Oczami psa. Co psy widzą, czują i wiedzą - Alexandra Horowitz

-
Proszę czekać

WSTĘP DO WYDANIA ROZSZERZONEGO

Cóż to za ogromna przy­jem­ność powró­cić do tej książki pięt­na­ście lat po jej pierw­szym wyda­niu. Mój syn uro­dził się aku­rat w mie­siącu, w któ­rym uka­zała się ona na rynku: nie­spo­kojny trzy­ki­lo­gra­mowy nowo­ro­dek stał się przez ten czas uro­czym nasto­lat­kiem, kre­atyw­nym, cie­ka­wym świata, łak­ną­cym wie­dzy. Mam nadzieję, że dzięki roz­sze­rzo­nej wer­sji książka Oczami psa rów­nież "doro­śnie". Wiele się wyda­rzyło w ciągu tych lat. Od czasu napi­sa­nia tej książki stwo­rzy­łam w Bar­nard Col­lege labo­ra­to­rium Dog Cogni­tion Lab, pierw­sze tego typu labo­ra­to­rium w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, w któ­rym wraz z innymi bada­czami zgłę­biamy zacho­wa­nia psów domo­wych na wybie­gach, w ich domach oraz pod­czas wizyt w naszym labo­ra­to­rium. Wyda­łam cztery inne książki, któ­rych pisa­nie posze­rzyło moje myśle­nie o psach. Kyno­lo­gia prze­żyła gwał­towny roz­wój, a wraz z nim wzro­sły zain­te­re­so­wa­nie opi­nii publicz­nej psami oraz ogólna świa­do­mość, co przy­czy­niło się do nowego spo­sobu myśle­nia o psach żyją­cych obok nas.

Roz­sze­rzona wer­sja obej­muje wszyst­kie aspekty książki -?uwzględ­ni­łam wyniki roz­ma­itych nowych badań w naj­prze­róż­niej­szych dzie­dzi­nach oraz wpro­wa­dzi­łam pewne zmiany, opie­ra­jąc się wła­śnie na tych bada­niach. Poja­wiły się nowe para­dyg­maty i nowe odkry­cia; kiedy daw­niej pisa­łam, że "nie pod­jęto dotąd sto­sow­nych badań", teraz mogłam nie­jed­no­krot­nie napi­sać, że bada­nia takie prze­pro­wa­dzono. Poprawki doty­czą na przy­kład uwagi oka­zy­wa­nej nam przez psy, bo z obser­wa­cji wynika, że patrzą one bar­dziej na jedną połowę -?prawą -?naszej twa­rzy niż na drugą, co jest pra­wi­dło­wo­ścią wystę­pu­jącą rów­nież u ludzi, gdy patrzymy na sie­bie nawza­jem. Uwzględ­ni­łam prace dowo­dzące, że psy potra­fią roz­po­znać naszą zado­wo­loną i niezado­wo­loną minę, a nawet zado­wo­loną i niezado­wo­loną minę, gdy na twa­rzy mamy maskę. Obec­nie wiemy, że psy wyczu­wają (węchem) nasz stres, a to wpływa na ich nastrój. Bio­rąc pod uwagę zdol­no­ści węchowe psów, zba­da­łam, w jaki spo­sób doświad­czają one świata poprzez wonie, dla­tego oma­wiam bada­nia wyko­nane w naszym labo­ra­to­rium doty­czące tego, czy psy roz­po­znają czło­wieka po zapa­chu (ow­szem) oraz czy znają wła­sny zapach i zauwa­żają w nim zmiany (ponow­nie odpo­wiedź twier­dząca). Poja­wiły się nowe bada­nia na temat przyj­mo­wa­nia per­spek­tywy, naśla­do­wa­nia, pre­fe­ren­cji kolo­ry­stycz­nych i rozu­mie­nia mowy. Pro­wa­dzone są bada­nia, które obej­mują mię­dzy innymi psy użyt­kowe, rasy oraz ulu­biony gatu­nek psa wszyst­kich ludzi, a więc szcze­nięta (mię­dzy innymi cho­dzi o to, w któ­rym okre­sie uwa­żamy je za najbar­dziej uro­cze).

Nie­kiedy pogłę­bione bada­nia pozwa­lają nam lepiej zro­zu­mieć okre­śloną psią umie­jęt­ność, którą wcze­śniej uwa­ża­li­śmy za dobrze poznaną. Na przy­kład w począt­kach XXI wieku uwa­ża­li­śmy, że psy są wyjąt­kowe pod wzglę­dem zdol­no­ści wyko­rzy­sty­wa­nia wska­zó­wek wysy­ła­nych przez ludzi, aby zna­leźć ukryty sma­ko­łyk, tym­cza­sem obec­nie wiemy, że sprawa wygląda ina­czej -?i dys­po­nu­jemy dokład­niej­szymi infor­ma­cjami o tym, kiedy w swoim życiu potra­fią to robić (od szcze­nięc­twa) oraz w jakich warun­kach nie potra­fią (pra­wie w poło­wie przy­pad­ków). Oka­zuje się, że inne zwie­rzęta, od koni po pro­sięta, rów­nież potra­fią cał­kiem nie­źle wyko­rzy­sty­wać wska­zówki, jeśli mają odpo­wied­nie doświad­cze­nie. Psy są wyjąt­ko­wym gatun­kiem zarówno pod wzglę­dem zdol­no­ści poznaw­czych, jak i roli, jaką odgry­wają w życiu ludzi, ale nasze twier­dze­nia o ich wyjąt­ko­wych zdol­no­ściach poznaw­czych wyni­kały po pro­stu z poświę­ca­nia im więk­szej uwagi niż na przy­kład świ­niom, które ludzie raczej chęt­niej zje­dzą, zamiast wyle­gi­wać się z nimi na kana­pie. Tak więc choć Oczami psa doty­czy w pierw­szej kolej­no­ści psów, przy­jęta przeze mnie per­spek­tywa -?podej­mo­wane na pod­sta­wie ich zdol­no­ści per­cep­cyj­nych i poznaw­czych (ich Umwelt) próby zro­zu­mie­nia, jak to jest być psem -?być może powinna być zasto­so­wana w odnie­sie­niu do każ­dego innego gatunku zwie­rząt. Mam nadzieję, że ponowne spoj­rze­nie na psy posze­rzy nasze spoj­rze­nie na wszyst­kie zwie­rzęta.

Nie­które zmiany wpro­wa­dzone w tej wer­sji odzwier­cie­dlają zmiany w ludz­kiej wraż­li­wo­ści -?zarówno w wymia­rze spo­łecz­nym, jak i indy­wi­du­al­nym. Na przy­kład cho­ciaż w świe­tle prawa psy są uzna­wane za "wła­sność", słowo "wła­ści­ciel" nie oddaje w pełni rela­cji, jaką mamy z nimi w naszym życiu. Nie­któ­rzy uży­wają słów "rodzic" lub "opie­kun"; ja na­dal uży­wam słowa "wła­ści­ciel", choć czę­sto nazy­wam sie­bie po pro­stu "psiarą". Nie­które zmiany odzwier­cie­dlają postęp w nauce: nawet bada­jąc wiele psów, coraz czę­ściej uzna­jemy wagę róż­nic indy­wi­du­al­nych - oso­bo­wo­ści, bio­gra­fii i moty­wa­cji -?w wyja­śnia­niu tego, co pies wie i rozu­mie.

Skoro mowa o oso­bo­wo­ści: to Pum­per­nic­kel posłu­żyła za inspi­ra­cję do napi­sa­nia tej książki i to jej silne bicie serca, sapa­nie i uśmiech pod­trzy­my­wały mnie w wysił­kach. Zmie­niła mnie ogrom­nie przez te sie­dem­na­ście lat, które prze­ży­ły­śmy razem. Z tru­dem dociera do mnie, że czas, który upły­nął od naszego ostat­niego spa­ceru, to dłu­żej niż całe jej życie. Czę­sto myślę wła­śnie o tym, jak psy doświad­czają czasu, jak zmie­nia się to doświad­cze­nie w ciągu ich życia i jak jest kształ­to­wane przez ich węchowy "ogląd" świata. Czas wyda­wał mi się zarówno skró­cony, jak i wydłu­żony wsku­tek rela­cji z wie­loma psami, które poja­wiły się po Pump.

Mogę prze­śle­dzić ten upływ czasu -?od pierw­szego wyda­nia tej książki -?w kate­go­riach psich epok: po Pump nade­szła kolej na uro­czego kru­czo­czar­nego Fin­ne­gana. Do Finna dołą­czył póź­niej duży cęt­ko­wany, głup­ko­waty Upton i wtedy wkro­czy­li­śmy w epokę dwóch psów -?a wkrótce potem dwóch psów i kotki Edsel, która polu­biła nasze psy szyb­ciej niż nas. Era trzech psów i kota roz­po­częła się w 2020 roku wraz z poja­wie­niem się szcze­nię­cia: roz­bra­ja­ją­cej trój­ko­lo­ro­wej, bro­da­tej Quid­dity, którą pozna­łam tuż po jej naro­dzi­nach. Dwa lata póź­niej Finn doko­nał żywota w wieku pięt­na­stu lat, a mie­siąc potem Upton. Nade­szła epoka samot­nej Quid. Dzi­siaj znów jeste­śmy rodziną z dwoma psami, bo dołą­czyła Tilde, duża cęt­ko­wana (podob­nie jak Upton), cza­ru­jąca (podob­nie jak Finn) suczka. (Edsel się trzyma!) Każda z tych epok przy­nio­sła rela­cję o innej dyna­mice -?mię­dzy dwoma psami, trzema psami, psami i kotami -?oraz mię­dzy mną, dziec­kiem i rodziną. Podob­nie jak w przy­padku Pum­per­nic­kel moje myśle­nie, bada­nia i pisa­nie o psach zmie­niły się dzięki pozna­niu wszyst­kich tych istot. (Poja­wiają się one w tym nowym wyda­niu). A teraz przejdźmy do psów!

WPROWADZENIE

UWAGI WSTĘPNE O PSACH, ICH SZKO­LE­NIU I WŁA­ŚCI­CIE­LACH

Naj­pierw uka­zuje się głowa. Zza grzbietu wzgó­rza wyła­nia się zaśli­niona kufa. Trudno się na razie zorien­to­wać, czy jest reszta ciała. W polu widze­nia poja­wia się nie­śpiesz­nie łapa, potem druga, trze­cia i czwarta, dźwi­gają ponad sześć­dzie­siąt kilo­gra­mów. Wil­czarz, metr w kłę­bie, długi na pół­tora, dostrzega dłu­go­wło­sego chi­hu­ahua, ćwierć prze­cięt­nego psa, ukry­tego w tra­wie mię­dzy sto­pami swo­jej wła­ści­cielki. Chi­hu­ahua waży trzy kilo i każdy gram trzę­sie się ze stra­chu. Jed­nym leni­wym sko­kiem, z uszami na sztorc, wil­czarz ląduje przed chi­hu­ahua. Ten spusz­cza lękli­wie wzrok; wil­czarz przy­kuca do jego wyso­ko­ści i kąsa go w bok. Chi­hu­ahua spo­gląda na wiel­kiego psa, który unosi zad, trzy­ma­jąc ogon wysoko, i pręży się do ataku. Zamiast jed­nak ucie­kać w obli­czu oczy­wi­stego zagro­że­nia, chi­hu­ahua przyj­muje podobną postawę, ska­cze na wil­czarza i obej­muje jego kufę małymi łap­kami. Zaczyna się zabawa.

Przez pięć minut psy tarzają się, chwy­tają i gryzą jeden dru­giego. Wil­czarz pada na bok, a mały pies odpo­wiada ata­kami na jego pysk, brzuch i łapy. Ude­rze­nie łapą powo­duje, że chi­hu­ahua odska­kuje, tchórz­li­wie wyco­fu­jąc się poza zasięg cio­sów. Wil­czarz szczeka, zrywa się z ziemi i z hukiem ląduje na czte­rech łapach. W tym momen­cie chi­hu­ahua doska­kuje i gry­zie go mocno w łapę. Są sple­ceni w walce -?wil­czarz trzyma w zębach małego chi­hu­ahua, a on kopie go łap­kami w pysk -?ale wła­śnie wtedy męż­czy­zna bie­rze dużego psa na smycz i odciąga go na bok. Chi­hu­ahua pod­nosi się, patrzy w ich stronę, szczeka raz i pod­biega do swo­jej wła­ści­cielki.

Te psy są do sie­bie tak nie­po­dobne, że rów­nie dobrze mogłyby być przed­sta­wi­cie­lami dwóch róż­nych gatun­ków zwie­rząt. Zawsze intry­go­wała mnie swo­boda cha­rak­te­ry­zu­jąca ich zabawę. Wil­czarz gryzł, kła­pał zębami i rzu­cał się do ataku, lecz chi­hu­ahua nie reago­wał stra­chem, tylko odpła­cał mu pięk­nym za nadobne. Co wyja­śnia zdol­ność tych psów do wspól­nej zabawy? Dla­czego wil­czarz nie postrzega chi­hu­ahua jako ofiary? Dla­czego chi­hu­ahua nie postrzega wil­czarza jako groź­nego dra­pież­nika? Oka­zuje się, że odpo­wiedź nie ma nic wspól­nego z ilu­zjami chi­hu­ahua o wła­snej potę­dze ani z bra­kiem dra­pież­no­ści u wil­czarza. Nie jest to rów­nież kwe­stia prze­ję­cia kon­troli przez wro­dzony instynkt.

