Rozdział I. KRYTYCZNE ROZWAŻANIA NA TEMAT NAUKI W SZKOLE
Rozdział I
KRYTYCZNE ROZWAŻANIA NA TEMAT NAUKI W SZKOLE
Nie zamierzam pisać traktatu z pedagogiki naukowej: niniejsze słowo
wstępu ma na celu skromne ukazanie bardzo interesujących wyników
eksperymentu pedagogicznego. Wydaje się, iż mogą one otwierać drogę do
wdrożenia nowych metod, zmierzających do tego, by przyznać pedagogice
prawa do szerszego wykorzystania doświadczeń naukowych, opierając się
jednocześnie na właściwych jej podstawach teoretycznych. Obecnie z pewną
przesadą uważa się i mówi o tym od wielu lat, że także pedagogika,
podobnie jak medycyna, powinna swoją wiedzę teoretyczną opierać na
solidnej podstawie badań empirycznych. Psychologia fizjologiczna lub
eksperymentalna, zapoczątkowana przez Webera i Fechnera i rozwijana
przez Wundta i Bineta, stała się nową dziedziną wiedzy. Wydawało się, że
będzie stanowiła dla współczesnej pedagogiki takie podłoże, jakie
starożytna psychologia zapewniała pedagogice filozoficznej. A antropologia morfologiczna, zastosowana w badaniach rozwoju fizycznego
dzieci w wieku szkolnym, jawiła się jako początek nowej pedagogiki.
W rzeczywistości jednak tak zwana pedagogika naukowa nigdy nie została
stworzona ani zdefiniowana. Jest to coś nieokreślonego, o czym się mówi,
ale co tak naprawdę nie istnieje.
We Włoszech przed laty dzięki pracy doświadczonych lekarzy powstały tak
zwane Szkoły pedagogiki naukowej, mające na celu przygotowanie
nauczycieli do nowego podejścia pedagogicznego. Szkoły te odniosły duży
sukces i można powiedzieć, że przyciągnęły największych włoskich
nauczycieli. Zanim jeszcze pojawiły się u nas nowe badania z Niemiec i Francji, interesowali się oni włoskimi szkołami antropologicznymi i metodyczną obserwacją dzieci w różnych okresach wzrostu oraz pomiarami
dokonywanymi za pomocą precyzyjnych przyrządów. Na przykład Sergi przez
mniej więcej pięćdziesiąt lat propagował wśród włoskich nauczycieli ideę
poszukiwania źródła odnowy edukacji poprzez naukowo prowadzoną
obserwację. "Dziś w życiu społecznym - mówił Sergi - istnieje pilna
potrzeba odnowienia metod edukacji i nauczania, a kto o to walczy,
walczy o odnowienie ludzkości".
W swoich pismach pedagogicznych zebranych w tomie: Educazione ed
Istruzione (Pensieri)1 [Edukacja i nauczanie (Myśli)], w którym streszcza wykłady i konferencje popularnonaukowe, wskazuje jako
drogę upragnionej odnowy metodyczne studium ucznia, prowadzone według
wyznaczników antropologii pedagogicznej i psychologii eksperymentalnej.
"Od wielu lat walczę o ideę, o której im więcej myślę, tym bardziej
uważam, że jest słuszna i przydatna w edukacji i szkoleniu człowieka.
Uważam, że abyśmy mogli pracować zgodnie z metodami naturalnymi i osiągać zamierzone cele, konieczne jest, abyśmy poczynili liczne,
dokładne i racjonalne obserwacje człowieka, a przede wszystkim
dzieciństwa, które powinno stanowić podstawy dla edukacji i kultury.
Prawdą jest, że zmierzenie głowy, wzrostu itp. nie oznacza uprawiania
pedagogiki, ale oznacza podążanie ścieżką, która do niej prowadzi,
ponieważ nie sposób wychować kogoś, kogo się nie poznało bezpośrednio".
Autorytet Sergiego był tak duży, iż zapanowało przekonanie, że jeśli
poznamy jednostkę tylko dzięki poznaniu cech fizycznych, sztuka
wychowania jej przyjdzie niemal naturalnie. Doprowadziło to (jak to
często bywa) u jego naśladowców do pomieszania pojęć, czyli pomylenia
eksperymentalnego badania ucznia z jego edukacją. A ponieważ jedno
jawiło się jako droga do osiągnięcia drugiego, które w naturalny sposób
z niego wyniknie, antropologię pedagogiczną nazwano nawet pedagogiką
naukową. Ci, którzy uwierzyli w nowy porządek, zaczęli nosić niczym
sztandar "Kartę biograficzną", przekonani, że kiedy zostanie ona
definitywnie wprowadzona w szkołach, wtedy walka będzie wygrana.
To dlatego tak zwane szkoły pedagogiki naukowej uczyły nauczycieli
wykonywania pomiarów antropometrycznych, używania estezjometrów,
zbierania danych z wywiadów lekarskich. W ten sposób tworzyło się nowe
grono nauczycieli naukowców.
Należy przyznać, że za granicą nie robiono ani więcej, ani lepszych
rzeczy.
Badania antropologiczne i psychologiczno-pedagogiczne w szkołach
podstawowych podjęto również we Francji, w Anglii, a zwłaszcza w Ameryce, łudząc się, że to antropometria i psychometria będą stanowiły o odnowie szkoły. W ślad za postępem tego kierunku nastąpił rozwój badania
jednostki - od psychologii Wundta do tekstów Bineta - jednak zawsze
popełniano ten sam błąd. Co więcej, rzadko kiedy to nauczyciele
prowadzili badania, zazwyczaj zajmowali się tym lekarze, którzy z natury
rzeczy są bardziej zainteresowani swoją dyscypliną nauki niż pedagogiką.
Zamiast podjąć próbę sformułowania teoretycznych podstaw pedagogiki,
koncentrowali się na podkreślaniu wkładu psychologii i antropometrii do
badań eksperymentalnych. Wreszcie antropologowie i psychologowie nigdy
nie zajęli się edukacją dzieci w szkołach; a nauczyciele nigdy nie
wznieśli się na poziom prowadzących badania naukowców.
Praktyczny postęp w szkołach wymagałby prawdziwej koordynacji badań i myśli, tak aby przyciągało to naukowców bezpośrednio w mury szkolne, a nauczycieli podnosiło ponad poziom, na którym dotychczas pozostawali.
Taki wybitnie praktyczny ideał przyświecał powstałej w Rzymie
Uniwersyteckiej Szkole Pedagogicznej, której celem było podniesienie
pedagogiki z poziomu zwykłego przedmiotu o drugorzędnym znaczeniu,
wykładanego na wydziale filozoficznym, jak to do tej pory było we
Włoszech, oraz stworzenie samodzielnego wydziału, który podobnie jak
medycyna obejmowałby najróżniejsze przedmioty. Znalazły się wśród nich
między innymi higiena pedagogiczna, antropologia pedagogiczna i psychologia eksperymentalna.
Tymczasem różne dziedziny nauki nadal się rozwijają, idąc dalej własnymi
ścieżkami, a pedagogika pozostała na starożytnym gruncie filozoficznym,
na którym się narodziła, nie pozwalając się dotykać ani tym bardziej
przekształcać.
Ale dzisiaj tym, co nas zajmuje w edukacji, jest nie tyle nauka, ile
troska o ludzkość i cywilizację, dla których istnieje tylko jedna
ojczyzna: Ziemia. A dla sprawy o takiej wartości wszyscy, którzy wnieśli
wkład, nawet jeśli oznaczało to nieudaną próbę, zasługują na szacunek ze
strony społeczeństwa.
Podobnie my, którzy pracujemy dla osiągnięcia jednego celu, jesteśmy
niejako członkami tej samej grupy, a ci, którzy przychodzą później,
trafiają do tej grupy, ponieważ przed nimi byli tacy, którzy wcześniej
uwierzyli i pracowali.
Podobnie wierzyliśmy, że przenosząc owoce trudnego i wymagającego
doświadczenia eksperymentu z laboratoriów do starej i upadającej szkoły,
możemy ją odbudować. Wielu z nadmierną nadzieją patrzyło na naukowców
propagujących naukę materialistyczną i mechanistyczną.
Ale to właśnie dlatego, że weszliśmy na fałszywą i wąską drogę, musimy
teraz zrobić wszystko, co w naszej mocy, by doprowadzić do odnowy sztukę
wychowywania następnych pokoleń.
Kształcenie nauczycieli wedle wytycznych nauk eksperymentalnych nie jest
łatwe. Jeśli nauczylibyśmy ich najbardziej szczegółowo antropometrii i psychometrii, stworzylibyśmy mechanizmy, których użyteczność byłaby
bardzo problematyczna. Z pewnością nie przygotowalibyśmy w ten sposób
nowych nauczycieli. A przede wszystkim pozostawilibyśmy ich na progu
nauk doświadczalnych, nie dopuszczając do najszlachetniejszej i najgłębszej sfery danej tylko naukowcom.
Kim w istocie jest naukowiec?
Z pewnością nie jest nim po prostu ten, kto wie, jak posługiwać się
wszystkimi przyrządami w laboratorium fizycznymi lub kto w laboratorium
chemicznym bezpiecznie miesza odczynniki, ani też ten, kto wie, jak
przygotować preparaty mikroskopowe w pracowni biologicznej. W istocie
bardzo często to ludzie, którzy nie są na poziomie "naukowców", na
przykład asystenci lub technicy laboratoryjni, mają największą swobodę w technice eksperymentalnej.
Naukowcem nazywamy tę osobę, która w eksperymentowaniu znalazła środek
prowadzący do zbadania głębokich prawd życia, do podniesienia zasłony
kryjącej fascynujące tajemnice i która w tym badaniu poczuła tak
namiętną miłość do tajemnic natury, że mogła się zapomnieć. Naukowiec to
nie ten, kto posługuje się narzędziami, ale ten, kto zna naturę. To ten,
kto jak kochanek przejawia zewnętrzne oznaki swojej pasji. Naukowcem
nazywamy tego, kto mieszka w laboratorium, nie zwracając uwagi na świat
zewnętrzny, a czasem także zachowuje się ekstrawagancko czy ubiera się
niedbale, ponieważ nie myśli o sobie. To ten, kto niestrudzenie patrzy
przez mikroskop, powoli tracąc wzrok; ten, kto zaszczepia sobie
gruźlicę, naraża się na zakażenie cholerą, by lepiej poznać sposoby
przenoszenia się chorób. To także ten, kto wie, jaki preparat chemiczny
może mieć właściwości wybuchowe, lecz mimo to próbuje jego syntezy i pada ofiarą eksplozji.
Oto duch człowieka nauki, któremu natura odsłania swoje tajemnice,
nagradzając go chwałą odkrycia.
Istnieje zatem "duch" naukowca, a także "mechanizm" naukowca. A naukowiec znajduje się na samym szczycie, gdy duch triumfuje nad
mechanizmem; z jego pracy nauka wyniesie nie tylko nowe odkrycia, ale
także filozoficzną syntezę myśli.
Wierzę, że u nauczycieli musimy przygotować bardziej ducha niż mechanizm
naukowca; to oznacza, że przygotowania muszą być ukierunkowane w stronę
ducha, a nie na działanie.
Podobnie jak my, gdy widzieliśmy jedynie mechanizm w przygotowaniu
naukowym, z pewnością nie chcieliśmy stawiać nauczyciela szkoły
podstawowej w sytuacji, w której byłby jednocześnie doskonałym
asystentem lekarza w laboratorium antropologicznym, w laboratorium
psychologii naukowej oraz szkolną higienistką. Chcieliśmy jedynie
wprowadzić go na ścieżkę nauk eksperymentalnych, ucząc go posługiwania
się raz jednym, raz innym instrumentem. Musimy zatem nakierować
nauczyciela, choć wyłącznie w celach związanych z zajmowanym
stanowiskiem, na ścieżkę ducha naukowego.
Oznacza to, że musimy wzbudzić w świadomości nauczyciela zainteresowanie
przejawami zjawisk naturalnych do tego stopnia, by pokochał przyrodę i zaznał niespokojnego oczekiwania właściwego temu, kto przygotował
eksperyment, by potem czekać na jego wyniki.
Narzędzia są jak alfabet i trzeba umieć się nimi posługiwać, aby móc
zrozumieć naturę. Lecz tak jak litery składane w słowa tworzą księgę
zawierającą największe myśli pisarza, tak natura dzięki doświadczeniu
pozwala nam odkrywać nieskończoną serię swoich tajemnic.
I tak ten, kto czyta z trudnością, mógłby przeczytać dokładnie słowa z elementarza albo ze sztuki Szekspira, o ile litery w tym drugim
przypadku byłyby wystarczająco duże.
Ten zaś, kogo wtajemniczono jedynie w surowy eksperyment, jest jak ktoś,
kto sylabizuje, odczytując tylko dosłowne znaczenie słów w elementarzu.
Na takim właśnie poziomie zostawiamy nauczycieli, jeśli ograniczymy ich
przygotowanie do mechanizmu. Zamiast tego musimy stać się tłumaczami
ducha natury; a wtedy nastąpi coś porównywalnego z sytuacją, kiedy ktoś,
kto nauczył się czytać, nagle zaczyna odczytywać myśli Szekspira,
Goethego czy Dantego przedstawione za pomocą znaków graficznych.
Jak widać różnica jest duża, a droga długa.
W każdym razie nasz podstawowy błąd był bardzo prosty: dziecko, które
poznało elementarz, ma złudzenie, że umie czytać. W rzeczywistości
potrafi przeczytać szyldy sklepowe, nagłówki w gazetach i każde słowo
lub zdanie, które rzuca mu się w oczy. Łatwo w takiej sytuacji o złudzenie: wchodząc do biblioteki, łudzi się, że potrafi odczytać treść
znajdujących się w niej książek. Jeśli jednak podjęłoby próbę,
zrozumiałoby, że "umiejętność czytania mechanicznego" jest nic nie warta
i wyszłoby z biblioteki prosto do szkoły.
Takie samo złudzenie może stać się udziałem nauczycieli przygotowywanych
do nowej pedagogiki, kiedy uczy się ich antropometrii i psychologii
eksperymentalnej.
Odłóżmy na bok trudności związane z przygotowaniem nauczycieli naukowców
we wspomnianym sensie. Nawet nie próbujemy tworzyć takiego programu,
ponieważ konieczne byłoby zajęcie się zagadnieniami, których nie
będziemy tutaj rozważać. Przypuśćmy natomiast, że za pomocą
długotrwałych ćwiczeń przygotowaliśmy już nauczycieli do obserwacji
przyrody i doprowadziliśmy ich do poziomu na przykład takich zoologów,
którzy wstają w nocy, aby nie bacząc na trudy i zmęczenie, udać się do
lasu, gdzie mogą obserwować przebudzenie i pierwsze przejawy życia
dziennego jakiejś interesującej ich rodziny owadów. Oto naukowiec, który
mimo senności i zmęczenia zachowuje żywość umysłu i czujność; nie zważa
na błoto czy kurz, mgłę czy palące słońce. Jest całkowicie skupiony, by
nieuważnym ruchem nie ujawnić swojej obecności, co zmąciłoby spokój
obserwowanych owadów, których funkcje życiowe pragnie obserwować.
Przypuśćmy, że ci nauczyciele osiągnęli poziom naukowca, który mimo
pogłębiającej się krótkowzroczności nadal spędza godziny przy
mikroskopie, obserwując spontaniczne ruchy pierwotniaków, i wydaje mu
się, że sposób, w jaki unikają siebie nawzajem oraz wybierają
pożywienie, wynika z działania jakiejś niezbadanej świadomości lub
instynktu. Następnie zakłóca ich spokojne życie bodźcem elektrycznym i obserwuje, jak jedne grupują się na biegunie dodatnim, a inne na
ujemnym. Potem eksperymentuje z bodźcem świetlnym i widzi, jak jedne
przesuwają się w kierunku światła, a inne przed nim uciekają. Bada
zjawiska tropizmu, skupiając się na problemie. Czy ten pośpieszny ruch w kierunku bodźców lub też ucieczka przed nimi mają tę samą naturę, co
unikanie siebie nawzajem oraz wybieranie pożywienia. To znaczy, czy jest
to spowodowane wyborem i zjawiskiem niezbadanej świadomości, czy też
instynktem naturalnym, a nie fizycznym przyciąganiem lub odpychaniem
podobnym do oddziaływania magnesu i żelaza. I załóżmy, że ten naukowiec,
uświadomiwszy sobie, że jest druga po południu, odczuwa radość, że prace
prowadził w laboratorium, a nie w swoim domu, gdzie wezwaliby go na
obiad, przerywając ciekawą obserwację i post.
Przypuśćmy, że nauczyciel (niezależnie od poziomu przygotowania
naukowego) zaczął odczuwać podobne, choć słabsze, zainteresowanie
obserwacją zjawisk naturalnych. Cóż, takie przygotowanie nie byłoby
wystarczające.
W rzeczywistości jego misją jest obserwacja nie owadów czy
pierwotniaków, ale człowieka.
I to nie człowieka przejawiającego codzienne nawyki, jak to było w przypadku obserwacji budzących się rano owadów, ale człowieka w procesie
przebudzenia do życia intelektualnego.
Zainteresowanie człowiekiem w przypadku tych, którzy chcą wychowywać,
musi mieć taki charakter, by między obserwowanym a obserwującym pojawiła
się intymna więź, podobna do tej, która łączy zoologa czy botanika z naturą. A to, co bardziej osobiste, zawsze ma dla nas więcej uroku.
Człowiek nie może kochać owada ani reakcji chemicznej bez pasji; to
właśnie pasja sprawia, że to, co postronnym obserwatorom jawi się jako
cierpienie, rezygnacja z własnego życia czy wręcz męczeństwo, dla
naukowca stanowi źródło największego szczęścia.
A miłość między ludźmi jest tym, co na ziemi najsłodsze, a jednocześnie
tak proste, że nie tylko dusze uprzywilejowane, lecz każdy może osiągnąć
ją bez wysiłku.
Konieczne jest, aby nauczyciele, którzy osiągnęli już "ducha naukowca",
poczuli, jak ważna jest ich praca jako obserwatorów ludzkości.
Aby dać wyobrażenie o tej drugiej formie przygotowania ducha, wyobraźmy
sobie szczere dusze pierwszych naśladowców Jezusa Chrystusa, którzy
usłyszeli od niego o Królestwie Bożym, wspanialszym od wszystkiego, co
można sobie wyobrazić na Ziemi. Jeden z uczniów zastanawiał się, w jaki
sposób wielcy znajdą się w tym królestwie i spytał z naiwną ciekawością:
"Mistrzu, kto będzie największy ze wszystkich w Królestwie Niebieskim?".
A Chrystus, głaszcząc po główce małe dziecko, które patrzyło na niego
zauroczone, odpowiedział: "Kto zdoła upodobnić się do tego dziecka, ten
będzie największy w Królestwie Niebieskim".
Wyobraźmy sobie teraz żarliwie mistyczną duszę, która obserwuje małe
dziecko, aby z mieszaniną szacunku i miłości, świętej ciekawości i dążenia do najwyższych wyżyn Nieba, nauczyć się drogi własnej
doskonałości; i postawmy ją przed klasą pełną dzieci.
A jednak nie byłby to jeszcze nowy pedagog, którego pragniemy
ukształtować.
Spróbujmy jednak zaszczepić w tej duszy ducha gorzkiego poświęcenia
naukowca i niewysłowionej ekstazy mistyka, a otrzymamy gotowego ducha
"nauczyciela".
W istocie będzie się on uczył od dziecka środków i sposobu własnej
edukacji; to znaczy, od dziecka nauczy się doskonalić siebie jako
wychowawcę.
Wyobraźmy sobie, że jeden z naszych botaników lub zoologów, wprawny w technice obserwacji i przeprowadzaniu doświadczeń, pojechał badać na
przykład wrośliki na otwartej przestrzeni. Następnie pod mikroskopem i w laboratorium prowadził dalsze badania i doświadczenia. Inny z kolei
zdecydował się badać kleszcze, wchodząc do stajni i szukając ich w odchodach zwierząt. Badacz taki w końcu zrozumiałby, czym jest badanie
przyrody i poznałby wszystkie środki, jakie oferuje współczesna nauka
eksperymentalna. Wyobraźmy sobie dalej, że jeden z tych uczonych ze
względu na swoje zasługi został wyznaczony do przeprowadzenia
prestiżowych badań nad błonkoskrzydłymi. Kiedy zaś przybył na miejsce,
podano mu pojemnik ze szklanym wieczkiem, na którego dnie przybite
szpilkami leżały piękne martwe motyle z rozpostartymi skrzydłami. Młody
uczony powiedziałby, że to dziecięca zabawa, a nie materiał do pracy dla
naukowców, że te preparaty w pudełku są dopełnieniem tego, czym chłopcy
zajmują się w parkach, łapiąc motyle w siatkę zawieszoną na kiju. Dla
prawdziwego badacza nie ma tu już nic do zrobienia.
Tak samo byłoby, gdybyśmy zaprowadzili nauczyciela, którego uważamy
jednocześnie za naukowca, do jednej z naszych dzisiejszych szkół, gdzie
spontaniczna ekspresja osobowości dzieci jest duszona i gdzie niczym
istoty martwe tkwią umocowane w przypisanych im ławkach jak przybite
szpilką motyle. Uwięzione skrzydła symbolizują zniewoloną ciekawość.
Dlatego nie warto przygotowywać nauczyciela naukowca, konieczne jest zaś
przygotowanie dla niego szkoły.
Konieczne jest, aby szkoła umożliwiała swobodny rozwój aktywności
dziecka; tylko na takiej podstawie będzie się mogła bowiem narodzić
pedagogika naukowa, czyli naukowe podstawy pedagogiczne. Na tym musi
polegać reforma szkolnictwa.
Nikt nie ośmieli się stwierdzić, że ta zasada została już wdrożona przez
pedagogikę i szkołę. Prawdą jest, że niektórzy pedagodzy - na przykład
Rousseau - opisali fantastyczne zasady dotyczące wolności dzieciństwa,
lecz prawdziwe pojęcie wolności jest pedagogom całkowicie nieznane.
Często rozumieją oni wolność tak, jak pojmowali ją ludzie w godzinie
buntu przeciwko niewoli. Nierzadko wolność bywa również pojmowana jako
stopniowe pokonywanie ograniczeń, czyli uwalnianie się od ojczyzny,
kasty, schematów myślowych.
Koncepcja wolności, która ma inspirować pedagogikę, pozostaje
uniwersalna: wolność rozumiana jest jako wyzwolenie od życia stłumionego
przez nieskończone przeszkody, które uniemożliwiają harmonijny rozwój
fizyczny i duchowy. Ta największa wartość umykała dotąd uwagi rzeszy
obserwatorów!
Nie ma potrzeby o tym dyskutować: to wydaje się oczywiste. Każdy, kto by
twierdził, że dzisiejsza pedagogika i szkoła kierują się zasadą
wolności, rozśmieszyłby rozmówcę, podobnie jak dziecko, które obserwując
przytwierdzone szpilką motyle, upiera się, że żyją i potrafią latać.
Represyjne zasady przypominające niemal czasy niewolnictwa decydują
dzisiaj o kształcie dużej części pedagogiki. Na nich opiera się
działanie szkoły.
Dowód - ławka. To doskonały przykład błędów wczesnej materialistycznej
pedagogiki naukowej, która łudziła się, że gromadząc porozrzucane
kamienie, zdoła odbudować mały, podupadający budynek szkoły.
Była sobie kiedyś szara, surowa i nieoszlifowana ławka, na której
zasiadali uczniowie. Wtedy w sukurs przyszła nauka i rozpoczęło się
udoskonalanie ławki. W dziele tym brano pod uwagę wszystkie osiągnięcia
antropologii: określano wiek dziecka i długość jego nóg, aby wymodelować
siedzisko na odpowiedniej wysokości; z matematyczną dokładnością
wyliczano odległość między siedziskiem a pulpitem, aby plecy dziecka nie
zniekształcały się w skoliotycznym wygięciu; a nawet (och, cóż za
przenikliwość!) rozdzielono siedzenie i pulpit, oddalając krzesło tak,
by dziecko na nim siedziało, lecz nie mogło się wiercić na boki,
rozprostować ani wyciągnąć. Jednocześnie ławka została tak
skonstruowana, by pozostające w bezruchu dziecko było jak najlepiej
widoczne. Wszystko to miało ukryty cel zapobiegania aktom perwersji
seksualnej w klasach, a nawet w przedszkolach. Cóż można powiedzieć o takiej pruderii w społeczeństwie, w którym skandaliczne byłoby głoszenie
zasad moralności seksualnej podczas edukacji, gdyż mogłyby one skalać
niewinność dziecka? Ale oto na pomoc hipokryzji przybyła nauka,
fabrykując maszyny. Co więcej, wewnętrzne samozadowolenie posunęło się
jeszcze dalej: nauka udoskonala ławki, aby maksymalnie unieruchomić
dziecko lub, jak kto woli, oszczędzić mu jakiegokolwiek ruchu. Tak więc,
żeby uczeń był maksymalnie uwięziony w ławce, która przymusi je do
higienicznie wygodnej pozycji, otrzymaliśmy oto siedzisko, podnóżek i blat ustawione w taki sposób, aby dziecko nie miało jak się podnieść.
Ale właśnie dlatego, że siedzenie pod wpływem ruchu opada, blat się
podnosi, a podnóżek przewraca, dziecko ma dokładnie wyznaczone miejsca,
w których może się wyprostować.
Przez lata szkolne ławy były modyfikowane w nieustającym dążeniu do
doskonałości. Niemal każdy ze zwolenników tak zwanej pedagogiki naukowej
wymyślił własny model. Także wiele państw szczyciło się swoimi modelami
narodowymi. Prześcigano się w walce o patenty i prawa.
Niewątpliwie za skonstruowaniem ławki stało wiele nauk: antropologia, z pomiarami ciała i diagnozą wieku dziecięcego; fizjologia, obejmująca
badanie ruchów mięśni; psychologia i jej badania w zakresie
przedwczesnego rozwoju i patologii instynktów, a przede wszystkim
higiena, gdzie celem było zapobieganie skoliozie nabytej.
Była to więc prawdziwie naukowa ławka, powstała zgodnie z antropologicznymi badaniami dziecka. Oto przykład dosłownego
zastosowania nauki w szkole.
Już niedługo wszędzie tam, gdzie obudziła się świadomość, że konieczna
jest ochrona dziecka, będzie niezrozumiałe, że przy całym postępie myśli
osiągniętym pod koniec pierwszej dekady XX wieku i pomimo zaangażowania
tak wielu badaczy z dziedziny higieny dziecięcej, antropologii czy
socjologii, nie odkryto podstawowego błędu w konstrukcji szkolnej ławki.
Jestem przekonana, że już niedługo zdumieni ludzie będą chcieli własnymi
rękami dotykać naszych modelowych ławek i na własne oczy zobaczyć
książki, w których opisano założenia ich konstrukcji, z niedowierzaniem
analizując słowa i liczby.
Ławka miała chronić dzieci w wieku szkolnym przed skoliozą.
Oznacza to, że dzieci w wieku szkolnym zostały poddane takiemu reżimowi,
że choć urodziły się zdrowe, mogły tak skrzywić kręgosłupy, iż nabawiały
się garbu! Kręgosłup, ta podstawowa część organizmu - najsztywniejsza i podobnie jak cały szkielet najtwardsza część ciała, która bez uszczerbku
wytrzymywała najbardziej zaciekłe zmagania człowieka prymitywnego i ucywilizowanego, gdy walczył z lwami, ujarzmiał mamuty, kopał kamienie,
giął żelazo, podbijał ziemię, by na niej panować - nie wytrzymuje i ugina się pod jarzmem szkolnej ławy.
Niezrozumiałe jest, że tak zwana nauka pracowała nad udoskonaleniem
narzędzia zniewolenia w szkole, nie dopuszczając ani na chwilę światłej
myśli, która poza szkolnymi murami doprowadziła do wyzwolenia
społecznego.
Polityka reform jest dobrze znana i powtarzana przez wszystkich.
Niedożywiony pracownik nie prosi o środki wzmacniające, ale o poprawę
warunków zatrudnienia, tak by mógł uniknąć niedożywienia w przyszłości.
Górnik, który przez wiele godzin wykonuje swoją pracę w pozycji zgiętej,
przez co nabawia się przepukliny pachwinowej, nie prosi o pasy
przepuklinowe, które przytrzymają jelita, ale o skrócenie czasu oraz
poprawę warunków pracy, by móc cieszyć się życiem w zdrowiu tak samo jak
inni ludzie.
Nie potrafimy dostrzec, że w tej samej epoce dzieci są jak ci pracownicy
skazani na pracę w złych warunkach higienicznych, które uniemożliwiają
im normalny rozwój, a nawet mogą sprawić, że ich szkielet zostanie
zdeformowany. Naszą odpowiedzią na tak straszne odkrycie jest ławka
ortopedyczna. To tak, jakbyśmy górnikowi proponowali pas przepuklinowy,
a niedożywionemu - arsen.
Jakiś czas temu pewna kobieta, przekonana, że jestem orędowniczką
nowinek naukowych w szkole, wyraźnie zadowolona z siebie przekazała mi
do oceny wymyślony przez siebie gorset dla uczniów, mający stanowić
uzupełnienie profilaktycznej funkcji ławki.
W praktyce my, lekarze, środków fizjoterapeutycznych, takich jak
przyrządy ortopedyczne, gorsety i podwieszanie, bardzo często używamy do
leczenia skrzywień kręgosłupa. Proces leczenia dziecka z krzywicą
zakłada podwieszanie go raz na jakiś czas za głowę i ramiona w taki
sposób, aby jego ciężar umożliwił rozluźnienie i rozciągnięcie ciała, a tym samym wyprostowanie kręgosłupa. W szkole zaś ogromną popularnością
cieszy się instrument ortopedyczny, jakim jest ławka. Teraz ktoś zaczyna
proponować gorset. Jeszcze jeden krok i naukowcy będą zalecać metodyczne
podwieszanie dzieci w wieku szkolnym.
Wszystko to stanowi logiczną konsekwencję wdrażania rozwiązań naukowych
w podupadającej szkole. To samo można powiedzieć o zastosowaniu
koncepcji wywodzących się z antropologii i psychologii eksperymentalnej
w edukacji w naszych dzisiejszych szkołach.
Jedynym racjonalnym sposobem walki ze skoliozą dzieci w wieku szkolnym
jest zmiana formy ich pracy, tak aby nie musiały godzinami pozostawać w szkodliwej dla nich pozycji.
Potrzebna im jest swoboda, a nie ograniczająca ruchy ławka.
Nawet jeśli ławka byłaby korzystna dla szkieletu dziecka, pozostałaby
szkodliwa dla higieny otoczenia. Trudno pod nią posprzątać i niełatwo
przesunąć, a na podnóżku, gdzie dziecko opiera stopy, gromadzi się kurz
i brud, które uczeń przynosi na butach.
Obecnie projektowane meble są coraz lżejsze i prostsze, tak aby wszystko
można było łatwo rozłożyć, wyjąć i codziennie wyczyścić, jeśli nawet nie
umyć. Szkoła jednak jest głucha na zmiany zachodzące w otoczeniu.
Musimy zastanowić się, co stanie się z duchem dziecka, którego ciało
skazane jest na wzrastanie w warunkach tak sztucznych i niezdrowych, że
może dojść do zdeformowania kości. Kiedy mówimy o wyzwoleniu robotników,
mamy zawsze na myśli to, że pod warstwą najbardziej widocznego
cierpienia, jak na przykład choroby krwi, przepuklina, kryje się inne,
głębsze. To cierpienie zniewolonej duszy ludzkiej, i to jemu należy się
przeciwstawić, aby robotnik odzyskał wolność. Dobrze wiemy, że trudy
dnia codziennego mogą sprawić, że dusza ludzka pogrąży się w ciemności,
odrętwieje i zostanie zabita. Degradacja moralna jest wszystkim tym, co
uniemożliwia osiągnięcie postępu i stanowi balast dla cywilizacji. A wołanie o odkupienie dusz przemawia znacznie bardziej dobitnie niż
wzywanie do ratowania ciała.
Co powiemy, jeśli chodzi o edukację dzieci?
Dobrze znamy ten smutny widok. W klasie stoi nauczyciel, który próbuje
wbić uczniom wiedzę do głów. Aby odnieść sukces w swojej pracy,
potrzebuje dyscypliny, która powoduje u uczniów bezruch i uważność.
Narzędzia, jakimi dysponuje, aby wymusić pożądaną postawę, to nagrody i kary. Są one dla duszy tym, czym dla ciała ławka: narzędziem zniewolenia
używanym nie po to, by łagodzić deformacje, ale by je wywoływać.
Należy zauważyć, że nagrody i kary są stosowane, aby zmusić dzieci do
przestrzegania praw świata, a nie praw Bożych. Prawa świata dla dzieci
są niemal zawsze podyktowane wolą dorosłego człowieka, który nadaje
sobie przesadną, bezgraniczną władzę.
Zbyt często nakazuje, ponieważ jest silny i chce, aby dziecko było
posłuszne, ponieważ jest słabe. Tymczasem człowiek dorosły powinien być
dla dziecka kochającym i oświeconym przewodnikiem, który pomaga duszy
nowego człowieka dotrzeć do bram Królestwa Niebieskiego. Nagrody i kary
obiecane przez Jezusa są zupełnie innego rodzaju: wyniesienie dobrych i otchłań zatracenia, do której strącani są źli. Każdy, kto korzysta ze
swoich talentów, może zostać wyniesiony, a nagroda jest dostępna dla
każdego, bez względu na to, czy posiada talentów wiele, czy zaledwie
jeden.
Ale w szkołach jest tylko jedna nagroda dla wszystkich "dobrych chęci",
które biorą udział w tym wyścigu. Udział w nim oznacza zrodzenie się
rywalizacji, zazdrości i próżności zamiast wyniesienia, jakie dają
wysiłek, pokora i miłość bliźniego, które każdy jest w stanie osiągnąć.
W ten sposób tworzymy dualizm nie tylko między szkołą a postępem
społecznym, ale także między szkołą a religią. Dziecko pewnego dnia
będzie musiało zadać sobie pytanie, czy zdobyte w szkole nagrody nie
stanowią przeszkody dla życia wiecznego lub też czy kary, które je
upokarzały, gdy nie umiało się bronić, nie uczyniły z niego "człowieka
głodnego i spragnionego sprawiedliwości", którego broni Jezus.
Prawdą jest, że w życiu społecznym istnieją nagrody i kary inne niż te,
które istnieją w świecie duchowym, a dorosły zadaje sobie trud, usiłując
na czas dostosować dziecięcą duszę, tak by dopasowała się do wymogów
tego świata. Nagradza i karze, aby przyzwyczaić dziecko do poddawania
się bez sprzeciwu.
Jeżeli jednak szerzej spojrzymy na moralność społeczną, zobaczymy, że
jarzmo stopniowo mięknie, to znaczy widzimy, że natura racjonalna,
świadome życie stopniowo zaczynają tryumfować. Jarzmo niewolnika
ustąpiło jarzmu służącego, a to z kolei jarzmu robotnika.
Wszystkie formy niewolnictwa stopniowo zanikają. Historia postępu
cywilizacyjnego jest historią zarówno podbojów, jak i wyzwolenia, a to,
co nie odpowiada tym pojęciom, nazywamy regresem. Teraz musimy zadać
sobie pytanie, czy szkoła powinna permanentnie trwać w stanie, który
społeczeństwo mogłoby uznać za regresywny.
Odpowiednikiem szkoły w społeczeństwie jest machina administracji
rządowej i jej pracownicy. Oni również przez cały dzień pracują dla
wielkich i odległych korzyści, których zalet w danej chwili nie
odczuwają. W istocie chodzi o to, by wskutek ich pracy państwo działało,
bo od tego zależą korzyści dla całego społeczeństwa. Ale oni tego nie
dostrzegają. Dla nich natychmiastową nagrodą jest awans, tak jak dla
ucznia przejście do następnej klasy. Ten, kto traci z oczu swój wzniosły
cel, jest jak upokorzone dziecko, jak oszukany niewolnik: jego godność
jako człowieka została zredukowana do poziomu godności maszyny, która do
działania potrzebuje smaru, ponieważ nie ma w sobie iskry życia.
Wszystkie takie rzeczy, jak pragnienie wyróżnień, są sztucznym bodźcem
na jego jałowej i mrocznej drodze. A przecież i my dajemy uczniom
medale. Strach przed brakiem awansu powstrzymuje pracowników przed
ucieczką i zmusza do monotonnej i wytrwałej pracy, podobnie jak strach
przed brakiem promocji do następnej klasy zmusza ucznia do nauki. Nagana
przełożonego jest podobna do nagany nauczyciela - poprawa źle napisanych
przez pracownika listów urzędowych jest tym samym, co pokreślone na
czerwono wypracowanie ucznia.
Jeśli jednak administracja państwowa nie działa we właściwy sposób,
który jest konieczny do osiągnięcia wielkości kraju, jeśli korupcja
łatwo do niej przenika, to wina leży w tym, że w sumieniu pracownika
zgaszono poczucie godności człowieka i ograniczono jego zdolność
dostrzegania faktów wyłącznie do tych drobnych i bliskich mu spraw,
które mógłby uważać za nagrody i kary. Władza i protekcja mogą wiele
zdziałać, ponieważ działają na tych "uczniów państwa".
Państwo funkcjonuje, ponieważ prawość większości jego pracowników
potrafi oprzeć się korupcji nagród i kar, budując mur uczciwości. Tak
jak życie w środowisku społecznym triumfuje nad każdą przyczyną
zubożenia i śmierci, a także idzie naprzód dla odniesienia nowych
sukcesów, tak instynkt wolności pokonuje przeszkody, idąc od jednego
zwycięstwa do drugiego.
To właśnie ta tajemna i wspaniała siła życia, często ukryta w podświadomości, popycha świat do przodu.
Ale ten, kto dokonuje rzeczy naprawdę wielkich i odnosi zwycięstwa,
nigdy nie działa, kierując się wyłącznie perspektywą nagrody czy kary.
Gdyby na wojnie potężna armia gigantów walczyła wyłącznie dla zdobycia
awansów, epoletów czy medali lub też jedynie ze strachu przed
rozstrzelaniem, a przeciwko nim stanęłaby garstka Pigmejów rozpalonych
miłością do ojczyzny, zwycięstwo uśmiechnęłoby się do tych ostatnich.
Kiedy armii braknie bohaterstwa, nagrody i kary mogą jedynie dokonać
dzieła rozkładu, wprowadzając element korupcji2.
Wszystkie zwycięstwa i cały ludzki postęp opierają się na wewnętrznej
sile człowieka.
Tak więc młody student może zostać wielkim lekarzem, jeśli do
studiowania popycha go powołanie, lecz jeśli studiuje wyłącznie w nadziei na spadek, małżeństwo lub jakąkolwiek inną korzyść zewnętrzną,
nigdy nie zostanie prawdziwym nauczycielem ani wielkim lekarzem, a świat
nie poczyni dzięki niemu nadzwyczajnych postępów. Jeżeli nagrody i kary
w szkole lub życiu rodzinnym okazują się niezbędne, aby młody człowiek
uczył się do egzaminów, to lepiej, żeby w ogóle nie został lekarzem.
Każdy ma jakieś predyspozycje, skłonność i powołanie, być może skromne,
ale z pewnością pożyteczne, tymczasem nagroda może skierować na fałszywą
ścieżkę próżności i w ten sposób zakłócić lub zniweczyć nasz trud.
Zawsze powtarzamy, że świat się rozwija i że musimy popychać ludzi, by
dążyli do postępu. Lecz postęp jest następstwem nowych rzeczy, a te
rodzą się najczęściej z rzeczy wcześniej istniejących w wyniku ich
poprawiania lub udoskonalania. Jako że nikt się takich nowości nie
spodziewa, często nie są one nagradzane, a wręcz przeciwnie: prekursorzy
zmian bywają strącani na drogę męczeństwa.
Jak by to było, gdyby poezja powstawała wyłącznie z pragnienia zdobycia
laurów na Kapitolu. Wystarczyłoby zapewne, aby taka wizja powstała w głowie poety, by natychmiast opuściła go muza. Wiersz musi wypływać z duszy poety, kiedy nie myśli ani o nagrodzie, ani o sobie, i nawet jeśli
zdobędzie laury, będzie świadomy ich marności.
Istnieje również nagroda zewnętrzna: na przykład kiedy mówca widzi, jak
twarze słuchaczy zmieniają się pod wpływem emocji, które jest w stanie w nich wywołać. Odczuwa wówczas coś tak wielkiego, co można porównać
jedynie do ogromnej radości tego, kto odkrywa, że jest kochany.
Prawdziwą i jedyną nagrodą jest nasza radość z tego, że poruszamy i zdobywamy dusze.
Czasami zdarza się nam przeżywać chwile szczęścia, które są dane
człowiekowi, aby mógł żyć w poczuciu pokoju. Odwzajemniona miłość,
poczęcie dziecka, publikacja książki lub chwalebne odkrycie sprawiają,
że wydaje nam się, iż jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.
Gdyby jednak w takim momencie stanął przed nami jakiś uznany autorytet
lub ktoś, kto uważa się za naszego mistrza, i chciałby nas uhonorować
medalem czy nagrodą, poczulibyśmy, że niszczy naszą prawdziwą nagrodę.
"Kim ty w ogóle jesteś - krzyczałaby nasza utracona iluzja - żeby
przypominać mi, że nie jestem pierwszy? Odkąd to ktoś jest o tyle ode
mnie lepszy, żeby mnie nagradzać?" Nagroda dla człowieka może być tylko
boskiej natury.
Co do kary, nie zamierzamy negować jej funkcji społecznej i skuteczności
w odniesieniu do jednostki, lecz negujemy moralną wystarczalność i powszechną konieczność jej stosowania. Jest bardziej przydatna dla
gorszych, ale jest ich niewielu, a postęp społeczny ich nie dosięga.
Kodeks w granicach wskazanych przez prawo straszy nas karami za
nieuczciwość. Lecz my jesteśmy uczciwi nie ze strachu przed kodeksem;
nie kradniemy i nie zabijamy, ponieważ wewnętrznie uznajemy to za złe, a nasza moralność wyznacza nam ścieżkę, którą pragniemy podążać,
trzymając się z dala od niebezpieczeństw popełnienia grzechów.
Nie zagłębiając się w zagadnienia psychologiczne, można jednak
powiedzieć, że przestępca przed popełnieniem przestępstwa zdaje sobie
sprawę z istnienia kary i czuje ciężar kodeksu. Bez względu na to, czy
postanowił rzucić mu wyzwanie, czy też uległ złudzeniu, że kara go nie
dotyczy, w jego sumieniu toczyła się walka między zbrodnią a karą.
Niezależnie od tego, czy jest skuteczny jako narzędzie zapobiegania
przestępstwom, czy też nie, kodeks karny niewątpliwie powstał z myślą o jednej ograniczonej kategorii ludzi: przestępców. Ogromna większość
obywateli jest uczciwa, bez względu na groźbę kary.
Prawdziwą karą dla zwykłego człowieka jest utrata świadomości własnej
siły i wielkości, które tworzą jego wewnętrzne człowieczeństwo; taka
kara często uderza w ludzi, nawet gdy pławią się w obfitości tego, co
powszechnie nazywane jest nagrodą. Niestety, człowiek nie dostrzega
prawdziwej kary, która mu grozi.
Trzymamy uczniów w szkole stłamszonych między tymi narzędziami, które
degradują ciało i ducha, jak na przykład ławka, nagrody i kary
zewnętrzne, aby wymóc na nich dyscyplinę w ciszy i bezruchu. Dokąd ma
ich to zaprowadzić? Niestety, ta droga nie prowadzi do żadnego celu.
Jedyne, co robimy, to mechanicznie wbijamy uczniom do głów treści
programów, często tworzonych w ministerstwach i narzucanych przez prawo.
Świadomość tego zaniedbania życia, które jest życiem naszych dzieci i potomnych, powinna sprawić, że oblejemy się rumieńcem wstydu.
Odnowę metod wychowawczych i edukacji bez wątpienia należy dzisiaj uznać
za pilną konieczność. Kto o to walczy, walczy o odnowę ludzkości.
Rozdział II. HISTORIA METODY
Rozdział II
HISTORIA METODY
Aby stworzyć pedagogikę naukową czy też naukowe podstawy pedagogiki,
konieczne jest obranie innej drogi niż ta, którą dotychczas rozważano.
Przygotowanie nauczycieli musi przebiegać równolegle z transformacją
szkoły. Jeśli mamy dobrze przygotowanych nauczycieli obserwatorów,
warto, by mogli zdobywać doświadczenie w szkole, prowadząc obserwacje i dokonując eksperymentów.
Fundamentem pedagogiki naukowej jest założenie, że szkoła musi być
miejscem, które umożliwia dziecku rozwój spontaniczności oraz aktywności
własnej. Jeżeli naukowe założenia pedagogiczne mają powstawać na
podstawie obserwacji i badania jednostek, powinno się zapewnić badanym
dzieciom maksimum swobody, tak by nic nie krępowało ich naturalnych
zachowań. Nie sposób oczekiwać, iż odnowa pedagogiki nastąpi na drodze
metodycznych badań uczniów, jeżeli badania te będą przeprowadzane według
wytycznych antropologii pedagogicznej.
Każda gałąź nauk eksperymentalnych powstała dzięki zastosowaniu własnej
metody. Bakteriologia swój rozwój zawdzięcza metodzie izolacji kultur
drobnoustrojów; antropologia kryminalna, medyczna i pedagogiczna
zawdzięczają go zastosowaniu metod antropometrycznych wobec osób
należących do różnych grup, takich jak przestępcy, szaleńcy, ludzie
chorzy czy uczniowie. Psychologia eksperymentalna za punkt wyjścia
własnych badań chce obrać dokładnie opisane techniki eksperymentalne.
Ogólnie rzecz ujmując, ważne jest precyzyjne zdefiniowanie metody oraz
techniki badawczej, które w procesie badawczym dostarczą istotnych
treści poznawczych. Ważną cechą nauk eksperymentalnych jest prowadzenie
doświadczeń bez zakładania z góry wyniku eksperymentu. Na przykład,
jeśli prowadzone są badania nad rozwojem głowy u dzieci w zależności od
poziomu ich inteligencji, jednym z warunków doświadczenia musi być
zignorowanie tej informacji podczas dokonywania pomiarów głowy. W przeciwnym wypadku moglibyśmy ulec pokusie założenia, że
najinteligentniejsze dzieci mają największe głowy. Badacz musi zrobić
wszystko, by uniknąć wpadnięcia w pułapkę domniemywań, które mogłyby
zafałszować wynik eksperymentu - także tych, które mają swoje korzenie w tradycji.
Dlatego też, jeśli chcemy zmierzyć się z pedagogiką eksperymentalną,
musimy poszukiwać prawdy wyłącznie w dziedzinie pedagogiki, ignorując
nauki pokrewne, tak by "uczynić umysł dziewiczym". Nie możemy zatem
zaczynać od przyjmowania z góry ustalonych teorii psychologicznych,
jeżeli pragniemy wyciągać wnioski na temat psychologii dziecka na
podstawie jego spontanicznych zachowań. Należy najpierw opracować
metodę, która pozwoli obserwować dziecko, nie naruszając jego swobody. I być może ta metoda kryje w sobie wielkie niespodzianki.
Tu pojawia się problem: trzeba stworzyć własną metodę działania w ramach
pedagogiki eksperymentalnej. Nie może ona być taka sama jak w przypadku
innych nauk eksperymentalnych. Pedagogika naukowa jest w pewnym stopniu
zintegrowana z higieną, antropologią i psychologią, lecz jeśli nawet
częściowo stosuje techniki metodologiczne właściwe tym naukom, to
ogranicza się do badania jednostki. Badania zaś muszą być prowadzone
równolegle do pracy wychowawczej, która bardzo się od nich różni, i mają
stanowić jedynie wkład do rozwoju pedagogiki.
Niniejsza praca dotyczy właśnie metody w pedagogice eksperymentalnej.
Jest ona oparta na moich doświadczeniach w przedszkolach i w pierwszych
klasach szkoły podstawowej.
Muszę przyznać, że ta metoda jest moim dziełem. Stosowałam ją u dzieci w wieku od trzech do sześciu lat, ale jestem przekonana, że zaskakujące
wyniki, jakie przyniosła, będą stanowiły zachętę do kontynuowania badań.
Zwłaszcza że - jak pokazuje dotychczasowe doświadczenie - opracowany
przeze mnie system edukacyjny, choć nie jest jeszcze całkiem gotowy,
stanowi całość i z pewnością można go stosować w przedszkolach czy w pierwszych klasach szkół podstawowych3.
Skłamałabym, mówiąc, że praca ta jest owocem dwuletnich badań: nie
sądzę, aby moje ostatnie próby pozwoliły na stworzenie tego wszystkiego,
o czym będę pisać poniżej. W rzeczywistości system edukacyjny Domów
Dziecięcych powstał o wiele wcześniej. Przebieg ostatniego doświadczenia
prowadzonego z dziećmi prawidłowo rozwijającymi się jest tak krótki
tylko dlatego, że opiera się na wcześniejszych doświadczeniach
pedagogicznych dokonywanych na dzieciach o opóźnionym rozwoju i jest
efektem bardzo długiej pracy intelektualnej.
Kilkadziesiąt lat temu, gdy byłam asystentką lekarza w Klinice
Psychiatrycznej uniwersytetu w Rzymie, miałam możliwość odwiedzenia
szpitala psychiatrycznego i przeprowadzenia w nim badań nad chorymi.
Mogłam samodzielnie wybrać, którą grupę chorych chcę badać i to właśnie
wtedy zainteresowałam się dziećmi upośledzonymi umysłowo. W tamtych
czasach organoterapia tarczycy była w pełnym rozwoju, dlatego
zamieszanie i przesadne wychwalanie jej zalet przyczyniło się do
większego niż poprzednio zainteresowania dziećmi z niepełnosprawnością
intelektualną. Po zakończeniu pracy medycznej w szpitalach
internistycznych i poradniach pediatrycznych już świadomie skierowałam
uwagę na badania chorób wieku dziecięcego.
W ten sposób, zainteresowawszy się dziećmi upośledzonymi umysłowo,
poznałam specjalną metodę wychowania tych nieszczęsnych istot,
opracowaną przez Edouarda Séguina. Zaczęłam wtedy zgłębiać rodzące się
wówczas wśród lekarzy praktyków przekonanie o skuteczności "leków
pedagogicznych" na różne choroby - głuchotę, paraliż, upośledzenie
umysłowe, krzywicę itp. Fakt, że pedagogika musiałaby łączyć się z medycyną, by umożliwić prowadzenie skutecznej terapii, był praktycznym
osiągnięciem myśli tamtych czasów i właśnie w takim kierunku szła
kinezyterapia.
Ja jednak, w przeciwieństwie do wielu moich kolegów, czułam, że praca z dziećmi upośledzonymi intelektualnie ma głównie charakter pedagogiczny,
a nie medyczny. Gdy podczas kongresów medycznych szeroko omawiano
medyczno-pedagogiczne metody opieki i wychowania dzieci z opóźnieniem
umysłowym, ja zdecydowana byłam zająć się ich edukacją moralną. Swoje
pomysły przedstawiłam na Kongresie Pedagogicznym w Turynie w 1898 roku.
Myślę, że zdołałam dotknąć bardzo żywej struny, gdyż idea ta -
rozpowszechniona najpierw wśród lekarzy, a zaraz potem wśród nauczycieli
szkół podstawowych - błyskawicznie zyskała popularność jako zagadnienie
bardzo ważne dla szkół.
Wybitny minister edukacji i mój mistrz, Guido Baccelli, zlecił mi
przeprowadzenie dla rzymskich nauczycieli serii konferencji poświęconych
wychowaniu dzieci z upośledzeniem umysłowym. Kurs ten przekształcił się
później w Szkołę Pedagogiki Specjalnej (Scuola Magistrale Ortofrenica),
którą kierowałam przez następne dwa lata.
W szkole tej utworzyłam klasę o wydłużonych godzinach pracy, do której
przyjmowałam dzieci uważane w szkołach podstawowych za "nienauczalne" z powodu upośledzenia umysłowego. Później dzięki pomocy pewnego
stowarzyszenia powstał instytut pedagogiczny, w którym oprócz dzieci z zewnątrz mogły się uczyć także dzieci hospitalizowane w szpitalu
psychiatrycznym w Rzymie.
Spędziłam więc dwa lata, przygotowując wraz z grupą rzymskich
nauczycieli, będących moimi współpracownikami, specjalne metody
obserwacji i wychowania dzieci z niesprawnością intelektualną. Co
więcej, po pobycie w Londynie i Paryżu, gdzie badałam edukację dzieci
upośledzonych, zaczęłam sama uczyć i pracować jako wychowawczyni w naszym instytucie. Spędzałam z dziećmi więcej czasu niż nauczyciel w szkole podstawowej: byłam z nimi codziennie od ósmej rano do siódmej
wieczorem, bez przerwy. Te dwa lata praktyki były moim pierwszym i prawdziwym dyplomem z pedagogiki.
Odkąd w latach 1898-1900 poświęciłam się edukacji dzieci upośledzonych,
intuicyjnie wyczuwałam, że te metody są nie tylko próbą pomocy osobom
niepełnosprawnym, lecz zawierają też zasady bardziej racjonalnej
edukacji niż dotąd stosowane w odniesieniu do dzieci zdrowych. Nabrałam
przekonania, że skoro działają nawet w przypadku dzieci o obniżonych
zdolnościach intelektualnych, tym bardziej sprawdzą się w odniesieniu do
jednostek podatnych na rozwój. Przekonanie to dojrzewało stopniowo i gdy
opuszczałam mury szkoły specjalnej, byłam pewna, że podobne metody
stosowane wobec dzieci w normie intelektualnej mogłyby w zaskakujący
sposób rozwinąć ich osobowość.
Właśnie wtedy rozpoczęłam prawdziwe i głębokie badania w dziedzinie tak
zwanej pedagogiki specjalnej, a później chciałam podjąć badania z pedagogiki ogólnej i zasad, na których się ona opiera. W tym celu
zapisałam się na studia na wydziale filozoficznym na uniwersytecie.
Głęboka wiara dodawała mi skrzydeł; choć nie miałam pewności, czy
kiedykolwiek będę mogła sprawdzić słuszność mojej idei, to jednak, aby
ją zgłębić, porzuciłam inną działalność, przygotowując się do drogi w nieznane.
Metody wychowania osób niepełnosprawnych umysłowo jako pierwszy zaczął
stosować w czasie rewolucji francuskiej pewien lekarz, którego
działalność trwale zapisała się na kartach historii. Był on twórcą tej
gałęzi medycyny, która dziś nosi nazwę otiatrii i która zajmuje się
chorobami uszu.
Pierwszy podjął próbę metodycznego kształcenia zmysłu słuchu w założonym
przez Pereirę paryskim Instytucie dla Głuchoniemych, gdzie zdołał
przywrócić słuch osobom słabosłyszącym. Następnie przez osiem lat uczył
chłopca zwanego "dzikim dzieckiem z Aveyron". W pracy z nim do
kształcenia pozostałych zmysłów wykorzystywał te same metody, które tak
doskonale sprawdziły się w odniesieniu do kształcenia zmysłu słuchu.
Uczeń Pinela, Itard, był pierwszym pedagogiem, który zastosował w praktyce obserwację ucznia, podobnie jak to czyniono w szpitalach, gdzie
obserwowano chorych, zwłaszcza tych z zaburzeniami pracy układu
nerwowego. Dzieła pedagogiczne Itarda są bardzo interesującymi,
szczegółowymi opisami jego prób i doświadczeń pedagogicznych, a kto je
dziś czyta, musi przyznać, że były to pierwsze próby pedagogiki
eksperymentalnej. Czerpiąc z badań naukowych, Itard wprowadził do pracy
z dzieckiem szereg ćwiczeń umożliwiających leczenie wad rozwojowych.
Udawało mu się sprawić, że dzieci słabosłyszące zaczynały jednocześnie
słyszeć i mówić, dzięki czemu unikały zaklasyfikowania jako upośledzone
w rozwoju. Takie podejście bardzo różni się od prostego badania
jednostki przeprowadzanego za pomocą testów psychologii
eksperymentalnej. Testy służą jedynie określeniu poziomu rozwoju
intelektualnego ucznia, nie zmieniają go i nie doprowadzają do
modyfikacji metod wychowawczych. W przypadku działalności Itarda mamy
natomiast do czynienia z zastosowaniem narzędzi naukowych, dzięki którym
zmienia się nie tylko proces wychowania, ale i sama pedagogika. Zatem to
właśnie Itarda można nazwać twórcą pedagogiki naukowej czy też
teoretycznych podstaw pedagogiki, a nie Wundta i Bineta, twórców
psychologii fizjologicznej, którą można z łatwością zastosować także w szkołach.
To podstawowa kwestia, która zasługuje na wyjaśnienie. Podczas gdy
szwajcarski pedagog Pestalozzi stał się "ojcem nowego wychowania
moralnego", pół wieku później Niemcy Fechner i Wundt stworzyli
psychologię eksperymentalną. Oba nurty rozwijały się oddzielnie.
Pedagogika akademicka ewoluowała na starych fundamentach, a jednocześnie
przedstawiano uczniom testy psychologiczne, które jednak nie miały
żadnego wpływu na edukację. Tymczasem przeprowadzane nieco wcześniej
eksperymenty Itarda stanowiły prawdziwy początek edukacji naukowej,
zdolnej do modyfikowania nie tylko metod wychowawczych, ale i samych
uczniów. Ponieważ jednak powstała ona na potrzeby dzieci upośledzonych,
nie była w środowisku pedagogicznym traktowana poważnie.
Zasługę opracowania prawdziwego systemu edukacyjnego dla dzieci z deficytami intelektualnymi należy przypisać Edouardowi Séguinowi, który
był przede wszystkim nauczycielem, a dopiero potem lekarzem. Opierając
się na doświadczeniach Itarda, modyfikując je i uzupełniając, przez
dziesięć lat stosował je w pracy z dziećmi, które początkowo przebywały
w szpitalu psychiatrycznym, a następnie zostały umieszczone w małej
szkółce przy ulicy Pigalle w Paryżu. Metoda ta została po raz pierwszy
przedstawiona w liczącym ponad sześćset stron tomie wydanym w 1846 roku
w Paryżu pod tytułem Traitement moral, hygi?ne et education des
idiots.
Séguin wyemigrował następnie do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie
powstało wiele instytutów dla dzieci z upośledzeniem umysłowym i gdzie
po kolejnych dwudziestu latach doświadczeń opublikował drugie wydanie
swojej książki, które nosiło inny tytuł: Idiocy and its treatment by
the physiological method. Książka została opublikowana w Nowym Jorku w 1866 roku. Séguin jasno określił w niej swoją metodę edukacji, nazywając
ją metodą fizjologiczną. W tytule książki nie wspomina już o edukacji,
lecz o leczeniu "metodą fizjologiczną". Jeśli sądzimy, że pedagogika
zawsze opierała się na psychologii - którą Wundt określa mianem
"psychologii fizjologicznej" - zbieżność tych pojęć musi wywoływać duże
wrażenie i wzbudzić skojarzenie dotyczące związku metody fizjologicznej
z psychologią fizjologiczną.
Kiedy byłam asystentką w klinice psychiatrycznej, z wielkim
zainteresowaniem przeczytałam francuskie wydanie pracy Edouarda Séguina.
Opublikowane dwadzieścia lat później w Nowym Jorku wydanie
angielskojęzyczne, pomimo cytowania w poświęconych wychowaniu pracach
Bourneville'a, nie było osiągalne w żadnej bibliotece. Ku mojemu
zdumieniu śladu po drugim wydaniu dzieła Séguina nie znalazłam nawet w Paryżu, gdzie od Bourneville'a dowiedziałam się o jego istnieniu; nigdy
nie pojawiło się w Europie. Miałam jednak nadzieję - jak się okazało
złudną - że może choć pojedyncze egzemplarze uda mi się znaleźć w Londynie. Niestety, okazało się, że książki nie ma ani w bibliotekach
publicznych, ani w zbiorach prywatnych. Na próżno szukałam jej u angielskich lekarzy, którzy zajmowali się dziećmi z niepełnosprawnością
intelektualną lub nadzorowali szkoły specjalne. Fakt, że książka ta była
nieznana w Anglii, chociaż została opublikowana w języku angielskim,
utwierdził mnie w przekonaniu, że system Séguina nie został właściwie
zrozumiany. W rzeczywistości w publikacjach dotyczących instytucji
zajmujących się osobami upośledzonymi Séguin był chętnie cytowany, ale
opisane metody wychowawcze nie miały wiele wspólnego z praktycznym
wykorzystaniem jego systemu. Prawie wszędzie metody stosowane w przypadku dzieci w normie intelektualnej były również wykorzystywane w pracy z dziećmi upośledzonymi. Działo się tak przede wszystkim w Niemczech. Jedna z moich koleżanek, która przyjechała pomóc mi w badaniach, zauważyła, że w muzeach pedagogicznych istnieją materiały
dydaktyczne do wychowania specjalnego, które jednak praktycznie nigdy
nie były używane i to pomimo panującego przekonania, że nie powinno się
stosować tych samych metod w stosunku do osób o różnym poziomie
intelektualnym. Sytuacja była tym bardziej zaskakująca, że niemieckie
podejście do edukacji było znacznie bardziej rzetelne niż włoskie.
Nawet w Bic?tre, gdzie przebywałam przez dłuższy czas, widziałam, że
narzędzia dydaktyczne są częściej wykorzystywane niż system Séguina,
mimo że tekst francuski był dostępny dla wychowawców. Proces nauczania
został całkowicie zmechanizowany i wszyscy nauczyciele bardzo ściśle
przestrzegali zasad. Ale u każdego z nich, zarówno w Londynie, jak i w Paryżu, dostrzegałam pragnienie uzyskania nowych rad, poznania nowych
doświadczeń. Mimo to ogłoszony przez Séguina fakt, że wykorzystując jego
metody, można kształcić uczniów z niepełnosprawnością umysłową, nie
został powszechnie przyjęty.
Przyczynę tego niepowodzenia łatwo zrozumieć. Powszechnie uważano, że
dzieci niepełnosprawne, upośledzone, powinny być wychowywane tak samo
jak dzieci znajdujące się w normie intelektualnej. Myśl, że "nowa
edukacja" narodziła się na gruncie pedagogicznym oraz że mogłaby pomóc w kształceniu dzieci z deficytami rozwojowymi, nie przeniknęła jeszcze do
świadomości pedagogów. Tym trudniej było im uwierzyć, że metody
wychowawcze skuteczne w pracy z dziećmi upośledzonymi mogą się okazać
efektywne także w odniesieniu do dzieci w normie intelektualnej.
Przez następne dwa lata kontynuowałam w Rzymie doświadczenia w pracy z dziećmi upośledzonymi umysłowo. Podążałam za wskazówkami zawartymi w książce Séguina, ani na chwilę nie zapominając o wspaniałych
doświadczeniach Itarda. Zleciłam także wykonanie bogatego zbioru
materiałów dydaktycznych na podstawie wskazówek zawartych w obu
tekstach.
Materiały te, których kompletu nie widziałam dotąd w żadnym instytucie,
były cudownym narzędziem w rękach tych, którzy potrafili go używać. Sam
w sobie materiał ów nie wzbudzał zainteresowania osób upośledzonych
umysłowo, co prowadziło do zniechęcenia edukatorów, którzy szybko
porzucali tę metodę. Nieporozumieniem jest przekonanie, że wychowawca
musi postawić się na poziomie ucznia, gdyż wywołuje to u niego jedynie
rodzaj apatii. Nauczyciel taki wie, że kształci osoby z ograniczeniami
rozwojowymi i dlatego nie jest w stanie wiele osiągnąć. Analogicznie
nauczyciele małych dzieci są przekonani, że wychowanie polega na
dostosowaniu się do ich poziomu rozwojowego, więc w pracy edukacyjnej
posługują się zabawami oraz dziecięcymi powiedzonkami.
Tymczasem należy umieć przywołać człowieka, który drzemie w duszy
dziecka.
W pracy kierowałam się intuicją i wierzę, że to nie materiał
dydaktyczny, lecz mój głos obudził dzieci i popchnął je do korzystania z niego. Traktowałam dzieci z wielkim szacunkiem dla ich nieszczęścia oraz
miłością, jaką potrafią wzbudzać w tych, którzy się do nich zbliżają.
Również Séguin podobnie pisał na ten temat. Czytając o cierpliwie
podejmowanych przez niego próbach, zrozumiałam, że podstawowym
materiałem dydaktycznym, którego używał, był materiał duchowy. Dlatego
też pod koniec francuskiego wydania autor, przyglądając się swojej
pracy, ze smutkiem dochodzi do wniosku, że jego dzieło przepadnie, jeśli
nauczyciele nie zostaną odpowiednio przygotowani. Przedstawił też własną
koncepcję przygotowania nauczycieli pracujących z osobami upośledzonymi
umysłowo. Porady te przypominają wskazówki udzielane osobie, która chce
kogoś uwieść. Séguin proponuje, by nauczyciele urzekali wyglądem oraz
brzmieniem głosu, by bardzo dbali o siebie, aby przyciągać uwagę
uczniów. Gesty i modulacja głosu powinny być równie wystudiowane jak u aktorów, którzy przygotowują się do pracy na scenie, gdzie wielkimi
emocjami doczesnymi pragną zdobyć uwagę dusz zmęczonych i delikatnych.
Ten rodzaj tajnego klucza, jakim jest oddziaływanie na ducha, otworzył
następnie wrota dla długiej serii eksperymentów dydaktycznych, wspaniale
przeanalizowanych przez Edouarda Séguina, i wyjątkowo skutecznych w kształceniu dzieci z deficytami intelektualnymi. Stosując je,
otrzymywałam zaskakujące wyniki. Muszę jednak przyznać, że moje wysiłki
wzrastały wraz z postępem rozwoju intelektualnego moich uczniów, a to
doprowadziło do pewnego rodzaju wyczerpania: czułam się, jakbym oddawała
dzieciom część własnej siły. To, co nazywa się zachętą, pociechą,
miłością, szacunkiem, jest dźwignią ludzkiej duszy; kto bardziej się
temu poświęca, ten bardziej odnawia i ożywia życie wokół siebie. Bez
tego nawet najdoskonalszy bodziec zewnętrzny pozostaje niezauważony,
podobnie jak słońce przed Saulem, który woła: "To?... Toć to mgła gęsta!".
Zaczęłam na własny rachunek prowadzić nowe badania, o których nie będę
tu pisać. Wspomnę tylko, że w tym czasie eksperymentowałam z zupełnie
nową i fascynującą metodą nauki czytania i pisania, jako że był to
element edukacji dotąd całkiem zaniedbany, zarówno przez Itarda, jak i Séguina. Zdołałam nauczyć czytania i poprawnego pisania oraz kaligrafii
niektórych uczniów ze szpitala psychiatrycznego. W efekcie moich działań
mogli oni przystąpić do egzaminów w szkołach publicznych razem ze
zdrowymi uczniami i pomyślnie je zdać.
Te niesamowite efekty obserwatorom jawiły się niemal jako cud. Tymczasem
według mnie dzieci ze szpitala psychiatrycznego dogoniły zdrowych
rówieśników podczas egzaminów publicznych tylko dlatego, że były
prowadzone inną ścieżką. Wspierano je w rozwoju psychicznym, podczas gdy
zdrowe dzieci dusiły się i były zdeprymowane. Pomyślałam, że jeśli
pewnego dnia edukację specjalną, w której tak cudownie rozwinęły się
dzieci z deficytami rozwojowymi, będzie można zastosować wobec dzieci
zdrowych, to cud zniknie. Przepaść pomiędzy mentalnością dzieci
opóźnionych a dzieci w normie intelektualnej nigdy już nie zostałaby
zasypana. Podczas gdy wszyscy podziwiali postępy moich upośledzonych
uczniów, ja zastanawiałam się, co powoduje, że szczęśliwi i zdrowi
uczniowie szkół powszechnych pozostają na tak niskim poziomie, iż moi
opóźnieni wychowankowie są w stanie dorównać im w testach inteligencji.
Pewnego dnia jedna z nauczycielek pracujących w instytucie dla dzieci z upośledzeniem umysłowym zachęciła mnie do przeczytania proroctwa
Ezechiela, które wywarło na niej głębokie wrażenie, ponieważ wydawało
jej się proroctwem dotyczącym wychowania właśnie takich dzieci:
"Spoczęła na mnie ręka Pana, i wyprowadził mnie On w duchu na zewnątrz,
i postawił mnie pośród doliny. Była ona pełna kości. I polecił mi, abym
przeszedł dokoła nich, i oto było ich na obszarze doliny bardzo wiele.
Były one zupełnie wyschłe. I rzekł do mnie: "Synu człowieczy, czy kości
te powrócą znowu do życia?". Odpowiedziałem: "Panie Boże, Ty to wiesz".
Wtedy rzekł On do mnie: "Prorokuj nad tymi kośćmi i mów do nich: Wyschłe
kości, słuchajcie słowa Pana!. Tak mówi Pan Bóg: Oto Ja wam daję ducha
po to, abyście się stały żywe. Chcę was otoczyć ścięgnami i sprawić,
byście obrosły ciałem, i przybrać was w skórę, i dać wam ducha po to,
abyście ożyły i poznały, że Ja jestem Pan". I prorokowałem, jak mi było
polecone, a gdym prorokował, oto powstał szum i trzask, i kości jedna po
drugiej zbliżały się do siebie. I patrzyłem, a oto powróciły ścięgna i wyrosło ciało, a skóra pokryła je z wierzchu, ale jeszcze nie było w nich ducha. I powiedział On do mnie: "Prorokuj do ducha, prorokuj, o synu człowieczy, i mów do ducha: Tak powiada Pan Bóg: Z czterech wiatrów
przybądź, duchu, i powiej po tych pobitych, aby ożyli". Wtedy
prorokowałem tak, jak mi nakazał, i duch wstąpił w nich, a ożyli i stanęli na nogach - wojsko bardzo, bardzo wielkie. I rzekł do mnie:
"Synu człowieczy, kości te to cały dom Izraela. Oto mówią oni: Wyschły
kości nasze, minęła nadzieja nasza, już po nas. Dlatego prorokuj i mów
do nich: Tak mówi Pan Bóg: Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela, i poznacie, że Ja jestem
Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój. Udzielę
wam mego ducha po to, byście ożyli, i powiodę was do kraju waszego, i poznacie, że Ja, Pan, to powiedziałem i wykonam" - wyrocznia Pana Boga"
[Ez. 37, 1-14, Biblia Tysiąclecia].
W rzeczywistości słowa: "Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli"
zdają się odnosić do bezpośredniej, indywidualnej pracy nauczyciela,
który zachęca, wzywa i pomaga uczniowi oraz przygotowuje go do dalszej
edukacji. Dalej: "Chcę was otoczyć ścięgnami i sprawić, byście obrosły
ciałem, i przybrać was w skórę" - to słowa, które podsumowują kluczowe
elementy metody Séguina. "Prowadzić dziecko za rękę, począwszy od
kształtowania systemu mięśniowego, a skończywszy na nerwowym oraz
zmysłach" - w taki sposób Séguin pisał o uczeniu dzieci z deficytami
rozwojowymi chodzenia, utrzymywania równowagi podczas wykonywania
trudniejszych ruchów, takich jak na przykład chodzenie po schodach czy
skakanie. Uczył je także odczuwania bodźców zmysłowych, począwszy od
kształcenia odczuwania wrażeń mięśniowych, dotykowych i termicznych, a kończąc na nauce precyzyjnego odczuwania bodźców płynących z poszczególnych zmysłów. Tymczasem one są po prostu przystosowane do
wegetacji. "Prorokuj do ducha - mówi proroctwo - i duch wstąpił w nich,
a ożyli i stanęli na nogach". Séguin prowadził dziecko upośledzone
umysłowo od stanu wegetacji do życia, w którym istnieje relacja pomiędzy
kształceniem zmysłów a pojęciami, pojęciami a ideami, ideami a moralnością. Kiedy jednak tak godna podziwu praca zostaje ukończona i dzięki drobiazgowej analizie fizjologicznej i stopniowemu rozwojowi
metody dziecko z opóźnieniem umysłowym staje się człowiekiem, jest nadal
postrzegane jako jednostka gorszej kategorii, ktoś, kto nigdy nie będzie
w stanie przystosować się do środowiska społecznego: "Jesteśmy jak
połamane gałęzie: nasza nadzieja zginęła".
Zasada mówiąca, że nauczyciel musi przejść szczególne przygotowanie,
które dotykałoby jego sfery uczuciowej i nie polegało jedynie na
zdobywaniu wiedzy merytorycznej, jest jedną z największych zasług
pedagogiki Pestalozziego. Utrzymywał on także, że wychowanie jest przede
wszystkim "kontaktem dusz" i że nauczyciel musi odczuwać "szacunek i sympatię" dla dzieci, które wychowuje. Jest to tylko pierwszy, niezbędny
krok do przebudzenia duszy dziecka. Następnie aktywność dziecka musi
znaleźć środki (w tym przypadku naukowe), które poprowadzą je na drodze
rozwoju. Ta część stanowi wkład pedagogiki naukowej. Oto dlaczego dziś
na mocy naszego doświadczenia możemy stwierdzić, że nauczyciel jest
"łącznikiem" między dzieckiem - niespokojnym, uśpionym i tłumionym - a środowiskiem wychowawczym przygotowanym do jego działania. Bardzo często
dziecko nie jest w stanie nawiązać kontaktu z otoczeniem, jeżeli nie
zostanie najpierw uwolnione od ciężaru wcześniejszego stłumienia i jego
fatalnych konsekwencji. W takim przypadku proces leczenia, czy też - jak
my to określamy - normalizacji, musi poprzedzać zaoferowanie dziecku
środków do rozwoju. Wielu naszych nauczycieli odczuwało gorzkie
rozczarowanie spowodowane brakiem sukcesu; tymczasem przyczyną tej
sytuacji był fakt, iż rozpoczęli pracę tak, jakby ów proces już nastąpił
i zaniedbali potrzebę przeprowadzenia go do końca.
Również z tego powodu odłożono na bok męczącą metodę Séguina: cel
wydawał się skromny, a wydatkowane środki ogromne. Wszyscy powtarzali,
że wciąż jest za dużo do zrobienia dla dzieci normalnych.
Wraz ze zdobywanym doświadczeniem wzrastało moje zaufanie do metody
Séguina. Gdy więc wycofałam się z aktywnego działania na rzecz dzieci
niepełnosprawnych, wróciłam do studiowania dzieł Itarda i Séguina.
Czułam potrzebę przemyślenia tego tematu. Zrobiłam więc to, czego nigdy
dotychczas nie robiłam i co niewielu mogłoby powtórzyć: przepisałam po
włosku, od początku do końca, pisma tych autorów, starannie
kaligrafując, niemal jak benedyktyni kopiujący książki przed
wynalezieniem druku. Posługiwałam się pismem kaligraficznym po to, by
mieć czas na pełne zrozumienie znaczenia wszystkich słów i odczytanie
zamysłu autora. Kończyłam właśnie przepisywanie sześciuset stron
francuskiego dzieła Séguina, kiedy otrzymałam z Nowego Jorku tom
drugiego wydania, czyli książkę po angielsku opublikowaną w 1866 roku.
Został on znaleziony wśród książek odrzuconych z prywatnej biblioteki
pewnego nowojorskiego lekarza i przekazany osobie, która mi go odesłała.
Przetłumaczyłam go razem z pewną Angielką. Książka ta nie wniosła
wielkiego wkładu w rozwój dalszych doświadczeń pedagogicznych, lecz idea
doświadczeń opisana w pierwszym tomie stanowi o jej niewątpliwej
wartości. Człowiek, który przez trzydzieści lat badał dzieci upośledzone
umysłowo, przedstawił pogląd, że metoda fizjologiczna - czyli oparta na
indywidualnym poznaniu ucznia, a w procesach wychowawczych na analizie
zjawisk fizjologicznych i psychicznych - musi powstać także dla dzieci
zdrowych. Séguin postrzegał to jako warunek odnowienia całej ludzkości.
Jego głos brzmiał jak głos prekursora wołającego na pustyni. Zrozumiałam
wtedy ogrom wagi dzieła, które mogłoby zreformować szkołę i cały system
edukacji.
W tym czasie byłam studentką filozofii na uniwersytecie i uczęszczałam
na zajęcia z psychologii eksperymentalnej, które dopiero od niedawna
zaczęły być prowadzone na włoskich uniwersytetach, a dokładnie w Turynie, Rzymie i Neapolu. Jednocześnie prowadziłam badania z zakresu
antropologii pedagogicznej w szkołach podstawowych, studiując przy
okazji metody i przepisy stosowane w wychowaniu dzieci zdrowych. Z czasem zaczęłam sama wykładać antropologię pedagogiczną na Uniwersytecie
Rzymskim.
Takie było więc moje przygotowanie. Intelektualnie pozostawałam pod
wpływem problemów naukowych moich czasów, a jednocześnie zaczęłam
odnajdywać drogę do nowych celów, które pojawiały się w dziedzinie
medycyny psychologicznej. Zrozumiałam to, czego inni nie rozumieli, a mianowicie, że naukowe podejście do edukacji nie może opierać się na
badaniu i pomiarach osób, które mają być kształcone, lecz na ciągłym
leczeniu, czyli na takim postępowaniu, które byłoby w stanie je zmienić.
Stąd model edukacji zaproponowany przez Itarda był naukowy, ponieważ
pomiar słuchu był tylko środkiem, który prowadził do tego, że osoby
niedosłyszące odzyskiwały zdolność słyszenia. W przypadku "dzikiego
dziecka z Aveyron" metody naukowe, bardzo podobne do stosowanych przez
twórców psychologii eksperymentalnej, zdołały przywrócić do życia
społecznego jednostkę tak odległą od społeczeństwa, że wydawała się nie
tylko głuchoniema, lecz także upośledzona umysłowo. Udało mu się
przemienić "dzikusa" w osobę, która słyszała, a także rozumiała język
tak jak my, kiedy mówimy i piszemy.
W ten sam sposób Séguin, metodami analitycznymi bardzo podobnymi do
metod Fechnera, lecz o szerszym zasięgu, nie tylko przebadał setki
dzieci z upośledzeniem umysłowym w szpitalu psychiatrycznym w Paryżu,
ale również zdołał przekształcić je w istoty ludzkie zdolne do pracy we
wspólnocie i do edukacji umysłowej i artystycznej.
Ja sama, korzystając jedynie z tego, co nazywamy studium indywidualnego
przypadku, za pomocą narzędzi naukowych i testów psychologicznych
pomagałam dzieciom, które zostały wyrzucone z naszych szkół jako
niezdolne do nauki, przemieniając je w osoby społecznie pożyteczne i wychowane jako istoty inteligentne. Edukacja naukowa była więc tym, co
choć oparte na nauce, prowadziło do przemiany oraz udoskonalenia
jednostki.
Edukacja, uzależniona od obiektywnych badań opartych na naukowych
podstawach pedagogiki, byłaby zdolna przemieniać dzieci zdrowe. W jaki
sposób? Z pewnością przez pomoc w osiąganiu wyższego poziomu rozwoju i sprawienie, że staną się lepszymi ludźmi. Naukowe podejście do
wychowania ma zatem polegać nie tylko na "obserwacji", lecz także na
"przemienianiu" dzieci.
To były wnioski, do których doszłam: należy nie tylko obserwować, ale
także zmieniać. Obserwacja przyczyniła się do powstania nowej gałęzi
nauki psychologicznej, ale nie doprowadziła do przemiany ani szkół, ani
uczniów. Wniosła coś do szkół powszechnych, lecz pozostawiła je w niezmienionym stanie, ponieważ nie doprowadziła do reformy ani metod
nauczania, ani wychowawczych. Celem wprowadzania nowych metod powinna
być całkowita przemiana szkoły i jej systemu, taka, która dałaby
początek nowej formie wychowania.
W naukowym podejściu do edukacji dzieci upośledzonych umysłowo
najważniejsze było stwierdzenie, że osoby poniżej normy intelektualnej
nie reagowały na zwyczajowe metody nauczania i nie potrafiły wykonywać
poleceń. Wynikała stąd konieczność odwoływania się do innych narzędzi,
dopasowanych do potrzeb oraz możliwości danej osoby.
Takie podejście do edukacji było przedmiotem badań, eksperymentem
naukowym, próbą określenia możliwości ucznia i zaoferowania mu narzędzi
oraz bodźców, które mogłyby obudzić pozostałą w nim energię, aby jej
używał, wzmacniał i koordynował dzięki specjalnie dobranym ćwiczeniom.
Bez odpowiednich narzędzi nauczyciel jest wobec dziecka niesłyszącego
lub z opóźnieniem umysłowym tak samo bezsilny jak wobec noworodka.
Jedynie nauka eksperymentalna może wskazać drogę do nowej edukacji
praktycznej.
Moim pragnieniem było wypróbowanie metod opracowanych przez Séguina na
dzieciach z pierwszej klasy szkoły podstawowej, które w wieku sześciu
lat przychodziły do szkoły niezdyscyplinowane i niepiśmienne. Nigdy
jednak nie pomyślałam o zastosowaniu ich w przedszkolach. Przypadek
rzucił promień światła na mój pomysł. Nawyki i uprzedzenia zwykle
osłabiają nasze zdolności rozumowania.
Być może logiczne byłoby zastosowanie metod używanych w pracy z dziećmi
z upośledzeniem umysłowym wobec dzieci małych. Zwykło się uważać, że ich
umysły nie osiągnęły jeszcze dojrzałości intelektualnej, która
pozwoliłaby na ich wychowywanie. Uważam, że nie można porównywać dzieci
z deficytem intelektu z dziećmi zdrowymi, jeśli będziemy brali pod uwagę
dzieci w różnym wieku, to znaczy będziemy porównywać te, które nie mają
zdolności do normalnego rozwoju (upośledzone), z tymi, które nie zdążyły
się jeszcze rozwinąć (dzieci bardzo małe). Dzieci opóźnione
intelektualnie często postrzegane są jako znajdujące się na poziomie
rozwoju psychicznego właściwym dzieciom młodszym od nich o kilka lat.
Chociaż w porównaniu takim nie bierze się pod uwagę wrodzonych różnic,
porównanie nie jest nielogiczne.
Małe dzieci nie osiągnęły jeszcze ostatecznej koordynacji ruchów mięśni,
stąd ich niepewny krok, niezdolność do wykonywania zwykłych czynności
życia codziennego, takich jak wkładanie ubrań i butów, wiązanie
sznurowadeł, zapinanie guzików, zakładanie rękawiczek. Także narządy
zmysłów nie są jeszcze w pełni rozwinięte, co wpływa na przykład na
zdolności adaptacyjne oka. Język jest prosty, a niewyćwiczony aparat
mowy skutkuje dobrze znanymi wadami wymowy typowymi dla wieku
dziecięcego. Podobnie sprawa ma się z problemami z utrzymaniem
koncentracji, labilnością emocjonalną itp.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki