Realizm socjalistyczny wobec kultury popularnej
W AMERYCE:
"Krwawy Jim, morderca staruszek"
"Zbrodnia markizy wśród poduszek"
"Dwanaście przygód Johna Gangstera"
"Tuzin porwanych przez Kidnappera"
"Morderca Johnson święci jubileusz"
"Rita Obłęd jedzie do zakładu..."
A U NAS:
"Pan Tadeusz" - półtora miliona nakładu,
U nas czytelnie TPD.
W chłopskiej świetlicy chłop nad książką marzy,
Historia WKP(b) -
1250000 egzemplarzy1.
Krótki wiersz Józefa Prutkowskiego to tylko jeden z wielu socrealistycznych tekstów lansujących tezę o zasadniczej kulturowej różnicy pomiędzy krajami kapitalistycznymi i socjalistycznymi. Zarówno satyrycy, jak i publicyści chętnie podkreślali, że kultura Zachodu chyli się ku upadkowi - jest skrajnie skomercjalizowana, prymitywna i oferuje odbiorcom wyłącznie sensacyjną tandetę. Tymczasem w socjalistycznej ojczyźnie życie umysłowe kwitnie, a władza dba o rozwój literacki i ideologiczny mas, zapewniając im łatwy dostęp tak do dzieł klasycznych, jak i do najważniejszych rozpraw marksizmu-leninizmu. Społeczeństwo reaguje zaś na te poczynania z entuzjazmem i chętnie czyta wydawane w ogromnych nakładach książki.
Literatura popularna w drugiej połowie lat 40.
Źródeł tego kreowanego na potrzeby propagandy manichejskiego podziału doszukiwać możemy się w drugiej połowie lat 40., gdy rynek książki nie został jeszcze w pełni poddany kontroli nowych władz. Podejmowano wówczas rozmaite inicjatywy wydawnicze, których celem było dostarczenie czytelnikom literatury popularnej. Często były to przedsięwzięcia inspirowane tradycją przedwojenną2, takie jak ukazujące się w Katowicach czasopismo "Co Tydzień Powieść", nieprzypadkowo nawiązujące do periodyku, który pod tym samym tytułem ukazywał się w latach 30. nakładem łódzkiego Wydawnictwa "Republika".
Wśród utworów pojawiających się na łamach powojennego pisma znajdziemy m.in. takie dzieła, które aktualizowały konwencję przedwojennej powieści zeszytowej. W numerze 22 z 1947 roku wydrukowano opowiadanie Jana Veitha pt. Tysiąc dolarów (Z przygód Sherlocka Holmesa). Przed wojną popularną wśród autorów literatury brukowej praktyką było dopisywanie kolejnych historii o śledztwach słynnego angielskiego detektywa. Przywoływany utwór bazuje na identycznej strategii, opowiadając o tym, co spotkało Holmesa w Wiedniu. Podobnie jak w wypadku naśladownictw ukazujących się w latach 20. i 30. na znaczeniu tracą tu niesamowite zdolności umysłowe protagonisty. Kryminalna intryga bazuje przede wszystkim na umiejętności zmiany wyglądu - najpierw przestępca udaje Sherlocka Holmesa, aby okraść pewnego wiedeńskiego adwokata. Potem zaś sam Holmes zmienia wygląd, aby wydobyć od złoczyńcy próbkę jego pisma oraz odciski palców i udowodnić mu winę. Tak jak w przedwojennych tekstach obiegu brukowego zmarginalizowany zostaje tu najbardziej innowacyjny element poetyki kryminału wprowadzony przez Doyle'a - unaukowienie i zracjonalizowanie śledztwa. Kryminalna intryga bazuje zaś na przebraniach i charakteryzacji i na częstych zbiegach okoliczności, a więc na motywach wywiedzionych jeszcze z XIX-wiecznej tradycji powieści tajemnic.
Inny charakterystyczny przykład stanowi opowiadanie Tajemnica cygańskiej budy Arnolda Galsworthy'ego, opublikowane w numerze 10 z 1946 roku. Punktem wyjścia tej historii jest morderstwo dokonane w tytułowej cygańskiej budzie. Syn oraz znajomy zabitego mężczyzny, próbując wyjaśnić zbrodnię, odkryją, że dokonała jej bigamistka, która chciała pozbyć się swego pierwszego męża, aby podwójne małżeństwo nie wyszło na jaw. Tutaj także znajdziemy szereg motywów charakterystycznych dla powieści zeszytowej: zmiany tożsamości i maskarady, szczegółowe opisy wielkomiejskiej nędzy, intrygę bazującą na zbiegach okoliczności, dramatyczne zwroty akcji i sytuacje pozornie bez wyjścia, wreszcie sporą dawkę melodramatyzmu. W finale utworu bigamistka popełnia samobójstwo, wypijając truciznę. W swoim ostatnim liście przyznaje się do winy, pisząc: "O miłości z mojej strony nie było nigdy mowy: wychowana w atmosferze teatru, szminek, obłudy i zawiści - nie byłam zdolną do pokochania kogokolwiek naprawdę"3.
Równocześnie pismo zamieszczało różne opowiadania autorów uznawanych już za klasyków - na łamach "Co Tydzień Powieść" ukazywały się m.in. tekst Doyle'a, Edgara Allana Poe, Antona Czechowa, Aleksego Tołstoja czy Gilberta K. Chestertona. Ponieważ katowickie pismo stanie się niebawem przedmiotem zainteresowania publicystów zajmujących się literaturą, przyjdzie nam jeszcze do niego powrócić.
W toczących się po wojnie dyskusjach dotyczących kształtu, jaki powinna obrać kultura w nowych warunkach społecznych i politycznych, podejmowano również wątek relacji łączących kulturę masową i kulturę elitarną. Wielu publicystów wydawało się wierzyć, że przy odpowiednio ukierunkowanym wysiłku stosownych instytucji uda się stworzyć taką sztukę, gdzie podobne hierarchiczne podziały nie będą miały racji bytu. Powstanie jedna kultura przeznaczona dla wszystkich. Wizje tego rodzaju formułowano na łamach czasopism o krańcowo odmiennych liniach politycznych. Dla przykładu można tu przytoczyć fragment artykułu Zofii Starowieyskiej-Morstinowej opublikowanego w "Tygodniku Powszechnym". Autorka kreśli w nim wizję, według której prawdziwie wielka sztuka zawsze będzie bliska społeczeństwu i zostanie powszechnie doceniona:
Myślę, że do pewnej równowagi życia i świata potrzebna jest sztuka żywa, ludzka, dla większości społeczeństwa zrozumiała, i społeczeństwo zdolne swoją sztuką żyć i nią się cieszyć. Gdy rozbieżność staje się zbyt rażąca - przewrót jest nieuchronny. (...)
Sztuki nie można "popularyzować". Nie można jej podawać społeczeństwu w przeróbkach, wydaniach dla młodzieży. (...)
Nie może się utrzymać ani takie społeczeństwo, ani taka sztuka, w których jest jedna literatura dla estetów, a druga dla ludu. Literatura musi być jedna: dla wszystkich. Sztuka musi być taka, żeby ją społeczeństwo rozumiało, społeczeństwo takie, aby swoją sztukę mogło konsumować. Ale konsumować sztukę, a nie jej popularyzację4.
Bardzo podobną wizję roztaczał na łamach marksistowskiej "Kuźnicy" Stefan Żółkiewski, który swój artykuł zaczynał od zdania: "Podział na kulturę mas i kulturę elit nie może istnieć nadal"5. Dalej autor starał się nakreślić, w jaki sposób można pogodzić ze sobą popularyzację sztuki z jej artystyczną doniosłością:
Celem głównym winno być umożliwienie masom korzystania z całego dorobku kulturalnego ludzkości, z jego najdoskonalszych osiągnięć. Kraj podejmujący taką pracę spełni ją tylko pod tym warunkiem, że nie opóźni się jednocześnie w rozwoju kulturalnym w ogóle. Nie można zacząć od upowszechniania Przybosia i Brezy - pisze Hołuj. Lecz produkcja kulturalna kraju winna tworzyć zarówno dzieła o wartości kształcącej, uczące korzystania z dojrzałej kultury, jak i dzieła rozwijające dalej wszystkie subtelne techniki, które składają się na kulturę naszej epoki. (...) Niewątpliwie panowanie wyłącznie kultury arystokratycznej było klęską społeczną. Lecz nie można zachwiać równowagi rozwoju kulturalnego w przeciwnym kierunku. Nie można ograniczyć się do produkcji tylko na doraźne potrzeby budującej się kultury ludowej, na razie na potrzeby świetlic, tak jak one są dziś pomyślane. Jeśli chcemy, by można było w świetlicy robotniczej wieszać Rembrandta i Cezanne'a, jeśli chcemy, by w przyszłym teatrze masy z istotnej potrzeby oglądały "Wieczór trzech Króli" i komedie Musseta, nie możemy spłycić nurtu narodowej, współczesnej twórczości kulturalnej6.
Program ten obiecuje włączenie całego społeczeństwa do ogólnonarodowej wspólnoty kulturalnej - sztuka uproszczona ma być zaś środkiem do osiągnięcia tego celu. Pojawia się więc w przytoczonych wypowiedziach wyraźna wizja bezklasowego społeczeństwa i bezklasowej kultury, która stoi na doskonałym poziomie artystycznym. Jak zauważyła Katarzyna Chmielewska, projekt socrealistyczny był próbą radykalnego odrzucenia zasady dystynkcji, "czyli takiej organizacji społeczeństwa i kultury, gdzie różnice kapitałów kulturowych i symbolicznych oraz ucieleśnionych praktyk kulturowo-społecznych tworzą ostrą hierarchię, służą przemocy faktycznej i symbolicznej"7. Walka z literaturą popularną wpisywała się zatem w te dążenia równie dobrze jak walka z formalizmem.
Oczywiście w ówczesnej publicystyce pojawiały się także postulaty o przeciwnym charakterze, w 1945 roku Stefan Kisielewski na łamach "Tygodnika Powszechnego" pisał, że kultura elitarna, nawet jeśli niezrozumiała dla mas, powinna istnieć, gdyż świadczy o wartości całego społeczeństwa8. Niemniej przeświadczenie o możliwości zbudowania wartościowej sztuki dla wszystkich wydawało się dominować9. Z tej perspektywy literatura popularna mogła służyć tylko jako negatywny punkt odniesienia. W takim kontekście Jerzy Borejsza przywołuje w swoim artykule Trędowatą (1909) Heleny Mniszkówny, powieść, która miała karmić rzesze czytelniczek szkodliwymi i płonnymi marzeniami o awansie klasowym. To zaś prowadzi do konkluzji, że ""trędowate" mity" należy ocenić negatywnie i odrzucić10. Tak kształtowany przekaz świadczył bez wątpienia również o długim trwaniu inteligenckiej idei "oświecania" mas ludowych11.
Taka wizja kultury zyskała też oficjalną aprobatę władz - w 1947 roku potwierdził ją w swoim przemówieniu Bolesław Bierut, podkreślając, że idea jakiejś odrębnej kultury dla mas jest szkodliwym przeżytkiem klasowym:
Najzupełniej nieuzasadniony i fałszywy jest przesąd, że ludzie pracy, że ich zainteresowania wymagają obniżenia poziomu twórczości kulturalnej i artystycznej, dostosowania jej do specyficznego jakoby, prostackiego gustu i upodobań mniej lub więcej ordynarnych i sprośnych. Wprost przeciwnie. (...) Sztuczna, wulgarna "kultura ludowa", sztuka dla maluczkich - to wynalazek jaśniepańskiego dworu, a nie rzeczywista potrzeba robotnika czy chłopa.
Pornograficzną produkcją brukową usiłowano od lat zatruwać świadomość ludzi pracy, aby ich pchnąć na manowce, aby ich odwieść od drogi walki. Oczywiście, wysoka, subtelna forma artystyczna wymaga przygotowania, kształcenia, stopniowego rozwinięcia smaku i upodobań, ale odnosi się to w jednakowym stopniu do wszystkich ludzi, którzy tego przygotowania nie posiadają12.
Do zrealizowania postulatu stworzenia jednej, wartościowej kultury dla wszystkich niezbędna była odpowiednia polityka kulturalna. O nią, również w kontekście literatury popularnej, upominali się publicyści, w tym także czołowi uczestnicy rodzimego życia literackiego. W swoich wypowiedziach przywoływali oni niekiedy wspomniany tygodnik "Co Tydzień Powieść", dowodząc, że samo jego istnienie świadczy o zaniedbaniach w zakresie polityki wydawniczej. Charakterystyczny fragment pojawia się w artykule Juliana Przybosia pod znamiennym tytułem Czas na rewolucję kulturalną!:
Podnosiłem już wielokroć i w prasie i na Komisji Kultury i Sztuki głos w sprawie okropnych wydawnictw w rodzaju "Co tydzień powieść" lub "Świat wielkich przygód". Sennik egipski ukazał się w odrodzonej Polsce podobno w dwóch wydaniach! Coraz obficiej zalewa nas potworna szmira wydawnictw brukowych. Pleni się bezkarnie czerwoniacka prasa, ekspresiaki z odcinkami brudnych i ohydnych "romansów" - wychodzących potem w wydaniu książkowym. Wieś polską zalewają bohomazy szkaradnych oleodruków i dewocjonalii. W radio wyją bezmyślne szlagiery, brzydota, szmira i świństwo pleni się swobodnie. Kto na to wszystko zezwala, powinien na równi ze spekulantami na głupocie ludzkiej odpowiadać za szkodnictwo kulturalne13.
W bardzo podobnym tonie o wspomnianym przez Przybosia "Świecie Wielkich Przygód" pisał także Kazimierz Wyka:
Mamy Ministerstwo Propagandy i Informacji. Departamenty, wydziały, sektor wojewódzki, sektor powiatowy. Jedno sito. Mamy Ministerstwo Kultury i Sztuki. Departamenty, wydziały, tudzież sektory. Drugie sito. Posiadamy Urzędy Kontroli Prasy i Widowisk. Trzecie sito. Przydział papieru jest podobno kontrolowany i reglamentowany. Mamy na pozór wszystko, ażeby zapobiec zalewowi rynku wydawniczego przez tandetę, tymczasem z każdym tygodniem widzimy, że strumień tandety omija wszystkie sita. (...)
Która z władz, jaki urząd informacyjno-kulturalno-kontrolny odpowiada za takie wydawnictwa tygodniowe, jak "Świat Przygód"?14
Warto zwrócić uwagę na to, jak oba artykuły opisują kulturę popularną. Po pierwsze, odnoszą się przede wszystkim do kwestii estetycznych, odrzucając ją jako pseudokulturę, bezwartościową tandetę, niemającą żadnych wartości artystycznych. Przyboś podkreśla swoją opinię nagromadzeniem skrajnie negatywnych określeń: "szmira" jest "potworna", "romanse" "brudne i ohydne", a wszystko to "brzydota i świństwo". Taką wizję uzupełniają dodatkowo metafory ukazujące literaturę popularną jako coś szkodliwego i niepowstrzymanego jednocześnie: obaj autorzy przywołują skojarzenia z powodzią ("zalewa"), Przyboś dodatkowo dwukrotnie wspomina o "plenieniu się", co sprowadza tę literaturę do roli chwastów. Gdybyśmy jeszcze sięgnęli do trzeciego artykułu poświęconego "Co Tydzień Powieść", który pojawił się w "Odrze" w 1949 roku, to znajdziemy tam opinię, w myśl której periodyk ów "żerował" na płaskich gustach czytelników15. Ów gwałtowny atak nie pozostawia właściwie miejsca na jakąkolwiek polemikę, w takim ujęciu dla literatury popularnej nie ma miejsca, została ona bowiem etycznie zdezawuowana. Nikt też nie ma wątpliwości, że trzeba z nią walczyć.
Dodać trzeba, że redakcja "Co Tydzień Powieść" odpowiadała na te ataki, próbując odwrócić argumenty swoich oponentów. Twórcy pisma twierdzili bowiem, że to właśnie oni - udostępniając za niewielką cenę lekką i przyjemną prozę, często autorstwa uznanych pisarzy - dbają o awans kulturalny mas. Jednocześnie atakowali swoich krytyków, wskazując, że to współcześni wybitni literaci nie dostarczają tekstów, które mogłyby przyciągnąć uwagę zwykłego czytelnika. Z braku odpowiednich materiałów redaktorzy "Co Tydzień Powieść" musieli więc sięgać po utwory słabsze:
Postanowiliśmy znaleźć "złoty środek". Polegać miał on na drukowaniu przystępnych, napisanych czystym, zdrowym językiem opowiadań, w których tempo akcji i żywość dialogów trzymałaby czytelnika w napięciu. W ten sposób przygotowalibyśmy dla dobrej, wartościowej literatury rozsądnego konsumenta. Z braku polskich współpracowników sięgnęliśmy po odpowiednie utwory z literatur obcych. (...)
Nie wystarczy? Mało? Więc niech Przyboś, Kott, Nałkowska, St. R. Dobrowolski i inni obrońcy kosztownych powieści, których nie kupi żadnej robotnik - wskażą nam wydawnictwo, mające 80 tys. nakładu (rosnącego z dnia na dzień), wydawnictwo o tak szerokim zasięgu, wydawnictwo, które sprzedawałoby takie pozycje jak wyżej wymienione po 20.- zł. za egzemplarz! (...)
Chcecie widzieć w CTP dobre utwory? Więc piszcie i przysyłajcie je! Oto jedyne rozwiązanie, demokratyczne i pożyteczne. Dla literatów, dla czytelników i dla wydawnictwa.
Kończąc zapraszamy jeszcze raz polskich literatów do współpracy i życzymy z okazji jubileuszu naszym czytelnikom, aby na łamach następnych 50-ciu numerów CTP mogli czytać interesujące nowele Kotta, Przybosia i Nałkowskiej - a dzieciom czytelników numeru tysięczngo [sic!], w którym będą zachwycać się Erazmem, Platonem, Proustem16.
Redaktorzy wykorzystywali więc na swoją korzyść obowiązujące w ówczesnym dyskursie przekonanie o potrzebie demokratyzacji kultury. Próbowali także zdecydowanie odciąć się od skojarzeń z międzywojennymi wydawnictwami brukowymi, argumentując, że - mimo powierzchownych podobieństw - "Co Tydzień Powieść" różni się od nich poziomem literackim:
I przed wojną mieliśmy podobne wydawnictwa - podobne, bo drukowane w stosunkowo dużych nakładach i sprzedawane po niskiej cenie. Ale na tym też podobieństwo kończy się. Bo treść, która wypełnia te zeszyty, była bałamutna i szkodliwa, polszczyzna opowiadań licha.
CTP stara się usilnie zerwać z tradycją przedwojennych "romansów zeszytowych". Daje literaturę ciekawą, utwory poważniejsze o najwyższych wartościach przeplata bardziej przystępnymi, sensacyjnymi. A trzeba zdać sobie sprawę, że właściwie trzy czwarte pozycji literatury świata to utwory sensacyjne. Oto przykład pierwszy z brzegu: Młody Grek zabija starca, nie wiedząc, że to jego własny ojciec; potem żeni się z niewiastą, która jest jego matką... Czy to nie sensacja? A przecież streściłem tylko "Króla Edypa" Sofoklesa17.
Redakcja podjęła zatem próbę przewartościowania sensów przypisywanych zazwyczaj literaturze popularnej, wskazania, że może ona stanowić narzędzie służące edukowaniu czytelnika i że nie musi aż tak bardzo różnić się artystycznym poziomem od literatury wysokiej. Polemika ta unaocznia, że w drugiej połowie lat 40. zagadnienie kultury popularnej było postrzegane przez ludzi zajmujących się literaturą jako istotny i ważki problem, wobec którego należało się ustosunkować. Z jednej strony w okołoliterackim dyskursie dominowało przekonanie o zagrożeniu, jakie niosły ze sobą rozrywkowe teksty kultury. Z drugiej strony wciąż jednak mogły pojawić się głosy stojące w kontrze do takiego przekonania, co więcej, mimo krytyki na rynku nadal działały podobne inicjatywy wydawnicze.
Jednakże już wówczas instytucje odpowiedzialne za kontrolę nad rynkiem książki podjęły próby ograniczania swobody inicjatyw wydawniczych. W monograficznym opracowaniu dotyczącym Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Poznaniu Piotr Nowak cytuje m.in. fragment instrukcji wydanej przez Główny Urząd KPPiW i przesłanej placówkom terenowym niższych szczebli:
Główny Urząd Kontroli Prasy niniejszym komunikuje, że nie należy udzielać zezwoleń na drukowanie szkodliwych pornograficznych wydawnictw (...), senników egipskich, podręczników do pisania listów miłosnych itp. Prosimy powiadomić o tym Miejskie Urzędy Kontroli Publikacji i Pełnomocników Powiatowych18.
O ile podręczniki do pisania listów miłosnych czy senniki to jeszcze konkretne kategorie gatunkowe, o tyle zakres "pornograficznych wydawnictw" może być bardzo szeroki. Komunikat ten świadczy, że GUKPPiW przekroczył sformalizowane prawnie wytyczne określające ramy jego działalności i próbował wpływać na estetykę ukazującej się wówczas literatury. Oczywiście działania te wpisywały się także w politykę zwalczania prywatnych, niezależnych od władzy wydawców. Również historia "Co Tydzień Powieść" szybko się skończyła - najpierw zmieniono redakcję czasopisma, a w 1949 roku je zlikwidowano, co spotkało się z głosem uznania redaktora "Odry"19.
Literaturoznawcy zajmujący się badaniami nad okresem powojennym często podkreślają, że wiele tekstów krytycznoliterackich powstających w drugiej połowie lat 40. stanowi swoistą antycypację idei socrealizmu - szczególnie często wskazuje się w tym kontekście na artykuły drukowane na łamach "Kuźnicy"20. Wydaje się, że tezę tę można odnieść także do problemu literatury rozrywkowej, gdyż zaprezentowany na powyższych przykładach stosunek do kultury popularnej znajdzie swoją kontynuację w okresie późniejszym. Żywa pozostanie idea jednej, wspólnej kultury, a krytycy, pisząc o sztuce rozrywkowej, będą piętrzyć kolejne skrajnie negatywne, dezawuujące określenia i podkreślać jej artystyczną oraz moralną degenerację. Państwowe instytucje za cel postawią sobie zaś odcięcie czytelników od literatury popularnej.
Przeciwko "amerykańskiemu stylowi życia"
W okresie stalinowskim nie brakowało wypowiedzi, które podejmowały temat kultury popularnej - zazwyczaj o kwestii tej pisano w kilku kontekstach. Na początku rozdziału wspomniałem, że stale powracał m.in. wątek kultury amerykańskiej, która - jak przekonywano - była kulturą zdegenerowaną, nieprzedstawiającą żadnych wartości, kierowaną do półanalfabetów. Do rangi symbolu USA urastały zwłaszcza komiksy, o których sporo pisała ówczesna prasa21. Za przykład może posłużyć fragment tekstu (pod znamiennym tytułem Superman i powrotny analfabetyzm) opublikowanego w "Nowej Kulturze":
Książka w ręku amerykańskiego młodzieńca była już od dość dawna zjawiskiem raczej niepospolitym. To znaczy książka w naszym tego słowa rozumieniu. Albowiem kultura amerykańska wytworzyła szczególny produkt, który wprawdzie również określa mianem książki, ale który z książką nie ma nic wspólnego. Tylko zgoła powierzchowna analogia procesu drukarskiego mogła ów osobliwy twór przyrównać do książki. Poza technologią drukarską, owych comic books składających się z serii nieudolnych rysunków, zaopatrzonych w bezsensowne teksty, często zaś tylko w nieartykułowane wykrzykniki - z książką nie łączy nic22.
W tym ujęciu starcie między socjalizmem i kapitalizmem urasta również do rangi wojny kulturowej, w której podział na dobro i zło jest jasno określony. Dlatego też Arski pointował swój artykuł słowami:
Ktoś przyrównał kiedyś ruch obrońców pokoju do kaftana bezpieczeństwa, nakładanego na szaleńców potrząsających bombą atomową. Starajmy się, by ten kaftan był jak najmocniejszy.
Sprawa toczy się między twórcami nowej i obrońcami starej kultury a krzewicielami analfabetyzmu na światową skalę23.
Prymitywna kultura amerykańska miała być atrakcyjna, gdyż bazowała na najniższych instynktach odbiorców, epatując przemocą i erotyką. Według Arskiego nasycenie gwałtem i pornografią to dwie najistotniejsze cechy komiksów. Ta pseudokultura wywierała zatem także zgubny wpływ na dzieci i młodzież - co ciekawe, pisząc o negatywnym oddziaływaniu popkultury na zachodnich odbiorców, niektórzy polscy autorzy obficie powoływali się na źródła zza żelaznej kurtyny. W 1952 roku "Nowa Kultura" omawiała wyniki przeprowadzonej przez Kościół katolicki ankiety, z której wynikało, że najmłodsi Włosi - pozostając pod wpływem komiksów zza oceanu - pragną przede wszystkim zostać bandytami, imponują im bowiem czarne charaktery i lubią opowieści, w których zabija się ludzi24. W polskich tekstach przywoływano także argumenty leżące u podstaw przetaczającej się wówczas przez USA czy Wielką Brytanię histerii antykomiksowej. Opublikowany przez Władysława Piaseckiego w "Przeglądzie Bibliotecznym" artykuł "American comics" jako problem bibliotekarzy brytyjskich niemal w całości składa się z omówień tekstów anglojęzycznych25. Również w przytaczanym artykule Superman i powrotny analfabetyzm autor szeroko opisywał tezy propagowane przez Fredrica Werthama, który w dwa lata później opublikował Seduction of the Innocent (Uwiedzenie niewinnych), słynną pracę dowodzącą demoralizującego wpływu komiksów na młodych czytelników.
Zastosowana tu strategia publicystyczna była bez wątpienia przemyślana - argumenty natury wychowawczej i kulturalnej z pewnością lepiej przemawiały do wyobraźni szerokiego odbiorcy niż nawet najlepiej umocowane w marksizmie-leninizmie analizy ideologiczne. Dlatego też dyskurs socrealistyczny często tę pedagogiczną i estetyczną retorykę przejmował i wykorzystywał do własnych celów - polscy autorzy sięgali po wybrane argumenty funkcjonujące w obrębie zachodniej krytyki kultury popularnej i włączali je w antyamerykański dyskurs.
Wzorców dostarczało oczywiście piśmiennictwo radzieckie - w 1951 roku ukazała się w Polsce antologia tekstów zatytułowana Amerykański styl życia. W książce tej zebrano opublikowane w ZSRR artykuły w najczarniejszych barwach opisujące kulturę USA oraz panujące w tym kraju stosunki społeczne. Znalazł się tam także szkic Kornieja Czukowskiego zatytułowany Wychowanie gangsterów. Autor, słynny krytyk, tłumacz i twórca literatury dziecięcej, opisywał popularne wydawnictwa amerykańskie przygotowywane z myślą o młodych odbiorcach, wskazując, że uczą one swoich czytelników chciwości, podstępności i intryganctwa:
Na przykład na pierwszych dwunastu stronach marcowego numeru, Disney z niezmąconą pogodą ducha opowiada o pewnej rodzinie, w której najstarszy jej przedstawiciel, pracując wraz z dwoma bliskimi krewnymi w jednym biurze, stara się przy pomocy najrozmaitszych intryg i tricków pozbawić ich pracy, aby w ten sposób zapewnić sobie nieprzerwany dopływ dolarów.
(...)
Charakterystyczne, że Disney nie tylko nie domyśla się, jak bardzo podobne historyjki demaskują "amerykański styl życia", lecz lubuje się w nich i zamiast bić na alarm, opowiada o nich z dobrodusznym, głośnym śmiechem26.
Podobnie demaskatorskie ambicje miała zorganizowana na przełomie 1952 i 1953 roku w warszawskim Arsenale wystawa pod znamiennym tytułem Oto Ameryka, której poświęcono także materiał w jednym z wydań Polskiej Kroniki Filmowej (PKF 3/53). Na ekspozycji pokazano również amerykańskie komiksy i literaturę pulpową. Tę część wystawy lektor PKF komentuje następującymi słowami: "Zdziczenie, sadyzm, pornografia - siedem grzechów głównych za jednego dolara". Warto w tym zdaniu zwrócić uwagę nie tylko na kolejne przywołanie problemu przemocy i erotyki, lecz także na wykorzystanie metaforyki religijnej. Autor komentarza uznał, świadomie bądź nie, że z odbiorcą PKF należy porozumiewać się za pomocą konserwatywnego, tradycyjnego kodu kulturowego.
Podobny charakter miało także wskazywanie, że kapitalistyczna pseudokultura nie pozostaje bez wpływu na kulturę wysoką. Ta pierwsza, dowodzono, stanowi dla drugiej bezpośrednie i śmiertelne zagrożenie. Sergiusz Jaśkiewicz na łamach "Wsi" pisał zatem o komiksowych opracowaniach sztuk Szekspira, które sprowadzać mają dramaty do krótkich, sensacyjnych historyjek27. Z kolei notka wydrukowana w "Nowej Kulturze" informowała, że w Niemczech Zachodnich wydaje się właściwie tylko amerykańskie sentymentalne romanse, pornografię i literaturę kryptohitlerowską, zaś dzieła klasyków (Goethego, Schillera, Lessinga, Heinego, Kleista) sprzedaje się na wagę28. Wreszcie autor wydrukowanego w zbiorze Amerykański styl życia artykułu pt. Truciciele przekonywał, że Hollywood odgrywa ważną rolę w procesie podporządkowywania świata Ameryce: "Zgodnie z planami kosmopolitów z Wall Street, pasożytnicze chwasty hollywoodzkich filmów powinny wziąć czynny udział w zduszeniu potężnego drzewa niezależnej kultury narodowej. Dolarowi imperialiści starają się bowiem we wszystkich krajach, które znalazły się w sferze ich wpływów, wykarczować to drzewo"29. Dlatego też Arski czuł się zobligowany do podkreślenia w zakończeniu swojego artykułu, że "obóz pokoju" to nie tylko "twórcy nowej" kultury, lecz także "obrońcy kultury starej".
Nie oznacza to jednak, że opisy amerykańskiej popkultury pozbawione były wątków ideologicznych. Wręcz przeciwnie - zazwyczaj odwołania do kwestii pedagogicznych czy estetycznych płynnie łączyły się ze zideologizowanymi interpretacjami. Na przykład zdaniem Arskiego komiksowi bohaterowie, z Supermanem na czele, to personifikacje idei faszystowskich:
Superman - nadczłowiek spokrewniony po mieczu i kądzieli z hitlerowskimi "Uebermenschami" - jest najpopularniejszą postacią spośród tysięcy koszmarnych tworów zaludniających kartki comic books. Superman obdarzony jest nie tylko nadludzką siłą, nadprzyrodzoną zdolnością pokonywania czasu i przestrzeni z całkowitym pognębieniem prawa ciężkości, ale i wszystkimi przymiotami ducha, jakie odpowiadają naszym wyobrażeniom o faszyzmie. Jest to po prostu personifikacja amerykańskiej wersji faszyzmu. Ulubionym zajęciem Supermana jest dokonywanie samosądów, bezlitosne znęcanie się nad ludźmi, niszczenie wszystkiego i wszystkich, kto śmie stanąć mu na drodze30.
W takim ujęciu komiksy służą zatem manipulacji masami i mają wyraźnie klasowy adres - Julian Stawiński stwierdza, że jest to przede wszystkim kultura wielkiej i drobnej burżuazji, bogatych farmerów i robotniczej arystokracji. Proletariat natomiast odrzuca taki model literatury, dlatego to właśnie szczególnie do dzieci robotniczych kierowane są groszowe komiksy i powieści, programy telewizyjne, filmy31. Ten atak ma zaś służyć, rzecz jasna, stworzeniu bezwolnego i posłusznego społeczeństwa. To także podkreśla komentarz w materiale PKF o wystawie Oto Ameryka - lektor swoją opowieść o kulturze USA podsumowuje słowami: "Trzeba od małego wychowywać przyszłych gangsterów. Będą potrzebni w Korei, będą potrzebni w Europie". (W tym momencie w kadrze znajduje się zdjęcie małego chłopca z fascynacją na twarzy czytającego komiks). Narracja kroniki wpisuje tym samym literaturę popularną w ciąg negatywnych pojęć typowych dla propagandowego wizerunku Ameryki: wyzysk, rasizm i imperializm. Podobnie swój artykuł kończy Jaśkiewicz:
Potem już tylko Vietnam i Korea, w przygotowaniu czegoś więcej, "zaszczytna służba" w "obronie kultury"... Aby można było zawsze posyłać Anglii "Hamletów" w 3000 słów, Francuzom filmy w rodzaju "Pod niebem Paryża" - o 5 trupach w jednym akcie, całemu Zachodowi "Coca-cola" i szubieniczki z murzynkami dla najmłodszych, w Niemczech otwierać domy publiczne, dla całego zachodu wydawać pornograficzną szmirę itd. itd. Aby - jak to sprecyzował człowiek nauki (nowego stylu) - rektor uniwersytetu Tampa w stanie Floryda, prof. dr. Nance: "...przygotować wojnę totalną na zasadzie prawa dżungli"...32
Propagandowy obraz amerykańskiej kultury popularnej przenikał także do literackiej satyry, czego przykładem tekst opublikowany w 1951 roku w "Żołnierzu Polskim". Opowiada on historię Boba, wzorowego obywatela USA, który czyta tylko komiksy o tytułach w rodzaju Truciciel mormonów na dnie Morza Karaibskiego, nigdy nie był w teatrze, chodzi natomiast do burleski, aby oglądać pokazy rozbieranego tańca, fascynuje go również lektura Mein Kampf (1925). W finale opowieści pragnący sławy Bob zabija swoich sąsiadów, staje się bohaterem mediów, zostaje uniewinniony przez sąd i zaciąga się do wojska, aby służyć w Korei33. Kapitalistyczna i imperialistyczna Ameryka jest zatem jednocześnie Ameryką prymitywnych półanalfabetów.
Przywołana przez redaktora "Wsi" coca-cola była innym popkulturowym symbolem, który z powodzeniem funkcjonował w satyrycznym dyskursie socrealistycznym, oczywiście w negatywnych kontekstach. Zarówno coca-colę, jak i komiks włączano wówczas w ciąg znaków układających się w jednoznacznie negatywny obraz kapitalizmu. (Dodajmy, że coca-colę pił także opisany wyżej Bob). Za przykład może tu posłużyć Piosenka o Coca-Cola Adama Ważyka, opublikowana w 1950 roku:
Po Coca-Cola błogo, różowo
za parę centów amerykańskich
śniliście naszą śmierć atomową,
pięć kontynentów amerykańskich.
Po Coca-Cola błogo, różowo!
My, co pijemy wodę nadziei,
wiemy, gdzie sięga dziś nasza wola:
wyszliście z Chin, wyjdziecie z Korei,
my wam przerwiemy sen Coca-Cola,
my, co pijemy wodę nadziei34.
Coca-cola przestaje tu być wyłącznie napojem, zostaje bowiem - podobnie jak w wielu innych utworach - wpisana w ciąg symboli związanych z amerykańskim imperializmem. Jak słusznie zauważył Wojciech Tomasik: "Po lekturze wspomnianych utworów nie dziwi, iż dla bomby atomowej, broni bakteriologicznej, stonki ziemniaczanej i coca-coli przeznaczona została w socrealistycznej przestrzeni symbolicznej ta sama przegródka"35.
Kultura popularna stanowiła zatem bardzo ważny element propagandowego wizerunku USA i całego Zachodu. W dyskursie oficjalnym funkcjonowała jako symbol kulturalnego i pedagogicznego upadku kapitalizmu, stanowiła też nowy front w globalnej walce ustrojów. Z jednej strony umacniano w ten sposób legitymizację nowego porządku, który zapewniać miał wysoki poziom kultury narodowej. Z drugiej - uzasadniano absolutne odcięcie się od literatury i sztuki Zachodu. Nie warto było utrzymywać z nią kontaktów, skoro jawiła się ona jako zdegenerowana, zmanipulowana i skrajnie uproszczona.
Estetyczne i etyczne aspekty krytyki kultury popularnej
O kulturze popularnej nie mówiono w latach 50. wyłącznie w kontekście amerykańskim, równie często nawiązywano także do rodzimego przedwojennego rynku wydawniczego - na zasadzie kontrastu zestawiano II Rzeczpospolitą i Polskę Ludową, wskazując, że współczesna polityka kulturalna eliminuje wieloletnie zaniedbania i problemy społeczne. Charakterystyczny pod tym względem jest materiał PKF (21/51) zrealizowany z okazji Dni Oświaty, Książki i Prasy w 1951 roku. W ujęciu otwierającym obiektyw kamery przesuwa się po kolejnych okładkach przedwojennych książek. Wśród pokazanych tytułów są m.in. Trędowata Heleny Mniszkówny, Tajemna miłość - tajemne cierpienie (1916, pol. 1934) Jadwigi Courths-Mahler, Jedna szalona noc (1938) Antoniego Marczyńskiego czy anonimowy (przypisywany Michałowi Marczewskiemu) Najnowszy sennik egipski z planetami (1933). Temu ujęciu towarzyszą następujące słowa lektora: "Tu nie potrzeba komentarza - tytuły mówią za siebie. Oto czym karmiono czytelnika w Polsce przedwojennej. Oto jak wyglądała tania książka dla wszystkich".
W następnym ujęciu widzimy bogato zaopatrzone stoisko z książkami, na którego ladzie piętrzą się m.in.: Pan Tadeusz (1834) Adama Mickiewicza, Fantazy (1866) Juliusza Słowackiego, Faraon (1895) Bolesława Prusa. Lektor komentuje: "Dzisiaj nasze 80 milionów książek rocznie to najwybitniejsze dzieła literatury polskiej i światowej". Kolejne ujęcia pokazują tłumy dorosłych i dzieci zainteresowanych prezentowaną ofertą wydawniczą. W końcowej partii materiału pojawia się natomiast Maria Dąbrowska, która zwracając się wprost do kamery, opowiada, jak cieszy ją fakt, że obecnie każde dziecko może mieć dostęp do książki. Przeciwstawienie literackiej tandety i klasyki ma niewątpliwie zaświadczać o tym, jak Polska Ludowa dba o poziom narodowej kultury. Zerwanie z literaturą popularną staje się zatem źródłem legitymizacji nowego ustroju.
Jednakże zmiany w polityce wydawniczej nie oznaczały końca walki ze "szmirą", pozostawały bowiem wciąż jeszcze niewłaściwe przyzwyczajenia lekturowe. W wydawanym przez Stowarzyszenie PAX "Dziś i Jutro" w 1951 roku ukazał się felieton Bogumiła Kolca zarzucający inteligencji, że nie czyta ona poważnej literatury, zadowalając się jedynie tanią rozrywką:
książka do czytania, a więc sensacyjna lub sentymentalna bujda a w najlepszym razie jakaś jednosezonowa "rewelacja", jakieś "Przeminęło z wiatrem".
Po każdej wypożyczalni książek w Polsce grasuje stado wytwornych paniuś poszukujących z energią i zapałem "czegoś lekkiego". "Coś lekkiego" - (...) a więc Mniszkówna, Zarzycka, Courts-Mahler [sic!], Dell. (...)
Najważniejsze zaś jest to, że owe paniusie są reprezentantkami ogólnego poziomu życia umysłowego i kulturalnego naszej inteligencji. Kto z ludzi tzw. poważnych, z adwokatów, inżynierów, lekarzy orientuje się w bieżącym życiu literackim i artystycznym? Przecież oni nie mają czasu na "głupstwa"!36
Warto zwrócić uwagę, że felietonista wiąże literaturę popularną przede wszystkim z publicznością inteligencką. I choć Kolec, jak zapewnia w dalszej części artykułu, nie neguje potrzeby literatury rozrywkowej, to uważa, że wybory lekturowe współczesnej inteligencji ograniczają się wyłącznie do tego rodzaju tekstów.
Na początku 1952 roku "Dziś i Jutro" opublikowało felieton polemiczny względem przytaczanego wyżej artykułu. Oponentem Kolca był Leopold Tyrmand, który atakował nie tyle meritum pierwszego artykułu, ile jego ton. Jak dowodził przyszły autor Złego, krytyka literatury pokroju powieści Zarzyckiej i Mniszkówny jest uzasadniona, niemniej w wykonaniu Kolca ma ona charakter słusznego truizmu. Co więcej, zdaniem Tyrmanda ton pierwszego tekstu jest przesadzony, nieomal histeryczny. W zakończeniu autor konkluduje: "Nie przesadzajmy - żadnych auto-da-fé dla Zarzyckiej, bo w ten sposób pasowalibyśmy ją na przeciwnika, podczas gdy jest ona tylko symptomatem, znajdującym swe odpowiedniki w każdej epoce"37. Polemika dotyczyła więc nie tyle oceny literatury popularnej, ile poświęcanej jej uwagi oraz sposobów jej zwalczania.
W obu tekstach nie pojawiały się zatem wątki polityczne, możemy natomiast uznać, że stanowią one świadectwo przekonań typowych dla niektórych uczestników ówczesnego życia literackiego. Literatura popularna postrzegana jest jako pseudoliteratura, nieakceptowalna z powodów estetycznych i stanowiąca bezpośrednie zagrożenie dla kultury wysokiej. Propagandowy dyskurs nawiązywał do tych przekonań - materiał PKF zaświadczał, że owa "szkodliwa literatura" została wyeliminowana z rynku, a czytelnikom zapewniono szeroki dostęp do kanonu rodzimej twórczości. Pozytywny wymiar tych zmian był zaś dodatkowo legitymizowany autorytetem Marii Dąbrowskiej.
Inny zespół przekonań, do którego odwoływała się oficjalna narracja, miał charakter konserwatywny i odnosił się do wychowawczo-moralnego aspektu literatury. Eliminowanie z rynku literatury popularnej mogło w ten sposób zyskiwać uznanie w tych kręgach, które światopoglądowo były jak najdalsze od komunizmu i marksizmu. Dobrym przykładem stała się dyskusja dotycząca wznowień twórczości wydanej w okresie międzywojennym. Problem jako pierwszy postawił na łamach "Tygodnika Powszechnego" Stefan Kisielewski, wskazując, że jest cały szereg ważnych i głośnych książek przedwojennych, które już po wojnie nie doczekały się powtórnych edycji, przez co powoli znikają z odbiorczej świadomości. Zdaniem Kisielewskiego czytelnik powinien mieć jak najszerszy dostęp do historii własnej literatury, stąd też takie opóźnienia negatywnie wpływają na świadomość kulturalną38. Przeciwko temu stanowisku zaprotestował na łamach "Nowej Kultury" Adolf Sowiński39, którego poparł z kolei inny redaktor "Tygodnika Powszechnego" - Józef Marian Święcicki. I to właśnie w artykule tego ostatniego znalazł się bardzo znamienny fragment:
[Kisielewski] sądzi, że selekcja wydawnicza w dziedzinie twórczości literackiej polegać winna na wyjaśnieniu, nie na mechanicznej eliminacji. Najpierw trzeba pokazać - potem można krytykować.
Z tezą tą nie podobna się z katolickiego punktu widzenia zgodzić. Etyka katolicka, licząc się z faktem skażonej przez grzech pierworodny ludzkiej natury, nie pozwala (wyjąwszy ważne powody, jak np. naukowe studia) na lekturę tych utworów, które mogłyby nastręczać czytelnikowi większe trudności w dziedzinie wiary i moralności, i co za tym idzie stanowiłyby dla niego bliższą okazję do złego. Nie wchodzę w tej chwili w sporne i trudne zagadnienie, która z wyliczanych przez Kisiela książek podpadłaby pod tę kategorię, ale bezsporne pono jest, że wątpliwie pod tym względem pozycje nie nadają się absolutnie do upowszechnienia40.
Problem reedycji nie ograniczał się oczywiście tylko do literatury popularnej, niemniej warto zwrócić uwagę na to, że polityka wydawnicza władz w tej kwestii mogła zostać uznana za słuszną także z katolickiej perspektywy. Mniejsze znaczenie miały tu zatem przekonania natury estetycznej, większe zaś - etycznej i pedagogicznej. Tym bardziej nie dziwi, że przywoływane wcześniej teksty poświęcone popkulturze amerykańskiej tak wiele miejsca poświęcały negatywnym skutkom wychowawczym komiksów czy literatury groszowej. Również opisywany wyżej materiał PKF nieprzypadkowo pokazuje masy - w tym także dzieci - zainteresowane nie twórczością socrealistyczną, ale literackim kanonem.
Krytyka kultury popularnej miała zatem wówczas wielowymiarowy charakter - oficjalna propaganda odwoływała się do różnych przekonań, argumentów i kodów kulturowych. Często dyskurs ideologiczny współbrzmiał z tym, co określa się arystokratyczną krytyką kultury masowej - stąd podkreślanie zagrożenia, jakie niesie komercjalizacja sztuki41. Odwołując się do takich przekonań, decydenci mieli nadzieję na zdobycie szerokiej legitymizacji w różnych kręgach społecznych. Tym niemniej także w kontekście polskim (podobnie jak w przypadku kultury amerykańskiej) argumenty estetyczne i etyczne często sąsiadowały z argumentami natury ideologicznej.
Ideologiczne aspekty krytyki kultury popularnej
Wątki ideologiczne i polityczne szczególnie często pojawiały się w artykułach, które miały instruować bibliotekarzy, w jaki sposób wpływać na wybory lekturowe czytelników. Uznawano zapewne, że władza może bezpośrednio kontrolować kadry biblioteczne oraz ich poziom ideologicznego zaangażowania, dlatego też należy w prasie branżowej uwzględniać informacje ściśle polityczne. Odpowiednie ukierunkowanie pracowników bibliotek było tym ważniejsze, że nie tylko zaprzestano wówczas wydawania nowych edycji prozy popularnej, lecz także konsekwentnie utrudniano dostęp do wydań starszych, wycofując je ze zbiorów przeznaczonych dla czytelników. (Należy przy tym pamiętać, że zasoby te i tak zostały wyraźnie uszczuplone w wyniku działań wojennych)42. W słynnym Wykazie książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu, sporządzonym 1 października 1951 roku, znalazły się m.in. nazwiska Agathy Christie, Edgara Wallace'a czy Maurice'a Leblanca - z adnotacją: "wszystkie wydania". Nakazem wycofania objęto także np. Ajenta policyjnego Émile'a Gaboriau43, czyli polskie tłumaczenie powieści Monsieur Lecoq, opublikowane w 1924 roku. Co ważne, jak zaznacza Elżbieta Dąbrowicz, była to lista najobszerniejsza, ale bynajmniej nie jedyna. Warto też zwrócić uwagę, że zawartość wykazu tylko częściowo mogli znać sami bibliotekarze, dysponowali nim bowiem głównie partyjni kontrolerzy. Dlatego też podczas oczyszczania zbiorów pracownicy bibliotek musieli działać niejako intuicyjnie, co oczywiście zwiększało ich gorliwość i sprawiało, że wycofywano również te tytuły, których wprawdzie nie było na liście, ale wydawały się ideowo podejrzane44.
W prasie branżowej ukazywały się artykuły na różny sposób odnoszące się do problemu literatury popularnej w bibliotekach. W "Głosie Pracy" opublikowano tekst, który już w tytule sygnalizował istotne rozróżnienie: "Szmira" - to nie jest lekka książka. Autorka szmirę kojarzy z konkretnymi nazwiskami pisarzy i gatunkami literackimi oraz z określonym momentem historycznym:
Nie walczymy więc z książką lekką. Tępimy natomiast z całą bezwzględnością "szmirę" literacką ogłupiającą i obniżającą poziom kulturalny czytelnika. "Szmirę" w rodzaju "twórczości" Zarzyckiej, Mniszkówny, Dall, Wallace'a czy Marczyńskiego. (...)
W świadomości wielu czytelników, a nawet bibliotekarzy, pokutuje nawyk myślowy z okresu Polski przed wrześniowej, kiedy to nie było sieci bibliotek, natomiast gęsto rozsiane były "czytelnie" - prywatne sklepiki, prowadzone w sposób dochodowy, tj. obliczone na dobrze płacących klientów (najczęściej na nudzące się "damy"), poszukujących lektury dla "zabicia" dłużącego się czasu. Krwawy kryminał, bałamutne, demoralizujące książki o "dzikich" krajach i ludach, sentymentalne romansidła - to był pokarm duchowy, dostarczany hurtem przez te "placówki"45.
W przeciwieństwie do "szmiry" książka lekka ma angażować czytelnika, a jednocześnie cechować się wysokim poziomem artystycznym i nieść pozytywne wartości. Definicja ta jest zatem bardzo ogólnikowa, a za przykład lekkiej lektury służą fantastycznonaukowe powieści z serii "Nauka, Fantazja, Przygoda"; pojawia się też stwierdzenie, że rolę lekkiej książki pełnić może klasyka literacka (Balzac czy Prus). Artykuł ten napisany został z myślą o bibliotekarzach - "Głos Pracy" był czasopismem Centralnej Rady Związków Zawodowych i na samym wstępie redaktor wspomina, że do tych rozważań zainspirowało go zarządzenie rady kierowane do związkowych bibliotekarzy. Wyróżnienie dwóch typów literatury rozrywkowej było próbą rozwiązania praktycznego dylematu - co polecać czytelnikom, którzy oczekują lekkiej lektury zapełniającej czas wolny. Jednak najważniejszy wydaje się tu negatywny punkt odniesienia - odbiorca tego artykułu dowie się raczej, czego absolutnie nie polecać i co z całą pewnością nie spełnia wymogów stawianych literaturze w ustroju socjalistycznym.
Inna autorka, na łamach "Poradnika Bibliotekarza", twierdzi, że powieść popularna może być równie szkodliwa jak ta jawnie wroga Polsce Ludowej:
Błąd tkwi w tym, że często nie znamy książek udostępnianych czytelnikom, nie wiemy dobrze co dajemy im do rąk. Wiele nazwisk autorów nic nam nie mówi o książce, często tytuł wprowadza nas w błąd. Nieraz, przy całej dobrej woli, nie możemy sobie poradzić z wyeliminowaniem z naszego księgozbioru książek nieodpowiednich.
A przecież jesteśmy odpowiedzialni za poziom ideologiczno-wychowawczy i literacki książek, które dajemy do rąk czytelników. Nie wolno nam dawać literatury sensacyjno-kryminalnej, romansów sentymentalno-ckliwych, a przede wszystkim książek o treści przestarzałej lub wrogiej Polsce Ludowej46.
Kilkakrotnie powracano do tej kwestii. Świadczy to z pewnością o wadze problemu, ale też o trudnościach, jakie rodziło oczyszczanie zbiorów bibliotecznych. Próbowano zatem tłumaczyć, dlaczego te teksty - mimo że stanowią relikt poprzedniego ustroju - wciąż cieszą się aż takim zainteresowaniem:
O ile bibliotekarze skutecznie walczą z książką wyraźnie antykomunistyczną, to jednak nie wszyscy doceniają szkodliwość tandety literackiej, szmiry, kryminału. Ulegają oni niewybrednym gustom mało wyrobionych czytelników, lub też uważają te książki za "lekkie", rozrywkowe, nie dostrzegając ich szkodliwości społecznej.
Są jeszcze osoby, które z żalem myślą o usunięciu z księgozbioru dzieł Mniszkówny, ronią łzy przy wycofywaniu Zarzyckiej, Łuczyńskiej czy Courts-Mahler [sic!]. (...)
Dlaczego tego typu książki cieszą się jeszcze ciągle dużą poczytnością, chociaż jest to niewątpliwie jeden z przeżytków starego ustroju? Pytanie to winien zadać sobie każdy bibliotekarz, który pragnie mieć wpływ na swoich czytelników. Czytelnika, a zwłaszcza czytelniczkę, pociąga łatwa fabuła tych powieści, przenosząca ją w wyobraźni do innego świata: łatwego i wygodnego życia w dostatku, u boku szlachetnego i bogatego hrabiego czy księcia47.
Zagadnienie to powracało nawet w odniesieniu do konkretnych autorów - w jednym z numerów "Poradnika Bibliotekarza" znalazł się tekst, który udowadnia, że także powieści Marii Rodziewiczówny są szkodliwe i należy je wyeliminować z obiegu czytelniczego. Co ciekawe, artykuł miał postać fikcyjnego dialogu między dwiema bibliotekarkami zastanawiającymi się nad oczyszczeniem swoich zbiorów z twórczości Rodziewiczówny. Forma dialogu miała być może zwiększyć perswazyjną siłę artykułu, który dzięki odwołaniu do codziennej sytuacji staje się bardziej zrozumiały i bliższy czytelnikom:
- To są poważne zarzuty. Pokora i posłuszeństwo - to nie są nasze zalety. My musimy mieć dzielnych, energicznych ludzi, karnych, lecz umiejących czynnie bronić swych przekonań. Ale może te cechy występują tylko w pojedynczych wypadkach?
- Jak to pojedynczych? Prawie w każdej jej powieści jest despota i sympatyczny szlachetny głupiec, który jest mu posłuszny. Poza tym Rodziewiczówna żyje cały czas w epoce popowstaniowej z nienawiścią do wszystkiego, co rosyjskie, z ciasnym szlacheckim patriotyzmem. A ten jej zamaskowany antysemityzm! Każdy Żyd jest rudy i posiada czarny charakter.
(...)
- My rzeczywiście mało zastanawialiśmy się nad wartością tej autorki. Pisze łatwo, z humorem, sugestywnie, z talentem i to nam wystarczało. Książki jej są pochłaniane przez mało wyrobione czytelniczki. Nie zwracaliśmy uwagi na to, że czytają je najchętniej mało inteligentne kobiety i dziewczęta-podlotki, to znaczy ludzie bez wyrobionych poglądów, bezkrytycznie wchłaniający jej średniowieczne ideały. I to teraz, kiedy propaganda zagraniczna budzi nienawiść do Związku Radzieckiego, podżega do wojny i wypowiada otwartą walką obozowi Pokoju48.
Oceniana z ideologicznego punktu widzenia literatura popularna niosła nieodpowiednie treści, propagowała niepożądane style życia i elementy światopoglądu. Ponadto, spontaniczne, ludyczne zachowania lekturowe były dla totalitarnego systemu problemem. Z samej swojej natury próbował on bowiem wszystkie sfery życia wpisać w odgórnie rozpisane, polityczne scenariusze. Nieprzypadkowo Czesław Kozioł, jeden z decydentów sprawujących wówczas nadzór nad bibliotekami, wprost stwierdzał, że nie jest istotne, jaka lektura najbardziej podobała się czytelnikowi - ważne jest, która książka najmocniej wpłynęła na jego zapatrywania polityczne i przekonania ideologiczne49.
W kontekście ideologicznych interpretacji literatury popularnej warto również zwrócić uwagę na opublikowany w "Twórczości" esej Anieli Łempickiej Mostowicz - pisarz drobnomieszczaństwa. (Z zagadnień powieści drugorzędnej). Była to wówczas jedna z najbardziej rozbudowanych prób ujęcia problemu literatury popularnej (analizowanej na przykładzie dzieł Tadeusza Dołęgi-Mostowicza). Perspektywa Łempickiej pozostaje oczywiście ściśle marksistowsko-leninowska, dlatego "literaturę drugorzędną" rozpatruje ona w kontekście klasowym:
Literatura ta ["drugorzędna"] przeznaczona była dla szerokich dołów społecznych z ambicją zjednania sobie również konsumentów proletariackich. Burżuazja, celebrując swój własny stół literacki, równocześnie na potrzeby intelektualne pospólstwa prowadziła drugą, dobrze zresztą opłacalną, gorszą kuchnię. Była nią literatura drugorzędna. (...)
Niezależnie od tego jednak, jak daleko w proletariat sięgały jej wpływy, głównym odbiorcą tej literatury było uboższe drobnomieszczaństwo, sfera małych urzędników, panien sklepowych, właścicieli i pracowników zakładów rzemieślniczych, sklepikarzy i tym podobnych. Ta bowiem warstwa (...) została ostatecznie w literackiej sieci ideologicznej połowów burżuazji, ona stanowiła trzon odbiorców literatury drugorzędnej i na nią przede wszystkim literatura ta była obliczona50.
W swojej analizie Łempicka odwołuje się do różnych wątków i motywów literackich - sporo miejsca poświęca m.in. topice kryminalno-sensacyjnej obecnej w powieściach Dołęgi-Mostowicza, odwołując się także do pionierskiej, przedwojennej pracy Stanisława Baczyńskiego pt. Powieść kryminalna (1932). Niemniej podstawowym punktem odniesienia pozostaje dla badaczki marksizm-leninizm, dlatego też w analizowanych tekstach dostrzega ona przede wszystkim ideologiczną manipulację. Kierowane do drobnomieszczaństwa teksty miały umacniać w odbiorcach fałszywą świadomość klasową i maskować podstawowe sprzeczności kapitalizmu, tak aby ubożejąca klasa drobnomieszczańska nadal sprzyjała burżuazji i nie nawiązała współpracy z proletariatem. W konkluzji artykułu Łempicka wskazuje natomiast, jaka jest sytuacja "literatury drugorzędnej" w socjalizmie:
Przełamanie ustroju kapitalistycznego i realizacja socjalistycznej budowy społecznej prowadzi do likwidacji powieści drugorzędnej. Zmienią swój kierunek marzenia drobnomieszczańskie i stracą urok dawne atrakcje, zresztą jednocześnie przestanie istnieć klasa drobnomieszczańska. W nowym układzie socjalnym nie będzie miejsca na podwójny adres literacki i nie będzie potrzeby forsowania sprzecznych z interesami czytelników tendencji, prowadzących do fałszowania realnego wyglądu życia albo ucieczki od niego. Literatura, otrzymując jeden ogólnospołeczny adres, jeżeli zachowa rozróżnienie na "pierwszo-" i "drugorzędną", to tym razem prawdopodobnie już wyłącznie w znaczeniu klasyfikacji artystycznej51.
Artykuł Łempickiej ma zatem charakter rozprawy literaturoznawczej, a nie publicystyki - powstał on zresztą jako referat przygotowany na IV Zjazd Naukowy Młodzieży Polonistycznej w 1949 roku52. Jako taki służył on realizacji dwóch zasadniczych celów. Pierwszy z nich to cel instytucjonalny - doktryna socrealistyczna powinna była bowiem stworzyć ramy także dla nauki o literaturze - dostarczać nowych kryteriów i narzędzi służących opisowi historii rodzimego piśmiennictwa53. Analizowany artykuł byłby więc próbą praktycznej aplikacji metody marksistowsko-leninowskiej i wykazania jej produktywności w obrębie humanistyki.
Cel drugi związany był z kolei bezpośrednio z twórczością Dołęgi-Mostowicza. Przedwojenna powieść awangardowa mogła zostać odrzucona przez socrealizm jako literatura formalistyczna, mętna, zdegenerowana, odcięta od problemów społecznych itp. Te same kryteria oceny nie sprawdziłyby się jednak jako uzasadnienie dla krytyki twórczości Dołęgi-Mostowicza, której poetyka mieściła się w kanonach powieściowego realizmu. Co więcej, autor Kariery Nikodema Dyzmy (1932) wielokrotnie tematem swoich dzieł czynił istotne problemy społeczne (m.in. bezrobocie) i nadawał niekiedy swoim utworom wyraźne cechy satyry politycznej. Trudno byłoby zatem w tym wypadku wykorzystać ten sam zestaw argumentów, którym uzasadniano skazanie przedwojennej literatury wysokoartystycznej na czytelniczy niebyt. Artykuł Łempickiej stanowi próbę literaturoznawczego (i marksistowskiego) uzasadnienia, dlaczego pisarstwo Dołęgi-Mostowicza (i w ogóle literatura popularna) są reakcyjne i nie ma dla nich miejsca w socjalistycznym życiu literackim. Dlatego autorka odwołuje się tu nie tylko do kategorii estetycznych, ale też klasowych. Dodajmy, że zadbano także o to, aby wyjaśnienie Łempickiej trafiło również do szerszego grona czytelników potencjalnie zainteresowanych lekturą Dołęgi-Mostowicza - w skróconej wersji artykuł przedrukowany został bowiem w "Przekroju"54. Sporządzony w rok później Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu nakazywał usunąć z bibliotecznych księgozbiorów wszystkie powieści tego autora z wyjątkiem Kariery Nikodema Dyzmy, Znachora (1937) i Profesora Wilczura (1939)55.
Praktyki odbiorcze
W cytowanym na początku rozdziału wierszu Prutkowskiego polski chłop dumał nad książką udostępnioną mu w świetlicy. Ale, jak łatwo się domyślić, czytelnicy nie byli zachwyceni ówczesną ofertą wydawniczą. Tak gwałtowna próba przebudowy ludycznych praktyk lekturowych musiała spotkać się z oporem odbiorców, którzy - mimo opisanych wyżej działań instytucji państwowych - nadal poszukiwali dostępu do twórczości rozrywkowej. Badacze odnotowują, że literatura socrealistyczna została właściwie powszechnie odrzucona przez czytelników. W okrojonej ofercie wydawniczej odbiorcy starali się natomiast znaleźć pozycje, które spełniałyby funkcje rozrywkowe i wolne byłyby od naleciałości ideologicznych:
Wedle ustaleń zespołu badawczego, powołanego przez Radę Czytelnictwa i Książki, w 1955 r. biblioteki powiatowe oraz średnich i małych miast oferowały 10-30 tys., wiejskich zaś - 2-4 tys. tomów, ale tylko 25-40% tych zasobów było użytkowane. Działy piśmiennictwa społeczno-politycznego, wypełnione różnymi wydaniami broszur o tych samych treściach, dziełami Lenina i Stalina, reportażami ze spółdzielni produkcyjnych i kołchozów, sięgały 25% całości. Największą liczbę wypożyczeń miały powieści Kraszewskiego i lektury szkolne, a czytelnicy bezskutecznie dopominali się o książki Rodziewiczówny, Dołęgi-Mostowicza, Dobraczyńskiego, Archibalda Cronina, Johna Galsworthy'ego, Johna Knittela, Marthy Ostenso, o "Sezonową miłość" Gabrieli Zapolskiej, "Dzieje grzechu" Żeromskiego, "Pamiętniki Wacławy" i "Na dnie sumienia" Orzeszkowej, ponadto "zamierającym echem odzywała się jeszcze pamięć o Mniszkównie". Beletrystyka stanowiła wprawdzie 30-70% całości zbiorów, ale w większości składały się na nią odrzucane przez czytelników polskie i radzieckie powieści socrealistyczne. Do zbyt sztywnego ukształtowania księgozbiorów doprowadziły: centralny zakup, kilkakrotne polityczne selekcje zasobów, połączone z usuwaniem z bibliotek wielu książek poczytnych, oraz polityka wydawnicza (...)56.
Warto podkreślić, że choć z obiegu oficjalnego skutecznie wyeliminowano literaturę popularną, to czytelnicy nadal mieli do niej dostęp. W świadectwach z epoki znaleźć możemy różne wzmianki na temat tego, w jaki sposób we wtórnym obiegu krążyła wśród odbiorców literatura rozrywkowa. W swoim artykule o amerykańskim komiksie cytowany już Piasecki wspominał wręcz o rozwiniętej, wyspecjalizowanej gałęzi handlu:
Te kłopoty anglosaskich bibliotekarzy są dla nas niemalże czystą egzotyką wobec szczęśliwego faktu, że Polsce nie grozi przeciekanie tego rodzaju "literatury". Fakt ten jednak nie może osłabić naszej czujności, a zagadnienie ochrony młodego zwłaszcza czytelnika przed książką szkodliwą winno być i naszą troską. Nie łudźmy się, dywersant ma wiele sposobów szerzenia zarazy. Oto przykład:
Na jednej z konferencji aktywu kulturalnego odbytych w Krakowie z okazji Dni Oświaty, Książki i Prasy wyszła na jaw - może tylko lokalna, jednak niezwykle sensacyjna sprawa. Mianowicie pewna działaczka oświatowa stwierdziła istnienie na terenie Krakowa dywersji kulturalnej w postaci nielegalnych wypożyczalni pornografii, literatury deprawującej i ogłupiającej: proceder ten ukrywać się ma pod płaszczykiem licencjonowanego handlu antykwarskiego po bramach i wnękach starego miasta57.
Informacja ta zostaje oczywiście włączona w typowe dla retoryki socrealistycznej nawoływanie do ideologicznej czujności - obrót książką popularną określono tu wprost mianem dywersji. Niemniej także inne źródła potwierdzają, że oficjalnie odrzucana i potępiana literatura popularna wciąż była przez publiczność poszukiwana i czytana. Dostęp do niej umożliwiały również prywatne wypożyczalnie książek, które - nieliczne wprawdzie - nadal funkcjonowały w okresie stalinowskim. Interesujących informacji na temat księgozbioru krakowskiej komercyjnej wypożyczalni "Minerwa" Wandy Kłosińskiej dostarcza opinia Józefa Korpały, dyrektora Miejskiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, wystawiona na zamówienie Samodzielnego Referatu Bibliotek przy Wydziale Kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej:
Przegląd księgozbioru wykazał, że dobór książek był raczej przypadkowy, choć uzupełniono księgozbiór klasykami literatury rosyjskiej i radzieckiej, oraz nową literaturą polską. Brak natomiast literatury marksistowskiej i politycznej. Wypożyczalnia posiada inwentarz. W 1951 r. zakupiono 273 książki. W 1952 r. zakupiono 100 książek. Do użytku czytelników posiada wypożyczalnia katalogi działowe: młodzieżowy, powieści historycznych i beletrystyka. Do wycofania zaproponowano 434 tomów. Są to książki o charakterze sensacyjnym, bezwartościowe romanse i powieści kryminalne. Poprzednio wycofano już książki szkodliwe ideologicznie. Jest to typowy księgozbiór wypożyczalni handlowej obliczonej na zyskanie klienteli i zaspokajający potrzeby rozrywkowe. Należy dążyć do likwidacji tego typu wypożyczalni, gdyż nie spełniają one swych zadań kulturalno-wychowawczych58.
Próbowano zatem ograniczać funkcjonowanie tego rodzaju wypożyczalni, niemniej wciąż kontrola nad nimi była trudniejsza niż w przypadku publicznych bibliotek. Z kolei Salomon Łastik opisywał pracowników pewnej fabryki, którzy wypożyczali literaturę popularną z przykościelnej biblioteki lub od znajomych i członków rodziny:
Zainteresowało mnie, skąd czerpią robotnice złą lekturę. Okazało się, że niedaleko od fabryki biblioteka parafialna wypożycza książki za opłatą 15 zł miesięcznie. I aczkolwiek na górnych półkach są wszystkie utwory naszych państwowych i spółdzielczych wydawnictw, istnieją tam również niewidoczne półki z przedwojenną szmirą. Bibliotekarka zakładowa twierdzi, że "Na Kamionku" jest i Mniszkówna, i Zarzycka, i Rodziewiczówna, i Courths-Mahlerowa.
(...)
[Do biblioteki zakładowej - przyp. R. D.] Między innymi przyszła młoda blondynka. Stanęła przy ladzie i prosi o broszurę pierwszomajową. Żadnych innych książek nie bierze, ale w ręku trzyma skromnych rozmiarów egzemplarz. "Co to za powieść?" - pytam. "To wypożyczyłam u kuzynki, bardzo ciekawa rzecz". Biorę tę "bardzo ciekawą rzecz" do ręki, patrzę na okładkę: Ivette Guilbert "Zza kulis szantanu", wydawnictwo Lux, 1923 r.59
Wtórny obieg książki zapewniał więc czytelnikom dostęp do literatury popularnej. O ile jednak dla Piaseckiego podobne doniesienia były pretekstem dla kolejnego wezwania do czujności, o tyle Łastik zaczął w swoim artykule sugerować, że przyczyną takiego stanu rzeczy są błędy polityki wydawniczej i kulturalnej państwa.
Zdarzało się też, że oficjalne komunikaty poświęcone kulturze popularnej mogły być przez odbiorców odczytywane w sposób subwersywny, niezgodny z intencją nadawcy. I choć wystawa Oto Ameryka wpisywać się miała w propagandowy, antyamerykański przekaz, niektóre świadectwa pozwalają nam sądzić, że ekspozycja spotkała się z zainteresowaniem zwiedzających, którzy za jej pośrednictwem mogli zetknąć się z namiastką zachodniego świata. Po latach wspominał o tym - w charakterystycznym dla siebie stylu - Marek Hłasko w Pięknych dwudziestoletnich (1966):
W roku 1952 urządzono w Arsenale wystawę pod dramatycznym tytułem "Oto Ameryka". Nazbierano do cholery i trochę eksponatów: pistolety dla szpiegów, bomby napalmowe, komiksy zrobione z "Braci Karamazow" i trupy jakichś Murzynów. Skutki były straszliwe; godzinami czekało się w kolejce na wejście, gdyż ludzie chcieli zobaczyć cokolwiek amerykańskiego; ludzie chcieli zebrać jakiekolwiek informacje o kraju czterdziestu ośmiu gwiazd; ludzie chcieli przez chwilę popatrzyć na rzeczy zrobione przez ludzi zza oceanu, którzy nigdy im nie pomogą60.
Bardzo podobną wymowę miały fragmenty Pamiętnika uczennicy, w których narratorka opisuje, jak wraz z koleżankami trafiła na wystawę. Zamiast oburzenia na imperialistyczne zapędy USA nastolatki czują dreszcz podniecenia:
zobaczyłyśmy neonowy, reklamowy tytuł wystawy "Oto Ameryka". Wysiadamy na najbliższym przystanku i idziemy. Wystawa była owszem b. dobrze opracowana. Najwięcej jednak przypadł mi do gustu wielki pokój z mapą Stanów Zjednoczonych, obrazkami New Jorku i... strojami, w których zrzuceni zostali szpiedzy 4 listopada do Polski. Sosnowski i Krzyszowski. Potem były wymienione listy, w których szpiedzy się porozumiewali. Jeden np. był taki: "Spotkamy się w czwartek na Śródmieściu". O Boże... Zaczęłam na głos, mimo tchórzliwych uwag Zosi, rozpływać się nad tym61.
Byłby to zatem jeden z jaskrawych przykładów na to, w jaki sposób w okresie stalinowskim rozmijały się nadawcze i odbiorcze kody. W wyjątkowych, sprzyjających warunkach pozwalało to na odczytanie poszczególnych komunikatów w kluczu rozrywkowym i eskapistycznym, który nie był założony przez nadawcę.
Choć stalinowska polityka kulturalna zakładała niemal całkowite wyrugowanie elementów kultury popularnej (tak z przestrzeni publicznej, jak i prywatnej), celu tego nie udało się osiągnąć. Społeczeństwo było bowiem w stanie rozwinąć cały szereg spontanicznych praktyk i strategii, które wciąż pozwalały na realizowanie potrzeb ludycznych. Zdemaskowanie oficjalnych zapewnień o wzroście poziomu kulturalnego mas było jednym z katalizatorów procesów odwilżowych.
Rok 1954
Rok 1954 przyniósł zmiany w zakresie polityki wydawniczej. Wówczas zaczęły pojawiać się w prasie kulturalnej pierwsze głosy podnoszące problem niedostosowania literatury socrealistycznej do potrzeb rzeczywistego odbiorcy. Literatura ta nie była jeszcze w całości odrzucana czy kontestowana, niemniej wskazywano na to, że czytelnik, zwłaszcza czytelnik masowy, potrzebuje także nieco innej lektury. Jedna z takich dyskusji odbyła się na łamach "Nowej Kultury" i została zainicjowana przez Anielę Łączyńską, która zabrała głos jako bibliotekarka pracująca z czytelnikiem wywodzącym się ze środowisk robotniczych. Autorka wprost pisała o tym, co utrudnia jej pracę:
Bo braki są duże, a dotyczą głównie książek. Cierpimy dotkliwie na brak odpowiedniej lektury. Może się to wydać śmieszne! Dziś, wobec tak szybko wzmagającej się akcji wydawniczej, wobec lawiny książek wypadających spod maszyn drukarskich - mówić jeszcze o brakach! A jednak ciągle chodzę zatroskana wśród półek bibliotecznych i przemyśliwam, co by tu odpowiedniego znalazło się dla czytelnika cierpliwie czekającego za ladą, ale mającego swoje zdecydowane gusta i pragnienia i nie znajduję, albo znajduję za mało, aby każdego zaspokoić62.
Zdaniem Łączyńskiej czytelnik masowy oczekiwał, że książka zawierać będzie pierwiastki przygodowe, egzotyczne, niesamowite. Bieżąca produkcja wydawnicza nie zapewniała takich powieści, a każda próba zmuszenia odbiorcy do czytania prozy, która mu się nie podoba, skazana będzie na niepowodzenie:
Bo jeszcze na końcu tych krótkich uwag podkreślić trzeba, że na nic nie zda się wpychać w rękę czytelnikowi książkę, która mu się nie podoba i której czytać nie chce. Odda ją po pewnym czasie nieprzeczytaną. Więc trafić do czytelnika teraz, gdy do nas się garnie, trafić odpowiednią lekturą i umieć go zatrzymać - to jest nasze pierwsze zadanie, jeśli chodzi o dziedzinę masowego czytelnictwa w wielkim okresie Planu 6-letniego63.
Krytyka pod adresem bieżącej polityki wydawniczej nadal była formułowana za pomocą języka stalinowskiego. Niemniej samo ujawnienie tego rodzaju wątpliwości w publicznym dyskursie miało ogromne znaczenie. Artykuł Łączyńskiej sprowokował dłuższą dyskusję, której uczestnicy próbowali bagatelizować jej zastrzeżenia, niemniej sama autorka dawała odpór takim głosom64.
Innym tekstem, który również zajmował się realnym stanem czytelnictwa, był cytowany już artykuł Łastika. Redaktor "Nowej Kultury" przyznaje na wstępie, że miał już wyrobione, na podstawie oficjalnego dyskursu, zdanie na temat masowego czytelnictwa i dopiero odwiedziny w fabryce pozwoliły mu to zdanie zweryfikować. Empiryczny kontakt z codziennością robotników sprawił, że podał on w wątpliwość propagandową wizję kultury. Jeden z jego zarzutów pod adresem polityki wydawniczej państwa dotyczy właśnie proponowanej odbiorcom literatury, która nie spełnia podstawowego kryterium - nie jest interesująca:
Rację więc miał Lew Tołstoj twierdząc, że autor powinien oceniać swój utwór z punktu widzenia przeciętnego czytelnika, szukającego w książce zajmującej fabuły. A czy w większości powieści o tzw. tematyce produkcyjnej można tę interesującą fabułę znaleźć? Raczej nie. Stąd niechęć do powieści o procentach i planach.
Naczelna prawda, którą winni pamiętać propagatorzy masowego czytelnictwa, brzmi: Czytelnik robotniczy najchętniej czyta i domaga się powieści o mocnej intrydze, o dobrze rozbudowanym wątku fabularnym65.
Również instytucje odpowiedzialne za rynek wydawniczy miały coraz większy problem z arbitralnie ustalonymi planami publikacyjnymi. Ogromne nakłady mało interesujących pozycji zalegały na półkach księgarń i w magazynach hurtowni, a badania jednoznacznie wskazywały, że współczesna literatura nie budzi entuzjazmu czytelników:
Adam Klimowicz, badając w 1953 r. obroty księgarń, stwierdził, że choć większość z nich ma szeroki asortyment, sięgający do kilku tysięcy tytułów, zaledwie kilka procent z nich wzbudza zainteresowanie klientów, którzy kupują prawie wyłącznie książki z dawnej literatury polskiej i obcej: Henryka Sienkiewicza, Józefa I. Kraszewskiego, Prusa, Elizy Orzeszkowej, Lwa Tołstoja, Jacka Londona, Victora Hugo... Natomiast nikły rezonans budziły utwory 366 pisarzy polskich współżyjących z socrealizmem, wydane w 787 tytułach, oraz literatura radziecka, reprezentowana przez 555 tytułów66.
Jak podkreślał Kondek, tego rodzaju problemy doprowadziły do prób urealistycznienia planów wydawniczych i zmodyfikowania oferty książkowej w taki sposób, aby znalazły się w niej publikacje mogące zaspokoić ludyczne potrzeby czytelników. Jednocześnie jednak musiały to być także pozycje, które nie wchodziłyby w bezpośredni konflikt z pryncypiami systemu socjalistycznego:
Efektem zainicjowanej u progu 1954 roku strategii pozyskiwania odbiorców dla publikacji generowanych przez partyjno-państwowy system komunikacji było wzbogacenie oferty wydawnictwa Iskry Przygodami Sherlocka Holmesa i Psem Baskerville'ów Artura Conan Doyle'a, Szarą wilczycą Curwooda, Tomkiem Sawyerem i Przygodami Hucka Twaina, Wyspą skarbów Stevensona i pięcioma książkami Arkadego Fiedlera (...)67.
Innym elementem tej korekty rynku wydawniczego było stworzenie w 1954 roku tygodnika "Dookoła Świata", skupiającego się właśnie na tekstach rozrywkowych. Charakterystyczny jest zresztą cytowany przez Kondka fragment artykułu Kazimierza Koźniewskiego z czwartego numeru pisma, w którym autor stwierdza, że czytelnik ma prawo do lekkiej i przygodowej lektury, a powieści, w których młodzi, flirtujący ze sobą ludzie rozmawiają o normach i procentach, są równie nieprawdziwe jak romanse Mniszkówny (których słusznie pozbyto się z rynku)68. W roku 1954 nastąpiło więc w oficjalnym dyskursie ważne przesunięcie - istotniejszą rolę zaczyna pełnić kwestia atrakcyjności tekstu literackiego, pojawiają się głosy, zgodnie z którymi pewne przyciągające odbiorców schematy literatury masowej powinny zostać inkorporowane w obręb realizmu socjalistycznego69.
Zmiana stosunku wobec kultury popularnej wpłynęła także częściowo na sposób pisania o kulturze amerykańskiej. Być może najbardziej symptomatycznym przykładem jest kolejny satyryczny wiersz o coca-coli, opublikowany w 1954 roku na łamach "Szpilek". Tym razem jednak przedmiotem satyry jest nie tyle sama Ameryka, ile rodzimi autorzy, którzy tyle miejsca poświęcają słynnemu napojowi:
Z Ku-Klux-Klanu ten, czy drugi pan,
Gdy zlinczuje gdzieś Murzyna dla swawoli,
Wnet szaleńczy rozpoczyna tan,
Dzierżąc w ręku pełen puchar coca-coli.
Ale gdyby taki właśnie zbir
Zamiast tego żłopał kefir, dajmy na to,
Wnet by z krzykiem: - Pokój, Frieden, Mir!
Murzyn buzi! - stał się szczerym demokratą.
Często także święty iście gniew
Satyryka-moralistę w szpony chwyta,
Kusy ubiór girls w nim burzy krew.
Słusznie. W rewiach zwykle tańczy się w habitach.
Jak stąd widać, całe wielkie zło,
To nie rasizm, nowych zbrojeń cień złowrogi,
Szczucie Niemców, tylko właśnie to:
Coca-cola i girlasek gołe nogi70.
Jest to kolejny dobry przykład interesującej nas tutaj korekty dyskursu. Stosunek do USA wciąż pozostaje bardzo krytyczny, ale śmiech budzi moralne wzmożenie autorów, którzy za największy problem uznają popularny napój oraz rozerotyzowane kabaretowe występy.
*
Wszystkie analizowane wyżej procesy i zjawiska miały bardzo istotne znaczenie dla przedmiotu niniejszej pracy, stanowić będą bowiem bezpośredni kontekst dla sytuacji literatury kryminalnej i fantastycznonaukowej. Najpierw utrudnianie, a następnie koncesjonowanie dostępu do rozrywki tworzą ramy, w których funkcjonować musiały rodzime realizacje gatunkowe oraz krytycznoliterackie wypowiedzi poświęcone poszczególnym konwencjom. Ponadto stosunek socrealizmu do zjawisk kultury popularnej sprawi, że fenomeny te nabiorą nowych, politycznych znaczeń. Można zatem uznać, że polityka kulturalna pierwszej połowy lat 50. będzie miała wpływ także na drugą część dekady, gdy stanowić już będzie pewien negatywny punkt odniesienia.
1 J. Prutkowski, Kultura, w: tegoż, Do żywego, Warszawa 1951, s. 33.
2 Zob. K. Dmitruk, Literatura masowa w Polsce Ludowej, Lublin [1964], s. 18-20.
3 A. Galsworthy, Tajemnica cygańskiej budy, "Co Tydzień Powieść" 1946, nr 10, s. 21.
4 Z. Starowieyska-Morstinowa, Literatura dla wszystkich, "Tygodnik Powszechny" 1945, nr 3, s. 2.
5 S. Żółkiewski, Komentarz, "Kuźnica" 1947, nr 11, s. 7.
6 Tamże. Zob. też J. Siekierska, Drogi kultury, "Kuźnica" 1947, nr 12; J. Borejsza, Na udeptaną ziemię, "Odrodzenie" 1948, nr 27, s. 1-2.
7 K. Chmielewska, Realizm socjalistyczny w nowym kontekście. Projekt badania historycznoliterackiego, "Studia Litteraria et Historica" 2019, nr 8, s. 7, https://ispan.waw.pl/journals/index.php/slh/article/view/slh.2074 (dostęp: 11.08.2021).
8 Zob. S. Kisielewski, Sztuka dla mas?, "Tygodnik Powszechny" 1945, nr 20, s. 3.
9 Szerzej na temat dyskusji o potrzebach czytelniczych robotników i chłopów zob. W. Szulc, Kultura dla mas Polski Ludowej. Wizje ideologów, twórców i publicystów z lat 1944-1956, Wrocław 2008, s. 64 i in.
10 Zob. J. Borejsza, Na udeptaną ziemię, dz. cyt., s. 1.
11 Zob. na ten temat A. Leszczyński, Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania, Warszawa 2020, s. 517.
12 O upowszechnienie kultury. Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Bolesława Bieruta na otwarciu radiostacji we Wrocławiu 16 listopada 1947 r., Warszawa 1948, s. 14-15.
13 J. Przyboś, Czas na rewolucję kulturalną, "Kuźnica" 1947, nr 11, s. 5-6.
14 kjw [Kazimierz Wyka], Czytajcie dzienniki, "Odrodzenie" 1946, nr 48, s. 9. Zob. także Z. Lichniak, Dywersanci literatury, "Dziś i Jutro" 1947, nr 36, s. 4-5.
15 Bor., Historia pewnego tygodnika, "Odra" 1949, nr 39, s. 4.
16 Redakcja, Odpowiadamy, "Co Tydzień Powieść" 1947, nr 50, s. 2.
17 A. M. Swinarski, "Co Tydzień Powieść" 1947, nr 50, s. 2.
18 Do wiadomości ob. Naczelników wszystkich Wojewódzkich Urzędów Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk z 10 lipca 1946 r. APP, Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, sygn. 5, k. 30, cyt. za: P. Nowak, Cenzura wobec rynku książki. Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Poznaniu w latach 1946-1955, Poznań 2012, s. 38.
20 Zob. M. Pietrzak, Socrealistyczna krytyka literacka w ujęciu diachronicznym, "Acta Universitatis Lodziensis. Folia Litteraria Polonica" 2008, nr 10, s. 238-241.
21 Zob. P. Zwierzchowski, "Comicsy" w służbie imperializmu, "Kultura Popularna" 2004, nr 1.
22 S. Arski, Superman i powrotny analfabetyzm, "Nowa Kultura" 1952, nr 2, s. 2.
24 rdc., "Chciałbym być bandytą"..., "Nowa Kultura" 1952, nr 8, s. 12.
25 Zob. W. Piasecki, "American Comics" jako problem bibliotekarzy brytyjskich. Z zagadnień ochrony czytelników przed literaturą szkodliwą, "Przegląd Biblioteczny" 1953, z. 3, s. 219-226.
26 K. Czukowski, Wychowanie gangsterów, w: Amerykański styl życia, il. S. Bojko, Warszawa 1951, s. 141-142.
27 Zob. S. Jaśkiewicz, Kultura atlantycka, "Wieś" 1951, nr 50, s. 7.
28 Zob. Goethe na wagę, "Nowa Kultura" 1952, nr 26, s. 12.
29 W. Gołant, Truciciele, w: Amerykański styl..., dz. cyt., s. 60.
30 S. Arski, Superman..., dz. cyt., s. 2.
31 Zob. J. Stawiński, Kultura ciśnięta w błoto, "Twórczość" 1952, nr 8, s. 221.
32 S. Jaśkiewicz, Kultura atlantycka, dz. cyt., s. 7.
33 Zob. J. Polityk [Romuald Paporisz], Nadczłowiek, "Żołnierz Polski" 1951, nr 33, s. 16.
34 A. Ważyk, Piosenka o Coca-Cola, w: Wybór satyr z literatury polskiej, wstęp J. Szeląg, Warszawa 1953, s. 98.
35 W. Tomasik, Ameryka w butelce. Rzecz o coca-coli, w: Socrealizm. Fabuły - komunikaty - ikony, red. K. Stępnik, M. Piechota, Lublin 2006, s. 422.
36 B. Kolec [Stefan Lichański], O tak zwanej literaturze lekkiej, "Dziś i Jutro" 1951, nr 50, s. 9.
37 L. Tyrmand, O panu Kolcu, lipie i lekkiej literaturze, "Dziś i Jutro" 1952, nr 8, s. 12.
38 Zob. Kisiel [Stefan Kisielewski], Książki zapomniane (felieton bibliograficzny), "Tygodnik Powszechny" 1950, nr 40, s. 12.
39 Zob. A. Sowiński, Chwalca minionego czasu, "Nowa Kultura" 1950, nr 31.
40 J. M. S. [Józef Marian Święcicki], Spór o reedycje, "Tygodnik Powszechny" 1950, nr 48, s. 12.
41 Na temat arystokratycznej krytyki kultury masowej zob. D. Strinati, Wprowadzenie do kultury popularnej, przeł. W. J. Burszta, Poznań 1998, s. 15-50.
42 Na temat selekcji zbiorów bibliotecznych zob. A. Mazurkiewicz, Polska literatura socrealistyczna, Łódź 2020, s. 456-458.
43 Por. Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu. 1 X 1951 r., posłowie Z. Żmigrodzki, Wrocław 2002. Wszyscy wymienieni autorzy znajdują się na liście nr 1.
44 Por. E. Dąbrowicz, Zdezaktualizowane. Na marginesie Wykazu książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu 1 X 1951 r., "Acta Universitatis Lodziensis. Folia Litteraria Polonica" 2013, nr 1, s. 46-47; M. Korczyńska-Derkacz, Książki szkodliwe politycznie, czyli akcja "oczyszczania" księgozbiorów bibliotek szkolnych, pedagogicznych i publicznych w latach 1947-1956, w: Niewygodne dla władzy: ograniczanie wolności słowa na ziemiach polskich w XIX i XX wieku. Zbiór studiów, red. D. Degen i J. Gzella, Toruń 2010, s. 345.
45 Z. Rodziewicz, "Szmira" - to nie jest "lekka" książka, "Głos Pracy" 1951, nr 38, s. 4.
46 J. Filipkowska-Szemplińska, O książkach szkodliwych, "Poradnik Bibliotekarza" 1950, nr 10/11, s. 14.
47 Zofia P., List z terenu, "Poradnik Bibliotekarza" 1950, nr 12, s. 15.
48 J. Skarżyńska, Między nami, "Poradnik Bibliotekarza" 1951, nr 5, s. 71.
49 Cz. Kozioł, Badania czytelnictwa. Stan i potrzeby, "Przegląd Biblioteczny" 1950, z. 3/4, s. 200-201.
50 A. Łempicka, Mostowicz - pisarz drobnomieszczaństwa. (Z zagadnień powieści drugorzędnej), "Twórczość" 1950, nr 2, s. 135.
52 Zob. J. Smulski, "Przewietrzyć zatęchłą atmosferę uniwersytetów". Wokół literaturoznawczej polonistyki doby stalinizmu, Toruń 2009, s. 38-40.
53 Zob. K. Chmielewska, Realizm socjalistyczny w nowym kontekście. Projekt badania historycznoliterackiego, "Studia Litteraria et Historica" 2019, nr 8, s. 11, https://ispan.waw.pl/journals/index.php/slh/issue/view/106/showToc (dostęp: 11.08.2021).
54 Zob. A. Łempicka, O literaturze drugorzędnej. Obrachunki z Dołęgą-Mostowiczem, "Przekrój" 1950, nr 257, s. 7-8.
55 Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu..., dz. cyt., s. 10.
56 S. A. Kondek, Papierowa rewolucja. Oficjalny obieg książek w Polsce w latach 1948-1955, Warszawa 1999, s. 106-107. Autor cytuje fragment dokumentu: Badanie z zakresu czytelnictwa masowego. Opracowanie dla Ministerstwa Kultury i Sztuki. Rada Czytelnictwa i Książki [1955]. Zbiory Instytutu Książki i Czytelnictwa BN.
57 W. Piasecki, "American Comics" jako problem bibliotekarzy..., dz. cyt., s. 225.
58 Archiwum Państwowe w Krakowie, Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, Kr Kl, sygn. 896, Selekcja książek i sprawozdania z bibliotek, k. 303, cyt. za: A. Dróżdż, Krakowskie wypożyczalnie dochodowe w latach 1945-1957: paradoksy przetrwania, w: "Nie należy dopuszczać do publikacji". Cenzura w PRL, red. G. Gzella, J. Gzella, Toruń 2013, s. 68.
59 S. Łastik, Czytelnictwo - dziedzina niezbadana, "Nowa Kultura" 1954, nr 28, s. 2.
60 M. Hłasko, Piękni dwudziestoletni, Warszawa 1995, s. 85.
61 Pamiętnik uczennicy, "Nowa Kultura" 1953, nr 48, s. 3.
62 A. Łączyńska, Bibliotekarz oświatowy prosi o głos, "Nowa Kultura" 1954, nr 7, s. 11.
64 Zob. J. Kowalski, Bibliotekarz jest wychowawcą, "Nowa Kultura" 1954, nr 12, s. 9; A. Łączyńska, W odpowiedzi ob. Kowalskiemu na artykuł "Bibliotekarz jest wychowawcą", "Nowa Kultura" 1954, nr 15, s. 11; Dyskusja o czytelnictwie, "Nowa Kultura" 1954, nr 18, s. 9.
65 S. Łastik, Czytelnictwo - dziedzina niezbadana, dz. cyt., s. 2.
66 S. A. Kondek, Papierowa rewolucja..., dz. cyt., s. 68.
67 Tenże, Literatura popularna w ofercie czytelniczej polskiego socrealizmu, w: Socrealizm. Fabuły..., dz. cyt., s. 31.
68 K. Koźniewski, Między nami, "Dookoła Świata" 1954, nr 4, s. 2-3.
69 Kondek przywołuje w tym kontekście przetłumaczony w 1954 roku artykuł radzieckiego autora A. J. Burowa, który za wzór do naśladowania dla socrealistów stawiał Annę Kareninę (1875-1877) Lwa Tołstoja, gdzie konwencję romansu i miłosny wątek wykorzystano, aby ukazać konflikty społeczne trapiące XIX-wieczną Rosję. Zob. S. A. Kondek, Literatura popularna w ofercie czytelniczej..., dz. cyt., s. 30.
70 A. Klimontowicz, Pieśń o Coca-coli, "Szpilki" 1954, nr 16, s. 9.