Ist­nieją dwa spo­soby, aby dowie­dzieć się, na czym polega ta zabawa - oraz co myślą, postrze­gają i wyra­żają bawiące się psy: trzeba albo uro­dzić się psem, albo spę­dzić dużo czasu na uważ­nej obser­wa­cji psów. Pierw­sza opcja była dla mnie nie­osią­galna. Zapra­szam zatem do zapo­zna­nia się z tym, czego nauczy­łam się drogą obser­wa­cji.

Jestem psiarą. W moim domu zawsze był pies. Zaczęło się od naszego rodzin­nego psa o imie­niu Aster, który miał nie­bie­skie oczy, obcięty ogon i skłon­ność do wie­czor­nej włó­częgi po oko­licy, przez co czu­wa­łam do późna w piża­mie, zamar­twia­jąc się i cze­ka­jąc na jego powrót o pół­nocy. Długo opła­ki­wa­łam śmierć Heidi, sprin­ger spa­nielki, która wbie­gła wprost pod koła samo­chodu na auto­stra­dzie sta­no­wej w pobliżu naszego domu - oczami dzie­cię­cej wyobraźni widzia­łam ją galo­pu­jącą z jęzo­rem zwi­sa­ją­cym z boku pyska i dłu­gimi uszami odchy­lo­nymi do tyłu w rado­snym pędzie. Jako stu­dentka patrzy­łam z podzi­wem i sym­pa­tią na naszą Bec­kett, adop­to­wa­nego mie­szańca chow-chow, która ze sto­ic­kim spo­ko­jem obser­wo­wała, jak codzien­nie wycho­dzę z domu na zaję­cia.

Potem u moich stóp leży zwi­nięta cie­pła Pum­per­nic­kel -?w skró­cie Pump - kun­delka, która miesz­kała ze mną przez całe swoje sie­dem­na­sto­let­nie życie i przez całą moją doro­słość. Każdy dzień spę­dzony w pię­ciu sta­nach Ame­ryki, każdy dzień w trak­cie pię­ciu lat stu­diów pody­plo­mo­wych i zatrud­nie­nia w czte­rech miej­scach pracy zaczy­na­łam od jej powi­tal­nego mer­da­nia ogo­nem, gdy sły­szała, jak budzę się rano. Każdy, kto uważa się za miło­śnika psów, zro­zu­mie bez trudu, że nie wyobra­żam sobie życia bez tej suczki.

Jestem psiarą, kocham psy. Jestem rów­nież naukow­cem. Zaj­muję się bada­niem zacho­wań zwie­rząt. Jako pro­fe­sjo­na­listka pod­cho­dzę z ostroż­no­ścią do antro­po­mor­fi­zo­wa­nia zwie­rząt, a więc do przy­pi­sy­wa­nia im uczuć, myśli i pra­gnień, któ­rych uży­wamy do opi­sa­nia samych sie­bie. W trak­cie ucze­nia się, jak badać zacho­wa­nia zwie­rząt, pozna­łam i respek­to­wa­łam kodeks naukowca okre­śla­jący opi­sy­wa­nie dzia­łań: 1) zacho­wać obiek­tyw­ność, 2) uni­kać wyja­śnia­nia zacho­wań poprzez odwo­ły­wa­nie się do pro­ce­sów umy­sło­wych, skoro wystar­czy wyja­śnie­nie za pomocą prost­szych pro­ce­sów, 3) nie sta­nowi przed­miotu nauki zja­wi­sko, które nie jest powszech­nie obser­wo­walne i dające się potwier­dzić. Jako pro­fe­sor zaj­mu­jąca się beha­wio­ry­zmem zwie­rząt, kogni­ty­wi­styką porów­naw­czą i psy­cho­lo­gią uczy­łam się ze zna­ko­mi­tych pod­ręcz­ni­ków, które przed­sta­wiają fakty mie­rzalne. Opi­sują wszystko, od hor­mo­nal­nych i gene­tycz­nych wyja­śnień spo­łecz­nego życia zwie­rząt po reak­cje uwa­run­ko­wane, stałe wzorce zacho­wań i opty­malne tempo żero­wa­nia - wszystko tym samym wywa­żo­nym, obiek­tyw­nym tonem.

A jed­nak.

Więk­szość pytań zada­wa­nych przez moich stu­den­tów na temat zwie­rząt nie znaj­duje odpo­wie­dzi w pod­ręcz­ni­kach. Po wystą­pie­niach na kon­fe­ren­cjach, na któ­rych pre­zen­tuję wyniki swo­ich badań, inni naukowcy nie­uchron­nie kie­rują roz­mowę na temat wła­snych doświad­czeń ze zwie­rzę­tami. Wciąż nie dają mi spo­koju te same pyta­nia, które zawsze mia­łam na temat swo­jego psa -?i wciąż nie znaj­duję na nie odpo­wie­dzi. Nauka, prak­ty­ko­wana i opi­sy­wana w tek­stach, rzadko odnosi się do naszych oso­bi­stych doświad­czeń zwią­za­nych z życiem ze zwie­rzę­tami i z pró­bami zro­zu­mie­nia ich umy­sło­wo­ści.

W pierw­szych latach stu­diów pody­plo­mo­wych, kiedy zaczę­łam zgłę­biać neu­ro­bio­lo­gię, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem umy­słów orga­ni­zmów zwie­rzę­cych innych niż ludzie, ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, aby zaj­mo­wać się psami. Psy wyda­wały mi się w pełni zro­zu­mia­łymi, swoj­skimi isto­tami. Kole­dzy twier­dzili, że od psów nie ma się czego uczyć: psy to pro­sto­li­nijne i szczę­śliwe stwo­rze­nia, które musimy tre­so­wać, kar­mić i kochać -?i na tym koniec. W psach nie ma "danych". Mój pro­mo­tor zaj­mo­wał się pawia­nami: jeśli cho­dzi o beha­wio­ryzm zwie­rząt, to naczelne były popu­lar­nym przed­mio­tem badań. Zakła­dano, że naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nymi kan­dy­da­tami do posia­da­nia umie­jęt­no­ści i zdol­no­ści poznaw­czych zbli­żo­nych do ludz­kich są nasi kuzyni -?inne ssaki naczelne. Takie było powszechne prze­ko­na­nie naukow­ców zaj­mu­ją­cych się zacho­wa­niem zwie­rząt. Co gor­sza, wyda­wało się, że psia­rze zmo­no­po­li­zo­wali teo­re­ty­zo­wa­nie na temat psiej umy­sło­wo­ści, a ich prze­ko­na­nia opie­rały się na aneg­do­tach i nie­wła­ści­wie zasto­so­wa­nych antro­po­mor­fi­zmach. Samo poję­cie psiej umy­sło­wo­ści zostało skom­pro­mi­to­wane.

A jed­nak.

W trak­cie stu­diów pody­plo­mo­wych w Kali­for­nii wiele wol­nego czasu spę­dzi­łam z Pum­per­nic­kel na wybie­gach dla psów w lokal­nych par­kach i na pla­żach. W tym cza­sie szko­li­łam się jako eto­log, nauko­wiec zaj­mu­jący się zacho­wa­niem zwie­rząt. Dołą­czy­łam do dwóch grup badaw­czych obser­wu­ją­cych wysoce uspo­łecz­nione stwo­rze­nia: białe noso­rożce w Wild Ani­mal Park w Escon­dido oraz bonobo (szym­pansy kar­ło­wate) w tym samym parku i w zoo w San Diego. Nauczy­łam się sztuki uważ­nej obser­wa­cji, gro­ma­dze­nia danych i ana­lizy sta­ty­stycz­nej. Z cza­sem ten spo­sób postrze­ga­nia zaczął prze­ni­kać do wol­nych godzin spę­dza­nych na wybie­gach dla psów. Nagle psy, płyn­nie lawi­ru­jące mię­dzy swoim świa­tem spo­łecz­nym a świa­tem ludzi, stały się dla mnie zupeł­nie obcymi isto­tami: prze­sta­łam postrze­gać ich zacho­wa­nie jako pro­ste i w pełni zro­zu­miałe.

To, co daw­niej uwa­ża­łam za miłą dla oka zabawę Pum­per­nic­kel z bul­te­rie­rem z sąsiedz­twa, postrze­ga­łam teraz jako wyra­fi­no­wany taniec wyma­ga­jący współ­pracy, bły­ska­wicz­nej komu­ni­ka­cji oraz oceny wza­jem­nych umie­jęt­no­ści i ocze­ki­wań. Naj­mniej­szy ruch głową lub pocią­gnię­cie nosem wyda­wały się teraz celowe i pełne zna­cze­nia. Spo­ty­ka­łam psia­rzy, któ­rzy w ogóle nie rozu­mieli zacho­wań swo­ich pod­opiecz­nych, spo­ty­ka­łam psy o wiele za bystre dla swo­ich towa­rzy­szy zabaw, widzia­łam ludzi błęd­nie inter­pre­tu­ją­cych psią radość jako agre­sję. Zaczę­łam zabie­rać na spa­cery kamerę wideo, żeby nagry­wać nasze wypady. W domu oglą­da­łam nagra­nia psów bawią­cych się z innymi psami, ludzi rzu­ca­ją­cych psom piłki i fris­bee - oglą­da­łam goni­twy, walki, piesz­czoty, bie­ga­niny, kon­kursy szcze­ka­nia. Dzięki uwraż­li­wie­niu się na poten­cjalne bogac­two inte­rak­cji spo­łecz­nych w świe­cie cał­ko­wi­cie poza­ję­zy­ko­wym wszyst­kie te nie­gdyś zwy­czajne czyn­no­ści wydały mi się nie­wy­ko­rzy­sta­nym źró­dłem infor­ma­cji. Kiedy zaczę­łam oglą­dać te filmy w zwol­nio­nym tem­pie, dostrze­głam zacho­wa­nia, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam pomimo dłu­gich lat spę­dzo­nych w psim towa­rzy­stwie. Po dokład­niej­szym przyj­rze­niu się pro­ste harce dwóch psów sta­wały się osza­ła­mia­jącą serią zsyn­chro­ni­zo­wa­nych zacho­wań, aktywną zamianą ról, róż­no­rod­nymi for­mami komu­ni­ka­cji, ela­stycz­nym dosto­so­wy­wa­niem się i szyb­kim prze­cho­dze­niem od jed­nej do dru­giej formy zabawy.

Oglą­da­łam ni mniej, ni wię­cej, tylko odsłony psiej umy­sło­wo­ści, widocz­nej w spo­so­bie komu­ni­ko­wa­nia się mię­dzy jed­nym psem a dru­gim oraz w pró­bach poro­zu­mie­wa­nia się z ludźmi, a także w spo­so­bach inter­pre­ta­cji dzia­łań innych psów i ludzi.

Od tej chwili patrzy­łam na Pum­per­nic­kel -?i na każ­dego innego psa - nowymi oczami. Optyka naukowa by­naj­mniej nie mąciła mi rado­ści z obco­wa­nia z moją suczką, wprost prze­ciw­nie, sta­no­wiła nową, wie­lo­wy­mia­rową per­spek­tywę patrze­nia na jej zacho­wa­nie, nowy spo­sób rozu­mie­nia psiego życia.

Odtąd pro­wa­dzi­łam regu­larne obser­wa­cje psów w trak­cie zabawy: tego, jak bawią się z innymi psami i jak bawią się z ludźmi. W tam­tym cza­sie nie­świa­do­mie sta­no­wi­łam część ogrom­nej zmiany zacho­dzą­cej w nauko­wym podej­ściu do psów. Pro­ces ten trwa, ale sce­ne­ria jest obec­nie zupeł­nie inna niż dwa­dzie­ścia lat temu. Daw­niej bada­nia doty­czące zdol­no­ści poznaw­czych i zacho­wań psów były w powi­ja­kach, dziś orga­ni­zuje się kon­fe­ren­cje, ist­nieją zespoły naukowe, pro­wa­dzone są bada­nia eks­pe­ry­men­talne i eto­lo­giczne, a wyniki tych wszyst­kich docie­kań publi­kuje się w cza­so­pi­smach nauko­wych. Osoby zaj­mu­jące się tą tema­tyką dostrze­gły to samo co ja: pies jest ide­al­nym punk­tem wyj­ścia do badań nad orga­ni­zmami zwie­rzę­cymi innymi niż ludzie. Psy żyją z ludźmi od dzie­sią­tek tysięcy lat. Dzięki sztucz­nemu dobo­rowi w pro­ce­sie udo­mo­wie­nia ewo­lu­owały w taki spo­sób, że uwraż­li­wiły się na te wła­śnie cechy, które skła­dają się na ludz­kie zdol­no­ści poznaw­cze, w tym, co naj­waż­niej­sze, na umie­jęt­ność posłu­gi­wa­nia się uwagą.

