Płonące pogranicze
To będzie jak klaśnięcie dłoni. Nie... -?poprawił się w myślach Lübke. -
Nie, jak dwa klaśnięcia. Najczęściej chodzą przecież po dwóch, rzadziej
kilkuosobowym patrolem.
Feldwebel Lübke starannie wybrał stanowisko: on i jego dwaj żołnierze z polskiej strony granicy byli zupełnie niewidoczni. Jeszcze wczoraj
Oberleutnant pochwalił go za to.
Przed świtem, nie zauważeni przez nikogo, przedostali się do rowu
granicznego. Było chłodno, wilgotno. Gefreiter Kreutz zaczął rwać trawę,
by wymościć sobie stanowisko, ale Lübke bez słowa palnął go w ucho;
przez taką wygodną świnię można spartaczyć zadanie. Było powiedziane:
nie pozostawiać śladów, a ten szykuje sobie legowisko. Trzepnął go dość
mocno, by przypomnieć rozkaz, a Kreutz nawet nie pisnął. I tak powinno
być; jakiekolwiek rozmowy były zabronione.
Tkwili w tym rowie już prawie trzy godziny. Gdy zaczęło się rozwidniać,
Lübke wskazał swym żołnierzom majaczący w odległości dwustu metrów słup
graniczny. Feldwebel wiedział, że już za kilka godzin o tym słupie
stanie się głośno w gazetach i w radiu. I to za jego sprawą, ale o tym
będzie wiedział tylko komendant posterunku Grenzposten, pewien
Oberleutnant, i ci dwaj gefrejtrzy, wpatrujący się czujnie w teren po
drugiej stronie granicy. Polski słup graniczny numer 004. Tak, będzie o nim głośno.
Dochodziła szósta, gdy Lübke znowu sięgnął po lornetkę. W szkłach
zakołysały się jakieś dalekie zabudowania, a potem, po poprawieniu
ostrości, wyraźnie zarysowała się ścieżka wydeptana przez patrole
polskiej Straży Granicznej z placówki w Bonisławiu. Dróżka była pusta.
Po chwili, gdy już miał odłożyć lornetkę, zamajaczyły dwie sylwetki. Są!
Poczuł nagły ucisk w krtani i przyspieszony puls. Wydawało mu się, że
zapotniały szkła lornetki. Szybko je przetarł irchą i ponownie podniósł
do oczu. Są! Nie było najmniejszej wątpliwości. Szli swobodnie,
rozmawiali, zza pleców wystawały im lufy karabinów. Wskazał ich swoim
żołnierzom; skinęli głowami, że oni też dostrzegli polski patrol. Niemal
jednocześnie sięgnęli do zamków i przesunęli bezpieczniki. Lübke zrobił
to samo. Systematycznie przeczesywał wzrokiem wyznaczone sektory, ale
nie zauważył niczego podejrzanego. Patrol zbliżał się do miejsca
zasadzki. Feldwebel wiedział, że już nic nie uratuje tych ludzi. Gdy
zbliżą się do słupa granicznego, będą w tym porannym słońcu, na tle
błękitnego nieba, lepiej widoczni niż cele na strzelnicy...
Spojrzał jeszcze raz na swoich. Spokojni, skupieni, prowadzili w celownikach każdy swego, tak jak nakazano im jeszcze w koszarach. Do
uszu Feldwebla dobiegły jakieś strzępy rozmowy, śmiech. Dwie sylwetki
ukazały się obok słupa. Już! Skinął ręką, nie odrywając oczu od
lornetki. Klasnęły strzały. Dwa. I jeszcze dwa... Jeden z Polaków padł
natychmiast, jakby mu ktoś podciął nogi. Drugi zachwiał się, zrobił
jeszcze trzy kroki -?i temu dołożyli...
W pół godziny później Oberleutnant, odkomenderowany czasowo do
Grenzposten, poprosił o telefoniczne połączenie z Iławą. Usłyszał
kobiecy głos, który potwierdził, że jest to żądany numer. Rzucił
urzędowym tonem tylko dwa słowa: "Allenstein-dwa", i odłożył słuchawkę.
Nie zwlekając, obrzucił uważnym spojrzeniem pokój, który mu odstąpiono
na te dwie doby, schował do kieszeni papierosy, opróżnił popielniczkę i poszedł do kancelarii komendanta posterunku. Ten, jak należało się
spodziewać, był na miejscu; wyglądał na zmęczonego, prawdopodobnie
czuwał przez całą noc, ale to Oberleutnanta nie obchodziło. Spytał, czy
jego samochód jest przygotowany do drogi, a potem już bez słowa,
uniesieniem dłoni skwitował raźnie wykrzyczane przez komendanta: "Heil,
Hitler!". I odjechał w niewiadomym kierunku. Z Feldweblem Lübkem już się
nie zobaczył, bo po co?
W tym samym czasie przy słupie granicznym numer 004 strażnicy z placówki
Straży Granicznej w Bonisławiu próbowali ratować swojego kolegę
Wojciecha Wiśniewskiego. Kapralowi Ignacemu Feliksowi Grabowskiemu z 20
Dywizji Piechoty, przydzielonemu dla wzmocnienia placówki, już nie mogli
pomóc -?zginął na miejscu. Strażnik Wiśniewski był ciężko ranny, choć
przytomny. Wskazał, skąd do nich strzelano. Sanitariusz próbował
zatamować upływ krwi, niewiele jednak mógł poradzić. Po
przetransportowaniu do szpitala, mimo wysiłków lekarzy, Wojciech
Wiśniewski zmarł po kilku godzinach.
Komendant placówki natychmiast po otrzymaniu wiadomości o zamachu na
patrol graniczny poinformował Komisariat Straży Granicznej w Szczepkowie
Borowym, że 26 sierpnia 1939 roku, o godzinie szóstej, przy słupie 004
Niemcy dokonali nowej prowokacji z bronią w ręku, zabijając kaprala
Grabowskiego i ciężko raniąc strażnika Wiśniewskiego. Stamtąd meldunek
bezzwłocznie przekazano nadkomisarzowi majorowi Wacławowi
Niedzielskiemu, komendantowi Obwodu Straży Granicznej w Przasnyszu.
Wiadomość o prowokacji niemieckiej wczesnym rankiem tego dnia
zaalarmowała majora Władysława Tomasika, szefa zakonspirowanej placówki
polskiego wywiadu w Mławie, oraz oficerów placówki
informacyjno-wywiadowczej numer 1 w Ciechanowie; nieco później dotarła
do dowódcy Armii "Modlin", generała brygady Emila
Przedrzymirskiego-Krukowicza, oraz dowódcy 20 Dywizji Piechoty,
pułkownika dyplomowanego Wilhelma Lawicza-Liszki.
W siedzibie Oberkommissar der Geheime Staatspolizei für Provinz
Westpreussen w Iławie przy ulicy Oberwaldstrasse 6 nie wyczuwało się
nerwowej atmosfery. Szef wywiadu na północne Mazowsze był wypróbowanym
kadrowym pracownikiem, a jego najbliższy współpracownik, odkomenderowany
z Abwehry, Hauptmann Joachim Altman, też miał doświadczenie w tej
robocie. I co najważniejsze -?nie popadał łatwo w panikę, chociaż
ponaglenia z ekspozytury wywiadu (Abwehrstelle I) w Królewcu od
kilkunastu dni były coraz ostrzejsze w tonie. Ci z Królewca wciąż
stawiali nowe żądania, wymagali informacji o ruchach polskich oddziałów
wojskowych, a zwłaszcza o rozbudowie pozycji mławskiej, a o te
wiadomości najtrudniej, tym bardziej że od kilku miesięcy Polacy
zaostrzyli czujność, wyczulili ludność na możliwość istnienia
przecieków, zaktywizowała działania Straż Graniczna i Policja Państwowa;
od czasu do czasu we wpadkach agentów można się domyśleć niewidocznej
ręki polskiego kontrwywiadu. Mimo całej zręczności i błyskotliwie
pomyślanych akcji trudno było Polaków wyprowadzić w pole, choć z Edwardem Lencem pokpili sprawę. Na całego. Mieli go w rękach, a on im
się wymknął i nadal działa, tylko że znacznie dyskretniej.
O Lencu na dobrą sprawę nikt nie wie tyle, co on, Oberkommissar Kuntz;
nawet szefowie z Berlina, którzy mają jego akta. Lenc, głęboko
zakonspirowany agent, wywodzący się z niemieckiej rodziny osiadłej w Prusach, przez całe lata żył jakby w zapomnieniu. Solidny mierniczy miał
możność dokładnego penetrowania całego powiatu mławskiego bez wzbudzania
jakichkolwiek podejrzeń. Jeździł po wsiach, był gościem we dworach,
przyjmował zlecenia od wójtów, zawsze chętny do pracy, rzetelny, służący
pomocą -?nie zaniedbywał nigdy swych obowiązków. Ułatwiało mu to
zbieranie informacji wojskowych i gospodarczych. Lenc organizował
niemiecką kolonię, niemieckie szkolnictwo w przygranicznych powiatach.
Jego aktywność trwała bez przeszkód niemal trzy lata. I ten ceniony
agent omal nie wpadł. Strażnicy z placówki w Bonisławiu zatrzymali
jednego z jego współpracowników. W kilka dni potem, na początku
sierpnia, Lenc został aresztowany. Niemcy zaniepokoili się -?został
jednak dość szybko zwolniony, ponieważ nie zdołano mu niczego udowodnić.
Gdy przyszła wiadomość o tym zwolnieniu, Kuntz z Altmanem uczcili to
zdarzenie butelką koniaku. Wtedy to właśnie Altman wpadł na pomysł
"ukarania" strażników z Bonisławia, wybrał nawet miejsce egzekucji.
Zgoda z Królewca przyszła po kilkunastu dniach, a dziś Oberleutnant
Wanke nadał krótki sygnał: "Allenstein-dwa". Oznaczał on, że akcja
powiodła się -?zlikwidowano polskich strażników. Nie chodziło oczywiście
o tych dwóch konkretnych ludzi, o których nie wiadomo nawet, czy mieli
coś wspólnego z ujęciem agenta. Królewiec zaakceptował operację, bo była
zgodna z ogólnym planem wywoływania psychozy strachu wśród ludności
polskiej na pograniczu, niepewności i niewiary w możliwość podjęcia
skutecznej walki, gdy dojdzie do wojny. Altman tego typu akcje potrafił
organizować; kilkakrotnie utworzone przez niego kilkuosobowe grupy
dywersyjne, przebrane w polskie mundury lub mundury Wehrmachtu,
przekraczały granicę i pod osłoną nocy napadały lub tylko markowały atak
na polskie posterunki. To też robiło swoje. Choć nigdy nie cofnął się
przed użyciem każdego dostępnego środka, który zapewniałby skuteczność,
w głębi duszy miał tego typu działania w głębokiej pogardzie. Wywiad
według niego to walka o informację, tworzenie dalekosiężnych koncepcji,
misterna, niewidoczna dla oka ich realizacja, wprowadzanie przeciwnika w pułapkę, z której już nie ma wyjścia. Ale od kilku lat wiele się
zmieniło -?za dużo, tak uważał, było w ich robocie śladów podkutego
żołdackiego buta... Co innego takie pomysły jak -?to mu się podobało -
umieszczanie agentek w polskich dworach i zamożnych rodzinach w charakterze bon albo werbowanie agentów spośród niektórych Polaków,
przekraczających nielegalnie granicę w poszukiwaniu pracy w Prusach.
Rozwinięcie tego pomysłu -?organizowanie wieloosobowych grup młodych
mężczyzn, którym oferowano pracę w Niemczech -?co prawda nie powiodło
się, bo za próbę nielegalnego przekraczania granicy zostali skazani
przez sąd w Mławie Emma Bergeisten, Rudolf i Marta Weissenowie i jeszcze
kilku Niemców, ale Kuntz odbił to sobie na operacji "Srebro". Swoim
ludziom, oczywiście za zgodą centrali, nakazał wykupywanie polskiego
bilonu srebrnego i niklowego. Jednocześnie dołożył starań, aby rozeszła
się plotka, że w wypadku wojny jedynie bilon zachowa wartość; pomogło mu
w tym zresztą kilka polskich gazet, które próbując sprawę wyjaśniać,
niezamierzenie ją rozpowszechniły. Tak, to była -?według niego -?mądra i skuteczna operacja. A ten cały "Allenstein"... wolał, żeby z przedstawicielem Królewca rozmawiał Hauptmann Altman, bliższy tamtym
panom...
Major Krüger znał Altmana; oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe w wywiadzie. Jego zasługą były informacje o budowie systemu zapór w dolinach rzek: Mławki, Ulatówki i Orzyca, dzięki którym Polacy mogliby
zalać znaczne obszary na pograniczu. Altman był w sztabie 3 Armii bardzo
za to ceniony.
I Krüger od tego właśnie zaczął jedno ze spotkań.
Altman przyjął pochwałę bez słowa, popatrzył na wysłannika Abwehrstelle
I wodnistymi, bez wyrazu oczyma i po dłuższej chwili wyciągnął z teczki
białą kopertę.
-?Zdjęcia uzupełniające -?wyjaśnił. -?Skopiowaliśmy je przed godziną.
Poszły także normalnym kanałem.
Krüger poczuł się lekko urażony. Ostentacyjnie nie zainteresował się
zawartością koperty. Postanowił od razu przejść do celu spotkania.
-?Hauptmann Altman, ale to wszystko za mało -?powiedział. -?Nas
interesuje przede wszystkim pozycja mławska. Wiemy, że są tam schrony
bojowe. Ile, gdzie, ich konstrukcja, system ognia, zapór? Panu, jako
zawodowemu oficerowi, nie muszę wyjaśniać wagi tego zagadnienia.
-?Dwudziesta Dywizja wciąż rozbudowuje obronę. Szczegóły podaję
natychmiast po rozpoznaniu.
-?Za mało -?uciął Krüger. -?Sztab Trzeciej Armii zakłada, że może to być
kluczowa pozycja w łańcuchu polskich umocnień.
-?Obrona jest płytka...
-?To wiemy, Herr Hauptmann. Zlokalizował pan podobno każdą stodołę z klepiskiem, na którym można ustawić ciężką broń. Dobrze. Ale za mało
jeszcze wiemy o pozycji mławskiej. Co pan ma zamiar uczynić?
-?Wydałem rozkaz, by przygotować uprowadzenie oficera ze sztabu
batalionu saperów rozbudowującego umocnienia -?Altman powiedział to po
dłuższym milczeniu. -?Akcja zostanie starannie zamaskowana; uzyskałem
zapewnienie, że po przedstawieniu planu otrzymam na nią zgodę.
Krügerowi udało się nie okazać zaskoczenia; zorientował się, że Altman
pracuje także z kimś, kto stoi znacznie wyżej od niego. Może kontaktuje
się z centralą? Gdyby plan nie powiódł się, grozi to spaleniem kilku
agentów, a może nawet całej siatki, no i ten szum propagandowy. Na
szczęście praktyczne konsekwencje tego będą niewielkie, bo przecież nie
trzeba pracować w wywiadzie, by zdawać sobie sprawę, że niemiecka
machina wojenna w gruncie rzeczy już ruszyła.
-?Kiedy, Herr Hauptmann?
-?W ciągu dwóch dni powinniśmy mieć to za sobą. I jeszcze jedna, bardzo
ważna rzecz. Polacy powinni być przekonani, że śmierć tego człowieka,
jeśli naturalnie nie pójdzie na współpracę z nami, to czysty przypadek.
-?Nie wnikam w szczegóły, nie jestem upoważniony...
-?Pracujemy nad tym. -?Tym razem przerwał Altman i z błyskiem w oku
powiedział: -?To musi się udać.
Krüger pomyślał, że próba przeprowadzenia takiej akcji oznacza jednak
przyznanie się do bezradności w normalnym działaniu agenturalnym albo
zuchwałość, a nawet prymitywne awanturnictwo. W ostatecznym rezultacie
liczył się jednak wynik.
-?Dużo pan stracił ludzi? -?zapytał. -?Myślę o Niemcach wysiedlonych z przygranicznych powiatów w głąb Polski.
-?Tam, gdzie uderzymy, prawie nikogo. Polacy działali po omacku. Usunęli
krzykaczy. Tych, którzy z nami pracują, nie tknęli. Mają więc słabe
rozpoznanie, ich akcje były obliczone przede wszystkim na zastraszenie
naszych kolonistów.
-?Mamy dane, że nasi niemieccy rodacy dobrze znieśli te wysiedlenia -
odezwał się Krüger. -?Nie załamały one naszego ducha.
-?Akcję Polaków -?kontynuował Altman -?ze względu na jej mały zasięg
możemy uznać za chybioną. Ostatnie procesy za bezczeszczenie symboli
państwa polskiego i polskości też były obliczone tylko na zastraszenie i nie zepsuły nam roboty. Jest nas na Mazowszu dużo -?to czynnik
decydujący.
-?Zgadzam się z pana oceną. Nasze biuro przekazało centrali podobną.
Przypominam tylko, Herr Hauptmann, że tej wielkiej siły, która wesprze
Wehrmacht, gdy przyjdzie na to pora, nie wolno pozostawiać samej. Musimy
być obecni, choć niewidoczni, wśród naszych rodaków.
-?Działamy ściśle według instrukcji. Meldowałem o zaopatrzeniu tajnych
magazynów, o wyposażeniu w broń, o stworzeniu grup dywersyjnych...
-?Tak, tak. Wiem o tym wszystko, co trzeba -?przerwał Krüger. Na tym
gruncie czuł się pewnie. -?Ale muszę wrócić do początku naszej rozmowy.
Trzeba ukierunkować działanie naszych grup na tyłach kluczowych pozycji
polskich. Powiaty: Działdowo, Mława, Przasnysz, Ciechanów -?to według
naszego rozeznania najważniejszy teren do działań dywersyjnych.
-?Mamy tam dobre oparcie wśród ludności niemieckiej. W samym powiecie
mławskim mieszka ponad ośmiuset pięćdziesięciu Niemców. We wsi Stołowo
mieszkają sami nasi rodacy, w Ostrowiu jest ich sześćdziesiąt procent, w Rochni ponad pięćdziesiąt, w Woli Proszkowskiej około czterdzieści
procent.
-?Rozpatruję te sprawy z panem, Herr Hauptmann, bo na nas ciąży wielka
odpowiedzialność -?mówił dalej Krüger. -?Oczywiście nie tylko na nas,
ale pole bitwy dla Wehrmachtu na północnym Mazowszu my powinniśmy
przygotować.
Altman nie podjął tego tematu. Z jego twarzy Krüger nie mógł niczego
wyczytać, chociaż sądził, że te słowa musiały dotrzeć do tego skrytego,
z gruntu zimnego człowieka. Teraz, w ostatnich dniach lub najwyżej
tygodniach przed zbrojnym wystąpieniem Wehrmachtu, rola wywiadu
niepomiernie wzrastała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki