Oddychaj mną - Abbi Glines

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Jax

To ko­niec. Na­resz­cie. Ostatni przy­sta­nek w to­ur­née. Otwo­rzy­łem drzwi pry­wat­nego apar­ta­mentu, a Kane, mój ochro­niarz, za­mknął je po­rząd­nie za mną. Krzyki po dru­giej stro­nie drzwi przy­pra­wiały mnie tylko o ból głowy. Kie­dyś mnie to ba­wiło. Te­raz je­dyne, o czym my­śla­łem, to uciec od tego wszyst­kiego. Dziew­czyn. Ry­go­ry­stycz­nych har­mo­no­gra­mów. Braku snu i cią­głej pre­sji. Chcia­łem być kimś in­nym. Gdzie­kol­wiek in­dziej.

Opa­dłem na czarną skó­rzaną sofę i pa­trzy­łem na mo­jego młod­szego brata Ja­sona, który stał z wiel­kim uśmie­chem na ustach i dwoma pi­wami w rę­kach.

- To już ko­niec - ogło­sił. Tylko Ja­son ostat­nimi czasy ro­zu­miał moje od­czu­cia. Był ze mną pod­czas tej sza­lo­nej jazdy. Wi­dział, jak ro­dzice pchają mnie do przodu, a ja z nimi wal­czę. On był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem. Już dawno temu da­łem so­bie spo­kój z roz­my­śla­niem, kto lubi mnie dla kasy i sławy. To było bez sensu.

Ja­son po­dał mi piwo i usiadł na so­fie.

- Da­łeś dzi­siaj czadu. Pu­blicz­ność osza­lała. Nikt by nie przy­pusz­czał, że nie mo­żesz się do­cze­kać po­ran­nej ucieczki do Ala­bamy, żeby ukryć się tam na całe lato.

Mój agent Marco po­wie­dział ro­dzi­com o pry­wat­nej wy­spie na wy­brzeżu Ala­bamy. Tak bar­dzo chcieli mieć dom gdzieś in­dziej niż w Los An­ge­les, że od razu sko­rzy­stali z oka­zji.

Po­wrotu do ro­dzin­nego Au­stin w Tek­sa­sie ra­czej nie pla­no­wali. Zbyt wielu lu­dzi wie­działo, kim je­ste­śmy.

Bez­pie­czeń­stwo, ja­kie ofe­ro­wało Sea Bre­eze, po­zwa­lało mi na wol­ność, którą stra­ci­łem, kiedy usły­szał o mnie świat. Każ­dego lata na kilka ty­go­dni znów sta­wa­li­śmy się ro­dziną. Ja by­łem zwy­kłym czło­wie­kiem, który mógł cho­dzić po plaży bez obec­no­ści ka­mer i fa­nów. Żad­nych au­to­gra­fów. Tylko spo­kój. Ju­tro wy­bie­ra­li­śmy się wła­śnie tam. To była na­sza let­nia prze­rwa. Nie ob­cho­dziło mnie, ja­kie plany mieli wo­bec mnie matka czy agent. Ukry­wa­łem się przez trzy mie­siące, a oni mo­gli po­ca­ło­wać mnie w ty­łek. To, na co kie­dyś na­le­gała matka, czyli wspólne spę­dza­nie lata w Ala­ba­mie, stało się moim ry­tu­ałem. Po­trze­bo­wa­łem czasu tylko z nimi. Przez resztę roku rzadko ich wi­dy­wa­łem. To był je­dyny dom, który mo­gli­śmy na­zy­wać na­szym wspól­nym. W LA ja mia­łem swój, a ro­dzice i Ja­son - swój.

- Też przy­jeż­dżasz, prawda? - za­py­ta­łem go.

Ja­son przy­tak­nął.

- Taa. Będę tam, ale nie ju­tro. Po­trze­buję kilku dni. Mama i ja po­kłó­ci­li­śmy się o szkołę. Chcę dać so­bie kilka dni, za­nim znów się z nią zo­ba­czę. Ona do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa.

Kiedy w grę wcho­dziło na­sze ży­cie, matka sta­wała się jego re­ży­se­rem.

- Do­bry po­mysł. Po­roz­ma­wiam z nią. Może uda mi się ją prze­ko­nać, żeby nieco od­pu­ściła.

Ja­son po­ło­żył głowę na skó­rza­nym za­główku.

- Po­wo­dze­nia. Ona ma mi­sję uniesz­czę­śli­wie­nia mnie.

Ostat­nio czuję, że to samo robi ze mną. Już z nią nie miesz­ka­łem. By­łem nie­za­leżny. To ja pła­ci­łem jej ra­chunki. Nie ro­zu­mia­łem, dla­czego wciąż my­ślała, że może mi mó­wić, co mam ro­bić. Ale tak wła­śnie po­stę­po­wała. Za­wsze my­ślała, że wie, co jest dla nas naj­lep­sze. Mia­łem już tego dość, po­dob­nie jak Ja­son. Już z nią na ten te­mat roz­ma­wia­łem. Mu­siała się na­uczyć, kto tak na­prawdę tu rzą­dził, i dać so­bie spo­kój.

- Po­cze­kaj kilka dni. Zrób coś dla sie­bie. Po­zwól mi przy­go­to­wać mamę na to, że nie po­zwolę jej kon­tro­lo­wać two­jego ży­cia. A po­tem przy­jeż­dżaj na po­łu­dnie - po­wie­dzia­łem, za­nim wzią­łem łyk piwa.

Sa­die

- Mamo, idziesz dzi­siaj do pracy? - prze­wró­ci­łam oczami, pa­trząc na moją cię­żarną matkę, le­żącą na łóżku w sa­mych majt­kach i biu­sto­no­szu. Ciąża spra­wiła, że Jes­sica stała się jesz­cze więk­szą hi­ste­ryczką niż wtedy, za­nim za­częła upra­wiać seks bez za­bez­pie­cze­nia z ko­lej­nym pa­lan­tem.

Jęk­nęła i za­kryła twarz po­duszką.

- Czuję się fa­tal­nie, Sa­die. Idź za­miast mnie.

Na ki­lo­metr czu­łam, że tak bę­dzie, za­nim jesz­cze skoń­czyła się szkoła. Wczo­raj był ostatni dzień na­uki, ale za­miast dać mi szansę na by­cie nor­malną na­sto­latką, Jes­sica ocze­ki­wała, że za­cznę za­ra­biać pie­nią­dze. Tak jakby od po­czątku za­pla­no­wała, że zajmę jej miej­sce.

- Mamo, nie mogę tak po pro­stu iść i cię za­stą­pić. Nie zgo­dzą się, żeby twoja sie­dem­na­sto­let­nia córka pra­co­wała za cie­bie.

Ścią­gnęła po­duszkę z twa­rzy i rzu­ciła mi po­sępne spoj­rze­nie, które do­pra­co­wy­wała la­tami.

- Sa­die, nie mogę już sprzą­tać domu z brzu­chem wiel­ko­ści piłki pla­żo­wej. Jest mi go­rąco i je­stem zmę­czona. Po­trze­buję two­jej po­mocy. Ty za­wsze coś wy­my­ślisz.

Po­de­szłam do okien­nej kli­ma­ty­za­cji i wy­łą­czy­łam ją.

- Je­śli prze­sta­ła­byś usta­wiać tem­pe­ra­turę na dwa­dzie­ścia stopni, może wtedy po­trze­bo­wa­ły­by­śmy mniej pie­nię­dzy. Wiesz, ile kosz­tuje włą­czona przez cały dzień kli­ma­ty­za­cja?

Nie miała po­ję­cia i nie­wiele ją to ob­cho­dziło, ale mu­sia­łam za­py­tać. Skrzy­wiła się i usia­dła.

- A czy ty masz po­ję­cie, jak jest mi go­rąco z tymi do­dat­ko­wymi ki­lo­gra­mami? - par­sk­nęła.

Z ca­łej siły sta­ra­łam się po­wstrzy­mać od za­rzu­ce­nia jej, że nie użyła gumki. Sama jej ku­pi­łam i dba­łam o to, by za­wsze miała kilka w to­rebce. Na­wet przy­po­mi­na­łam jej o nich przed rand­kami.

Trudno było usta­lić, kto tak na­prawdę w na­szej ro­dzi­nie jest do­ro­sły. Cza­sami mia­łam wra­że­nie, że role się od­wró­ciły - dla Jes­siki by­cie do­ro­słym nie ozna­czało po­dej­mo­wa­nia mą­drych de­cy­zji, po­nie­waż ona po pro­stu nie wie­działa, jak być od­po­wie­dzialną.

- Wiem, że jest ci go­rąco, ale nie mo­żemy wy­da­wać każ­dego gro­sza na kli­ma­ty­za­cję - przy­po­mnia­łam jej.

Wes­tchnęła i znów osu­nęła się na łóżko.

- No cóż - burk­nęła.

Po­de­szłam do jej to­rebki i zaj­rza­łam do środka.

- W po­rządku, pójdę za cie­bie i mam na­dzieję, że wpusz­czą mnie za bramę. Je­śli to nie wy­pali, to nie mów, że cię nie ostrze­ga­łam. Kwa­li­fi­kuję się tylko do pracy za naj­niż­szą stawkę, z któ­rej nie opła­cimy ra­chun­ków. Je­śli po­szła­byś ze mną, mia­ła­bym więk­sze szanse.

Wie­dzia­łam, kiedy wy­po­wia­da­łam te słowa, że zo­stanę olana. Ona pra­co­wała dwa mie­siące i tyle też zwy­kle uda­wało jej się utrzy­mać pracę.

- Sa­die, obie do­brze wiemy, że dasz so­bie radę.

Wes­tchnę­łam po­ko­nana i zo­sta­wi­łam ją tam, gdzie była. Znów pój­dzie spać, jak tylko wyjdę z domu. Chcia­łam być na nią zła, ale wi­dząc, że jest taka wielka, czu­łam li­tość. Nie była naj­lep­szą matką na świe­cie, ale była moja. Ubra­łam się i prze­szłam obok jej po­koju, za­glą­da­jąc przez uchy­lone drzwi. Ci­chutko chra­pała, a kli­ma­ty­za­cja po raz ko­lejny była usta­wiona na dwa­dzie­ścia stopni. Po­my­śla­łam, żeby ją wy­łą­czyć, ale zmie­ni­łam zda­nie. W miesz­ka­niu już było cie­pło, a dzień miał być jesz­cze go­ręt­szy.

Wy­szłam na ze­wnątrz i wsia­dłam na ro­wer. Trzy­dzie­ści mi­nut za­jęło mi do­sta­nie się do mo­stu, który pro­wa­dził do eks­klu­zyw­nej wy­spy po­łą­czo­nej z Sea Bre­eze. Nie miesz­kali na niej miej­scowi, spę­dzali tu wa­ka­cje bo­gaci przy­jezdni, któ­rzy za­trud­niali pełną ob­sługę. Jes­sice udało się zdo­być po­sadę po­mocy do­mo­wej za dwa­na­ście do­la­rów za go­dzinę. Mo­dli­łam się, żeby prze­jąć jej pracę bez więk­szych prze­szkód.

Ad­res zna­la­złam na iden­ty­fi­ka­to­rze, który za­bra­łam z jej to­rebki. Moje szanse na zdo­by­cie za­trud­nie­nia były nie­wiel­kie. Im da­lej je­cha­łam w kie­runku wy­spy, tym więk­sze i bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kie sta­wały się domy. Miej­sce, w któ­rym pra­co­wała mama, znaj­do­wało się już tylko trzy bu­dynki da­lej. Ona oczy­wi­ście mu­siała zna­leźć pracę w naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nym przy ca­łej ulicy, nie wspo­mi­na­jąc, że w tym naj­bli­żej plaży.

Pod­je­cha­łam do wiel­kiej, zdo­bio­nej że­la­znej bramy i po­da­łam iden­ty­fi­ka­tor Jes­siki czło­wie­kowi przy wej­ściu. Ten zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na mnie. Po­da­łam mu też swoje prawo jazdy.

- Je­stem córką Jes­siki White. Mam ją dziś za­stą­pić, po­nie­waż się roz­cho­ro­wała.

Kiedy pod­niósł słu­chawkę i za­dzwo­nił do ko­goś, wciąż miał zmarsz­czone brwi. To nie był do­bry znak, zwa­żyw­szy na to, że nikt nie wie­dział o za­stęp­stwie. Zja­wiło się dwóch wiel­kich go­ści, któ­rzy ru­szyli w moją stronę. Obaj no­sili ciemne oku­lary i przy­po­mi­nali gra­czy NFL - po­winni no­sić spor­towe uni­formy za­miast czar­nych gar­ni­tu­rów.

- Panno White, czy mo­żemy zo­ba­czyć pani to­rebkę? - je­den z nich bar­dziej stwier­dził, niż za­py­tał, pod­czas gdy drugi już ścią­gał ją z mo­jego ra­mie­nia.

Prze­łknę­łam ślinę i sta­ra­łam się po­wstrzy­mać od drże­nia. Byli onie­śmie­la­jący, wielcy i wy­raź­nie mi nie ufali. Za­sta­na­wia­łam się, czy przy mo­ich stu sie­dem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach wzro­stu uwa­żają mnie za za­gro­że­nie. Spoj­rza­łam w dół na fio­le­towy top i skąpe białe szorty - cie­kawa by­łam, czy wie­dzą, że pod ta­kim stro­jem trudno by­łoby ukryć broń. Po­my­śla­łam, że to tro­chę dziwne, dwóch wiel­kich fa­ce­tów ocią­ga­ją­cych się przed wpusz­cze­niem mnie za bramę. Je­śli na­wet sta­no­wi­ła­bym za­gro­że­nie, wie­rzę, że na­wet z za­wią­za­nymi rę­kami szybko by mnie obez­wład­nili. Za­chciało mi się śmiać, gdy so­bie to wy­obra­zi­łam. Przy­gry­złam dolną wargę i cze­ka­łam, aż zo­stanę wpusz­czona przez tę wielką że­la­zną bramę.

- Może pani wejść, panno White. Pro­szę skie­ro­wać się do drzwi dla służby, po le­wej stro­nie od ka­mien­nej ściany, i zgło­sić się do kuchni, gdzie zo­sta­nie pani da­lej po­in­stru­owana.

Kim byli lu­dzie, któ­rzy po­trze­bo­wali dwóch fa­ce­tów wiel­ko­ści Go­liata do ob­sta­wie­nia wej­ścia? Wsia­dłam na ro­wer i prze­je­cha­łam przez otwartą już bramę. Kiedy omi­nę­łam bujne palmy i tro­pi­kalny ogród, zo­ba­czy­łam dom. Przy­po­mi­nał mi po­sia­dło­ści z pro­gramu MTV Cribs. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że w Ala­ba­mie ta­kie ist­nieją. W Na­shville wi­dzia­łam domy po­dob­nej wiel­ko­ści, ale nie aż tak spek­ta­ku­larne. Uspo­ko­iłam się nieco i po­pro­wa­dzi­łam ro­wer za róg, pró­bu­jąc nie ga­pić się na ogrom wszyst­kiego, co mnie ota­czało. Opar­łam ro­wer o ścianę, by nie rzu­cał się w oczy. Drzwi dla służby były im­po­nu­jące. Wy­so­kie na co naj­mniej trzy i pół me­tra, ozdo­bione gra­we­ro­waną li­terą "S". Nie dość, że wiel­kie, były także cięż­kie, mu­sia­łam więc użyć ca­łej siły, żeby je otwo­rzyć. Zaj­rza­łam do środka wiel­kiego hallu i prze­szłam do miej­sca, gdzie stało przede mną troje łu­ko­wa­tych drzwi. Ni­gdy tu wcze­śniej nie by­łam, nie wie­dzia­łam więc, gdzie może znaj­do­wać się kuch­nia. Po­de­szłam do pierw­szych drzwi po pra­wej i zaj­rza­łam do środka. Po­miesz­cze­nie wy­glą­dało na ogromny sa­lon, nic nad­zwy­czaj­nego, nie było tam żad­nych ku­chen­nych urzą­dzeń, skie­ro­wa­łam się więc do drzwi nu­mer dwa, zer­k­nę­łam do środka i zo­ba­czy­łam wielki, okrą­gły stół, przy któ­rym sie­dzieli lu­dzie. Star­sza pani przy ko­ści stała obok pieca, ja­kiego ni­gdy jesz­cze w żad­nym domu nie wi­dzia­łam. Ta­kie coś wi­duje się je­dy­nie w re­stau­ra­cjach.

To mu­siało być to miej­sce. We­szłam do środka. Ko­bieta przy piecu za­uwa­żyła mnie i zmarsz­czyła brwi.

- W czym mogę po­móc? - spy­tała ostrym, au­to­ry­tar­nym to­nem, jed­nak mimo to przy­po­mi­nała mi cio­cię Bee z The Andy Grif­fith Show.

Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc jed­no­cze­śnie, że go­rąca fala wy­strzeli mi za­raz uszami, kiedy pa­trzy­łam, jak wszy­scy sie­dzący przy stole za­czy­nają ob­ra­cać się w moją stronę. Nie­na­wi­dzi­łam wzbu­dzać za­in­te­re­so­wa­nia i ro­bi­łam wszystko, aby nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Na­wet je­śli z wie­kiem było to co­raz trud­niej­sze. Sta­ra­łam się uni­kać wszyst­kiego, co za­chę­cało in­nych do mó­wie­nia. Sztukę by­cia "nie­cie­kawą" do­pro­wa­dzi­łam do per­fek­cji. Nie w tym rzecz, że je­stem sa­mot­ni­kiem, po pro­stu mam zbyt dużo obo­wiąz­ków. Bar­dzo wcze­śnie zo­rien­to­wa­łam się, że przy­jaź­nie nie są dla mnie. Je­stem zbyt za­jęta opie­ko­wa­niem się mamą.

- Hmm, tak, po­wie­dziano mi, że mam się zgło­sić do kuchni po dal­sze in­struk­cje - ci­cho od­chrząk­nę­łam i cze­ka­łam. Nie po­do­bało mi się, jak na mnie pa­trzyła, ale skoro już tu by­łam, nie mia­łam in­nego wy­boru jak zo­stać.

- Je­stem pewna, że cię nie za­trud­nia­łam. Kto cię tu skie­ro­wał?

Nie­na­wi­dzi­łam tych wszyst­kich oczu sku­pio­nych na mnie i tego, że Jes­sica była taka uparta. Po­trze­bo­wa­łam jej, przy­naj­mniej dzi­siaj. Dla­czego za­wsze mi to robi?

- Na­zy­wam się Sa­die White. Je­stem córką Jes­siki White. Ona, cóż, nie czuła się dziś zbyt do­brze, więc przy­szłam ją za­stą­pić. Ja... hmm... mia­łam tego lata z nią pra­co­wać.

Nie chcia­łam wyjść na zde­ner­wo­waną, ale ga­pili się na mnie lu­dzie. Ko­bieta zmarsz­czyła brwi, zu­peł­nie jak cio­cia Bee, gdy ktoś ją zde­ner­wo­wał. Ucieczka wy­da­wała się ku­sząca.

- Jes­sica nie py­tała, czy bę­dziesz mo­gła z nią pra­co­wać, poza tym nie za­trud­niam dzieci. To nie jest do­bry po­mysł, zwłasz­cza te­raz, kiedy ro­dzina przy­jeż­dża tu na wa­ka­cje. Może je­sie­nią, kiedy wy­jadą, damy ci szansę.

Moje zde­ner­wo­wa­nie spo­wo­do­wane tym, że je­stem w cen­trum uwagi, na­tych­miast znik­nęło, spa­ni­ko­wa­łam na myśl, że mama może stra­cić je­dyny do­chód, któ­rego tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ły­śmy. Zre­zy­gno­wa­łaby, gdyby do­wie­działa się, że nie mogę jej za­stą­pić. Zde­cy­do­wa­łam, że do­ro­słym, pew­nym sie­bie gło­sem mu­szę prze­ko­nać tę ko­bietę, że na­daję się do pracy jak nikt inny.

- Ro­zu­miem pani obawy. Jed­nak gdyby dała mi pani szansę, udo­wod­nię, że je­stem war­to­ścio­wym pra­cow­ni­kiem. Ni­gdy nie spóź­nię się do pracy i za­wsze będę wy­peł­niać swoje obo­wiązki. Pro­szę o jedną szansę.

Ko­bieta zer­k­nęła na ko­goś sie­dzą­cego przy stole, jakby szu­kała opi­nii. Po­now­nie spoj­rzała na mnie i wie­dzia­łam, że udało mi się zmie­nić jej de­cy­zję.

- Do­brze, Sa­die White, twoja szansa za­czyna się te­raz. Do­łą­czysz do Fran, która pra­cuje w tym domu tak długo jak ja. Ona cię po­in­stru­uje i zda mi ra­port. Pod ko­niec dnia dam ci od­po­wiedź. To twój okres próbny, panno White, pro­szę tego nie za­prze­pa­ścić.

Przy­tak­nę­łam i uśmiech­nę­łam się do sto­ją­cej już obok mnie Fran.

- Chodź za mną - po­wie­działa wy­soka szczu­pła ko­bieta o ru­dych wło­sach, wy­glą­da­jąca na ja­kieś sześć­dzie­siąt pięć lat, po czym od­wró­ciła się i wy­szła z po­koju.

Zro­bi­łam, co mi ka­zano, nie pa­trząc w oczy ni­komu, kto był w po­koju. Mia­łam mi­sję do wy­ko­na­nia.

Fran opro­wa­dziła mnie po ko­ry­ta­rzu, mi­ja­jąc po dro­dze kilka drzwi. Za­trzy­ma­ły­śmy się, otwo­rzy­ły­śmy jedne z nich i we­szły­śmy do środka. W po­koju były wy­so­kie po sam su­fit półki z książ­kami. W ca­łym po­miesz­cze­niu stały ciem­no­brą­zowe fo­tele obite skórą. Ża­den z nich nie był skie­ro­wany w stronę dru­giego czy też użyty na oka­zję wi­zyt i spo­tkań. Po­kój wy­raź­nie za­adap­to­wano na bi­blio­tekę. Miej­sce, gdzie każdy mógł przyjść, wy­brać książkę i za­tra­cić się w lek­tu­rze, sie­dząc w jed­nym z tych wiel­kich wy­god­nych fo­teli.

Fran wska­zała po­kój ge­stem peł­nym klasy.

- To ulu­bione miej­sce pani Stone. Po­kój był za­mknięty przez cały rok. Ze­trzesz ku­rze z ksią­żek oraz pó­łek, skórę wy­czy­ścisz spe­cjal­nym środ­kiem i umy­jesz okna. Od­kurz za­słony, umyj i na­błyszcz pod­łogę. Ten po­kój ma lśnić. Pani Stone lubi, gdy w jej sank­tu­arium wszystko jest ide­alne. Przyjdę po cie­bie w po­rze lun­chu, który zjemy w kuchni.

Po­de­szła do drzwi i usły­sza­łam, jak ko­muś dzię­kuje. We­szła z po­wro­tem do środka, cią­gnąc wó­zek pe­łen środ­ków czy­sto­ści.

- Tu znaj­dziesz wszystko, czego po­trze­bu­jesz. Ostroż­nie ob­chodź się ze wszyst­kimi opra­wio­nymi dzie­łami i eks­po­na­tami. Ostrze­gam, że wszystko w tym domu jest bar­dzo cenne i musi być oto­czone na­le­żytą opieką. Za­tem nie trać czasu na głu­poty, ocze­kuję cięż­kiej pracy.

Pani Fran z ka­mienną twa­rzą wy­szła z po­koju.

Okrą­ży­łam bi­blio­tekę, na­pa­wa­jąc się ota­cza­jącą mnie eks­tra­wa­gan­cją. Po­miesz­cze­nie nie było prze­sad­nie duże, wy­da­wało się jed­nak wy­peł­nione po brzegi. Dam radę tu po­sprzą­tać. Nie zo­sta­łam po­pro­szona o coś nie­wy­ko­nal­nego. Za­bra­łam śro­dek do usu­wa­nia ku­rzu i po­szłam w stronę dra­biny po­łą­czo­nej z pół­kami na książki. Mogę za­cząć od góry, zwłasz­cza że kurz i tak opad­nie.

Za­nim Fran za­brała mnie na lunch, zdo­ła­łam po­zbyć się za­bru­dzeń i umyć okna. Po­trze­bo­wa­łam prze­rwy i je­dze­nia. Jej skwa­szona mina była mi­łym wi­do­kiem. Za­nim po­pro­wa­dziła mnie w ci­szy ko­ry­ta­rzem, któ­rym szły­śmy tego ranka, omio­tła wzro­kiem po­kój i przy­tak­nęła. Już zza rogu ude­rzył mnie za­pach świeżo pie­czo­nego chleba. We­szłam do wiel­kiej ja­snej kuchni. Pani Mary stała przy ku­chence i wska­zy­wała na młod­szą ko­bietę z upię­tymi w ku­cyk wło­sami, scho­wa­nymi - iden­tycz­nie jak jej włosy - pod ochronną siatką.

- Ład­nie pach­nie, Hen­rietta. My­ślę, że masz ta­lent. Prze­te­stu­jemy dziś tę par­tię na ob­słu­dze, je­śli wszyst­kim za­sma­kuje, przej­miesz przy­go­to­wa­nie wy­pie­ków do ro­dzin­nych po­sił­ków. - Pani Mary od­wró­ciła się i wy­tarła dło­nie w far­tuch.

- Ach, oto na­sza nowa pra­cow­nica. Jak idzie?

Pani Fran ski­nęła głową i od­parła:

- W po­rządku.

Albo ta ko­bieta rzadko się uśmie­chała, albo mnie po pro­stu nie lu­biła.

- Sia­daj, sia­daj, mamy sporo ro­boty, za­nim przy­je­dzie ro­dzina.

Usia­dłam za­raz za Fran, a pani Mary po­sta­wiła przed nami pół­mi­ski z je­dze­niem. Mu­sia­łam zro­bić coś nie tak, po­nie­waż ko­lejne słowa Fran skie­ro­wała w moją stronę.

- Cała ob­sługa je przy tym stole. Każdy z nas przy­cho­dzi na lunch o róż­nych po­rach. Wy­bierz so­bie, na co masz ochotę.

Przy­tak­nę­łam, się­gnę­łam w stronę pół­mi­ska z ka­nap­kami i po­czę­sto­wa­łam się jedną. Z ta­le­rza wzię­łam świeży owoc.

- Na­poje są tam, na ba­rze. Mo­żesz iść i wy­brać, co jest, lub zro­bić so­bie coś sama.

Po­de­szłam do baru i na­la­łam so­bie le­mo­niady. Zja­dłam w ci­szy i słu­cha­łam, jak pani Mary in­stru­uje Hen­riettę. Wy­da­wało mi się, że przy­go­to­wy­wały chleb na dzi­siej­szy po­si­łek. Ani Fran, ani ja nie pa­li­ły­śmy się do roz­mowy.

Kiedy zja­dły­śmy, po­de­szłam za nią do zle­wo­zmy­waka. Opłu­ka­ły­śmy ta­le­rze, po czym za­ła­do­wa­ły­śmy na­czy­nia do po­jem­nej zmy­warki. W ci­szy wró­ci­ły­śmy do bi­blio­teki. Te­raz by­łam już nieco mniej zde­ner­wo­wana i bar­dziej cie­kawa oto­cze­nia. Gdy szły­śmy ko­ry­ta­rzem, za­uwa­ży­łam por­trety. Przed­sta­wiały dwóch ma­łych uro­czych chłop­ców. Im da­lej szłam, tym starsi się wy­da­wali. Przy ogrom­nym przej­ściu do bi­blio­teki po­czu­łam, jak zna­joma twarz śmieje się do mnie z por­tretu. Twarz, którą wie­lo­krot­nie oglą­da­łam w te­le­wi­zji i w ga­ze­tach. Na­wet pod­czas wczo­raj­szej ko­la­cji wi­dzia­łam ją w te­le­wi­zji. Jes­sica pod­czas po­siłku oglą­dała En­ter­ta­in­ment Da­ily. Na­sto­letni rock­man i ła­macz dam­skich serc Jax Stone był jed­nym z bo­ha­te­rów. Wczo­raj po­ka­zy­wali go z dziew­czyną, która we­dług plotki wy­stąpi w jego no­wym te­le­dy­sku. Fran za­trzy­mała się za mną. Od­wró­ci­łam się w jej stronę, była sku­piona na ob­ra­zie.

- To jego wa­ka­cyjny dom. Lada dzień przy­je­dzie tu ze swo­imi ro­dzi­cami i bra­tem. Po­ra­dzisz z tym so­bie?

Wi­dząc na ścia­nie twarz Jaxa Stone'a, przy­tak­nę­łam w szoku, nie mo­gąc wy­do­być z sie­bie ja­kich­kol­wiek słów.

Fran po­now­nie ru­szyła, a ja po­dą­ży­łam jej śla­dem do bi­blio­teki.

- To on jest po­wo­dem, dla któ­rego na­sto­latki nie są za­trud­niane. To jego pry­watny azyl. Kiedy był młod­szy, jego ro­dzice na­le­gali, by co roku od­po­czy­wał w ich to­wa­rzy­stwie, z dala od zgiełku Hol­ly­wood. Te­raz, gdy jest już star­szy, na­dal spę­dza tu lato. Od czasu do czasu wy­jeż­dża uczest­ni­czyć w róż­nych im­pre­zach, ale więk­szość czasu spę­dza tu­taj. Za­biera ze sobą ro­dzinę, po­nie­waż przez resztę roku nie wi­dują się zbyt czę­sto. Je­śli nie bę­dziesz umiała so­bie z tym po­ra­dzić, zo­sta­niesz zwol­niona w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Jego pry­wat­ność ma naj­wyż­sze zna­cze­nie. To dla­tego praca tu jest tak do­brze płatna.

Wy­pro­sto­wa­łam się i chwy­ci­łam wia­dro, któ­rego wcze­śniej uży­wa­łam.

- Po­ra­dzę so­bie ze wszyst­kim. Ta praca jest dla mnie waż­niej­sza niż na­sto­let­nia gwiazda rocka.

Fran ski­nęła głową, ale po chwili zmarsz­czyła brwi, wi­dzia­łam, że mi nie wie­rzy.

Całą swoją ener­gię sku­pi­łam na pracy. Pod ko­niec dłu­giego dnia usły­sza­łam, jak ma­ło­mówna, skwa­szona Fran ra­por­tuje coś pani Mary. Wie­rzyła, że będę do­brym pra­cow­ni­kiem i po­winna dać mi szansę. Po­dzię­ko­wa­łam jej i Mary. Do je­sieni, kiedy po­jawi się dziecko, a ja wrócę do szkoły, będę w sta­nie za­osz­czę­dzić tro­chę pie­nię­dzy. Dam radę.

Tak, Jax Stone był sławny i jego nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skie oczy spra­wiały, że serce biło mi moc­niej. Tyle mo­głam przy­znać. Był naj­pięk­niej­szą istotą znaną ludz­ko­ści. Wszy­scy jed­nak wie­dzą, że uroda jest bar­dzo po­wierz­chowna. Po­dej­rze­wa­łam, że jego płytka oso­bo­wość okaże się tak od­ra­ża­jąca, że nie bę­dzie mnie ob­cho­dziło, czy sprzą­tam w jego domu lub czy mi­jam go na ko­ry­ta­rzu. Poza tym fa­ceci byli ga­tun­kiem, o któ­rym nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia. Ni­gdy nie po­świę­ci­łam swo­jego czasu na roz­mowę z jed­nym z nich, na­wet je­śli któ­ryś chciał po­roz­ma­wiać ze mną. Za­wsze mia­łam na gło­wie więk­sze pro­blemy, jak choćby tro­ska o to, czy bę­dziemy miały co jeść i czy mama pa­mię­tała, żeby za­pła­cić ra­chunki.

Kiedy po­my­ślę o tej ca­łej ka­sie zmar­no­wa­nej na kon­domy, które upy­cha­łam jej do ręki i to­rebki, za­nim wy­cho­dziła z jed­nym z nie­zli­czo­nej ilo­ści męż­czyzn, trudno się mi na nią nie gnie­wać. Na­wet w lum­pek­sie wy­glą­dała prze­pięk­nie. Je­den z jej ob­le­śniej­szych wy­bran­ków po­wie­dział, że odzie­dzi­czy­łam po niej ten prze­klęty wy­gląd. Mam wszystko: od jej blond lo­ków po nie­bie­skie oczy i gę­ste czarne rzęsy. Mam jed­nak jesz­cze coś, co mo­głoby oca­lić mnie przed nie­uchronną ka­ta­strofą - wy­daję się ra­czej nudna. Matka czę­sto mi o tym przy­po­mina, a ja, za­miast być przy­gnę­biona, trzy­mam się tego jak ostat­niej de­ski ra­tunku. To, co ona uwa­żała za­wsze za wadę mo­jego cha­rak­teru, ja trak­to­wa­łam jak je­dyną szansę. Nie chcia­łam być taka jak ona. Je­śli po­sia­da­nie nud­nej oso­bo­wo­ści chroni mnie przed pój­ściem w jej ślady, to ja będę się tego trzy­mać.

Miesz­ka­nie, które kosz­to­wało nas pięć­set do­la­rów mie­sięcz­nie, znaj­do­wało się w du­żym, sta­rym domu. We­szłam, by się prze­ko­nać, że nie ma jej w środku. Zwa­żyw­szy, że mia­ły­śmy cztery po­koje, nie mo­gła się zbyt­nio od­da­lić.

- Mamo? - nie od­po­wie­działa.

Słońce już za­cho­dziło, więc wy­szłam na coś, co Jes­sica na­zy­wała pa­tiem. Gdy­by­ście chcieli wie­dzieć, dla mnie wy­glą­dało to jak nie­wielki ka­wa­łek be­to­no­wej płyty za do­mem.

Stała w ogro­dzie z tym swoim wciąż po­więk­sza­ją­cym się brzu­chem, ubrana w bi­kini, które ku­pi­łam kilka ty­go­dni temu w skle­pie z uży­waną odzieżą. Od­wró­ciła się i uśmiech­nęła do mnie. Po fa­sa­dzie udrę­cze­nia, wy­ma­lo­wa­nej na jej twa­rzy rano, nie było już śladu. Ona pro­mie­niała.

- Sa­die, jak było? Czy stara do­bra pani Mary spra­wiała ci pro­blemy? Je­śli tak, to mam na­dzieję, że by­łaś miła. Po­trze­bu­jemy tej pracy, a ty po­tra­fisz być taka nie­grzeczna i nie­to­wa­rzy­ska.

Słu­cha­łam jej pa­pla­nia o mo­jej aspo­łecz­no­ści i cze­ka­łam, aż skoń­czy, wtedy od­par­łam:

- Do­sta­łam pracę na lato, je­śli chcę.

Jes­sica wes­tchnęła dra­ma­tycz­nie.

- Wspa­niale, przez naj­bliż­sze kilka mie­sięcy będę po­trze­bo­wała od­po­czynku. Dziecko mnie wy­kań­cza. Nie ro­zu­miesz, jak trudno jest być w ciąży.

Chcia­łam jej przy­po­mnieć, jak sta­ra­łam się ją przed tym uchro­nić, po­świę­ca­jąc pie­nią­dze prze­zna­czone na je­dze­nie, żeby ku­pić jej gumki, któ­rych i tak nie uży­wała. Ja jed­nak przy­tak­nę­łam i we­szłam z nią do środka.

- Sa­die, umie­ram z głodu. Mo­gła­byś mi coś szybko przy­go­to­wać? Ostat­nio jem za dwóch.

Za­nim do­tar­łam do domu, już za­pla­no­wa­łam, co zjemy na ko­la­cję. Moja mama kom­plet­nie nie ra­dziła so­bie w kuchni. Ja prze­trwa­łam pierw­sze osiem lat swo­jego ży­cia na ka­nap­kach z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem. Około mo­ich ósmych uro­dzin zro­zu­mia­łam, że mama po­trze­buje po­mocy - mu­sia­łam do­ro­snąć szyb­ciej niż inne dzieci. Im bar­dziej się sta­ra­łam, tym wię­cej obo­wiąz­ków na mnie zrzu­cała, kiedy skoń­czy­łam je­de­na­ście lat, ro­bi­łam już wszystko.

Ma­ka­ron się go­to­wał, a mię­sny sos do­cho­dził, ja zaś we­szłam do swo­jego po­koju, zdję­łam ro­bo­cze ubra­nie i wło­ży­łam pod­ko­szu­lek oraz prze­tarte dżinsy z lum­peksu, które były pod­stawą mo­jej gar­de­roby. Mój styl był pro­sty.

Gar­nek za­czął gwiz­dać na znak, że czas spraw­dzić ma­ka­ron. Jes­sica długo jesz­cze nie bę­dzie w sta­nie ni­czego spraw­dzić. Po­gna­łam do ma­łej kuchni, na­wi­nę­łam nitkę spa­ghetti na wi­de­lec i rzu­ci­łam nią o ścianę za ku­chenką. Przy­kle­iła się, więc była go­towa.

- Na­prawdę, Sa­die, nie mogę zro­zu­mieć, dla­czego rzu­casz ma­ka­ro­nem o ścianę. Skąd ten po­mysł?

Zmie­rzy­łam Jes­sicę wzro­kiem. Roz­sia­dła się w bi­kini na wy­bla­kłej pa­ste­lo­wej ka­na­pie, którą za­sta­ły­śmy tu, kiedy się wpro­wa­dza­ły­śmy.

- Jak by­łam mała, zo­ba­czy­łam to w te­le­wi­zji i za­pa­mię­ta­łam. Poza tym to się spraw­dza.

- To pa­skudne - Jes­sica wy­mam­ro­tała z ka­napy.

Nie po­tra­fiła na­wet za­go­to­wać wody, ale po­sta­no­wi­łam ugryźć się w ję­zyk i do­koń­czyć ko­la­cję.

- Go­towe, mamo - po­wie­dzia­łam, na­kła­da­jąc por­cję spa­ghetti na ta­lerz, o któ­rego przy­nie­sie­nie za­raz mnie po­prosi.

- Skar­bie, po­daj mi ta­lerz, pro­szę.

Uśmiech­nę­łam się pół­gęb­kiem. By­łam o krok przed nią. Ostat­nimi czasy wsta­wała tylko wtedy, gdy na­prawdę była do tego zmu­szona. Na ta­lerz po­ło­ży­łam wi­de­lec i łyżkę. Na­wet nie usia­dła. Ta­lerz umie­ściła na brzu­chu i za­częła jeść. Obok niej po­sta­wi­łam szklankę z mro­żoną her­batą i po­szłam na­ło­żyć so­bie por­cję. Zgłod­nia­łam. Po­trze­bo­wa­łam je­dze­nia.

Roz­dział II

Jax

Pani Mary stała już wraz z całą służbą, kiedy li­mu­zyna za­trzy­mała się przed do­mem. Nie cze­ka­łem na kie­rowcę, aż otwo­rzy mi drzwi. Mo­głem spo­koj­nie prze­stać się mar­twić o to, ja­kie wra­że­nie tu wy­wrę. Mo­głem ro­bić, co mi się żyw­nie po­doba. Wy­sia­dłem z li­mu­zyny i prze­cią­gną­łem się, a kiedy spoj­rza­łem na dom bę­dący dla mnie sy­no­ni­mem wol­no­ści, na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

Tu nie było groźby ataku sza­lo­nych dziew­czyn, do­bi­ja­ją­cych się do mo­ich drzwi. Nie mu­sia­łem w ni­czym uczest­ni­czyć. Żad­nych wy­wia­dów. Nic. Mo­głem le­żeć na plaży cały cho­lerny dzień i nikt mnie nie nie­po­koił. Ży­cie w po­łu­dnio­wej Ala­ba­mie było przy­jemne. Mamy jesz­cze nie było, mia­łem więc czas, żeby pójść się przy­wi­tać z pa­nią Mary. Na­pić się słod­kiej mro­żo­nej her­baty i zjeść ma­ślane ciastko, za­nim zmie­rzę się z mamą.

Pani Mary wbie­gła przez drzwi, za­nim jesz­cze zdą­ży­łem wejść po scho­dach.

- Pa­nie Ja­xie, wy­gląda pan, jakby od na­szego ostat­niego spo­tka­nia schudł ja­kieś pięć ki­lo­gra­mów. Pro­szę tu po­dejść i czę­sto­wać się po­rząd­nym je­dze­niem. Do­ra­sta­jący chłopcy nie mu­szą być znów tacy chu­dzi.

Prawdę mó­wiąc, od­kąd wi­działa mnie po raz ostatni, przy­bra­łem pięć kilo - dzięki no­wemu tre­ne­rowi. Ale nie mia­łem za­miaru się z nią kłó­cić. Nie na­le­żało się sprze­czać z pa­nią Mary. Na­wet mama to wie­działa.

- Wi­tam, pani Mary. Wy­gląda pani jesz­cze pięk­niej.

To było coś, co po­wta­rza­łem rok w rok od pię­ciu lat. Na mój kom­ple­ment jej po­marsz­czone po­liczki za­lały się ru­mień­cem.

- Ci­cho tam, chłop­cze. Oboje wiemy, że to nie­prawda. Za to moje cia­steczka to coś, czym można się za­chwy­cać.

Była dumna ze swo­ich ku­li­nar­nych umie­jęt­no­ści, a ja z ko­lei by­łem od nich uza­leż­niony. To wła­śnie dla­tego pła­ci­łem jej, żeby pra­co­wała tu cały rok, na­wet gdy mnie nie było w re­zy­den­cji. Lu­bi­łem myśl, że mogę tu przy­je­chać, kiedy tylko będę chciał. Utrzy­ma­nie domu da­wało pracę nie tylko pani Mary, ale i kilku in­nym oso­bom ze służby. Pani Mary mu­siała za­trud­niać do­dat­ko­wych lu­dzi tylko la­tem.

Sa­die

Nie mu­sia­łam być już prze­szu­ki­wana i do­sta­łam na­wet iden­ty­fi­ka­tor do po­ka­za­nia przy bra­mie. Sprawy miały się co­raz le­piej. Raz na­wet Fran się do mnie uśmiech­nęła. Po lun­chu pani Mary wy­słała mnie na trze­cie pię­tro, gdzie znaj­do­wała się więk­szość sy­pialni. Ła­two było mi za­po­mnieć, w czyim domu sprzą­tam. Nie mia­łam żad­nych przy­ja­ciół, z któ­rymi mo­gła­bym się po­dzie­lić tą in­for­ma­cją. Zi­gno­ro­wa­nie faktu, że stoję w po­koju, w któ­rym tego lata bę­dzie spała naj­go­ręt­sza na­sto­let­nia gwiazda rocka, nie było więc czymś nie­moż­li­wym. We­szłam do jego sy­pialni i ro­zej­rza­łam się wo­kół. To nie był ty­powy po­kój na­sto­latka. Wy­da­wał się dzi­wacz­nie przy­tulny.

Na jed­nej ze ścian znaj­do­wały się kije bejs­bo­lowe i piłki z róż­nymi pod­pi­sami, nie­które z nich wy­glą­dały na bar­dzo zu­żyte. Obok pre­zen­to­wały się dum­nie ko­szulki - mu­siał je no­sić jako dziecko. Po­tra­fi­łam wy­obra­zić so­bie ma­łego chłopca, któ­rego por­trety wi­dzia­łam wczo­raj, gdy gra w piłkę jak zwy­czajne dziecko. Po­de­szłam, aby le­piej się przyj­rzeć, i pod każdą z ko­szu­lek dru­żyn, w któ­rych grał, zo­ba­czy­łam zdję­cia. Na star­szych fo­to­gra­fiach trudno było mi zna­leźć chłopca, który dziś był gwiazdą. Na tych, gdzie miał dzie­sięć, je­de­na­ście lat, po­zna­łam go z ła­two­ścią. Ko­szulki i zdję­cia były uło­żone chro­no­lo­gicz­nie od cza­sów przed­szkola do wieku trzy­na­stu lat. Rok póź­niej po raz pierw­szy usły­sza­łam w ra­diu jego imię. Za­nim od­kryła go wy­twór­nia, wy­da­wał się pro­wa­dzić zwy­czajne ży­cie.

Ściana nad jego łóż­kiem wy­glą­dała ina­czej niż w tra­dy­cyj­nym chło­pię­cym po­koju. Wi­siały tam gi­tary o róż­nym kształ­cie, wiel­ko­ści i ko­lo­rze, część z nich była pod­pi­sana, nie­które błysz­czały no­wo­ścią. Jedna wy­glą­dała na zło­coną, co nie by­łoby wiel­kim za­sko­cze­niem. Sta­nę­łam na pal­cach, żeby się le­piej przyj­rzeć. Wid­niała na niej na­zwa Fen­der. Kon­ty­nu­owa­łam oglą­da­nie au­to­gra­fów na co­raz to droż­szych mo­de­lach. Prze­je­cha­łam pal­cem po na­pi­sie Jon Bon Jovi i uśmiech­nę­łam się. Naj­wy­raź­niej gwiazdy rocka rów­nież mają swo­ich idoli. Za­cie­ka­wiła mnie mała zu­żyta gi­tara. Sta­no­wiła cen­trum ko­lek­cji, co mo­gło świad­czyć, że była pierw­szą, naj­uko­chań­szą.

Zaj­rza­łam przez drzwi, żeby upew­nić się, czy nikt za nimi nie stoi, po czym sta­nę­łam przed ma­lutką gi­tarą, która mu­siała być po­cząt­kiem tego wszyst­kiego. Nie by­łam sza­loną fanką, ale coś, co było od­po­wie­dzialne za speł­nie­nie nie­zwy­kłego ma­rze­nia, wy­da­wało się nie­mal święte.

Mój wó­zek stał nie­tknięty przy drzwiach i wie­dzia­łam, że mu­szę wziąć się do pracy. Nie chcia­łam do­wie­dzieć się o tym czło­wieku ni­czego no­wego czy oso­bi­stego. Chcia­łam, żeby w mo­ich oczach po­zo­stał płytki i nie­osią­galny. Świa­do­mość, że kie­dyś był uro­czym ma­łym chłop­cem z ciem­nymi lo­kami, któ­rego uśmiech pew­nego dnia miał wy­wo­łać dziki szał, spra­wiała, że wy­da­wał się bar­dziej przy­ziemny niż bo­ski. Swoje za­in­te­re­so­wa­nie jego osobą mu­sia­łam zre­du­ko­wać do mi­ni­mum. Szybko za­bra­łam się do wy­cie­ra­nia ku­rzy, za­mia­ta­nia i my­cia drew­nia­nych pod­łóg. Zde­cy­do­wa­łam, że le­piej bę­dzie, jak szybko się z tym upo­ram, za­nim na­tra­fię na ko­lejny ślad jego jako ma­łego chłopca. Sku­pi­łam swoje my­śli na przy­szło­ści, a wy­par­łam to, co zwią­zane było z Ja­xem Stone'em.

- Sa­die, skoń­czy­łaś? Ro­dzina już przy­je­chała i mu­simy zejść do po­miesz­cze­nia dla służby - po­wie­działa Fran zza drzwi.

Środki czy­sto­ści umie­ści­łam z po­wro­tem w wózku i po­szłam w stronę drzwi, gdzie stała bar­dzo zde­ner­wo­wana Fran.

- Ja­sne, wła­śnie skoń­czy­łam.

Fran kiw­nęła głową i udała się do windy, którą prze­miesz­czała się ob­sługa, by nie rzu­cać się w oczy ro­dzi­nie. We­szła szyb­ciutko do środka, a ja po­gna­łam za nią, ale nie­stety wy­pa­dła mi z wózka bu­telka ze środ­kiem do czysz­cze­nia okien. Się­gnę­łam po mały ręcz­nik, po czym pod­nio­słam bu­telkę z pod­łogi i szybko prze­tar­łam za­pla­mione miej­sce.

- Po­śpiesz się, pro­szę - Fran za­wo­łała z windy za­tro­ska­nym to­nem. Ro­dzina mu­siała już iść w tę stronę.

Wy­pro­sto­wa­łam się i na­tych­miast po­czu­łam mro­wie­nie na karku. Za­nie­po­ko­jona, od­wró­ci­łam się za sie­bie i wtedy go zo­ba­czy­łam, sto­ją­cego i wpa­tru­ją­cego się we mnie. Nie był słod­kim ma­lu­chem z krę­co­nymi wło­sami, ale sławną gwiazdą rocka. Za­mar­łam, nie­pewna, co zro­bić, zwa­żyw­szy, że we­dług pani Mary moja obec­ność nie była tu mile wi­dziana. Na jego ab­sur­dal­nie sek­sow­nej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, a ja po­czu­łam, jak ru­mie­niec za­lewa mi po­liczki. Od­wró­ci­łam wzrok i ucie­kłam do windy.

Nie wy­glą­dał na roz­złosz­czo­nego, że w jego domu pra­cuje na­sto­latka. Wy­da­wał się roz­ba­wiony. Fran zmarsz­czyła brwi, gdy na nią spoj­rza­łam, ale nie po­wie­działa ani słowa. Od­sta­wi­łam swój wó­zek i po­szłam do kuchni zło­żyć ra­port, skoń­czy­łam bo­wiem pracę na pię­trze. Pani Mary stała z rę­kami opar­tymi na bio­drach i cze­kała na na­sze przy­by­cie. Po ci­chu wy­mie­niła z Fran kilka słów. Po chwili przy­tak­nęła, się­gnęła po ele­gancko zło­żone ubra­nie i po­dała mi je.

- W cza­sie gdy ro­dzina mieszka w re­zy­den­cji, każdy z ob­sługi nosi uni­form. Po­nadto nie bę­dziesz już sprzą­tała domu, ale po­mo­żesz mi w kuchni, a panu Gre­gowi w ogro­dzie. Dziś jed­nak po­trze­buję, byś po­dała ko­la­cję. Pani Stone za­ży­czyła so­bie, aby służba wi­dziana przez ro­dzinę i go­ści wy­glą­dała re­pre­zen­ta­cyj­nie. Wil­liam, młody czło­wiek, któ­rego za­trud­ni­łam, żeby po­mógł Mar­cu­sowi przy ob­słu­dze, za­dzwo­nił dzie­sięć mi­nut temu z in­for­ma­cją, że jest chory, więc mamy tylko cie­bie. Udo­wod­ni­łaś, że po­tra­fisz ciężko pra­co­wać i za­leży ci na tym sta­no­wi­sku. Twój wiek mnie nie­po­koi, po­nie­waż pan tego domu, nie­wiele star­szy od cie­bie, jest ido­lem dziew­cząt. Wy­czu­wam jed­nak, że nie­wiele cię to ob­cho­dzi. Mam na­dzieję, że bę­dziesz kon­ty­nu­ować tak doj­rzałą po­stawę.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć po tym wy­kła­dzie, więc przy­tak­nę­łam.

- Do­brze. Od dziś masz to no­sić co­dzien­nie. Po­pro­szę o uszy­cie jesz­cze dwóch eg­zem­pla­rzy w twoim roz­mia­rze, każdy z nich mu­sisz zo­sta­wić co wie­czór tu­taj do wy­pra­nia i wy­pra­so­wa­nia. Za­dbaj o to, by wcho­dzić tym sa­mym wej­ściem i szybko prze­bie­rać się w pralni. Za­nim się ubie­rzesz, po­pro­szę cię o po­moc w przy­go­to­wa­niu po­po­łu­dnio­wego po­siłku. Mu­sisz być czy­sta i schludna, gdy ser­wu­jesz da­nia.

Przez ko­lejne dwie go­dziny sie­ka­łam, kro­iłam, mie­sza­łam i na­dzie­wa­łam różne ro­dzaje mięs i wa­rzyw. Kiedy pani Mary po­wie­działa, że­bym się prze­brała i uło­żyła włosy, zmę­cze­nie za­częło da­wać mi się we znaki. Przy­mie­rzy­łam czarną spód­nicę do ko­lan oraz białą ko­szulę z okrą­głym koł­nie­rzy­kiem. Na to wło­ży­łam czarny far­tu­szek. Roz­pu­ści­łam włosy, ze­bra­łam je i spię­łam wy­soko na gło­wie. Umy­łam twarz i ręce, po czym spoj­rza­łam na od­bi­cie w lu­strze. Może i twarz mo­jej matki za­ła­twiła mi pracę, ale to moja po­wścią­gliwa oso­bo­wość po­zwo­liła zdo­być za­ufa­nie pani Mary. Kiedy oczy mo­jej matki psot­nie błysz­czały, moje były po­ważne i pełne re­zerwy.

Uśmiech Jaxa Stone'a na żywo olśnie­wał rów­nie mocno, jak ten, który wi­dzia­łam wie­lo­krot­nie w ga­ze­tach i na pla­ka­tach. Nie ozna­czało to, że by­łam na tyle na­iwna, żeby po­czuć do niego miętę jak cała reszta świata. Wzię­łam głę­boki od­dech i po­szłam do kuchni, gdzie cze­kała na mnie pani Mary.

- W po­rządku, te­raz pa­mię­taj, że kła­dziesz to przed pa­nem Ja­xem w tym sa­mym mo­men­cie, kiedy Mar­cus - mach­nęła ręką w stronę wy­so­kiego chu­dego chło­paka, któ­rego do­tąd nie po­zna­łam. - Po­stawi to przed pa­nią Stone. Będą tylko we dwoje. Pan Stone oraz Ja­son przy­jadą ju­tro. Dziś więc bę­dzie­cie ser­wo­wać tylko we dwójkę. Pa­mię­taj, żeby stać dys­kret­nie za pa­nem Ja­xem, pod­czas gdy on bę­dzie jadł, i ob­ser­wuj Mar­cusa - po­może ci we wszyst­kim, czego nie je­steś pewna.

Spoj­rza­łam na Mar­cusa - wy­glą­dał na stu­denta, je­dy­nie kilka lat star­szego ode mnie. Jego blond włosy i ra­do­sne zie­lone oczy po­mo­gły mi się nieco zre­lak­so­wać.

Z uśmiesz­kiem na ustach wy­cią­gnął w moją stronę opa­loną dłoń.

- Mar­cus Hardy.

Po­da­łam mu rękę.

- Sa­die White.

Ski­nął głową, wciąż się uśmie­cha­jąc, i zła­pał za tacę.

- Wi­dzia­łem twój wczo­raj­szy wy­stęp, kiedy pró­bo­wa­łaś obro­nić swoje sta­no­wi­sko. By­łem za­sko­czony, wi­dząc, jak w mniej niż se­kundę twoje oczy ze zde­ner­wo­wa­nych zmie­niły się w zde­ter­mi­no­wane.

Pod­niósł swoją tacę, po czym za­brał także moją.

- Bę­dziesz szła za mną, skoro ja mam ser­wo­wać je­dze­nie pani Stone - pu­ścił oko, za­nim od­wró­cił się i po­szedł w stronę ja­dalni.

Ogromny po­kój nie był dla mnie ni­czym no­wym. Dziś rano my­łam tu pod­łogi. Mar­cus za­jął miej­sce za pa­nią Stone, która sie­działa za­raz przy wej­ściu. Moje ciało w na­tu­ralny spo­sób za­alar­mo­wało mnie, kiedy mu­sia­łam sta­nąć za Ja­xem, sie­dzą­cym na ho­no­ro­wym miej­scu. Spoj­rza­łam na Mar­cusa, by ten mnie po­in­stru­ował. Ski­nął głową, kiedy w tym sa­mym mo­men­cie po­ło­ży­li­śmy sa­łatki na stół. Od­su­nę­łam się. Mar­cus po­ka­zał, że­bym sta­nęła obok niego, tak też zro­bi­łam.

- Na­dal nie ro­zu­miem, dla­czego tata zmu­sza Ja­sona do pój­ścia na roz­mowę do Yale, je­śli on nie chce tam stu­dio­wać - jego głos brzmiał gładko, wręcz nie­re­al­nie.

Po­czu­łam się, jak­bym we­szła na plan fil­mowy i oglą­dała scenę, która grana jest dla mnie.

- Twój brat nie wie, co jest dla niego naj­lep­sze. Ma po­ten­cjał, żeby być kimś wię­cej niż tylko młod­szym bra­tem Jaxa Stone'a. Sam może stwo­rzyć swoją markę, je­śli skupi się na tym, a nie bę­dzie tra­cił czasu na za­bawę w giełdę. Jego ma­te­ma­tyczna głowa się mar­nuje.

Jax, jakby roz­ba­wiony, spoj­rzał w moją stronę, po czym zwró­cił się do matki.

- Oboje go od sie­bie ode­pchnie­cie. Masz ra­cję, jest mą­dry i nie mu­si­cie za niego my­śleć.

Pani Stone za­śmiała się sztucz­nie.

- Gdy­bym cię tak nie przy­ci­skała, nie był­byś tu, gdzie te­raz je­steś. Je­dyne, czego chcia­łeś, to grać w ba­se­ball ze swo­imi ko­leż­kami i mieć ten głu­piutki ga­ra­żowy ze­spół, w któ­rym ta­lent mia­łeś tylko ty.

Jax wes­tchnął, upił łyk wody i spoj­rzał na matkę.

- Wy­star­czy, mamo, nie mów źle o je­dy­nych praw­dzi­wych przy­ja­cio­łach, ja­kich mia­łem.

Pani Stone od­su­nęła się od stołu, Mar­cus do­tknął mo­jej dłoni, żeby przy­po­mnieć, po co wła­ści­wie tam by­li­śmy. Zbli­ży­li­śmy się do pań­stwa Stone'ów i jed­no­cze­śnie za­bra­li­śmy ta­le­rze po sa­łatce.

- Czy mógł­bym za­pro­po­no­wać do ko­la­cji coś in­nego niż woda? - Mar­cus za­py­tał z cza­ru­ją­cym po­łu­dnio­wym ak­cen­tem.

Wzrok Jaxa znów wbity był we mnie. Le­dwo po­wstrzy­my­wa­łam się od skie­ro­wa­nia oczu w jego stronę.

Pani Stone wes­tchnęła.

- Kie­li­szek mer­lota mi nie za­szko­dzi - spoj­rzała na syna, wy­pro­sto­wała ser­wetkę na ko­la­nach, sta­ra­jąc się na coś zde­cy­do­wać. - Przy­nieś mi kie­li­szek naj­lep­szego mer­lota, ja­kiego mamy w piw­niczce.

Jax oparł się na krze­śle, a ja wciąż czu­łam na so­bie jego wzrok. Wzię­łam głę­boki od­dech i spoj­rza­łam na niego.

- Je­śli mogę pro­sić o szklankę słod­kiej mro­żo­nej her­baty pani Mary...

Przy­tak­nę­łam i le­dwo po­wstrzy­ma­łam się przed od­wza­jem­nie­niem uśmie­chu.

- Tak, pro­szę pana - od­po­wie­dział Mar­cus.

Zro­bił krok do tyłu i wska­zał ręką, że­bym pierw­sza po­szła w stronę kuchni. Wy­szłam z ogrom­nego po­koju i na­tych­miast wzię­łam głę­boki od­dech. Nie są­dzi­łam, że to bę­dzie aż tak stre­su­jące. Kiedy tylko we­szli­śmy do kuchni, Mar­cus uśmiech­nął się do mnie.

- Co? Na­wa­li­łam?

Mar­cus prze­cząco po­krę­cił głową, a ja­sny ko­smyk wło­sów spadł mu na oczy.

- Nie, by­łaś świetna. Za­nie­śmy zupę z kraba, za­nim pani Mary się wku­rzy - od­wró­cił się w stronę prze­ło­żo­nej. - Pani Mary, po­trze­bu­jemy mer­lota z piw­nicy.

Ko­bieta po­dała mu otwartą już bu­telkę wraz z kie­lisz­kami.

- Do­my­śli­łam się. Tu­taj ma­cie mro­żoną her­batę dla Jaxa.

- Zajmę się na­po­jami - od­parł Mar­cus.

By­łam zbyt wdzięczna, żeby za­py­tać dla­czego. Ski­nę­łam tylko głową i ru­szy­łam za nim do ja­dalni. Na chwilę przed wej­ściem Mar­cus spoj­rzał na mnie.

- Zi­gno­ruj to, że się gapi. Je­steś nie­złym wi­do­kiem. Nie mogę go wi­nić, ale je­śli chcesz za­cho­wać po­sadę, sta­raj się być nie­wi­dzialna - pu­ścił do mnie oko i otwo­rzył drzwi.

Moim ży­cio­wym ce­lem było sta­nie się nie­wi­dzialną. My­śla­łam, że wła­śnie to ro­bię. Wy­gląda jed­nak, że mu­szę się nieco bar­dziej po­sta­rać.

- Za­mie­rzam sporo czasu po­świę­cić na re­laks na plaży. Po­doba mi się, że mamy pry­watny do­stęp do mo­rza, a o tym, że będę mógł spo­koj­nie od­po­cząć bez ni­kogo, kto chciałby ze mną po­roz­ma­wiać, po­znać mnie czy do­stać au­to­graf, my­śla­łem z utę­sk­nie­niem przez cały rok. Po­trze­buję prze­rwy. Wiem, że Gre­gory'emu nie po­doba się myśl, że przez trzy mie­siące będę nie­osią­galny, ale po­trze­buję tego dla mo­jego zdro­wia psy­chicz­nego - Jax spoj­rzał na mnie, gdy sta­wia­łam przed nim ta­lerz z zupą kra­bową. - Dzię­kuję - wy­szep­tał.

- Też chcę, że­byś zro­bił so­bie wolne. Gre­gory my­śli jed­nak, że chwilka spę­dzona tego lata z fa­nami do­brze zrobi two­jemu PR. Może mógł­byś za­grać kon­cert na plaży albo zja­wić się na kilku pre­mie­rach?

Jax po­krę­cił głową.

- Nie ma mowy, mamo. Nie chcę, żeby lu­dzie wie­dzieli, że tu­taj je­stem. Wy­bra­łem Ala­bamę, dla­tego że jest tu tak mało lu­dzi. Co wię­cej, ta wy­spa jest pry­watna. Prze­my­ślę sprawę pre­mier, ale to tyle. Żad­nych kon­cer­tów.

Pani Stone wzru­szyła ra­mio­nami.

- No cóż, po­wie­dzia­łam Gre­gory'emu, że spró­buję i spró­bo­wa­łam. Niech on so­bie z tobą ra­dzi. Je­steś do­ro­sły. Nie mam za­miaru już na cie­bie na­ci­skać.

Jax wró­cił do je­dze­nia, a ja sta­łam obok Mar­cusa, ga­piąc się to przez okno, to na ta­lerz Jaxa, i cze­ka­łam na mo­ment, kiedy będę mu­siała go za­brać. Spoj­rza­łam na Mar­cusa, a on się do mnie uśmiech­nął. Był po­ważny i mia­łam pew­ność, że chciał, aby mi się po­wio­dło. Zdo­by­łam przy­ja­ciela. Mar­cus de­li­kat­nie do­tknął mo­jego ra­mie­nia i zro­bił krok do przodu. Na­tych­miast po­dą­ży­łam jego śla­dem i ra­zem po­sprzą­ta­li­śmy ta­le­rze.

- Jesz­cze mro­żo­nej her­baty, pro­szę pana?

Jax po­pa­trzył na mnie i prze­niósł wzrok na Mar­cusa.

- Tak, pro­szę.

Pani Stone zdą­żyła upić tylko łyk swo­jego wina. Ko­lejny raz Mar­cus wska­zał, bym wy­szła pierw­sza. Po­wtó­rzy­li­śmy na­szą se­kwen­cję. W kuchni ode­bra­li­śmy przy­go­to­wane tace z naj­bar­dziej eg­zo­tycz­nymi pro­duk­tami, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam.

- Wow, sporo je­dzą.

- Pani Stone tylko skosz­to­wała swo­jego je­dze­nia, po­dej­rze­wam, że te­raz bę­dzie po­dob­nie.

- On na­to­miast je wszystko.

- Tak, ale to do­ra­sta­jący chło­piec.

Uśmia­łam się, sły­sząc Mar­cusa na­śla­du­ją­cego pa­nią Mary, pod­nio­słam tacę i po­dą­ży­łam za nim zna­nym mi już ko­ry­ta­rzem. Po­sta­wi­łam przed Ja­xem po­si­łek, a Mar­cus po­dał mi jego mro­żoną her­batę.

Matka i syn je­dli tym ra­zem w ci­szy. Od czasu do czasu czu­łam jego wzrok na so­bie i do­tyk Mar­cusa przy­po­mi­na­jący o tym, że mu­szę być nie­wi­dzialna. Nie po­zwo­li­łam so­bie od­wza­jem­nić cie­kaw­skiego spoj­rze­nia tych błę­kit­nych oczu. Jax i jego matka wy­mie­nili kilka słów, ale więk­szość czasu je­dli w mil­cze­niu. W końcu, całą wiecz­ność póź­niej, po­sta­no­wi­łam spraw­dzić, czy Jax skoń­czył po­si­łek, i na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały. Pró­bo­wa­łam od­wró­cić wzrok, ale jego oczy wy­da­wały się roz­ba­wione. Spoj­rza­łam w dół, a Mar­cus ści­snął moją rękę. Po­pa­trzy­łam w jego stronę, a on kiw­nął głową na znak, że mo­żemy zbie­rać ta­le­rze. Po­sprzą­ta­li­śmy stół w tym sa­mym cza­sie i po­now­nie skie­ro­wa­li­śmy się w stronę wyj­ścia.

- Nie będę ja­dła de­seru - po­wie­działa pani Stone. - Nie zno­szę zo­sta­wiać cię sa­mego pod­czas po­siłku, ale je­stem wy­koń­czona. Będę w swoim po­koju, na wy­pa­dek gdy­byś mnie po­trze­bo­wał.

Jax wstał, gdy jego matka od­cho­dziła od stołu. Kiedy wy­szła, po­now­nie usiadł.

- A ja pro­szę o de­ser - za­pew­nił nas, a może... mnie.

Mar­cus ski­nął głową.

- Tak, pro­szę pana - od­parł ofi­cjal­nym to­nem i wy­szli­śmy z ja­dalni.

W kuchni Mar­cus od­sta­wił swoją tacę.

- Okej, te­raz uwa­żaj. Po­win­naś przy­nieść mu ta­lerz, a po­nie­waż jego matka wy­szła, ja nie mam po­wodu, żeby tam wra­cać. Mógł­bym iść za cie­bie, co by­łoby naj­lep­szym roz­wią­za­niem, ale oba­wiam się, że mo­głoby go to roz­zło­ścić. Zwró­cił na cie­bie uwagę, co - jak uwa­żam - było nie do unik­nię­cia, mam jed­nak na­dzieję, że nie po­leci na ko­lejną piękną twa­rzyczkę.

Mar­cus wes­tchnął, oparł się bio­drem o stół i skrzy­żo­wał swoje dłu­gie nogi.

- De­cy­zję zo­sta­wiam to­bie.

- Mnie?

- Co chcesz zro­bić, Sa­die? Tu nie cho­dzi o twoją pracę, ale o moją. Je­śli tam nie wró­cisz, mogą mnie zwol­nić za za­bie­ra­nie ci pracy. My­ślę, że już za­uwa­żył moje za­cho­wa­nie wo­bec cie­bie. Pój­dziesz czy nie, twoja po­zy­cja tu jest bez­pieczna... póki co.

Wzię­łam od­dech i się­gnę­łam po tacę z de­se­rem. Nie po­tra­fi­ła­bym na­ra­zić czy­jejś pracy, żeby so­bie po­móc.

- Zro­bię to.

Bez słowa po­szłam ko­ry­ta­rzem.

Kiedy we­szłam do ja­dalni, mój wzrok na­po­tkał jego nie­bie­skie oczy. Uśmiech­nął się.

- Ach, a więc po­zwo­lił ci przyjść sa­mej. Za­sta­na­wia­łem się, czy zo­ba­czę jego za­miast cie­bie.

Nie chcia­łam się uśmiech­nąć na tę uwagę, ale nie udało mi się za­cho­wać ka­mien­nej twa­rzy.

Po­sta­wi­łam przed nim ta­lerz z de­se­rem i za­ję­łam swoje miej­sce.

- Po­tra­fisz mó­wić? - za­py­tał.

- Tak - Mar­cus mó­wił za mnie cały wie­czór.

- Zwy­kle nie mamy tu­taj mło­dych pra­cow­nic. Jak udało ci się prze­ko­nać Mary?

- Je­stem doj­rzała jak na swój wiek.

Tylko przy­tak­nął i wziął kęs cze­ko­la­do­wego fon­dant, z któ­rego środka wy­pły­nęło jesz­cze wię­cej cze­ko­lady. Kiedy już po­gryzł i prze­łknął, znów na mnie spoj­rzał. Od­wró­ci­łam wzrok w stronę okna, za któ­rym fale roz­bi­jały się o brzeg.

- Ile masz lat?

- Sie­dem­na­ście - mia­łam na­dzieję, że moja krótka od­po­wiedź za­koń­czy to prze­słu­cha­nie.

- Skąd wie­dzia­łaś, że tu miesz­kam?

Jego py­ta­nie wy­trą­ciło mnie z rów­no­wagi, spoj­rza­łam mu w oczy.

- Trudno prze­oczyć twoje zdję­cia, kiedy ście­ram ku­rze i myję pod­łogę.

Zmarsz­czył brwi.

- Zgło­si­łaś się do tej pracy, nie wie­dząc, że tu miesz­kam?

Do­my­śli­łam się, że są­dził, że jako fanka zdo­ła­łam prze­mknąć się przez szczelną ochronę, i chciał wie­dzieć, jak to zro­bi­łam.

- Moja matka sprzą­tała tu przez dwa mie­siące. Jed­nak z po­wodu za­awan­so­wa­nej ciąży wy­słała mnie na za­stęp­stwo. Udo­wod­ni­łam swoją war­tość i pani Mary po­zwo­liła mi zo­stać. Moja obec­ność tu­taj nie ma w ża­den spo­sób związku z pa­nem, a wy­nika z po­trzeby je­dze­nia i opła­ca­nia ra­chun­ków.

Wiem, że wy­glą­da­łam na zi­ry­to­waną, ale tak wła­śnie było i nic nie mo­głam na to po­ra­dzić.

Przy­tak­nął i wstał od stołu.

- Prze­pra­szam. Kiedy cię zo­ba­czy­łem, taką młodą i no cóż... atrak­cyjną, po­my­śla­łem, że je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­rego ktoś taki jak ty może tu pra­co­wać, jest to, by się do mnie zbli­żyć. Czę­sto mam do czy­nie­nia z ko­bie­tami, ale moja uwaga, że pra­cu­jesz tu, żeby się do mnie do­brać, była nie fair. Pro­szę, wy­bacz mi.

Prze­łknę­łam ślinę. Czu­łam, że ta praca wy­myka mi się z rąk, ale nie będę pła­kać.

- Ro­zu­miem - tyle zdo­ła­łam wy­krztu­sić.

Chło­pięcy uśmiech wy­ma­lo­wał się na jego twa­rzy i ski­nął głową w kie­runku drzwi.

- Mo­głem się zo­rien­to­wać, że cię chroni. Ga­pi­łem się na cie­bie czę­ściej, niż po­wi­nie­nem, ale wciąż cze­ka­łem, aż po­pro­sisz mnie o au­to­graf albo dasz mi swój nu­mer wy­pi­sany na ser­wetce.

Unio­słam brwi ze zdu­mie­nia.

Jax wzru­szył ra­mio­nami.

- Tak wy­gląda moje ży­cie. Tego wła­śnie się spo­dzie­wa­łem.

Tym ra­zem od­wza­jem­ni­łam uśmiech. Nie był aż taki zły, jak go oce­nia­łam na po­czątku.

Nie za­mie­rzał mnie zwol­nić.

- Je­stem tu po to, by wy­ko­ny­wać swoją pracę, pro­szę pana. Nic wię­cej.

- Wy­świadcz mi przy­sługę i nie zwra­caj się do mnie per pan. Je­stem od cie­bie tylko dwa lata star­szy.

Ostroż­nie, żeby nie do­tknąć jego dłoni, za­bra­łam ta­lerz i zro­bi­łam krok do tyłu.

- Do­brze - od­po­wie­dzia­łam w na­dziei, że mogę już wyjść.

- Więc on jest twoim chło­pa­kiem?

Za­sko­czył mnie tym py­ta­niem. Za­mar­łam.

- Kto? Mar­cus?

Krzywy uśmie­szek po­ja­wił się na jego twa­rzy. Trudno było się na niego nie ga­pić.

- Je­śli Mar­cus jest tym go­ściem, który wy­da­wał się bar­dzo zde­ter­mi­no­wany, że­byś nie po­peł­niła dzi­siaj żad­nej gafy, to tak.

- Nie, on jest... on jest przy­ja­cie­lem.

Jax uśmiech­nął się i po­chy­lił, by wy­szep­tać bli­sko mo­jego ucha:

- Mam na­dzieję, że wkrótce i mnie uznasz za przy­ja­ciela. A nie mam ich wielu.

Moja twarz była roz­pa­lona, a skóra drżała od jego bli­sko­ści.

Cie­pły od­dech na moim po­liczku spra­wił, że z tru­dem po­tra­fi­łam sfor­mu­ło­wać ja­kie­kol­wiek zda­nie. Prze­łknę­łam ślinę, sta­ra­jąc się sku­pić na jego sło­wach i nie ze­mdleć u jego stóp jak ja­kaś wa­riatka.

- Ja mam tylko jed­nego - wy­pa­pla­łam jak idiotka.

Jax zmarsz­czył brwi.

- Ja­koś trudno mi w to uwie­rzyć.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Nie mam czasu na przy­ja­ciół.

Jax pod­szedł krok bli­żej i z uśmie­chem otwo­rzył mi drzwi.

- Mam na­dzieję, że znaj­dziemy chwilkę w twoim na­pię­tym gra­fiku, po­nie­waż wy­cho­dzi na to, że sam po­trze­buję przy­ja­ciela... Ko­goś, kogo nie ob­cho­dzi, kim je­stem... Ko­goś, kto nie śmieje się z mo­ich żar­tów, gdy nie są za­bawne. Je­śli się nie mylę, masz gdzieś, że je­stem w tym mie­siącu na okładce "Rol­ling Stone'a", a moje zdję­cie wisi na ścia­nie w po­koju każ­dej ame­ry­kań­skiej na­sto­latki.

Jego ko­men­tarz zda­wał się nieco uspo­ka­jać mój chwi­lowy brak zdro­wego roz­sądku spo­wo­do­wany jego bli­sko­ścią. Po­trzą­snę­łam głową.

- Nie każ­dej na­sto­latki w Ame­ryce. Ni­gdy nie wi­sia­łeś na ścia­nie w moim po­koju. Więc chyba masz ra­cję, mam to gdzieś.

Ode­szłam, zo­sta­wia­jąc go za sobą.

Roz­dział III

Jax

Za­po­mnia­łem ją spy­tać o imię. Cho­lera. By­łem tak za­fa­scy­no­wany nią i jej od­po­wie­dziami, że na­wet nie za­py­ta­łem, jak się na­zywa. Wie­dzia­łem, że chło­pak ma na imię Mark albo Matt, albo Mar­cus. Niech to dia­bli, nie pa­mię­ta­łem. Cie­szy­łem się tylko, że z nim nie była. Nie żeby to miało zna­cze­nie. Nie że­bym miał za­miar ją pod­ry­wać.

Kiedy zo­ba­czy­łem ją wcze­śniej obok mo­jego po­koju, po­my­śla­łem, że bę­dzie mu­siała odejść. Już wtedy nie po­do­bała mi się ta myśl, po­nie­waż ta dziew­czyna jest piękna, ale wi­dzia­łem już wiele pięk­nych dziew­czyn, które były pie­kiel­nie wal­nięte. Ta jed­nak mnie nie chciała. By­łem pe­wien, że na­wet mnie nie lubi. To była... dziwna, ale i orzeź­wia­jąca zmiana.

Po raz pierw­szy od lat chcia­łem, żeby dziew­czyna mnie po­lu­biła. Mój brat po­wie­działby, że tracę ro­zum. Te jej sek­sowne nie­bie­skie oczy i ciało, któ­rego nie zdo­łał ukryć no­szony przez nią strój, nie prze­ko­na­łyby Ja­sona. Je­śli cho­dziło o dziew­czyny, nie ufał im. Wy­bie­ra­jąc, z kim się bę­dzie uma­wiał, za­cho­wy­wał ostroż­ność. Nie tylko na śliczną twarz zwra­cał uwagę. Mu­siał mieć pew­ność, że po­przez niego nie chcą się do­stać do mnie.

Kiedy wsze­dłem do sy­pialni, uda­łem się w stronę okna wy­cho­dzą­cego na po­dwórko z tyłu domu. Nie chcia­łem przy­znać, że spraw­dzam, czy już wy­cho­dzi... ale tak było. Przy­zna­jąc się czy nie, wy­glą­da­łem tej dziew­czyny.

Sa­die

Mar­cus cze­kał na mnie w kuchni, po­pi­ja­jąc mro­żoną her­batę i roz­ma­wia­jąc z pa­nią Mary. Kiedy tylko we­szłam, on wstał.

- No i jak po­szło?

- My­ślał, że je­stem fanką, która do­stała się tu­taj przez nie­szczelną ochronę, i chciał wie­dzieć, jak to zro­bi­łam. Po­in­for­mo­wa­łam go, że za­stę­puję moją matkę z po­wodu jej ciąży, nie je­stem fanką i nie wie­dzia­łam, że dom na­leży do niego, kiedy naj­mo­wa­łam się do pracy.

Mar­cus zmarsz­czył brwi.

- I jak przy­jął twoje wy­ja­śnie­nia?

- Nie są­dzę, żeby były ja­kieś pro­blemy te­raz, kiedy wie, że nie je­stem sza­loną fanką, która chce mu wci­snąć za­pi­sany na ser­wetce nu­mer te­le­fonu. Wąt­pię, żeby od te­raz w ogóle na mnie zwra­cał uwagę.

Mar­cus uniósł brwi, jakby mi nie wie­rzył.

Pani Mary po­de­szła bli­żej i za­brała z mo­ich rąk tacę.

- Do­brze, wie­dzia­łam, że damy radę. A te­raz prze­bierz się i wra­caj do domu. Spo­dzie­wam się cie­bie ju­tro o siód­mej rano.

Po­bie­głam do pralni się prze­brać. Gdy tylko wło­ży­łam swoje ciu­chy, uda­łam się w kie­runku drzwi. Pani Mary nu­ciła coś, sprzą­ta­jąc, a Mar­cus stał pod drzwiami i cze­kał.

- Już późno, przy­je­cha­łaś tu czy przy­szłaś pie­szo? - za­py­tał, gdy do­tar­łam do drzwi.

- Przy­je­cha­łam na ro­we­rze.

Otwo­rzył drzwi i ra­zem wy­szli­śmy na ze­wnątrz.

- Po­zwól, że za­pa­kuję twój ro­wer na tył mo­jego sa­mo­chodu i za­wiozę cię do domu.

Wy­glą­dał, jakby szcze­rze się o mnie mar­twił.

- Okej, dzię­kuję.

Kiedy sie­dzie­li­śmy już w sa­mo­cho­dzie na zu­ży­tych skó­rza­nych ka­na­pach, nieco się zre­lak­so­wa­łam.

- Jak długo pra­cu­jesz w re­zy­den­cji Stone'ów?

Spoj­rzał na mnie.

- Za­czą­łem po­przed­niego roku. Pra­cuję tu tylko la­tem. Je­stem miej­scowy, ale obec­nie stu­diuję na Uni­wer­sy­te­cie Ala­bama. To moje wa­ka­cyjne za­ję­cie.

- Oczy­wi­ście dla mnie to też praca tylko na lato. Tej je­sieni za­czy­nam ostatni rok na­uki. Prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się tu­taj z Ten­nes­see.

Sie­dzie­li­śmy kilka mi­nut w ci­szy, a ja pa­trzy­łam za okno na spa­ce­ru­jące ro­dziny, wciąż ubrane w pla­żowe ciu­chy. Za­nim tu za­miesz­ka­ły­śmy, ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam plaży. Nie mo­głam po­wstrzy­mać eks­cy­ta­cji, jaką czu­łam, pa­trząc na fale roz­bi­ja­jące się o piasz­czy­sty brzeg.

- Wy­glą­dasz po­waż­niej niż na ostat­nią klasę li­ceum. Prawdę mó­wiąc, je­steś doj­rzal­sza niż więk­szość dziew­czyn, z któ­rymi stu­diuję.

Uśmiech­nę­łam się w du­chu. Gdyby tylko wie­dział. Jed­nak dzi­siej­szego wie­czoru nie za­mie­rza­łam za­wra­cać głowy ko­muś, kto mógł oka­zać się praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem.

- Wiem. Za­wsze by­łam starą ko­bietą w ciele dziecka. To do­pro­wa­dza moją matkę do szału.

- Nie na­zwał­bym cię starą ko­bietą, tylko bar­dziej doj­rzałą niż inne sie­dem­na­sto­latki.

Nor­malne sie­dem­na­sto­latki stały wła­śnie na uli­cach, śmiały się i flir­to­wały. Letni ro­mans nie był czymś, co po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, ale oka­zuje się, że tu­taj było to czymś istot­nym. Miej­scowe dziew­czyny na­zy­wały tu­ry­stów let­nimi chłop­cami. Nie bar­dzo to ro­zu­mia­łam, ale w końcu nie by­łam prze­cież zbyt nor­malna.

Mar­cus od­wró­cił się w moją stronę.

- Zra­ni­łem twoje uczu­cia? Nie mia­łem ta­kiego za­miaru. To był kom­ple­ment, se­rio. Mam już dość głu­poty i płyt­ko­ści dziew­czyn. Ty je­steś jak po­wiew świe­żego po­wie­trza.

Spoj­rza­łam na niego z uśmie­chem. On na­prawdę był mi­łym go­ściem. Chcia­łam po­czuć cie­pło i mro­wie­nie, gdy na mnie pa­trzył, jed­nak ewi­dent­nie moje ciało re­ago­wało tak tylko na na­sto­let­nią gwiazdę rocka. Na myśl, że mogę przez to wyjść na płytką, zro­biło mi się nie­do­brze.

- Dzię­kuję, nikt ni­gdy wcze­śniej nie kom­ple­men­to­wał mo­jej dziw­nej oso­bo­wo­ści.

Skrzy­wił się i po­trzą­snął głową.

- Nie na­zwał­bym cię dziwną... Ra­czej orzeź­wia­jąco uni­ka­tową.

Ro­ze­śmia­łam się na tę jego próbę zła­go­dze­nia mo­ich słów.

- Dzięki. Orzeź­wia­jąco uni­ka­towa brzmi zde­cy­do­wa­nie le­piej. Na na­stęp­nych świa­tłach skręć w prawo, a jak mi­niemy dwa domy - w lewo.

Resztę drogi prze­je­cha­li­śmy w ci­szy.

- Za­trzy­maj się na po­bo­czu. Nie mo­żemy ko­rzy­stać z pod­jazdu wła­ści­ciela. To ich dom. My wy­naj­mu­jemy małe miesz­ka­nie na dole.

Mar­cus za­trzy­mał sa­mo­chód.

- Jesz­cze raz dzię­kuję za pod­wie­zie­nie mnie do domu.

Otwo­rzył swoje drzwi, wy­sko­czył i po­szedł po mój ro­wer. Ob­ser­wo­wa­łam, jak go wyj­muje i opiera o ścianę domu.

- Za­wsze kiedy bę­dziemy ra­zem koń­czyć, mogę cię pod­rzu­cać.

Jesz­cze raz mu po­dzię­ko­wa­łam.

Mar­cus spoj­rzał na mnie i za­czął prze­stę­po­wać z jed­nej nogi na drugą.

- Skoro je­steś tu nowa i ra­zem pra­cu­jemy tego lata, może za­biorę cię gdzieś po pracy lub w nie­dzielę w trak­cie dnia, kiedy oboje mamy wolne? Mogę ci po­ka­zać fajne miej­sca, przed­sta­wić ci kilka osób. Wiesz, jak przy­ja­ciele.

Brzmiało do­brze, ale nieco zdzi­wiła mnie wzmianka o nie­dzieli.

- Nie­dziela? - za­py­ta­łam.

Zmarsz­czył brwi.

- Nie wie­dzia­łaś, że nie­dziele są wolne? Na­wet dla pani Mary.

Po­krę­ci­łam prze­cząco głową.

- Nie, nie wie­dzia­łam. Ale tak, z przy­jem­no­ścią zwie­dzę oko­licę z kimś, kto wie, do­kąd warto się wy­brać.

Uśmiech­nął się sze­roko i prze­cze­sał pal­cami swoje blond włosy.

- Wspa­niale. W tym ty­go­dniu coś za­pla­nuję i dam ci znać, co ro­bimy.

Po­że­gna­li­śmy się. Pa­trzy­łam, jak wraca do swo­jego sa­mo­chodu, po­ma­cha­łam mu i uda­łam się do Jes­siki i jej dwu­dzie­stu py­tań, co za­jęło mi tyle czasu.

W miesz­ka­niu było ci­cho i ciemno. Zaj­rza­łam do po­koju Jes­siki i zna­la­złam ją śpiącą w po­ście­lo­nym łóżku, z wciąż włą­czoną kli­ma­ty­za­cją. Wzię­łam koł­drę i przy­kry­łam ją, za­nim wy­szłam do swo­jego po­koju przy­go­to­wać się do ką­pieli. Wcze­śnie po­szła spać. Nie było żad­nych dwu­dzie­stu py­tań czy go­to­wa­nia ko­la­cji. Uśmiech­nę­łam się i uda­łam się w stronę ła­zienki. Po­trze­bo­wa­łam prysz­nica i snu. Dziś udało mi się po­ra­dzić so­bie z naj­więk­szą prze­szkodą. Ju­tro po­winno być już le­piej. Żad­nych spo­tkań z Ja­xem. Po­sia­da­nie przy­ja­ciela sprawi, że wszystko bę­dzie jesz­cze przy­jem­niej­sze.

Na­stępny ty­dzień wy­peł­niony był ru­tyną. Przy­jeż­dża­łam do pracy i od razu uda­wa­łam się do kuchni pani Mary. Była bar­dziej roz­mowna niż Fran i opo­wia­dała za­bawne hi­sto­rie. Mó­wiła mi o swo­ich dwóch cór­kach i sied­miu wnu­czę­tach. Jedna z jej có­rek wraz z pię­cioma wnucz­kami miesz­kały w Mi­chi­gan. Inna z ko­lei miesz­kała w Geo­r­gii, miała dzie­wię­cio­let­nią dziew­czynkę oraz ma­łego chłopca, który był ulu­bień­cem ro­dziny peł­nej dziew­cząt. Jej opo­wie­ści uświa­do­miły mi, jak dys­funk­cjo­nal­nie wy­glą­dało ży­cie z Jes­sicą. Wy­obra­zi­łam so­bie swoje ży­cie jako pełne i nor­malne - jak u pani Mary. Wie­dzia­łam, że kie­dyś będę miała szansę zbu­do­wać przy­szłość wy­peł­nioną mi­ło­ścią i ro­dziną. Czę­sto fan­ta­zjo­wa­łam o ta­kim ży­ciu.

Moje pierw­sze po­po­łu­dnia z pa­nem Gre­giem były nieco sztywne. Nie był za­do­wo­lony z po­mocy na­sto­latki, jed­nak po dniu, pod­czas któ­rego nie mu­siał klę­czeć na swo­ich ar­tre­tycz­nych ko­la­nach, do­ce­nił moją obec­ność. Pod ko­niec czwar­tego dnia pan Greg i ja za­sie­dli­śmy w al­ta­nie do par­tyjki sza­chów. Za każ­dym ra­zem mnie ogry­wał, ale obie­ca­łam, że się po­pra­wię, i pew­nego dnia go po­ko­nam. Mar­cusa wi­dy­wa­łam po­po­łu­dniami, kiedy wszy­scy za­sia­da­li­śmy do stołu i za­ja­da­li­śmy się zupą i sa­łatką. Pani Mary za­wsze prze­ka­zy­wała mi do­dat­kową por­cję dla Jes­siki i po­dej­rze­wam, że ro­biła to przez wzgląd na mnie. Mimo że nie znała prawdy, zda­wała się ro­zu­mieć, jak wy­gląda moje ży­cie ro­dzinne. Kiedy Mar­cus koń­czył dniówkę, za­wsze za­bie­rał mnie i mój ro­wer do domu. Wil­liam wró­cił już do pracy z Mar­cu­sem i wszystko zda­wało się ukła­dać do­brze mię­dzy ob­sługą a ro­dziną.

Na­wet nie za­uwa­ży­łam, jak na­stał nie­dzielny po­ra­nek. Le­ża­łam w łóżku, przy­kry­wa­jąc twarz po­duszką i chro­niąc oczy przed ostrym świa­tłem wdzie­ra­ją­cym się do po­koju. Do­brze było nie mu­sieć wy­ska­ki­wać z łóżka i przy­go­to­wy­wać się do wyj­ścia. Lu­bi­łam swoją pracę, ale lu­bi­łam też spać do późna. Ziew­nę­łam i wy­cią­gnę­łam się na łóżku. Dziś wy­cho­dzę z przy­ja­cie­lem. By­łam pew­nie pod­eks­cy­to­wana bar­dziej, niż byłby każdy inny, ale nic nie mo­głam na to po­ra­dzić. Usia­dłam i po­tar­łam dłońmi twarz, sta­ra­jąc się obu­dzić na tyle, by pójść zjeść śnia­da­nie. W miesz­ka­niu wciąż było ci­chutko, po­nie­waż Jes­sica zwy­kle spała do je­de­na­stej. Po­szłam do kuchni, przy­go­to­wa­łam so­bie mi­seczkę płat­ków Pe­anut But­ter Crunch i usia­dłam na ze­wnątrz. Słońce od­bi­jało się od wody i ogrze­wało mnie, kiedy de­lek­to­wa­łam się płat­kami. Dziś był pierw­szy dzień mo­jego praw­dzi­wego lata. Dziś mo­głam ro­bić to, co każda sie­dem­na­sto­latka.

- Co tam jesz? - za­py­tała Jes­sica, wy­cho­dząc, a ra­czej drep­cząc po­wo­lutku zza drzwi.

- Płatki Pe­anut But­ter Crunch - od­po­wie­dzia­łam, bio­rąc ko­lejny kęs.

Usia­dła obok mnie na krze­śle ogro­do­wym i wes­tchnęła.

- Ko­chasz mnie?

Prze­wró­ci­łam oczami, wie­dząc, co na­stąpi za chwilę.

- Tak - po­wie­dzia­łam, bio­rąc ko­lejną łyżkę płat­ków.

- Uli­tu­jesz się więc nade mną i moim wiel­kim brzu­chem i przy­go­tu­jesz mi por­cję, jak skoń­czysz?

To była jej stara śpiewka. Uwa­żała, że to uro­cze spy­tać, czy ją ko­cham, za­nim o coś po­prosi.

Wsta­łam do­piero wtedy, kiedy zja­dłam resztę płat­ków i wy­pi­łam mleko.

- Idę przy­go­to­wać ci płatki - po­wie­dzia­łam, prze­cho­dząc przez próg.

- Dzięki, kotku - od­po­wie­działa, nie otwie­ra­jąc oczu.

Przy­go­to­wa­łam ogromną mi­skę, żeby nie cho­dzić po do­kładkę, i za­nio­słam jej śnia­da­nie. Mu­sia­łam po­wie­dzieć jej o Mar­cu­sie, za­nim tu przy­je­dzie. Krze­sło ogro­dowe było ze­psute i je­dyną po­zy­cją, jaką przyj­mo­wało, była po­zy­cja le­żąca. Żeby zjeść śnia­da­nie, Jes­sica mu­siała więc tro­chę się unieść.

- Dzięki wiel­kie - po­wie­działa z uśmie­chem.

Usia­dłam po­now­nie.

- Za­przy­jaź­ni­łam się z kimś z pracy, przy­je­dzie po mnie dzi­siaj i po­każe mi oko­licę.

Jes­sica odło­żyła łyżkę.

- Masz chło­paka! Ty?

- Nie uma­wiam się z nim. To tylko przy­ja­ciel. Jest stąd i chce się dzi­siaj spo­tkać.

Uśmiech­nęła się i zja­dła łyżkę płat­ków. Le­dwo zdą­żyła prze­łknąć, po­wie­działa.

- Nie mogę uwie­rzyć, że roz­ma­wia­łaś z kimś na tyle długo, żeby się za­przy­jaź­nić. Czy on też jest ta­kim sa­mot­ni­kiem?

Wsta­łam, nie ma­jąc ochoty wy­słu­chi­wać jej do­cin­ków. Uwiel­biała wy­po­mi­nać mi brak umie­jęt­no­ści ży­cia w spo­łe­czeń­stwie. Wcho­dzi­łam już do domu, kiedy z roz­ba­wie­niem po­wie­działa:

- Tylko się dro­czę, Sa­die. Nie złość się. Cie­szę się, że masz przy­ja­ciela. Nie za­po­mnij o mnie i nie zni­kaj na cały dzień. Smutno mi tu tak sa­mej.

Nie zno­si­łam, kiedy pró­bo­wała wzbu­dzić we mnie po­czu­cie winy.

- Masz sa­mo­chód. Jedź gdzieś, zrób coś.

Wes­tchnęła me­lo­dra­ma­tycz­nie.

- Mu­szę pójść na pe­di­cure, skoro na­wet nie wi­dzę swo­ich pal­ców.

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie, zrób coś, na co nie mu­sisz wy­da­wać pie­nię­dzy. Na przy­kład po­spa­ce­ruj po plaży.

Prze­wró­ciła oczami, a ja we­szłam do środka. Po­szłam pro­sto do miej­sca, w któ­rym le­żały pie­nią­dze prze­zna­czone na ra­chunki, i prze­ło­ży­łam je gdzie in­dziej. Nie chcia­łam wró­cić do domu i do­wie­dzieć się, że wy­dała wszyst­kie na­sze oszczęd­no­ści. Kiedy za­bez­pie­czy­łam kasę, po­szłam przy­go­to­wać się na swój dzień z Mar­cu­sem. Mu­sia­łam umyć włosy i na­sma­ro­wać się kre­mem prze­ciw­sło­necz­nym. Słońce w tym re­jo­nie by­wało zdra­dliwe. Naj­pierw jed­nak mu­sia­łam zna­leźć swój ko­stium ką­pie­lowy i coś do ubra­nia. Spraw­dzi­łam czas. Do jego przy­jazdu mia­łam jesz­cze trzy­dzie­ści mi­nut. Mu­sia­łam się po­śpie­szyć, żeby to Jes­sica nie przy­wi­tała go i nie po­wie­działa cze­goś że­nu­ją­cego.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się Mar­cus, kiedy otwo­rzy­łam drzwi.

- Dzień do­bry! Po­cze­kaj se­kundę, tylko we­zmę to­rebkę - od­wró­ci­łam się, po­szłam do du­żego po­koju i za­bra­łam to­rebkę, która le­żała na sto­liku.

- Idę. Ty też wyjdź i coś zrób - po­wie­dzia­łam ma­mie, za­nim wy­szłam.

- Jak to? Nie za­pro­sisz go do środka? - wciąż była ubrana w czarną ko­szulę nocną, roz­cią­gniętą na brzu­chu.

- Nie, mamo, nie, kiedy je­steś w pi­ża­mie.

Za­śmiała się, a ja po­śpie­szy­łam do drzwi.

- Je­steś go­towa zo­ba­czyć to mia­sto oczami miej­sco­wego? - za­py­tał z uśmie­chem.

Ski­nę­łam głową, pod­eks­cy­to­wana.

- Tak.

Otwo­rzył mi drzwi sa­mo­chodu i we­szłam do środka. Obiegł wóz na­około, wsko­czył na sie­dze­nie, a na nos za­ło­żył oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

- Jesz su­rowe ostrygi?

- Nie ma mowy!

Uśmiech­nął się.

- Mo­głem się do­my­ślić: je­steś dziew­czyną z Ten­nes­see. Ale to nic, gril­lują tam też ham­bur­gery, kolby ku­ku­ry­dzy i że­berka.

- Uwiel­biam bur­gery, ku­ku­ry­dzę i że­berka.

- Ach, to do­brze. Je­dziemy do domu mo­jego przy­ja­ciela. Mają tam dziś grilla i su­rowe ostrygi na przy­stawkę.

Skrzy­wi­łam się na myśl o su­ro­wym roz­mię­kłym i ośli­zgłym czymś w muszli, co inni będą wkła­dać do ust.

Za­śmiał się na wi­dok mo­jej miny.

- Nie brzmi to aż tak źle, je­śli do­ra­sta się w tej oko­licy.

Nie sko­men­to­wa­łam, po­nie­waż nie by­łam pewna, jak kto­kol­wiek mógł przy­zwy­czaić się do je­dze­nia cze­goś ta­kiego.

- Przy­jaź­nię się z Roc­kiem od pod­sta­wówki. Po­lu­bisz tam­tej­szą ekipę. Bę­dziemy gril­lo­wać i po­jeź­dzimy na nar­tach wod­nych. Mają łódź. Pój­dziemy na przy­stań ją uru­cho­mić. Jeź­dzi­łaś kie­dyś na nar­tach wod­nych?

- Nie­stety nie, ale bar­dzo chcia­ła­bym spró­bo­wać - chyba ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wał, bo na jego twa­rzy po­ja­wił się sze­roki uśmiech.

- Mogę cię na­uczyć. Za­nim dzień się skoń­czy, bę­dziesz już śmi­gała.

Pod­je­cha­li­śmy pod par­te­rowy dom na pa­lach, po­dobny do in­nych w tej oko­licy. Nie był zbyt luk­su­sowy i zda­wało się, że prze­trwał kilka hu­ra­ga­nów. Si­ding wy­glą­dał na wie­lo­krot­nie ła­tany.

Mar­cus pod­szedł do mnie, gdy wy­szłam z sa­mo­chodu, i wsu­nął mi na nos oku­lary sło­neczne.

- Bę­dziesz ich po­trze­bo­wać. Bez nich roz­boli cię głowa.

- Za­wsze wo­zisz ze sobą dam­skie oku­lary? - za­py­ta­łam prze­kor­nie.

Za­śmiał się gło­śno.

- Nie, mam sio­strę.

Nic nie wie­dzia­łam o jego ro­dzi­nie. Po­do­bała mi się myśl, że wiem o nim coś wię­cej niż oczy­wi­sto­ści.

- Pro­szę, po­wiedz, że masz na so­bie krem z fil­trem. Na­wet naj­więksi fani opa­la­nia palą się na tym słońcu.

- Tak, grubą war­stwę.

- Chodź tędy - po­wie­dział, cią­gnąc mnie za sobą przez wy­soką trawę, która ro­sła na pia­sku. Na środku po­dwórka zo­ba­czy­łam pro­sto­kątny wpusz­czony w zie­mię ba­sen, a nad nim ko­lesi w ką­pie­lów­kach i dziew­czyny w bi­kini. Wszy­scy po­ły­kali to ośli­zgłe pa­skudz­two z muszli, a ja mu­sia­łam za­pa­no­wać nad gry­ma­sem, gdy mó­wili do mnie, za­ja­da­jąc się tym czymś. Mar­cus ści­snął moją dłoń i po­cią­gnął mnie za sobą.

- Mar­cus, w końcu przy­je­cha­łeś. Wszyst­kie muszle są już pra­wie pu­ste - za­wo­łał chło­pak z dłu­gimi brą­zo­wymi dre­dami.

Mar­cus uśmiech­nął się do mnie i wy­szep­tał:

- Nie zjem żad­nej w twoim to­wa­rzy­stwie, obie­cuję.

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie, na­prawdę, jest okej.

Za­śmiał się i po­pro­wa­dził nas do grupy fa­ce­tów sto­ją­cych obok go­ścia z dre­dami. Kilka osób krzyk­nęło coś do Mar­cusa, który ski­nął głową i po­ma­chał im. Żo­łą­dek ści­snął mi się z ner­wów, kiedy zo­rien­to­wa­łam się, że więk­szość lu­dzi się na mnie gapi.

- Hej, chło­paki, to jest Sa­die. Sa­die, to Rock - a ra­czej wielki, umię­śniony gość ze zgo­loną głową, po­my­śla­łam. - To Pre­ston - se­zo­nowy pla­żo­wicz z dłu­gimi blond wło­sami i opa­le­ni­zną, do­da­łam w my­ślach. - No i Dwayne - jak się oka­zało, chło­pak z dre­dami miał także kilka ta­tu­aży i kol­czy­ków. - Przy­jaź­nimy się od dru­giej klasy pod­sta­wówki.

- Od­kąd Rock po­bił się z Pre­sto­nem, po­czciwy Mar­cus pod­ło­żył się za niego i do­stał ło­mot od Rocka, a ja za­in­ter­we­nio­wa­łem i wszy­scy zo­sta­li­śmy za­wie­szeni w pra­wach ucznia - cała czwórka za­śmiała się na to wspo­mnie­nie, a ja sta­ra­łam się wy­obra­zić so­bie ich wszyst­kich jako ma­łych chłop­ców.

- Nasi ro­dzice byli tacy dumni. Mieli w domu szkol­nych prze­stęp­ców - Dwayne uśmiech­nął się sze­roko i prze­chy­lił do ust muszlę z ostrygą.

- Dwayne bę­dzie tak wspo­mi­nał cały dzień, je­śli mu na to po­zwo­lisz. Nie uda­waj, że cie­szą cię jego opo­wie­ści. On nie prze­sta­nie - po­wie­dział z uśmie­chem Mar­cus.

Przy­jaźń mię­dzy tą czwórką spra­wiała, że roz­pły­wa­łam się w środku. To nie było coś, czego sama kie­dy­kol­wiek do­świad­czy­łam.

- A więc, Sa­die, w jaki spo­sób taki pa­skudny Mar­cus zna­lazł tak piękną, nie­wi­domą dziew­czynę - za­py­tał Rock, prze­wra­ca­jąc rów­no­cze­śnie bur­gera.

Spoj­rza­łam na Mar­cusa, a ten uśmiech­nął się do mnie.

- Ra­zem pra­cu­jemy. Przy­szedł mi na ra­tu­nek dru­giego dnia mo­jej pracy, a wzrok mam 10 na 10.

Je­den z chło­pa­ków za­gwiz­dał ci­cho, a inny za­śmiał się szel­mow­sko.

- Mó­wię ci, Mar­cus to nasz ry­cerz w lśnią­cej zbroi - sko­men­to­wał Dwayne, mach­nąw­szy dre­dami. Mar­cus po­pchnął go w żar­tach, a ten wy­buch­nął śmie­chem.

- Za­bie­ram ją, żeby po­znała in­nych, bo wa­sza trójka nie po­trafi się za­cho­wać.

- Co ja znowu zro­bi­łem?

Mar­cus po­słał mu gniewne spoj­rze­nie i zwró­cił się do mnie:

- Je­steś spra­gniona?

Dwayne się­gnął do lo­dówki i wy­cią­gnął puszkę na­poju ga­zo­wa­nego. Wzię­łam ją, dzię­ku­jąc, i przy­słu­chi­wa­łam się, jak cała czwórka roz­ma­wia o siat­kówce pla­żo­wej i przy­szło­ty­go­dnio­wym me­czu mię­dzy nimi a ry­wa­lami. Od czasu do czasu za­da­wali mi py­ta­nia, wcią­ga­jąc do roz­mowy, ale przede wszyst­kim pla­no­wali i ukła­dali stra­te­gię. Nie mia­łam po­ję­cia, że siat­kówka pla­żowa to taki po­ważny sport.

Blon­dynka w ską­pym ró­żo­wym bi­kini, które le­dwo za­kry­wało ważne par­tie ciała, po­de­szła do Rocka, oplo­tła go ra­mio­nami w pa­sie i uca­ło­wała w kark.

- Sa­die, to Tri­sha, na­rze­czona Rocka, Tri­sha, to jest Sa­die, moja zna­joma.

Tri­sha uśmiech­nęła się do mnie i prze­je­chała dłońmi po gło­wie Rocka.

- Je­śli znu­dzą cię roz­mowy tej bandy, za­pra­szam do mnie i do dziew­czyn.

- Okej, dzięki.

- Nie nu­dzisz się? Chcesz iść po­pły­wać i tro­chę się ochło­dzić? - spy­tał Mar­cus.

Nie by­łam pewna, czy chcę zdjąć su­kienkę w to­wa­rzy­stwie tych lu­dzi. Moje ta­nie czer­wone bi­kini nie było w po­ło­wie tak skąpe jak stroje, które no­siły dziew­czyny, nie było też aż tak do­pa­so­wane. Po­rów­na­łam swoje dłu­gie chude nogi z ko­bie­cymi kształ­tami le­żą­cych przy ba­se­nie dziew­czyn i wo­la­łam zo­stać w ubra­niu. Ale chcia­łam też zdo­być no­wych przy­ja­ciół i nie za­wieść Mar­cusa, mu­sia­łam więc albo po­ło­żyć się przy ba­se­nie, albo pójść po­pły­wać. Pod­czas pły­wa­nia ciało jest pod wodą - do­szłam do wnio­sku, że to naj­lep­sza opcja.

- Pły­wa­nie brzmi do­brze.

Uśmiech­nął się sze­roko i ścią­gnął ko­szulkę, od­kry­wa­jąc opa­lony umię­śniony tors. Prze­łknę­łam ślinę. Wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej będę mu­siała to zro­bić, choć wo­la­łam tego unik­nąć. Zdję­łam su­kienkę i po­ło­ży­łam ją obok ko­szulki Mar­cusa. Nie chcia­łam na­wią­zać kon­taktu wzro­ko­wego z ni­kim i ma­rzy­łam, żeby od razu wsko­czyć do wody, a nie mu­sieć do niej do­trzeć z uda­wa­nym spo­ko­jem.

Za­sko­czona usły­sza­łam gwizd i gło­śne "ała". Obej­rza­łam się i zo­ba­czy­łam Mar­cusa rzu­ca­ją­cego groźne spoj­rze­nie Dwayne'owi i Pre­sto­nowi.

- Prze­pra­szam cię, Sa­die, ta dwójka na­prawdę nie po­trafi się za­cho­wać.

Po­now­nie wziął mnie za rękę. Za­wsze mi­mo­wol­nie chwy­tał mnie za rękę. Do­tąd mi to nie prze­szka­dzało, ale te­raz, kiedy by­łam pół­naga, po­czu­łam się nie­swojo.

- Chodź. Pój­dziemy po­pły­wać - uśmiech­nął się sze­roko, nie zwra­ca­jąc uwagi na moje ciało.

Ulżyło mi i za­wsty­dzi­łam się jed­no­cze­śnie. Nie chcia­łam, żeby Mar­cus czuł do mnie coś wię­cej niż przy­jaźń, ale nie chcia­łam też wy­glą­dać w moim stroju na tyle chło­pięco, żeby w ogóle mnie nie za­uwa­żał. Po­sta­no­wi­łam prze­stać się tak wszyst­kim za­mar­twiać i ze­szłam z nim scho­dami do ba­senu. Do­łą­czy­li­śmy do gry w ko­szy­kówkę - na środku ba­senu uno­siła się na wo­dzie ob­ręcz - by­łam do bani, ale nikt poza Mar­cu­sem i go­ściem o imie­niu Rick nie był w tym do­bry, więc nie mar­twi­łam się szcze­gól­nie.

Kiedy wy­gra­łam z Mar­cu­sem je­den z trzech wy­ści­gów wzdłuż ba­senu, wy­szli­śmy z wody coś zjeść. Schy­li­łam się po su­kienkę, ale Mar­cus pod­szedł i otu­lił mnie ręcz­ni­kiem.

- Dzię­kuję.

Uśmiech­nął się. Przy­jaźń mię­dzy nami się spraw­dzała, co po­zwa­lało mi uśmie­chać się nieco pro­mien­niej. Może moja oso­bo­wość nie była aż tak zła, jak mó­wiła Jes­sica.

Mar­cus na­chy­lił się i wy­szep­tał mi do ucha:

- Bur­ger, że­berka czy i to, i to?

Po­my­śla­łam o ca­łym ba­ła­ga­nie przy je­dze­niu że­be­rek i tych wszyst­kich lu­dziach na ma­łym po­dwórku.

- Bur­ger - wy­szep­ta­łam w od­po­wie­dzi.

Przy­tak­nął i po­szedł w stronę grilla. Przy­niósł mi bur­gera, a so­bie wziął że­berka.

Po­de­szli­śmy do stołu z do­dat­kami, któ­rymi można było uzu­peł­nić swoją ka­napkę. Wzię­łam ser i tro­chę ket­chupu. Mar­cus za­brał na­sze drinki i ra­zem ru­szy­li­śmy w stronę wol­nego miej­sca w cie­niu. Usie­dli­śmy i je­dli­śmy w ci­szy. Pa­trzy­łam, jak zu­żywa już chyba z pięt­na­stą ser­wetkę, i śmia­łam się, wi­dząc, że sięga po ko­lejne.

- Uwa­żasz, że mój ba­ła­gan jest za­bawny, co?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, ale nie wy­trzy­ma­łam i znowu par­sk­nę­łam śmie­chem. Się­gnę­łam pod swój ta­lerz i po­da­łam mu moje ser­wetki.

- Dzięki - wziął ser­wetkę i wy­tarł się. - Do­brze się ba­wisz? - za­py­tał, kiedy już oczy­ścił twarz z sosu bar­be­cue.

- Tak. Czuję się jak naj­młod­sza z to­wa­rzy­stwa, ale do­brze się ba­wię.

Mar­cus przy­tak­nął.

- Je­steś naj­młod­sza. Za­po­mnia­łem, że moja stara ekipa ze­sta­rzała się zu­peł­nie tak jak ja.

- Nie, na­prawdę do­brze się ba­wię.

Pre­ston, któ­rego uwaga zda­wała się sku­piać na nas, po­trzą­snął głową.

- Oba­wiam się, że mój przy­ja­ciel cię po­lu­bił. Bę­dziesz mu­siała go igno­ro­wać.

Zmarsz­czy­łam brwi.

- Lubi mnie! Kiedy wo­kół ma te wszyst­kie star­sze i bar­dziej atrak­cyjne ko­biety?

Mar­cus rzu­cił mi spoj­rze­nie, przy­glą­dał mi się przez chwilę i z uśmie­chem po­wie­dział:

- Na­prawdę w to wie­rzysz?

- Wie­rzę w co?

- Wie­rzysz w to, że inne dziew­czyny są lep­sze od cie­bie.

Za­śmia­łam się i wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Nie je­stem ślepa, Mar­cus.

Spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem.

- Albo je­steś ślepa, albo w domu nie masz lu­stra. Da­lej uro­czo się ru­mień, a Pre­ston za­cznie śpie­wać ci mi­ło­sne bal­lady pod oknem.

Par­sk­nę­łam śmie­chem i po­krę­ci­łam głową.

- Mam szczerą na­dzieję, że tak się nie sta­nie.

Mar­cus spoj­rzał na Pre­stona.

- On bar­dzo lubi ładne nogi, a wy­gląda na to, że ty masz jedną z lep­szych par, ja­kie wi­dzia­łem od dawna. My­ślę jed­nak, że zdo­by­łaś go, uśmie­cha­jąc się i mru­ga­jąc tymi swo­imi ja­sno­nie­bie­skimi oczami.

Zmarsz­czy­łam brwi.

- Nie pa­mię­tam, że­bym mru­gała na ko­go­kol­wiek oczami, a moje nogi są dłu­gie i chude.

Mar­cus uśmiech­nął się do mnie.

- Mam na­dzieję, że już za­wsze taka bę­dziesz. Słodka i nie­winna. Chcę być jed­nak tym, który cię oświeci. Twoje nogi są sek­sowne jak cho­lera, a twoje rzęsy są tak gę­ste i dłu­gie, że gdy mru­gasz, wy­glą­dasz, jak­byś flir­to­wała, a to jest bar­dzo atrak­cyjne.

Nie by­łam pewna, czy mu wie­rzę, ale mimo wszystko się uśmiech­nę­łam.

- Je­steś mi­łym czło­wie­kiem. Dzięki, że sta­rasz się mnie po­cie­szyć.

- Czy to wła­śnie ro­bię? - za­py­tał prze­kor­nie.

Po­sła­łam mu uśmiech.

- Tak my­ślę.

Par­sk­nął śmie­chem i po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

- Ja­sne, jak tam so­bie chcesz, Sa­die.

Roz­dział IV

Jax

Ob­ser­wo­wa­łem ją już od kilku dni. To za­częło sta­wać się moim na­wy­kiem. In­try­go­wała mnie i nie by­łem w sta­nie jej igno­ro­wać, na­wet je­śli by­łoby to w in­te­re­sie nas obojga. To nie tak, że nie by­łem w sta­nie się po­wstrzy­mać. Ale z pew­no­ścią spra­wiała, że trudno było o tym pa­mię­tać.

Nikt nie za­uwa­żył, kiedy ukry­łem się ze swoim no­tat­ni­kiem w al­ta­nie. To był je­den z po­wo­dów, dla któ­rego ko­cha­łem to miej­sce. Na­wet służba zo­sta­wiła mnie w spo­koju. Słu­cha­łem, jak blon­dynka roz­ma­wia z pa­nem Gre­giem w taki spo­sób, jakby za­miast mu po­ma­gać, po­stę­po­wała zgod­nie z jego in­struk­cjami. Ra­to­wała jego dumę - to było nie­zwy­kle po­ucza­jące. Kiedy ostat­nio po­zna­łem dziew­czynę, która wy­glą­da­łaby jak ona i trosz­czyła się tak o star­szego czło­wieka? Pan Greg zwra­cał się do niej Sa­die. Cie­szy­łem się na myśl, że znam jej imię. Cały ty­dzień chcia­łem o to za­py­tać pa­nią Mary, ale w końcu tego nie zro­bi­łem. Sta­ra­łem się za­cho­wać dy­stans.

Usły­sza­łem kroki i od­wró­ci­łem wzrok w stronę go­ścia, który wczo­raj wie­czo­rem po­da­wał mi ko­la­cję. Też ją ob­ser­wo­wał. On za­wsze ją ob­ser­wo­wał. Za­czy­nało mnie to wku­rzać. Nie by­łem pe­wien dla­czego, ale tak było. Nie że­bym był o niego za­zdro­sny. To by­łoby ab­sur­dalne.

Sa­die

W śro­dowy wie­czór Mar­cus przy­szedł po­szu­kać mnie w ogro­dzie.

- Hej, Sa­die, Stone'owie je­dzą dziś ko­la­cję u przy­ja­ciół, więc będę wy­cho­dził wcze­śniej. Jak długo ci tu jesz­cze zej­dzie?

Spoj­rza­łam na pana Grega, któ­remu ar­tre­tyzm wy­jąt­kowo dziś do­ku­czał, i wie­dzia­łam, że nie mogę wyjść wcze­śniej. Nic mi się nie sta­nie, je­śli dziś wie­czo­rem wrócę do domu ro­we­rem.

- Jedź sam. Mam tu jesz­cze coś do zro­bie­nia. Poza tym w dro­dze do domu chcę się jesz­cze za­trzy­mać w skle­pie spo­żyw­czym po parę rze­czy.

Mar­cus zmarsz­czył brwi, jakby się nad czymś mocno za­sta­na­wiał. W końcu po­wie­dział:

- Nie po­doba mi się, że bę­dziesz sama wra­cała do domu po zmroku, pró­bu­jąc jesz­cze je­chać na ro­we­rze z siat­kami.

Za­czę­łam się z nim wy­kłó­cać i za­pew­niać, że wszystko bę­dzie do­brze, ale jego wzrok wbity był w coś za mo­imi ple­cami.

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam wy­cho­dzą­cego z al­tany i idą­cego w na­szą stronę Jaxa Stone'a. Nie wi­dzia­łam na­wet, żeby tam wcho­dził.

- Zga­dzam się z tobą, że nie po­winna wra­cać po zmroku z za­ku­pami. Za­dbam o jej po­wrót do domu. Mo­żesz odejść. Ona bę­dzie bez­pieczna.

Mar­cus pa­trzył na mnie z tro­ską. Uśmiech­nę­łam się do niego, chcąc go prze­ko­nać, że od­po­wiada mi taki układ.

- Hmm, tak, ja­sne, pa­nie Stone, dzię­kuję. Wi­dzimy się ju­tro, Sa­die - po­wie­dział z gry­ma­sem. Wi­dzia­łam, że się wa­hał.

- Do ju­tra - od­par­łam i pa­trzy­łam, jak nie­chęt­nie od­wraca się i od­cho­dzi. Nie że­bym chciała dłu­żej na niego pa­trzeć, ale mu­sia­łam dać so­bie chwilę, za­nim sta­wię czoło Ja­xowi. Ja­kimś spo­so­bem sta­łam się rów­nie ża­ło­sna, jak cała reszta na­sto­la­tek. Przez ostat­nie dwa dni wi­dzia­łam prze­lot­nie Jaxa, uśmie­chał się za każ­dym ra­zem, gdy pa­trzył w moją stronę. Moje zdra­dliwe serce pod­ska­ki­wało. Za­nim się obej­rzę, będę miała głupi pla­kat Jaxa na mo­jej ścia­nie.

- Dzię­kuję - zdo­ła­łam wy­mam­ro­tać bez za­jąk­nię­cia.

Po­słał mi je­den z tych swo­ich uśmiesz­ków, które miały to­pić ko­biece serca.

- Gdy­bym wie­dział, że do pracy i z pracy jeź­dzisz ro­we­rem, już dawno coś bym z tym zro­bił. Cie­szę się, że mam ta­kich roz­waż­nych pra­cow­ni­ków jak Mar­cus. Ale w końcu on jest twoim przy­ja­cie­lem, czyż nie?

Uśmiech­nę­łam się do niego.

- Mar­cus jest mi­łym fa­ce­tem.

Jax na­chy­lił się i po­wie­dział ci­cho:

- A co ze mną... czy ja je­stem mi­łym fa­ce­tem?

Nie wie­dzia­łam, co na to po­wie­dzieć, wy­bra­łam więc szcze­rość:

- Nie znam cię, ale pod­pi­su­jesz moje czeki, więc nie je­stem pewna, jak od­po­wie­dzieć.

Jax par­sk­nął gło­śno śmie­chem. Zła­pa­łam się na tym, że też się uśmie­cham. On wy­da­wał się nie­mal na­ma­calny, gdy się śmiał. Za­ofe­ro­wał mi ra­mię, że­bym się go chwy­ciła.

- Tak więc, Sa­die White, czy uczy­nisz mi ten za­szczyt i przej­dziesz się ze mną po plaży, gdzie bę­dziemy mo­gli po­roz­ma­wiać? Może wtedy oce­nisz, czy je­stem faj­nym fa­ce­tem, czy nie.

Zmarsz­czy­łam brwi i spoj­rza­łam na pana Grega.

- Nie wiem, czy mogę. Wi­dzisz, pan Greg ma ar­tre­tyzm i po­trze­buje mnie do pie­le­nia, czy chce to przy­znać, czy nie. Klę­cze­nie jest dla niego bar­dzo bo­le­sne.

- Na­prawdę? - za­py­tał z nie­po­ko­jem na twa­rzy, od­wró­cił się i po­szedł do pana Grega, który pra­co­wał, choć cały czas ob­ser­wo­wał mnie i Jaxa.

Nie sły­sza­łam, co mó­wił Jax, ale zda­wało się, że panu Gre­gowi po­doba się to, co sły­szy. Kiw­nął głową, uści­snął chło­pa­kowi dłoń i wy­glą­dało na to, że za­czął od­kła­dać swoje sprzęty. Jax pod­szedł do mnie.

- Pan Greg zde­cy­do­wał się wziąć wolne po­po­łu­dnie i po­zwo­lić swoim ko­la­nom na od­po­czy­nek. Ka­zał także prze­ka­zać, że może po­cze­kać do ju­tra z par­tyjką sza­chów.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko do star­szego czło­wieka, na któ­rym za­częło mi za­le­żeć. Pu­ścił do mnie oczko, a ja ski­nę­łam głową. Jax po­now­nie za­ofe­ro­wał mi ra­mię. Za­wa­ha­łam się, za­nim wsu­nę­łam dłoń pod jego ugiętą w łok­ciu rękę.

- Okej - nie by­łam pewna, co po­wie­dzieć, i za­sta­na­wia­łam się, czy sły­szy moje ko­ła­czące się w piersi serce.

- Pod­su­mujmy, nie tylko mar­twisz się o ko­lana star­ców, ale rów­nież grasz z nimi po­po­łu­dniami w sza­chy.

Ze­sztyw­nia­łam i za­trzy­ma­łam się. Prze­szka­dzało mi dow­cip­ko­wa­nie na te­mat mo­jej re­la­cji z pa­nem Gre­giem.

- Spo­koj­nie, ty­gry­sico - po­kle­pał mnie po ręce. - Nie na­śmie­wa­łem się z cie­bie. Prawdę mó­wiąc, je­stem pod wra­że­niem. Ni­gdy do­tąd nie zna­łem współ­czu­ją­cej dziew­czyny i je­stem za­in­try­go­wany.

Zre­lak­so­wa­łam się.

- Nie wy­obra­żam so­bie, żeby dziew­czyny z two­jego śro­do­wi­ska róż­niły się tak bar­dzo od tych z praw­dzi­wego świata. Je­stem pewna, że gdy­byś spę­dził tro­chę wię­cej czasu z każdą z nich, zdał­byś so­bie sprawę, że nie je­stem wy­jąt­kowa.

Po­słał mi uśmie­szek.

- Dziew­czyny, które mnie ota­czają, to te pi­szące do mnie ma­ile i wy­ku­pu­jące kon­certy. To dziew­czyny, które krzy­czą moje imię i uga­niają się za mną jak dzi­kie zwie­rzęta. Na­wet nie pró­bo­wa­łaś za­kraść się do mo­jego po­koju, żeby spry­skać po­duszkę swo­imi per­fu­mami.

Nie­mal opa­dła mi szczęka.

- Pro­szę, po­wiedz, że to wszystko się wcze­śniej nie wy­da­rzyło i że to zmy­śli­łeś.

Jax wzru­szył ra­mio­nami i po­krę­cił głową.

- Nie­stety tak było. To tylko kilka przy­kła­dów. Te nie­od­po­wied­nie dla dziew­czę­cych uszu zo­sta­wię dla sie­bie. Na­wet nie chcesz wie­dzieć, do czego dziew­czyny się po­su­wają, żeby zwró­cić na sie­bie moją uwagę. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rych po­trze­buję tej let­niej ucieczki. Je­śli­bym tego nie miał, już dawno zre­zy­gno­wał­bym z tego biz­nesu.

Za­trzy­ma­li­śmy się przy brzegu.

Jax do­tknął dło­nią bia­łego pia­sku przy na­szych sto­pach.

- Ze­chcesz usiąść?

Klap­nę­łam na pia­sek po tu­recku. On usiadł tak zgrab­nie, że po­czu­łam się jak nie­zdara. Co mnie to ob­cho­dzi? Ni­gdy wcze­śniej się nie za­sta­na­wia­łam, w jaki spo­sób sia­dam. Nie mia­łam za­miaru my­śleć o nim jak o kimś wię­cej niż tylko fa­ce­cie... Fa­ce­cie, który pod­pi­suje moje czeki.

- Tak więc opo­wiedz mi o Sa­die White.

Oparł się na rę­kach i wy­pro­sto­wał swoje dłu­gie nogi.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć.

- Co chciał­byś wie­dzieć? Nie je­stem zbyt in­te­re­su­jąca.

Ro­ze­śmiał się.

- Nie zga­dzam się, ale nie będę się wy­kłó­cał. Opo­wiedz mi o swo­jej ro­dzi­nie.

Na jego prośbę krew na­pły­nęła mi do po­licz­ków, ale zmu­si­łam się do mó­wie­nia, za­miast ru­mie­nić się jak idiotka.

- No cóż, miesz­kam z mamą, za­wsze by­ły­śmy tylko we dwie. Te­raz ona jest w ciąży, za­tem nasz duet za­mieni się w ter­cet. Kilka mie­sięcy temu prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się z Ten­nes­see. O wiele bar­dziej lu­bię ocean niż góry, więc uwa­żam, że prze­pro­wadzka była do­brym po­su­nię­ciem.

Jax ob­ser­wo­wał mnie, kiedy mó­wi­łam, a ja sku­pi­łam wzrok na swo­ich dło­niach.

- Nie chcę na­ru­szać two­jej oso­bi­stej prze­strzeni, więc po­wiedz, je­śli za­py­tam o coś, co nie jest moją sprawą. Gdzie jest oj­ciec dziecka?

Na to py­ta­nie za­śmia­łam się w głos. Ow­szem, to było oso­bi­ste py­ta­nie, a od­po­wiedź była plu­gawa, ale coś w nim spra­wiło, że się roz­luź­ni­łam i mó­wi­łam rze­czy, o któ­rych nor­mal­nie nie opo­wia­dam.

- Moja matka jest piękna, ale nie­stety po­zba­wiona zdro­wego roz­sądku. Lubi uwagę, jaką do­staje od męż­czyzn, i wy­biera tych naj­gor­szych - uśmiech­nę­łam się smutno. - Kiedy mó­wię "naj­gor­szych", mam na my­śli NAJ­GOR­SZYCH. Żo­naci, za­rę­czeni albo tak bez­na­dziejni, że ni­gdy by się nie ustat­ko­wali. Czło­wiek, który przy­czy­nił się do mo­jego po­wsta­nia, jest żo­naty. Na­wet wiem, kim jest i gdzie mieszka, ale ni­gdy nie za­mie­rza­łam się mu przed­sta­wić. Oj­ciec ma­lu­cha to też nie­udacz­nik. Nie jest żo­naty, ale nie ma za­miaru po­móc czy uczest­ni­czyć w wy­cho­wa­niu tego dziecka.

Dzie­li­łam się zbyt wie­loma bru­dami, więc prze­sta­łam mó­wić i spoj­rza­łam na fale. Jax usiadł, a jego ra­mię lekko mnie mu­snęło. Cie­pło za­lało moje ciało.

- To ty je­steś do­ro­słym w tym domu, prawda?

Ze­sztyw­nia­łam na jego trafny ko­men­tarz. Ski­nę­łam głową, czu­jąc jego od­dech bli­sko mo­jej szyi.

- Nic dziw­nego, że tak się róż­nisz. Tyle dźwi­gasz na swo­ich bar­kach, że nie masz czasu na­wet po­my­śleć o po­wie­sze­niu na ścia­nie pla­katu ja­kiejś płyt­kiej gwiazdy rocka.

Uśmiech­nę­łam się, roz­ba­wiona.

- Nie je­steś płytki. Ja­sne, my­śla­łam tak na po­czątku, ale mnie za­sko­czy­łeś.

Dłu­gie palce prze­śli­zgnęły się po moim udzie i chwy­ciły moją dłoń.

- Czy w ta­kim ra­zie ta praca po­zwala ci za­pła­cić ra­chunki? Kiedy pierw­szej nocy wspo­mnia­łaś, że za­ra­biasz na je­dze­nie, my­śla­łem, że może żar­tu­jesz albo dra­ma­ty­zu­jesz, ale te­raz...

Za­trzy­mał się.

Do­po­wie­dzia­łam tam, gdzie skoń­czył.

- Jej ciąża jest zbyt za­awan­so­wana i trudno by­łoby jej pra­co­wać. Nie po­trafi utrzy­mać po­sady. Pod­czas roku szkol­nego mio­tała się mię­dzy jed­nym za­ję­ciem a dru­gim. Pra­co­wała tu do mo­jego pierw­szego dnia wa­ka­cji.

Nic nie po­wie­dział, ja rów­nież mil­cza­łam. Sie­dzie­li­śmy tak, trzy­ma­jąc się za ręce i ob­ser­wu­jąc za­cho­dzące słońce. Za­nim cał­ko­wi­cie znik­nęło, Jax wstał.

Wy­cią­gnął do mnie dłoń.

- Le­piej wra­cajmy, za­nim słońce zaj­dzie.

Jego palce nie pu­ściły mo­ich, kiedy tak szli­śmy z po­wro­tem do domu. To było jak do­świad­cze­nie wyj­ścia z ciała, tylko tak mo­głam to opi­sać. Trzy­ma­nie się za ręce z Ja­xem Stone'em i od­czu­wa­nie więzi. Nie wy­da­wał się już gwiazdą rocka. Nie był ko­le­siem, któ­rego wi­dzia­łam na pla­ka­tach i w ga­ze­tach. Nie był cia­chem, które wi­dzia­łam w MTV. Był po pro­stu Ja­xem. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak Mar­cus trzy­mał mnie za rękę i jak nie­zo­bo­wią­zu­jące to było. Ale cie­pło dłoni Jaxa spra­wiało, że w ca­łej ręce czu­łam przy­jemne mro­wie­nie. On był gwiazdą rocka, a ja jego słu­żącą, na mi­łość bo­ską. My­łam jego wa­rzywa!

Za­trzy­ma­li­śmy się przed wej­ściem do kuchni.

- Dzięki za dzi­siej­szy spa­cer - uśmiech­nął się, za­mie­nia­jąc moje wnętrz­no­ści w papkę.

By­łam w ta­ra­pa­tach. Lu­bi­łam tego fa­ceta bar­dziej, niż po­zwa­lały na to oko­licz­no­ści.

- Nie ma za co - wie­dzia­łam, że to brzmi głu­pio, ale na­prawdę nie mia­łam po­ję­cia, co po­wie­dzieć.

- Kiedy bę­dziesz po­trze­bo­wała pod­wózki do domu?

Po­trzą­snę­łam głową. Pra­wie za­po­mnia­łam o jego pro­po­zy­cji za­wie­zie­nia mnie do domu.

- Dam so­bie radę, se­rio. Mi­lion razy je­cha­łam do sklepu na ro­we­rze. Mar­cus po pro­stu nie zdaje so­bie sprawy, że jest to wy­ko­nalne.

- Bez dys­ku­sji. Sa­mo­chód bę­dzie cze­kał na cie­bie przed głów­nym wej­ściem. Wyjdź, kiedy bę­dziesz go­towa. Kie­rowca za­bie­rze cię wszę­dzie tam, gdzie bę­dziesz chciała.

Już chcia­łam się wy­kłó­cać, kiedy po­ło­żył je­den ze swych uta­len­to­wa­nych pal­ców na mo­ich ustach.

- Nie kłóć się ze mną. Nie po­doba mi się to tak bar­dzo jak two­jemu przy­ja­cie­lowi. Ma ra­cję. To nie jest bez­pieczne.

Wie­dzia­łam, że wszystko by­łoby okej, ale nie chcia­łam tu stać i de­ba­to­wać o czymś, co obie­cał Mar­cu­sowi.

- Okej, za­nim wyjdę, mu­szę spraw­dzić, czy pani Mary nie po­trze­buje mo­jej po­mocy.

Jax uśmiech­nął się za­do­wo­lony, że nie mia­łam za­miaru się spie­rać.

- Dzię­kuję za spa­cer - po­wie­dział po­now­nie i od­wró­cił się do wyj­ścia.

Chcia­łam pa­trzeć, jak od­cho­dzi, ale wie­dzia­łam, że nic do­brego z tego nie wy­nik­nie. Nie­ważne, jak sza­lony wy­da­wał się po­mysł przy­jaźni z Ja­xem Stone'em, szcze­rze wie­rzy­łam, że na­sza re­la­cja jest jej po­cząt­kiem.

Po­mo­głam pani Mary umyć na­czy­nia i po­szłam do pralni się prze­brać. Chcia­łam pójść do domu, po­ło­żyć się do łóżka i roz­my­ślać o cza­sie spę­dzo­nym z Ja­xem na plaży. Chcia­łam za­cho­wać w pa­mięci każde słowo, każde spoj­rze­nie. Chcia­łam też dać so­bie po twa­rzy, po­nie­waż moja re­ak­cja gra­ni­czyła z ab­sur­dem. Mu­sia­łam wie­rzyć, że Jax za­chowa dy­stans i nie bę­dzie dą­żył do na­wią­za­nia przy­jaźni ze mną, bo oba­wia­łam się, że mogę skoń­czyć jak jedna z tych sza­lo­nych, za­ko­cha­nych fa­nek.

Po­że­gna­łam się z pa­nią Mary i wy­szłam drzwiami dla służby. Prze­szłam przed dom i za­trzy­ma­łam się na wi­dok cze­ka­ją­cego na mnie bar­dzo dro­giego po­jazdu. Po­win­nam była spo­dzie­wać się eks­tra­wa­gan­cji, bo nie po­dej­rze­wa­łam, że Jax miał co­kol­wiek nor­mal­nego. Po­de­szłam do sa­mo­chodu. Obok niego stał męż­czy­zna ubrany na czarno. Z po­ważną miną zro­bił krok do przodu i otwo­rzył mi drzwi. Pa­mię­ta­łam, że był to ten sam wielki gość, któ­rego wi­dzia­łam tu­taj pierw­szego dnia.

- Dzięki - po­wie­dzia­łam, wcho­dząc do sa­mo­chodu.

Nie spo­dzie­wa­łam się już ni­kogo w środku.

- Naj­pierw mia­łem za­miar pu­ścić cię do domu samą, ale nie spodo­bał mi się ten po­mysł. Mam na­dzieję, że moja obec­ność ci nie prze­szka­dza - Jax sie­dział na­prze­ciwko mnie, po­pi­jał drogą wodę i oglą­dał mecz ba­se­balla. W dłoni trzy­mał pi­lot, któ­rym wy­łą­czył te­le­wi­zor znaj­du­jący się nad moją głową.

Usia­dłam na czar­nym skó­rza­nym sie­dze­niu i uśmiech­nę­łam się do niego. Serce wa­liło mi w piersi, ale chcia­łam wy­glą­dać na nie­po­ru­szoną jego obec­no­ścią.

- Hmm, nie, nie prze­szka­dza.

Uśmiech­nął się sze­roko i po­dał mi bu­telkę eks­klu­zyw­nej wody.

- Spra­gniona?

Wzię­łam wodę w na­dziei, że nieco ukoi moje na­gle za­schnięte gar­dło.

- Tak, dzię­kuję.

- Nie ma za co. Do któ­rego sklepu chcesz po­je­chać?

Uśmiech­nę­łam się na myśl, że Jax Stone pyta, gdzie chcia­ła­bym ku­pić je­dze­nie.

- Sea Bre­eze Fo­ods bę­dzie okej. Jest naj­bli­żej mo­jego miesz­ka­nia.

Znów pod­niósł pi­lot, na­ci­snął przy­cisk i przy­ciem­niona szyba mię­dzy nami a kie­rowcą opu­ściła się.

- Po­pro­simy do Sea Bre­eze Fo­ods, Kane.

Gi­gant na sie­dze­niu kie­rowcy przy­tak­nął, a Jax po­now­nie za­su­nął dzie­lącą nas szybę.

- Masz coś prze­ciwko temu, że­bym wszedł z tobą do środka? Mam ochotę na cze­ko­ladki Re­ese's.

Na myśl o jego chęci po­zo­sta­nia ano­ni­mo­wym zmarsz­czy­łam brwi.

- Nie mam nic prze­ciwko, ale czy prze­cha­dza­jąc się po skle­pie za ba­to­ni­kiem, nie zde­ma­sku­jesz swo­jej obec­no­ści?

Pu­ścił do mnie oczko i z uśmie­chem po­wie­dział:

- Zde­ma­skuję, ale je­stem przy­go­to­wany.

Się­gnął nad fo­tel i otwo­rzył scho­wek. Z ca­łej siły wal­czy­łam, żeby się nie na­chy­lić i go nie po­wą­chać - pach­niał tak cu­dow­nie. Już wcze­śniej zwró­ci­łam na to uwagę, ale nie aż tak bar­dzo jak te­raz, z bli­skiej od­le­gło­ści. Usiadł po­now­nie na sie­dze­niu, a ja uśmiech­nę­łam się za­cie­ka­wiona.

Za­ło­żył na głowę czarną bejs­bo­lówkę z li­terą A na fron­cie, którą sko­ja­rzy­łam na­tych­miast z lo­go­ty­pem Uni­wer­sy­tetu Ala­bama.

- Nie­źle - po­wie­dzia­łam z prze­ką­sem na jego próbę po­zo­sta­nia in­co­gnito.

Po­tem wsu­nął na nos przy­ciem­niane oku­lary.

- Nie jest cza­sem na nie zbyt ciemno?

Uśmiech­nął się sze­roko.

- Wła­ści­wie to one roz­ja­śniają mrok. To są oku­lary do pa­trze­nia, a nie do ochrony przed słoń­cem, więc nie po­wi­nie­nem się aż tak wy­róż­niać.

Skrzy­wi­łam się na wi­dok jego de­si­gner­skich dżin­sów i czar­nej ko­szulki przy­wie­ra­ją­cej do mu­sku­lar­nej piersi i ra­mion.

- Sama ta ko­szulka zwraca na sie­bie uwagę.

Spoj­rzał na sie­bie.

- Tak my­ślisz?

Sta­ra­łam się nie ją­kać po szoku, ja­kiego do­znało moje ciało w re­ak­cji na jego uśmiech.

- Ja to wiem. Każda dziew­czyna w pro­mie­niu pięt­na­stu ki­lo­me­trów bę­dzie ga­piła się na cie­bie, jak w tym wyj­dziesz.

Ogromny uśmiech po­ja­wił się na jego twa­rzy.

- Czy to zna­czy, że po­do­bam ci się w tej ko­szulce? Nie można mnie prze­oczyć?

Wes­tchnę­łam i nieco się wy­pro­sto­wa­łam.

- Je­stem doj­rzała jak na swój wiek, Jax, ale nie ślepa.

Za­śmiał się i znów się­gnął po coś do schowka.

- O ile po­chle­bia mi myśl, że nie je­steś w sta­nie spu­ścić ze mnie wzroku, o tyle nie chcę zwra­cać na sie­bie uwagi. Co ty na to? - szybko wło­żył na sie­bie starą spraną dżin­sową kurtkę, która ład­nie za­kryła jego im­po­nu­jące ciało.

- Tak le­piej - za­pew­ni­łam go, kiedy sa­mo­chód się za­trzy­mał.

Jax znów opu­ścił szybę kie­rowcy.

- Kane, nie otwie­raj nam drzwi, jedź za­par­ko­wać pod skle­pem. Chcę wy­glą­dać zwy­czaj­nie, więc zo­stań w sa­mo­cho­dzie.

Kane zmarsz­czył brwi i przy­tak­nął.

- Chodźmy na za­kupy.

Wy­sko­czył z sa­mo­chodu, po­dał mi rękę, a ja wy­szłam za­raz za nim. Szli­śmy w ci­szy do skle­po­wego wej­ścia. Na­gle po­czu­łam zde­ner­wo­wa­nie. Co je­śli lu­dzie go po­znają i za­ata­kują? Nie chcia­łam, żeby jego miły gest za­prze­pa­ściła ja­kaś sza­lona na­sto­let­nia fanka. We­szli­śmy do sklepu i spoj­rza­łam za sie­bie na idą­cego za nami Kane'a. Za­trzy­mał się na­gle i sta­nął pod wiel­kimi szkla­nymi drzwiami. Naj­wy­raź­niej bę­dzie stał na straży w ra­zie sza­lo­nego ataku fa­nek. Mo­głam się do­my­ślić, że gi­gant pra­cuje też jako ochro­niarz.

- Gdzie naj­pierw? - za­py­tał, za­bie­ra­jąc ze sobą wó­zek.

- Wy­glą­dasz na pod­eks­cy­to­wa­nego za­ku­pami - wy­szep­ta­łam, nie chcąc, żeby kto­kol­wiek nas usły­szał.

- Nie by­łem w skle­pie spo­żyw­czym, od czasu kiedy jako mały dzie­ciak wi­sia­łem na wózku mamy, bła­ga­jąc o Big Le­ague Chew.

Zro­biło mi się żal chłopca, który wciąż w nim żył i tę­sk­nił za tak pro­stymi rze­czami jak za­kupy.

- Do­brze, po­sta­rajmy się, żeby to do­świad­cze­nie było nie­za­po­mniane. Jak bę­dziesz grzeczny, ku­pię te twoje Big Le­ague Chew.

- Wciąż je pro­du­kują?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Ja­sne, je­ste­śmy na Po­łu­dniu, Jax. Nie­czę­sto coś się tu zmie­nia. Czas jakby stał w miej­scu.

Po­tak­nął po­twier­dza­jąco.

- Wiem i to jest po czę­ści po­wo­dem, dla któ­rego tak mi się tu po­doba. Nikt się ni­g­dzie nie śpie­szy.

Po­szłam na­przód, a on po­dą­żył za mną, pcha­jąc wó­zek. By­łam tro­chę za­wsty­dzona, że zo­ba­czy, jak ku­puję na pro­mo­cjach. Nie po­my­śla­łam o tym, że bę­dzie świad­kiem mo­jego za­mar­twia­nia się nad ceną chleba. Te­raz już nie mo­głam się z tego wy­wi­nąć. Mo­głam jed­nak prze­łknąć swoją dumę i wziąć to, czego po­trze­buję. Się­gnę­łam po ta­nie pie­czywo skle­po­wej marki. Nie chcia­łam spoj­rzeć mu w twarz, ale wie­dzia­łam, że mnie ob­ser­wuje. Po­de­szłam do sto­iska z wę­dli­nami i wzię­łam roz­drob­nioną pie­czoną wo­ło­winę, którą Jes­sica tak uwiel­biała. Nie­na­wi­dzi­łam mar­no­wać kasy na tak dro­gie mięso, ale gdy­bym go nie ku­piła, by­ła­bym zmu­szona wy­słu­chi­wać jej ję­ków przez cały na­stępny ty­dzień.

Za na­szymi ple­cami usły­sze­li­śmy gło­śny szept:

- Nie, mamo, wiem, że to on!

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam małą dziew­czynkę w wieku około dzie­wię­ciu lat, pa­trzącą na Jaxa. Uśmiech­nął się do niej, a jej twarz się roz­pro­mie­niła. Ode­szła od mamy, która pró­bo­wała ją zła­pać, ale się nie udało.

- Prze­pra­szam, ona jest prze­ko­nana, że je­steś Ja­xem Stone'em.

Jax tylko się uśmiech­nął i kuc­nął na wy­so­kość dziew­czynki.

- Cześć - po­wie­dział gło­sem, któ­rym przy­się­gam, że roz­to­piłby ma­sło.

- Je­steś Jax Stone, prawda?

Spoj­rzał na jej mamę, z po­wro­tem na dziew­czynkę i przy­ło­żył pa­lec do ust.

- Tak, to ja, ale czy mo­żesz za­cho­wać to jako na­szą ta­jem­nicę?

Jej ma­lutka twa­rzyczka roz­pro­mie­niła się i uśmiech­nęła się od ucha do ucha. Jej mama wy­glą­dała na oszo­ło­mioną. Jax się­gnął do kie­szeni swo­ich dżin­sów i wy­cią­gnął wi­zy­tówkę.

- Pro­szę, tu masz mój nu­mer kon­tak­towy i ad­res ma­ilowy. Sa­die, masz przy so­bie dłu­go­pis?

By­łam rów­nie za­hip­no­ty­zo­wana, jak ta mała dziew­czynka. Se­kundę za­jęło, za­nim za­re­je­stro­wa­łam, o co mnie pyta. Chwy­ci­łam swój ple­cak, wy­cią­gnę­łam z niego dłu­go­pis i po­da­łam Ja­xowi. Pod­pi­sał nim wi­zy­tówkę i po­pro­sił o jej imię.

- Me­gan Jo­nes - od­po­wie­działa.

Wy­cią­gnął ko­lejną kar­teczkę i na­pi­sał na niej jej imię.

- Te­raz po­słu­chaj, Me­gan, po­proś mamę, żeby za­dzwo­niła do mo­jego agenta. On bę­dzie cze­kał na te­le­fon od Me­gan Jo­nes. Pod­czas je­sien­nego to­ur­née będę za­trzy­my­wał się w Pen­sa­coli na Flo­ry­dzie, do­sta­nie­cie bi­lety w pierw­szym rzę­dzie i moż­li­wość wej­ścia za ku­lisy.

Dziew­czynka za­częła pisz­czeć, a Jax znów przy­ło­żył pa­lec do ust. Przy­tak­nęła ener­gicz­nie i za­kryła usta dło­nią.

- Trzy­maj w ta­jem­nicy to, że mnie tu spo­tka­łaś, do­brze?

Przy­tak­nęła, a on, za­nim wstał, uca­ło­wał ją w czoło. Oczy jej mamy błysz­czały od łez.

- Dzię­kuję, ja nie, to zna­czy ja nie mogę... - wzięła głę­boki od­dech i uśmiech­nęła się. - Dzię­kuję. Ona cię uwiel­bia. Je­steś na każ­dej ścia­nie jej po­koju - wy­tarła ciek­nące po jej twa­rzy łzy. - Prze­pra­szam, wy­głu­pi­łam się, ale ten rok nie był dla niej ła­twy. Jej tata zo­stał za­bity w Iraku i było nam bar­dzo ciężko - za­pła­kała ci­cho i po­trzą­snęła głową z uśmie­chem. - Bar­dzo ci dzię­kuję.

Dziew­czynka pod­bie­gła do mamy i wrę­czyła jej kar­teczkę. Po chwili od­wró­ciła się do Jaxa, przy­ło­żyła pa­lu­szek do ust i uśmiech­nęła się do niego. On ukło­nił się i wy­słał jej ca­łusa. Jej mała rączka po­chwy­ciła go i przy­ło­żyła do ust. Moje serce roz­pły­nęło się, kiedy pa­trzy­łam, jak od­cho­dzi, raz po raz spo­glą­da­jąc za sie­bie i uśmie­cha­jąc się. W końcu znik­nęły z na­szego pola wi­dze­nia.

Otar­łam łzy z twa­rzy.

- Taa, mnie też to wzru­szyło.

Jax pod­szedł do mnie, wy­tarł kciu­kiem spły­wa­jącą po moim po­liczku łzę i za­ło­żył ko­smyk wło­sów za ucho.

- Nie­mniej jed­nak nie chcia­łem do­pro­wa­dzić cię do łez. Mam sła­bość do swo­ich naj­młod­szych fa­nów.

- Po­do­bało mi się to, co wi­dzę. To było nie­zwy­kłe. By­łeś dla niej taki uro­czy, a ja by­łam świad­kiem naj­waż­niej­szego mo­mentu jej ży­cia.

Jax uśmiech­nął się.

- Wąt­pię, żeby był naj­waż­niej­szy.

Unio­słam brwi i od­po­wie­dzia­łam:

- No cóż i tu się my­lisz. Kiedy skoń­czy trzy­dziestkę, bę­dzie opo­wia­dała o nocy w skle­pie, kiedy po­znała Jaxa Stone'a.

Uśmiech­nął się szel­mow­sko.

- Gdy­bym dał ci wej­ściówkę za ku­lisy i po­słał ca­łusa, czy byłby to naj­waż­niej­szy dzień two­jego ży­cia?

Udało mi się unik­nąć hip­no­ty­zu­ją­cej mocy wpa­trzo­nych we mnie oczu.

- Nie, to działa tylko na fa­nów.

Skrzy­wił się i po­ło­żył dłoń na swoim sercu.

Za­śmia­łam się i od­wró­ci­łam do półki z płat­kami, zo­sta­wia­jąc go za sobą. Nie­zau­wa­żeni zro­bi­li­śmy resztę za­ku­pów. Jax sta­rał się nie rzu­cać w oczy. Zda­wał się bar­dziej za­in­te­re­so­wany tym, co w wózku, niż każdy prze­ciętny klient. Wi­dzia­łam, że sta­rał się nie ła­pać z ni­kim kon­taktu wzro­ko­wego. Wziął z półki ogromną paczkę cze­ko­la­dek Re­ese's, a ja przy ka­sie, kiedy Jax nie zwra­cał uwagi, do­rzu­ci­łam do wózka paczkę Big Le­ague Chew.

Kiedy za­pła­ci­li­śmy za za­kupy, on za­ła­do­wał je z po­wro­tem do wózka i uda­li­śmy się do wyj­ścia. Kane wciąż na nas cze­kał, a te­raz znowu szedł kilka kro­ków za nami. Kiedy zbli­ży­li­śmy się do sa­mo­chodu, usły­sza­łam dźwięk, a świa­tła roz­bły­sły. Jax za­czął pa­ko­wać za­kupy do ba­gaż­nika, nie za­uwa­ża­jąc bądź igno­ru­jąc sto­ją­cego obok Kane'a.

- Ja to zro­bię - po­wie­dział ochro­niarz głę­bo­kim, szorst­kim gło­sem.

Jax spoj­rzał za sie­bie na gi­ganta i uśmiech­nął się.

- Dam so­bie radę. Ty tylko pro­wadź.

Kane przy­tak­nął, zro­bił krok w tył i po­zwo­lił Ja­xowi kon­ty­nu­ować, ale nie ru­szył się z miej­sca, za­nim nie przy­szedł czas, by otwo­rzyć nam drzwi. Jax wes­tchnął i pu­ścił mnie przo­dem. Wsiadł za mną, tym ra­zem za­miast na­prze­ciwko usiadł obok mnie.

- Jest zde­ter­mi­no­wany, żeby ode­brać mi szansę na ocza­ro­wa­nie cię moją ry­cer­sko­ścią, i całą chwałę chce wziąć na sie­bie - po­wie­dział z uśmie­chem.

W mo­ich oczach prze­stał już być płyt­kim i sku­pio­nym na so­bie gwiaz­do­rem. Nie po tym, co zo­ba­czy­łam w skle­pie. Ni­gdy w ży­ciu nie za­po­mnę twa­rzy tej ma­łej dziew­czynki, kiedy Jax po­ca­ło­wał ją w głowę.

- Za­mie­rzasz się po­dzie­lić ze mną tymi głę­bo­kimi my­ślami?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Przy­po­mnia­łam so­bie twarz tej ma­łej dziew­czynki. To, co zro­bi­łeś, było bar­dzo miłe. Nie my­śla­łam, że taki je­steś.

Skrzy­wił się i za­py­tał:

- Jaki?

- No cóż, nie my­śla­łam, że zwró­cisz uwagę na tę dziew­czynkę, a ty nie tylko z nią po­roz­ma­wia­łeś, ale speł­ni­łeś też jej ma­rze­nie. Mo­głeś ją prze­cież spła­wić, uda­jąc, że nie je­steś Ja­xem Stone'em - za­mil­kłam i spoj­rza­łam, jak po­syła mi krzywy uśmie­szek. - Co? - za­py­ta­łam.

De­li­kat­nie prze­cią­gnął pal­cem po moim po­liczku.

- My­ślę, że je­steś pierw­szą znaną mi dziew­czyną, która jest pod wra­że­niem mo­jej in­te­rak­cji z dziećmi.

Moje serce wa­liło w piersi pod wpły­wem jego de­li­kat­nego do­tyku. Z tru­dem za­czerp­nę­łam po­wie­trza do płuc.

- No cóż, mu­sisz być nieco bar­dziej wy­bredny, do­bie­ra­jąc so­bie, z kim spę­dzasz czas - zdo­ła­łam po­wie­dzieć bez tchu.

Za­śmiał się gło­śno, ja też nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać uśmie­chu.

- Masz ra­cję, Sa­die, po­wi­nie­nem. I my­ślę, że zna­la­złem ko­goś, z kim chciał­bym spę­dzać czas - ko­goś, kto pła­cze na myśl o nie­zna­jo­mych dziew­czyn­kach, które stra­ciły swo­ich oj­ców na woj­nie.

Nie chcia­łam my­śleć o tej na wpół osie­ro­co­nej słod­kiej dziew­czynce. Je­śli znowu się roz­pła­czę, wyjdę na wa­riatkę.

- Szybko się mną znu­dzisz. Nie je­stem aż tak atrak­cyjna - mi­mo­wol­nie wy­po­wie­dzia­łam na głos swoje my­śli.

Chwy­cił pal­cami mój pod­bró­dek i od­chy­lił głowę.

- Nie znaj­duję w to­bie ani jed­nej nud­nej rze­czy. Samo pa­trze­nie na cie­bie jest roz­rywką.

Zmarsz­czy­łam brwi, a on po­ca­ło­wał mnie w głowę zu­peł­nie jak tę małą dziew­czynkę i za­śmiał się de­li­kat­nie.

- Nie krzyw się, piękna. Fa­scy­nu­jesz mnie.

Moja twarz za­lała się ru­mień­cem, a serce chciało wy­rwać się z piersi. To nie fair, że wkła­da­jąc tak nie­wielki wy­si­łek, tak bar­dzo na mnie dzia­łał.

Sa­mo­chód sta­nął, a ja się zo­rien­to­wa­łam, że je­ste­śmy przed moim do­mem.

- Nie mó­wi­łam ci, jak tu do­je­chać.

Uśmiech­nął się i otwo­rzył drzwi.

- Pra­cu­jesz dla mnie, Sa­die. Moim obo­wiąz­kiem było wy­cią­gnąć ad­res z two­ich akt i po­dać go Kane'owi, za­nim wy­je­cha­li­śmy.

- O tym nie po­my­śla­łam - wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem.

Wy­siadł z sa­mo­chodu i po­dał mi rękę. Chwy­ci­łam jego dłoń i wy­szłam na ulicę.

- Czy mogę ci po­móc wnieść za­kupy do środka? - za­py­tał.

- Nie! - prze­ra­ziła mnie myśl o Jes­sice wi­dzą­cej Jaxa albo jesz­cze go­rzej: ubra­nej w coś nie­od­po­wied­niego. - Hmm, ja, po pro­stu moja mama nie lubi ostat­nio za­pra­szać do domu żad­nych go­ści.

Otwo­rzył ba­gaż­nik.

- Po­zwól mi cho­ciaż po­ło­żyć je przy drzwiach.

- Do­brze - po­de­szłam do drzwi, ode­bra­łam od niego za­kupy, po czym się­gnę­łam po jego gumy. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć, więc po­da­łam mu je, a jego twarz mo­men­tal­nie po­ja­śniała. Znów po­ja­wił się uśmiech, który pa­mię­ta­łam z jego dzie­cię­cych fo­to­gra­fii. To nie był uśmiech, który po­ka­zy­wał w ga­ze­tach.

- Przyj­muję, że by­łem grzeczny.

Ski­nę­łam głową.

- Jesz­cze raz dzię­kuję za pod­wózkę i to­wa­rzy­stwo.

Ukło­nił się prze­kor­nie.

- Do usług.

Spoj­rza­łam na niego jesz­cze raz i we­szłam do środka. Za­mknę­łam drzwi i opar­łam się o nie. Jax Stone wła­śnie pod­bił moje serce i nie by­łam pewna, co z tym zro­bić.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki