Odległe zwierciadło. Czyli rozlicznymi plagami nękane XIV stulecie - Barbara W. Tuchman

-
Proszę czekać

[1] Bryganci - złodzieje, bandyci, rozbójnicy (przyp. red.).

[2] Edward Gibbon (1737-1794) - jeden z najznakomitszych historyków angielskich, niezrównany erudyta. Dwadzieścia pięć lat pisał fundamentalne dzieło w dwunastu tomach pt. History of the Decline and Fall of the Roman Empire (1776-1789; wyd. pol. Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego, wyd. 2: 1975), które do dziś jest klasycznym opracowaniem tej epoki. [Większość przypisów pochodzi od tłumaczy; przypisy autorki są odpowiednio sygnowane].

[3] Coucy jak cud! (fr.).

[4] Przekład powyższy, jak i wszystkich tekstów poetyckich w książce: Bohdan Rudnicki.

[5] Romans o Róży (Le Roman de la Rose) - francuski poemat średniowieczny, liczący 22 000 wersów, w dwóch częściach. Pierwsza, napisana około 1237 roku przez Guillaume'a de Lorrisa, jest alegorią psychologii miłości, często subtelną i pełną wdzięku. Druga, napisana w latach 1275-1280 przez Jeana de Meunga, jest zupełnie inna w stylu. Pełna satyry i dydaktyzmu, wydaje się przeciwstawieniem części pierwszej. Uosabia ducha średniowiecznego mieszczaństwa, buntującego się przeciw dworskim ideałom Guillaume'a. Część ta jest znacznie dłuższa.

[6] Tytułowa bohaterka poematu angielskiego poety, Alfreda Tennysona (1809-1892).

[7] Sergent (fr.) - dosł. służący; tu: woźny.

[8] Akra (dziś Akka) - miasto portowe w Zatoce Hajfy w północno-zachodnim Izraelu, znane w czasie wypraw krzyżowych pod nazwą Saint Jean d'Acre.

[9] Grand seigneurs (fr.) - możnowładcy.

[10] Średniowieczny śpiewany poemat epicki, opiewający bohaterskie czyny postaci historycznych lub legendarnych.

[11] Noblesse de robe (fr.) - szlachta szaty [urzędowej].

[12] Rota Rzymska - trybunał papieski, instancja apelacyjna od sądów biskupich.

[13] Spośród 614 stwierdzeń prawego pochodzenia, które wydano w latach 1342-1343, aż 484 dotyczyło nieślubnych dzieci mających ojców z kleru (przyp. aut.).

[14] Chodzi o Opowieści kanterberyjskie - niedokończone dzieło Geoffreya Chaucera (około 1340-1400), pisane przeważnie wierszem. Składa się ono z całej serii różnych historyjek, opowiadanych sobie przez pielgrzymów w drodze do grobu świętego Tomasza w katedrze Canterbury.

Podziękowania

Pragnę wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy pomogli mi w napisaniu tej książki, a więc: Henri Crepinowi, zastępcy mera w Coucy-le-Château i przewodniczącemu Stowarzyszenia Odbudowy Zespołu Zamkowego w Coucy, za gościnność i przewodnictwo; memu wydawcy, Robertowi Gottliebowi, za entuzjazm i wiarę w tę książkę, jak również za jego cenne uwagi; mojej córce, Almie Tuchman, za przeprowadzenie licznych i dogłębnych prac badawczych; mojej przyjaciółce, Katrin Romney, za zainteresowanie moją pracą, a im obu za krytyczną ocenę tekstu. Jestem szczególnie zobowiązana profesorom: Elizabeth A.R. Brown i Johnowi Hennemanowi, będącym moim "pogotowiem ratunkowym" w rozwiązywaniu średniowiecznych zawiłości; profesorowi Howardowi Gareyowi za wyjaśnianie mi problematyki średniowiecznej Francji oraz Richardowi Famigliettiemu za dobrodziejstwo korzystania z jego dogłębnej znajomości źródeł z tego okresu. Za różne rady, informacje, tłumaczenia i odpowiedzi na zadawane przeze mnie pytania jestem wdzięczna profesorom: Johnowi Bentonowi, Gillesowi Constable'owi, Eugene'owi Coxowi, J.N. Hillgarthowi, Harry'emu A. Miskiminowi, Lynnowi White, Phyllis W.G. Gardan, Johnowi Plummerowi z Morgan Library, we Francji zaś profesorom: Robertowi Fossierowi z Sorbony, Raymondowi Cazellesowi z Chantilly, Philippe'owi Wolfowi z Tuluzy, Therese d'Alveney z Biblioth?que Nationale, Yves'owi Metmanowi z Archives Nationales (Bureaux des Sceaux), Georges'owi Dumasowi z Archives de l'Aisne i panu Depouilly z Muzeum w Soissons; również profesorowi Irwinowi Saundersonowi za wprowadzenie mnie do Instytutu Studiów Bałkańskich w Sofii oraz profesorom Topkowej-Zaimowej i Elizawiecie Todorowej z tego Instytutu za towarzyszenie mi podczas wyprawy do Nicopolis; a także Widener Library w Harvardzie i Sterling Library w Yale za wyjątkowe udogodnienia w korzystaniu ze zbiorów. Dziękuję za wszelką pomoc uczynnemu i bardzo kompetentnemu zespołowi pracowników z New York Public Library. Wobec wszystkich innych osób, tu niewymienionych, z którymi zetknęłam się przelotnie, a które podały mi pomocną dłoń w czasie mych siedmioletnich prac i wędrówek - moje uczucia wdzięczności są równie wielkie.

Barbara W. Tuchman

Rozdział 1 "Jam panem na Coucy": Dynastia

Ze szczytu wzgórza w Pikardii panował nad dostępem do Paryża od północy groźny i okazały, pięciowieżowy zamek Coucy. Lecz to, czy był strażnikiem, czy wyzwaniem dla władzy monarszej i stolicy, nie jest całkiem jasne. Wznoszący się w samym centrum zamku gigantyczny cylinder przewyższał dwukrotnie cztery narożne wieże. Był to tak zwany donżon, czyli cytadela centralna, największa w Europie i najpotężniejsza z tych, jakie kiedykolwiek wybudowano w wiekach średnich, a także i później. Donżon miał trzydzieści metrów średnicy i sześćdziesiąt metrów wysokości. W czasie oblężenia mógł pomieścić tysiąc ludzi. Swą wielkością przytłaczał cały zamek, który wydawał się przez to o wiele mniejszy, niż był w istocie. Osłaniał przylegające do jego podstawy i wokół niego skupione dachy domów, a także dzwonnicę kościoła oraz trzydzieści wieżyczek strzelniczych w masywnym murze obronnym, otaczającym cały zespół warowny wzgórza. Nadciągający z jakiegokolwiek kierunku przybysze dostrzegali ów kolos możnowładczej potęgi już z odległości wielu mil, a przybliżając się, musieli odczuwać grozę podobną do tej, jaka ogarniała wędrowca w krajach "niewiernych" na widok piramid.

Budowniczowie ogarnięci gigantomanią dostosowali do skali wielkości donżonu także i zarysy jego wnętrza, przewyższające potrzeby zwykłych śmiertelników: wykonali stopnie o wysokości około czterdziestu centymetrów, a siedziska w wykuszach pod oknami umieszczono na metr od podłogi, jakby miały służyć tytanom. Równie potężne były kamienne nadproża, mające po dwa metry sześcienne. Przez ponad czterysta lat dynastia wykazywała tę samą cechę: nieumiarkowanie. Członkowie rodu Coucy - ambitni, niebezpieczni, nierzadko okrutni - osiedlali się na wzniesieniu tej krainy, już przez samą naturę ukształtowanym do panowania. Szczyt wzgórza dawał wgląd w całą dolinę, co umożliwiało kontrolę drogi wzdłuż rzeki Ailette, a także jej ujścia do większej doliny, utworzonej przez nurt Ozy. Stąd właśnie rzucali wyzwania królom, grabili dobra kościelne, wyruszali na wyprawy krzyżowe, w których w końcu ginęli. Tam żyli bezkarni, aczkolwiek skazywani i ekskomunikowani za zbrodnie. Nieustannie powiększali swoje włości, łączyli się małżeństwami z członkami rodów królewskich i stale rośli w dumę, którą uzewnętrznili w swym bojowym zawołaniu: Coucy á la merveille![3] Dzierżąc jeden z czterech wielkich baronatów Francji, kpili z tytułów przynależnych wielkim domenom lennym, a za dewizę obrali wiersz, który brzmi jak aroganckie wyzwanie:

Roi ne suis,

Ne prince ne duc ne comte aussi;

Je suis le sire de Coucy.

Nie królem ja, ni księciem,

Nie hrabiowską mością,

Jam panem na Coucy,

Panem na mych włościach[4].

Budowę zamku rozpoczęto w roku 1223, a więc w czasie tej samej architektonicznej eksplozji, która wzniosła ogromne katedry. Inspiratorką powstawania tych budowli była północna Francja. W tym samym czasie co zamek budowano w promieniu osiemdziesięciu kilometrów od Coucy cztery największe kościoły: w Laon, Reims, Amiens i Beauvais. Gdy jednak katedry budowano od pięćdziesięciu do stu pięćdziesięciu lat, to przeogromne prace przy Coucy, wraz z donżonem, wieżami i siecią potężnych tuneli, zostały ukończone w zdumiewająco krótkim czasie zaledwie siedmiu lat. Stało się tak wskutek przemożnej woli Enguerranda de Coucy III.

Sam zamek zajmował powierzchnię prawie jednego hektara. Cztery narożne wieże miały po trzydzieści metrów wysokości, a ich średnice mierzyły ponad dwadzieścia metrów; trzy strony zewnętrzne wzniesiono równo z krawędziami wzgórza, którego urwiska tworzyły naturalny ciąg murów obronnych. Jedynym wejściem do warownego obszaru była umocniona po stronie wewnętrznej brama, przylegająca do donżonu i osłaniana przez wieże strażnicze, fosę i opuszczaną kratę. Brama otwierała przejście na place d'armes, zamkniętą murem przestrzeń o powierzchni około dwóch i pół hektara. Tam znajdowały się stajnie i inne pomieszczenia gospodarcze, dziedziniec turniejowy i pastwisko dla koni rycerzy. Poza tym terenem, w miejscu, gdzie wzgórze rozszerzało się na kształt rybiego ogona, leżało miasto. Miało ono zapewne około stu domów i czworoboczny, górujący nad nimi kościół. W zewnętrznych murach, otaczających szczyt wzgórza, trzy warowne bramy broniły dostępu ze świata. Po stronie południowej, zwróconej ku Soissons, wzgórze opadało stromym, łatwym do obrony stokiem; po północnej - ku Laon, gdzie przechodziło w równinę, potężna fosa stanowiła jeszcze dodatkową barierę.

Spiralne schody we wnętrzu murów o grubości od sześciu do dziesięciu metrów łączyły trzy piętra donżonu. Wnętrze rozświetlał otwór dachowy, zwany "okiem". Także w sklepieniach sufitowych każdego piętra znajdowały się analogiczne otwory, wpuszczające nieco światła i powietrza do mrocznego wnętrza. Dzięki nim można było bez wchodzenia po schodach podciągać broń i zaopatrzenie na poszczególne kondygnacje. Umożliwiały one również wydawanie głosem rozkazów jednocześnie całej załodze garnizonu. Tysiąc dwieście do tysiąca pięciuset zgromadzonych zbrojnych mogło usłyszeć to, co przekazywano ze środkowego piętra wieży. Donżon miał kuchnie, które zdaniem pewnego współczesnego kronikarza, nieukrywającego swego podziwu, były "godne samego Nerona". Na dachu umieszczono zbiornik na deszczówkę. Zamek miał także studnię, piece piekarnicze, piwnice, pomieszczenia magazynowe, wielkie kominki, oddzielne dla każdego piętra, oraz latryny. Sklepione podziemne chodniki prowadziły do wszystkich części zamku, do otwartego dziedzińca i sekretnych wyjść poza wały obronne, którymi można było dostarczać aprowizację dla oblężonego garnizonu. Wartujący na szczycie donżonu obserwator widział całą okolicę, sięgając wzrokiem aż do lasów Compi?gne, znajdujących się w odległości pięćdziesięciu kilometrów. Zabezpieczało to Coucy przed zaskoczeniem. Zarówno pod względem rozplanowania, jak i realizacji planów architektonicznych twierdza była niemal najdoskonalszą konstrukcją militarną średniowiecznej Europy, a swoją wielkością budziła respekt i grozę.

Zamek zaplanowano w ten sposób, by spełniał jeden zasadniczy wymóg - obronność. Komfort życia w nim był sprawą drugorzędną. Jako twierdza symbolizował podstawową wartość średniowiecznego życia - dominował nad nim tak samo jak krzyż. W Romansie o Róży[5], który można uznać za kompendium wszystkiego, tylko nie romans, zamek, a nie zamknięta w obrębie jego murów Róża, jest głównym przedmiotem opowieści. To zamek trzeba oblegać, do niego się wedrzeć, aby osiągnąć cel: zaspokojenie pożądania. W odniesieniu do realiów życia danie prymatu walorom obronnym zamku świadczyło o tym, że przemoc była wszechobecna. Lęk przed przemocą i poczucie stałego zagrożenia rzeźbiły historię wieków średnich. Antyczny poprzednik zamku, rzymska villa, nie była obiektem ufortyfikowanym. Jej bezpieczeństwo opierało się na rzymskim prawie i rzymskich legionach, a nie na fortyfikacjach. Po upadku imperium średniowieczne społeczeństwo było jedynie zbiorowiskiem różnych, niespójnych, przeciwstawnych sobie elementów, niepodporządkowanych żadnym centralnym, odwiecznie uznanym autorytetom. Z nich jeden tylko - Kościół (co stanowiło o jego sukcesie) - podawał wzorzec organizacji życia zbiorowego, a ten był akceptowany dlatego, że żadne społeczeństwo nie może żyć w anarchii.

Wśród istniejącego zamętu centralna władza świecka powoli zaczęła przekształcać się w monarchię, lecz gdy tylko nowa władza stawała się prawdziwą siłą, natychmiast popadała w konflikty: z jednej strony z Kościołem, z drugiej z baronami. Równocześnie kształtująca się warstwa mieszczańska oferowała swe wsparcie bądź baronom, bądź też biskupom czy królom, oczywiście w zamian za przywileje tworzenia gmin miejskich (communes). Nadawane przywileje w prowadzeniu handlu przyczyniły się do dalszego rozwoju miejskiego stanu trzeciego. Coraz bardziej chwiejna stawała się równowaga polityczna pomiędzy współzawodniczącymi warstwami społecznymi. Ponieważ król nie miał pod swym dowództwem stałych sił zbrojnych, musiał opierać się na feudalnych wasalach, zobowiązanych do pospolitego ruszenia, który to obowiązek zamieniono później na obowiązek dostarczania sił najemnych. Sprawowanie władzy opierało się wyłącznie na zależnościach osobistych, wywodzących się z nadania ziemi jako lenna, w zamian za złożenie hołdu i przysięgi wierności. Więzią łączącą społeczeństwo był stosunek wasala wobec pana, nie zaś obywatela wobec państwa. To było spoiwem politycznej struktury, państwo bowiem dopiero walczyło o swe narodziny.

Dzięki swemu usytuowaniu w centrum Pikardii włości Coucy były, jak uznał to dom panujący, "jednym z kluczy do królestwa". Sięgając na północy niemal do Flandrii i do wybrzeży kanału La Manche, a na zachodzie do granic z Normandią - Pikardia była głównym szlakiem przez północną Francję. Rzeki płynęły tam zarówno na południe do Sekwany, jak i na zachód - do kanału La Manche. Jej żyzne ziemie były głównym rejonem rolniczym Francji: pastwiska i łany zbóż, połacie lasów i miłe dla oka, rozrzucone wśród nich wioski. Karczowanie lasów, pierwszy zwiastun cywilizacji, rozpoczęło się z nadejściem Rzymian. Na początku XIV wieku Pikardia liczyła około dwustu pięćdziesięciu tysięcy domostw i ponad milion mieszkańców. Oprócz południowego rejonu - Tuluzy, była to jedyna prowincja Francji gęściej zaludniona w okresie średniowiecza niż obecnie. Charakter mieszkańców cechowały wigor i poczucie niezależności. Tam najwcześniej samodzielne gminy otrzymały prawa miejskie.

W tonącym w mrokach okresie, między legendą a historią, włości Coucy były pierwotnie lennem kościelnym. Zostały prawdopodobnie nadane świętemu Remigiuszowi, pierwszemu biskupowi Reims, przez Chlodwiga, pierwszego chrześcijańskiego króla Franków, około roku 500. Po przyjęciu chrztu z rąk świętego Remigiusza król Chlodwig oddał terytorium Coucy nowemu biskupstwu w Reims, opierając byt Kościoła na dobrach cesarskich, tak jak i cesarz Konstantyn tradycyjnym obyczajem wyposażył Kościół w Rzymie. Dzięki darowi Konstantyna chrześcijaństwo stało się religią uznaną oficjalnie, lecz jednocześnie, jak to zauważył William Langland, nieuchronnie narażoną na fatalne skutki niedającej się pogodzić sprzeczności:

Gdy łaska Konstantyna

Nadała Świętemu Kościołowi uposażenia

W ziemi i dzierżawach, senioratach i sługach,

Rzymianie posłyszeli z niebios

Wolanie zapłakanego anioła:

"W tym oto dniu dos ecclesiae wypił jad,

Toteż wszyscy dzierżyciele Piotrowej władzy

Po wsze czasy będą zakażeni tą trucizną".

Konflikt między sięganiem do boskości a pokusą posiadania dóbr doczesnych stanie się centralnym problemem średniowiecza. Pretendowanie do duchowego przywództwa nigdy nie mogło być w pełni wiarygodne dla wszystkich przystępujących do komunii wiernych, skoro udzielał jej Kościół bazujący na ziemskim dobrobycie. Im więcej Kościół gromadził bogactw, tym bardziej widoczny i niepokojący stawał się ten rozdźwięk. Rozdźwięku tego nigdy nie można było usunąć, toteż w każdym stuleciu powracały i zwątpienia, i dysydencje.

W najwcześniejszych łacińskich dokumentach włości Coucy nazywane były Codiciacum lub Codiacum, co zapewne wywodziło się od słowa codex, oznaczającego kłodę drzewa ociosaną z gałęzi, taką jakich Galowie używali do budowania swych palisad. W ciągu czterech Ciemnych Wieków miejsce to także pozostawało w mroku. W latach 910-920 arcybiskup Reims - Hervé, zbudował pierwszy prymitywny zamek i kaplicę na wzgórzu, obwałowanym dla obrony przed wikingami najeżdżającymi dolinę Ozy. Osadnicy z położonej niżej wioski, szukając schronienia w granicach biskupich obwałowań, założyli górne miasto, znane odtąd pod nazwą Coucy-le-Château, w odróżnieniu od położonego niżej Coucy-la-Ville. W tych niespokojnych czasach terytorium to było nieustanną kością niezgody pomiędzy baronami, arcybiskupami i królami. Wszystkich ich cechowała taka sama wojowniczość. Konieczność obrony przed najeźdźcami - Maurami z południa, wikingami z północy - zrodziła bitny stan rycerski. Walczyli oni jednak równie chętnie i zajadle z najeźdźcami, jak i między sobą. W roku 975 Oderyk, arcybiskup w Reims, scedował lenno na kogoś zwanego Comte d'Eudes, kto w ten sposób stał się pierwszym panem na Coucy. Nic nam nie wiadomo o tej postaci. Znamy tylko nazwę jego rodu. Wiadomo też, że gdy już osiedlił się na szczycie wzgórza, przekazał swym potomkom wyróżniający się rys charakteru: niezwykłą siłę i gwałtowność.

Pierwszym odnotowanym w kronikach doniosłym aktem tego rodu, o charakterze raczej religijnym niż militarnym, było ufundowanie przez Aubry'ego de Coucy w roku 1059 klasztoru dla benedyktynów z Nogent, zbudowanego u stóp wzgórza. Tego rodzaju gest, wykraczający poza skalę uświęconych zwyczajem donacji dla sług Bożych, miał na celu zarówno podkreślenie pozycji ofiarodawcy, jak i pozyskanie dla siebie zasług zapewniających zbawienie. Czy w istocie początkowe nadanie skąpą było udzielone ręką, na co uskarżał się w następnym już wieku zawzięty w swej wrogości opat Guibert - trudno dziś ocenić. Tak czy owak, klasztor jednak rozkwitał i, wspomagany donacjami następnych dziedziców Coucy, przetrwał ich wszystkich.

Następca Aubry'ego, Enguerrand I, znany był z licznych skandali, opętany pożądaniem kobiet, co poświadczał wspomniany opat Guibert (sam będąc ofiarą tłumionych żądz, do czego zresztą przyznał się w spisanych przez siebie Confessions). Enguerrand, opanowany namiętnością do Sybilli, małżonki pana na Lotaryngii, uzyskał, przy poparciu swego uległego kuzyna, biskupa z Laon, unieważnienie małżeństwa ze swą pierwszą żoną Adelą de Marle. Formalnym zarzutem miało być jej cudzołóstwo. Następnie, z błogosławieństwem Kościoła, ożenił się z Sybillą, w czasie gdy mąż jej przebywał na wojnie, a ona sama spodziewała się dziecka w rezultacie jeszcze innego romansu. Powszechnie mówiono o niej jako o kobiecie rozpustnej.

Owocem tych rozwiązłych stosunków familijnych był ów "wściekły wilk" (według słów innego słynnego opata, Sugera z St. Denis), najbardziej osławiony i dziki spośród wszystkich Coucych - Tomasz de Marle, syn odtrąconej Adeli. Gorzko nienawidząc rodzica, który swe ojcostwo podał w wątpliwość, Tomasz, gdy tylko dorósł, wdał się w ciągłe wojny, najpierw rozpoczęte przeciw Enguerrandowi I przez odsuniętego męża Sybilli. Takie prywatne wojny toczyli rycerze z szaleńczą lubością i prosto zmierzającymi do celu metodami. Chodziło o zrujnowanie nieprzyjaciela przez zabicie lub okaleczenie możliwie największej liczby jego poddanych, jak również o zniszczenie zbiorów, winnic i narzędzi pracy, zabudowań gospodarskich i całego mienia, aby pomniejszyć w ten sposób wszelkie źródła dochodu przeciwnika. Głównymi ofiarami wojujących stron byli chłopi. Opat Guibert twierdził, że podczas "wściekłej wojny" Enguerranda przeciw Lotaryńczykowi pojmanym ludziom wyłupywano oczy i obcinano stopy, a ofiary tych operacji można było spotkać w okolicy jeszcze za jego czasów. Prywatne wojny były tak wielkim przekleństwem Europy, iż później głoszono tezę, że wojny krzyżowe podświadomie wymyślono jedynie po to, by dać ujście nieposkromionej agresywności.

Gdy w roku 1095 ogłoszono wielkie pospolite ruszenie, by podjąć Krzyż i uratować Grób Pański przez udział w pierwszej wyprawie krzyżowej, zarówno Enguerrand, jak i jego syn Tomasz zostali uczestnikami tej kampanii. Ale w sercach żywili nadal żądzę rodowej wendety. Z nią ruszyli do Jerozolimy i z nią powrócili, a ich wzajemna nienawiść nadal nie wygasła. Z czynu dokonanego w czasie wyprawy zrodził się herb Coucych, choć to, czy bohaterem był Enguerrand, czy Tomasz, nadal jest kwestią sporną. Jednego z nich wraz z pięcioma towarzyszami zaskoczyli muzułmanie. Ponieważ Francuzi nie mieli na sobie zbroi, bohater opowieści zdjął swój szkarłatny płaszcz, ozdobiony futrem z popielic, i rozdarł go na sześć części, z których zrobił szarfy rozpoznawcze. Zaopatrzeni w takie tylko oznaki rzucili się na muzułmanów i rozgromili ich. Dla upamiętnienia tego czynu ród przybrał tarczę herbową z godłem, które stanowiło sześć poziomych, zakończonych ostro czerwonych pasków na białym tle, lub też zgodnie z heraldycznym nazewnictwem: "pasków sześć przemiennie srebrnych i szkarłatnych".

Jako dziedzic po swej matce na włościach Marle i La F?re Tomasz dołączył je do dóbr Coucy, które objął w zarząd w 1116 roku. Jak zawsze nieopanowany, wiódł dalej życie pełne aktów nienawiści i czynów rozbójniczych, skierowanych w zmiennych układach bądź przeciw Kościołowi, bądź miastom, bądź królowi, "w czym - według opata Sugera - sam diabeł mu pomagał". Zajmował dobra klasztorne, torturował więźniów (zgodnie z relacją wieszając mężczyzn za jądra, aż te odrywały się pod ciężarem ciała), osobiście poderżnął gardło trzydziestu buntującym się mieszczanom, przeobraził swe zamki w "gniazda rozbójnicze i pieczary złodziejskie", za co został przez Kościół ekskomunikowany. Został też in absentia pozbawiony przez niego prawa do rycerskiego pasa. Dodatkowo zlecono, by każdej niedzieli w każdej parafii Pikardii odczytywano z ambony rzuconą na niego klątwę. Król Ludwik VI zebrał siły na zbrojną wyprawę przeciw Tomaszowi i zdołał pozbawić go przywłaszczonych ziem i zamków. W końcu jednak Tomasz okazał się nieodporny na grozę utraty zbawienia i strach przed piekłem - te straszliwe perspektywy zapewniły Kościołowi jakże wiele bogatych legatów w ciągu wieków. Pozostawił więc hojny zapis na rzecz opactwa w Nogent i zdążył ufundować niedaleko jeszcze inny klasztor, w Prémontré, zanim zmarł we własnym łożu w 1130 roku. Był trzykrotnie żonaty. Opat Guibert uznał go za "najbardziej niegodziwego człowieka swego pokolenia".

To, co stanowiło osobowość Tomasza de Marle, wcale nie musiało wynikać z jego dziedzicznego obciążenia skłonnością do agresji ani też z nienawiści do ojca, bo coś takiego mogłoby zdarzyć się w każdym stuleciu. Ukształtował go panujący wówczas obyczaj stosowania przemocy, możliwy dzięki temu, że nie było jakiegokolwiek organu zdolnego ograniczyć samowolę.

Gdy władza polityczna w ciągu XII i XIII wieku dopiero rozpoczynała proces centralizacji, europejskie talenty i energia znalazły dla siebie ujście w warunkach, jakie stworzyła gwałtowna eksplozja rozwoju cywilizacyjnego. Kwitnący handel przyczynił się do szybkiego postępu sztuk, techniki, budownictwa, nauki, odkryć na lądzie i morzu. Postęp widoczny był także na uniwersytetach, w miastach, w systemie bankowości i polityki kredytowej oraz w każdej innej sferze, która mogła wzbogacać życie i poszerzać horyzonty. Owych dwieście lat było szczytem rozwoju średniowiecza, okresem, kiedy zaczęto używać kompasu i zegara mechanicznego, kołowrotka i ruchomego krosna, wiatraków i młynów wodnych; wtedy to Marco Polo zawędrował do Chin, a Tomasz z Akwinu zajął się opracowaniem kompendium ówczesnej wiedzy; wtedy też założono uniwersytety w Paryżu, Bolonii, Padwie i Neapolu, Oksfordzie i Cambridge, Salamance i Valladolid, Montpellier i Tuluzie. Wówczas to Giotto odmalował ludzkie uczucia, Roger Bacon zagłębił się w nauce doświadczalnej, a Dante stworzył wielki obraz ludzkiego losu i opisał to w ojczystym języku. Był to okres, gdy przejawem religijności była zarówno łagodność, wyrażana w modlitwie świętego Franciszka, jak i w okrucieństwach Inkwizycji; gdy podjęta w imieniu prawdziwej wiary krucjata przeciw albigensom pogrążyła południową Francję we krwi, a pnące się ku niebu katedry wznosiły łuk na łuku dzięki zespoleniu geniuszu twórczego, techniki i wiary.

Nie budowano ich pracą niewolniczą. Mimo że istniały ograniczenia wolności wskutek poddaństwa, jako że prawa i obowiązki pańszczyźniane uświęcone były obyczajem i tradycją, to jednak, w przeciwieństwie do stosunków społecznych świata starożytnego, była to praca całej średniowiecznej społeczności.

Po śmierci Tomasza w dobrach Coucy nastąpił sześćdziesięcioletni, bardziej chwalebny okres pod rządami jego syna i wnuka, Enguerranda II i Raoula I, którzy z korzyścią dla rodowej domeny współdziałali z koroną. Obaj odpowiedzieli na wezwanie do uczestnictwa we wznawianych wyprawach krzyżowych XII wieku i obaj stracili życie w Ziemi Świętej. Być może koszty, jakie pociągnęły te ekspedycje, zmusiły w roku 1197 wdowę po Raoulu do nadania Coucy-le-Château prawa wolnej gminy za cenę 140 liwrów.

Tego typu demokratyzacja, jeśli tu w ogóle można o niej mówić, nie była jednak krokiem w marszu ku wolności - jak pragnęli ujmować postęp społeczny historycy XIX wieku, lecz był to jedynie niezamierzony, uboczny skutek zapalczywej pogoni rycerzy za wojną. Krzyżowiec, od którego wymagano, by sam wyposażył siebie i swoją czeladź w broń, zbroje oraz silne konie - a wszystko to bardzo kosztowne - jeśli nawet wojnę przeżył, to powracał do domu częstokroć biedniejszy, niż był wcześniej; często też zastawał swój majątek w opłakanym stanie. A żadna z wypraw krzyżowych, oprócz pierwszej, nie była ani zwycięska, ani lukratywna. Jedynym ratunkiem (gdyż nie do wyobrażenia było sprzedawanie ziemi) - była sprzedaż przywilejów gminnych lub też zamiana służebności i zobowiązań pańszczyźnianych na czynsz w pieniądzu. W szybko rozwijającej się gospodarce XII i XIII wieku zyski z handlu i nadwyżek rolnych przynosiły mieszczanom i rolnikom wystarczającą ilość pieniędzy na opłacenie wyzwolin i przywilejów.

W Enguerrandzie III, zwanym Wielkim, budowniczym zrekonstruowanego zamku i donżonu, objawił się raz jeszcze brak umiaru, cechujący ród Coucych. Jako pan feudalny w latach 1191-1242 zbudował albo zrekonstruował, poza samym Coucy, zamki i wały obronne w sześciu ze swych dóbr lennych, a wśród nich w St. Gobain, prawie tak samo wielkim jak Coucy. Brał udział w rzezi podczas krucjaty przeciw albigensom, walczył w każdej nadarzającej się wojnie, a więc również, jak jego pradziad Tomasz, w wojnie przeciw diecezji w Reims, wynikłej ze sporu o przywileje feudalne. Oskarżono go o złupienie ziem diecezjalnych, o ścięcie na nich drzew, zajęcie wiosek, sforsowanie bram katedry, zakucie dziekana katedry w kajdany i doprowadzenie kanoników do skrajnej nędzy.

Gdy arcybiskup Reims w roku 1216 poskarżył się papieżowi na Enguerranda III, ten obłożył go ekskomuniką, a ponadto wydał zakaz wykonywania wszelkich posług religijnych z chwilą pojawienia się wyklętego w diecezji. Osoba, na której spoczywała klątwa, była bowiem pozbawiona prawa przyjmowania sakramentów i tym samym skazana na wieczne potępienie, chyba że odbyła pokutę i uzyskała rozgrzeszenie. W większości wypadków tylko biskup, a w niektórych jedynie papież mógł zdjąć klątwę. W czasie, kiedy obowiązywała klątwa, miejscowi księża mieli ją ogłaszać przed całą parafią dwa lub trzy razy w roku, w imieniu Ojca, Syna, Ducha Świętego, Marii Dziewicy oraz wszystkich apostołów i świętych; uderzano w dzwony pogrzebowe, wygaszano świece, krzyż zaś i mszały kładziono na posadzce. Zakładano, że grzesznik winien być całkowicie odsunięty od wszelkich kontaktów towarzyskich i zawodowych. W praktyce przestrzeganie tych reguł powodowało tyle komplikacji, że sąsiedzi ekskomunikowanego ograniczali się jedynie do obrzucania jego domu kamieniami lub dokuczali mu, starając się nakłonić go do skruchy - albo też klątwę w ogóle ignorowali. W przypadku Enguerranda III nakaz zaniechania wszystkich religijnych posług był wyrokiem straszliwym dla całej miejscowej społeczności. To zmusiło go do pojednania się z Kościołem i wniesienia prośby o odpuszczenie grzechów, co po odbyciu przez niego pokuty nastąpiło w roku 1219. Ale i to nie skłoniło go do rezygnacji ze świeckich ambicji, gdyż kontynuował budowę wielkiego zamku, który miał budzić lęk nawet w Paryżu.

Pośpiech, z jakim prowadzono prace budowlane, był spowodowany tym, że Enguerrand III spodziewał się starcia ze swym suwerenem. W okresie małoletniości Ludwika IX, przyszłego Ludwika Świętego, przewodził lidze baronów przeciwstawiających się Koronie; a nawet, jak niektórzy twierdzili, sam miał ambicję objęcia tronu. Królewską krew odziedziczył bowiem po swojej matce, Alicji de Dreux, wywodzącej się w prostej linii od Filipa I. Donżon jego zamku, zaplanowany w taki sposób, by przewyższał swą wysokością królewską wieżę Luwru, miał wyrażać zarówno wyzwanie, jak i ukryte intencje. Sprawująca funkcję regentki matka małoletniego króla oparła się co prawda zagrożeniu, lecz pan na Coucy pozostawał nadal siłą, z którą należało się liczyć. Pomnażał swe dobra i umacniał międzynarodową pozycję poprzez małżeństwa. Jego pierwsza i trzecia żona pochodziły ze szlacheckich rodzin z sąsiedztwa i wniosły mu w posagu dodatkowe dobra ziemskie w Pikardii; natomiast druga, Mahaut z Saksonii, była córką Henryka Lwa, księcia Saksonii, wnuczką Henryka II z Anglii i Eleonory z Akwitanii, siostrzenicą Ryszarda Lwie Serce i siostrą Ottona z Saksonii, późniejszego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Córka, którą miał z jedną ze swych żon, wyszła za mąż za Aleksandra II, króla Szkocji.

W budowie zamku Coucy brało udział (jak oszacowano po policzeniu znaków murarskich) około 800 kamieniarzy. Użyto niezliczonej liczby wozów ciągniętych przez woły do przetransportowania ociosanych głazów z kamieniołomów aż na zamkowe wzgórze oraz wynajęto około 800 innych rzemieślników, a więc cieśli, dekarzy, kowali i ołowników, malarzy i snycerzy. Zwieńczenie nad bramą wejściową do donżonu ozdobiono płaskorzeźbą, która przedstawiała postać rycerza bez zbroi walczącego z lwem, co miało symbolizować rycerską odwagę. Ściany zamku i bramy warownej udekorowano malowanym fryzem z girlandami fantastycznych liści w skali odpowiadającej wielkości budowli. Każdą komnatę zamkową wyposażono w obramowany kominek wmurowany w ścianę. W porównaniu z dawniej stosowanym otworem dachowym kominki te oznaczały postęp techniczny, który dokonał się w XI wieku. Ogrzewały poszczególne pomieszczenia, co umożliwiło przebywanie panom i damom także poza wspólną komnatą, w której niegdyś wszyscy razem jadali i skupiali się w cieple. Oddzieliły też panów od służby. Żaden inny wynalazek nie przysłużył się lepiej wygodzie życia i wykwintowi obyczajów. Dokonało się to jednak kosztem pogłębiających się podziałów socjalnych.

Wbudowana w narożnik pierwszego piętra mała komnata z osobnym kominkiem była zapewne buduarem pani na Coucy. Stąd przez okno mogła ona oglądać rozległą panoramę doliny, gdzie spośród kęp drzew wyzierały tu i ówdzie dzwonnice wiejskich kościółków. Stąd też, podobnie jak Lady of Shalott[6], mogła obserwować ludzi przemieszczających się w dół i w górę drogą wijącą się z doliny na wzgórze. Z wyjątkiem tego malutkiego pokoiku, komnaty mieszkalne pana senioratu i jego rodziny były rozlokowane w części zamku mniej dostępnej od zewnątrz.

W roku 1206 obywatele Amiens, dumnej i kwitnącej stolicy Pikardii, już od setki z górą lat samodzielnej gminy, nabyli relikwię w postaci części głowy Świętego Jana Chrzciciela. Postanowili zbudować, jako jedyne godne pomieszczenie dla tak cennej relikwii, największy we Francji kościół, "wyższy niż wszyscy święci, wyższy niż wszyscy królowie". Około roku 1220 zebrano odpowiednie środki na ten cel, i szlachetne w linii sklepienie katedry zaczęło się wytrwale piąć ku górze. W tej samej dekadzie Enguerrand III zbudował tuż obok swego donżonu wspaniałą kaplicę, większą niż Sainte-Chapelle, którą w kilka lat później miał zbudować Ludwik Święty w Paryżu. Wysklepiona, wyzłocona i bogata zarówno w rzeźby, jak i w barwy jarzyła się kolorowymi witrażami, tak pięknymi, że największy ich kolekcjoner z następnego wieku - Jean książę de Berry, usiłując je zakupić, oferował 12 000 złotych écus.

Enguerrand III był już teraz panem feudalnym na St. Gobain, Assis, Marle, La F?re, Folembray, Montmirail, Oisy, Cr?vecoeur, La Ferté-Aucoul i La Ferté-Gauche, wicehrabią Meaux, kasztelanem na lennie Cambrai. Dawno temu, w 1095 roku, Korona odzyskała od Kościoła prawa zwierzchnictwa nad lennem Coucy; obecnie należało ono bezpośrednio do króla, toteż feudalny pan tych włości winien był składać hołd tylko samemu królowi. W XII i XIII wieku pan na Coucy, podobnie jak i biskup w Laon, bił własne pieniądze. Jeśli oceniać królewskich wasali według liczby rycerzy, których winni byli doprowadzić na wezwanie króla, pan de Coucy w tamtych czasach stał na czele tych baronów królestwa, którzy zajmowali w hierarchii feudalnej miejsce zaraz po udzielnych książętach i hrabiach, a którzy - poza tym, że musieli składać hołd królowi - byli w istocie zupełnie samodzielnymi władcami. Zgodnie z zapisem z roku 1216 z włości Coucy należało dostarczyć 30 rycerzy, w porównaniu z 34, których miał doprowadzić książę d'Anjou, 36 - książę Bretanii i 47 - hrabia Flandrii.

W roku 1242 Enguerrand III, liczący sobie około sześćdziesięciu lat, zabił się, gdy spadając z konia, nadział się na ostrze własnego miecza, który przeszył go na wylot. Jego najstarszy syn i dziedzic, Raoul II, wkrótce potem poległ, walcząc w Egipcie podczas niefortunnej wyprawy krzyżowej Ludwika Świętego w latach 1248-1250. Następcą Raoula II został jego brat, Enguerrand IV, średniowieczny odpowiednik Kaliguli. Jedna ze zbrodni nowego pana na Coucy wywołała reakcję, która stała się katalizatorem istotnego postępu w powszechnym stosowaniu sprawiedliwości.

Pojmał on w lesie trzech młodych giermków z Laon, uzbrojonych w łuki i strzały, lecz bez towarzyszących zazwyczaj przy większych łowach psów myśliwskich. Enguerrand IV kazał ich natychmiast powiesić, i to bez jakiegokolwiek postępowania sądowego. Bezkarność tego rodzaju czynów nie była już wówczas sprawą normalną, gdyż rządy sprawował Ludwik IX, suweren równie pobożny, jak i świadomy swych obowiązków władcy. Król nakazał aresztowanie Enguerranda IV, i to nie przez osoby równe mu stanem, lecz przez sergents[7] sądu, a więc jak zwykłego przestępcę kryminalnego, a następnie osadził go w więzieniu w Luwrze, z tym tylko względem na jego stan - że bez kajdan.

Powołanemu przed sąd w 1256 roku Enguerrandowi towarzyszyli szlachetnie urodzeni najwięksi parowie królestwa: między innymi król Nawarry, książę Burgundii, hrabiowie Baru i Soissons oraz wielu innych; wyczuwali bowiem z posępnym niepokojem, że wyrok w tej sprawie będzie sprawdzianem trwałości dotąd im przynależnych przywilejów. Odmawiając poddania się rozpatrzeniu sprawy przez ten właśnie sąd, jako że postawienie go przed nim godziło w jego osobisty status, honor, rangę oraz szlachecki rodowód, Enguerrand zażądał osądzenia go przez równych sobie stanem i doprowadzenia do "Sądu Bożego" w formie pojedynku. Ludwik IX stanowczo odmówił i oświadczył, że mając na względzie biedaków, księży "oraz osoby zasługujące na naszą litość" - niesprawiedliwością byłoby zdanie się w tej sprawie tylko na "Sąd Boży" w drodze pojedynku. Wprawdzie zgodnie ze zwyczajem nieszlachcice mogli w takich sprawach korzystać z zastępstwa wynajętych szermierzy, lecz król Ludwik uznał takie praktyki za przestarzałe. Po długiej i burzliwej debacie, dotyczącej zasad postępowania w tej sprawie, oraz wbrew uporczywej opozycji stanu szlacheckiego król nakazał, by pan na Coucy stanął przed sądem. Enguerranda uznano za winnego i, choć król zamierzał skazać go na śmierć, możni panowie zdołali go przekonać, by zrezygnował z aż tak wysokiej kary. W rezultacie Enguerrand został skazany jedynie na zapłacenie 12 000 liwrów. Miały być one przeznaczone częściowo na opłacenie wotyw żałobnych, odprawianych po wieczne czasy za dusze tych, których powiesił, częściowo zaś miały być wysłane do Akry[8], by wspomagać obrońców Ziemi Świętej. Sporządzono prawne uzasadnienie tego wyroku, cytowane później jako jeden z argumentów przemawiających za kanonizowaniem króla.

Bogactwa Coucy pomogły w przywróceniu Enguerrandowi IV monarszych łask; pożyczył on bowiem w 1265 roku królowi Ludwikowi 15 000 liwrów na zakup rzekomo prawdziwego Krzyża. Poza tym po dawnemu wiódł swój grzeszny żywot aż do początku XIV stulecia i zmarł bezpotomnie w sędziwym wieku siedemdziesięciu pięciu lat w roku 1311, nie zapominając jednak o testamencie. Zapisał bowiem 20 sous (równowartość jednego liwra), które przekazywać miano raz do roku, aż po wieczne czasy, na rzecz trędowatych w Coucy-la-Ville, by "corocznie modlili się w kaplicy za nasze grzechy". W tamtym czasie 20 sous było warte tyle, ile wynosił dzienny żołd jednego rycerza albo czterech łuczników, albo wynajęcie wozu z parą koni na dwadzieścia dni, lub teoretycznie dwuletnia płaca najemnego chłopa; można więc przyjąć, że zapewnił on sobie rozsądną ilość modlitw, choć być może niezupełnie adekwatną do wartości swojej duszy.

Gdy ten nieodżałowany dziedzic, mimo że był dwukrotnie żonaty, zmarł bez pozostawienia potomstwa, ster rodu przeszedł w ręce potomków jego siostry Alicji, która wyszła za mąż za hrabiego de Guînes. Jej pierworodny syn odziedziczył dobra i tytuł Guînes, gdy tymczasem jej drugi syn, Enguerrand V, stał się panem na Coucy. Wychowany na dworze Aleksandra, króla Szkocji, który walczył z jego wujem, ożenił się z Katarzyną Lindsay z Baliol, siostrzenicą króla, i przejął seniorat nad domeną, ale tylko na dziesięć lat. Po nim następowały szybkie zmiany sukcesorów. Pierwszym był jego syn Guillaume, następnym - jego wnuk Enguerrand VI, który przejął domenę w spadku w 1335 roku i pięć lat później stał się ojcem Enguerranda VII, ostatniego z rodu Coucych i bohatera tej książki. Poprzez dalsze małżeństwa z możnymi i potężnymi rodami północnej Francji oraz Flandrii ród Coucych stale wił delikatną sieć sojuszów dla umocnienia sił i wpływów, ciągle dokupował dobra ziemskie, pomnażał dochody z danin oraz włączał do swej heraldyki całą galaktykę coraz to nowych emblematów herbowych. Mogli się więc szczycić aż dwunastoma herbami: Boisgency, Hainault, Dreux, Saxony, Montmirail, Roucy, Baliol, Ponthieu, Chatillon, St. Pol, Geldrii i Flandrii.

Członkowie rodu Coucy zachowywali dumną świadomość własnego znaczenia, nie ustępując nikomu, i kierowali swymi sprawami jak suwerenni książęta. Utrzymywali sądy na królewską modłę i organizowali własne dwory według tego samego monarszego wzorca. Mieli więc własnego konetabla, inaczej majordomusa, który pełnił funkcję naczelnego dowódcy w czasie nieobecności pana, wielkiego klucznika lub inaczej szafarza, pierwszego sokolnika i łowczego, pierwszego koniuszego, zarządcę lasów i wód, jak również wielkiego ochmistrza od kuchni, piekarni, piwnicy i owoców (do którego należał nadzór nad gospodarką przyprawami oraz pochodniami i świecami) i wreszcie zarządcę dostaw (którego zadaniem była również dostawa gobelinów i zapewnianie kwater w czasie podróży). Wielki pan tej rangi zatrudniał także zazwyczaj jednego lub więcej domowych lekarzy, golibrodów, kapelanów, malarzy, muzyków, rybałtów, sekretarzy i kopistów, astrologa, błazna oraz karła, a oprócz nich oczywiście paziów i czeladź. Pierwszy wasal pana, działający jako châtelain lub garde du château, zarządzał dobrami. W Coucy pięćdziesięciu rycerzy wraz z giermkami, czeladzią i sługami tworzyło stały garnizon liczący łącznie pięćset osób.

Manifestowanie splendoru było rzeczą ważną jako potwierdzenie statusu i wymagało ponadto wielkiej świty dworskiej, odzianej w barwy swego pana, wystawnych biesiad, turniejów, polowań, zabaw, a ponad wszystko nieskrępowanej niczym swobody w szczodrym rozdawaniu darów i innych przejawach rozrzutności; ponieważ zaś korzystał z tego cały dwór, cechy te były szeroko wysławiane jako najbardziej godny podziwu atrybut udzielnego pana.

Status szlachectwa wywodził się z urodzenia i z przynależności do rodu mogącego się wykazać szeregiem szlacheckich przodków, lecz oprócz tego musiał być potwierdzony "szlacheckim stylem życia", czyli z mieczem w ręku. Szlachcicem było się wtedy, gdy miało się szlacheckich rodziców, dziadków i tak dalej, aż do pierwszego z rodu, który używał zbroi i rumaka. W praktyce od tej reguły zdarzały się odstępstwa, a sam status opierał się na kryteriach płynnych i niekonkretnych. Jedynym pewnym kryterium była pełniona przez rycerza funkcja, a mianowicie władanie bronią. Była to funkcja wyznaczona drugiemu stanowi w hierarchii społecznej składającej się z trzech stanów, a ustalonej przez Boga. Każdemu z nich przypadały określone zadania wypełniane dla wspólnego dobra. Kler miał się modlić za wszystkich ludzi, rycerze walczyć za nich, a prości ludzie pracować, aby wszyscy mogli się wyżywić.

Jako stojący najbliżej Boga, stan duchowny zajmował pierwsze miejsce. Dzielił się na dwie hierarchie: zakonną i kleru świeckiego, co oznaczało, że ta druga miała pełnić swą misję wśród ludzi świeckich. Obu hierarchiom przewodzili dostojnicy kościelni: opaci, biskupi i arcybiskupi; ci ostatni byli społecznie równorzędni rangą ze świeckimi grands seigneurs[9]. Pomiędzy dostojnikami a biednymi i na wpół wykształconymi księżmi, żyjącymi z datków i jałmużny, niewiele było wspólnego. Stan trzeci był jeszcze mniej jednorodny, dzieląc się na pracodawców i wyrobników i obejmując całą skalę: od wielkich patrycjuszy miejskich, jak prawnicy i lekarze, poprzez wykwalifikowanych rękodzielników, aż do wyrobników dniówkowych i chłopów. Niemniej jednak szlachta uporczywie obstawała przy tym, by wszystkich nieszlachciców traktowano bez różnicy, jako "rasę pospolitą". "O dobrych mieszczanach, kupcach i wyrobnikach - pisał pewien szlachcic, nadworny skryba ostatniego księcia Burgundii - niepotrzebny jest długi wywód, gdyż pomijając wszystko inne, stan ten nie jest zdolny do przejawiania większych przymiotów, jako że ma charakter służebny". W teorii głównym zadaniem szlachcica nie była walka dla samej walki, lecz obrona dwóch pozostałych stanów oraz utrzymywanie ładu i sprawiedliwości. Zakładano, że miał on bronić ludzi przed ciemiężcami, zwalczać tyranię i kultywować cnoty, czyli te lepsze cechy ludzkiej osobowości, o których zbrukany błotem, nieświadomy niczego chłop nie mógł mieć - według ówczesnych opinii chrześcijan (sprzecznych skądinąd z tym, co głosił Twórca ich religii) - żadnego wyobrażenia.

Ze swej roli protektora szlachcic czerpał korzyści w postaci zwolnienia od podatków bezpośrednich, a więc: pogłównego i podymnego. Zobowiązany był tylko do płacenia doraźnie pobieranych danin i podatku od kupna. Te ostatnie jednak zabierały biedakom proporcjonalnie więcej niż bogatym. Panował powszechny pogląd, że płacenie podatków jest rzeczą niegodną szlachcica; już samo zbrojne ramię rycerza oddawało przysługę państwu, podobnie jak i modlitwy księży, których w zamian za nie również zwolniono od płacenia podymnego. Uzasadnienie prawne przywilejów szlachty sprowadzało się do tego, że "narażają oni swe ciała i dobra w czasie wojny", w praktyce jednak powinności te były tak zmienne i ulotne, jak chmury na wietrznym niebie. Także obciążenia podatkowe duchowieństwa, gdy zachodziła konieczność zbierania pieniędzy na obronę królestwa, były przedmiotem nieustannych i zaciętych dyskusji.

Opodatkowanie, podobnie jak lichwa, opierało się na zasadach, w których daremnie szukać by precyzji. Przepisy były przy tym tak zagmatwane przez ad hoc czynione uzupełnienia, wyłączenia oraz doraźne ulgi, że niemożliwością było liczyć na określoną z góry sumę wpływów do państwowej kasy. Podstawowe pryncypium głosiło, że w sytuacji normalnej król winien "żyć na własny koszt". Ponieważ jednak jego dochody mogły nie wystarczyć na obronę królestwa lub inne potrzeby związane z funkcją rządzenia, poddani powinni być opodatkowani, by mu umożliwić, jak to gładko sformułował Tomasz z Akwinu: "dostarczenie prostemu człowiekowi dobra z dóbr powszechnych". Obowiązek ten wywodził się z głębszej zasady, że "książęta są powołani przez Boga nie po to, by szukali własnych korzyści, lecz by dbali o zapewnienie powszechnego dobra dla ludu".

Człowiek urodzony w stanie szlacheckim lgnął do miecza jako do symbolu swego stanu, nie tylko z racji przywileju zwolnienia go od podatków, lecz dla wyrażenia własnej osobowości. "Żaden z nas nie miał ojca, który by umarł w domu - twierdził pewien rycerz w trzynastowiecznej chanson de geste[10] - wszyscy zginęli w bitwie od ostrza zimnej stali".

Rycerz dosiadał konia; to właśnie wierzchowiec wynosił go ponad innych ludzi. W każdym języku, z wyjątkiem angielskiego, słowo "rycerz" (po francusku chevalier) oznaczało jeźdźca. "Dzielny mężczyzna dosiadający dobrego rumaka - uznawano powszechnie - może w ciągu godziny dokonać w walce o wiele więcej niż dziesięciu, a może nawet i stu pieszych". Destrier, czyli rumak bojowy, był hodowany głównie po to, aby cechowały go "siła, ognistość, rączość i wierność", a dosiadano go tylko w czasie boju. W drodze rycerz jechał na zwykłym wierzchowcu, choć dobrej rasy, lecz o spokojniejszym temperamencie, a w tym czasie giermek prowadził destriera po prawej stronie rycerza. Stąd też wywodzi się nazwa: z łacińskiego słowa dexter. W trakcie pełnienia służby wojskowej koń i rycerz byli nierozłączni; bez wierzchowca rycerz stawał się zwykłym człowiekiem.

Bitwa była jego wywyższeniem. "Gdybym jedną stopą już wkroczył do raju, cofnąłbym ją, by ruszyć do boju!" - wykrzyknął bohater jednej z chanson de geste, Garlin li Loherains. Trubadur Bertrand de Born, także szlachcic, był jeszcze bardziej szczery:

Serce me cieszą i oko

Zamków rozbite złomy.

Wrogich wasalów zwłoki

Na wieki już powalonych.

Konie ranionych, zabitych

Bezładnie biegnące wokoło.

A gdy się włączam do bitwy,

By wrogom mym stawić czoło,

Jak wszyscy z rodu rycerzy,

Niech jednym tym się pochwalę,

Że w pierś niejedną uderzę,

Że wiele czerepów rozwalę.

Gdy zginę - to w chwały blasku.

Nie przeżyć mi hańby klęski.

Szczęśliwym gdy słyszę wrzaski:

"Hej, naprzód, na bój ten zwycięski!"

Gdy zarżą - bez jeźdźców konie,

Gdy zabrzmią klątwy i jęki,

Gdy padnie twarzą na błonie

Wróg kopią przebity z mej ręki...

Porzućcie włości - panowie,

Zamki i żywot spokojny,

I niech żaden z was nie powie,

Że się wyrzeka wojny!

Dante opisał Bertranda w piekle, jak niósł swoją odciętą głowę przed sobą jak latarnię.

Z prawa własności do ziemi i dochodów szlachta wywodziła prawo do sprawowania władzy nad wszystkimi nieszlachcicami na swym terytorium, z wyjątkiem duchowieństwa oraz tych kupców, którzy byli obywatelami miast wolnych. Władza grand seigneur upoważniała go też do wymierzania "wielkiej sprawiedliwości", co oznaczało prawo do wyrokowania o życiu i śmierci, gdy tymczasem pomniejsi rycerze byli uprawnieni tylko do wyrokowania o więzieniu, chłoście i innych karach w zakresie tzw. "małej sprawiedliwości". Podstawa i uzasadnienie tych przywilejów były rozwinięciem obowiązku udzielania opieki, co zawarto w treści przysięgi seniora wobec wasali. Ten obowiązek w równej mierze wiązał obie strony, z tym zastrzeżeniem, że obligował wasala "tylko na tyle, na ile pan dotrzymuje swej przysięgi". Średniowieczna polityczna struktura feudalizmu była w teorii umową o wymianie usług i lojalności w zamian za opiekę, sprawiedliwość i ład. Tak jak chłop winien był oddawać produkty ziemi i swą pracę, tak z kolei pan winien był pomóc swemu zwierzchnikowi lub suwerenowi, a więc udzielać mu rad w czasie pokoju i wspomagać służbą wojskową w czasie wojny. W każdym z tych przypadków wynagrodzeniem była ziemia, przysięga zaś na wierność, złożona i akceptowana, była oznaką powiązania obu stron, łącznie z królem, najwyższym w tej lennej piramidzie seniorem, czyli suwerenem.

Nie cała szlachta miała status grands seigneurs tak jak ród Coucy. Nieżonaty rycerz, posiadacz jednego tylko majątku ziemskiego i kościstego wierzchowca miał prawo do takiej samej czci, lecz nie dysponował dochodami pana wielkich włości. Cały stan szlachecki we Francji liczył około dwustu tysięcy osób skupionych w czterdziestu do pięćdziesięciu tysiącach rodzin, co łącznie stanowiło niewiele ponad jeden procent całej populacji. Szlachta zamieszkiwała zarówno duże księstwa o dochodach wyższych niż 10 000 liwrów, jak i osiadała na niewielkich zameczkach z jednym lub dwoma rycerzami-wasalami i z dochodem mniejszym niż 500 liwrów. Na samym dole tej drabiny znajdowali się zupełnie biedni rycerze, którzy nie władali już nikim, chyba że urodzonymi w poddaństwie. Ich jedynym lennem był dom i kilka poletek, nie większych od gospodarstw chłopskich. Dochód czerpali z jednej lub paru dzierżaw, przynoszących im 25 liwrów rocznie lub jeszcze mniej. Musiało to wystarczyć na utrzymanie całej rodziny i sług oraz wyposażenie rycerskie, będące niezbędnym atrybutem przynależności do stanu rycerskiego. Taki szlachcic zagrodowy, czy raczej włodyka, żył z konia i broni, jego utrzymanie zależało zaś od bogatszego feudała bądź od kogokolwiek, kto potrzebował jego usług.

Szlachcic zagrodowy był jednak szlachcicem już przez samo urodzenie, niezależnie od tego, czy otrzymał rycerski pas i ostrogi. Często zdarzało się, że prowadzono postępowanie sądowe dla ustalenia, jakie inne funkcje mógł wykonywać szlachetnie urodzony bez utraty statusu szlachcica. Na przykład: czy wolno mu sprzedawać wino z własnej winnicy? Problem ten był dość delikatnej natury, gdyż królowie czynili to stale. W jednej z takich spraw, wniesionej w 1393 roku, rozstrzygające tę kwestię orzeczenie królewskie głosiło dość niejasno, że "nie przystoi szlachcicowi, by był on oberżystą". Zgodnie z innym natomiast rozstrzygnięciem szlachcic mógł prowadzić handel, nic nie tracąc ze swego statusu. Znani byli synowie szlacheccy, "którzy żyją, i od dawna już żyli, z kupiectwa, sprzedając sukno, zboże, wino i inne towary, lub są handlarzami, kuśnierzami, szewcami, krawcami". Taka działalność jednak powinna pozbawić ich przywilejów szlacheckich.

Podstawa logiczna tego problemu została jasno sprecyzowana przez Honoré Boneta, czternastowiecznego duchownego, który podjął się w swoim dziele Drzewo bitew śmiałej próby wyłożenia obowiązującego kodeksu prowadzenia sztuki wojennej. Przyczyną zakazu prowadzenia działalności handlowej - pisał - było zabezpieczenie się przed tym, by rycerz "nie miał wymówki, że poniechał ćwiczeń z bronią, aby zadośćuczynić zwykłemu pragnieniu pozyskania dóbr doczesnych".

Kryterium szlachectwa - urodzenie w stanie szlacheckim - zaczęło odgrywać coraz większą rolę, w miarę jak przynależność do stanu stawała się sprawą coraz bardziej wątpliwą wskutek uszlachcania ludzi z gminu. Podobnie jak nadawanie przywilejów miastom, tak i nadawanie lenn obywatelom trzeciego stanu, którzy hojnie płacili za taki honor, okazało się dla Korony całkiem lukratywnym źródłem dochodów. Świeżo uszlachcani byli tymi, którzy gorliwie zaspokajali potrzeby materialne króla czy też, będąc prawnikami lub notariuszami, rozpoczynali kariery, służąc królowi pomocą w administracji, w finansach bądź w sądownictwie. Stopniowo, w miarę jak zakres spraw rządowych stawał się coraz bardziej złożony, powstawała grupa zawodowych urzędników i ministrów Korony. Po uszlachceniu zwano ich noblesse de robe[11], w odróżnieniu od szlachciców miecza, i jako parweniusze byli oni traktowani pogardliwie przez szlachtę dziedziczną, urażoną przywłaszczaniem sobie praw doradców Korony. Natomiast szlachta miecza traciła swe wpływy głównie na skutek nieobecności na dworze.

W konsekwencji herb - wyraźna oznaka starożytności rodu, oznaczająca prawo dzierżenia broni, raz nadany rodzinie nie mógł być noszony przez kogokolwiek innego i stał się obiektem niemal modlitewnego kultu. Na turniejach wymagano ukazania herbu, dla dowiedzenia szlacheckiego pochodzenia; na niektórych turniejach wymagano wykazania się aż czterema herbami. Równolegle z nasileniem się infiltracji do stanu szlacheckiego osób pochodzenia gminnego rósł snobizm rycerski: pewnego razu w połowie XV wieku wstąpił w szranki rycerz, za którym postępowała cała parada chorągwi prezentujących trzydzieści dwa herby.

Na skutek zanikania starych rodów z braku męskiego potomstwa, a także podupadania lub pogrążania się w niższej klasie dawnych rodów wielmożów oraz przypływu świeżo uszlachconych rodzin, skład stanu szlacheckiego ze stabilnego stał się płynny, mimo że status jego był ściśle określony i stanowił fundament porządku społecznego. Ubytek rodów staroszlacheckich szacowano na pięćdziesiąt procent w ciągu wieku, a przeciętną trwałość dynastii na trzy do sześciu generacji w okresie od stu do dwustu lat. Klasyczny przykład procesu zanikania zaistniał w rodzinie o nazwisku Clusel, posiadającej niewielkie lenno w dolinie Loary. W roku 1276 jej głową był rycerz o niewątpliwie zbyt małych zasobach, by zapewnić sobie ekwipunek rycerski; został on zmuszony do nielicującej ze szlachectwem własnoręcznej uprawy ziemi i pracy we własnym młynie. Spośród trzech jego wnuków, których nazwiska znalazły się w miejscowych księgach, jeden nadal figurował jako szlachcic, drugi został miejscowym proboszczem, a trzeci był już tylko poborcą czynszów dzierżawnych dla pana feudalnego w hrabstwie. Po osiemdziesięciu pięciu latach żaden z dalszych potomków nie figurował już w spisach szlacheckich. Inny szlachetka o nazwisku Guichard Vert zmarł w roku 1287, będąc młodym człowiekiem, a jego rodzina znalazła się w sytuacji krytycznej. Pozostawił jako spuściznę: dwa łóżka, trzy derki, cztery prześcieradła, dwa małe dywaniki, jeden stół, trzy ławki, pięć skrzyń, dwie szynki i połeć słoniny w spiżarni, pięć pustych beczek w piwnicy, szachownicę oraz hełm i kopię, lecz nie przekazał już miecza. Mimo że nie posiadał gotówki, zapisał swej żonie 200 liwrów, które miały być wypłacone w dziesięciu ratach z jego czynszów dzierżawnych, wynoszących rocznie około sześćdziesięciu liwrów, resztę zaś dochodu zapisał Kościołowi, aby ten modlił się za jego duszę. Testament zawiera ponadto zapisy: ubrania dla przyjaciół i biedaków oraz darowanie dwuletniego czynszu dzierżawnego poddanym, którzy w większości i tak już zalegali z płaceniem. Taka rodzina o warunkach bytowych ledwie odróżniających ją od chłopskich musiała wytężać siły, by utrzymać swe więzy ze szlachtą. Toteż wysyłano synów na służbę jako giermków, by to przynajmniej zapewniło im dostęp do podarunków i pensji, lub starano się, by synowie obrali sobie stan duchowny, w nadziei znalezienia jednej z niewielu ścieżek prowadzących do zamożności.

Rycerz staczający się w dół mógł minąć się z przedsiębiorczym chłopem wstępującym wzwyż. Wykupując lub dziedzicząc wolność, płacący czynsze wieśniak, któremu dobrze się wiodło, mógł dołączyć pola z pracującymi na nich dzierżawcami do własnej ziemi i stopniowo przekazywać prace fizyczne służbie; nabyć lenno od feudała lub Kościoła, nauczyć się obchodzenia z bronią, ożenić się z córką szlachcica będącego właśnie w potrzebie, powoli asymilować się w wyższym środowisku i znaleźć się w końcu w rejestrach jako domicellus, czyli właściciel ziemski. Rządca na służbie u pana miewał jeszcze lepszą okazję do wzbogacenia się, a jeśli przy tym okazywał się swemu panu użyteczny - bywał często nagradzany lennem wraz z przynależnymi do niego wasalami i czynszami dzierżawnymi, czasem zaś nawet warownym dworzyszczem. Zaczynał wówczas ubierać się jak szlachcic, nosić miecz, trzymać psy i sokoły do polowań i jeździć na bojowym rumaku z tarczą i kopią. Nic bardziej nie gniewało rodowej szlachty niż naśladowanie ich ubiorów i obyczajów przez parweniuszy, którzy w ten sposób zacierali granice odwiecznego porządku społecznego. Wykwint strojów był uznawany za prerogatywę szlachciców, których powinno się rozpoznawać po specyficznym ubiorze, innym zakazanym. Aby przekształcić ten obyczaj w prawo, a przez to zapobiec używaniu "wołającego o pomstę do nieba zbytkownego przyodzienia pospólstwa, nielicującego z ich stanem i majątkiem", wydano liczne i powtarzające się zarządzenia, mające ustalić, jaki rodzaj ubiorów winni nosić członkowie poszczególnych stanów i na jakie wydatki mogą sobie pozwalać.

Ogłaszane przez obwoływaczy na sądach hrabstw i na zebraniach publicznych, określały ściśle rodzaj materiału, kolor, przybranie strojów futrem, ozdoby oraz klejnoty, które były właściwe dla każdego stanu i odpowiadały poziomowi dochodów. Mieszczanom nie wolno było posiadać powozów i nosić gronostajów, chłopom zaś ubierać się w stroje o innych kolorach niż czarny bądź brązowy. Florencja zezwalała lekarzom i stróżom praw dzielić ze szlachtą przywilej zdobienia się w gronostaje, lecz zabraniała żonom kupców noszenia wielobarwnych, pasiastych, a także kraciastych sukni, brokatów, wzorzystych aksamitów oraz materiałów z haftami ze srebra i złota. We Francji feudałowie oraz ich małżonki o dochodzie większym niż 6000 liwrów rocznie mogli sprawiać sobie cztery stroje w ciągu roku; rycerze i panowie chorągiewni o dochodzie 3000 liwrów mogli nabywać już tylko trzy, wśród nich jeden do noszenia latem. Chłopcy byli uprawnieni jedynie do jednego w roku, a żadna panna niebędąca kasztelanką na zamku lub też nieposiadająca dochodu 2000 liwrów nie mogła zamówić sobie więcej niż jeden strój w roku. W Anglii, zgodnie z prawem z roku 1363, kupiec o majątku 1000 funtów był uprawniony do takiego samego ubioru i pożywienia jak rycerz szacowany na funtów 500, a kupiec oceniany na 200 funtów - tyle samo co rycerz wart funtów 100. W tym przypadku dwukrotnie większy majątek kupca zrównywał jego pozycję ze szlachcicem. Próbowano także określić, jaką liczbę dań wolno podawać przy posiłkach, jaką odzież i bieliznę można gromadzić na wyprawę ślubną oraz ilu nająć rybałtów na wesele. W uporczywym dążeniu do identyfikowania i ustalenia społecznej przynależności nakazano, by prostytutki nosiły specjalnego koloru paski oraz okrycia odwrócone na lewą stronę.

Surowo potępiano służbę, która naśladowała swych panów, nosząc długie spiczaste buty i zwisające rękawy, miano zresztą bardziej za złe pretensjonalność takiego stroju niż to, że rękawy maczały się w zupie podczas obsługiwania stołu, zdobione zaś futrem obręby szat nurzały się w kurzu. "Tyle było pychy w ludziach z gminu - pisał angielski kronikarz Henry Knighton - rywalizujących między sobą w odzieniu i ozdobach, że ledwie można było odróżnić biedaka od bogatego, sługę od pana, księdza od innych ludzi".

Szafowanie pieniędzmi przez ludzi z gminu bolało szlachciców równie dotkliwie, ponieważ widzieli w tym dowód, że mieszczaństwo osiąga większe korzyści niż oni sami. Duchowieństwo natomiast uważało, że rozrzutność wiernych pozbawia Kościół pieniędzy, więc potępiało ją z racji moralnych, twierdząc, że ekstrawagancja i luksus są same przez się niegodziwe i szkodzą cnotom. Ogólnie biorąc, prawa regulujące wydatki akceptowano jako środki poskramiające ekstrawagancję i propagujące oszczędzanie, w przekonaniu, iż jeśli doprowadzi się do tego, że ludzie zgromadzą oszczędności, to król łatwiej będzie mógł z nich korzystać w razie potrzeby. Myślenie ekonomiczne nie odkryło jeszcze tej prostej prawdy, że wydawanie pieniędzy jest stymulatorem ekonomicznego rozwoju.

Prawa regulujące wydatki okazały się nieskuteczne: żądza przyozdabiania się, podobnie jak i skłonność do picia alkoholu w wiekach późniejszych, rzuciły wyzwanie wszystkim zakazom. Gdy florenccy urzędnicy miejscy ścigali kobiety po ulicach, by zlustrować ich suknie, a następnie wchodzili do ich mieszkań, aby zrewidować zasoby garderoby, dochodzili nieraz do sensacyjnych odkryć: ubiór z białego marmurkowego jedwabiu haftowany w liście winnej latorośli i czerwone grona, płaszcz zdobiony białymi i czerwonymi różami na bladożółtym tle, inny płaszcz z "niebieskiego materiału z białymi liliami oraz białymi i czerwonymi gwiazdami i różami wiatrów oraz białymi i żółtymi wstążkami w poprzek nich, podbity czerwonym pasiastym suknem" - co niemal sprawiało wrażenie, że właścicielka chce sprawdzić, jak daleko może zajść świadoma prowokacja.

Dla grands seigneurs wielu dóbr lennych i zamków sprawa identyfikacji nie stanowiła problemu. Noszone przez nich złotem szamerowane kurty i aksamitne płaszcze obszyte gronostajami, rozcinane wielobarwne bluzy z haftowanymi rodowymi herbami, dewizami albo inicjałami kochanek, z bufiastymi rękawami na kolorowym podbiciu, długie spiczastonose obuwie z czerwonej skóry z Kordoby, pierścienie na zamszowych rękawiczkach i pasy obwieszone dzwoneczkami i bibelotami, nieskończona ilość kapeluszy - charakterystyczne bufiaste szkockie berety bądź futrzane czapy, kaptury i kapelusze z rondami, wyszywanymi paciorkami i ornamentami kwiatowymi, zawinięte misternie turbany - wreszcie wierzchnie okrycia wszelkich fasonów, bufiaste, pofałdowane, ząbkowane lub z długimi spiczastymi kapturami zwanymi po łacinie liripipium - wszystko to było wprost niemożliwe do naśladowania.

Gdy rozpoczynał się XIV wiek, Francja była w apogeum rozkwitu. Jej prymat wśród rycerstwa, w naukach, przywiązaniu do chrześcijaństwa przyjmowano za pewnik, a jako tradycyjnemu poplecznikowi Kościoła jej monarsze przyznano tytuł "Najbardziej Chrześcijańskiego Króla". Lud tego królestwa uznawał się za wybrany instrument Bożej łaski, za którego pośrednictwem Bóg objawiał swą wolę na ziemi. Klasyczne francuskie sprawozdanie z pierwszej wyprawy krzyżowej nosiło tytuł Gesta Dei per Francos (Boskie czyny dokonane przez Franków). Łaska boska znalazła potwierdzenie w roku 1297, gdy zaledwie ćwierć wieku po śmierci, Ludwik IX, dwukrotnie uczestniczący w wyprawie krzyżowej, został kanonizowany.

"Sława francuskich rycerzy - przyznał Giraldus Cambrensis w XII wieku - dominuje w świecie". Francja wydała "doborowe rycerstwo", toteż nieokrzesani szlachcice niemieccy przybywali na francuskie książęce dwory, aby uczyć się dobrych manier i wyrobić gust, rycerze zaś i suwereni z całej Europy zbierali się na królewskim dworze, by podziwiać walki na kopie, różne festyny, sztukę miłosną i galanterię. Według niewidomego króla Jana Luksemburskiego z Czech, który wolał dwór francuski od swego własnego, przebywanie tam na stałe zapewniało "najbardziej rycerską atmosferę na świecie". Francuzi, jak pisze sławny hiszpański rycerz Don Pero Ni?o, "są bardzo hojni i szczodrzy w dawaniu prezentów". Wiedzą, jak z należną czcią traktować cudzoziemców, umieją pochwalać prawe czyny, są dworscy i wytworni w mowie, a także "bardzo weseli, z lubością oddają się uciechom i gonią za nimi. Są niezwykle kochliwi, i to zarówno kobiety, jak i mężczyźni, i nawet się tym pysznią".

W wyniku podbojów dokonanych przez Normanów i wypraw krzyżowych język francuski stał się drugim językiem ojczystym stanu szlacheckiego w Anglii, Flandrii, w królestwie Neapolu i Sycylii. Był używany jako język handlowy przez flamandzkich potentatów finansowych, przez sądy w tym, co pozostało z Królestwa Jerozolimy, przez uczonych i poetów w różnych innych krajach. Marco Polo dyktował swoje Opisanie świata po francusku, święty Franciszek śpiewał francuskie pieśni, cudzoziemscy trubadurzy wzorowali swoje przygodowe opowieści na francuskich chansons de geste. Pewien wenecki uczony przetłumaczył łacińską kronikę swego miasta na język francuski, nie zaś włoski, i uzasadnił to następująco: "język francuski jest obecnie powszechnie znany w świecie i bardziej miły dla ucha i do czytania niż jakikolwiek inny".

Architekturę gotyckich katedr zwano "stylem francuskim"; do zaprojektowania London Bridge zaproszono francuskiego architekta; Wenecja importowała z Francji lalki ubrane według ostatniej mody, aby korzystać z francuskich wzorów; wytwornie rzeźbiona we Francji kość słoniowa, łatwa do transportu, docierała aż do granic chrześcijańskiego świata. Znaczenie francuskiej stolicy ponad wszystko inne wyniósł Uniwersytet Paryski, przewyższający wszystkie pozostałe uczelnie sławą swoich mistrzów i prestiżem studiów w zakresie teologii i filozofii, chociaż dyscypliny te już kostniały w sztywnej doktrynie scholastycyzmu. Grono nauczycielskie tej uczelni liczyło na początku XIV wieku ponad pięciuset członków, a studentów napływających ze wszystkich krajów było zbyt wielu, by ich można było policzyć. Była ona magnesem dla największych umysłów: w XIII wieku wykładał tam Tomasz z Akwinu z Italii, jego nauczyciel Albert Wielki z Germanii, a także jego oponent na gruncie filozofii, Duns Szkot; w następnym wieku nauczali tam dwaj wielcy myśliciele polityczni - Marsyliusz z Padwy i angielski franciszkanin, William Ockham. Dzięki walorom swego uniwersytetu Paryż stał się "Atenami Europy"; mówiono, że bogini mądrości po opuszczeniu Grecji, a następnie Rzymu, tutaj obrała sobie siedzibę.

Karta przywilejów dla uniwersytetu z 1200 roku była jego największą dumą. Uniwersytet, wyłączony spod kontroli świeckiej, był równie butny wobec władzy duchownej i pozostawał w konflikcie z biskupem i papieżem. "Wy, paryscy magistrowie zasiadający przy stołach, wydajecie się sądzić, że świat winien być rządzony zgodnie z waszymi pomysłami - ciskał gromy legat papieski Benedykt Gaetani, mający wkrótce zostać papieżem Bonifacym VIII. - To nam właśnie powierzono świat, a nie wam". Nieprzekonany uniwersytet uznał się za autorytet równy papieżowi w zakresie teologii, chociaż zgodził się dzielić z wikariuszem Chrystusa równorzędny status, głosząc, iż obaj stanowią "dwie latarnie świata".

W tym obdarzonym tyloma łaskami kraju zachodniego świata dziedzictwo Coucy w roku 1335 było równie bogate, jak starodawne. Nawadniane przez rzekę Ailette grunty rodu Coucy były nazywane vallée d'or (złotą doliną) ze względu na bogactwo lasów, winnic, zbiorów zbóż i obfitość ryb w strumieniach. Wspaniały las w St. Gobain zajmował blisko 2800 hektarów starej puszczy. Rosły tam dęby i buki, jesiony i brzozy, wierzby, olchy i drżące osiki, dzikie czereśnie i sosny. Kraina płowej zwierzyny, wilków, dzików, czapli i wszelkiego ptactwa była rajem dla łowców. Z podatków, dzierżaw i służebności feudalnych przeróżnego rodzaju, coraz częściej zamienianych na czynsze pieniężne, z myt mostowych i należności za korzystanie z dworskich młynów, pras do wina i pieców piekarskich - roczny dochód majątku tej wielkości co Coucy winien był wówczas wahać się w granicach od 5000 do 6000 liwrów.

Wszystko to, co ukształtowało lenno od czasu drewnianej palisady w Codiciacum, znalazło symboliczny wyraz w wielkiej platformie opartej na kamiennych lwach, umieszczonej przed frontem bramy zamkowej, dokąd przybywali wasale, by złożyć daninę i hołd. Platforma wspierała się na trzech lwach couchants (w pozycji leżącej). Jeden z nich pożerał dziecko, drugi psa, a trzeci - pomiędzy nimi - odpoczywał. Czwarty lew siedział na platformie w całym majestacie, jaki rzeźbiarz mógł mu tylko nadać. Trzy razy do roku - na Wielkanoc, Zielone Świątki i Boże Narodzenie - opat z Nogent lub jego przedstawiciel - zarządca włości, przybywał tam, by złożyć hołd z racji użytkowania ziemi, która na samym początku została nadana mnichom przez Aubry'ego de Coucy. Rytuał i ceremonia były tak wyszukane i zawiłe, jak te, które obowiązywały podczas koronacji w Reims.

Jadąc wierzchem na gniadym koniu (lub według innego sprawozdania na koniu maści izabelowatej) z podciętym ogonem i uszami, w uprzęży pociągowej, reprezentant opata trzymał w jednej ręce bicz i sakwę z siewnym ziarnem pszenicznym, a w drugiej koszyk wypełniony stu dwudziestoma rissoles. Były to niewielkie ciastka w kształcie rogala, upieczone z mąki żytniej, nadziane posiekanym mięsem cielęcym i upieczone w oliwie. Za nim postępował pies z podciętymi uszami i ogonem, niosąc na szyi rissole w kształcie obroży. Zarządca włości opata trzykrotnie okrążał kamienny krzyż stojący przed wejściem na dziedziniec, trzaskał z bicza za każdym obrotem, zsiadał z konia i przyklękał przy lwiej platformie; jeżeli wszystkie szczegóły ekwipunku i ceremonii zostały ocenione jako prawidłowe, zezwalano mu na dalszy ceremoniał. Wchodził wtedy na platformę, całował lwa i składał jako hołd rissoles, dwanaście bochenków chleba i trzy beczułki wina. Pan na Coucy zabierał trzecią część daniny, a resztę rozdzielał pomiędzy zebranych oficjeli domeny i notabli miejskich, po czym odciskał na dokumencie hołdu pieczęć ze skośnie przedzielonymi wizerunkami: opata w infule i kozich nóżek.

Pogańskie, barbarzyńskie, feudalne, chrześcijańskie, z piętnem śladów zamierzchłej przeszłości - takie oto było społeczeństwo średniowieczne. Takie też są wielowarstwowe elementy składające się na człowieka kultury zachodniej.

Rozdział 2 Ów wiek, zrodzony, by przynieść biedy i niedole

Gdy ostatni potomek rodu Coucy przyszedł na świat, jego ojczyzna uznana była za najdoskonalszą, ale stulecie, w którym sądzone mu było żyć, tkwiło już w kłopotach. Na samym początku XIV wieku nastąpiło oziębienie klimatu, rozpoczynając serię nadchodzących niedoli. W latach 1303 i 1306-1307 Morze Bałtyckie dwukrotnie zamarzło; nastały lata o niezwykłych chłodach, huraganach i opadach; podniósł się także poziom Morza Kaspijskiego. Współcześni nie mogli wiedzieć, że był to początek tego, co dużo później nazwano Małą Epoką Lodowcową, trwającą aż do początku XVIII wieku, a czego przyczyną było przemieszczenie się polarnych i alpejskich lodowców. Nikt wówczas także nie wiedział, że wskutek zmiany klimatu tracono stopniowo połączenie z Grenlandią, że całe skandynawskie osiedla tam wymierały, że w Islandii zanikła uprawa zboża, a w Skandynawii uległa znacznemu ograniczeniu. Zauważalne jednak było ochłodzenie pór roku i ze strachem przewidywano wynikające z tego skutki: skrócony okres wegetacji upraw.

To zaś oznaczało klęskę, gdyż już w poprzednim stuleciu wzrost zaludnienia osiągnął kruchą równowagę z ówczesnym poziomem techniki rolnej. Biorąc pod uwagę narzędzia i metody pracy, jakimi wówczas dysponowano, karczowanie ziemi doprowadzono już do granic możliwości. Bez odpowiedniego nawadniania, a także nawożenia nie można było zwiększyć plonów ani sprawić, by ubogie gleby stały się wydajniejsze. Handel nie dysponował środkami do przewozu zboża w dużych ilościach z rejonów bogatych w nadwyżki produkcyjne. Wyjątek stanowiły drogi wodne. Miasta i większe osiedla oddalone od morza opierały swój byt na zasobach miejscowych, gdy zaś te zmniejszały się - mieszkańcy przymierali głodem.

W roku 1315, po bezustannych deszczach, które przyrównywano do biblijnego potopu, w całej Europie zawiodły zbiory, a głód, czarny jeździec Apokalipsy, stał się zjawiskiem powszechnym. Uprzedni wzrost zaludnienia już przewyższył produkcję rolną, wskutek czego ludność była niedożywiona i mniej odporna na ataki głodu i choroby. Rozchodziły się pogłoski, że ludzie zjadali własne dzieci, a nędzarze w Polsce żywili się ciałami wisielców zdjętych z szubienicy. W tych samych latach zapanowała zakaźna czerwonka. Po wielkich nieurodzajach lat 1315-1316 wiele regionów na nowo skazanych było na głód.

W stopniu niemniejszym niż zmiany klimatu również czyny ludzkie sprawiły, że wiek XIV został naznaczony piętnem niedoli. W pierwszych dwudziestu latach następowały po sobie kolejno cztery złowieszcze wydarzenia: napaść króla Francji na papieża, przeniesienie stolicy papiestwa do Awinionu, zgniecenie templariuszy oraz powstanie Pastoureaux (czyli Pastuszków). Najbardziej brzemienna w skutki była napaść na Bonifacego VIII, dokonana przez wysłanników króla Francji Filipa IV, nazywanego Pięknym. Przyczyną sporu była kwestia supremacji władzy świeckiej nad papieską, wynikająca z nałożenia przez Filipa podatków na dochody duchowieństwa bez zgody papieża. W odpowiedzi na to Bonifacy wydał prowokującą bullę Clericos Laicos, w której zakazał duchowieństwu płacenia wszelkich podatków jakiemukolwiek władcy świeckiemu. Papież dostrzegł bowiem, że wzrastająca skłonność dostojników kościelnych do wybierania między posłuszeństwem wobec niego a lojalnością wobec króla stanowi zagrożenie dla papieskiego roszczenia do uniwersalnej władzy jako namiestnika Chrystusa. Pomimo konieczności przeciwstawienia się groźnym działaniom wojennym Filipa Pięknego, w roku 1302 Bonifacy VIII ogłosił drugą bullę: Unam Sanctam, będącą najbardziej stanowczym stwierdzeniem zasady supremacji papieskiej, jakie kiedykolwiek ogłoszono: "Dla uzyskania zbawienia koniecznym jest, by każde ludzkie stworzenie podporządkowało się władzy rzymskiego biskupa".

W odpowiedzi Filip zażądał zwołania soboru powszechnego w celu osądzenia papieża, któremu zarzucił herezję, bluźnierstwo, zabójstwo, sodomię, symonię oraz czary (w tym zadawanie się z duszkami domowymi lub oswojonymi diabełkami), a ponadto nieprzestrzeganie postów. W tym samym czasie Bonifacy przygotował bullę ekskomunikującą króla, prowokując tym Filipa do zastosowania przemocy. Aby uprzedzić akt ekskomuniki i siłą doprowadzić papieża na sobór, wysłannicy króla wspomagani przez antypapieskie wojska włoskie 7 września 1303 roku pojmali osiemdziesięciosześcioletniego Bonifacego w jego letniej rezydencji w Anagni, niedaleko Rzymu. Po trzech dniach zamieszania papieża uwolnili mieszkańcy miasta Anagni, lecz szok po tym gwałcie okazał się śmiertelny i w ciągu miesiąca Bonifacy zmarł.

Napaść na papieża nie zmobilizowała jednak powszechnego poparcia dla sprawy głoszonej przez jej ofiarę, a fakt, że tak się nie stało, był znamieniem zachodzących zmian. Rozpoczął się bowiem proces odchodzenia od koncepcji uniwersalizmu Kościoła, która była podstawowym ideałem średniowiecza. Tak daleko idące roszczenia Bonifacego VIII do władzy okazały się nieaktualne jeszcze przed ich ogłoszeniem. Pośrednią konsekwencją "zbrodni w Anagni" stało się przeniesienie stolicy papiestwa do Awinionu; na tym zaś "babilońskim wygnaniu" rozpoczęła się demoralizacja.

Stolicę papieską przeniesiono wtedy, gdy pod naciskiem Filipa Pięknego papieżem wybrano Francuza. Przybrał on imię Klemensa V. Nie udał się do Rzymu, by objąć Stolicę Apostolską, głównie z obawy przed odwetem Włochów za brutalne potraktowanie Bonifacego przez Francuzów (aczkolwiek Włosi utrzymywali, że stało się tak dlatego, iż miał on kochankę, Francuzkę, piękną hrabinę Périgord, córkę hrabiego de la Foix). W 1309 Klemens osiedlił się w Awinionie, w Prowansji, niedaleko ujścia Rodanu. Pozostawał zatem we francuskiej sferze wpływów, choć formalnie poza granicami Francji, gdyż Prowansja była lennem Królestwa Neapolu i Sycylii.

W następnym okresie, pod pontyfikatami sześciu francuskich papieży, Awinion stał się faktycznie państwem świeckim, którego wspaniałość i przepych przyciągały twórców kultury, lecz w którym zapanowała nieograniczona symonia, czyli sprzedaż urzędów. Papiestwo, osłabione przeniesieniem go ze Stolicy Apostolskiej w Rzymie i powszechnie uważane za narzędzie Francji, usiłowało metodami świeckimi odzyskać dawny prestiż i potęgę. Skoncentrowało więc uwagę na finansach i na takim systemie organizowania i centralizacji rządów, aby przynosiło to jak największy dochód. Poza regularnymi wpływami z dziesięcin i annałów, z przychodów kościelnych i należności z lenn papieskich każdy urząd, każda nominacja, każde wyznaczenie na stanowisko lub awans, każda dyspensa od obowiązujących reguł, każde orzeczenie Roty[12] lub przysądzenie roszczeń, każde przebaczenie, odpust i rozgrzeszenie, wszystko, co Kościół posiadał lub czym był, od kapelusza kardynalskiego do pielgrzymich relikwii - było wystawione na sprzedaż. Papiestwo pobierało pewną część wszystkich darów, legatów i ofiar składanych na ołtarzu. Otrzymywało z Anglii i innych królestw świętopietrze. Sprzedawano odpusty specjalne w latach jubileuszowych i ściągano osobne podatki na wyprawy krzyżowe, które nadal ogłaszano, choć wyruszały rzadko. Niegdysiejszy potężny poryw uwiądł, a więc i zapał do świętej wojny stał się raczej werbalny.

Najbardziej lukratywnym źródłem dochodów papieskich były beneficja kościelne z siedmiuset biskupstwami i setkami tysięcy niższych urzędów. Z biegiem czasu papieże zastrzegali sobie coraz więcej beneficjów, dzięki czemu mogli wyznaczać kandydatów na stanowiska kościelne, łamiąc w ten sposób zasadę wyborów. A ponieważ nominaci byli często w diecezjach nieznani albo swe stanowiska zawdzięczali protekcji kardynałów, takie praktyki wywoływały wśród kleru niechęć. Jeżeli nawet gdzieś odbywały się wybory na biskupie wakaty, wówczas papiestwo pobierało daninę za ich zatwierdzenie. Aby otrzymać beneficja i uzyskać nominację, biskup lub opat musiał przekupić kogoś w kurii, płacąc sumę od jednej trzeciej do całej rocznej kwoty dochodu z tego urzędu. Była to zwyczajowa stawka za nominację. A do tego płacący wiedział, że gdy umrze, jego osobista własność i tak powróci do papieża, wszelkie zaś zaległe należności będą musieli zapłacić spadkobiercy.

Ekskomunikę i klątwę, najsurowsze kary, jakimi Kościół dysponował, zastrzeżone rzekomo tylko dla winnych herezji i najokropniejszych zbrodni - "gdyż wskutek takich kar człowiek zostaje oddzielony od społeczności wiernych i oddany na pastwę szatana" - stosowano obecnie, by wyciągnąć pieniądze od opornych podatników. Pewnemu biskupowi odmówiono chrześcijańskiego pogrzebu, dopóki spadkobiercy nie podjęli się spłacić pozostawionych przez niego długów. Sprawa ta wywołała w diecezji skandal. Oglądano zwłoki nierozgrzeszonego biskupa, pozbawionego nadziei na zbawienie. Nadużywanie duchowej władzy dla takich celów przyczyniało się do lekceważenia ekskomuniki i zmniejszało respekt dla zwierzchników duchownych.

Za pieniądze można było kupić wszelkiego rodzaju dyspensy, jak: uznanie ślubnego pochodzenia dzieci z nieprawego łoża, z których większość miała za ojców księży lub dostojników kościelnych[13]; dokonanie rozczłonkowania zwłok, konieczne przy często i chętnie stosowanym obyczaju grzebania szczątków zmarłych w dwóch lub więcej miejscach; zezwolenie mniszkom na trzymanie dwóch służących; zezwolenie dla wychrzczonych żydów na odwiedzanie nieochrzczonych rodziców; zezwolenie na ślub z osobą spokrewnioną (przy czym obowiązywała degresja opłat w zależności od stopnia pokrewieństwa - drugiego, trzeciego i czwartego); prowadzenie handlu z muzułmanami (w tym wypadku opłata dotyczyła każdego statku, lecz jej wysokość zależała od rodzaju ładunku); przejęcie rzeczy skradzionych, stosownie do wyszczególnionej wartości. Pobierania i przeliczania tych sum dokonywali przeważnie włoscy bankierzy, a przeliczania zebranych pieniędzy dokonywano w pałacu papieskim, co było tam widokiem powszednim. Hiszpański urzędnik w Kurii, Alvar Pelayo, raportował: "Kiedykolwiek przybywałem do pałacu, zastawałem bankierów i duchownych zajętych liczeniem pieniędzy, które w stosach leżały przed nimi".

Do dyspens, które pociągały za sobą najpoważniejsze skutki, należały zezwolenia na wyznaczanie kandydatów na beneficja, którzy nie osiągnęli jeszcze kanonicznego wieku dwudziestu pięciu lat lub takich, którzy nigdy nie byli wyświęceni albo nigdy nie zdali egzaminu ze znajomości Pisma. Wyznaczanie na stanowiska osób bez odpowiednich kwalifikacji albo w ogóle nieprzebywających w siedzibie swego urzędu było już samo przez się zniewagą dla wiernych. Pewnego razu w Czechach na początku XIV wieku wyznaczono siedmioletniego chłopca do objęcia parafii przynoszącej 25 guldenów rocznego dochodu; ktoś inny awansował o trzy stopnie w hierarchii, płacąc przy każdym przejściu za dyspensę z racji nieobjęcia urzędu i odraczania konsekracji. Zdarzało się wielokrotnie, że młodsi synowie ze szlacheckich rodzin byli wyznaczani do objęcia arcybiskupstwa w wieku osiemnastu, dwudziestu, dwudziestu dwóch lat. Czas piastowania urzędu był krótki, gdyż każdy awans lub ponowny wybór zależał od wniesienia następnej opłaty.

Inne skandaliczne przykłady nadużyć: księża nie umieli czytać bądź z powodu niewiedzy nie potrafili prawidłowo odprawiać obrzędów. W roku 1318 biskup Durham nie potrafił zrozumieć lub nie umiał wypowiedzieć po łacinie słowa metropolitanus i po dłuższych bezskutecznych usiłowaniach wymamrotał po angielsku: "Przyjmijmy to słowo tak, jak się ono pisze" - i to podczas własnej konsekracji. Kiedy indziej zaś, gdy wyświęcał kandydatów na kapłanów, natknął się na słowo aenigmate - tym razem zawrzał prawdziwym oburzeniem: "Na świętego Ludwika, nie był to grzeczny człowiek, co napisał takie słowo!". Niekompetentny kler siał wśród wiernych trwogę: spełniając opiekę nad duszami świeckich, tacy ludzie mieli pośredniczyć między człowiekiem a Bogiem! Kronikarz Henryk z Herefordu, gdy pisał o "pozbawionych kwalifikacji i ignoranckich mężach", którzy mogli sobie kupić od Kurii każdy urząd, trafił w sedno rzeczy, obrazując przerażające tego skutki; stwierdza bowiem: "Patrzcie... na zagrożenie losu ludzi pod ich pieczą i drżyjcie!".

Skoro wszelkie świadczenia Kościoła można było przeliczyć na pieniądze - ulatniała się ich religijna treść. Teoretycznie można było uzyskać przebaczenie grzechów przez sam akt skruchy i pokutę, pokuta jednak w postaci pielgrzymki do Rzymu lub Jerozolimy nie miała już pierwotnego znaczenia, skoro penitent mógł sobie wyliczyć koszt takiej podróży w pieniądzach i wykupić odpowiedni odpust.

Papieże - następcy "biednych rybaków z Galilei", jak pisał Petrarka - byli obecnie "obładowani złotem i przyodziani w purpurę". Jan XXII, papież o cechach Midasa, panujący od 1316 do 1334 roku, zakupił dla własnego użytku czterdzieści złotych szat z Damaszku za cenę 1276 złotych florenów, a jeszcze więcej wydał na futra, wliczając w to gronostajami przyozdobioną poduszkę. Ubiory dla jego orszaku kosztowały rocznie od siedmiu do ośmiu tysięcy florenów.

Jego następcy, Benedykt XII i Klemens VI, stopniowo wznosili wielki pałac papieski w Awinionie, położony na skale z widokiem na Rodan - ogromną, pozbawioną harmonii i spoistego planu masę dachów i wież. Pałac, zbudowany na wzór zamku otaczającego wewnętrzne dziedzińce, chroniony był blankami i czterometrowej grubości murami obronnymi. Miał dziwaczne, piramidalne kominy wznoszące się z kuchni, sale bankietowe i ogrody, skarbce i biura, rozetowe okna w kaplicach, łaźnię parową dla papieża ogrzewaną kotłem oraz potężną bramę prowadzącą na plac publiczny. Tam zbierali się wierni, aby oglądać Ojca Świętego, gdy wyjeżdżał na swym białym mule. Tędy postępowali majestatyczni kardynałowie w szerokoskrzydłych czerwonych kapeluszach, "bogaci, bezczelni i drapieżni" - według słów Petrarki, rywalizujący ze sobą wspaniałością ubiorów. Jeden z nich zażądał dziesięciu stajni dla swych koni, inny zaś wynajął pomieszczenia w pięćdziesięciu jeden domach dla członków własnej świty.

Korytarze pałacu roiły się od notariuszy i urzędników Kurii oraz legatów odjeżdżających i powracających z misji. Petenci i ich adwokaci oczekiwali z niepokojem w przedpokojach, pielgrzymi tłumnie zalegali dziedzińce, by otrzymać pontyfikalne błogosławieństwo, a tymczasem po salach spacerowała gromada papieskich krewnych obojga płci, w brokatach i futrach, wraz z towarzyszącymi im rycerzami, giermkami i świtą. Otoczenie papieża stanowili: straż zbrojna i odźwierni, wysocy dygnitarze, w tym szambelani, kapelani, krewniacy oraz dworzanie zwykli i słudzy, razem około czterystu osób mających zapewnione stół, mieszkanie, ubiór i płacę.

Posadzki były wykładane kafelkami zdobnymi w kwieciste wzory, rysunki fantastycznych zwierząt, a także misternie wykonane znaki herbowe. Klemens VI, miłośnik luksusu i piękna, który dla ozdobienia prywatnej garderoby zużył 1080 skórek gronostajowych, sprowadził Matteo Giovanettiego oraz artystów ze szkoły Simona Martiniego, by namalowali na ścianach sceny z Biblii. Natomiast cztery ściany jego prywatnego apartamentu zostały całkowicie pokryte scenami świeckich, szlacheckich uciech: polowania na jelenie, łowów z sokołem, widokiem sadów owocowych, kwietnych ogrodów, stawów rybnych; namalowano tam także grupę dość dwuznacznych nagich postaci w kąpieli, które mogły uchodzić zarówno za kobiety, jak i dzieci, w zależności od tego, kto i jak chciał je widzieć. Żadne tematy religijne nie zakłócały tu spokoju ducha.

Na bankietach goście papiescy jadali na złotych lub srebrnych talerzach, siadywali pod flamandzkimi gobelinami i jedwabnymi draperiami. Przyjęcia dla wizytujących papieża książąt i posłów rywalizowały w splendorze z dworami świeckimi. Papieskie rozrywki, fety, a nawet turnieje i bale były odtworzeniem świeckich.

"Mieszkam w Babilonie Zachodu" - pisał Petrarka około roku 1340 - tu dostojnicy kościelni biesiadują na "rozwiązłych bankietach" i jeżdżą konno na śnieżnobiałych wierzchowcach "przystrojonych w złoto, karmionych na złocie, a wkrótce zapewne i podkuwanych złotem, jeżeli Pan Bóg nie ukróci tego ohydnego przepychu". Mimo że sam był kimś w rodzaju kleryka, Petrarka podzielał pisarski obyczaj szczególnie mocnego piętnowania wszystkiego, co uznano za naganne. Awinion jawił mu się jako "miasto wzbudzające odrazę", chociaż nie wiadomo, czy dlatego, że był obrazem ziemskiego zepsucia, czy też ze względu na jego rzeczywiste niechlujstwo i odór wąskich, zatłoczonych uliczek. Samo miasto, z jego licznymi kupcami, rzemieślnikami, posłami, awanturnikami, astrologami, złodziejami, prostytutkami i co najmniej 43 filiami włoskich domów bankowych (w 1327 roku), nie było równie dobrze jak pałac papieski wyposażone w urządzenia do usuwania odpadków i nieczystości. Na dwóch niższych piętrach jednej z wież pałacowych znajdowały się wyłącznie latryny. Miały kamienne miejsca do siedzenia, a odchody wylewano do jamy znajdującej się w podziemiach wieży. Stamtąd nieczystości spłukiwano wodą ze ścieków kuchennych, a następnie zabierał je strumień, którego bieg specjalnie w tym celu zmieniono. W mieście natomiast panował fetor tak silny, że pewnego razu wprawił w omdlenie aragońskiego posła. Także i Petrarka, "by przedłużyć swe życie", musiał przenieść się do pobliskiego Vaucluse.

Łatwiej dostępny niż Rzym, Awinion ściągał gości z całej Europy. Strumień płynących wraz z nimi pieniędzy pomagał wspierać artystów, pisarzy i uczonych, magistrów prawa i medycyny, rybałtów i poetów. Jeśli Awinion był skorumpowany, to taki też był i jego Maecenas. Wszyscy lżyli to miasto, i wszyscy tu przybywali. Święta Brygida, owdowiała szwedzka arystokratka, która mieszkała w Rzymie i wymownie ubolewała nad nieprawością swoich czasów, nazywała miasto papieskie "miejscem pełnym pychy i chciwości, porubstwa i przekupstwa". Do przekupstwa jednak potrzeba dwóch; jeśli więc grzeszyło papiestwo, nie obywało się to bez partnerów. W realnym świecie stale zachwianej równowagi politycznej, gdzie władcy chronicznie cierpieli na brak pieniędzy - papieże i królowie potrzebowali siebie nawzajem i szli na ustępstwa. Kupowali i sprzedawali terytoria i zwierzchnictwa, ludzi zbrojnych, sojusze i kredyty. Stałą metodą było ściąganie daniny na wyprawę krzyżową, co umożliwiało królom opodatkowywanie dochodów kościelnych, a po niedługim czasie władcy uznali to za swe prawo.

Partnerem papiestwa był też sam kler. Skoro prałaci ubierali się tak okazale, to i niżsi duchowni nie chcieli wyglądać ponuro. Powodowało to liczne skargi. Na przykład w roku 1342 arcybiskup Canterbury narzekał, że duchowni ubierają się jak ludzie świeccy w szachownicę kwadratów w kolorach czerwonym i zielonym, w krótkie kubraki nadmiernie kuse, ze zbyt szerokimi rękawami, które miały ukazywać podszewkę z futra lub jedwabiu, kaptury i kołnierze "cudownej długości", ostronose i ażurowe buty, ozdobione klejnotami pasy, przy których wisiały pozłacane trzosy. A co gorsza, niezgodnie z przepisami prawa kanonicznego kler ignoruje tonsurę, nosi brody i długie aż do ramion włosy, "sieje zgorszenie i budzi wstręt wśród ludu". Jedni trzymali błaznów, psy i sokoły, a inni wyjeżdżali za granicę, otaczani gwardią honorową.

Symonia nie mogła się ograniczać tylko do szczytów hierarchii kościelnej. Skoro biskupi kupowali beneficja za sumy równe całorocznym dochodom, to oczywiście przerzucali ciężar kosztów w dół i w ten sposób rozprzestrzeniała się korupcja, przenikając cały kler od kanoników i przeorów, przez zwykłych księży i zakonników, aż do jałmużników i handlarzy odpustami. Na tym właśnie szczeblu prości ludzie stykali się z objawami zmaterializowania Kościoła, a najbezczelniej zachowywali się handlarze odpustami.

Ponieważ powszechnie przyjmowano, że mają oni delegację Kościoła, odpustnicy łatwo sprzedawali odpuszczenie każdego grzechu - od obżarstwa po zabójstwo; unieważniali zakonne śluby czystości i postu, darowywali za pieniądze każdą zadaną pokutę, a uzyskane wpływy w znakomitej większości chowali do własnych kieszeni. Gdy ich upoważniono do zbierania pieniędzy na wyprawy krzyżowe, to - zgodnie z relacją Matteo Villaniego - pobierali od biedaków zamiast gotówki, "tkaniny lniane i wełniane, sprzęty i odzież, zboże i paszę [...] oszukując ludzi. Oto w jaki sposób obnosili oni Krzyż". To, co oferowali, miało przynieść zbawienie duszy, ale wykorzystując potrzeby i łatwowierność ludu, sprzedawali falsyfikaty. Jedyną naprawdę odstręczającą postacią w licznej kompanii pielgrzymów z Canterbury opisanych przez Chaucera[14] jest właśnie Przekupień odpustów z włosami w strąkach, o pozbawionej zarostu skórze eunucha, z oczyma błyszczącymi jak u zająca, przyznający się bezwstydnie do wszelkich krętactw i bezeceństw swej profesji.

Księża nienawidzili handlarzy odpustami, ponieważ całe dzieło nakłaniania grzeszników do pokuty szło na marne, a dusze wiernych były zagrożone w takim stopniu, w jakim towary handlarzy były fałszywe. Co więcej, wkraczając na terytorium kleru, handlarze zbierali datki w dni świąteczne oraz sprawowali obrzędy pogrzebowe, a także pełnili inne posługi religijne za opłaty, które powinny były wpływać do kies proboszczów parafii. Jednak ustalony system, zezwalający na działalność handlarzy, utrzymywał się, gdyż i Kościół uczestniczył w zyskach.

Jeszcze bardziej niepokojąca była grzeszna działalność zakonników kwestarzy i wędrownych mnichów jałmużników, gdyż pretendowanie do tego, że są bliżsi Bogu, stawiało ich wyżej od handlarzy odpustami. Byli oni powszechnie znani z uwodzenia kobiet. Uprawiając domokrążny handel futrami oraz sznurówkami dla dziewcząt i matron, oferowali im także małe rasowe pieski "dla zażywania z nimi cielesnych rozkoszy". W czternastowiecznym poemacie wędrowny mnich "przybywał do naszej pani, gdy dobry mąż precz z doma odjechał".

Nie szczędzi wstydu ni grzechu,

Gdy babę - na osobności

Namówić chce do sprośności.

Odchodząc - już nie pamięta,

Że w dziewkę wraził był dziecko,

A bywa, że i bliźnięta.

W opowieściach Boccaccia, we francuskich fabliaux, w całej popularnej literaturze tamtego czasu celibat duchownych jest przedmiotem żartu. Księża mają tam kochanki i zabiegają o nie. "Ksiądz leży z damą poślubioną rycerzowi", tak rzeczowo rozpoczyna się pewna opowieść. W innej "ksiądz i jego pani udali się do łoża". W żeńskim klasztorze, w którym Piotr Oracz służył jako kucharz, siostra Pernell była "dziewką księdza", która "urodziła dziecko w czasie kwitnienia wiśni". Hultajskich mnichów Boccaccia niezmiennie przyłapywano w kłopotliwych sytuacjach, gdy stawali się ofiarami własnej rozwiązłości. W życiu codziennym ich grzeszność wcale nie była zabawna, lecz raczej groźna, gdyż skoro zakonnicy tak dalece odchodzili od świętości, to jakże mogli ratować cudze dusze? Świadomość tego przeniewierstwa wyjaśnia, dlaczego mnisi stawali się tak często obiektem jawnej wrogości, czasem nawet napaści fizycznej, bowiem, jak to zapisano w kronice 1327 roku - "nie zachowywali się oni tak, jak czynić powinni mnisi".

Zgodnie z ideą świętego Franciszka mieli wędrować po świecie, by czynić dobro, stąpać bosą nogą wśród biedaków i społecznych wyrzutków, przynosząc miłość chrześcijańską maluczkim i prosząc jedynie o zaspokojenie swych podstawowych potrzeb życiowych, nigdy zaś o pieniądze. Największym paradoksem jest to, że zakon założony przez świętego Franciszka, przyjąwszy regułę wyrzeczenia się wszelkich dóbr, sprowokował bogatych do obfitego ich wspierania i donacji, ponieważ zakładana czystość członków tego zakonu wydawała się gwarancją osiągnięcia świętości. Przeczuwając nadchodzącą śmierć, rycerze i szlachetne damy kazali się przyodziewać we franciszkańskie habity; wierzyli, że gdy umrą i zostaną w nich pochowani, to nie pójdą do piekła.

W ten sposób zakon uzyskał ziemie i bogactwa, zbudował dla siebie kościoły i klasztory, utworzył własną hierarchię, a wszystko to akurat wbrew intencji swego założyciela. Sam święty Franciszek miał chyba świadomość takiego rozwoju wypadków. Odpowiadając bowiem pewnemu nowicjuszowi, który pragnął otrzymać własny psałterz, rzekł: "Gdy będziesz miał psałterz, zechcesz mieć brewiarz, a gdy już dostaniesz brewiarz, to zasiądziesz na krześle jak wielki prałat i powiesz swemu bratu: "Bracie, przynieś mi mój brewiarz"".

W niektórych zakonach mnisi regularnie otrzymywali "kieszonkowe" i posiadali prywatne fundusze, które wypożyczali na procent. W innych dostawali przydział czterech litrów piwa na dzień, jadali mięso, nosili klejnoty i futrem przystrojone habity, zatrudniali służących, którzy w bogatych klasztorach przewyższali liczebnie samych zakonników. Zaskarbiając sobie łaski bogatych, franciszkanie stawali się ich kaznodziejami, dzielili z nimi stół i pełnili w szlacheckich dworach funkcje doradców i kapelanów. Niektórzy jednak nadal udawali się do biedaków boso, dotrzymując złożonych ślubowań, i byli za to czczeni; lecz większość z nich nosiła już wtedy dobre skórzane obuwie i nie była lubiana.

Podobnie jak handlarze odpustami, i oni oszukiwali prostych ludzi, sprzedając im "relikwie" z natchnionej imaginacji. Opisany przez Boccaccia żebrzący mnich Cipolla sprzedał jedno z piór Archanioła Gabriela, które - jak twierdził - opadło w izbie Najświętszej Marii Panny w czasie Zwiastowania. Ta satyryczna opowieść nie dorównuje życiu: pewien autentyczny mnich jałmużnik potrafił sprzedać gałęzie krzewu, z którego dochodził głos Pana Boga przemawiającego do Mojżesza. Inni sprzedawali plany Skarbca Zasług, który miał być umieszczony w niebie przez zakon świętego Franciszka. Gdy spytano Wyclifa, do czego służą takie pergaminowe odpusty, odpowiedział: "Do zakrywania słojów z musztardą". Żebrzący zakonnicy stanowili element codziennego życia, pogardzano nimi, a równocześnie oddawano im cześć i odczuwano przed nimi lęk, gdyż mimo wszystko mogli dzierżyć klucz do zbawienia.

Satyry i skargi zachowują żywot, ponieważ są spisane. Pozostawiają wrażenie, że Kościół był tak owładnięty sprzedajnością i hipokryzją, iż wydawało się, że dojrzał do rozpadu, lecz instytucja tak bardzo oddziałująca na kulturę i tak zakorzeniona w strukturze społeczeństwa niełatwo zanika. Chrześcijaństwo stanowiło bowiem jedyny wzorzec średniowiecznego życia; nawet przepisy kulinarne przewidywały dla ugotowania jajek "taki czas, w jakim możesz wypowiedzieć Miserere". Rządziło urodzinami, małżeństwem i śmiercią, seksem i jedzeniem, tworzyło przepisy dla prawa i medycyny; filozofii i nauce dawało kierunek i treść. Przynależność do Kościoła nie była sprawą wyboru, była sprawą obowiązku. Nie istniała inna możliwość, co sprawiało, że z jego objęć trudno się było uwolnić.

Jako integralną część życia religię wolno było parodiować, a mimo to nie doznawała uszczerbku. W dorocznym Święcie Błaznów, podczas świąt Bożego Narodzenia wszystkie obrzędy i zasady wiary parodiowano, niezależnie od tego, jak bardzo były święte. Dominus Festi, czyli osobę kierującą zabawą, wybierano spośród członków niższego duchowieństwa: proboszczów, subdiakonów, wikarych bądź dyrygentów chórów, w większości niedokształconych, źle opłacanych i mało zdyscyplinowanych; w tym dniu pospólstwo miało prawo do przewracania wszystkiego do góry nogami. Wprowadzano "dominusa" na urząd papieża, biskupa lub też opata błaznów; podczas ceremonii golono mu głowę, a wszystkiemu towarzyszyła sprośna mowa i lubieżne czyny. Odziewano go w ornat przewrócony na lewą stronę, grano w kości na ołtarzu, parodiowano bezsensownym szwargotem celebrowanie mszy, a w tym czasie uczestnicy zabawy zjadali kaszanki i kiełbasy; wymachiwali kadzielnicą zrobioną ze starych butów, z której wydobywał się "cuchnący dym"; odprawiali przeróżnego rodzaju obrzędy liturgiczne, wkładając na głowy maski zwierząt bądź przebierając się za kobiety lub rybałtów; śpiewali chórem sprośne pieśni, wrzeszczeli, gwizdali i dzwonili, gdy "papież" wygłaszał swe błogosławieństwo prostackimi rymami. Na jego wezwanie, by podążali za nim pod karą sprania zadków, wszyscy śpiesznie ruszali paradą przez miasto, ciągnąc w wózku "dominusa", który rozdawał fałszywe odpusty, a postępujący za nim tłum gwizdał, chichotał, naigrawał się i czynił nieprzystojne gesty. Doprowadzali widzów do śmiechu "sprośnymi przedstawieniami" i parodiowaniem kaznodziejów, odprawiając grubiańskie nabożeństwa. Nadzy mężczyźni ciągnęli wózki z gnojem i obrzucali nim motłoch. Pijackie ekscesy i tańce towarzyszyły całej tej procesji. Wszystko to było farsą składającą się z rytuałów aż do znudzenia wszystkim znanych, a często pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia. Działo się tak wskutek wypuszczenia na swobodę "prostego gbura odzianego w sutannę".

W życiu codziennym Kościół uznawany był za pocieszyciela, protektora, lekarza. Maria Dziewica i święci patronowie przybywali z pomocą w biedzie, chronili przed złem i wrogami czyhającymi na drodze każdego człowieka. Cechy, gildie, miasta i zawody miały swoich świętych patronów, podobnie jak pojedynczy człowiek. Łucznicy i kusznicy mieli świętego Sebastiana, męczennika przebitego strzałami; piekarze - świętego Honoriusza, na którego szarfie widniała srebrna łopata piekarska i trzy bochenki w czerwieni; żeglarze - świętego Mikołaja, który z toni morskiej uratował troje dziatek; podróżnicy - świętego Krzysztofa niosącego na ramieniu Dzieciątko Jezus; bractwa miłosierdzia obierały sobie zazwyczaj na patrona świętego Marcina, który niegdyś oddał biedakowi połowę swej szaty; niezamężne dziewczęta czciły świętą Katarzynę, która podobno była niezwykle piękna. Święty patron towarzyszył stale, przez całe życie, leczył rany, koił cierpienia, a w przypadkach szczególnych mógł także czynić cuda. Jego wizerunek obnoszono na chorągwiach podczas procesji, rzeźbiono go nad wejściami do ratuszów i kaplic, a także umieszczano w formie medalionów na kapeluszach imiennika.

Nad wszystkimi świętymi górowała Maria Panna, zawsze miłosierna, zawsze pełna wyrozumiałości dla ludzkich słabości, niezwracająca uwagi na prawa i sędziów, gotowa każdemu pomóc w potrzebie; w świecie pełnym niesprawiedliwości, krzywd i niepotrzebnych cierpień była jedyną orędowniczką, na której nie można się było zawieść. Oswobadzała więźniów z lochów, przywracała do życia ginących z głodu, podając im mleko z własnych piersi. Pewnego razu wieśniaczka przywiodła do Kościoła św. Dionizego swego syna, oślepłego od tkwiącego w oku ciernia, i uklęknąwszy przed Najświętszą Panienką, odmówiła "Ave Maria" oraz uczyniła nad główką dziecka znak krzyża świętą relikwią - paznokciem Zbawcy. Wówczas, jak opowiada kronikarz, "w mgnieniu oka cierń sam się wysunął, zapalenie oka znikło, i matka z radością powróciła do domu ze swym synem, który przestał być ślepy".

Taki sam dostęp do niej miał najbardziej nawet zatwardziały zbrodniarz. Niezależnie od rodzaju popełnionej zbrodni, nawet w sytuacji, kiedy wszyscy odwrócili się od niego, nie mógł być odepchnięty przez Marię Dziewicę. W cyklu widowisk ludowych, odgrywanych w miastach pod nazwą Miracles de Notre Dame, Najświętsza Panienka wybawiała każdego złoczyńcę, który ze skruchą wyciągał do niej ręce. Przedstawiano na przykład, jak to kobieta, oskarżona o kazirodztwo popełnione ze swym zięciem, wynajęła dwóch ludzi, by go skrycie zamordowali. Zbrodnia wyszła na jaw i za to właśnie winna ma spłonąć na już rozpalonym stosie. Modli się do Przenajświętszej Panienki, a ta zaraz się zjawia i za jej przyczyną ogień na stosie wygasa. Stróże praw, widząc na własne oczy cud, uwalniają skazaną kobietę, ta zaś, po rozdaniu swych dóbr i pieniędzy ubogim, zamyka się w klasztorze. Tym, co się liczyło, był akt wiary wyznany w formie modlitwy. Kościół dawał przebaczenie, lecz nie wymierzał sprawiedliwości.

Kościół dawał coś więcej niż pociechę, dawał gotowe rozwiązania problemów. Przez prawie tysiąc lat był on centralną instytucją, która określała sens i cel życia na przewrotnym świecie. Zaręczał, że ludzkie życie na ziemi jest jedynie chwilową tułaczką na drodze prowadzącej do Boga i do Nowej Jerozolimy, "naszego drugiego domu". Życie jest niczym więcej - pisał Petrarka do swego brata - jak tylko "ciężką i pełną trudu wędrówką do wiekuistego domu, którego stale szukamy, lub też, jeżeli zaniechamy starań o nasze zbawienie, jest podobną, acz pozbawioną radości, drogą do wiecznej śmierci". Tym, co ofiarowywał Kościół, było zbawienie, a można je było osiągnąć tylko poprzez uczestnictwo w obrzędach jedynie prawdziwego, uznanego Kościoła, a także za przyzwoleniem i przy pomocy wyświęconych przez niego księży. Extra ecclesiam nulla salus (nie ma zbawienia poza Kościołem) - brzmiała powszechna reguła.

Przeciwieństwem zbawienia było piekło i wiekuiste męki, w tamtych czasach przedstawiane w sztuce w sposób niezwykle realistyczny. Potępieńcy wisieli w piekle przymocowani językami do płonących drzew, zatwardziali grzesznicy piekli się w piecach, niedowiarkowie dusili w cuchnącym dymie. Niegodziwcy wpadali w otchłań czarnych wód, gdzie tonęli na głębokości odpowiadającej rozmiarowi ich grzechów; nierządnicy woda sięgała dziurek od nosa, prześladowcom bliźnich - aż po brwi. Niektórych połykały monstrualne ryby, innych zagryzały demony, dręczyły węże, ogień albo lód, bądź też kusiły zwisające nad nimi owoce, których zgłodniali nie mogli dosięgnąć. Ludzie w piekle byli nadzy, bezimienni i zapomniani. Nic więc dziwnego, że zbawienie było sprawą istotną, a dzień Sądu Ostatecznego w każdym umyśle wszechobecny - wyryty nad wrotami każdej katedry dla żywej pamięci wiernych, ukazywał licznych grzeszników spętanych i prowadzonych przez diabły do buchających ogniem kotłów; znacznie mniejszą liczbę do niebiańskiej szczęśliwości wiodły anioły w przeciwnym kierunku.

W wiekach średnich nikt nie wątpił, że ogromna większość będzie wieczyście potępiona. Salvandorum paucitas, damnandorum multitudo (niewielu zbawionych, wielu potępionych) - było niewzruszoną zasadą od czasów Augustyna do Tomasza z Akwinu. Noe i jego rodzina stanowili ilustrację, jak nikły bywa procent zbawionych, zazwyczaj szacowany jako jeden na tysiąc, a nawet jako jeden na dziesięć tysięcy. Niezależnie od tego, jak niewielu mogło być wybranych, nadzieję Kościół ofiarowywał wszystkim. Zbawienia nie mogli dostąpić ci wszyscy, którzy nie wierzyli w Chrystusa. Mogli jednak na to liczyć podli grzesznicy, gdyż grzechy stanowiły nieodłączną część ludzkiego życia i można było uzyskać ich odpuszczenie tylekroć, ilekroć to było konieczne, poprzez sakrament pokuty i rozgrzeszenie. "Przyjdźcie do mnie, zwróćcie się do mnie, choćby bardzo były grzeszne dusze wasze - wołał kaznodzieja, zwolennik Wyclifa - gdyż Bóg zna nieprawość każdego, a nie opuści go. Tak więc zwróćcie się do mnie, powiedział Pan, a ja was przyjmę i udzielę wam mej łaski".

Kościół przydawał życiu godności i znaczenia, a tego nie było zbyt wiele na świecie. Był źródłem piękna objawionego w sztuce, do którego wszyscy mieli dostęp i które wielu pomagało tworzyć. Rzeźbienie kamiennych fałd szaty apostoła; naklejanie z nieskończoną cierpliwością maleńkich kamyczków mozaiki, tak aby z nich powstał wizerunek uskrzydlonych aniołów w niebiańskim chórze; przystanięcie w strzelającej w górę nawie katedry, pośród kolumn sięgających, zdawało się, w nieskończoność, do niemal niewidocznego sklepienia - uświadamiało, że jest to dzieło ludzkie wzniesione ku Bożej chwale; uczucia te dodawały dumy najnędzniejszym i czyniły najbardziej pośledniego człowieka artystą.

Kościół, a nie władza świecka, patronował opiece nad bezradnymi członkami społeczeństwa - biednymi i chorymi, sierotami i kalekami, trędowatymi, ślepymi i niedorozwiniętymi - wpajając osobom świeckim przekonanie, że przez udzielanie jałmużny zyskują sobie zasługę i oparcie dla własnych stóp na progu niebios. Impuls dla opartego na takiej zasadzie chrześcijańskiego miłosierdzia był co prawda egoistyczny, ale skuteczny. Szlachta codziennie wspierała jałmużną wszystkich przybywających do bram zamkowych, rozdając pieniądze i resztki z pańskich stołów. Ze wszystkich stron płynęły donacje na rzecz szpitali, najchętniej wznoszonych pomników chrześcijańskiego miłosierdzia. Kupcy kupowali sobie spokój sumienia, zagrożony prowadzeniem zyskownych interesów z niechrześcijańskimi kontrahentami, przeznaczając stały procent płynących stąd dochodów na cele dobroczynne. Sumy te były zapisywane w księgach handlowych na rachunek oznaczony jako konto Pana Boga, będącego wszakże reprezentantem biedaków. Chrześcijańskim obowiązkiem dającym szczególną zasługę wobec Boga było składanie się na posag dla biednych dziewcząt, aby mogły wyjść za mąż. Tak na przykład postąpił pewien możnowładca z Gaskonii w XIV wieku, który zapisał w testamencie 100 liwrów "tym dziewkom, które pozbawiłem dziewictwa, jeżeli będzie je można odnaleźć".

Korporacje przejmowały na siebie zobowiązanie udzielania pomocy biedakom, traktując to jako powinność religijną. Cechy rzemieślnicze zamieszczały w swych statusach przepis obligujący członków do odkładania od każdej umowy sprzedaży lub kupna na rzecz dobroczynności jednego pensa, który nazywano "Bożym groszem". Świeckie rady parafialne nadzorowały utrzymywanie "stołów dla biednych" oraz banków gospodarujących składanymi jałmużnami. W dni świąteczne zapraszano zazwyczaj do wspólnego stołu dwunastu nędzarzy, a w Wielki Czwartek, tak jak Chrystus, burmistrz oraz radni miejscy obmywali biednym nogi. Gdy aktu tego dokonywał święty Ludwik, jego stały towarzysz i biograf sire de Joinville odmówił uczestnictwa w obrzędzie, oświadczając, że zachoruje, jeżeli dotknie stóp takich chamów. Nie każdemu łatwo przychodziło miłować ubogich.

W porównaniu z ogółem duchowieństwo nie było zapewne bardziej nieprzyzwoite, chciwe lub niespolegliwe od innych ludzi, ale ponieważ w samym założeniu miało być lepsze i bliższe Bogu od pozostałych, jego słabostki ściągały więcej uwagi. Choć Klemens VI kochał zbytek, był także hojny dla innych i miał dobre serce. Proboszcz w gromadzie kanterberyjskich pielgrzymów jest opisany jako dobroduszny i godny szacunku; w przeciwieństwie do odpychającego Przekupnia odpustów gotów jest zawsze odwiedzać pieszo nawet najbardziej oddalone i najbiedniejsze domostwa parafii, nie zważając na burze i deszcze.

Lud przykładnie wieść do nieba

Było całym celem jego!

A mimo to dały się zaobserwować przejawy niezadowolenia z duchowieństwa. Poborców podatków papieskich atakowano i bito, nawet biskupi nie zawsze bywali bezpieczni. W roku 1326, w wystąpieniach antyklerykalnych o dużej sile, londyński tłum ściął głowę swemu biskupowi, a jego nagie ciało porzucił na ulicy. W roku 1338 dwaj "rektorzy Kościoła" dołączyli do pary rycerzy "wraz z wielkim tłumem wieśniaków" i wspólnie zaatakowali biskupa Konstancji: ciężko poranili wielu z jego świty, a jego samego uwięzili. Nawet wśród zakonników niezadowolenie przybrało poważne formy. We Włoszech wyłoniła się z zakonu świętego Franciszka sekta zwana Fraticelli. Był to jeszcze jeden z tych ruchów głoszących pochwałę ubóstwa, które okresowo wstrząsały fundamentami Kościoła, zagrażając pozbawieniem go spływających zewsząd zapisów. Fraticelli lub inaczej Franciszkanie Natchnieni twierdzili, że Chrystus nie posiadał niczego własnego, i głosili konieczność powrotu do tego stanu jako jedynego prawdziwego sposobu "naśladowania Chrystusa".

Ruchy ideowe propagujące ubóstwo wyrastały z samej istoty doktryny chrześcijańskiej: wyrzeczenia się dóbr materialnych - idei, która w efekcie wprowadziła cezurę między epoką starożytną a nowożytną. Idea ta głosiła, że jedynym dobrem jest Bóg, życie zaś na ziemi marnością; świat jest nieuleczalnie zły, a osiągnięcie świętości możliwe jedynie przez wyrzeczenie się ziemskich rozkoszy, dóbr i honorów. Aby uzyskać zwycięstwo nad przywarami ciała, wprowadzono posty i celibat, które chociaż pozbawiały przyjemności doczesnego świata, to jednak obiecywały w zamian nagrodę w żywocie wiecznym. Pieniądze były złem, piękno - próżnością, jedno zaś i drugie przemijało. Ambicja - pychą, pragnienie zysku - chciwością, pożądanie cielesne - nieczystą chucią, pragnienie honorów, a nawet wiedzy i piękna - chełpliwością. Były one grzeszne w takim stopniu, w jakim odwodziły człowieka od poszukiwania życia duchowego. Ideałem chrześcijaństwa była asceza, negacja potrzeb zmysłowych człowieka. W rezultacie - pod presją Kościoła - życie stało się nieustanną walką ze zmysłami i stałym nurzaniem się w niezwalczonym grzechu, co z kolei wywoływało dojmującą potrzebę uzyskania przebaczenia.

Powstawały wciąż nowe, mistyczne sekty, głoszące konieczność wyrzeczenia się marności doczesnego świata i zbliżenia do Boga przez przecięcie wszelkich łańcuchów wiążących ze sprawami ziemskimi w postaci posiadania dóbr doczesnych. Jedyną możliwą reakcją Kościoła rozsiadłego na własnych ziemiach i budynkach było głoszenie, że są to sekty heretyckie. Uparte obstawanie Braciszków przy absolutnym ubóstwie na wzór Chrystusa i jego dwunastu apostołów było niezwykle niepożądanym zjawiskiem dla papiestwa w Awinionie. Potępiło ono ich doktrynę w roku 1315 jako "fałszywą i zgubną" herezję, a gdy to nie pomogło i Fraticelli nie zaprzestali głoszenia swej nauki, ekskomunikowano ich wraz z podobnymi do nich sektami, rzucając kilkakrotnie klątwy w następnym dziesięcioleciu. Dwudziestu siedmiu członków szczególnie upartej grupy Natchnionych Franciszkanów z Prowansji sądziła Inkwizycja, a czterech z nich spalono na stosie w Marsylii w roku 1318.

Dochodziło także do gwałtownych sprzeciwów świeckich wobec papieskiej supremacji; atak skierowano głównie na papieskie prawo koronowania cesarza, sformułowano także cały wykaz roszczeń państwa wobec Kościoła. Papież usiłował ekskomunikować tego świeckiego ducha w osobie jego najbardziej śmiałego głosiciela, Marsyliusza z Padwy, którego dzieło Defensor Pacis, wydane w 1324 roku, głosiło stanowczo tezę o supremacji państwa. Dwa lata później logiczne następstwo tej walki doprowadziło Jana XXII do decyzji ekskomunikowania Williama Ockhama, angielskiego franciszkanina, znanego ze swych druzgocących argumentów w dyskusjach i obdarzonego przydomkiem "Niezwyciężony Doktor". Wykładając filozofię zwaną nominalizmem, Ockham uchylił niebezpieczną furtkę do właściwej, choć dopiero intuicyjnej wiedzy o świecie materialnym. W pewnym sensie był on głosicielem wolności myśli, papież zaś szybko pojął mogące wyniknąć z tego implikacje i rzucił na niego klątwę. W odpowiedzi na ekskomunikę Ockham natychmiast oskarżył Jana XXII o siedemdziesiąt doktrynalnych błędów i siedem herezji.

W ludzkim zmyśle ekonomicznym świecki duch, mimo że nie zagrażał Kościołowi, funkcjonował w absolutnej sprzeczności z jego naukami. Choć w tym czasie profesja kapitalisty zajmującego się obrotem pieniędzmi zajmowała już pozycję dyktującą, to samo istnienie bankierów było pogwałceniem chrześcijańskich zasad dotyczących handlu, Kościół więc aktywnie ich zwalczał. Reguły te zakładały, że pieniądz jest złem, a według świętego Augustyna także "wszelki interes jest sam w sobie złem", że zysk, przewyższający niezbędne minimum utrzymania sprzedawcy, jest chciwością, że uzyskiwanie pieniędzy jedynie z pieniędzy, poprzez pobieranie procentów od udzielonych pożyczek - jest grzechem lichwy, że zakup towarów hurtem i późniejsza ich odsprzedaż w niezmienionej postaci, ale po wyższej cenie detalicznej jest rzeczą niemoralną i jako taka przez prawo kanoniczne potępioną. Krótko mówiąc, maksyma świętego Hieronima rozstrzyga sprawę ostatecznie: "Człowiek, który jest kupcem, rzadko - jeśli w ogóle - może podobać się Bogu" (Homo mercator vix aut numquam potest Deo placere).

Wynikało z tego, że bankier, kupiec i przedsiębiorca żyją na co dzień w grzechu i stałej kolizji z kodeksem moralnym, skupiającym całą uwagę na "sprawiedliwej ocenie". Kodeks opierał się na założeniu, że wrodzone umiejętności powinny dostarczyć każdemu człowiekowi środków do życia, a zarazem przynieść odpowiedni zysk ogółowi, lecz nic ponadto. Ceny należało ustanawiać na "sprawiedliwym" poziomie, co oznaczało dodanie ceny pracy do ceny surowca. Aby nikt nie mógł osiągnąć przewagi nad kimkolwiek innym, prawa handlowe zabraniały wprowadzania innowacji w narzędziach i technologiach wytwarzania, sprzedaży towarów poniżej ustalonych cen, pracy przy sztucznym świetle po zapadnięciu zmroku, zatrudniania nadliczbowych uczniów, własnej żony lub nieletnich dzieci oraz reklamowania swoich towarów czy wychwalania ich ze szkodą dla innych. Wszystko to, jako prowadzące do trwałego ograniczenia inicjatywy, okazywało się przeciwieństwem kapitalistycznej przedsiębiorczości. Było też zaprzeczeniem wrodzonego zmysłu ekonomicznego człowieka, a w rezultacie zasady te gwałcono nawet powszechniej niż nakazy opanowania popędów zmysłowych.

Żadna dziedzina gospodarki nie była tak tępiona, jak inwestowanie pieniędzy i pożyczanie ich na procent, co stanowiło oczywiście podstawę rozwijającej się gospodarki kapitalistycznej Zachodu i tworzenia się prywatnych fortun - a to przecież opierało się na grzechu lichwy. Nic bardziej nie trapiło średniowiecznych umysłów, nie budziło duchowych konfliktów i nie wymykało się ostatecznemu rozstrzygnięciu, nic nie stwarzało aż takich powikłań wśród niedających się pogodzić zasad - jak teoria lichwy. Społeczeństwo potrzebowało zinstytucjonalizowanego sposobu pożyczania pieniędzy, tego jednak doktryna chrześcijańska zabraniała. Wynikała stąd niedająca się pogodzić sprzeczność, lecz doktryna była tak elastyczna, że "nawet mądrzy ludzie" nie byli pewni jej postanowień. Dla celów praktycznych nie uznano za lichwę pobieranie procentów w ogóle, lecz pobieranie ich w wysokości wyższej, niż to było w zwyczaju. Toteż pożyczanie pieniędzy, jako konieczną, lecz brudną robotę na rzecz społeczeństwa, pozostawiono Żydom, a gdyby ich nie było, należałoby ich wymyślić. Podczas gdy teologowie i znawcy prawa kanonicznego bez końca dysputowali i bezskutecznie starali się zdecydować, czy stopa procentowa w wysokości 10, 12,5 czy 15 lub 20 może być obyczajna, bankierzy nie zaprzestawali pożyczania i inwestowania pieniędzy na taki procent, jaki im umożliwiała konkretna sytuacja.

Kupcy regularnie płacili kary za naruszenie któregokolwiek z praw regulujących ich działalność, ale nadal postępowali tak samo jak przedtem. Bogactwa Wenecji i Genui, wbrew papieskiemu zakazowi, powstały z handlu z niewiernymi z Syrii i Egiptu. Jeszcze przed XIV wiekiem mówiono, że ludzie "nie potrafią wyobrazić sobie kupieckiej szkatuły bez diabła przycupniętego na jej wieczku". Czy kupiec także widział diabła, gdy liczył monety, i czy żył z poczuciem winy, trudno stwierdzić. Francisco Datini, kupiec z Prato, był - sądząc z jego listów - człowiekiem głęboko zatroskanym, lecz jego udrękę powodowała raczej obawa przed stratami w handlu niż lęk przed Bogiem. Niewątpliwie kupiec zdołał pogodzić swe chrześcijaństwo z własnym interesem, gdyż na jego księgach handlowych widniało motto: "W imię Boga i Zysku".

Podział na bogatych i biednych stawał się coraz bardziej ostry. Ci, którzy mieli w swych rękach surowce i narzędzia produkcji, mogli obniżać stawki płac, stosując klasyczną formę wyzysku. Wówczas to biedak zaczął dostrzegać w nich swoich nieprzyjaciół; już nie protektorów, lecz wyzyskiwaczy, spekulantów; widział w nich biblijnego bogacza skazanego na ogień piekielny lub wilka, siebie zaś uważał za owieczkę. Biedota miała stałe poczucie krzywdy, a nie znajdując na nie lekarstwa, wyzwalała w sobie ducha buntu.

Średniowieczna teoria głosiła, że gdy pojawiał się ucisk, pan lub władca powinien reagować na skargi, zarządzając dochodzenie i wprowadzając niezbędne reformy, aby zapewnić równomierne rozłożenie podatków, zarówno na biednych, jak i bogatych. Lecz teoria ta odpowiadała rzeczywistości w niewiększym stopniu niż inne średniowieczne ideały i z tego powodu w latach 1280-1283 "miały miejsce akty przemocy - pisał Filip de Beaumanoir - ponieważ biedak nie ma ochoty cierpieć, lecz sam nie wie, jak może dochodzić swych praw inaczej niż buntując się i ustanawiając je samemu". Zakładali stowarzyszenia - ciągnął dalej - aby odmawiać pracy "za tak niską zapłatę jak poprzednio, a podnieść jej cenę według własnej woli", a także zadawać "pewne cierpienia i pokarania" tym, którzy się do nich nie przyłączą. To zaś wydawało mu się czynem straszliwym, godzącym we wspólne dobro, "gdyż interes powszechny nie może ponosić uszczerbku na skutek przerywania pracy". Orędował za tym, by dopuszczających się takich czynów aresztować i długo przetrzymywać w więzieniu, a następnie obkładać grzywną w wysokości 60 sous, co stanowiło tradycyjną karę za naruszenie "powszechnego spokoju".

Najbardziej uporczywy ferment uwidaczniał się wśród tkaczy i sukienników we Flandrii, gdzie ekspansja ekonomiczna była najbardziej intensywna. Przemysł tekstylny miał w wiekach średnich rangę dzisiejszego przemysłu samochodowego i właśnie Flandria była wylęgarnią napięć i antagonizmów rodzących się w społeczności miejskiej wskutek rozwoju kapitalizmu.

Niegdyś zjednoczone we wspólnym cechu bractwo mistrzów, wyrobników i uczniów rozpadło się na przedsiębiorców i robotników najemnych, rozdzielonych klasową nienawiścią. Cechy przekształciły się teraz w korporacje rządzone przez pracodawców, w tych zaś pracownicy nie mieli głosu. Potentaci, którzy wżeniali się w szlachtę i dokupowali do już posiadanych nieruchomości miejskich także dobra ziemskie, przekształcali się w klasę patrycjuszy, dzierżących władzę w miastach i manipulujących nią tak, jak im dyktował ich własny interes. Wznosili kościoły i szpitale, budowali wielkie hale targowe - sukiennice, brukowali ulice i tworzyli systemy kanalizacyjne. Lecz największą część wydatków miejskich pokrywali z podatków od sprzedaży wina, piwa, torfu i zboża, a to najbardziej obciążało miejską biedotę. Bogaci mieszczanie wzajemnie popierali się w rządzących klikach, tak jak to miało miejsce z grupą Trzydziestu Dziewięciu notabli z Gandawy. Byli oni nominowani dożywotnio, a sprawowali władzę na zasadzie corocznej rotacji trzeciej części, składającej się z Trzynastu. Podobnie też było z dwunastoma stróżami praw w Arras, wymieniającymi się co cztery miesiące, lub też z oligarchią Stu Parów w Rouen, którzy corocznie wyznaczali burmistrza i skład Rady Miejskiej. Niższe warstwy mieszczańskie, również zbijające fortunę, mogły się czasem przebić przez taki monopol, natomiast pogardzani rzemieślnicy, przezywani "brudnymi paznokciami" i stale zagrożeni bezrobociem, nie mieli żadnych praw politycznych.

Pomimo krzyków protestu przeciwko niektórym formom średniowiecznego bytowania życie, ogólnie rzecz biorąc, było zupełnie znośne, jako że wiedziono je w rozlicznych ugrupowaniach, zakonach, stowarzyszeniach i bractwach. Człowiek nigdy nie bywał pozostawiony samemu sobie. Nawet małżeństwa dzieliły izby sypialne ze swymi sługami i dziećmi. Z wyjątkiem pustelników i odludków intymność życia była czymś nieznanym.

Tak jak szlachta miała swoje zakony rycerskie, tak też i prości ludzie mieli swoje konfraternie, czyli bractwa, grupujące członków danego zawodu lub współmieszkańców wiosek. Bractwa udzielały pomocy i wspierały w razie trudności życiowych. Grupy liczące zazwyczaj od dwudziestu do stu członków stowarzyszały się zarówno dla pełnienia aktów miłosierdzia i opieki społecznej, jak też dla rozrywki, a także w celu przestrzegania reguł religijnych w życiu świeckim. Towarzyszyły więc członkowi bractwa do bram miasta, gdy udawał się na pielgrzymkę, i kroczyły w kondukcie żałobnym za jego trumną. Jeżeli został skazany na śmierć - koledzy z bractwa szli za nim aż do podestu szafotu. W wypadku utonięcia, jak to zdarzyło się pewnego razu w Bordeaux - przez trzy dni szukali jego ciała w Garonnie. Jeżeli umarł, będąc niewypłacalnym - stowarzyszenie przygotowywało mu całun, pokrywało koszty pogrzebu i zapewniało opiekę wdowie i dzieciom. Paryscy kuśnierze wypłacali choremu członkowi swego bractwa po trzy sous tygodniowo aż do chwili wyzdrowienia. Fundusze stowarzyszenia pochodziły ze składek pobieranych w wysokości proporcjonalnej do dochodu, wpłacanych tygodniowo, miesięcznie lub kwartalnie.

Bractwa wystawiały na scenie misteria religijne, zapewniały muzykę, aktorów i statystów. Organizowały zawody, imprezy sportowe i gry towarzyskie, rozdzielały nagrody, a na specjalne okazje zapraszały kaznodziejów lub oratorów. W dni świąteczne, po obsypaniu ulic kwiatami, konfraternie brały udział w procesji, maszerując w grupach ubranych w im właściwe, wyróżniające się kolorami stroje, poprzedzanych chorągwiami i niesioną statuą lub obrazem ich świętego patrona. Członków wiązały obrzędy i przysięga; w niektórych bractwach dla uniemożliwienia rozpoznania poszczególnych ludzi noszono maski, dzięki czemu wszyscy w grupie stawali się sobie równi.

Confréries fundowały kościołom witraże lub zamawiały malowidła ścienne, stalle dla chóru lub iluminowane księgi; dawało to ich członkom poczucie dumy, że, podobnie jak szlachta i magnateria, są patronami sztuki. Dzięki stowarzyszeniu mogli pozyskać zasługi jako dobroczyńcy, przejmując opiekę nad szpitalami, rozdając jałmużnę i jadło ubogim albo otaczając ich szczególną opieką; stąd też paryscy kupcy korzenni wspomagali ślepych, a sukiennicy udzielali pomocy osadzonym w miejskim więzieniu. Confréries ułatwiały towarzyskie zżycie się swych członków, co dostarczało okazji do radosnego bratania się bądź sprzeczek, jako że są to nieodłączne atrybuty życia zbiorowego.

W roku 1320 nędza biedoty wiejskiej w następstwie kolejnych klęsk głodowych doprowadziła do narodzin dziwnego, histerycznego, masowego ruchu, zwanego Pastoureaux, czyli Pastuszkowie, gdyż rozpoczęli go właśnie pasterze. Mimo iż znajdowali się oni w nieco lepszym położeniu niż biedota miejska, uważali, że są przez możnych szczególnie wyzyskiwani, dlatego też wytrwale zwalczali zakusy swych panów, usiłujących tym czy innym sposobem pozbawić ich wytworów własnej pracy i wymusić od nich coraz więcej świadczeń. Przeglądając wstecz akta spraw w sądach dworskich aż po rok 1250, można zobaczyć chłopów oskarżonych o działanie w sposób z góry ukartowany, zbiorowo i świadomie odmawiających zaorywania pańskich pól, młócenia dworskiego zboża, przewracania siana lub też mielenia ziarna w pańskich młynach. Rok po roku, pomimo grzywien i kar, stawiali oni opór panom, odmawiali pańszczyzny, samowolnie i bez pańskiej zgody rozporządzali swą ziemią, przyłączali się do band, by zaatakować urzędników królewskich lub wyswobodzić sąsiada z dybów.

Prześladowanie chłopów przez właścicieli ziemskich dręczyło ówczesne sumienia i wywoływało przestrogi. "O, wy, szlachetni panowie, jesteście jak żerujące wilki - pisał Jacques de Vitry, trzynastowieczny autor kazań i moralitetów. - Dlatego tacy jak wy będą wyli w piekle [...] tacy, którzy wyzuwają ze wszystkiego własnych poddanych i żyją z krwi i potu biedaka". Wszystko, co chłop zbierze w ciągu roku, "rycerz bądź szlachcic zeżre przez godzinę". Nakłada on bezpodstawne i nadmierne daniny oraz wymusza ich ściąganie. De Vitry ostrzegał możnych tego świata, by nie szydzili z ludzi niskiego stanu i nie prowokowali ich gniewu, gdyż "jeśli mogą nam pomagać, to mogą też zaszkodzić. Wiecie, że wielu poddanych chłopów zabiło swych panów albo spaliło ich domy".

Krążąca w czasach głodu przepowiednia głosiła, że biedak powstanie przeciw możnemu, obali Kościół oraz jakąś nieokreśloną, potężną monarchię, a po wielkim rozlewie krwi zaświta nowa era jedności pod jednym krzyżem. Przepowiednię łączono z różnymi plotkami o przygotowywanej nowej wyprawie krzyżowej, co było tematem kazań dla biedoty, wygłaszanych przez pewnego mnicha odszczepieńca oraz księdza pozbawionego prawa noszenia sutanny. Przepowiednia ta "nagle i niespodziewanie jak burza" poderwała chłopów i bezrolną biedotę do marszu na południe, w kierunku wyimaginowanego miejsca zaokrętowania na statki wyruszające jakoby do Ziemi Świętej. Zagarniając po drodze dalszych ochotników i broń, chłopi brali szturmem zamki i klasztory, palili ratusze i księgi podatkowe, otwierali więzienia, a po dotarciu na południe rzucili się na Żydów.

Zadłużanie się chłopów u Żydów z tytułu zaciąganych pożyczek na przetrwanie złych czasów lub na zakup narzędzi czy pługa trwało już od dawna. Chłopi sądzili, że długi te zostały anulowane po wypędzeniu Żydów w roku 1306 przez Filipa Pięknego. Lecz jego syn, Ludwik X, sprowadził Żydów z powrotem, pod warunkiem że z długów, które odzyskają, oddadzą mu dwie trzecie. Rozjątrzając stare urazy, sprowokował przez to Pastoureaux, entuzjastycznie wspomaganych przez ludność, do dokonania rzezi na niemal wszystkich Żydach od Bordeaux po Albi. Pomimo królewskich nakazów, by ochraniać Żydów, miejscowe władze nie potrafiły powstrzymać tych napaści, a nawet w niektórych przypadkach same w nich uczestniczyły.

To, że Żydzi są niegodziwi, stanowiło przekonanie tak głęboko wpojone przez Kościół, iż nawet najbardziej pobożne osoby były nieprzejednane w swej antypatii, niemniejszej niż ta, jaką przejawiał święty Ludwik. Obiektem nienawiści Pastoureaux stali się także trędowaci; panowało przekonanie, że zawarli oni z Żydami zbrodnicze porozumienie, którego celem było zatruwanie studni. Prześladowanie trędowatych zostało zresztą oficjalnie usankcjonowane królewskim dekretem w 1321 roku.

Zagrażając Awinionowi, atakując księży, grożąc Kościołowi zaborem dóbr, Pastoureaux wywołali powszechny strach przed powstaniem, strach, który na widok gromadzącego się tłumu w każdej epoce mrozi krew w żyłach uprzywilejowanych. Pastuszkowie zostali więc ekskomunikowani przez papieża Jana XXII. Ostateczne zgniecenie ruchu nastąpiło po wydaniu zakazu zaopatrywania ich w żywność, pod sankcją kary śmierci, oraz po użyciu przeciw nim siły zbrojnej. To wystarczyło, żeby powstanie Pastoureaux zakończyło się podobnie jak każdy wcześniejszy lub późniejszy bunt biedoty w średniowieczu - ciałami wisielców na drzewach.

Nic tak nie przyczyniło się do pogłębienia nieszczęść tego wieku jak trwająca stale dysproporcja między wzrostem zakresu działania państwa a zasobami na sfinansowanie wypływających stąd potrzeb. W sytuacji gdy stopniowo zwiększała się centralizacja władzy, system podatkowy nadal opierał się na zasadzie, że podatki stanowią środek wyjątkowy, wymagający zgody stanów. Filip Piękny, po wyczerpaniu wszystkich możliwych źródeł zdobycia pieniędzy, w roku 1307 zwrócił uwagę na templariuszy, co w konsekwencji stało się najbardziej sensacyjnym epizodem jego panowania. Skutkiem tych działań - w co współcześni wierzyli - była klątwa rzucona na cały kraj. A to, w co ludzie wierzą w swych czasach, przekształca się w czynnik determinujący ich historię.

Żaden upadek nie miał stać się tak całkowity i spektakularny jak ten, który przydarzył się temu aroganckiemu zakonowi rycerskiemu. Utworzony podczas wypraw krzyżowych, by stać się zbrojnym ramieniem Kościoła w obronie Ziemi Świętej, zakon templariuszy, wierny początkowo ideałom ascezy i ubóstwa, doszedł rychło do przeogromnych bogactw i stworzył międzynarodową pajęczą sieć władzy, działającą ponad i poza normalnymi więzami podległości. Od samego początku zwolnieni od podatków templariusze zgromadzili bogactwa, działając jako bankierzy Stolicy Apostolskiej oraz udzielając pożyczek pieniężnych z niższą stopą procentową niż bankierzy lombardzcy i Żydzi. Nie byli znani z działalności dobroczynnej ani też, w przeciwieństwie do rycerskiego zakonu Świętego Jana - nie wspomagali szpitali. We Francji zgromadzili 2000 członków i największy w północnej Europie skarbiec; za kwaterę główną obrali sobie Temple, groźną fortecę w Paryżu.

Nie tylko pieniądze templariuszy, lecz samo istnienie faktycznie autonomicznej enklawy aż kusiło, by ich zniszczyć. Złowróżbna reputacja, wyrosła z tajemniczych obrządków, dostarczyła do tego pretekstu. Nagłym atakiem, podobnym do skoku tygrysa, Filip siłą zagarnął Temple i tej samej nocy aresztował wszystkich templariuszy we Francji. Dla usprawiedliwienia konfiskaty własności zakonu oskarżył ich o herezję. Na poparcie tego oskarżyciele królewscy wywlekli na światło dzienne wszelkie ponure zabobony i przerażające obrazy czarów oraz kultu diabła, które głęboko wryły się w średniowieczną mentalność. Przez przekupionych świadków oskarżono templariuszy o bestialstwo, oddawanie czci bożkom, wyparcie się sakramentów, zaprzedanie dusz diabłu i adorowanie go w postaci ogromnego kota, homoseksualizm i sodomię, a także odbywanie stosunków z demonami męskimi i żeńskimi, domaganie się od osób wtajemniczonych odrzucenia Boga, Chrystusa i Świętej Dziewicy, o deptanie krzyża, trzykrotne opluwanie i oddawanie nań moczu, dawanie "sromotnego pocałunku" przeorowi zakonu - w usta, w penis i w pośladki. Aby zaś dodatkowo uprawdopodobnić te rozliczne praktyki, twierdzono, że pili oni napój sporządzony z prochów zmarłych członków zakonu oraz z popiołów własnych dzieci z nieprawego łoża.

W średniowieczu przyjmowano istnienie czarów, magii i sił nadprzyrodzonych za rzecz oczywistą, lecz sposób, w jaki wykorzystał je Filip podczas trwającego siedem lat dramatu, by udowodnić herezję, nadał im przerażający żywot. W późniejszym okresie oskarżenia o czary stały się powszechną metodą niszczenia przeciwników i ulubionym sposobem Inkwizycji w ściganiu heretyków, szczególnie takich, których majątek wart był konfiskaty. Podczas następnych trzydziestu pięciu lat na tej właśnie podstawie Inkwizycja w Tuluzie i w Carcassonne oskarżyła tysiąc osób, a spaliła sześćset. Francuskie sądownictwo było skorumpowane, wzorzec zaś dla fanatycznego ścigania czarów w ciągu następnych stuleci - na podorędziu.

Filip groźbą zmusił pierwszego awiniońskiego papieża, Klemensa V, by ten zezwolił mu na osądzenie templariuszy. Mając jego zgodę, poddał ich okrutnym torturom, aby wymusić przyznanie się do winy. Średniowieczna sprawiedliwość skrupulatnie przestrzegała prawidłowości przeprowadzania procesu i była szczególnie wyczulona na to, by nie skazywać nikogo bez dowodu winy, lecz cel ten osiągała raczej przez przyznanie się obwinionego niż zgromadzenie przeciw niemu dowodów, samo zaś przyznanie się rutynowo wymuszano przez tortury. Templariuszy, z których wielu było ludźmi w podeszłym wieku, torturowano wyciąganiem stawów, zgniataniem palców śrubą, głodzeniem, wieszaniem z przymocowanymi do kończyn ciężarami, aż te się odrywały, zrywaniem paznokci i wyłamywaniem zębów jeden po drugim, łamaniem klinami kości, trzymaniem stóp nad ogniem. Przy tym co pewien czas stosowano przerwy, podczas których zadawano "pytania", te same każdego dnia, aż do chwili, gdy wymuszono przyznanie się albo zadręczona ofiara umarła. Trzydziestu sześciu templariuszy utraciło życie wskutek takiego traktowania; niektórzy sami je sobie odebrali. Wielki mistrz i stu dwudziestu dwóch innych członków zakonu, złamanych torturami, przyznało się do plucia na krzyż, a także do innych zbrodni, według tekstów włożonych im w usta przez inkwizytorów. "I każdy by się przyznał, nawet że zabił samego Pana Boga, gdyby oni tylko zażądali takiego wyznania" - stwierdził pewien kronikarz.

Proces wlókł się wskutek przedłużającego się sporu co do jurysdykcji pomiędzy papieżem, królem i Inkwizycją, a tymczasem skute kajdanami ofiary, źle odżywiane, wywlekano z dybów i zakuwano tam z powrotem, poddawano ciągnącym się w nieskończoność przesłuchaniom i torturom. Sześćdziesięciu siedmiu, którzy zdobyli się na odwagę, by odwołać swe zeznania, spalono żywcem jako tych, którzy ponownie popadli w herezję. Po bezskutecznych zabiegach Klemensa V zakon templariuszy we Francji, wraz ze wszystkimi jego odgałęzieniami w Anglii, Szkocji, Aragonii, Kastylii, Portugalii, Niemczech i Królestwie Neapolu, został rozwiązany przez sobór w Vienne w latach 1311-1312. Oficjalnie cały majątek zakonu został przekazany zakonowi Kawalerów Szpitalnych pod wezwaniem Świętego Jana, lecz obecność w Vienne Filipa Pięknego, siedzącego po prawicy papieża, wskazywała, że nie wyłączono go z tego układu. Istotnie, później zakon Świętego Jana wypłacił mu ogromną sumę, którą, jak twierdził król, byli mu winni templariusze.

