Rozdział I
Ananasy - zapomniany delikates cezarów?
Hawaje to wyspy legend i mitów, wyspy wymarzone przez wielu podróżników. Według jednych raj na ziemi, według innych to przedsionek piekła. Wkroczyła tu bowiem cywilizacja, a z nią wszystko, czego pragnie bogaty turysta. Jest to także teren licznych baz wojskowych, z których najsłynniejsza - Pearl Harbor - kojarzona jest nie tylko przez pasjonatów historii. Archipelag słynie również ze swych stale "buntujących się" wulkanów i najsłynniejszego rodaka - Baracka Obamy.
Hawaje to jedyny archipelag Oceanii leżący na północ od równika. Wszystkie wyspy tego archipelagu, a jest ich osiem większych i około stu drobnych, są pochodzenia wulkanicznego. Cokolwiek powiedzielibyśmy o Hawajach, szukając nawet dziury w całym, jest to archipelag piękny i urokliwy. Błękitne niebo, kryształowo czyste wody, brak wielkiego przemysłu, cisza, olśniewająco białe wybrzeża, rafy koralowe, dzikie góry. Wyspy, jak małe plamy na wielkiej wodzie, stanowią punkt etapowy między Ameryką Północną a Japonią i Australią. Największa z nich to Hawaii, ale najludniejsza jest Oahu, gdzie usadowiono stolicę archipelagu - Honolulu. Symbolem miasta i wysp jest ananas. Przy wjeździe do centrum Honolulu z daleka widoczny jest wielki pomnik tego pysznego owocu - może dlatego, że do niedawna stąd właśnie pochodziło 75 procent produkcji światowej. Rzeczoznawcy zresztą uważają je za najlepsze na świecie. Mimo spadku produkcji trudno sobie wyobrazić pizzę hawajską bez ananasa, którego niezliczone rzędy równoległych zagonów nawet dzisiaj tworzą na falistym gruncie wysp wdzięczne desenie. Z daleka pola wyglądają jak uczesane jakimś olbrzymim grzebieniem. Barwa owocu jest w różnych odcieniach żółci, zieleni i brązu. Są też odmiany ananasów o owocach czerwonawych, czerwonofioletowych, niemal czarnych. W miarę dojrzewania owoc ananasa zmienia swą barwę z szarozielonej na szarozielonkawożółtą. Im barwa owocu jest bardziej żółta, tym staje się on słodszy. Określono na przykład, że owoce pozostające na roślinie przed żółknięciem zawierają tylko około 5 procent cukru, gdy zaś połowa oczek owocu staje się żółta - a trzeba wiedzieć, że oczka z samego dołu żółkną najwcześniej - zawartość cukru się podwaja, a gdy zżółkną wszystkie oczka, cukru jest już kilkanaście procent.
Ananas jest "członkiem" rodziny, do której należą gatunki zwane epifitami - rosną one na innych roślinach, głównie na drzewach, przyczepiając się do nich korzeniami, ale nie wrastają w ich tkanki. Epifity są samowystarczalne, nie pasożytują na innych roślinach. Wodę czerpią z rosy i mgły, dwutlenek węgla z powietrza, a składniki mineralne - z pyłu, który na nich osiada, i z martwej, rozkładającej się kory. W ciepłych krajach Ameryki na wielu drzewach rośnie po kilka ton epifitów
.
Ananas nie jest wprawdzie epifitem, rośnie na ziemi, ale ma bardzo wiele właściwości roślin epifitycznych. Ta dziwna rodzina charakteryzuje się tym, że większa część z 1400 gatunków to rośliny... powietrzne, co dosłownie znaczy, że występują w powietrzu. Któż mógłby przypuszczać, że porosty, które rosną na drzewach i przypominają mech, pochodzą z tej samej rodziny co ananas?
Ów "zbiorczy" owoc przypomina z początku różowego karczocha. Gdy osiąga parę centymetrów, w jego podstawie zaczynają formować się ciemnoniebieskawe i ciemnoróżowawe owoce. Kwiaty otwierają się tylko na jeden dzień, od dołu do góry, w formie spiralnej, przez dwadzieścia dni. Małe owoce dojrzewają po kolei w różnych dniach, nie można zatem powiedzieć, że mamy ananasa jednakowo słodkiego we wszystkich jego częściach. W miejscu ich pochodzenia nazwano je nana, co w języku tupi-guaraní oznacza "zapach, aromat". Określany hiszpańskim Plutarchem Gonzalo Fernández de Oviedo w dziele Historia general y natural de las Indias zmienił nazwę nana na ana-ana, czyli "zapach-zapachów", pisząc, że owoc ten przypomina w smaku połączenie melona, poziomki, maliny i jabłka.
I tak z ana-ana powstał ananas, którą to nazwę uznały nieomal wszystkie języki świata oprócz hiszpańskiego, gdzie ananas zwie się pi?a, niekiedy z dodatkiem de América, i angielskiego, który przerobił ananasa na pineapple. Pine znaczy sosna lub więdnąć, a apple - jabłko, czyli albo "sosnowe jabłko", albo "zwiędnięte jabłko" - co kto woli. Notabene ta pierwsza nazwa zawiera ukryty paradoks, bo ani sosna, ani żadna inna roślina szpilkowa w ogóle nie wydają owoców, ponieważ zaliczane są do roślin niższych (nagozalążkowych), którym nie udało się rozwinąć ewolucyjnych zdolności wytwarzania owoców
, de facto poprawniejsza jest więc wersja "zwiędnięte jabłko".
Dla ludów prekolumbijskich ten pachnący smakołyk był częścią codziennego życia i krajobrazu: uprawiano go na grządkach w ogrodach i na polach, znano jego właściwości medyczne, wytwarzano z niego alkohol, a nawet towarzyszył zmarłym w ich ostatniej podróży do wieczności. Nawet poza swoją ojczyzną nabrał symbolicznego znaczenia. Na kanałach Bangkoku widziałem łodzie, do których dziobów właściciele przymocowywali ananasy mające chronić przed nieszczęściem. Przynajmniej takie wyjaśnienie usłyszałem od mojego zmechanizowanego gondoliera. Z kolei na Bali nawet dobrze wykształcone Indonezyjki wtykają w ziemię trzy papryczki chili na kijkach, by zapobiec deszczowi. I robią to ze śmiertelną powagą, wierząc w skuteczność rytuału.
Głównym ośrodkiem uprawy ananasa w czasach odkrycia Ameryki był Meksyk, ale wydaje się, że jednak to nie Aztekom ani nawet ich poprzednikom zawdzięczamy ten wspaniały owoc. Wiele nazw meksykańskich, na przykład pomidor (tomato) i czekolada, przeniknęło do licznych języków, nikt natomiast nie używa azteckiej nazwy (która brzmi matzatl) dla ananasa. Botanicy twierdzą, że jego ojczyzną są górzyste rejony dzisiejszej Brazylii i Paragwaju. Już Antonio Pigafetta opisujący podróż Ferdynanda Magellana dookoła świata zachwycał się nim po dotarciu do Brazylii: "Tam wzięliśmy nowe zapasy żywności, zaopatrując się w drób i cielęcinę, a także w wielką ilość batatów oraz innych nadzwyczaj smacznych i słodkich owoców, przypominających kształtem sosnowe szyszki"
. Podróżnicy przywieźli z Nowego Świata ilustracje i relacje, które tak rozbudziły apetyty Europejczyków, że postanowili sprowadzić ten przysmak i uprawiać u siebie.
Ale wiele wskazuje na to, że była to ponowna próba aklimatyzacji tego owocu - jego wyobrażenie można ujrzeć w jednej z sal amarneńskich w muzeum kairskim, gdzie pojawia się pośród przedmiotów wotywnych, pochodzących prawdopodobnie z okresu panowania faraona Echnatona (1351-1334 p.n.e.). To nie koniec, bo wizerunek ananasa znajduje się też na fresku w Domu Efeba w starożytnych Pompejach. A także na mozaice sprzed około 2 tysięcy lat, którą można podziwiać w rzymskim Museo Nazionale Romano - nikt chyba nie może mieć wątpliwości, że owoc leżący na tacy w prawym górnym rogu to ananas
.
"Nie znali ananasa starożytni autorzy - twierdzi jednak Edward Hyams w monografii Rośliny w służbie człowieka - od Chin na Wschodzie aż po Grecję na Zachodzie. Nie ma on azjatyckiej nazwy w żadnym z języków euroazjatyckich"
. Krzysztof Kolumb, lądując na jednej z karaibskich wysp w roku 1493, jako pierwszy Europejczyk spotkał się tam z uprawnymi ananasami, co odnotował jego syn Ferdynand:
"Podobnież znaleźli dynie i jakoweś owoce, wyglądające jak nieźrzałe szyszki sosnowe, lubo były większe od szyszek, nadto cały ich środek wypełniał ścisły, jak u melonu, lecz o smaku i zapachu o wiele bardziej przyjemnym niż u melonu, miąższ. Owoce te rodzą się w polu na krzakach przypominających krzak lilii czy aloesu; co prawda później przekonali się, iż hodowane ludzką ręką są lepsze od rosnących dziko"
.
Tyle syn odkrywcy Ameryki. Pierwszy opis tej rośliny dał dominikanin Bartolomé de Las Casas w roku 1502, a ponad trzy dekady później zachwycał się nim XVI-wieczny kronikarz Gonzalo Fernández de Oviedo: "Ananas jest najpiękniejszym owocem, jaki widziałem, podróżując po całym świecie. Daje jasność widzenia, delikatność zapachu, wspaniały smak, pachnie najpiękniej ze wszystkich owoców i smakuje najlepiej. Owoc ten pobudza apetyt, ale ma jedną wadę, jeśli spożywa się wino po ananasie, wcale ono nie smakuje"
.
W tamtych czasach nikt zatem nie wątpił, że ananas jest pochodzenia amerykańskiego i że został przeniesiony do Starego Świata po roku 1500. To, w jaki sposób ananasy znalazły się w krajach basenu Morza Śródziemnego kilka tysięcy lat wcześniej? Zupełnie dojrzały owoc ananasa jest nietrwały i nie może być długo przechowywany. Owoce eksportowane, które muszą znieść długi transport, zrywane są na 2-3 tygodnie przed osiągnięciem pełnej dojrzałości. Jak tysiące lat temu poradzono sobie z tym problemem?
Przetransportowanie roślin jest znacznie trudniejsze aniżeli migracja samych ludzi. Rośliny - w przeciwieństwie do homo sapiens - należą do kategorii bezradnych pasażerów o różnej odporności na słońce, wiatry i słoną wodę. My mamy zdecydowanie większą szansę przystosować się do warunków środowiska naturalnego niż rośliny, które nawet w przypadku przetrwania trudów podróży mogły wyrosnąć jedynie wtedy, gdy gleba i klimat spełniały ich określone wymagania. Udało się to dopiero dwa wieki po podróży Kolumba. Ale czy na pewno?
Rzymianie słynęli z zamiłowania do wystawnych uczt, podczas których serwowano najwykwintniejsze dania sporządzone ze składników sprowadzanych z całego znanego im świata. Do legendy przeszedł zwłaszcza Lukullus - określany niekiedy mianem największego łakomczucha starożytności - który swoimi ucztami z najdroższymi i najbardziej wyszukanymi daniami wprawiał w osłupienie ówczesny Rzym. Podobno jego zasługą było sprowadzenie do Europy czereśni, ale o tym później. Czy i ananas na rzymskich stołach to jego sprawka?
Rzymianie przypominali Egipcjan, gdyż ich uwaga była skierowana do wewnątrz, każda podbita prowincja zwracała się ku stolicy. Rzymianie byli mniej przedsiębiorczy i jeszcze mniej skłonni do handlu niż Grecy. Była to nacja pogromców innych narodów, ale szybkość przemieszczania się zdobywców terytorialnych jest bez porównania mniejsza od swobodnego ruchu podróżnika. Mimo że Rzymianie nie przejawiali specjalnych skłonności do dalekich wypraw, to nie oznacza, że ich nie podejmowali.
Wiadomo, że już następnego roku po ostatecznym pokonaniu Kartaginy (146 r. p.n.e.) szlakiem Hannona wyruszyła ekspedycja pod dowództwem Scypiona Afrykańskiego Młodszego, która miała dotrzeć do dzisiejszego Senegalu i Przylądka Zielonego. Na flotę rzymską składała się nie tylko wielka liczba, lecz także duża różnorodność statków. Przeciętny statek transportowy był w stanie pomieścić ponad 300 ton ładunku, ale te długie na 60 metrów frumentiarie, przeznaczone do przewozu zboża, potrafiły zabrać nawet 1200 ton, czyli około 10 razy więcej, niż wynosiła pojemność flagowego statku Kolumba "Santa Marii".
Pewnego razu sztorm zagnał do Pireusu jeden z takich starożytnych masowców. Całe miasto, nie wyłączając Lukiana z Samosat, rzymskiego retoryka i satyryka z II w. n.e., wyległo, aby go zobaczyć. Lukian z grupą przyjaciół przeszedł prawie dziesięć kilometrów dzielących Ateny od Pireusu, chcąc ujrzeć przyczynę tak wielkiego podniecenia. Był zdumiony do tego stopnia, że napisał:
"Cóż za ogromny statek! Cieśla okrętowy powiedział mi, że ma 55 metrów długości, a szerokość większą niż jedna czwarta tego, oraz 13,5 metra od pokładu do najniższego miejsca w ładowni. [...] Załoga jak armia. Jej członkowie powiedzieli mi, iż statek może przewieźć tyle zboża, że starczy na wyżywienie każdej gęby w Atenach przez cały rok"
.
Żydowski historyk Józef Flawiusz podawał, że uczestniczył razem z 600 pasażerami w rejsie z Aleksandrii do Rzymu, a św. Paweł był - podczas niefortunnie zakończonego rejsu na tej samej trasie - na pokładzie statku, który wiózł 276 podróżnych. Około 40 r. n.e. Kaligula sprowadził z Egiptu obelisk, stojący obecnie przed katedrą św. Piotra, który ma około 40 m wysokości i waży wraz z podstawą prawie 500 ton. Statek, specjalnie w tym celu zbudowany, otrzymał balast w postaci 800 ton soczewicy, co czyni razem 1300 ton.
Pokutującą od dawna bzdurą jest, że antyczni żeglarze w Europie pływali tylko w dzień i wyłącznie blisko linii brzegowej. Ich umiejętności były równie duże jak Polinezyjczyków, nad których sztuką żeglarską większość współczesnych specjalistów rozpływa się w zachwytach. Świadectwa śmiałych wyczynów morskich spotykamy u Homera, Herodota, Wergiliusza, Plutarcha czy Pliniusza Starszego.
Starożytni, bacznie obserwując otaczającą przyrodę, potrafili niemal bezbłędnie określić przemiany, jakie w aurze mogą nastąpić w ciągu najbliższego czasu. Czynili to w różnoraki sposób: przez obserwację zachmurzenia nieba, położenia ciał niebieskich i ich wyglądu, śledzenie zachowania się zwierząt czy znajomość wiatrów. Już w III w. p.n.e. Rzymianie, wypływając na szerokie wody, musieli posługiwać się systemem 12-kierunkowej Róży Wiatrów.
Na korzyść Rzymian zaliczyć można fakt, iż nie wprowadzili szczególnie drastycznych zakazów kulturowych przy podejmowaniu wypraw poza znane terytoria. Wielu - podobnie jak Seneka - uważało nawet, że "Bóg stworzył wiatry i po to, abyśmy mogli poznać zamorskie kraje. Człowiek byłby tępym bydlęciem, z ciasnym i ograniczonym polem widzenia świata, gdyby wciąż pozostawał zamknięty w tych samych granicach rodzinnej ziemi"
. Co więcej, toposem literackim stało się wychwalanie dawnych odkrywców i żeglarzy, którzy jako pierwsi, nie znając warunków żeglugi na niedoskonałych statkach, wypuszczali się na morze. Pliniusz Starszy z pewną emfazą wskazywał, że dzięki pokojowi w czasach Cesarstwa morza były bezpieczne i można je było lepiej poznawać. Według niego wielu żeglujących prowadziło obserwacje, a wiedza ta dała realne zyski.
Studiując źródła rzymskie, wyraźnie widzimy, że o podróżach Rzymian po Atlantyku decydował brak motywacji do prowadzenia większych wypraw odkrywczych, a nie możliwości ich dokonywania lub strach przed żeglugą w nieznane. Starożytna żegluga miała charakter przeważnie kupiecki lub była zgoła dziełem przypadku. O obu wciąż wiadomo niewiele, lecz każde nowe odkrycie - czy będą nim odkopane ruiny nadmorskiego miasta, czy resztki okrętu z jego ładunkiem - zawsze przynosi coś na poparcie tezy, że handel morski był w tym czasie gałęzią gospodarki rozwiniętą na dużą skalę. Rzemiosło to było zorganizowane, a jednostki kursowały regularnie i często na szlakach bardzo odległych. W owych czasach na handlu morskim można było zbić fortunę, ale też ją... stracić. Marcus Porcius, bogaty handlarz winem pochodzący z Pompejów, dorobił się na tyle, że mógł ponieść połowę kosztów budowy publicznego teatru na półtora tysiąca widzów. Sykstus Fadius Musa, eksportujący towary z dzisiejszej Burgundii, założył bogaty fundusz, przeznaczając roczny dochód na urządzanie po wsze czasy wielkich uroczystości w dniu jego urodzin.
Tysiące takich ludzi interesu można było spotkać w basenie Morza Śródziemnego - od Hiszpanii aż po Syrię. Potwierdza to piszący w I w. n.e. Petroniusz w nieco przesadzonych (ale tylko nieznacznie, w celu osiągnięcia literackiego efektu) wyznaniach Trymalchiona - swego słynnego bohatera uczty i byłego niewolnika, który został multimilionerem:
"[...] zbudowałem 5 statków, załadowałem wino - a wtedy warte było złota - i posłałem do Rzymu. [...] wszystkie okręty rozbiły się. Fakt, a nie bajka. Jednego dnia Neptun połknął trzydzieści milionów. Myślicie, żem upadł na duchu? Nie, jak tu stoję, nie zauważyłem nawet ubytku. Jakby nigdy nic, zbudowałem inne, większe, lepsze i szczęśliwsze, tak że każdy nazywał mnie tęgim człowiekiem. [...] Załadowałem znów wino, słoninę, fasolę, pachnidła, niewolników. [...] Jedną jazdą zbiłem do kupy dziesięć milionów"
.
Czy to jeden z takich kupców sprawił, że ananas zawitał nad Morze Śródziemne? Wciąż pokutuje średniowieczny pogląd, jakoby rozległe przestrzenie oceaniczne stanowiły dla starożytnych barierę nie do przebycia, podczas gdy było na odwrót - ludzie od czasów egipskich umieli wykorzystywać monsuny lub prądy morskie, które jak rzeki niosły ich do zamorskich krain, skąd sprowadzano egzotyczne rośliny, by umilały życie elitom.
Jeśli ślady tej regularnej wymiany handlowej sprzed wieków zostaną bezspornie potwierdzone i zaakceptowane, wszystkie podręczniki historii trzeba będzie wyrzucić i napisać od nowa. Tymczasem dzisiaj, mimo wszelkich ostrożności i ulepszeń w transporcie na duże odległości, przewożone ananasy nigdy nie będą miały pełnych zalet smakowych. Kto spróbował takich zerwanych wprost z plantacji, wie, że smak owoców kupionych na przykład w Europie jest nieporównywalny. Ba, niekiedy trudno poznać, że jest to ten sam owoc. Mnie smakowały lankijskie, które po obraniu można spożywać w całości, ponieważ nie mają w środku zdrewniałego rdzenia.
Pięćset lat temu nie istniały jeszcze nauki przyrodnicze, chemiczne i rolnicze, dlatego opis Fernándeza de Oviedo wzbudził wielkie zainteresowanie: "Każdy ananas rodzi się z serca kolczastego i ostrego, z liści grubych i mięsistych, i z tego mięsistego środka rodzi się okrągły owoc, który daje tylko jednego ananasa na dziesięć miesięcy, po ścięciu nie daje już więcej owoców. Ale sadząc koronę liści ananasa w ziemi na dwa-trzy palce głębokości, przykrywając, da w swoim czasie nowy owoc"
.
Nic dziwnego, że możni ówczesnego świata chcieli go spróbować, ale możliwości transportowe w XVII wieku nie pozwalały na dostarczenie świeżego produktu. Ale co innego z sadzonkami, których przewożenie nie sprawiało takich trudności. Odrosty przeznaczone do sadzonkowania mogą leżeć kilka miesięcy, nawet w słońcu, zanim się je wysadzi do ziemi. Dzięki temu szybko trafił do Azji, co już w połowie XVII wieku odnotował "polski Marco Polo", jezuicki misjonarz i przyrodnik Michał Boym:
"Owoc, który po chińsku nazywa się Fan-po-lo-mie, w Indiach nazywany jest ananasem. Rośnie w obfitości w południowych królestwach Quamtum, Quamsy, Yunnan, Fokien i na wyspie Haynan. Mówi się, że do Indii Wschodnich został on sprowadzony z Brazylii. Liście i korzeń ma kolczaste, potocznie nazywany jest Carciochorum [kolczuga - dop. J.M.]"
.
Na naszym kontynencie trudno o tropikalny klimat, należało więc znaleźć inne rozwiązanie. Pierwszy europejski ananas zaowocował w roku 1672 w Anglii. Wyhodował go - naturalnie w szklarni - ogrodnik księżnej Cleveland, a ta ofiarowała przedziwny owoc królowi Karolowi II. Monarcha wydał na cześć ministra finansów francuskiego króla Ludwika XIV Jeana-Baptiste'a Colberta wspaniały bankiet, podczas którego ugościł go egzotycznym specjałem.
W XVIII wieku "ananasarnie" rozpowszechniły się w bogatych krajach Europy. W roku 1737 Pieter de la Court van der Voort uzyskał pierwsze ananasy ze swych ananasarni koło Lejdy. Prawie w tym samym czasie Ludwikowi XV pierwsze ananasy dojrzały w Wersalu. Indiański przysmak stał się owocem godnym wyłącznie królów nie tylko w Europie, lecz także znalazł się w pałacu władcy Indii, Akbara Wielkiego.
W Polsce taką produkcję zapoczątkował w XVIII wieku Stanisław Poniatowski, brat króla Stanisława Augusta. Założył on w Warszawie słynne ogrody Frascati, skąd na jego stół trafiało kilka tysięcy dojrzałych owoców. I taki stan rzeczy utrzymywał się aż do początku XIX wieku, kiedy zaczęto sprowadzać ananasy z krajów, gdzie rosną pod gołym niebem i palącym słońcem
.
Owoc ten w oczach Europejczyków stał się kwintesencją finezji, perfekcji i wytworności, ponieważ ananasy uprawiane w doniczkach zaczęły być dekoracjami na bankietach XVIII-wiecznej arystokracji. Po królach i szlachetnie urodzonych przyszła kolej na bogaczy, którzy mogli kupować ananasy wyhodowane pod szkłem. Szklarniowe ananasy były bardzo kwaśne, nic więc dziwnego, że Aleksander Dumas proponował moczenie ich w wodzie, a następnie przyprawianie słodkim winem.
Trzeba było temu zaradzić. Ogrodnik John Gildes w 1767 roku opublikował traktat o uprawie ananasa w szklarniach królewskich. Dotyczył on kwestii pieców, które miały utrzymywać temperatury tropikalne. Po wielu latach cierpliwych i metodycznych upraw eksperymentalnych Anglicy wyhodowali specjalny gatunek ananasa o wysokiej zawartości cukru, pozbawiony pestek. Wiek później gatunek ten uprawiany w ogrodach zimowych stanowił podstawę do wielkich produkcji ananasów w puszkach na Hawajach
.
Trudno stwierdzić, kiedy dokładnie ananas pojawił się na tym archipelagu. Wiadomo jednak, że w roku 1813 pewien hiszpański plantator wyhodował kilka krzewów w swoim ogrodzie. Na wielkiej wyspie Hawaii ananasy pleniły się jak chwast rosnący dziko i dający małe, włókniste, gorzkie owoce. Spróbowano raz wysłać je do Kalifornii, ale cały transport zgnił w drodze
. Dostarczenie produktów w stanie jadalnym do znacznie oddalonych klientów nie należało do łatwych zadań.
Ludzie chętnie widzieli na swoich stołach artykuły z dalekich krajów lub pozasezonowe. W styczniu roku 1859 Amerykanie z zapartym tchem śledzili rejs żaglowca, który wiózł 300 tysięcy soczystych pomarańczy z Portoryko do Nowej Anglii, aby pokazać, że jest to możliwe. W porcie docelowym okazało się jednak, że dwie trzecie ładunku przybrało postać papki o niezbyt miłym zapachu. Producenci z odleglejszych krajów nie mogli liczyć nawet na taki wynik
.
Nowym owocem zainteresował się kapitan John Kidwell. Jakby w przeczuciu przyszłej kariery ananasa, starał się uszlachetnić jego gatunek. Odkrywszy na Jamajce wyhodowane we francuskiej Gujanie ananasy Smooth Cayenne - większe, słodsze i bardziej soczyste, sprowadził tysiąc "krzewów" do Honolulu. Sześćset z nich się przyjęło. Jednak, wciąż nieusatysfakcjonowany, sprowadził z Londynu 31 innych gatunków. Jamajski gatunek okazał się najlepszy
.
Zanim uprawa ananasa zamieniła się w wielki przemysł, specjaliści przyjechali pomóc w produkcji masowej. Trzeba było wybrać teren z glebą o niskiej zawartości azotu i żelaza, ale za to wysokiej manganu, co wpływa na jakość owoców. Znaleziono odpowiednio przepuszczalne gleby, by posadzić nawet do 40 tysięcy ananasów na hektar. Ale tak gęsto sadzi się je tylko na Hawajach, dlatego otrzymuje się tam bardzo wysokie plony. Na Półwyspie Malajskim natomiast dorastają w dużej rozstawie, ponieważ w szerokich międzyrzędziach robotnik może łatwiej i z dość dużej odległości zobaczyć jadowite węże
.
Hawajskie owoce były doskonałe i ich popularność rosła z każdym miesiącem, jednak zwiększenie eksportu stale rozbijało się o trudności transportowe, bo w ciągu kilku dni ananasy ulegały zepsuciu. Pozostawało tylko jedno rozwiązanie: wzniesienie fabryki ananasowych konserw. I takowa powstała w roku 1892, a pomysł jej budowy był niezwykle szczęśliwy. Pomocny okazał się przyjaciel Kidwella, John Emmeluth, emigrant z amerykańskiego Cincinnati
.
Cała sztuka polegała na zbiorze dojrzałych owoców, nie wszystkie bowiem "dochodzą" jednocześnie. W zależności od rodzaju gleby i pogody ścina się w danym dniu owoce ściśle określonej barwy. Co rano eksperci wybierają model ananasa, który zawiesza się na maszynie przed żniwiarzami jako wskaźnik koloru. Zbiórka ananasów trwa bez przerwy dniem i nocą, bo noce na plantacji widne są jak dni dzięki potężnym reflektorom, w jakie są wyposażone żniwiarki.
Kiedyś przy długich stołach setki robotnic, ubranych na biało jak pielęgniarki, w różowych, gumowych rękawiczkach, wkładały krążki ananasów do puszek. Była to jedyna czynność, której nie wykonywano mechanicznie, a to ze względu na barwę plastrów. Górna część ananasa jest zawsze intensywniej żółta niż dolna. Konsument znalazłszy w puszce krążki niejednolitej barwy, mógłby pomyśleć, że trafił na uszkodzony produkt, i zwróciłby go sprzedawcy
.
Jak podkreśla Jacques Chegaray, który kilka dekad temu penetrował Hawaje, trzeba było sortować plastry ananasa i napełniać puszki krążkami o identycznym odcieniu także dlatego, że intensywniej zabarwione krążki są słodsze od bledszych plasterków. Potem znaleziono inne rozwiązanie, bo zawartość milionów blaszanek musi mieć jednakowy smak. Napełniano więc puszki starannie spreparowaną mieszaniną soku ananasowego i syropu z trzciny cukrowej. W kilka dni krążki nasiąkały płynem i przejmowały jego smak.
Owoce zostawia się na plantacjach aż do całkowitego dojrzenia, gdyż dopiero wtedy są najsmaczniejsze. Takie owoce są jednak bardzo nietrwałe, nie może zatem upłynąć więcej niż 24 godziny od zebrania owoców do zamknięcia ich w puszkach. Ba, cały proces: od odcięcia liści do umieszczenia w puszce, trwa mniej niż kwadrans
.
W konserwach, które w latach 1810-1820 udoskonalił Anglik Bryan Donkin, żywność wprawdzie doskonale się przechowywała, ale wczesne puszki, z kutego żelaza, były ciężkie i bardzo trudne do otwarcia. Jeden z producentów umieścił na konserwie instrukcję, aby otwierać ją za pomocą młotka i dłuta. Żołnierze używali do tego celu bagnetów albo... strzelali do puszek z karabinów. Prawdziwym przełomem było stworzenie lżejszych materiałów, które z kolei umożliwiły produkcję masową.
Na początku XIX wieku jeden pracujący w pocie czoła człowiek wytwarzał do 60 puszek dziennie. W 1880 roku jedna maszyna potrafiła zrobić ich 1500. Problem z otwieraniem istniał znacznie dłużej. Opatentowano rozmaite urządzenia do cięcia metalu, ale wszystkie były trudne w użyciu, a niekiedy doprowadzały nawet do poważnych obrażeń. Bezpieczny współczesny ręczny otwieracz - z dwoma kółkami i obrotowym skrzydełkiem - wymyślono dopiero w 1925 roku
.
W wieku XIX wiele gałęzi nauki przyczyniło się do rozwoju przemysłu w XX stuleciu. Maszyny zawładnęły światem, a transport z ich wykorzystaniem skrócił czas i odległość. Puszki były znane, a Harvard wypuścił "młode wilczki", które dorobiły się wielkich majątków dzięki małym inwestycjom. W roku 1903 grunt już był przygotowany na to, aby bostończyk James Dole wyrósł na lidera w produkcji i sprzedaży hawajskiego ananasa w puszkach
.
Hawajskie zakłady doszły w tym do perfekcji. Ananasy w puszkach były co prawda sprzedawane już od 1901 roku, ale stały się powszechnie dostępne dopiero dekadę później, kiedy to inżynier Henry Ginaca wynalazł maszynę usuwającą skórę, środek i obie końcówki stu ananasów w minutę. Zaczęto również prace nad modyfikacją samego ananasa, który - przypominając nieco agawę i jukę - w dzikim stanie miał ostro ząbkowane liście długie do metra. Dzisiaj większość uprawnych roślin już tych "kiełków" nie ma, bo raniły pracowników plantacji, więc je przez odpowiednią selekcję usunięto
.
Ananas jest rośliną, która nie usycha i potrzebuje bardzo mało wody. Na każdy kilogram wyprodukowanej zielonej masy inne rośliny zużywają średnio ponad 1400 procent więcej wody niż ananas. Profesor Szczepan Pieniążek w opracowaniu Owoce krain dalekich opisuje takie doświadczenie "wytrzymałościowe" związane z tym owocem, a przeprowadzone na Hawajach. Ścięto dwa pędy ananasowe z młodymi owocami ważącymi po 100 gramów. Pędy te wraz z owocami położono w gorącej szklarni na deskach - jeden pęd dodatkowo oświetlono słońcem, drugi w miejscu zacienionym. Pozostawiono je tam bez wody przez trzy miesiące. Po tym okresie pędy wcale nie zamarły, lecz wręcz przeciwnie, owoce dalej rosły kosztem zapasów nagromadzonych w liściach i łodydze, a także dzięki asymilacji dwutlenku węgla. Gdy po trzech bezwodnych miesiącach zważono owoce na pędzie, to okazało się, że ten przechowywany na słońcu zwiększył swoją wagę prawie pięciokrotnie (ważył 490 g), a ten w cieniu - aż siedmiokrotnie (do 740 g)
.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.