W tej książce przed­sta­wiam to, co nauka mówi o psach. Naukowcy dzia­ła­jący w labo­ra­to­riach i w tere­nie, bada­jący psy użyt­kowe i psy do towa­rzy­stwa, psy domowe i psy żyjące w sta­nie wol­nym, zgro­ma­dzili impo­nu­jącą ilość infor­ma­cji na temat psiej bio­lo­gii -?zdol­no­ści sen­so­rycz­nych, zacho­wań -?oraz psiej psy­cho­lo­gii -?funk­cji poznaw­czych. Na pod­sta­wie wyni­ków setek pro­gra­mów badaw­czych możemy zacząć budo­wać obraz psów nie­jako od wewnątrz -?możemy poznać zdol­no­ści węchowe, słuch, spo­sób, w jaki psy patrzą na nas, oraz mózg, który się za tym wszyst­kim kryje. Przed­sta­wione tutaj bada­nia nad funk­cjami poznaw­czymi psów obej­mują moje wła­sne docie­ka­nia, ale na nich się nie koń­czą -?to plon prze­bo­ga­tej dzia­łal­no­ści nauko­wej. W przy­padku zagad­nień, na temat któ­rych nie ma jesz­cze wia­ry­god­nych infor­ma­cji, uwzględ­niam bada­nia doty­czące innych zwie­rząt, co pomoże nam zro­zu­mieć życie psów. (Z myślą o czy­tel­ni­kach, któ­rzy zapra­gną zazna­jo­mić się z przy­wo­ła­nymi pra­cami, na końcu książki zamie­ści­łam biblio­gra­fię).

Nie wyrzą­dzimy psom krzywdy, jeśli popu­ścimy nieco smy­czy i przyj­rzymy się im z dystansu, z nauko­wego punktu widze­nia. Psie zdol­no­ści i per­spek­tywa zasłu­gują na szcze­gólną uwagę. Sku­tek jest nad­zwy­czaj pozy­tywny, bo zamiast odda­lać nas od psów, nauka zbliża nas do nich i pozwala podzi­wiać ich naturę. Rygo­ry­styczne i zara­zem twór­cze zasto­so­wa­nie metody nauko­wej może rzu­cić nowe świa­tło na codzienne dys­ku­sje o tym, co psy wie­dzą, rozu­mieją lub myślą. Dzięki oso­bi­stej wędrówce, w trak­cie któ­rej nauczy­łam się sys­te­ma­tycz­nej i nauko­wej obser­wa­cji zacho­wań, lepiej pozna­łam wła­snego psa i głę­biej zaczę­łam doce­niać naszą rela­cję.

Udało mi się wnik­nąć do psiego wnę­trza i zoba­czyć świat z psiej per­spek­tywy. Może to zro­bić każdy, kto ma psa. A wtedy zacznie ina­czej patrzeć na to wspa­niałe kudłate stwo­rze­nie.

JEDEN PIES TO NIE WSZYSTKIE PSY

Natura badań nauko­wych nad orga­ni­zmami zwie­rzę­cymi innymi niż ludzie ozna­cza, że kilka poje­dyn­czych osob­ni­ków, które dokład­nie opu­kano, poob­ser­wo­wano, wytre­so­wano lub pod­dano sek­cji, repre­zen­tuje cały swój gatu­nek. A prze­cież w przy­padku ludzi ni­gdy nie godzimy się na to, aby zacho­wa­nie jed­nej osoby było uzna­wane za repre­zen­ta­tywne dla wszyst­kich. Jeśli ktoś nie potrafi w ciągu godziny uło­żyć kostki Rubika, nie wycią­gamy z tego wnio­sku, że nikt inny też sobie nie pora­dzi. W tym przy­padku nasze poczu­cie indy­wi­du­al­no­ści oka­zuje się sil­niej­sze niż poczu­cie "wspól­nej bio­lo­gii". Kiedy cho­dzi o opi­sy­wa­nie naszych zdol­no­ści fizycz­nych i poznaw­czych, jeste­śmy przede wszyst­kim jed­nost­kami, dopiero potem człon­kami rodzaju ludz­kiego.

W przy­padku zwie­rząt kolej­ność ta jest czę­sto odwrotna1. Nauka trak­tuje zwie­rzęta przede wszyst­kim jako przed­sta­wi­cieli swo­ich gatun­ków, a dopiero w dru­giej kolej­no­ści jako indy­wi­du­alne osob­niki. Przy­wy­kli­śmy do postrze­ga­nia jed­nego czy dwóch zwie­rząt trzy­ma­nych w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym jako ide­al­nych przed­sta­wi­cieli swo­jego gatunku; dla kie­row­nic­twa zoo są one nawet nie­świa­do­mymi "amba­sa­do­rami" wła­snego gatunku. Nasze postrze­ga­nie jed­no­li­to­ści gatun­ko­wej widać wyraź­nie, gdy porów­nu­jemy inte­li­gen­cję zwie­rząt. Aby zwe­ry­fi­ko­wać popu­larną od dawna hipo­tezę, że więk­szy mózg ozna­cza więk­szą inte­li­gen­cję, porów­nano obję­tość mózgów szym­pan­sów, małp i szczu­rów z mózgiem czło­wieka. I rze­czy­wi­ście, mózg szym­pansa jest mniej­szy od naszego, mózg małpy jest mniej­szy od mózgu szym­pansa, a mózg szczura ma zale­d­wie wiel­kość móżdżku u naczel­nych. Ta część histo­rii jest dość dobrze znana. Mało kto wie jed­nak, że do celów porów­naw­czych wyko­rzy­stano mózgi zale­d­wie dwóch lub trzech szym­pan­sów i małp. Tych kilka zwie­rząt, które miały na tyle wiel­kiego pecha, że dosłow­nie stra­ciły głowy dla nauki, uznano za ide­al­nie repre­zen­ta­tywne małpy i szym­pansy. A prze­cież nie mogli­śmy mieć pew­no­ści, że nie są to małpy o szcze­gól­nie dużych mózgach lub szym­pansy o mózgach nad­zwy­czaj­nie małych2.

Podob­nie jeśli poje­dyn­cze zwie­rzę lub nie­wielka grupa zwie­rząt nie pora­dzą sobie z eks­pe­ry­men­tem psy­cho­lo­gicz­nym, odium porażki spada na cały gatu­nek. Kla­sy­fi­ko­wa­nie zwie­rząt według kry­te­riów bio­lo­gicz­nych jest wygodną drogą na skróty, pro­wa­dzi jed­nak do oso­bli­wych następstw: mamy skłon­no­ści do mówie­nia o gatunku tak, jakby wszy­scy jego przed­sta­wi­ciele byli iden­tyczni. W przy­padku ludzi ni­gdy nie popeł­niamy takiego błędu. Kiedy pies, mając do wyboru tacę z dwu­dzie­stoma ciast­kami i tacę z dzie­się­cioma ciast­kami, wybiera tę drugą, wtedy for­mu­łu­jemy uogól­nione wnio­ski, a mia­no­wi­cie, że "psy" nie potra­fią odróż­nić dużej ilo­ści od małej. A prze­cież nie potra­fił tego zro­bić jeden kon­kretny pies.

Kiedy zatem stwier­dzam, że "pies robi to lub tamto" albo że "psy są takie albo owa­kie", mam na myśli "te psy, które dotąd były przed­mio­tem badań". Ow­szem, wyniki wielu sto­sow­nie prze­pro­wa­dzo­nych eks­pe­ry­men­tów mogą osta­tecz­nie pozwo­lić na roz­sądne uogól­nie­nie wnio­sków doty­czą­cych "wszyst­kich psów". Lecz nawet wtedy róż­nice mię­dzy poszcze­gól­nymi psami będą ogromne: być może nasz pies ma nie­zwy­kle dobry węch, ni­gdy nie patrzy nam w oczy, uwiel­bia swoje lego­wi­sko i nie znosi bycia doty­ka­nym. Cza­sem to wła­śnie indy­wi­du­alne odstęp­stwa od normy wydają się naj­bar­dziej wyra­zi­ste w eks­pe­ry­men­cie: na przy­kład Dakota, mie­sza­niec, który brał udział w bada­niu z serem i mar­chewką. Wszyst­kie psy bio­rące udział w tym bada­niu zja­dały kawa­łek zaofe­ro­wa­nej mar­chewki oraz wszyst­kie wolały kawa­łek sera od mar­chewki, gdy do wyboru miały jedno i dru­gie, ponadto więk­szość wybrała ser zamiast kom­bi­na­cji sera i mar­chewki: według naukow­ców jest to wybór "sub­op­ty­malny" -?więk­szość, a w isto­cie wszyst­kie oprócz Dakoty, który pra­wie za każ­dym razem wybie­rał mar­chewkę razem z serem. Jakie wnio­ski możemy wycią­gnąć z tych badań? Być może więk­szość psów zacho­wuje się irra­cjo­nal­nie, kie­ru­jąc się emo­cjo­nalną heu­ry­styką, którą cza­sami kie­rują się rów­nież ludzie. Możemy jed­nak sku­pić się na Dako­cie i na tym, co wyróż­nia go spo­śród innych psów, to zna­czy co spra­wia, że jest głod­niej­szy lub bystrzej­szy. (Spró­bujmy tego w domu ze swoim psem i zgło­śmy wyniki).

Zara­zem nie każde psie zacho­wa­nie należy inter­pre­to­wać jako istotne, trak­to­wać jako coś wro­dzo­nego lub nad­zwy­czaj­nego; cza­sem psy po pro­stu "tak mają", podob­nie jak my. To rze­kł­szy, jesz­cze raz przy­po­mnę, że przed­sta­wiam tutaj tylko to, co wiemy o zba­da­nych dotąd psach. Wyniki innych eks­pe­ry­men­tów mogą być odmienne.

SZKOLENIE

Ta książka nie jest pod­ręcz­ni­kiem tre­sury psów. Jed­nak jej treść może spra­wić, że czy­tel­nik nie­świa­do­mie nauczy się szko­lić swo­jego psa. Dzięki temu dogo­nimy nasze psy -?prze­cież bez pomocy pod­ręcz­ni­ków nauczyły się "szko­lić" nas, nie zda­jąc sobie z tego sprawy.

Lite­ra­tura doty­cząca szko­le­nia psów oraz lite­ra­tura na temat ich zdol­no­ści poznaw­czych i zacho­wań są w znacz­nym stop­niu roz­bieżne. Ow­szem, tre­se­rzy wyko­rzy­stują kilka pod­sta­wo­wych zasad z zakresu psiej psy­cho­lo­gii i eto­lo­gii -?czę­sto z dosko­na­łym skut­kiem, nie­kiedy zaś ze skut­kiem kata­stro­fal­nym. Więk­szość szko­leń opiera się na zasa­dzie ucze­nia aso­cja­cyj­nego. Wszyst­kie orga­ni­zmy zwie­rzęce, w tym ludzie, łatwo uczą się koja­rze­nia zda­rzeń. Ucze­nie aso­cja­cyjne jest pod­stawą warun­ko­wa­nia dzia­łań, które prze­wi­duje nagrodę (sma­ko­łyk, oka­za­nie uwagi, zabawka, piesz­czota) po wystą­pie­niu pożą­da­nego zacho­wa­nia (pies siada na komendę). Poprzez wie­lo­krotne sto­so­wa­nie można ukształ­to­wać nowe, pożą­dane zacho­wa­nie -?czy to leże­nie i tur­la­nie się, czy też, dla ambit­nych, spo­kojna jazda na sku­te­rze wod­nym za moto­rówką lub jazda Mini Coope­rem po torze wyści­go­wym, jak to robiły psy o imio­nach Monty, Ginny i Por­ter, które zostały odpo­wied­nio wyszko­lone, aby poka­zać poten­cjał kry­jący się w zwie­rzę­tach ze schro­nisk. (Nie pró­bujmy tego w domu)3.

Jed­nak w innych przy­pad­kach zasady tre­sury stoją w sprzecz­no­ści z wyni­kami badań nauko­wych doty­czą­cych psów. Na przy­kład na­dal ist­nieją tre­se­rzy, któ­rzy posłu­gują się ana­lo­gią oswo­jo­nego wilka jako pod­stawą naszego postrze­ga­nia i trak­to­wa­nia psów. Każda ana­lo­gia jest tak dobra, jak dobre jest jej źró­dło. W tym przy­padku, jak zoba­czymy, to, co wie­dzą naukowcy o zacho­wa­niach wil­ków żyją­cych na wol­no­ści, czę­sto oka­zuje się sprzeczne z wie­dzą potoczną, którą posłu­gu­jemy się, żeby ugrun­to­wać tę ana­lo­gię.

Coraz czę­ściej metody szko­le­nia są porów­ny­wane i wery­fi­ko­wane naukowo. Jed­nak ludzie zaj­mu­jący się psami mają czę­sto bar­dzo nie­nau­kowe podej­ście do tego, jakie szko­le­nie oka­zuje się sku­teczne. Przy­czyną wydaje się to, że osoby zgła­sza­jące się do tre­se­rów mają na ogół dwie wspólne cechy: ich pies jest mniej "posłuszny" niż prze­ciętny pies, a wła­ści­ciel jest bar­dziej zmo­ty­wo­wany do zmiany jego zacho­wań. Bio­rąc pod uwagę połą­cze­nie uwa­run­ko­wań, można stwier­dzić, że po kil­ku­mie­sięcz­nym szko­le­niu pies naj­praw­do­po­dob­niej będzie zacho­wy­wał się ina­czej - nie­za­leż­nie od tego, na czym pole­gało samo szko­le­nie.

Efekty tre­sury bywają eks­cy­tu­jące, ale nie­ko­niecz­nie dowo­dzą, że to wła­śnie metody zasto­so­wane w szko­le­niu dopro­wa­dziły do suk­cesu. Ow­szem, koń­cowy suk­ces może świad­czyć o pozio­mie szko­le­nia. Ale może to być rów­nież szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści. Wresz­cie może to być też efekt poświę­ca­nia psu więk­szej uwagi w trak­cie trwa­nia pro­gramu szko­le­nio­wego. Może to być efekt doj­rze­wa­nia psa w tym okre­sie. Albo wypro­wadzki tego okrop­nego bry­tana z sąsiedz­twa, który rzu­cał się bez prze­rwy na naszego psa. Innymi słowy, suk­ces może być wyni­kiem dzie­sią­tek roz­ma­itych czyn­ni­ków. Nie uda się ich wyod­ręb­nić bez zasto­so­wa­nia rygo­ry­stycz­nych badań nauko­wych.

Co waż­niej­sze, szko­le­nie jest zazwy­czaj dosto­so­wane do czło­wieka -?ma na celu ukształ­to­wa­nie psa w taki spo­sób, aby paso­wał do wyobra­żeń i ocze­ki­wań jego wła­ści­ciela. Cel ten znacz­nie różni się od naszych dążeń: my chcemy zoba­czyć, co pies fak­tycz­nie robi, czego od nas ocze­kuje i jak nas postrzega.

PIES I JEGO WŁAŚCICIEL

Coraz mod­niej­sze staje się mówie­nie o ludziach żyją­cych z psami nie jako o wła­ści­cie­lach, lecz jako o opie­ku­nach, rodzi­cach lub towa­rzy­szach. Przez więk­szość zna­nej histo­rii wła­ści­ciele psów byli nazy­wani "wła­ści­cie­lami" po pro­stu dla­tego, że słowo to okre­śla rela­cję prawną, jaką mamy z psami: są one wła­sno­ścią ludzi. Co cie­kawe, cho­ciaż obec­nie uwa­żane są za człon­ków rodziny, pozo­stają wła­sno­ścią (i to wła­sno­ścią o nie­wiel­kiej war­to­ści odszko­do­wa­nia -?z wyjąt­kiem war­to­ści hodow­la­nej -?o czym, mam nadzieję, żaden z czy­tel­ni­ków nie będzie musiał się prze­ko­nać na wła­snej skó­rze). Dzień, w któ­rym psy prze­staną być naszą wła­sno­ścią, będzie dla mnie wiel­kim świę­tem. Daw­niej uży­wa­łam słowa "wła­ści­ciel" nie­jako apo­li­tycz­nie, dla wygody i bez żad­nych pod­tek­stów, dziś jed­nak uwa­żam sie­bie za wła­sność psów. Język jest czę­sto pre­kur­so­rem zmian spo­łecz­nych, w związku z czym coraz czę­ściej odno­szę się do sie­bie i innych jako do "ludzi" lub "osób" nale­żą­cych do psów, zwra­ca­jąc tym spo­so­bem wek­tor zależ­no­ści z powro­tem na nas, choć rów­nie czę­sto na­dal nazy­wam nas "wła­ści­cie­lami". To samo przy­świeca mi w uży­wa­niu rze­czow­ni­ków i zaim­ków: cza­sem uwzględ­niam płeć, kiedy indziej zaś słowo "pies" lub "on" sto­suję ogól­nie. ("Oho, jakiś pies zosta­wił zabawkę" - można powie­dzieć po przyj­ściu do wybiegu dla psów i zna­le­zie­niu bez­pań­skiej pisz­czą­cej piłeczki).

UMWELT: Z PERSPEKTYWY PSIEGO NOSA

Dziś rano obu­dziła mnie Pump. Pode­szła do łóżka i zaczęła obwą­chi­wać mnie inten­syw­nie, znaj­du­jąc się zale­d­wie kilka mili­me­trów ode mnie. Wąsami muskała moje usta, aby spraw­dzić, czy nie śpię, czy żyję i czy ja to ja. Jej pod­eks­cy­to­wa­nie zwień­czyło gło­śne apsik! pro­sto w moją twarz. Otwo­rzy­łam oczy, a ona popa­trzyła na mnie uśmiech­nięta, dysząc na powi­ta­nie.

Spójrzmy na swo­jego psa. No jazda, popa­trzmy -?na tego, który leży obok nas, może zwi­nięty w kłę­bek na lego­wi­sku lub wycią­gnięty na boku na pod­ło­dze wyło­żo­nej kafel­kami. Prze­biera łapami w biegu po łąkach w kra­inie snu. Przyj­rzyjmy mu się dobrze -?a teraz zapo­mnijmy wszystko, co wiemy o tym lub jakim­kol­wiek innym psie.

To oczy­wi­ście apel absur­dalny: nie ocze­kuję, że można łatwo zapo­mnieć choćby imię, ulu­biony przy­smak czy wyjąt­kowy wygląd wła­snego psa, nie mówiąc już o wszyst­kim, co go doty­czy. To tak, jak­by­śmy od osoby sta­wia­ją­cej pierw­sze kroki w prak­tyce medy­ta­cji ocze­ki­wali, że od razu osią­gnie satori, oświe­ce­nie: wytycz cel i zobacz, jak daleko zaj­dziesz. Nauka, dążąc do obiek­tyw­no­ści, wymaga uświa­do­mie­nia sobie wła­snych wcze­śniej­szych zało­żeń, uprze­dzeń i oso­bi­stej optyki. Patrząc na psy przez pry­zmat nauki, odkry­jemy, że nie­które nasze prze­ko­na­nia na ich temat są w pełni uza­sad­nione, nato­miast inne, które wydają się oczy­wi­ste, po bliż­szym zba­da­niu okażą się bar­dziej wąt­pliwe, niż nam się wyda­wało. Patrząc na nasze psy z innej per­spek­tywy -?z per­spek­tywy psa - możemy dostrzec nowe rze­czy, które nie przy­cho­dzą natu­ral­nie do głowy oso­bom obda­rzo­nym ludz­kim umy­słem. Naj­lep­szym spo­so­bem na zro­zu­mie­nie psów jest więc zapo­mnieć o tym, co w naszym prze­ko­na­niu wiemy.

W pierw­szej kolej­no­ści należy zapo­mnieć o antro­po­mor­fi­zmach. Obser­wu­jemy, oma­wiamy i wyobra­żamy sobie zacho­wa­nie psów z per­spek­tywy ukie­run­ko­wa­nej na czło­wieka, narzu­ca­jąc tym kudła­tym stwo­rze­niom wła­sne emo­cje i myśli. Uznamy za oczy­wi­ste, że psy kochają i pra­gną tak samo jak my; że śnią i myślą tak samo jak my; znają nas i rozu­mieją, nudzą się, czują zazdrość i popa­dają w depre­sję. Czy może być bar­dziej natu­ralne wytłu­ma­cze­nie smęt­nej miny naszego psa, gdy wycho­dzimy z domu, niż to, że przy­gnę­bia go nasz wypad na mia­sto?

Odpo­wiedź brzmi: ow­szem, lep­sze jest wyja­śnie­nie oparte na tym, co psy fak­tycz­nie czują, wie­dzą i rozu­mieją. Uży­wamy słów, tych antro­po­mor­fi­zmów, aby lepiej zro­zu­mieć zacho­wa­nie psów. Natu­ral­nie na pierw­szym miej­scu sta­wiamy ludz­kie doświad­cze­nia, wsku­tek czego rozu­miemy prze­ży­cia zwie­rząt tylko w takim zakre­sie, w jakim odpo­wia­dają one naszym prze­ży­ciom. Pamię­tamy histo­rie, które potwier­dzają traf­ność naszych wyobra­żeń, a chęt­nie zapo­mi­namy te, które zadają im kłam. Nie wahamy się też stwier­dzać "fakty" na temat małp, słoni lub jakich­kol­wiek innych zwie­rząt, choć nie dys­po­nu­jemy odpo­wied­nimi dowo­dami na ich popar­cie. Dla wielu z nas inte­rak­cja ze zwie­rzę­tami innymi niż udo­mo­wione spro­wa­dza się do wizyt w ogro­dach zoo­lo­gicz­nych lub oglą­da­nia pro­gra­mów przy­rod­ni­czych. Bogac­two przy­dat­nych infor­ma­cji, które możemy uzy­skać z takiego obco­wa­nia ze zwie­rzę­tami, jest mocno ogra­ni­czone: tego rodzaju pasywne pozna­nie ujaw­nia jesz­cze mniej niż spoj­rze­nie w okno sąsiada, gdy prze­cho­dzimy obok jego domu4. No, a prze­cież sąsiad i my to przed­sta­wi­ciele jed­nego gatunku.

Antro­po­mor­fi­zo­wa­nie nie jest z gruntu szko­dliwe. Powstaje w wyniku prób zro­zu­mie­nia świata, a nie jego pod­wa­ża­nia. Nasi przod­ko­wie regu­lar­nie antro­po­mor­fi­zo­wali, usi­łu­jąc wyja­śnić i prze­wi­dzieć pogodę i pozo­stałe zja­wi­ska natu­ralne oraz zacho­wa­nie innych orga­ni­zmów zwie­rzę­cych, nie wyłą­cza­jąc tych, które chcieli zjeść lub które ich chciały zjeść. Wyobraźmy sobie, że o zmierz­chu spo­ty­kamy w lesie jagu­ara o jasnych śle­piach i mie­rzymy się wzro­kiem. W tym momen­cie warto byłoby zasta­no­wić się szybko nad tym, co pomy­śle­li­by­śmy, "gdy­by­śmy byli jagu­arem" -?i w efek­cie praw­do­po­dob­nie rzu­ci­li­by­śmy się do ucieczki. Ludzie prze­trwali: przy­pi­sy­wa­nie zwie­rzę­tom cech ludz­kich być może nie jest do końca trafne, nie­mniej oka­zało się dość przy­datne.

Zazwy­czaj nie musimy już wyobra­żać sobie życia wewnętrz­nego jagu­arów, aby zdą­żyć uciec przed ich kłami i pazu­rami. Wpro­wa­dzamy zwie­rzęta do swo­ich domów, ocze­ku­jąc, że staną się człon­kami naszych rodzin. Mając to na uwa­dze, wypada stwier­dzić, że takie machi­nalne antro­po­mor­fi­zmy, jeśli nawet pod­sy­cają nasze zain­te­re­so­wa­nie zwie­rzę­ciem, nie sprzy­jają włą­cze­niu go do rodziny i nawią­za­niu z nim jak naj­bar­dziej bez­kon­flik­to­wej, głę­bo­kiej rela­cji. Nie ozna­cza to jed­nak, że nasze oceny są zawsze błędne: może się oka­zać prawdą, że nasz pies jest smutny, zazdro­sny, cie­kawy świata, przy­gnę­biony -?lub ma ochotę na kanapkę z masłem orze­cho­wym. Jed­nak należy stwier­dzić dobit­nie, że nie powin­ni­śmy wnio­sko­wać, powiedzmy, o psiej depre­sji tylko na pod­sta­wie pierw­szych naocz­nych świa­dectw: smut­nego wej­rze­nia czy dono­śnych wes­tchnień. Nazbyt szybko przyj­mu­jemy daleko idące zało­że­nia. Pro­jek­cje, które rzu­tu­jemy na zwie­rzęta, są zbyt ubo­gie -?lub cał­ko­wi­cie nie­trafne. Na przy­kład uzna­jemy, że pies jest szczę­śliwy, bo widzimy unie­sione kąciki pyska; a prze­cież taki "uśmiech" może być złu­dze­niem. U del­fi­nów i uro­czych amby­sto­mów mek­sy­kań­skich "uśmiech" jest stałą cechą fizjo­lo­giczną, nie­zmienną jak prze­ra­ża­jąca twarz klauna. U szym­pan­sów z kolei uśmiech jest wyra­zem stra­chu lub ule­gło­ści, a więc emo­cji cał­ko­wi­cie prze­ciw­nych do poczu­cia szczę­ścia. Podob­nie czło­wiek może unieść brwi w wyra­zie zasko­cze­nia, nato­miast kapu­cynka uno­sząca brew wcale nie jest zasko­czona. Nie oka­zuje scep­ty­cy­zmu ani nie­po­koju, lecz sygna­li­zuje pobli­skim mał­pom, że ma przy­ja­zne zamiary. Z kolei u pawia­nów unie­sione brwi mogą być świa­domą groźbą (wnio­sek: uwa­żajmy, przy jakiej mał­pie uno­simy brwi). To na nas spo­czywa obo­wią­zek zna­le­zie­nia spo­sobu na potwier­dze­nie lub oba­le­nie wła­snych prze­ko­nań doty­czą­cych zwie­rząt. (Być może ni­gdy nie zauwa­ży­li­śmy, że psy uno­szą brwi, ale ow­szem, robią to, a będące tego skut­kiem "wiel­kie oczy" są nie­od­łącz­nym ele­men­tem "psiego spoj­rze­nia", które tak bar­dzo kochamy. Kochamy do tego stop­nia, że psy, które uno­szą brwi, prę­dzej zamie­niają schro­ni­sko na dom niż te, które tego nie robią).

Zdia­gno­zo­wa­nie depre­sji na pod­sta­wie jed­nego smut­nego spoj­rze­nia wydaje się cał­kiem nie­win­nym błę­dem, ale nie­groźna z początku antro­po­mor­fi­za­cja może w końcu przy­nieść szkody. W nie­któ­rych przy­pad­kach zagraża wręcz zdro­wiu zwie­rząt. Jeśli zamie­rzamy poda­wać psu leki prze­ciw­de­pre­syjne na pod­sta­wie naszej inter­pre­ta­cji jego spoj­rzeń, to czy mamy stu­pro­cen­tową pew­ność, że nasza dia­gnoza jest wła­ściwa? Gdy zakła­damy, że naj­lep­sze dla zwie­rzę­cia jest to, co jest naj­lep­sze dla nas lub innych ludzi, wów­czas możemy nie­świa­do­mie dzia­łać na jego szkodę.

Weźmy na przy­kład norki hodow­lane (powin­ni­śmy wie­dzieć, że tylko w 2024 roku w samych Sta­nach Zjed­no­czo­nych zabito 1,3 miliona norek na potrzeby prze­my­słu futrzar­skiego). Norki są trzy­mane w małych klat­kach z siatki dru­cia­nej -?mają tylko budkę do gniaz­do­wa­nia, wodę do picia i papkę do jedze­nia. Próby poprawy ich krót­kiego żywota mogą pole­gać na zapew­nie­niu im więk­szej prze­strzeni lub lep­szego poży­wie­nia -?zatem tego, czego sami byśmy chcieli, gdy­by­śmy egzy­sto­wali w tak spar­tań­skich warun­kach. Gdy nor­kom zapew­niono wię­cej prze­strzeni -?lub zabawki tudzież nowe miej­sce do gniaz­do­wa­nia -?oka­zało się, że jedna grupa wolała dostęp poprzez nie­wiel­kie drzwiczki do nie­wiel­kiego basenu z wodą, w któ­rym mogły pły­wać. Małe norki pró­bo­wały dostać się do basenu nawet wtedy, gdy drzwiczki obcią­żono dwu­krot­nie, a potem dwu­krot­nie, aż w końcu napie­rały z całej siły na prze­szkodę ważącą dwa razy wię­cej niż one same. Gdy dostęp do basenu został tym­cza­sowo zablo­ko­wany, poziom kor­ty­zolu - hor­monu stresu -?wzrósł u norek tak samo jak w przy­padku tym­cza­so­wego pozba­wie­nia ich pokarmu.

Dla ludzi pły­wa­nie to może nie luk­sus, ale przy­jem­ność; nie ocze­ku­jemy, że zawsze będziemy mieli basen pod ręką, ani nie uwa­żamy, że dostęp do basenu jest nam potrzebny do życia. Z per­spek­tywy norki pły­wa­nie rów­nież nie jest nie­zbędne do życia, a jed­nak w śro­do­wi­sku natu­ral­nym sta­nowi jego sens. Norki żyjące na wol­no­ści bez prze­rwy pły­wają i nur­kują, podą­ża­jąc za woniami i polu­jąc. Jeśli spró­bu­jemy popra­wić ich egzy­sten­cję w warun­kach nie­woli, myśląc o tym, co sami chcie­li­by­śmy mieć w celi, to zapewne basen nie przyj­dzie nam do głowy. Krowy na przy­kład za wszelką cenę pra­gną mieć dostęp do zewnętrz­nego świata -?podob­nie jak sta­rają się zdo­być poży­wie­nie, gdy są bar­dzo głodne. Nie­wielki głód zniosą bez trudu, ale nie lubią prze­by­wać w zamknię­ciu.

BIERZEMY PELERYNKĘ, BO PADA

Czy w przy­padku psów nasza skłon­ność do antro­po­mor­fi­zo­wa­nia zawo­dzi nas rów­nie spek­ta­ku­lar­nie? Bez wąt­pie­nia. Weźmy na przy­kład płasz­czyki prze­ciw­desz­czowe. Pro­duk­cji sty­lo­wych psich pele­ry­nek z czte­rema "ręka­wami" towa­rzy­szy kilka inte­re­su­ją­cych zało­żeń. Odłóżmy na bok pyta­nie, czy psy wolą kolor jasno­żółty, wzór w kratę czy motyw z kotami i psami (jak to, oczy­wi­ście wolą motyw z kotami i psami!). Osoby, które ubie­rają swoje psy w pele­rynki, mają jak naj­lep­sze inten­cje: być może zauwa­żyły, że ich psy nie chcą wycho­dzić na spa­cer, gdy pada deszcz. Wydaje się cał­kiem roz­sądne, aby na pod­sta­wie takiej reak­cji wycią­gnąć wnio­sek, że psy nie lubią desz­czu.

"Psy nie lubią desz­czu". Co to zda­nie w ogóle zna­czy? Czy zna­czy, że nie lubią, jak kro­ple spa­dają na ich ciało, podob­nie jak nie lubi tego wielu z nas -?toteż, tak samo jak my, wola­łyby para­do­wać w płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym? Czy to słuszne zało­że­nie? W tym przy­padku dys­po­nu­jemy wie­loma pozor­nymi świa­dec­twami pocho­dzą­cymi od samych psów. Czy pies jest pod­eks­cy­to­wany i merda ogo­nem, gdy bie­rzemy jego pele­rynkę? Ow­szem, a więc to potwier­dza nasze zało­że­nie, że... Chwila, moment. A może raczej nasuwa się wnio­sek, że pies zdaje sobie sprawę, że poja­wie­nie się pele­rynki zapo­wiada długo wycze­ki­wany spa­cer, tak samo jak pies prze­wod­nik roz­po­znaje, że jest na służ­bie, gdy ma zało­żoną uprząż, a służbę koń­czy, gdy uprząż zostaje zdjęta? Czy pies ucieka przed pele­rynką? Pod­kula ogon i opusz­cza głowę? Ow­szem. Pod­waża to więc nieco nasze zało­że­nie, ale nie sta­nowi jesz­cze cał­ko­wi­tej nega­cji. Czy pies wygląda opła­ka­nie, gdy jest mokry? Czy z wigo­rem otrząsa się z wody? Nic z tego jed­no­znacz­nie ani nie potwier­dza, ani nie obala naszych zało­żeń. No więc jak to jest? Ech, co za trudne do roz­gry­zie­nia stwo­rze­nie ten nasz pies.

Naj­lep­szym źró­dłem wie­dzy, aby roz­strzy­gnąć kwe­stię pele­rynki prze­ciw­desz­czo­wej, jest zacho­wa­nie żyją­cych w sta­nie wol­nym spo­krew­nio­nych zwie­rząt z rodziny pso­wa­tych. Zarówno psy, jak i wilki mają oczy­wi­ście sierść, która na stałe okrywa ich ciało. Jed­nak sierść wystar­cza: kiedy pada deszcz, wilki być może szu­kają schro­nie­nia, ale nie okry­wają się dodat­kowo żad­nymi natu­ral­nymi mate­ria­łami. Nie świad­czy to o potrze­bie posia­da­nia pele­ryny prze­ciw­desz­czo­wej ani o zain­te­re­so­wa­niu takim wyna­laz­kiem. Ponadto pele­rynka, poza tym, że jest okry­ciem, ma jedną cha­rak­te­ry­styczną cechę: ści­śle przy­lega, a nawet uci­ska grzbiet, klatkę pier­siową, cza­sem głowę. Zda­rza się, że wilki odczu­wają nacisk na grzbiet lub głowę -?gdy star­sze osob­niki karcą młod­sze, chwy­ta­jąc je zębami za pysk. Nazywa się to "chwy­tem kagań­co­wym" i być może wyja­śnia, dla­czego psy w kagańcu wydają się cza­sami nie­na­tu­ral­nie potulne. Pies, który stoi "nad" innym psem, ma pozy­cję domi­nu­jącą. W takiej sytu­acji pod­po­rząd­ko­wany pies odczuwa napór dru­giego zwie­rzę­cia na swoje ciało. Pele­rynka prze­ciw­desz­czowa może wywo­ły­wać podobne dozna­nie. Zatem ubra­nie psa w pele­rynkę nie rodzi u niego poczu­cia ochrony przed wil­go­cią, lecz raczej nie­przy­jemne dozna­nie, że obok jest ktoś wyż­szy rangą. Inter­pre­ta­cję tę potwier­dza zacho­wa­nie więk­szo­ści psów ubra­nych w pele­rynkę: zasty­gają w miej­scu, jakby były "zdo­mi­no­wane". To samo zacho­wa­nie można zaob­ser­wo­wać wtedy, gdy pies opie­ra­jący się kąpieli nagle prze­staje się szar­pać, bo jest cał­ko­wi­cie prze­mo­czony lub przy­kryty cięż­kim, mokrym ręcz­ni­kiem. Pies ubrany w pele­rynkę wycho­dzi grzecz­nie na spa­cer, ale nie dla­tego, że tak bar­dzo podoba mu się jego strój, lecz dla­tego, że czuje się poskro­miony5. W efek­cie pies wróci suchy ze spa­ceru, ale to my pod­ję­li­śmy te wszyst­kie zabiegi, nie on. Podob­nie jest z okry­ciami zimo­wymi: ow­szem, psy, które drżą z zimna, mogą z nich korzy­stać, ale zacho­wa­nie więk­szo­ści psów wska­zuje, że nie potrze­bują ich ani nie pra­gną. (Jeśli koniecz­nie chcemy zapew­nić swo­jemu psu cie­pło, odpo­wied­nia będzie kur­teczka okry­wa­jąca brzuch, który zazwy­czaj jest mniej poro­śnięty sier­ścią, zatem bar­dziej nara­żony na zimno, nie zaś taka, która obej­muje cały grzbiet). Spo­so­bem na unik­nię­cie tego rodzaju błę­dów jest zastą­pie­nie naszego instynk­tow­nego antro­po­mor­fi­zo­wa­nia nawy­kiem traf­nego odczy­ty­wa­nia psich zacho­wań. W więk­szo­ści przy­pad­ków oka­zuje się to pro­ste: musimy tylko zapy­tać psy, czego chcą. Następ­nie należy sobie prze­tłu­ma­czyć ich odpo­wiedź.

ŚWIAT OCZAMI KLESZCZA

Oto pierw­sze narzę­dzie, które pomoże nam uzy­skać odpo­wiedź: należy wyobra­zić sobie psią per­spek­tywę. Prze­łomu w bada­niach nad zwie­rzę­tami doko­nał uro­dzony na początku XX wieku w Esto­nii bio­log Jakob von Uexküll. Zapro­po­no­wał rewo­lu­cyjne roz­wią­za­nie: każdy, kto chce zro­zu­mieć życie zwie­rzę­cia, musi zacząć od uwzględ­nie­nia tego, co nazwał Umwelt: subiek­tyw­nego lub "wła­snego świata". Uwmelt ozna­cza po pro­stu życie prze­ży­wane przez zwie­rzę. Weźmy na przy­kład nie­po­zor­nego klesz­cza. Ci z nas, któ­rzy znają dłu­gie minuty nie­pew­no­ści spę­dzone na obma­cy­wa­niu psa w poszu­ki­wa­niu cha­rak­te­ry­stycz­nej wypu­kło­ści wska­zu­ją­cej na klesz­cza napęcz­nia­łego od krwi, być może już wie­dzą, w czym rzecz. Praw­do­po­dob­nie uwa­żamy klesz­cza za szkod­nika i nic wię­cej. Led­wie za zwie­rzę. Von Uexküll zasta­na­wiał się nato­miast, jak może wyglą­dać życie z per­spek­tywy klesz­cza.

Garść infor­ma­cji ogól­nych: klesz­cze są paso­ży­tami. Należą do rzędu paję­cza­ków, który obej­muje pająki i inne zwie­rzęta o czte­rech parach odnóży, pro­stej budo­wie ciała i potęż­nych szczę­kach. Ewo­lu­cja trwa­jąca tysiące poko­leń mak­sy­mal­nie upro­ściła ich czyn­no­ści życiowe: naro­dziny, roz­mna­ża­nie się, poży­wie­nie i śmierć. Rodzą się bez odnóży i narzą­dów płcio­wych, ale te czę­ści ciała zaraz im wyra­stają, co pozwala na roz­mna­ża­nie się i wpeł­za­nie na wyso­kie miej­sca, choćby na źdźbło trawy. I tu życie klesz­cza robi się fascy­nu­jące. Spo­śród wszyst­kich wido­ków, dźwię­ków i zapa­chów ofe­ro­wa­nych przez świat doro­sły kleszcz czeka tylko na jeden. Nie roz­gląda się: jest ślepy. Żaden dźwięk nie inte­re­suje klesz­cza: dźwięki nie mają dla niego naj­mniej­szego zna­cze­nia. Czeka tylko na poja­wie­nie się jed­nej woni: nuty kwasu masło­wego, wydzie­la­nego przez zwie­rzęta cie­pło­krwi­ste (cza­sem wyczu­wamy go w pocie). Może cze­kać dzień, mie­siąc lub kil­ka­na­ście lat. Lecz gdy tylko wyczuje tę woń, na któ­rej się kon­cen­truje, zeska­kuje ze swo­jego sta­no­wi­ska. Wtedy uru­cha­mia się druga zdol­ność sen­so­ryczna. Skóra klesz­cza jest świa­tło­czuła i potrafi wykry­wać cie­pło. Kleszcz zatem kie­ruje się w stronę cie­pła. Jeśli ma szczę­ście, cie­pła woń pocho­dzi od zwie­rzę­cia. Wtedy cze­pia się go i pije krew. Po jed­nym posiłku spada, składa jaja i umiera.

Sens tej opo­wie­ści spro­wa­dza się do stwier­dze­nia, że świat klesz­cza różni się od naszego w spo­sób wręcz nie­wy­obra­żalny: cał­ko­wi­cie inne jest to, co czuje, czego pra­gnie i do czego dąży. Dla klesz­cza zło­żo­ność żywego stwo­rze­nia spro­wa­dza się do dwóch bodź­ców: woni i cie­pła -?i wła­śnie na nich się kon­cen­truje. Jeśli chcemy zatem zro­zu­mieć życie jakie­go­kol­wiek zwie­rzę­cia, musimy wie­dzieć, co jest dla niego istotne. Pierw­szym kro­kiem wio­dą­cym do tego będzie okre­śle­nie, jak zwie­rzę postrzega świat, co widzi, sły­szy, wyczuwa węchem lub w inny spo­sób. Dla zwie­rzę­cia zna­cze­nie mają wyłącz­nie obiekty przez nie postrze­gane; reszta nie jest uwzględ­niana lub wydaje się jed­no­lita. Wiatr sze­lesz­czący wśród traw? Dla klesz­cza nie ma to naj­mniej­szego zna­cze­nia. Odgłosy uro­dzi­no­wego kin­der­balu? Jego radar ich nie wychwy­tuje. Pyszne okru­chy cia­sta leżące na ziemi? Nie wzbu­dzają żad­nego zain­te­re­so­wa­nia.

Dru­gim kro­kiem jest zasta­no­wie­nie się, jak zwie­rzę funk­cjo­nuje w świe­cie. Kleszcz łączy się w pary, czeka, spada, cze­pia się i żeruje. Tak więc z per­spek­tywy klesz­cza zawar­tość całego wszech­świata dzieli się na klesz­cze i nieklesz­cze; na to, na co się czeka i nie czeka; na powierzch­nie, któ­rych można lub nie można się ucze­pić; oraz na sub­stan­cje, któ­rymi można lub nie można się żywić.

W ten spo­sób te dwa wymiary -?postrze­ga­nie i dzia­ła­nie -?w dużej mie­rze defi­niują i ogra­ni­czają świat w przy­padku każ­dego żywego orga­ni­zmu. Wszyst­kie gatunki zwie­rząt mają wła­sny Umwelt -?swoją subiek­tywną rze­czy­wi­stość, uwa­żaną przez von Uexkülla za "bańkę", w któ­rej są na zawsze uwię­zione. My, ludzie, rów­nież jeste­śmy zamknięci we wła­snej bańce. Na przy­kład w każ­dym z naszych świa­tów zwra­camy baczną uwagę na to, gdzie znaj­dują się inni ludzie i co robią lub mówią. (Dla kon­tra­stu wyobraźmy sobie obo­jęt­ność klesz­cza w reak­cji na nasze nawet naj­bar­dziej wzru­sza­jące wier­sze). Postrze­gamy świat wyłącz­nie w zakre­sie świa­tła widzial­nego, sły­szymy wyłącz­nie dźwięki dla nas sły­szalne i wyczu­wamy silne zapa­chy znaj­dujące się bez­po­śred­nio przed naszym nosem. Ponadto każda osoba two­rzy wła­sny Umwelt, wypeł­niony przed­mio­tami mają­cymi dla niej szcze­gólną wagę. To ostat­nie można sobie sil­nie uświa­do­mić, gdy znaj­dziemy się w obcym mie­ście i popro­simy jego miesz­kańca o opro­wa­dze­nie. Ruszy trasą oczy­wi­stą dla niego, ale zupeł­nie nie­wi­doczną dla nas. Jed­nak mamy coś wspól­nego: żaden z nas praw­do­po­dob­nie nie zatrzyma się, aby zło­wić uchem ultra­dź­wię­kowy krzyk nie­to­pe­rza; żaden nie wyczuje u prze­cho­dzą­cego obok męż­czy­zny zapa­chu wczo­raj­szej kola­cji (chyba że zawie­rała dużo czosnku). My, klesz­cze i wszyst­kie inne orga­ni­zmy zwie­rzęce wta­piamy się w nasze śro­do­wi­sko: jeste­śmy bom­bar­do­wani bodź­cami, ale tylko nie­liczne z nich mają dla nas zna­cze­nie.

Ten sam przed­miot będzie zatem widziany (a raczej "postrze­gany" - nie­które zwie­rzęta nie widzą dobrze, a nawet w ogóle) przez różne orga­ni­zmy w różny spo­sób. Róża jest różą jest różą. Czy aby na pewno? Dla czło­wieka róża to kwiat, pre­zent dla uko­cha­nej i sym­bol piękna. Dla chrząsz­cza róża jest być może całym tery­to­rium obej­mu­ją­cym kry­jówki (pod liściem, by nie być wypa­trzo­nym przez lata­jące dra­pież­niki), teren polo­wań (w pęku, gdzie roz­wi­jają się larwy mró­wek) i skła­da­nie jaj (w miej­scu połą­cze­nia liścia i łodygi). Dla sło­nia jest to ledwo wyczu­walny pod nogą cierń.

A czym jest róża dla psa? Jak zoba­czymy, zależy to od budowy jego ciała i mózgu. Oka­zuje się, że dla psa róża nie jest ani oka­zem piękna, ani świa­tem samym w sobie. Róża jest tym samym co reszta ota­cza­ją­cej go roślin­no­ści -?chyba że została dotknięta przez jego wła­ści­ciela, obsi­kana przez innego psa lub nadep­nięta przez inne zwie­rzę. Wtedy budzi żywe zain­te­re­so­wa­nie i staje się dla psa znacz­nie waż­niej­sza niż dla nas naj­pięk­niej­sza róża z całej kwia­ciarni.

SKOK W UMWELT

Roz­po­zna­nie istot­nych ele­men­tów świata zwie­rząt -?ich Umweltu -?ozna­cza w pew­nym sen­sie sta­nie się eks­per­tem w dzie­dzi­nie orga­ni­zmów zwie­rzę­cych, czy będą to klesz­cze, psy, czy ludzie. Posłuży za narzę­dzie do roz­ła­do­wa­nia napię­cia mię­dzy tym, co w naszym prze­ko­na­niu wiemy o psach, a tym, jakie psy fak­tycz­nie są. Wydaje się jed­nak, że bez sto­so­wa­nia antro­po­mor­fi­zmów dys­po­nu­jemy nie­wie­loma sło­wami, któ­rymi mogli­by­śmy opi­sać postrze­gane przez nas psie doświad­cze­nia.

Zro­zu­mie­nie psiej per­spek­tywy -?poprzez zro­zu­mie­nie zdol­no­ści poznaw­czych, doświad­cze­nia i spo­sobu komu­ni­ka­cji -?pod­suwa nam sto­sowne słow­nic­two. Nie możemy jed­nak prze­tłu­ma­czyć tego po pro­stu poprzez intro­spek­cję, która uwzględ­nia nasze wła­sne śro­do­wi­sko. Więk­szość z nas ma dość kiep­skie powo­nie­nie -?aby wyobra­zić sobie, jak to jest być węchow­cem, musimy zro­bić coś wię­cej, niż tylko o tym pomy­śleć. Tego rodzaju ćwi­cze­nie intro­spek­cyjne poskut­kuje jedy­nie wtedy, gdy towa­rzy­szy mu zro­zu­mie­nie, jak głę­boka jest róż­nica śro­do­wi­skowa pomię­dzy nami a innymi orga­ni­zmami zwie­rzę­cymi. Możemy to dostrzec, "wcho­dząc" nie­jako w śro­do­wi­sko zwie­rzę­cia, pró­bu­jąc posta­wić się w jego sytu­acji -?pamię­ta­jąc jed­no­cze­śnie, że nasze zmy­sły ogra­ni­czają nas w tych dąże­niach. Spę­dze­nie całego popo­łu­dnia na czwo­ra­kach, aby "zni­żyć się" do poziomu psa, przy­nosi zaska­ku­jące odkry­cia. Dokładne obwą­cha­nie (nawet naszym kiep­skim nosem) każ­dego napo­tka­nego przed­miotu nadaje nowy wymiar rze­czom, które wydają się zna­jome. Czy­ta­jąc te słowa, spró­bujmy zwró­cić uwagę na wszyst­kie dźwięki w pomiesz­cze­niu, w któ­rym się teraz znaj­du­jemy -?przy­wy­kli­śmy do nich, więc zazwy­czaj nie zwra­camy na nie uwagi. Dzięki sku­pie­niu sły­szę nagle wen­ty­la­tor za ple­cami, war­kot cię­ża­rówki, przy­tłu­mione głosy ludzi wcho­dzących do budynku na dole; ktoś wierci się na drew­nia­nym krze­śle, moje serce bije, prze­ły­kam ślinę, prze­wra­cam stronę tek­stu. Gdy­bym miała lep­szy słuch, mogła­bym usły­szeć skro­ba­nie dłu­go­pisu po papie­rze w dru­gim końcu pokoju, odgłosy rosną­cej rośliny, ultra­dź­wię­kowe woła­nia owa­dów pod sto­pami. Czy to moż­liwe, że odgłosy te są na pierw­szym pla­nie w sen­so­rycz­nym świe­cie innego orga­ni­zmu zwie­rzę­cego?

ZNACZENIE RZECZY

Nawet przed­mioty znaj­du­jące się w pokoju nie są w pew­nym sen­sie tymi samymi przed­mio­tami dla zwie­rzę­cia. Pies roz­glą­da­jący się po salo­nie nie myśli, że ota­czają go ludz­kie wyna­lazki; widzi psie przed­mioty. To, do czego naszym zda­niem służy dany przed­miot lub z czym nam się koja­rzy, może, ale nie musi, pokry­wać się z wyobra­że­niem psa na temat funk­cji lub zna­cze­nia tej rze­czy.

Przed­mioty defi­niuje się poprzez to, jak można się nimi posłu­gi­wać: von Uexküll nazywa to ich "tonami funk­cjo­nal­nymi" -?tak jakby zasto­so­wa­nie przed­miotu roz­brzmie­wało niczym dzwo­nek, gdy tylko na niego spoj­rzymy. Pies może z obo­jęt­no­ścią trak­to­wać krze­sła, lecz jeśli zosta­nie wyszko­lony, aby na nie wska­ki­wać, nauczy się, że krze­sło ma funk­cję: ma "ton sie­dze­nia", bo można na nim posa­dzić zad. Póź­niej pies może zde­cy­do­wać, że inne przed­mioty rów­nież mają ton sie­dze­nia: kanapa, stos podu­szek, kolana osoby przy­cup­nię­tej na pod­ło­dze. Jed­nak inne rze­czy, które iden­ty­fi­ku­jemy jako podobne do krze­seł, nie są tak postrze­gane przez psy: tabo­rety, stoły, pod­ło­kiet­niki kanap. Tabo­rety i stoły należą do innej kate­go­rii przed­mio­tów: być może sta­no­wią prze­szkody na dro­dze do "tonu jedze­nia" w kuchni.

Tak oto zaczy­namy dostrze­gać, w jakiej mie­rze świa­to­po­gląd psów i ludzi się pokrywa, a w jakiej się różni. Wiele przed­mio­tów w naszym oto­cze­niu ma dla psów cha­rak­ter pokarmu -?praw­do­po­dob­nie znacz­nie wię­cej, niż nam się wydaje. Odchody nie są dla nas ele­men­tem menu, ale psy mają odmienne zda­nie w tej spra­wie. Psy mogą postrze­gać przed­mioty w spo­sób, który nam jest zupeł­nie obcy -?na przy­kład jako ton tar­za­nia się, a więc rze­czy, w któ­rych można się rado­śnie wyta­rzać. Jeśli nie jeste­śmy dziećmi lub ludźmi skłon­nymi do figli, lista przed­mio­tów, które koja­rzą nam się z tar­za­niem, jest ogra­ni­czona lub nawet pusta. Wiele zwy­kłych przed­mio­tów, które mają dla nas bar­dzo kon­kretne zna­cze­nie -?widelce, noże, młotki, pinezki, wen­ty­la­tory, zegary i tak dalej -?ma dla psów zna­cze­nie zni­kome lub nie ma go wcale. Dla psa mło­tek nie ist­nieje... a przy­naj­mniej nie ist­nieje w tym sen­sie, w jakim my postrze­gamy to narzę­dzie. Pies nie używa młotka, nie wyko­nuje nim żad­nych czyn­no­ści, więc nie ma on dla niego żad­nego zna­cze­nia. Przy­naj­mniej do momentu, gdy mło­tek połą­czy się z innym, istot­nym przed­mio­tem: znaj­dzie się w rękach uko­cha­nej przez psa osoby; obsika go uro­czy pies z sąsiedz­twa; jego twardy drew­niany uchwyt można pogryźć jak patyk.

Do zde­rze­nia Umwel­tów docho­dzi, gdy pies spo­tyka czło­wieka -?i czę­sto pro­wa­dzi to do nie­po­ro­zu­mień doty­czą­cych zacho­wa­nia tego pierw­szego. Ludzie nie postrze­gają świata z psiej per­spek­tywy, a więc tak, jak widzi go pies. Na przy­kład nie­któ­rzy ludzie twier­dzą z cał­ko­witą powagą, że pies ni­gdy nie powi­nien leżeć na łóżku. Aby dać wyraz sro­giej powa­dze tego zakazu, czło­wiek posta­na­wia kupić coś, co pro­du­cent róż­nych akce­so­riów dla zwie­rząt nazwał "lego­wi­skiem dla psa", następ­nie poło­żyć to na pod­ło­dze u sie­bie w domu. Dalej pies jest zachę­cany, aby przy­szedł i poło­żył się na tym kon­kret­nym lego­wi­sku, na któ­rym wolno się kłaść. Pies zazwy­czaj zrobi to, acz nie­chęt­nie. I w ten spo­sób możemy odczuć satys­fak­cję: kolejna inte­rak­cja mię­dzy psem a czło­wiekiem zakoń­czyła się naszym suk­ce­sem!

Ale czy tak jest naprawdę? Wiele razy po powro­cie do domu znaj­do­wa­łam na łóżku kłę­bo­wi­sko wygnie­cio­nej cie­płej pościeli, w któ­rej leżał albo mój pies, przed chwilą wita­jący mnie w drzwiach mer­da­niem ogona, albo nie­wi­dzialny intruz zmo­rzony snem. Nie mamy trud­no­ści ze zro­zu­mie­niem zna­cze­nia łóżek w świe­cie ludzi: sama nazwa przed­miotu okre­śla jego funk­cję. "Łóżko" jest dla ludzi, "lego­wi­sko" jest dla psów. Łóżka dla ludzi koja­rzą się z odpo­czyn­kiem, mogą być wypo­sa­żone w spe­cjal­nie dobraną pościel i roz­ma­ite puszy­ste poduszki; lego­wi­sko dla psa to miej­sce, w któ­rym ni­gdy nie przy­szłoby nam do głowy usiąść i które jest (sto­sun­kowo) nie­dro­gie i czę­ściej zasy­pane zabaw­kami do gry­zie­nia. Ale zaraz, co z psem? Na początku nie ma dla niego dużej róż­nicy mię­dzy tymi dwoma łóż­kami -?może poza tym, że "ludz­kie" łóżko jest nie­skoń­cze­nie bar­dziej atrak­cyjne. "Ludz­kie" łóżko pach­nie wła­ści­cie­lem, pod­czas gdy łóżko "psie" pach­nie mate­ria­łem, który aku­rat wyko­rzy­stał pro­du­cent lego­wisk (lub, co gor­sza, wió­rami cedro­wymi -?wonią przy­tła­cza­jącą dla psa, ale przy­jemną dla nas). Nasze łóżka są tam, gdzie my jeste­śmy, gdzie spę­dzamy wolny czas, być może roz­rzu­ca­jąc okru­chy i czę­ści gar­de­roby. Co zatem woli pies? Bez­sprzecz­nie woli nasze łóżko. Pies nie wie tego wszyst­kiego, co spra­wia, że łóżko sta­nowi dla nas tak szcze­gólny teren. Być może rze­czy­wi­ście nauczy się, że łóżko ma w sobie coś wyjąt­ko­wego -?ale drogą do tego jest cią­głe kar­ce­nie go za łama­nie zakazu. Jed­nak nawet wtedy pies nie będzie sto­so­wał roz­róż­nie­nia mię­dzy "łóż­kiem dla ludzi" a "łóż­kiem dla psów", tylko mię­dzy "miej­scem, które wiąże się z naganą", a "miej­scem, które z naganą się nie wiąże".

W świe­cie psów lego­wi­ska nie odgry­wają żad­nej szcze­gól­nej roli. Psy śpią i odpo­czy­wają tam, gdzie aku­rat mogą to robić, a nie na miej­scach wyzna­czo­nych do tego celu przez ludzi. Ow­szem, miej­sca do spa­nia mogą odgry­wać pewną rolę: psy pre­fe­rują miej­sca, w któ­rych mogą się cał­ko­wi­cie wycią­gnąć, w któ­rych panuje odpo­wied­nia tem­pe­ra­tura, w któ­rych prze­by­wają inni człon­ko­wie stada lub rodziny oraz w któ­rych jest bez­piecz­nie. Dla psów żyją­cych na wol­no­ści ozna­cza to odpo­czy­nek w pew­nej odle­gło­ści od ludzi i w cie­niu. W przy­padku psów domo­wych więk­szość pła­skich lub mięk­kich powierzchni speł­nia te warunki. Wystar­czy wybrać miej­sce speł­niające te kry­te­ria, a nasz pies naj­praw­do­po­dob­niej uzna je za rów­nie atrak­cyjne jak duże, wygodne łoże.

SPYTAJMY PSA

Aby potwier­dzić nasze domnie­ma­nia na temat prze­żyć czy umy­sło­wo­ści psa, nauczmy się pytać go, czy mamy rację. Pro­blem z pyta­niem psów, czy są zado­wo­lone lub smutne, nie polega oczy­wi­ście na tym, że pyta­nie to nie ma sensu. Cho­dzi raczej o to, że kiep­sko rozu­miemy psie odpo­wie­dzi. Mowa spra­wia, że sta­jemy się strasz­nie leniwi. Mogę oczy­wi­ście snuć domy­sły na temat przy­czyn upo­rczy­wie oschłego zacho­wa­nia mojej przy­ja­ciółki od kilku tygo­dni, two­rząc zawiłe psy­cho­lo­gicz­nie wyja­śnie­nia, doszu­ku­jąc się jej błęd­nej inter­pre­ta­cji mojego zacho­wa­nia w sytu­acji, kiedy mię­dzy nami zaiskrzyło. Lecz o niebo lep­szą stra­te­gią będzie po pro­stu zapy­tać ją o to. A wtedy ona mi odpo­wie. Psy nato­miast nie odpo­wia­dają tak, jak byśmy sobie tego życzyli: nie uży­wają zdań ozna­czo­nych odpo­wiednią inter­punk­cją i emfazą. Jeśli jed­nak patrzymy uważ­nie, okaże się, że potra­fią udzie­lić wyraź­nej odpo­wie­dzi.

Na przy­kład nasuwa się pyta­nie: czy pies wzdy­cha­jący i obser­wu­jący nasze przy­go­to­wa­nia do wyj­ścia do pracy jest w isto­cie przy­gnę­biony? Czy psy pozo­sta­wione w domu na cały dzień dopada chan­dra? Nuda? A może po pro­stu oddy­chają powoli, szy­ku­jąc się do drzemki?

Obser­wo­wa­nie zacho­wań w celu pozna­nia sta­nów psy­chicz­nych zwie­rząt to wła­śnie kon­cep­cja sto­jąca za nie­któ­rymi bły­sko­tli­wie obmy­ślo­nymi eks­pe­ry­men­tami. Naukowcy nie obser­wo­wali psów, lecz inne zwie­rzęta powszech­nie wyko­rzy­sty­wane w bada­niach labo­ra­to­ryj­nych -?szczury. Opisy zacho­wa­nia szczu­rów w klat­kach są być może naj­więk­szym wkła­dem w doro­bek wie­dzy psy­cho­lo­gicz­nej. W więk­szo­ści przy­pad­ków szczury jako takie nie są przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia eks­pe­ry­men­ta­tora: bada­nia nie doty­czą szczu­rów jako gatunku. Co zaska­ku­jące, doty­czą ludzi. Zakłada się, że szczury uczą się i zapa­mię­tują, wyko­rzy­stu­jąc nie­które z tych samych mecha­ni­zmów co ludzie, mają nato­miast tę zaletę, że łatwo trzy­mać je w małych klat­kach i pod­da­wać ogra­ni­czo­nym bodź­com w nadziei na uzy­ska­nie reak­cji. Miliony reak­cji milio­nów szczu­rów żyją­cych w labo­ra­to­riach znacz­nie posze­rzyły naszą wie­dzę o ludz­kiej psy­chice.

Ale same szczury też są cie­ka­wymi stwo­rze­niami. Ludzie, któ­rzy pra­cują ze szczu­rami w labo­ra­to­riach, cza­sem opi­sują "depre­sję" lub, dla odmiany, żywio­ło­wość swo­ich pod­opiecz­nych. Nie­które szczury wydają się leniwe, inne wesołe; nie­które nasta­wione pesy­mi­stycz­nie, inne opty­mi­stycz­nie. Naukowcy wybrali dwie z tych cech -?pesy­mizm i opty­mizm -?i nadali im defi­ni­cje ope­ra­cyjne: defi­ni­cje w kate­go­riach zacho­wa­nia, które pozwa­lają nam okre­ślić, czy można dostrzec rze­czy­wi­ste róż­nice pomię­dzy osob­ni­kami. Zamiast po pro­stu eks­tra­po­lo­wać na pod­sta­wie tego, jak wyglą­dają ludzie, gdy są nasta­wieni pesy­mi­stycz­nie, możemy zapy­tać, jak szczur przy­gnę­biony może się odróż­niać swoim zacho­wa­niem od szczura weso­łego.

W ten spo­sób zacho­wa­nie szczu­rów badano nie jako odzwier­cie­dle­nie naszego zacho­wa­nia, ale jako wska­zówkę doty­czącą... samych szczu­rów: ich pre­fe­ren­cji i emo­cji. Badane okazy zostały umiesz­czone w ści­śle okre­ślo­nych śro­do­wi­skach: nie­które z tych śro­do­wisk były "nie­prze­wi­dy­walne" -?ściółka, współ­miesz­kańcy oraz oświe­tle­nie pod­le­gały cią­głym zmia­nom; inne z kolei były sta­bilne, wręcz nie­zmienne. W eks­pe­ry­men­cie wyko­rzy­stano to, że szczury tkwiące bez­czyn­nie w klat­kach szybko uczą się koja­rzyć nowe wyda­rze­nia z jed­no­cze­śnie wystę­pu­ją­cymi zja­wi­skami. W tym przy­padku przez gło­śniki w klat­kach pusz­czano dźwięk o okre­ślo­nej wyso­ko­ści. Był to sygnał do naci­śnię­cia dźwi­gni: dźwi­gnia uru­cha­miała poda­nie pokarmu w postaci gra­nu­latu. Kiedy odtwa­rzano inny dźwięk, a szczury naci­skały dźwi­gnię, sły­szały nie­przy­jemne tony i zara­zem nie dosta­wały jedze­nia. Szczury te, podob­nie jak inne przed nimi, szybko przy­swo­iły to sko­ja­rze­nie. Pędziły do dźwi­gni wyda­ją­cej jedze­nie tylko wtedy, gdy było sły­chać "dobry" dźwięk, podob­nie jak dzieci zbie­gają się na hej­nał fur­go­netki z lodami. Wszyst­kie szczury nauczyły się tego z łatwo­ścią. Jed­nak gdy pusz­czono nowy ton, o wyso­ko­ści pomię­dzy dwoma przy­swo­jo­nymi dźwię­kami, oka­zało się, że śro­do­wisko szczu­rów ma zna­cze­nie. Te, które trzy­mano w śro­do­wisku prze­wi­dy­wal­nym, zin­ter­pre­to­wały nowy dźwięk jako ozna­cza­jący "pokarm", z kolei te w śro­do­wisku nie­sta­bil­nym nie zin­ter­pre­to­wały go w ten spo­sób.

Szczury nauczyły się opty­mi­stycz­nego lub pesy­mi­stycz­nego nasta­wie­nia do świata. Szczury w sta­bil­nym śro­do­wi­sku, pędzące ocho­czo w reak­cji na każdy nowy dźwięk, demon­stro­wały swój opty­mizm w dzia­ła­niu. Nie­wiel­kie zmiany w oto­cze­niu wystar­czyły, aby wywo­łać dużą zmianę w spo­so­bie postrze­ga­nia świata6. Prze­czu­cia bada­czy doty­czące nastroju szczu­rów wydają się trafne.

Nasze prze­czu­cia doty­czące psów możemy pod­dać takiej samej ana­li­zie. W przy­padku każ­dej antro­po­mor­fi­za­cji sto­so­wa­nej do cha­rak­te­ry­zo­wa­nia psów możemy zadać sobie dwa pyta­nia. Po pierw­sze: czy dane zacho­wa­nie ma swoje źró­dło w natu­rze psa? Po dru­gie: co ozna­cza­łoby dane antro­po­mor­ficzne twier­dze­nie, gdyby zostało roz­ło­żone na czyn­niki pierw­sze?

PSIE POCAŁUNKI

Liza­nie to dla Pump nawią­za­nie kon­taktu, jak wycią­gnię­cie ręki. Wita mnie w domu, liżąc po twa­rzy, gdy schy­lam się, by ją pogła­skać; budzi mnie, liżąc moją dłoń, kiedy drze­mię w fotelu; po jog­gingu dokład­nie liże mnie po nogach, usu­wa­jąc z nich słony pot; sie­dząc obok, przy­trzy­muje moją rękę przed­nią łapą i otwiera mi palce, aby poli­zać mięk­kie cie­płe wnę­trze dłoni. Uwiel­biam jej liza­nie.

Czę­sto sły­szę, jak wła­ści­ciele psów wyro­kują o miło­ści swo­ich pupili na pod­sta­wie poca­łun­ków, któ­rymi są przez nich obda­ro­wy­wani po powro­cie do domu. Te "poca­łunki" to w rze­czy­wi­sto­ści liza­nie: liza­nie zaśli­nio­nym języ­kiem po twa­rzy; inten­sywne, dokładne liza­nie dłoni; sumienne pocią­gnię­cia jęzo­rem po nodze. Przy­znaję, że trak­tuję liza­nie Pump jako wyraz uczuć. "Uczu­cie" i "miłość" nie są tylko kon­struk­tami spo­łe­czeń­stwa, które trak­tuje zwie­rzęta domowe jak małych ludzi, odzie­wa­jąc je przy złej pogo­dzie, prze­bie­ra­jąc na Hal­lo­ween i roz­piesz­cza­jąc zabie­gami w spa. Zanim powstały psie przed­szkola, Char­les Dar­win (który, jak sądzę, ni­gdy nie prze­bie­rał swo­jego psiaka za cza­row­nicę ani goblina) pisał o otrzy­my­wa­niu psich poca­łun­ków. Nie wąt­pił w ich zna­cze­nie: psy, jak pisał, mają "szcze­gólny spo­sób oka­zy­wa­nia uczuć, a mia­no­wi­cie poprzez liza­nie rąk i twa­rzy swo­jego pana". Czy Dar­win miał rację? Poca­łunki wydają się nam obja­wem czu­ło­ści, ale czy na pewno są nim rów­nież dla psów?

Naj­pierw zła wia­do­mość: bada­cze pso­wa­tych żyją­cych w sta­nie wol­nym - wil­ków, kojo­tów, lisów i innych -?dono­szą, że szcze­nięta liżą pysk swo­jej matki po jej powro­cie z łowów do lego­wi­ska, aby skło­nić ją do zwró­ce­nia pokarmu. Liza­nie po pysku wydaje się sygna­łem, który sty­mu­luje ją do zwró­ce­nia czę­ściowo stra­wio­nego mięsa. Jakże bole­sne roz­cza­ro­wa­nie musiała prze­ży­wać Pump, skoro ani razu nie zwy­mio­to­wa­łam dla niej połowy zje­dzo­nego kró­lika! Co wię­cej, nasze usta sma­kują psom wyśmie­ni­cie. Podob­nie jak wilki i ludzie, psy mają kubki sma­kowe odpo­wie­dzialne za odczu­wa­nie smaku sło­nego, słod­kiego, gorz­kiego, kwa­śnego, a nawet umami, a więc przy­po­mi­na­ją­cego grzyby lub wodo­ro­sty zie­mi­stego smaku zawar­tego w glu­ta­mi­nia­nie sodu. Psie postrze­ga­nie sło­dy­czy wygląda nieco ina­czej niż nasze, ponie­waż w ich przy­padku sól wzmac­nia dozna­nia słod­kiego smaku. Pies ma szcze­gól­nie dużo recep­to­rów słod­kiego smaku, cho­ciaż nie­które sub­stan­cje sło­dzące -?sacha­roza i fruk­toza -?akty­wują je bar­dziej niż inne, takie jak glu­koza. Może to być wynik adap­ta­cji u zwie­rząt wszyst­ko­żer­nych, takich jak psy, dla któ­rych roz­róż­nie­nie mię­dzy doj­rza­łymi a niedoj­rza­łymi rośli­nami i owo­cami jest istotne. (Psy są wszyst­ko­żerne, a nie wyłącz­nie mię­so­żerne jak koty, które do życia potrze­bują skład­ni­ków odżyw­czych zawar­tych w mię­sie; psy wykształ­ciły nawet wię­cej kopii genu roz­kła­da­ją­cego skro­bię niż wilki, dzięki czemu mogą cie­szyć się naszym baj­glem tak samo jak my). Co cie­kawe, nawet czy­sta sól nie pobu­dza u psów tak zwa­nych recep­to­rów soli na języku i pod­nie­bie­niu w iden­tyczny spo­sób jak u ludzi. (Sprawą dys­ku­syjną pozo­staje, czy psy w ogóle mają recep­tory odpo­wie­dzialne za odczu­wa­nie sło­nego smaku). Dość szybko zorien­to­wa­łam się, że liza­nie mnie po twa­rzy przez Pump wynika z tego, że wła­śnie dobrze sobie pod­ja­dłam.

A teraz dobra wia­do­mość: funk­cjo­nalne liza­nie oko­lic ust -?czyli "poca­łun­ków" w naszym odbio­rze -?prze­ro­dziło się w rytu­alne powi­ta­nie. Innymi słowy, nie służy już wyłącz­nie do pro­sze­nia o jedze­nie, ale jest uży­wane jako "cześć!". Psy i wilki liżą pyski przy­by­szów po to, aby powi­tać ich po powro­cie i uzy­skać zapa­chową infor­ma­cję o tym, gdzie byli i co robili. Suki nie tylko myją szcze­nięta za pomocą liza­nia, ale też czę­stują je kil­koma maź­nię­ciami jęzo­rem nawet po krót­kiej roz­łące. Młod­szy lub lękliwy pies może lizać więk­szego i groź­nego osob­nika po pysku, aby go udo­bru­chać. Zna­jome psy mogą lizać się nawza­jem pod­czas spo­tka­nia w trak­cie spa­ceru na smy­czy. Być może jest to spo­sób potwier­dze­nia na pod­sta­wie woni, że nad­bie­ga­jący pies jest tym, za któ­rego inne go biorą. Temu "powi­tal­nemu liza­niu" czę­sto towa­rzy­szą mer­da­nie ogo­nem, figlarne otwie­ra­nie pyska i ogólne pod­eks­cy­to­wa­nie, nie będzie więc chyba prze­sadą stwier­dze­nie, że liza­nie jest spo­so­bem wyra­że­nia rado­ści z ponow­nego spo­tka­nia.

PSIOLOGIA

Bez prze­rwy powta­rzam, że Pump patrzy "poro­zu­mie­waw­czo", czuje się "zado­wo­lona" lub zacho­wuje "kapry­śnie". Są to słowa, które dla mnie niosą okre­ślone zna­cze­nie. Nie mam jed­nak złu­dzeń, że odzwier­cie­dlają one pre­cy­zyj­nie prze­ży­cia mojego psa. Na­dal uwiel­biam jej liza­nie, ale lubię też wie­dzieć, co ono ozna­cza dla niej, nie tylko dla mnie.

Jeśli wyobra­zimy sobie Umwelt psów, będziemy w sta­nie zde­kon­stru­ować różne antro­po­mor­fi­zmy: poczu­cie winy u naszego psa za pogry­zie­nie buta, zemstę szcze­niaka doko­naną na nowym sza­liku od Herm?sa -?i ponow­nie to zre­kon­stru­ować z uwzględ­nie­niem psiej per­spek­tywy. Próba zro­zu­mie­nia tej per­spek­tywy przy­po­mina bycie antro­po­lo­giem w obcym kraju -?tyle że zamiesz­ka­nym wyłącz­nie przez psy. Być może umknie nam ide­alna inter­pre­ta­cja każ­dego merd­nię­cia ogo­nem i szczek­nię­cia, ale samo uważne przyj­rze­nie się odsłoni zaska­ku­jąco wiele. A więc zacznijmy bacz­nie przy­glą­dać się temu, co robią ci "tubylcy".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Skoro mowa o sto­so­wa­niu słów: słowa "zwie­rzęta" uży­wam skró­towo na okre­śle­nie "orga­ni­zmów zwie­rzę­cych innych niż ludzie". I choć uży­wam go czę­sto, suge­ro­wane roz­róż­nie­nie pomię­dzy "zwie­rzętami" i "ludźmi" należy uznać za nie­wła­ściwe, gdyż my, ludzie, rów­nież jeste­śmy zwie­rzętami. [wróć]

Oczy­wi­ście bada­cze zna­leźli zwie­rzęta z mózgami więk­szymi niż mózg czło­wieka: mózg del­fina jest więk­szy, podob­nie jak mózgi orga­ni­zmów ogól­nie więk­szych od nas -?wie­lo­ry­bów i słoni. Nie ma pro­stych pomia­rów neu­ro­ana­to­micz­nych, które prze­są­dza­łyby o zdol­no­ściach poznaw­czych -?a to, co uwa­żamy za "inte­li­gen­cję", jest bar­dziej zniu­an­so­wane, niż sądzi­li­śmy w prze­szło­ści. [wróć]

Tre­se­rzy zazna­czyli, że auto zostało spe­cjal­nie przy­sto­so­wane dla psów, więc lepiej nie pró­bujmy tego we wła­snym samo­cho­dzie. Należy pamię­tać, że nie tylko psy mogą się uczyć poprzez łącze­nie okre­ślo­nego zacho­wa­nia z nagrodą: naj­roz­ma­it­sze istoty, od motyli przez kury po skocz­ków wzwyż na olim­pia­dzie, zostały z powo­dze­niem wyszko­lone w ten spo­sób. [wróć]

Naj­sil­niej uświa­do­mi­łam to sobie pew­nego dnia, zbie­ra­jąc dane doty­czące zacho­wa­nia bia­łych noso­roż­ców. W Wild Ani­mal Park to zwie­rzęta poru­szają się (sto­sun­kowo) swo­bod­nie, a zwie­dza­jący mogą oglą­dać je wyłącz­nie z pocią­gów kur­su­ją­cych wokół dużych wybie­gów. Sta­łam na wąskim pasie trawy mię­dzy torami a ogro­dze­niem, obser­wu­jąc typowy dzień w życiu noso­roż­ców. Gdy pociągi się zbli­żały, noso­rożce prze­ry­wały to, co robiły, i szybko usta­wiały się w for­ma­cji obron­nej: stały zetknięte zadami, a głowy roz­cho­dziły się pro­mie­ni­ście. Zwie­rzęta te są spo­kojne, lecz mają słaby wzrok i łatwo się pło­szą, jeśli nie wyczują w porę zapa­chu zbli­ża­ją­cego się intruza, dla­tego pole­gają na sobie nawza­jem w roli straż­ni­ków. Pociąg zatrzy­mał się i wszy­scy pasa­że­ro­wie gapili się na noso­rożce, które, jak ogło­sił prze­wod­nik, "nic nie robią". W końcu ruszono dalej, a zwie­rzęta powró­ciły do swo­ich zwy­kłych zajęć. [wróć]

Ana­lo­gię sta­nowi odkry­cie doko­nane w poło­wie XX wieku przez beha­wio­ry­stów, któ­rzy pod­dali psy wyko­rzy­sty­wane w labo­ra­to­riach wstrzą­som elek­trycz­nym. Póź­niej, pozo­sta­wione w pomiesz­cze­niu z widoczną drogą ucieczki i ponow­nie rażone prą­dem, osob­niki te oka­zały wyuczoną bez­rad­ność: nie pró­bo­wały ucie­kać przed elek­trow­strzą­sami. Smutne zamie­rały w miej­scu -?pozor­nie pogo­dzone ze swoim losem. Bada­cze wytre­so­wali psy, aby były ule­głe i akcep­to­wały brak kon­troli nad sytu­acją. (Póź­niej zmu­sili psy do oducze­nia się tej reak­cji i zakoń­czyli pora­ża­nie prą­dem). Na szczę­ście czasy eks­pe­ry­men­tów, w któ­rych razimy psy prą­dem, aby poznać ich reak­cje, (w więk­szo­ści) minęły. [wróć]

Dal­sze bada­nia dowio­dły, że samo zna­le­zie­nie się w bogat­szym śro­do­wi­sku labo­ra­to­ryj­nym -?w klat­kach z kry­jów­kami lub przed­mio­tami, z któ­rymi można mieć inte­rak­cję -?nastra­jało szczury bar­dziej opty­mi­stycz­nie. [wróć]