4. W krainie czarów
9 listopada 2000, Ethiopia Hotel, Gambela
Spojrzenie z wysoka pomaga zrozumieć historię kraju i mentalność jego
mieszkańców. Etiopia to twierdza. Nie musi to być widok z samolotu. Gdy
podróżujesz z Erytrei na południe w stronę Gonderu i dalej do Addis,
jedziesz drogą, która łączy Aksum i Debark. Innych większych arterii nie
ma, choć region zajmuje powierzchnię średniej wielkości europejskiego
kraju. Szosa pnie się serpentynami, wydaje ci się, że w pionie. Gdy
wychylisz się przez poręcz paki ciężarówki, masz wrażenie, jakbyś był w awionetce. Nie minie kilka godzin, a znajdziesz się tak wysoko, że u stóp, daleko w dole, zamglą się szczyty niedostępnych gór. To tu
powstała wiara, która w nieomal niezmienionej formie, w warunkach
ścisłej izolacji, trwa do dzisiaj. I to ona spaja połowę stumilionowej
społeczności kraju.
Etiopska odrębność, nieprzystawalność do pozostałych krajów kontynentu
zawsze budziła szacunek.
To kraj, który niezrażony piętrzącymi się z tego powodu
nieporozumieniami, ma własny kalendarz. W nim zaś dwanaście miesięcy po
trzydzieści dni i jeden miesiąc pozostałych dni pięciu. Doba zaczyna się
o wschodzie słońca, więc nasza godzina siódma rano jest w Etiopii
pierwszą. Era zaczyna się od innej daty narodzenia Jezusa, wyliczonej
przez Anonniosa z Aleksandrii na rok dziewiąty. Ich kolejny rok zaczyna
się naszego 11 września. A opisują to wszystko własnym pismem, sylabowym
alfabetem kilkuset znaków. W pisowni nie obowiązują sztywne zasady
ortografii, dopuszczalna jest spora dowolność, indywidualny rys. W zależności od tego, kto zapisuje -?czy też może warto powiedzieć:
"interpretuje" -?tekst, te same słowa mogą wyglądać inaczej.
Ortodoksyjny Kościół etiopski zwany jest Tewahedo, co w języku gyyz
oznacza: "jednorodny". Ta jednorodność dotyczy natury Chrystusa, którą
wyznawcy rozumieją jako nierozdzielną, ludzką i boską w jednym, nie zaś,
jak w rzymskokatolickim lub wschodnim, podwójną. Gyyz, dziś używany
nieomal wyłącznie w liturgii, powstał w Aksum w czwartym wieku. Do
dziewiętnastego stulecia był językiem literackim. W nim powstała epopeja
Kebra Nagast, która wywodzi historię cesarskiej dynastii wprost od
biblijnego Salomona. Spośród wielu języków współczesnej Etiopii
tigrinia, którym do dziś mówią w okolicach Aksum i w Erytrei,
najbardziej przypomina gyyz.
Tak, nie przypadkiem Evelyn Waugh, gdy w 1930 roku pojawił się jako
korespondent na koronacji cesarza Hajle Syllasje, z uśmiechem porównywał
rzeczywistość etiopską do tej z Alicji w Krainie Czarów. I ja, po
latach ucieczek i powrotów, gdy spośród wszystkich krajów Afryki
zdecydowałem się wybrać jeden, by móc wracać do niego przez resztę
życia, uczyć się go, próbować zrozumieć, skłaniać z miłością głowę przed
pięknem jego pejzażu i urodą mieszkańców, postanowiłem, że będzie to
Etiopia.
Szaszemenie, luty 1994
Moses mówi, że zbliża się koniec świata. Wyjaśnia przy tym, jak mogę go
uniknąć. Apokalipsa ma się zdarzyć wkrótce, choć ani formy katastrofy,
ani dokładnej daty Moses nie precyzuje. Ci jednak, którzy w porę
zamieszkają w dolinie Wielkiego Rowu, ocaleją. Niczym w nowej Arce,
dodaje.
-?Pamiętaj, aby kiedy się zacznie, być jak najdalej.
-?Najdalej od czego? -?próbuję uściślić, ale nie zwraca uwagi.
-?Etiopia to dobre miejsce, żeby cię nikt nie znalazł. To koniec świata.
Ale stanie się początkiem, zobaczysz.
-?Kto miałby mnie szukać? -?pytam.
-?Los? -?Tu stawia znak zapytania.
5. Paradiso
Na mojej osiemnastowiecznej mapie Aethiopia sięga aż po Przylądek
Zielony, tereny dzisiejszego Senegalu. To echo myśli greckiej: słowo
"Etiopia" oznaczało wtedy "Ląd Ludzi Spalonych Słońcem". Grecy wierzyli,
że odległą krainę odwiedzają bogowie.
W dziewiątym wieku przed Chrystusem Homer w Odysei wspomina Etiopów
jako eschatoe andron -?najdalszych ludzi. Prawdopodobnie do tego
sformułowania nawiązuje tytułem swojej słynnej książki Evelyn Waugh.
Choć ukazała się w Polsce jako Daleko stąd, w oryginale jej tytuł
brzmi Far Away People. Homer sugeruje, że Etiopowie żyją na
bezkresnych obszarach: "na obu krawędziach Ziemi, zarazem w świecie
zachodzącego słońca, jak i w rejonie brzasku". Podobnie o Etiopach pisze
Ajschylos, jakoby należeli do narodu czarnych, w najdalszej ziemi, w fontannie słonecznych promieni.
Homer w Iliadzie wspomina ich jako ludzi bez skazy,
najszlachetniejszych z wybrzeża Punt, które należy do Boga. Także
Herkules i Bachus w opowieściach starorzymskich Diodora z Sycylii obaj
byli olśnieni pobożnością Etiopów, to ich ofiary sprawiały bowiem bogom
najwięcej radości. Diodor wszelako, pisząc o Etiopach, przysięgał, że są
całkiem dzicy, a ich natura zwierzęca. Ciała ich plugawe -?twierdził,
ich pazury są długie jak u bestii, pozostają dalecy od wzajemnej
ludzkiej życzliwości i w żaden sposób nie kultywują nawyków
cywilizacyjnych znanych reszcie świata. A jednak tam właśnie wielu
mędrców antyku umiejscawia raj. Wróci do tej wizji myśl średniowieczna.
Diodor Sycylijski w Bibliothece wspomina o wyprawie Jambolosa z Etiopii na wyspę, gdzie mieszkańcy są słusznego wzrostu, proporcjonalnej
budowy. Dość podobni do siebie, o ciałach silnych i giętkich
jednocześnie. Mają czupryny, brwi i rzęsy, ale żadnych innych włosów.
Ich uszy są lepiej rozwinięte niż nasze, a podwójny język pozwala im
rozmawiać z dwiema osobami naraz. Klimat jest umiarkowany. Nikt nie
cierpi z powodu zimna. Wody nie brakuje. Gorące źródła, chłodne
strumienie. Rodzą się tam zwierzęta niezwykłe a nieszkodliwe i użyteczne. Dożywa się lat stu pięćdziesięciu. Mieszkańcy tej krainy
odchodzą ze świata, kładąc się na roślinie, która usypia ich na zawsze.
6. Najważniejsza jest dobroć
W dniu narodzenia Chrystusa Rzym, z milionem mieszkańców, jest
największym miastem świata. Pozostanie nim przez osiemnaście stuleci,
póki podobnej liczby nie osiągnie Londyn. Kto tłum tak wielki wyżywi?
Samej kukurydzy Rzymianie zjadają blisko milion kilogramów dziennie.
Większość plonu pochodzi z pól północnoafrykańskich kolonii cesarstwa.
Każdego roku osiemset statków krąży między portem w Ostii a wybrzeżami
Egiptu, skąd przez Suez kupcy wypuszczają się na Morze Czerwone i dalej,
do Indii. Jak arabscy żeglarze od tysiącleci, kupcy wykorzystują zmienne
monsuny. Ale dynamika handlu w regionie sprawia, że potrzebna jest także
codzienna wiedza praktyczna. Gdzie powstają nowe porty. Skąd można
przywieźć róg nosorożca, a gdzie znajdziemy przedmioty z szylkretu. Skąd
wziąć piżmo cywety, a gdzie są najtańsi niewolnicy, cynamon i słonie.
Wreszcie -?gdzie i za ile kupimy kadzidło i mirrę. Tę ostatnią wiedzę
muszą mieć legendarni Trzej Królowie, ale przede wszystkim kapitanowie
okrętów handlowych. Dlatego księga spisana przez nieznanego egipskiego
wędrowca okazuje się tak przydatna.
Periplus Morza Erytrejskiego, swoisty przewodnik po regionie w drodze
do Indii, po raz pierwszy opisuje port Adulis. Leży on w pobliżu
dzisiejszej Massawy. To z tego portu płyną w świat nieprzebrane bogactwa
królestwa Meroe, z terenu dzisiejszego środkowego Sudanu. Stąd ruszają w morze kupcy królestwa Aksum. Podróż do portu trwa dla nich osiem dni. To
niewiele. Z wnętrza kontynentu karawany przez pustynię wędrują
miesiącami.
Wybrzeże Morza Czerwonego nie zna deszczu. Powietrze stoi i wrze. Kilka
dni drogi na osłach w głąb lądu, trawersem w poprzek stromizny, po
klifach krawędzi Wielkiego Rowu Tektonicznego i człowiek wreszcie
oddycha. Twarz muska rześki wiatr, noce są chłodne, doliny bujne i żyzne. Bywa, że wędrujące monsuny odpoczywają w tych górach i przynoszą
aż dwie pory deszczowe -?i dwa obfite plony w roku.
Dobre miejsce do życia. Dobre do pracy, dobre do odpoczynku. A człowiek
wypoczęty chętnie zajmie się polityką i sztuką. To Aksum. Zaranie
dzisiejszej Etiopii.
Abisyńczycy utrzymują, że ich ród trwa nieprzerwanie od z górą dwóch
mileniów. W Afryce jedynie cywilizacja egipska ma głębsze korzenie, ale
próżno szukać ścisłego związku współczesnych Egipcjan z mieszkańcami
ziemi faraonów. Od szóstego do trzeciego wieku przed naszą erą plemiona
z południowej Arabii, zwanej Felix -?Szczęśliwą, w poszukiwaniu lepszego
miejsca do życia i handlu przepływają Morze Czerwone i osiedlają się na
arkadyjskiej wyżynie. To ludy semickie. Niejednokrotnie znaczące
cywilizacje państw-miast, jak królestwo Saba. Szczepią swój język,
zwyczaje i prawa wśród rdzennych chamickich mieszkańców, łączą się z nimi, by wydać na świat przodków dzisiejszych Tigrajczyków i Amharów.
Wśród tych plemion jest społeczność Habaszat. Od niej po wiekach weźmie
nazwę Abisynia. Jest i lud Agazjan. Echo tego słowa pozostanie w nazwie
języka gyyz, w którym Abisynia zapisze swe święte księgi.
Ze spotkania tak odmiennych kultur rodzi się królestwo Aksum. W jego
kamiennych pałacach zamożni kupcy negocjują z przedsiębiorczymi
Rzymianami. Goszczą posłów i handlarzy z wielkiego Bizancjum. Są
pierwsze wieki naszej ery. Oba cesarstwa wyznają wiarę chrześcijańską.
To nie tylko religia ich nowych przyjaciół w interesach, lecz także, w odróżnieniu od wcześniejszych hołdów składanych wielu bogom -?myśl
monoteistyczna. Sprzyja centralizacji władzy. Niewykluczone, że również
dlatego królowie Aksum są jej przychylni.
U progu czwartego wieku grecki mędrzec Meropiusz płynie do kraju Agazi,
jak zwie się zachodnie wybrzeże Morza Czerwonego. W wyprawie towarzyszą
mu krewni. To dwaj młodzieńcy z syryjskiego Tyru: Frumencjusz i Edezjusz. Oni jako jedyni ocaleją z rzezi, gdy piraci złupią grecki
statek. Wzięci do niewoli, trafią do króla Aksum Ylle Alady. Po latach
staną się zaufanymi władcy. Edezjusz służy na dworze. Frumencjusz,
chłopak żywej inteligencji, zachwyca aksumskiego monarchę wiedzą,
charyzmą, urodą ducha. Król chce mieć go zawsze przy sobie. Długo
dyskutują też o istocie nowej wiary. Gdy Ylle Alada umiera, zostawia
nieletniego następcę tronu, który na wychowanie trafia właśnie do
Frumencjusza. Tam chłopiec słyszy chrześcijańskie modlitwy, pieśni,
psalmy.
Młody władca, gdy wchodzi w wiek męski, pozwala opiekunowi na powrót do
domu. Ale Frumencjusz nie płynie do Tyru, lecz wędruje do Aleksandrii.
Do patriarchy Atanazego. Opowiada przejęty, że w głębi Afryki rodzi się
już wiara w Jezusa. Żarliwa i chłonna. Jeśli czegoś jej brakuje, to
kapłanów. Prosi patriarchę o wysłanie do Aksum biskupa, by pod jego
opieką trwało tam światło nowej wiary. Atanazy wie, że nie znajdzie
człowieka o większej pasji, doświadczeniu, o lepszej znajomości
lokalnego języka i zwyczajów. Pierwszym patriarchą Etiopii czyni więc
samego Frumencjusza, który wraca do Aksum i wkrótce zmienia się w mit, w legendę o Abbie Selamie, Ojcu Pokoju. Król, który przyjmuje swego
dawnego opiekuna, ma na imię Ezana.
Frumencjusz przekonuje, by władca wraz z całym dworem i poddanymi
uwierzył w dobroć Jezusa Chrystusa. "Najważniejsza jest dobroć" -?mówi
być może do zgromadzonych, ale przez kolejne wieki jego słowa zostaną na
tej ziemi wielokrotnie wypaczone i zapomniane.
Jest rok 330, mniej więcej. Sześć wieków przed podobnym wydarzeniem nad
Wisłą.
Kto przyjedzie dziś do Aksum, niewiele zobaczy z dawnej wielkości
królestwa. Pojedyncze artefakty. Ale trwają wciąż, przez stulecia,
monumentalne obeliski. Wykute ze skał, idealnie symetryczne, strzeliste
kamienne wieże. Największy z nich przewyższał podobne budowle egipskie.
Leży, pęknięty na części, w pobliżu katedry. Nieopodal tronu, na którym
koronowano wszystkich władców Abisynii aż do dnia w końcu
dziewiętnastego stulecia, kiedy Menelik II przyjmie koronę w prowincji
Szewa.
Królestwu Aksum zagrażają Agawowie, chamickie plemię, które od
niepamiętnych czasów zamieszkuje rozległe wzgórza południa. To ich
północne szczepy złączyły się z semickimi kupcami z Arabii i stworzyły
cywilizację Aksum. Południowe zaś pozostały pogańskie lub należały do
archaicznej formy judaizmu, którą do dziś wyznają Falasze -?"etiopscy
Żydzi". Pod wodzą królowej znanej w historii jako Judyta najeżdżają
Aksum, łupią kościoły, detronizują króla i mordują ukrytych na szczycie
najwyższej góry jego męskich potomków.
Początkowo niedościgli w okrucieństwie, Agawowie z czasem asymilują się
z ludami, które przybyli unicestwić, i sami przyjmują wiarę w Chrystusa.
Po latach chaosu konstytuuje się linia kolejnych władców znanych jako
dynastia Zagwe. Dla wielu: uzurpatorska. Być może pamięć o nich
zetlałaby i zgasła, gdyby nie król Lalibela i jego kościoły. Nie do
wyobrażenia, póki samemu się ich nie zobaczy. Zasługują na osobne
opowiadanie.
Od swej piastunki Umm Ayman, która była Etiopką, i od swego dziadka Abd
al Muttaliba, wędrownego kupca, który znał ponoć te ziemie, usłyszał o kraju Habasz młody Mahomet.
To musiały być dobre, serdeczne słowa. Gdy uczniowie Mahometa w pierwszych latach islamu byli prześladowani w Arabii, prorok polecił im
udać się właśnie do Abisynii; kraju, gdzie próżno szukać złego
człowieka. Po latach, kiedy islam mieczem zjednywał kolejnych wyznawców,
Mahomet miał rzec pono: zostawcie Abisyńczyków w pokoju. Nie posłuchano
go. Z wypraw zbójeckich w góry Abisynii przywożono do Mekki dobra
rozmaite, a wśród nich ludzi do pracy. To z Etiopii właśnie pochodzili
zniewoleni rodzice Bilala Ibn Rabaha, pierwszego muezina w historii.
Wojny z armiami islamu trwać będą aż do dwudziestego pierwszego
stulecia, gdy granica z Somalią pozostaje sporna.
7. W stronę Arkadii
W średniowieczu krążą wieści, jakoby Etiopowie mieli moc odwracania
biegu Nilu. Wenecki uczony Alessandro Zorzi słyszy w szesnastym wieku od
etiopskiego mnicha Abby Rafaela, że cesarz Etiopii może w każdej chwili
odebrać muzułmanom wody wielkiej rzeki. Nie robi tego zaś wyłącznie z troski o los Jerozolimy, którą wyznawcy islamu niechybnie zburzyliby w akcie zemsty.
(W wieku międzyplanetarnych podróży to wciąż temat aktualny. Budowa tamy
na Nilu Błękitnym pozostaje istotą konfliktu między Etiopią, Sudanem a Egiptem).
Na przestrzeni wieków niewiele sprawdzonych wiadomości dociera z afrykańskiej górskiej twierdzy do Europy. Nikt nie podróżuje w tamtym
kierunku. Prędzej spotyka się wędrujących Etiopczyków. W 1306 roku
ksiądz z Genui opowiada, że udało mu się spędzić kilka dni w fascynującym towarzystwie trzydziestu pielgrzymów z Abisynii. Wracali z podróży do Awinionu i Rzymu. W Genui czekali na sprzyjający wiatr. Być
może natchniony tą historią inny poddany papiestwa, Pietro Rombulo,
wybiera się -?i dociera jako pierwszy Europejczyk -?do Etiopii wiek
później, w 1407 roku.
A może młodego Pietro inspirują legendy o Księdzu Janie, który jakoby
władał w sercu afrykańskiego kontynentu wielkim chrześcijańskim
imperium.
W czasach krucjat Europejczycy znaleźli pocieszenie w myśli, że gdzieś
na Wschodzie, w samym sercu islamu, trwa królestwo mężnego
chrześcijanina, który pewnego dnia ruszy na czele swych wojsk, by odbić
Jerozolimę z rąk niewiernych.
Już w 1165 roku krąży w sferach dworskich Europy list napisany jakoby
przez samego Jana. Władca w nim przysięga, że w jego kraju znajduje się
fontanna młodości i kto w jej wody ciało zanurzy, wieki całe żyć będzie.
Płyną tam rzeki, których dno wyściełają wyłącznie szlachetne kamienie.
Hoduje się mrówki, które potrafią wydobywać złoto.
Jednym z cudów naszej ziemi jest piaszczyste morze bez wody -?chwali swą
ziemię rzekomy Jan, mając zapewne na myśli inferno Afaru. Piasek tam
jest w ruchu, jak morskie fale. Nie można go przebyć, przeto nikt nie
wie, co za nim się kryje. Nasza dobrotliwość -?kontynuuje skromnie -
pozwala przyjmować wszystkich pielgrzymów i gości. Obce nam są kradzież
i pochlebstwo, zachłanność i niezgoda. Mamy bardzo piękne żony -
zapewnia -?ale odwiedzają nas tylko cztery razy w roku, jedynie dla
prokreacji. Później każda z nich, uświęcona przez nas jak Batszeba przez
Dawida, wraca do swoich pokojów.
Ta wizja samotnych, niedopieszczonych śniadych piękności zapewne mąci w głowie niejednemu średniowiecznemu ascecie.
Wreszcie Jan opowiada o lustrze, w którym jest w stanie zobaczyć, co się
dzieje jednocześnie w każdym z jego siedemdziesięciu dziewięciu
królestw. Ostatnia historia, na wieki przed epoką powszechnej
inwigilacji, jakże prorocza.
Krążą legendy o górze Amara, która ma być jakoby twierdzą Jana. Słowo to
znaczy "Raj". John Milton pisze w Raju utraconym:
...ni góry Amary, gdzie dzieci
Swoje trzymali władcy Abisynii
Pod strażą, mimo, że niektórzy twierdzą,
Jakoby tam mógł być ów Raj prawdziwy,
Gdzieś w Etiopii na linii Równika,
U źródeł Nilu, otoczony skałą
Lśniącą, a trzeba piąć się tam dzień cały.
Pochodzenie tych opowieści nie jest jasne. Niewykluczone, że dotarły do
Europy przez Aleksandrię, jako że Kościół etiopski miał od początku
silne związki z koptyjskim. Mówi się, że były one pokłosiem wizyty
Lalibeli w Jerozolimie w dwunastym wieku, nim jeszcze został królem i w mieście Roha kazał wykuć w skale kościoły, przed których majestatem do
dziś padamy na kolana.
Jakkolwiek było, pokusa, by nawiązać kontakt z legendarnym władcą,
pomaga portugalskim misjonarzom w podjęciu decyzji o wyprawie do
Etiopii.
Parę słów o tej książce
Zrozumienie minionego jest mi niedostępne. Przeszłość jawi się w istocie
jako ziemia daleka i obca. Nie mnie, a innym to się wydarzyło.
Przeglądam strony, częstokroć naiwne, i nie rozpoznaję autora. Dawne
ścieżki. Trzydzieści lat życia, emocji, zachwytu, niepokoju, jak ująć w spójną formę? A jak opowiedzieć tysiące (miliony -?ktoś zauważy i też
będzie mieć rację) lat historii odległego kraju?
Oda, wyjaśnia słownik języka polskiego, to pieśń pochwalna,
niepozbawiona patosu. I ja go nie uniknę, bo -?niech mi wieszcz
przebaczy -?pieśń moja będzie także odą do młodości, która minęła mi na
tej wędrówce. Stanie się też -?i tu o wyrozumiałość proszę Karen Blixen
-?jako ostatni po Bieli i Dali tom trylogii, moim pożegnaniem z Afryką. Tą sprzed "Wieku Informacji". Tą, którą poznałem w udręce i ekstazie, na jakie już dziś nie mam siły, czasu i odwagi. Być może wrócę
jeszcze na kontynent w kształcie serca, ale będzie to podróż inna. Aby
nie drażnić losu, który i tak okazał się dla mnie aż nadto łaskawy.
Edil znaczy po amharsku: los. Właściwie i taki tytuł mogłaby mieć ta
książka. Bo opowiada o losie kraju i splata z nim losy pojedynczego
człowieka.
Zacząłem podróż dwudziestoparoletni. Kończę, zmierzając w stronę
sześćdziesiątki. A co zdarzyło się w drodze, to historia miłosna.
Namiętność do kraju i ludzi. Do samej drogi wreszcie. I jak w miłości
bywa, jest czas uniesień i są chwile zwątpienia; lęki, złość i wdzięczność; ucieczki, powroty.
Wracałem do Etiopii coraz bardziej inny. A ona wciąż nowe objawiała mi
twarze. Ta książka próbuje opisać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi
się dzisiaj opowieścią o przemijaniu. I o pamięci. Jest, co nieuchronne,
zapisem utraty. Ale i, raz jeszcze, kroniką zachwytu.
Forma jej migotliwa. Strony dziennika spotykają się z tekstami o wielkiej historii; wywiady o fotografii z listami od przyjaciół z oblężonego miasta; fragmenty z pogranicza poezji przenikają w raporty
Amnesty International. Kogoś ta mozaika zirytuje, to pewne. Inny pojmie,
że w ten sposób, na przestrzeni dziesięcioleci, próbuję za każdym razem
patrzeć z innej perspektywy.
Właśnie: patrzenie, widzenie. "Co raz zostało zobaczone, nigdy już nie
powróci do chaosu". Dla mnie to kwestie najważniejsze. Jest w końcu
Oda kolekcją blisko stu fotografii, wybranych z tysięcy. I od nich się
wszystko zaczęło.
Pytają: po co moje książki. A jakże inaczej zaświadczę, że te istnienia
pojedyncze zdarzyły się, raz tylko, od początku aż do końca czasu?
Ta książka żyła we mnie pod tytułem Mahlet. Ostatecznie wydał mi się
nazbyt hermetyczny. Ale dlaczego z początku wybrałem to słowo, wyjaśnię.
Mahlet. Tak miała na imię dziewczyna, która w lutym 2023 roku zmarła w lesie pod Hajnówką. Że była istotą o pozaziemskiej urodzie wspomnę, ale
nie ma to przecie znaczenia. W długą zimową noc nikt nie zdążył z pomocą. Z ogarniętej kolejną wojną Etiopii Mahlet próbowała przedostać
się do naszego świata. Myślę często o jej samotności w tamtej chwili. O jej lęku, nadziei, rozpaczy. O jej ostatnim oddechu.
Chcę, z szacunkiem, zadedykować tę książkę pamięci Mahlet Kassa.
W Etiopii, gdzie każde imię opowiada historię, Mahlet znaczy: Pieśń
Pochwalna. Oda.
Marcin Kydryński
nad Liwcem, 2 lipca 2025
Na prośbę kilkorga bohaterów Ody ich imiona lub inicjały zostały
zmienione.
Będę wdzięczny, jeśli Czytelnik sięgnie po etiopskie historie z tomu
Biel. Rozdziały: Dwie opowieści o okrucieństwie; Andrew Wilson; Siedem
notatek z Etiopii pomogą w pełnym zrozumieniu tej książki.
W 1487 roku król portugalski Jan posyła na wyprawę swego zaufanego Pedro
de Covilh?o, by odnalazł mityczne ziemie. Wędrowiec zostaje przyjęty z przyjaźnią przez abisyńskiego władcę, ale nie może opuścić górskiego
królestwa.
Trzydzieści lat później, gdy Vasco da Gama otwiera morską drogę do
Indii, portugalscy misjonarze pod wodzą Rodrigo de Limy cumują w porcie
Massawa i wędrują dalej lądem, na dwór cesarza Lebny Dengela.
Lebna okazuje się przyjazny Europejczykom, choć niezadowolony z prezentów i zniechęcony kłótniami, które dzielą przybyszów. Covilh?o
wciąż żyje, a jego wiedza o zwyczajach królestwa i znajomość języka
okazują się bezcenne. Misjonarze zostają w Abisynii sześć lat, a po
powrocie do Portugalii jeden z nich, Francisco Álvares, opisuje odległy
kraj w księdze Prawdziwa Relacja z Ziem Króla Jana.
Przedstawia stolicę cesarstwa jako zbiorowisko namiotów. Pięć z nich, na
środkowym wzgórzu, stanowi siedzibę królewską. Także w namiotach
mieszczą się kościoły: Świętej Marii i Krzyża Świętego, kolejny służy za
królewski skarbiec.
Nieopodal biwakuje królowa i kuchmistrze, w pobliskim namiocie orzeka
sąd. Całe królestwo jest w nieustannej drodze, a cesarz wędruje na
dorodnym mule prowadzonym przez sześciu służących. Orszak rozpoczyna
dwudziestu zbrojnych, a z nimi bieżą cztery lwy spięte solidnym
łańcuchem.
Oddany sprawom wiary Lebna o każdej godzinie dnia i nocy gotów jest
wezwać mnicha Álvaresa na zawiłą teologiczną dysputę. Cesarz święci
zarówno niedzielę, jak i szabat, a w całym królestwie, jak w judaizmie,
obrzezuje się chłopców w niemowlęctwie.
Ogromne wrażenie robi mnogość kościołów, klasztorów i miejsc kultu.
Zdumiewa Álvaresa pradawna praktyka odseparowania całej rodziny
królewskiej na wysokim wzgórzu o stromych, niedostępnych ścianach. To ma
zapobiegać koteriom i buntom. Patrząc na historię Europy, trudno nie
przyznać abisyńskiemu władcy racji w tej zapobiegawczej przebiegłości.
Gdy Portugalczycy opuszczają ziemię cesarza, Lebna stawia czoła
największemu wyzwaniu. Abisynia pozostaje ze wszystkich stron otoczona
państwami islamu: Ifat i Adal. Od czternastego wieku trwa w stanie wojny
z Hararem. W kolejnym stuleciu sułtan Stambułu Selim podbija Egipt, a niedługo później, w 1517 roku, Turcy lądują w portach Morza Czerwonego.
Ahmad Ibrahim, dowódca Adalu, znany jako Leworęczny, wsparty i uzbrojony
przez Turków, rusza na Abisynię. Dziesiątkuje wojska cesarskie. Jak
niegdyś Judyta w Aksum, i on morduje całą królewską rodzinę ukrytą na
szczycie wzgórza, pali kościoły, łupi skarby.
Lebna znajduje schronienie w górach interioru. Mówi się, że zamieszkuje
w klasztorze na świętej górze Debre Damo. Prosi o pomoc Portugalczyków,
ale umiera, nie doczekawszy dnia, kiedy syn Vasco da Gamy, Krzysztof,
przybędzie z odsieczą. Przyjmie go już Klaudiusz, syn zmarłego władcy. W serii bitew to jedni, to drudzy ogłaszają zwycięstwa. Da Gama ginie w walce. Klaudiusz zbiera rozbite wojska i staje do bitwy nad Jeziorem
Tana. Tam polegnie Leworęczny i nieliczni z rozgromionych najeźdźców
żywi przekroczą granicę w panicznej ucieczce.
W siedemnastym i osiemnastym stuleciu poddani Kościoła etiopskiego
podlegają wciąż patriarsze z Aleksandrii. Tylko on może namaścić Abunę,
głowę lokalnego Kościoła. Dlatego wysiłki Portugalczyków, by nawrócić
Abisynię na jedyną, ich zdaniem, słuszną drogę wiary, nie mają szans
powodzenia. Dwaj władcy, którzy przyjmują katolicyzm, giną w rebeliach.
Ich potomek, Fasilides, wypędza ostatnich jezuitów i zakazuje katolikom
wstępu do królestwa. Abisyńczycy zamykają się w swej odwiecznej wierze,
nieufni, niechętni, a wręcz wrodzy wobec przybyszów z daleka.
Tej wrogości doświadczę i ja wieki później, ukamienowany pod Gonderem.
Na swą stolicę Fasilides wybiera właśnie Gonder, wioskę na północnym
brzegu Jeziora Tana, i tam, po stuleciach tułania się z namiotami,
buduje pierwszy w dziejach cesarstwa kamienny pałac. To nie zapewnia
trwania dynastii. Następcy Fasilidesa, tchórzliwi i nieudolni, są
jedynie marionetkami w rękach potężnych magnatów ziemskich, swoistej
abisyńskiej szlachty. Bywa, że sześciu cesarzy walczy ze sobą o jedynowładztwo. Na półtora wieku Abisynię przesłania cień chaosu i rzezi. Niewielu śmiałków z Europy wybiera się do górskiego królestwa.
Wszelako zapisy portugalskich ekspedycji, pióra ojców Álvaresa, Páeza i Lobo, inspirują do podróży szkockiego szlachcica nazwiskiem James Bruce.
To wielki człowiek, w całej dwuznaczności słowa. Pewna dama w Londynie,
najwyraźniej entuzjastyczna bywalczyni cyrku, tak komentuje posturę
podróżnika: "To najogromniejszy człowiek, jakiego można zobaczyć za
darmo".
Bruce dociera do źródła Błękitnego Nilu. Nie jest kaznodzieją,
reformatorem, moralistą. Los niewolników jest mu obojętny. W niczym nie
przypomina swojego rodaka, o wiek późniejszego Roberta Livingstone'a.
Czysta ciekawość, pasja i namiętność pchają Bruce'a do wnętrza Afryki.
Poszukiwacz przygód, ale jeszcze nie awanturnik.
Przywozi z Etiopii historie, które na epokę ustalają wizerunek kraju w oczach Europejczyków, choć jego opowieści nikt nie traktuje poważnie.
Bruce mówi o ludziach z kolczykami w całym ciele, nacierających się
bydlęcą krwią. Opowiada o dziewięcioletnich żonach i matkach. W drodze z Aksum do Gonderu spotyka trzech Etiopczyków, którzy zgłodniawszy,
obalają na ziemię krowę i wycinają z niej spore porcje ciała. Następnie
zalepiają rany gliną i odpędzają zwierzę, sami posilając się surowym,
jeszcze ciepłym mięsem.
W Gonderze Bruce świadkuje ucztom, gdzie także wycina się mięso ze
spętanych przy stołach bydlątek, pije do nieprzytomności i bez
zakłopotania poszukuje zmysłowego zaspokojenia. Szkot wspomina, że gdy
para przy stole zapragnie miłości, jej sąsiedzi nieznacznie tylko
zakrywają nieskromną scenę połami swoich szat. Kiedy po głośnych
dowodach spełnienia para wraca do ucztowania, biesiadnicy piją zdrowie
kochanków, by wkrótce przyglądać się kolejnym chwilom szczęścia w innej
części komnaty.
Bruce zatrzymuje się na dworze rasa (powiedzielibyśmy dziś: barona,
cesarskiego ministra) Mikaela. To postać szekspirowska. Lub, jeśli ktoś
woli, Frank Underwood swojej epoki. Człowiek ten nie waha się dwukrotnie
zamordować panujących władców, by na ich miejscu umieścić swoich
protegowanych, którymi bez trudu steruje. Gdy Bruce spotyka go po raz
pierwszy, Mikael jest akurat zajęty osobistym wyłupywaniem oczu jeńcom z ludu Galla. Jego żołnierze wracają z potyczek, mając przytroczone do
włóczni odcięte genitalia wrogów. Ten zwyczaj przetrwa do progu
stulecia, kiedy to Etiopczycy pokonają Włochów pod Aduą.
Jakkolwiek olśniony urodą kraju, rzucony na kolana widokiem wodospadów
Tys Ysat, o których z egzaltacją pisze w swojej książce wspomnień jak o najpiękniejszym miejscu na ziemi, Bruce pozostaje całkowicie nieczuły na
etiopską sztukę malarską, tak ważną od wieków dla tradycji kraju.
W Europie "nawet najgorsi malarze szyldów nie płodzą takich bohomazów",
mówi o fresku w klasztorze na wyspie Jeziora Tana.
Bez większego szacunku napisze też o tych dziełach dwieście lat później
Waugh. W kościele etiopskim "tradycyjne wzory kopiuje się i kopiuje
ponownie, z niewielkimi zmianami. Kiedy zaczynają blaknąć, a kościół na
to stać, wzywa się malarza, by je odnowił, tak jak w Europie wzywa się
tapeciarza".
Co jednak robi wrażenie na angielskim reporterze, to królewskie
insygnia. Waugh odwiedza muzeum, w którym bierze do rąk "koronę zdobytą
przez generała Napiera pod Magdalą i przekazaną Victoria and Albert
Museum, oraz ogromny, wydrążony kamień, który pewien abisyński święty
nosił jako nakrycie głowy".
Wydaje się możliwe, że wspomniany przedmiot mógł być po prostu dzwonem.
Wiele takich kamiennych, wydrążonych instrumentów widziałem w klasztorach na Jeziorze Tana. Są wciąż w codziennym użytku. Tam także
miałem w rękach koronę cesarza Tewodrosa, zwanego w naszej literaturze
Teodorem. Zapewne tę samą koronę, której dotykał Waugh. Z pewnością zaś
tę, która zdobiła głowę jednego z najbardziej ekscentrycznych władców w nowożytnej historii. A spora w tej dziedzinie konkurencja. Dziś korona
spoczywa za szkłem w muzeum przy jednym z klasztorów.
Gdy wędrowałem po Etiopii w końcu lat dziewięćdziesiątych, skarby
królewskie mnisi trzymali w szopie z trzciny i blachy falistej,
zamykanej na skobel. Poprosiłem, by pozwolili mi niektóre z nich wziąć w dłonie.
8. Korona Teodora
Ciężka. Wygląda jak zespawany ze stali, wielopiętrowy tort weselny.
Zdumiewająca jest historia właściciela tej korony. Cesarza, o którym
mówi się, że był twórcą zjednoczonej Etiopii. Prekursorem poczynań
Menelika II i Hajle Syllasjego. Jest wszelako w jego życiorysie silny
rys szaleństwa. I to ono, jak zwykle, wydaje się szczególnie
interesujące. Zwłaszcza że przyniosło konsekwencje na skalę światową.
Teodor naprawdę ma na imię Kassa, a jego ród nie wywodzi się od
biblijnego Salomona. W epoce, którą nazwalibyśmy z naszej perspektywy
rozbiciem dzielnicowym, wychowuje się na dworze jednego z książąt. Gdy
po śmierci protektora odmówiono Kassie schedy, zostaje rozbójnikiem o sporych ambicjach i politycznej misji. Swoistym Robin Hoodem odległej
afrykańskiej prowincji. Rozbija kolejno armie skłóconych ze sobą
książąt, pozostaje wkrótce sam na polu bitwy i koronuje się na cesarza.
Przybiera imię Tewodros.
To, co dzieje się później, jest kroniką determinacji, okrucieństwa,
obłędu i farsy. Cesarz wędruje po kraju z wojskiem i ze świtą
kilkudziesięciu tysięcy ludzi, rozstawiając co noc nowe miasto namiotów.
Jednoczy mieczem kolejne prowincje, wyrzyna do ostatniego człowieka
separatystycznych buntowników, jak wieki po nim wciąż robić będzie
Mengystu czy -?ze szczególnym talentem i pasją -?pokojowy noblista Abiy
Ahmed.
Powstanie silnej, jednej władzy w regionie nie może ujść uwadze
światowych mocarstw. Anglicy budują Kanał Sueski i widzą szansę na
pozyskanie partnera u brzegów Morza Czerwonego. Walter Plowden, urzędnik
brytyjski, który przebywa wtedy w Etiopii, zostaje mianowany konsulem.
Przyjmuje misję rozpoczęcia rozmów o sojuszu.
Moglibyśmy chyba powiedzieć, że cesarz Teodor żyje według słów: "letnich
wyplują usta Pana". Każde uczucie jest w jego życiu wrzące, ostateczne.
Zaprzyjaźnia się z Walterem tak serdecznie, że gdy Anglik ginie zabity
pod Gonderem przez okolicznych wieśniaków, władca w akcie zemsty morduje
ponad dwa tysiące swoich poddanych w całej okolicy, by nie przeoczyć
winnych.
Królowa Wiktoria wysyła na miejsce Plowdena nowego konsula, nazwiskiem
Charles Duncan Cameron. Niefortunnie powierza mu też misję zbadania, czy
w okolicach sudańskiej Kassali da się uprawiać bawełnę. Trwa wojna
secesyjna w Ameryce, dostawy tego surowca z Nowego Świata wstrzymano.
Dla Teodora Sudan jest jednak terytorium wrogim, a układanie się z nim,
handlowanie -?aktem zdrady stanu. W liście prosi Wiktorię o zajęcie
jasnego stanowiska w konflikcie i wsparcie w walce z islamem.
Ten jeden list okazuje się ważny. Cesarz nie otrzyma na niego
odpowiedzi. Ktoś w Londynie gubi pismo, o czym jednak władca nie mógł
wiedzieć. Gdyby ów anonimowy urzędnik ministerstwa dostarczył był (had
he delivered...) list do adresatki. Gdybyż cesarz mógł wówczas po prostu
zadzwonić (had he been able to call...), jakże inaczej potoczyłyby się
koła historii.
Tymczasem Teodor uznaje, że go zlekceważono. Tego nie robi się -?ani
wówczas, ani dzisiaj -?nie tylko afrykańskim przywódcom o wybujałym ego.
Urażony w swojej dumie, Teodor podejrzewa intrygę i zdradę Brytyjczyków.
Gdy Cameron wraca z Kassali, cesarz więzi go wraz ze wszystkimi
europejskimi gośćmi dworu. Są wśród nich misjonarze, są niemieccy
rzemieślnicy, ich żony (często Etiopki) i dzieci. W sumie kilkadziesiąt
osób.
Rozpoczyna się kilkuletnia mediacja, wymiana niezliczonych listów, w których na przemian Teodor upokarza się, unosi, grozi, błaga o wybaczenie, szantażuje, żartuje, wieszczy katastrofy. Analiza tych
tekstów tworzy portret jednego z najbardziej oryginalnych władców w dziejach.
Do królowej brytyjskiej pisze, że jest "nieuczonym Etiopczykiem bez
wykształcenia", i prosi, by "doradziła mu, a nie go obwiniała".
Do mediatora królewskiego Hormuzda Rassama mówi: "Nieraz słyszałem, że
nazywano mnie szaleńcem, ale nigdy w to nie wierzyłem. Jednakże po tym,
jak postąpiłem z wami dziś po południu, doszedłem do wniosku, że to
prawda. Ale jako chrześcijanie powinniśmy być zawsze gotowi do
wybaczania swoim bliźnim".
Co zrobił cesarz mianowicie? Wtrącił posłańca w kajdanach do lochu w twierdzy Debre Tabor razem z pozostałymi więźniami, w sprawie których
nieszczęśnik mediował. A wcześniej przecież wymienia z Rassamem listy, w których zapewnia go o przyjaźni, obdarowuje prezentami -?wręcza mu na
przykład dwa lwiątka. Pisze do brytyjskiego mediatora między innymi tak:
"Im bliżej jestem ciebie, tym bardziej czuję się szczęśliwy".
A uwięziwszy go wraz z resztą zakładników: "Z mocy Bożej przybywam do
ciebie. Och, mój przyjacielu, nie myśl, że żywię ku tobie choć trochę
nienawiści. Naraziłem cię na twoje obecne położenie po to, żebym
wreszcie mógł poznać ludzi z twego kraju...".
Ma wkrótce poznać ich bardzo wielu.
Na oczach Europejczyków Teodor ułaskawia etiopskich więźniów, których
częstokroć jedynym przewinieniem jest niewłaściwe spojrzenie w stronę
dwunastoletniej żony cesarza lub roześmianie się w obecności władcy. Po
chwili jednak wpada w szał i ułaskawionych już więźniów własnoręcznie
siecze szablą, strąca do przepaści. Podczas jednej z takich awantur
naliczono sto dziewięćdziesiąt siedem ofiar cesarskiego gniewu.
Konsula Camerona jednak nie uwalnia. I w ten sposób doprowadza do być
może najbardziej kuriozalnej sytuacji w historii. Największe światowe
mocarstwo epoki powołuje ogromną armię i wysyła ją na wielomiesięczną
ekspedycję do nieomal niedostępnego kraju wyłącznie w obronie honoru. W imię zasad.
Brytyjska armada złożona z żołnierzy wielu nacji, ras i języków, z kilkudziesięcioma tysiącami zwierząt jucznych, w tym dziesiątkami
indyjskich słoni, wyrusza na kilkuset statkach z Bombaju, by po trzech
miesiącach marszu przez kaniony, przepaście i przełęcze północnej
Etiopii stanąć pod twierdzą w Magdali, gdzie Teodor trzyma więźniów.
"Marzę o dniu, kiedy zobaczę zdyscyplinowaną armię europejską" -?mówi
chwilę wcześniej Teodor do jednego z uwięzionych niemieckich
rzemieślników. Drwi jednocześnie z własnych żołnierzy, nazywając ich
bandą obszarpańców.
Widzi zdyscyplinowaną armię, wedle życzenia. A widok musi być wspaniały.
Młody Henry Morton Stanley, późniejszy niestrudzony odkrywca wnętrza
kontynentu, być może największa legenda dziewiętnastowiecznej Afryki,
jest korespondentem wojennym dla dziennika "New York Herald". Opisuje
pochód armii przez Wyżynę Abisyńską.
"Na przodzie szła kawaleria, żołnierze w karmazynowych czapkach i zielonych mundurach, oficerowie w srebrzystych hełmach na głowach. Za
nią postępowali piechurzy, wśród nich pułk irlandzki, w którym wielu
białych z policzkami ogorzałymi od indyjskiego słońca nosiło brody, a także Beludżowie w zielonych kurtkach z czerwonymi wyłogami, w fezach
owiniętych długimi zielonymi szarfami na kształt turbanów. [...] Pochód
zamykała kolumna transportowa z działami i zapasami, ciągnąca się na
ponad dziesięć kilometrów, a w jej szeregach maszerowali przedstawiciele
niemal połowy nacji Indii i Bliskiego Wschodu: Turcy, Persowie,
Egipcjanie, Arabowie, sikhowie, muzułmanie i hinduiści".
Marszałek polny lord Robert Napier jedzie na słoniu, w otoczeniu
eskorty. Przynajmniej takim przedstawiają go kronikarze tej kampanii,
gdy spotyka się ze zbuntowanymi przeciw Teodorowi władcami etiopskich
prowincji, by pozyskać ich wsparcie. Rozmach ekspedycji przypomina opisy
marszu perskiej armii króla Dariusza na Grecję z Dziejów Herodota.
Bitwa pod Magdalą w święta Wielkiej Nocy 1868 roku jest krótka. Opiewany
w ludowych podaniach słynny moździerz etiopski, który ciągnąć musiało
pięciuset ludzi, symbol cesarskiej siły, rozpada się przy inauguracyjnym
wystrzale. W pierwszym szturmie ginie ponad siedmiuset Etiopczyków,
podczas gdy w brytyjskiej armii umiera w wyniku odniesionych ran dwóch
żołnierzy. Historyk Niall Ferguson w Imperium twierdzi wręcz, że nie
zginął nikt. Cesarz Teodor popełnia samobójstwo.
Więźniowie zostają uwolnieni po czterech latach udręki. Co zdarza się
później, nie ma precedensu w dziejach. Wielka armia, zamiast okupować
zdobyty kraj, zamiast rabować i gwałcić, wycofuje się, nie krzywdząc
nikogo, po własnych śladach. Zabiera parę pamiątek. Jakieś rękopisy w gyyz, trochę biżuterii. I odpływa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2. Kuzynka Łucja
14 listopada 2019, czwartek, Muzeum Narodowe, Addis Abeba
Choć już dorosła, gdy idzie lekko pochylona przez łąkę, kryje się cała w wysokiej trawie. Waży zaledwie trzydzieści kilogramów. Sypia zwykle w koronie drzewa, tam czuje się bezpieczna. Sprawnie ostrzy badylki, nim
upoluje rybę albo jaszczurkę, ale woli owoce.
Myślę o niej z czułością. W mej wyobraźni ma mądre oczy. Patrzę w nie
chciwie, spragniony odpowiedzi. Jak brzmi jej głos -?tego się nie
dowiem. A przecież mówi ze znajomymi, mają zapewne wspólne plany.
Jeszcze nie wieczór przy ognisku. Ale spacer nad rzeką -?z pewnością.
Jeszcze razem nie muzykują, nie siadają przed skalną sztalugą, by z nagłej potrzeby doświadczania piękna naszkicować lotną antylopę w biegu
przez sawannę. Czy ta drobna dziewczyna, spragniona dotyku, tuli się do
przyjaciół? Czy jeden jest jej szczególnie miły? Czy szuka jego
towarzystwa? Czy tęskni? Czy kocha? Jakim dźwiękiem, zanim otrzyma imię,
woła ją ojciec jej dziecka?
Czy zdąży zostać matką? Nie jest przecie w prostej linii moją krewną.
Raczej daleką kuzynką, którą znam z rodzinnych opowieści, nim spotkamy
się po raz pierwszy.
Dziś, trzy miliony dwieście tysięcy lat później, Lucy leży w niewielkiej
gablocie pośrodku muzealnej sali. Obok niej koleżanki i koledzy niewiele
doprawdy młodsi, o milion lat, półtora. Cóż to jest w perspektywie
kosmicznej, w dziejach wszechświata? W historii człowieka jednak to czas
znaczący, skoro dzień Ukrzyżowania minął niespełna dwa tysiące lat temu.
Patrzę na znakomicie zachowaną szczękę i zdrowe, jak się zdaje, zęby,
które ponad trzy miliony lat temu w Afarze, gdzie dziś tylko piach i żwir, znajdowały soczyste pędy, owoce, nasiona.
Imię "Lucy" nadali jej w 1974 roku paleoantropolodzy za ulubioną
piosenką Beatlesów. Wolę jej imię amharskie, które brzmi Dinkenesh i znaczy: jesteś piękna.
Gdy przed trzema laty odkryto w tym regionie szczątki starszego od Lucy
o sześćset tysięcy lat mężczyzny (czy to właściwy ton pisania o Australopiteku anamensis?), jego czaszkę nazwano bezosobowo i wyjątkowo niefortunnie: MRD. Jak mniemam, Francuzi nie uznali tego za
dobry żart.
Choć wśród naukowców trwa wyścig: kto znajdzie istotę starszą i bardziej
kompletną, nasza jaźń nie czyni różnicy między 3,2 a 3,8 miliona lat.
Niektóre fragmenty kości liczą sobie ponad 4 miliony. Wokół szkieletu
słynnej dwudziestopięciolatki -?w takim wieku bowiem Lucy zastygła na
wieczność -?znaleziono trzynaście innych postaci.
Pamiętam spacery wąwozem Olduvai, spojrzenie na odciśnięty w skamieniałym błocie ślad stopy praczłowieka, któremu nie nadano imienia,
a jedynie swoisty tytuł naukowy: Homo habilis, człowiek zręczny, bo
sprawność nadgarstka pozwalała mu na finezyjne posługiwanie się dłońmi i przedmiotami.
Pamiętam wyprawę do Lodwar i dalej, nad jezioro Turkana, gdzie półtora
miliona lat temu moi dalecy przodkowie krzesali już ogień. Skwar. Sól.
Wiatr. Kamień. Czerwień termitier. Szmaragd wody. To po kenijskiej
stronie jeziora Richard Leakey znalazł kości najbliższego mojego
krewnego, Homo erectus. Człowiek wyprostowany jeszcze nie wymyślił
granic innych niż krawędź pastwiska. Żył zatem i na północnym, dziś
etiopskim brzegu jeziora, gdzie wielokrotnie spotykałem ludzi niejako "w połowie drogi". Między pierwszym ogniskiem a misją na Marsa. Mursich,
Bodi, Dassanechów, Hamerów. I część mnie wtedy nieodmiennie wracała do
domu praojców.
Przodkowie, których dzieci przedsięwzięły wędrówkę znad jeziora Turkana
na północ, by po tysiącach pokoleń stać się moimi rodzicami, nie mają
imion. Tym samym trudniej im zaludnić naszą wyobraźnię.
Jej, nie matce przecie, a kuzynce, los przygotował takie zadanie.
Spośród tysięcy. Musi nieść to brzemię. Lucy pozostaje, zapewne także
dzięki wdzięcznemu żeńskiemu imieniu zamiast numeru katalogowego,
symbolem. Dla wielu symbolem dumy, że choć trwało to jakiś czas, to
jednak zaszliśmy tak daleko. "Yeti, Szekspira mamy!" Dla innych symbolem
wstydu, że tak szybko udało nam się zdewastować świat, który Lucy
oglądała zachwyconymi oczami. Dla innych jeszcze symbolem zażenowania,
bo przecież to niemożliwe, żeby moja Zosia... z tego? Dla innych może
znakiem spisku, bo w Księdze napisano inaczej.
Co czuję, stojąc nad... trumną Lucy? Bo przecież to jest trumna. Nie inna
od tej na Jeziorze Tana, gdzie za szkłem widzę kości króla Fasilidesa.
Myślę o nagłym przyspieszeniu w dziejach Ziemi, która trwać mogła
jeszcze miliardy lat we względnym spokoju praw natury, gdyby nie Lucy i jej daleka rodzina znad jeziora Turkana. Gdyby w nieobjętej kadzi czasu
także Homo erectus, jak wcześniej krewni Lucy, australopiteki, zmarł
bezpotomnie. Czy kto inny wymyśliłby muszkiet, niewolnictwo, reality
show i bombę atomową?
Pojawiają się, nieuchronne: jak długo jeszcze? co się wydarzy? I wreszcie: jak to się skończy? Myśl, która zarazem przeraża i koi: nikt,
jakkolwiek sumiennie badałby rzeczywistość, nie zna odpowiedzi na te
pytania.
Inaczej w Etiopii. Jeśli jest na kontynencie jeden kraj, który istotnie
ma powody do dumy -?zakładając na chwilę wbrew rozsądkowi, że
jakakolwiek duma z osiągnięć przodków ma sens -?to właśnie ten Dach
Afryki. Przez pięć lat okupowany, lecz niezdobyty nigdy. Z trwałą
historią pisaną od stu pokoleń. Ze szczątkami praczłowieka, z najzdrowszą dietą świata. Z autentyczną, głęboką wiarą -?kto pójdzie na
codzienne ośmiogodzinne msze, ten zrozumie różnicę między wiarą
Etiopczyków a powierzchowną, odpustową religijnością. Z architektonicznym cudem skalnych kościołów, które -?jakkolwiek liczą
sobie blisko dziesięć wieków -?codziennie służą tysiącom ludzi. Z wielokulturowością, dziesiątkami języków, ras, tradycji i ich szorstkim
niejednokrotnie, ale jednak współistnieniem. Wreszcie, choć przyznaję,
że tego nie da się zmierzyć: oto kraj największej urody pejzażu i ludzi.
Jest powód do szczęścia raczej niż dumy. Powód, by to chronić,
zatrzymać, ocalić.
Wielokrotnie latałem nad górami i płowymi pustkowiami Etiopii.
Pojedyncze stare chaty z gliny, o okrągłych spiczastych dachach krytych
liśćmi powoli ustępują dziś miejsca klockom z drutu i blachy falistej. W stronę osad prowadzą strome ścieżki. Marsz do najbliższej wsi zajmuje
kilka dni. W porze deszczowej nawet i te drogi przestają istnieć.
Zmieniają się w rwące potoki błota. Miałem wrażenie, że patrzę na ludzi
doskonale odizolowanych od programów informacyjnych, pocztówek z Paryża,
podatków, prądu i pism ilustrowanych czy pozostałych elementów, jakie
składają się na nasze życie. Wystarczy im piękno pejzażu, plony z własnego pola, pokora wobec sił natury i płomień wieczornego ogniska.
Sądziłem, że muszą to być ludzie, których ominęły pycha cesarstwa,
upokorzenie socjalizmu czy imperialne ambicje kolejnych władców.
O tym odosobnieniu, tej wolności od terroru nadążania, o ludziach
żyjących na uboczu myślę z tęsknotą i kroplą zazdrości. Bo choć przez
blisko wiek zmieniło się tak wiele, ich świat przetrwał nieomal
nietknięty.
Jest Etiopia, by porwać się na brawurowe sformułowanie: Włochami Afryki.
Niewykluczone, że instynktownie pojął to generał Oreste Baratieri,
ruszając na Aduę, a pokolenie po nim Benito Mussolini.
Otwartość, zniesienie granic, dążenie do raza cósmica, w której trudno
już powiedzieć, kto jest jakiego koloru, współistnienie w ramach
swoistych zjednoczonych stanów, świeckie państwa -?te wizje, które zdają
mi się tak kuszące w Europie -?w Etiopii są nie do zaakceptowania. Co
jednemu pomoże, drugiemu zaszkodzi, by na etiopskiej prowincji odwołać
się do polskiego ludowego porzekadła.