pies, który stoi "nad" innym psem, ma pozycję dominującą. W takiej sytuacji podporządkowany pies odczuwa napór drugiego zwierzęcia na swoje ciało. Pelerynka przeciwdeszczowa może wywoływać podobne doznanie. Zatem ubranie psa w pelerynkę nie rodzi u niego poczucia ochrony przed wilgocią, lecz raczej nieprzyjemne doznanie, że obok jest ktoś wyższy rangą. Interpretację tę potwierdza zachowanie większości psów ubranych w pelerynkę: zastygają w miejscu, jakby były "zdominowane". To samo zachowanie można zaobserwować wtedy, gdy pies opierający się kąpieli nagle przestaje się szarpać, bo jest całkowicie przemoczony lub przykryty ciężkim, mokrym ręcznikiem. Pies ubrany w pelerynkę wychodzi grzecznie na spacer, ale nie dlatego, że tak bardzo podoba mu się jego strój, lecz dlatego, że czuje się poskromiony5. W efekcie pies wróci suchy ze spaceru, ale to my podjęliśmy te wszystkie zabiegi, nie on. Podobnie jest z okryciami zimowymi: owszem, psy, które drżą z zimna, mogą z nich korzystać, ale zachowanie większości psów wskazuje, że nie potrzebują ich ani nie pragną. (Jeśli koniecznie chcemy zapewnić swojemu psu ciepło, odpowiednia będzie kurteczka okrywająca brzuch, który zazwyczaj jest mniej porośnięty sierścią, zatem bardziej narażony na zimno, nie zaś taka, która obejmuje cały grzbiet). Sposobem na uniknięcie tego rodzaju błędów jest zastąpienie naszego instynktownego antropomorfizowania nawykiem trafnego odczytywania psich zachowań. W większości przypadków okazuje się to proste: musimy tylko zapytać psy, czego chcą. Następnie należy sobie przetłumaczyć ich odpowiedź.
Oto pierwsze narzędzie, które pomoże nam uzyskać odpowiedź: należy wyobrazić sobie psią perspektywę. Przełomu w badaniach nad zwierzętami dokonał urodzony na początku XX wieku w Estonii biolog Jakob von Uexküll. Zaproponował rewolucyjne rozwiązanie: każdy, kto chce zrozumieć życie zwierzęcia, musi zacząć od uwzględnienia tego, co nazwał Umwelt: subiektywnego lub "własnego świata". Uwmelt oznacza po prostu życie przeżywane przez zwierzę. Weźmy na przykład niepozornego kleszcza. Ci z nas, którzy znają długie minuty niepewności spędzone na obmacywaniu psa w poszukiwaniu charakterystycznej wypukłości wskazującej na kleszcza napęczniałego od krwi, być może już wiedzą, w czym rzecz. Prawdopodobnie uważamy kleszcza za szkodnika i nic więcej. Ledwie za zwierzę. Von Uexküll zastanawiał się natomiast, jak może wyglądać życie z perspektywy kleszcza.
Garść informacji ogólnych: kleszcze są pasożytami. Należą do rzędu pajęczaków, który obejmuje pająki i inne zwierzęta o czterech parach odnóży, prostej budowie ciała i potężnych szczękach. Ewolucja trwająca tysiące pokoleń maksymalnie uprościła ich czynności życiowe: narodziny, rozmnażanie się, pożywienie i śmierć. Rodzą się bez odnóży i narządów płciowych, ale te części ciała zaraz im wyrastają, co pozwala na rozmnażanie się i wpełzanie na wysokie miejsca, choćby na źdźbło trawy. I tu życie kleszcza robi się fascynujące. Spośród wszystkich widoków, dźwięków i zapachów oferowanych przez świat dorosły kleszcz czeka tylko na jeden. Nie rozgląda się: jest ślepy. Żaden dźwięk nie interesuje kleszcza: dźwięki nie mają dla niego najmniejszego znaczenia. Czeka tylko na pojawienie się jednej woni: nuty kwasu masłowego, wydzielanego przez zwierzęta ciepłokrwiste (czasem wyczuwamy go w pocie). Może czekać dzień, miesiąc lub kilkanaście lat. Lecz gdy tylko wyczuje tę woń, na której się koncentruje, zeskakuje ze swojego stanowiska. Wtedy uruchamia się druga zdolność sensoryczna. Skóra kleszcza jest światłoczuła i potrafi wykrywać ciepło. Kleszcz zatem kieruje się w stronę ciepła. Jeśli ma szczęście, ciepła woń pochodzi od zwierzęcia. Wtedy czepia się go i pije krew. Po jednym posiłku spada, składa jaja i umiera.
Sens tej opowieści sprowadza się do stwierdzenia, że świat kleszcza różni się od naszego w sposób wręcz niewyobrażalny: całkowicie inne jest to, co czuje, czego pragnie i do czego dąży. Dla kleszcza złożoność żywego stworzenia sprowadza się do dwóch bodźców: woni i ciepła -?i właśnie na nich się koncentruje. Jeśli chcemy zatem zrozumieć życie jakiegokolwiek zwierzęcia, musimy wiedzieć, co jest dla niego istotne. Pierwszym krokiem wiodącym do tego będzie określenie, jak zwierzę postrzega świat, co widzi, słyszy, wyczuwa węchem lub w inny sposób. Dla zwierzęcia znaczenie mają wyłącznie obiekty przez nie postrzegane; reszta nie jest uwzględniana lub wydaje się jednolita. Wiatr szeleszczący wśród traw? Dla kleszcza nie ma to najmniejszego znaczenia. Odgłosy urodzinowego kinderbalu? Jego radar ich nie wychwytuje. Pyszne okruchy ciasta leżące na ziemi? Nie wzbudzają żadnego zainteresowania.
Drugim krokiem jest zastanowienie się, jak zwierzę funkcjonuje w świecie. Kleszcz łączy się w pary, czeka, spada, czepia się i żeruje. Tak więc z perspektywy kleszcza zawartość całego wszechświata dzieli się na kleszcze i niekleszcze; na to, na co się czeka i nie czeka; na powierzchnie, których można lub nie można się uczepić; oraz na substancje, którymi można lub nie można się żywić.
W ten sposób te dwa wymiary -?postrzeganie i działanie -?w dużej mierze definiują i ograniczają świat w przypadku każdego żywego organizmu. Wszystkie gatunki zwierząt mają własny Umwelt -?swoją subiektywną rzeczywistość, uważaną przez von Uexkülla za "bańkę", w której są na zawsze uwięzione. My, ludzie, również jesteśmy zamknięci we własnej bańce. Na przykład w każdym z naszych światów zwracamy baczną uwagę na to, gdzie znajdują się inni ludzie i co robią lub mówią. (Dla kontrastu wyobraźmy sobie obojętność kleszcza w reakcji na nasze nawet najbardziej wzruszające wiersze). Postrzegamy świat wyłącznie w zakresie światła widzialnego, słyszymy wyłącznie dźwięki dla nas słyszalne i wyczuwamy silne zapachy znajdujące się bezpośrednio przed naszym nosem. Ponadto każda osoba tworzy własny Umwelt, wypełniony przedmiotami mającymi dla niej szczególną wagę. To ostatnie można sobie silnie uświadomić, gdy znajdziemy się w obcym mieście i poprosimy jego mieszkańca o oprowadzenie. Ruszy trasą oczywistą dla niego, ale zupełnie niewidoczną dla nas. Jednak mamy coś wspólnego: żaden z nas prawdopodobnie nie zatrzyma się, aby złowić uchem ultradźwiękowy krzyk nietoperza; żaden nie wyczuje u przechodzącego obok mężczyzny zapachu wczorajszej kolacji (chyba że zawierała dużo czosnku). My, kleszcze i wszystkie inne organizmy zwierzęce wtapiamy się w nasze środowisko: jesteśmy bombardowani bodźcami, ale tylko nieliczne z nich mają dla nas znaczenie.
Ten sam przedmiot będzie zatem widziany (a raczej "postrzegany" - niektóre zwierzęta nie widzą dobrze, a nawet w ogóle) przez różne organizmy w różny sposób. Róża jest różą jest różą. Czy aby na pewno? Dla człowieka róża to kwiat, prezent dla ukochanej i symbol piękna. Dla chrząszcza róża jest być może całym terytorium obejmującym kryjówki (pod liściem, by nie być wypatrzonym przez latające drapieżniki), teren polowań (w pęku, gdzie rozwijają się larwy mrówek) i składanie jaj (w miejscu połączenia liścia i łodygi). Dla słonia jest to ledwo wyczuwalny pod nogą cierń.
A czym jest róża dla psa? Jak zobaczymy, zależy to od budowy jego ciała i mózgu. Okazuje się, że dla psa róża nie jest ani okazem piękna, ani światem samym w sobie. Róża jest tym samym co reszta otaczającej go roślinności -?chyba że została dotknięta przez jego właściciela, obsikana przez innego psa lub nadepnięta przez inne zwierzę. Wtedy budzi żywe zainteresowanie i staje się dla psa znacznie ważniejsza niż dla nas najpiękniejsza róża z całej kwiaciarni.
Rozpoznanie istotnych elementów świata zwierząt -?ich Umweltu -?oznacza w pewnym sensie stanie się ekspertem w dziedzinie organizmów zwierzęcych, czy będą to kleszcze, psy, czy ludzie. Posłuży za narzędzie do rozładowania napięcia między tym, co w naszym przekonaniu wiemy o psach, a tym, jakie psy faktycznie są. Wydaje się jednak, że bez stosowania antropomorfizmów dysponujemy niewieloma słowami, którymi moglibyśmy opisać postrzegane przez nas psie doświadczenia.
Zrozumienie psiej perspektywy -?poprzez zrozumienie zdolności poznawczych, doświadczenia i sposobu komunikacji -?podsuwa nam stosowne słownictwo. Nie możemy jednak przetłumaczyć tego po prostu poprzez introspekcję, która uwzględnia nasze własne środowisko. Większość z nas ma dość kiepskie powonienie -?aby wyobrazić sobie, jak to jest być węchowcem, musimy zrobić coś więcej, niż tylko o tym pomyśleć. Tego rodzaju ćwiczenie introspekcyjne poskutkuje jedynie wtedy, gdy towarzyszy mu zrozumienie, jak głęboka jest różnica środowiskowa pomiędzy nami a innymi organizmami zwierzęcymi. Możemy to dostrzec, "wchodząc" niejako w środowisko zwierzęcia, próbując postawić się w jego sytuacji -?pamiętając jednocześnie, że nasze zmysły ograniczają nas w tych dążeniach. Spędzenie całego popołudnia na czworakach, aby "zniżyć się" do poziomu psa, przynosi zaskakujące odkrycia. Dokładne obwąchanie (nawet naszym kiepskim nosem) każdego napotkanego przedmiotu nadaje nowy wymiar rzeczom, które wydają się znajome. Czytając te słowa, spróbujmy zwrócić uwagę na wszystkie dźwięki w pomieszczeniu, w którym się teraz znajdujemy -?przywykliśmy do nich, więc zazwyczaj nie zwracamy na nie uwagi. Dzięki skupieniu słyszę nagle wentylator za plecami, warkot ciężarówki, przytłumione głosy ludzi wchodzących do budynku na dole; ktoś wierci się na drewnianym krześle, moje serce bije, przełykam ślinę, przewracam stronę tekstu. Gdybym miała lepszy słuch, mogłabym usłyszeć skrobanie długopisu po papierze w drugim końcu pokoju, odgłosy rosnącej rośliny, ultradźwiękowe wołania owadów pod stopami. Czy to możliwe, że odgłosy te są na pierwszym planie w sensorycznym świecie innego organizmu zwierzęcego?
Nawet przedmioty znajdujące się w pokoju nie są w pewnym sensie tymi samymi przedmiotami dla zwierzęcia. Pies rozglądający się po salonie nie myśli, że otaczają go ludzkie wynalazki; widzi psie przedmioty. To, do czego naszym zdaniem służy dany przedmiot lub z czym nam się kojarzy, może, ale nie musi, pokrywać się z wyobrażeniem psa na temat funkcji lub znaczenia tej rzeczy.
Przedmioty definiuje się poprzez to, jak można się nimi posługiwać: von Uexküll nazywa to ich "tonami funkcjonalnymi" -?tak jakby zastosowanie przedmiotu rozbrzmiewało niczym dzwonek, gdy tylko na niego spojrzymy. Pies może z obojętnością traktować krzesła, lecz jeśli zostanie wyszkolony, aby na nie wskakiwać, nauczy się, że krzesło ma funkcję: ma "ton siedzenia", bo można na nim posadzić zad. Później pies może zdecydować, że inne przedmioty również mają ton siedzenia: kanapa, stos poduszek, kolana osoby przycupniętej na podłodze. Jednak inne rzeczy, które identyfikujemy jako podobne do krzeseł, nie są tak postrzegane przez psy: taborety, stoły, podłokietniki kanap. Taborety i stoły należą do innej kategorii przedmiotów: być może stanowią przeszkody na drodze do "tonu jedzenia" w kuchni.
Tak oto zaczynamy dostrzegać, w jakiej mierze światopogląd psów i ludzi się pokrywa, a w jakiej się różni. Wiele przedmiotów w naszym otoczeniu ma dla psów charakter pokarmu -?prawdopodobnie znacznie więcej, niż nam się wydaje. Odchody nie są dla nas elementem menu, ale psy mają odmienne zdanie w tej sprawie. Psy mogą postrzegać przedmioty w sposób, który nam jest zupełnie obcy -?na przykład jako ton tarzania się, a więc rzeczy, w których można się radośnie wytarzać. Jeśli nie jesteśmy dziećmi lub ludźmi skłonnymi do figli, lista przedmiotów, które kojarzą nam się z tarzaniem, jest ograniczona lub nawet pusta. Wiele zwykłych przedmiotów, które mają dla nas bardzo konkretne znaczenie -?widelce, noże, młotki, pinezki, wentylatory, zegary i tak dalej -?ma dla psów znaczenie znikome lub nie ma go wcale. Dla psa młotek nie istnieje... a przynajmniej nie istnieje w tym sensie, w jakim my postrzegamy to narzędzie. Pies nie używa młotka, nie wykonuje nim żadnych czynności, więc nie ma on dla niego żadnego znaczenia. Przynajmniej do momentu, gdy młotek połączy się z innym, istotnym przedmiotem: znajdzie się w rękach ukochanej przez psa osoby; obsika go uroczy pies z sąsiedztwa; jego twardy drewniany uchwyt można pogryźć jak patyk.
Do zderzenia Umweltów dochodzi, gdy pies spotyka człowieka -?i często prowadzi to do nieporozumień dotyczących zachowania tego pierwszego. Ludzie nie postrzegają świata z psiej perspektywy, a więc tak, jak widzi go pies. Na przykład niektórzy ludzie twierdzą z całkowitą powagą, że pies nigdy nie powinien leżeć na łóżku. Aby dać wyraz srogiej powadze tego zakazu, człowiek postanawia kupić coś, co producent różnych akcesoriów dla zwierząt nazwał "legowiskiem dla psa", następnie położyć to na podłodze u siebie w domu. Dalej pies jest zachęcany, aby przyszedł i położył się na tym konkretnym legowisku, na którym wolno się kłaść. Pies zazwyczaj zrobi to, acz niechętnie. I w ten sposób możemy odczuć satysfakcję: kolejna interakcja między psem a człowiekiem zakończyła się naszym sukcesem!
Ale czy tak jest naprawdę? Wiele razy po powrocie do domu znajdowałam na łóżku kłębowisko wygniecionej ciepłej pościeli, w której leżał albo mój pies, przed chwilą witający mnie w drzwiach merdaniem ogona, albo niewidzialny intruz zmorzony snem. Nie mamy trudności ze zrozumieniem znaczenia łóżek w świecie ludzi: sama nazwa przedmiotu określa jego funkcję. "Łóżko" jest dla ludzi, "legowisko" jest dla psów. Łóżka dla ludzi kojarzą się z odpoczynkiem, mogą być wyposażone w specjalnie dobraną pościel i rozmaite puszyste poduszki; legowisko dla psa to miejsce, w którym nigdy nie przyszłoby nam do głowy usiąść i które jest (stosunkowo) niedrogie i częściej zasypane zabawkami do gryzienia. Ale zaraz, co z psem? Na początku nie ma dla niego dużej różnicy między tymi dwoma łóżkami -?może poza tym, że "ludzkie" łóżko jest nieskończenie bardziej atrakcyjne. "Ludzkie" łóżko pachnie właścicielem, podczas gdy łóżko "psie" pachnie materiałem, który akurat wykorzystał producent legowisk (lub, co gorsza, wiórami cedrowymi -?wonią przytłaczającą dla psa, ale przyjemną dla nas). Nasze łóżka są tam, gdzie my jesteśmy, gdzie spędzamy wolny czas, być może rozrzucając okruchy i części garderoby. Co zatem woli pies? Bezsprzecznie woli nasze łóżko. Pies nie wie tego wszystkiego, co sprawia, że łóżko stanowi dla nas tak szczególny teren. Być może rzeczywiście nauczy się, że łóżko ma w sobie coś wyjątkowego -?ale drogą do tego jest ciągłe karcenie go za łamanie zakazu. Jednak nawet wtedy pies nie będzie stosował rozróżnienia między "łóżkiem dla ludzi" a "łóżkiem dla psów", tylko między "miejscem, które wiąże się z naganą", a "miejscem, które z naganą się nie wiąże".
W świecie psów legowiska nie odgrywają żadnej szczególnej roli. Psy śpią i odpoczywają tam, gdzie akurat mogą to robić, a nie na miejscach wyznaczonych do tego celu przez ludzi. Owszem, miejsca do spania mogą odgrywać pewną rolę: psy preferują miejsca, w których mogą się całkowicie wyciągnąć, w których panuje odpowiednia temperatura, w których przebywają inni członkowie stada lub rodziny oraz w których jest bezpiecznie. Dla psów żyjących na wolności oznacza to odpoczynek w pewnej odległości od ludzi i w cieniu. W przypadku psów domowych większość płaskich lub miękkich powierzchni spełnia te warunki. Wystarczy wybrać miejsce spełniające te kryteria, a nasz pies najprawdopodobniej uzna je za równie atrakcyjne jak duże, wygodne łoże.
Aby potwierdzić nasze domniemania na temat przeżyć czy umysłowości psa, nauczmy się pytać go, czy mamy rację. Problem z pytaniem psów, czy są zadowolone lub smutne, nie polega oczywiście na tym, że pytanie to nie ma sensu. Chodzi raczej o to, że kiepsko rozumiemy psie odpowiedzi. Mowa sprawia, że stajemy się strasznie leniwi. Mogę oczywiście snuć domysły na temat przyczyn uporczywie oschłego zachowania mojej przyjaciółki od kilku tygodni, tworząc zawiłe psychologicznie wyjaśnienia, doszukując się jej błędnej interpretacji mojego zachowania w sytuacji, kiedy między nami zaiskrzyło. Lecz o niebo lepszą strategią będzie po prostu zapytać ją o to. A wtedy ona mi odpowie. Psy natomiast nie odpowiadają tak, jak byśmy sobie tego życzyli: nie używają zdań oznaczonych odpowiednią interpunkcją i emfazą. Jeśli jednak patrzymy uważnie, okaże się, że potrafią udzielić wyraźnej odpowiedzi.
Na przykład nasuwa się pytanie: czy pies wzdychający i obserwujący nasze przygotowania do wyjścia do pracy jest w istocie przygnębiony? Czy psy pozostawione w domu na cały dzień dopada chandra? Nuda? A może po prostu oddychają powoli, szykując się do drzemki?
Obserwowanie zachowań w celu poznania stanów psychicznych zwierząt to właśnie koncepcja stojąca za niektórymi błyskotliwie obmyślonymi eksperymentami. Naukowcy nie obserwowali psów, lecz inne zwierzęta powszechnie wykorzystywane w badaniach laboratoryjnych -?szczury. Opisy zachowania szczurów w klatkach są być może największym wkładem w dorobek wiedzy psychologicznej. W większości przypadków szczury jako takie nie są przedmiotem zainteresowania eksperymentatora: badania nie dotyczą szczurów jako gatunku. Co zaskakujące, dotyczą ludzi. Zakłada się, że szczury uczą się i zapamiętują, wykorzystując niektóre z tych samych mechanizmów co ludzie, mają natomiast tę zaletę, że łatwo trzymać je w małych klatkach i poddawać ograniczonym bodźcom w nadziei na uzyskanie reakcji. Miliony reakcji milionów szczurów żyjących w laboratoriach znacznie poszerzyły naszą wiedzę o ludzkiej psychice.
Ale same szczury też są ciekawymi stworzeniami. Ludzie, którzy pracują ze szczurami w laboratoriach, czasem opisują "depresję" lub, dla odmiany, żywiołowość swoich podopiecznych. Niektóre szczury wydają się leniwe, inne wesołe; niektóre nastawione pesymistycznie, inne optymistycznie. Naukowcy wybrali dwie z tych cech -?pesymizm i optymizm -?i nadali im definicje operacyjne: definicje w kategoriach zachowania, które pozwalają nam określić, czy można dostrzec rzeczywiste różnice pomiędzy osobnikami. Zamiast po prostu ekstrapolować na podstawie tego, jak wyglądają ludzie, gdy są nastawieni pesymistycznie, możemy zapytać, jak szczur przygnębiony może się odróżniać swoim zachowaniem od szczura wesołego.
W ten sposób zachowanie szczurów badano nie jako odzwierciedlenie naszego zachowania, ale jako wskazówkę dotyczącą... samych szczurów: ich preferencji i emocji. Badane okazy zostały umieszczone w ściśle określonych środowiskach: niektóre z tych środowisk były "nieprzewidywalne" -?ściółka, współmieszkańcy oraz oświetlenie podlegały ciągłym zmianom; inne z kolei były stabilne, wręcz niezmienne. W eksperymencie wykorzystano to, że szczury tkwiące bezczynnie w klatkach szybko uczą się kojarzyć nowe wydarzenia z jednocześnie występującymi zjawiskami. W tym przypadku przez głośniki w klatkach puszczano dźwięk o określonej wysokości. Był to sygnał do naciśnięcia dźwigni: dźwignia uruchamiała podanie pokarmu w postaci granulatu. Kiedy odtwarzano inny dźwięk, a szczury naciskały dźwignię, słyszały nieprzyjemne tony i zarazem nie dostawały jedzenia. Szczury te, podobnie jak inne przed nimi, szybko przyswoiły to skojarzenie. Pędziły do dźwigni wydającej jedzenie tylko wtedy, gdy było słychać "dobry" dźwięk, podobnie jak dzieci zbiegają się na hejnał furgonetki z lodami. Wszystkie szczury nauczyły się tego z łatwością. Jednak gdy puszczono nowy ton, o wysokości pomiędzy dwoma przyswojonymi dźwiękami, okazało się, że środowisko szczurów ma znaczenie. Te, które trzymano w środowisku przewidywalnym, zinterpretowały nowy dźwięk jako oznaczający "pokarm", z kolei te w środowisku niestabilnym nie zinterpretowały go w ten sposób.
Szczury nauczyły się optymistycznego lub pesymistycznego nastawienia do świata. Szczury w stabilnym środowisku, pędzące ochoczo w reakcji na każdy nowy dźwięk, demonstrowały swój optymizm w działaniu. Niewielkie zmiany w otoczeniu wystarczyły, aby wywołać dużą zmianę w sposobie postrzegania świata6. Przeczucia badaczy dotyczące nastroju szczurów wydają się trafne.
Nasze przeczucia dotyczące psów możemy poddać takiej samej analizie. W przypadku każdej antropomorfizacji stosowanej do charakteryzowania psów możemy zadać sobie dwa pytania. Po pierwsze: czy dane zachowanie ma swoje źródło w naturze psa? Po drugie: co oznaczałoby dane antropomorficzne twierdzenie, gdyby zostało rozłożone na czynniki pierwsze?
Lizanie to dla Pump nawiązanie kontaktu, jak wyciągnięcie ręki. Wita mnie w domu, liżąc po twarzy, gdy schylam się, by ją pogłaskać; budzi mnie, liżąc moją dłoń, kiedy drzemię w fotelu; po joggingu dokładnie liże mnie po nogach, usuwając z nich słony pot; siedząc obok, przytrzymuje moją rękę przednią łapą i otwiera mi palce, aby polizać miękkie ciepłe wnętrze dłoni. Uwielbiam jej lizanie.
Często słyszę, jak właściciele psów wyrokują o miłości swoich pupili na podstawie pocałunków, którymi są przez nich obdarowywani po powrocie do domu. Te "pocałunki" to w rzeczywistości lizanie: lizanie zaślinionym językiem po twarzy; intensywne, dokładne lizanie dłoni; sumienne pociągnięcia jęzorem po nodze. Przyznaję, że traktuję lizanie Pump jako wyraz uczuć. "Uczucie" i "miłość" nie są tylko konstruktami społeczeństwa, które traktuje zwierzęta domowe jak małych ludzi, odziewając je przy złej pogodzie, przebierając na Halloween i rozpieszczając zabiegami w spa. Zanim powstały psie przedszkola, Charles Darwin (który, jak sądzę, nigdy nie przebierał swojego psiaka za czarownicę ani goblina) pisał o otrzymywaniu psich pocałunków. Nie wątpił w ich znaczenie: psy, jak pisał, mają "szczególny sposób okazywania uczuć, a mianowicie poprzez lizanie rąk i twarzy swojego pana". Czy Darwin miał rację? Pocałunki wydają się nam objawem czułości, ale czy na pewno są nim również dla psów?
Najpierw zła wiadomość: badacze psowatych żyjących w stanie wolnym - wilków, kojotów, lisów i innych -?donoszą, że szczenięta liżą pysk swojej matki po jej powrocie z łowów do legowiska, aby skłonić ją do zwrócenia pokarmu. Lizanie po pysku wydaje się sygnałem, który stymuluje ją do zwrócenia częściowo strawionego mięsa. Jakże bolesne rozczarowanie musiała przeżywać Pump, skoro ani razu nie zwymiotowałam dla niej połowy zjedzonego królika! Co więcej, nasze usta smakują psom wyśmienicie. Podobnie jak wilki i ludzie, psy mają kubki smakowe odpowiedzialne za odczuwanie smaku słonego, słodkiego, gorzkiego, kwaśnego, a nawet umami, a więc przypominającego grzyby lub wodorosty ziemistego smaku zawartego w glutaminianie sodu. Psie postrzeganie słodyczy wygląda nieco inaczej niż nasze, ponieważ w ich przypadku sól wzmacnia doznania słodkiego smaku. Pies ma szczególnie dużo receptorów słodkiego smaku, chociaż niektóre substancje słodzące -?sacharoza i fruktoza -?aktywują je bardziej niż inne, takie jak glukoza. Może to być wynik adaptacji u zwierząt wszystkożernych, takich jak psy, dla których rozróżnienie między dojrzałymi a niedojrzałymi roślinami i owocami jest istotne. (Psy są wszystkożerne, a nie wyłącznie mięsożerne jak koty, które do życia potrzebują składników odżywczych zawartych w mięsie; psy wykształciły nawet więcej kopii genu rozkładającego skrobię niż wilki, dzięki czemu mogą cieszyć się naszym bajglem tak samo jak my). Co ciekawe, nawet czysta sól nie pobudza u psów tak zwanych receptorów soli na języku i podniebieniu w identyczny sposób jak u ludzi. (Sprawą dyskusyjną pozostaje, czy psy w ogóle mają receptory odpowiedzialne za odczuwanie słonego smaku). Dość szybko zorientowałam się, że lizanie mnie po twarzy przez Pump wynika z tego, że właśnie dobrze sobie podjadłam.
A teraz dobra wiadomość: funkcjonalne lizanie okolic ust -?czyli "pocałunków" w naszym odbiorze -?przerodziło się w rytualne powitanie. Innymi słowy, nie służy już wyłącznie do proszenia o jedzenie, ale jest używane jako "cześć!". Psy i wilki liżą pyski przybyszów po to, aby powitać ich po powrocie i uzyskać zapachową informację o tym, gdzie byli i co robili. Suki nie tylko myją szczenięta za pomocą lizania, ale też częstują je kilkoma maźnięciami jęzorem nawet po krótkiej rozłące. Młodszy lub lękliwy pies może lizać większego i groźnego osobnika po pysku, aby go udobruchać. Znajome psy mogą lizać się nawzajem podczas spotkania w trakcie spaceru na smyczy. Być może jest to sposób potwierdzenia na podstawie woni, że nadbiegający pies jest tym, za którego inne go biorą. Temu "powitalnemu lizaniu" często towarzyszą merdanie ogonem, figlarne otwieranie pyska i ogólne podekscytowanie, nie będzie więc chyba przesadą stwierdzenie, że lizanie jest sposobem wyrażenia radości z ponownego spotkania.
Bez przerwy powtarzam, że Pump patrzy "porozumiewawczo", czuje się "zadowolona" lub zachowuje "kapryśnie". Są to słowa, które dla mnie niosą określone znaczenie. Nie mam jednak złudzeń, że odzwierciedlają one precyzyjnie przeżycia mojego psa. Nadal uwielbiam jej lizanie, ale lubię też wiedzieć, co ono oznacza dla niej, nie tylko dla mnie.
Jeśli wyobrazimy sobie Umwelt psów, będziemy w stanie zdekonstruować różne antropomorfizmy: poczucie winy u naszego psa za pogryzienie buta, zemstę szczeniaka dokonaną na nowym szaliku od Herm?sa -?i ponownie to zrekonstruować z uwzględnieniem psiej perspektywy. Próba zrozumienia tej perspektywy przypomina bycie antropologiem w obcym kraju -?tyle że zamieszkanym wyłącznie przez psy. Być może umknie nam idealna interpretacja każdego merdnięcia ogonem i szczeknięcia, ale samo uważne przyjrzenie się odsłoni zaskakująco wiele. A więc zacznijmy bacznie przyglądać się temu, co robią ci "tubylcy".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Skoro mowa o stosowaniu słów: słowa "zwierzęta" używam skrótowo na określenie "organizmów zwierzęcych innych niż ludzie". I choć używam go często, sugerowane rozróżnienie pomiędzy "zwierzętami" i "ludźmi" należy uznać za niewłaściwe, gdyż my, ludzie, również jesteśmy zwierzętami. [wróć]
Oczywiście badacze znaleźli zwierzęta z mózgami większymi niż mózg człowieka: mózg delfina jest większy, podobnie jak mózgi organizmów ogólnie większych od nas -?wielorybów i słoni. Nie ma prostych pomiarów neuroanatomicznych, które przesądzałyby o zdolnościach poznawczych -?a to, co uważamy za "inteligencję", jest bardziej zniuansowane, niż sądziliśmy w przeszłości. [wróć]
Treserzy zaznaczyli, że auto zostało specjalnie przystosowane dla psów, więc lepiej nie próbujmy tego we własnym samochodzie. Należy pamiętać, że nie tylko psy mogą się uczyć poprzez łączenie określonego zachowania z nagrodą: najrozmaitsze istoty, od motyli przez kury po skoczków wzwyż na olimpiadzie, zostały z powodzeniem wyszkolone w ten sposób. [wróć]
Najsilniej uświadomiłam to sobie pewnego dnia, zbierając dane dotyczące zachowania białych nosorożców. W Wild Animal Park to zwierzęta poruszają się (stosunkowo) swobodnie, a zwiedzający mogą oglądać je wyłącznie z pociągów kursujących wokół dużych wybiegów. Stałam na wąskim pasie trawy między torami a ogrodzeniem, obserwując typowy dzień w życiu nosorożców. Gdy pociągi się zbliżały, nosorożce przerywały to, co robiły, i szybko ustawiały się w formacji obronnej: stały zetknięte zadami, a głowy rozchodziły się promieniście. Zwierzęta te są spokojne, lecz mają słaby wzrok i łatwo się płoszą, jeśli nie wyczują w porę zapachu zbliżającego się intruza, dlatego polegają na sobie nawzajem w roli strażników. Pociąg zatrzymał się i wszyscy pasażerowie gapili się na nosorożce, które, jak ogłosił przewodnik, "nic nie robią". W końcu ruszono dalej, a zwierzęta powróciły do swoich zwykłych zajęć. [wróć]
Analogię stanowi odkrycie dokonane w połowie XX wieku przez behawiorystów, którzy poddali psy wykorzystywane w laboratoriach wstrząsom elektrycznym. Później, pozostawione w pomieszczeniu z widoczną drogą ucieczki i ponownie rażone prądem, osobniki te okazały wyuczoną bezradność: nie próbowały uciekać przed elektrowstrząsami. Smutne zamierały w miejscu -?pozornie pogodzone ze swoim losem. Badacze wytresowali psy, aby były uległe i akceptowały brak kontroli nad sytuacją. (Później zmusili psy do oduczenia się tej reakcji i zakończyli porażanie prądem). Na szczęście czasy eksperymentów, w których razimy psy prądem, aby poznać ich reakcje, (w większości) minęły. [wróć]
Dalsze badania dowiodły, że samo znalezienie się w bogatszym środowisku laboratoryjnym -?w klatkach z kryjówkami lub przedmiotami, z którymi można mieć interakcję -?nastrajało szczury bardziej optymistycznie. [wróć]