Lecz sprawa nie skończyła się na tym. W marcu 1314 roku wielkiego mistrza templariuszy, który był kiedyś przyjacielem króla i chrzestnym ojcem jego córki, poprowadzono wraz z jego pierwszym zastępcą na szafot, wzniesiony na placu przed katedrą Notre Dame w Paryżu, gdzie miał potwierdzić przyznanie się do winy i przez legatów papieskich zostać skazany na dożywotnie więzienie. Tymczasem wobec szczelnie zalegającego plac tłumu szlachty, duchowieństwa i pospólstwa obaj zgodnie oświadczyli, że są niewinni, zarówno oni sami, jak i cały zakon. W ten sposób król tracił główne uzasadnienie likwidacji zakonu, toteż rozkazał spalić obydwu na stosie. W następnym dniu, gdy stos zapłonął, Jacques de Molay jeszcze raz ogłosił swą niewinność i wykrzyknął, że sam Bóg będzie jego mścicielem. Według przekazów ustnych, które powstały jednak znacznie później, rzucił on przekleństwo na króla i jego potomków aż do trzynastego pokolenia, a w ostatnich ledwie już dosłyszalnych słowach, gdy płonął na rozgorzałym stosie, wezwał Filipa i papieża Klemensa, by w ciągu roku spotkali się z nim na Sądzie Bożym. Istotnie, Klemens zmarł miesiąc później, a siedem miesięcy po nim zginął w kwiecie wieku Filip, mając czterdzieści sześć lat. Śmierć nastąpiła z niejasnej przyczyny, w kilka tygodni po upadku z konia. Legenda o przekleństwie rzuconym przez templariuszy posłużyła, jak to się dzieje z większością legend, do późniejszego wyjaśniania dziwnych zbiegów okoliczności, które następowały po tym wydarzeniu. Symptomy zaobserwowane u Filipa na łożu śmierci zostały dużo później przeanalizowane ponownie i wskazywały na to, że śmierć nastąpiła wskutek wylewu krwi do mózgu. Lecz dla przejętych grozą współczesnych mu ludzi niewątpliwą przyczyną było rzucone przez templariuszy przekleństwo, które w krwawych promieniach zachodzącego słońca uniosło się wraz z dymem stosu ku Bogu.

Jakby przekleństwo rzucone na króla przeniosło się i na jego potomstwo, dynastia Kapetyngów nagle wygasła wskutek dziwnego, trzykrotnie dającego znać o sobie fatum, ciążącego nad synami Filipa Pięknego. Każdy z nich, dziedzicząc tron kolejno jako Ludwik X, Filip V i Karol IV, panował mniej niż sześć lat i każdy umierał w młodym wieku: 27, 28 i 33 lat; żaden też nie pozostawił męskiego potomka, mimo że w sumie mieli sześć żon. Czteroletnia córka najstarszego brata - Joanna, została w dziedzictwie tronu pominięta, gdyż w tym czasie na króla ukoronował się jej stryj jako Filip V. Zwołał on zgromadzenie notabli z trzech stanów oraz Uniwersytetu Paryskiego, ci zaś zgodnie potwierdzili jego roszczenia do korony na mocy sformułowanej przy tej okazji zasady, opartej na starym prawie Franków salickich, że "kobieta nie dziedziczy francuskiego tronu". Tak oto zrodziło się doniosłe prawo, które miało usankcjonować zakaz dziedziczenia tronu przez kobiety, chociaż nigdy przedtem takie ograniczenie nie istniało.

Śmierć ostatniego z trzech braci w roku 1328 pozostawiła sprawę sukcesji otwartą. Doprowadziło to do najdłuższej - jak dotąd - wojny w historii Zachodu. Do tronu kandydowało trzech pretendentów: wnuk oraz dwaj bratankowie Filipa Pięknego. Wnukiem był szesnastoletni Edward III z Anglii, syn Izabeli, córki Filipa Pięknego, która wyszła za mąż za Edwarda II. Powszechnie uważano, że udzieliła ona cichego poparcia swemu kochankowi w zamordowaniu małżonka-króla i że wywierała szkodliwy wpływ na syna. Jej energicznie wysuwane roszczenia do tronu dla Edwarda - jako w linii prostej potomka Filipa - nie spotkały się we Francji z życzliwym przyjęciem nie dlatego, że pochodziły od kobiety, lecz dlatego, że była osobą nielubianą i budzącą lęk, a przede wszystkim ze względu na to, że nikt nie chciał mieć angielskiego króla na francuskim tronie.

Dwaj pozostali pretendenci, synowie rodzonego oraz przyrodniego brata Filipa Pięknego, to Filip Walezjusz i Filip z Évreux. Pierwszy miał trzydzieści pięć lat, był synem wybitnego ojca, człowiekiem dobrze znanym na dworze i wśród wysokich rodów we Francji, toteż łatwo uzyskał poparcie i został zaaprobowany przez książęta i szlachtę Francji jako król, nie napotykając jawnej opozycji. Jako Filip VI rozpoczął linię Walezjuszów. Obaj jego rywale formalnie zaakceptowali ten wybór. Edward przybył osobiście i w dowód hołdu od księstwa Gujenny włożył swe dłonie w ręce Filipa VI. Drugi Filip otrzymał rekompensatę w postaci królestwa Nawarry oraz małżeństwa z pominiętą Joanną.

Filip VI utrzymywał dwór w wielkim stylu, ponieważ jednak nie wychowywano go na przyszłego króla, brakowało mu tego czegoś, co uważa się za cechy monarchy. Sprawiał wrażenie, że nie jest zupełnie pewien swych praw do korony, a to, że współcześni nazywali go le roi trouvé (król-znajda), tak jakby był znaleziony w biblijnym sitowiu, z pewnością nie poprawiało mu samopoczucia. Mógł się też czuć zagrożony ewentualnymi roszczeniami do korony żeńskiej linii rodu. Był zdominowany przez żonę, "złą, kulawą królową" Joannę Burgundzką, kobietę złośliwą, ani kochaną, ani szanowaną, mimo że patronowała artystom i uczonym przybywającym na dwór. Odznaczał się pobożnością, podobnie jak jego pradziad - święty Ludwik, któremu nie dorównywał jednak ani inteligencją, ani siłą woli. Filipa absorbowała całkowicie jedna kwestia: Uszczęśliwiające Widzenie. Chodziło mianowicie o to, czy dusze świętych stają przed obliczem Pana Boga natychmiast po przyjściu do nieba, czy też muszą czekać na to aż do dnia Sądu Ostatecznego.

I rzeczywiście było to przedmiotem poważnej troski, ponieważ orędownictwo świętych w sprawach ludzi tylko wtedy mogło być skuteczne, jeżeli ci byli dopuszczani przed oblicze Boże. Przybytki sakralne, w których przechowywano relikwie, prosperowały dzięki powszechnej wierze, iż święci mają prawo osobiście zwracać się do Wszechmogącego. Filip VI dwukrotnie wzywał teologów dla przeprowadzenia debaty nad tym zagadnieniem w swojej obecności i wpadł w "potężny gniew", gdy papieski legat w Paryżu przekazał wątpliwości papieża Jana XXII co do Uszczęśliwiającego Widzenia. "Król udzielił mu ostrej reprymendy i zagroził, że jeżeli się nie wycofa, to go spali na stosie jako albigensa, a ponadto dodał, że jeżeli papież rzeczywiście ma takie poglądy, uzna go za heretyka". Filip przejął się tak bardzo, że napisał do papieża, iż kwestionowanie Uszczęśliwiającego Widzenia zniszczy wiarę w orędownictwo Marii Dziewicy i świętych. Na szczęście dla spokoju królewskiego ducha powołana przez papieża komisja zdecydowała, po szczegółowym zbadaniu sprawy, że dusze świętych rzeczywiście natychmiast stają przed obliczem Boga.

Panowanie Filipa rozpoczęło się dobrze i królestwo kwitło. Skutki głodu i epidemii przemijały, o złych wróżbach zapomniano, a w wyniku zwycięskiej kampanii podjętej w pierwszym roku panowania Filipa, będąca przedmiotem stałych sporów Flandria znów powróciła pod francuskie rządy. Stosunki Korony z pięcioma z sześciu wielkich lenn: Flandrią, Burgundią, Bretanią, a na południu z Armagnac i Foix były umiarkowanie poprawne. Jedynie Gujenna (lub inaczej Akwitania), którą król Anglii dzierżył jako lennik króla Francji, była ciągłym źródłem konfliktów. Tu bowiem angielski ekspansjonizm natknął się na francuskie plany ponownego wchłonięcia tego lenna.

Kiedy konflikt zaczął narastać, około roku 1338 król doprowadził do małżeństwa, które połączyło ród Coucy z jeszcze jednym domem panującym, z Habsburgami z Austrii. Był to związek, z którego miał się zrodzić Enguerrand VII. Małżeństwo zostało osobiście zaaranżowane przez Filipa VI, poszukującego sojuszników w zbliżającej się rozprawie z Anglią. W roku 1337 Filip ogłosił konfiskatę Gujenny, na co Edward obwołał się prawowitym królem Francji i rozpoczął przygotowania wojenne. Wznowione roszczenie Edwarda nie było rzeczywistym powodem wojny, lecz raczej wymówką, mającą na celu rozwiązanie przy pomocy wojska niekończącego się konfliktu o prawa suwerenności nad Gujenną. Gdy siły angielskie wylądowały we Flandrii, by przygotować się do natarcia, obie strony zaczęły gorączkowo poszukiwać sojuszników w Niderlandach i za Renem.

Król Filip nie tylko starał się zgromadzić sojuszników, lecz także zapewnił sobie lojalność cennego strategicznie baronatu w Coucy. Jako hojną nagrodę za to uzyskał dla Enguerranda VI rękę Katarzyny Austriackiej, córki księcia Leopolda I i wnuczki, przez matkę, równie znamienitego Amadeusza V, hrabiego Sabaudii. Panujący w Sabaudii byli autonomicznymi władcami regionu rozciągającego się od Francji do Włoch poprzez Alpy, sami zaś stanowili centrum książęcej sieci pajęczej utkanej z małżeńskich więzów, łączących wszystkie korony Europy, a także rodziny panujące poza nią. Jedna z siedmiu ciotek Katarzyny była żoną Andronika III Paleologa, cesarza Bizancjum.

Małżeństwa były środkiem do tworzenia międzynarodowych stosunków, a także stosunków pomiędzy możnymi, podstawowym źródłem pozyskiwania terytoriów, praw suwerennych oraz zawiązywania sojuszów i jednym z ważniejszych zabiegów średniowiecznej dyplomacji. Wzajemne stosunki pomiędzy krajami i władcami wcale nie zależały od wspólnych granic lub naturalnych interesów, lecz opierały się na koneksjach dynastycznych i wprost fantastycznych kuzynostwach, z racji których książę węgierski stawał się dziedzicem tronu w Neapolu, a angielski - pretendentem do księstwa Kastylii. W każdy punkt takiego krosna suwerenowie wpychali swe czółenko, ciągnąc za nim pasemko w postaci dziedzicznych praw syna lub córki, dziedzice zaś, ślizgając się w tył i w przód, na siłę tkali sukno, splatane zarówno z kolidujących ze sobą roszczeń i wrogości, jak i łączących ich więzów. Walezjusze z Francji, Plantageneci z Anglii, Luksemburgowie z Czech, Wittelsbachowie z Bawarii, Habsburgowie z Austrii, ród Viscontich z Mediolanu, domy panujących z Nawarry, Kastylii i Aragonii, książęta Bretanii, hrabiowie Flandrii, Hainault i Sabaudii - wszyscy byli wplątani w oka sieci, przy której tkaniu nigdy nie rozważano dwóch aspektów: uczuć stron zawierających małżeństwo oraz interesów wmieszanej w tę grę ludności.

Mimo że w teorii Kościół wymagał deklaracji nieprzymuszonej woli od stron wchodzących w związek małżeński i słowo "chcę" było uznawane za istotny doktrynalnie wyraz umowy małżeńskiej zawartej przed obliczem kapłana, to jednak reguły polityki pozwalały spoglądać przez palce na ten wymóg, co czasem pociągało za sobą fatalne konsekwencje. Cesarz Ludwik, zaręczając swą córkę, zanim jeszcze nauczyła się mówić, ofiarował się sam wyrazić za nią zgodę, ale za to miała spaść na niego kara boska, jako że córka pozostała głucha na całe życie.

Władcy nie zwracali również uwagi - z łatwymi do przewidzenia skutkami - na zakaz bliskiego związku krwi, które to ryzyko Kościół dobrze rozumiał i zakazywał małżeństw aż do czwartego stopnia pokrewieństwa. Tylko wówczas przypominano sobie o tym zakazie, gdy pożądane stawało się zerwanie zaręczyn, które okazywały się niedogodne, lub gdy chciano pozbyć się niewygodnej małżonki lub małżonka. W zamian za opłatę lub korzyść polityczną Kościół zawsze był skłonny do rezygnacji z zastrzeżeń wobec bliskiego pokrewieństwa stron dążących do zawarcia małżeństwa lub też, przeciwnie, godził się na powoływanie się na to pokrewieństwo jako powód do uznania małżeństwa za niebyłe.

Dla wynegocjowania finansowych warunków zawarcia małżeństwa Habsburg - Coucy trzeba było zawrzeć w latach 1337-1338 dwa traktaty między królem Francji a księciem Austrii. Książę Leopold dał swej córce posag w wysokości 40 000 liwrów, a król Filip wyznaczył dla niej i jej potomstwa roczną rentę z królewskiego skarbca w wysokości 2000 liwrów. Enguerrandowi VI król uczynił dar z 10 000 liwrów oraz przyrzekł dalsze 10 000 liwrów, aby uwolnić go od długów. W zamian Enguerrand obiecał zapisać swej żonie dożywocie w wysokości 6000 liwrów i, co miało dla króla najistotniejsze znaczenie, zobowiązał się poprowadzić swych wasali w królewskich zastępach do obrony królestwa przeciwko Edwardowi Angielskiemu.

Początek wojny nie zapowiadał dalszego groźnego jej przebiegu, jako że Francja była dominującą potęgą w Europie; jej wojenna sława - tak w jej własnych, jak i obcych oczach - dalece przyćmiewała sławę Anglii i każdego innego kraju. Dwudziestojednomilionowa Francja była ponadto pięciokrotnie ludniejsza od Anglii. Mimo to jednak posiadanie Akwitanii i sojusz z Flandrią dawały Edwardowi dwa mocne punkty oparcia na granicach Francji i użyczały mu siły większej niż same słowa zuchwałego wyzwania, przesłane do "Filipa Walezjusza, który sam siebie nazywa królem Francji". Żadna ze stron nie mogła wówczas wiedzieć, że rozpoczyna wojnę, która przeżyje obu władców i będzie wiodła własny żywot, stawi czoło wszelkim rokowaniom, rozejmom i traktatom mającym na celu jej zakończenie; że przeciągnie się ona na życie ich synów, wnuków, prawnuków i praprawnuków do piątego pokolenia, że przyniesie straty obu stronom i stanie się, gdy szkody z niej rozprzestrzenią się na całą Europę - ostatnią udręką dobiegającego kresu średniowiecza.

Enguerrand VI ledwie zdążył począć dziecko, a już w 1339 roku został wezwany na wojnę. Na północy Anglicy nacierali od strony Flandrii, a oddział składający się z tysiąca pięciuset zbrojnych oblegał zamek Oisy, należący do rodu Coucy. Obrona zorganizowana przez wasali Enguerranda była jednak tak zażarta, że Anglicy zmuszeni byli wycofać się, mimo że ich dowódcą był sir John Chandos, który miał się później okazać najwybitniejszym dowódcą po stronie angielskiej. W odwet za porażkę spalił i splądrował trzy inne miasta i pomniejsze zamki leżące w obrębie domeny Coucy. Wtedy to, podczas obrony Tournai na granicy flamandzkiej, Enguerrand VI dołączył do sił królewskich. W 1340 roku, w czasie gdy toczyła się swą zwykłą koleją raczej mało przemyślana, nieskuteczna kampania, urodził mu się syn, siódmy i ostatni Enguerrand.

Słowo wstępne Epoka, bohater, niebezpieczeństwa tematu

Rodowodu tej książki należy szukać w dążeniu do wykrycia skutków, jakie wywarła na społeczeństwie najtragiczniejsza klęska żywiołowa zanotowana w historii, a mianowicie Czarna Śmierć w latach 1348-1350, która zabiła - jak się szacuje - jedną trzecią populacji żyjącej pomiędzy Indiami a Islandią. Biorąc pod uwagę ewentualności, jakie niosą nasze czasy, przyczyna mego zainteresowania jest oczywista. Wyjaśnienie okazało się nieuchwytne, gdyż wiek XIV cierpiał na tak wiele "dziwnych i potężnych klęsk i niedoli" (według słów jednego ze współczesnych), że nie można ich przypisywać jednej tylko przyczynie. Są one bowiem śladami większej liczby podków, niż mogło je zostawić czterech jeźdźców z Objawienia Świętego Jana, gdyż było ich siedem: zaraza, wojna, podatki, rozboje, złe rządy, powstania i schizma w Kościele. Każda z tych plag, oprócz zarazy, była wynikiem warunków, które istniały już przed Czarną Śmiercią i trwały nadal po jej przejściu.

Mimo że moje pierwotne pytanie pozostało nadal bez odpowiedzi, zainteresowanie samą epoką: gwałtownym, udręczonym, oszałamiającym, cierpiącym i rozpadającym się wiekiem, gdy, jak wielu sądziło, szatan zatriumfował, było coraz głębsze i, jak mi się wydaje, kojące w okresie podobnego zamętu. Jeżeli nasze ostatnie jedno lub dwa dziesięciolecia załamujących się nadziei były okresem niezwykłego niepokoju, uspokajająca jest świadomość, że gatunek ludzki przeżył już coś znacznie gorszego.

Rzecz osobliwa, że "dotyczące tych zjawisk paralele" zostały przez innego historyka odniesione do wczesnych lat obecnego wieku. James Westfall Thompson, porównując pokłosie Czarnej Śmierci i pierwszej wojny światowej, odnalazł te same udręki: chaos ekonomiczny, spadek produkcji, niepokoje społeczne, wysokie ceny, paskarstwo, niewydolność przemysłu, upadek moralności i obyczajów, frenetyczną wesołość, dzikie wydatki, luksusy, hulanki i swawole, histerię społeczną i religijną, chciwość, skąpstwo, złą administrację. "Historia nie powtarza się nigdy - powiedział Wolter - człowiek powtarza się zawsze"; widać też wyraźnie, że Tukidydes uczynił z tej zasady założenie swego dzieła.

Historyk szwajcarski J.C.L.S. de Sismondi podsumowuje XIV wiek jednym prostym stwierdzeniem: był to "niedobry czas dla ludzkości". Aż do niedawna historycy traktowali ten wiek po macoszemu, gdyż nie przystawał do wzorca postępu ludzkości, i niechętnie się nim zajmowali. Po doświadczeniach straszliwego wieku XX mamy większe poczucie wspólnoty z tym oszalałym stuleciem, którego reguły załamywały się pod presją niepomyślnych i gwałtownych wydarzeń. Rozpoznajemy z dotkliwym bólem znamiona "okresu udręki, gdy nie istnieje poczucie pewnej przyszłości".

Perspektywa sześciuset lat pozwala wyróżnić znamienne cechy ludzkiego charakteru. Ludzie średniowiecza egzystowali w tak innych od naszych uwarunkowaniach psychicznych, moralnych i bytowych, że tworzyli niemal obcą dla nas cywilizację. W rezultacie cechy postępowania, które wśród tego obcego otoczenia rozpoznajemy jako nam bliskie, ujawniają się w naturze ludzkiej w formie niezmiennej. Jeżeli ktoś domaga się od historii wniosków i nauk, będą one takie, jakie wyciągnął francuski mediewista, Edouard Perroy, podczas pisania książki o wojnie stuletniej w czasie drugiej wojny światowej, gdy ukrywał się przed gestapo. "Pewne sposoby zachowania - pisał - pewne reakcje na zrządzenia losu rzucają wzajemnie na siebie światło".

Pięćdziesięciolecie, które nastąpiło po Czarnej Śmierci lat 1348-1350, jest jądrem tego, co wydaje mi się spoistym okresem historycznym rozciągającym się od 1300 do 1450 roku, a może jeszcze kilka lat później. Chcąc zawęzić obraz do obszaru, nad którym można zapanować, wybrałam żywot szczególnej osoby, by stała się ona nośnikiem mojej narracji. Niezależnie od czysto ludzkiego zainteresowania, daje to pożytek w postaci koniecznego posłuszeństwa wobec realiów. Nakazuje mi iść śladem wydarzeń i porządku rzeczy prawdziwego średniowiecznego życia, podążać tam, dokąd ono zmierza, a to prowadzi, jak sądzę, do przedstawienia prawdziwszej wersji okresu, niż gdybym narzuciła własny plan.

Tą konkretną osobą nie jest ani król, ani królowa, gdyż wszystko, co dotyczy takich postaci, staje się ipso facto wyjątkowe, a poza tym postacie takie zostały już i tak nadmiernie wyeksploatowane; nie jest to nikt z pospólstwa, gdyż życie tego typu ludzi nie obejmowało w większości przypadków tak szerokiego zasięgu spraw i problemów, jakie pragnęłam ukazać; także nie będzie to duchowny ani święty, bo ci znajdują się poza zakresem mego pojmowania; również nie kobieta, ponieważ jakakolwiek kobieta średniowieczna, której życie zostało dostatecznie udokumentowane, byłaby nietypowa.

Tak więc wybór został zawężony do mężczyzny, przedstawiciela stanu drugiego, czyli stanu szlacheckiego, i padł na Enguerranda de Coucy VII, ostatniego z wielkiego rodu oraz "najbardziej doświadczonego i zręcznego ze wszystkich rycerzy Francji". Jego życie w latach 1340-1397 zbiegło się z okresem, który mnie interesował, a od śmierci jego matki podczas wielkiej zarazy do jego własnej, przypadającej na najbardziej dramatyczny moment załamania się epoki, wydawało mi się jakby specjalnie stworzone dla moich potrzeb.

Poprzez małżeństwo z najstarszą córką króla Anglii stał się on jednocześnie i jego wasalem; więzy lenne łączyły go z obu państwami, i to w czasie, gdy były one ze sobą w stanie wojny, co rozszerzyło skalę i wzbogaciło zainteresowanie jego karierą; grał rolę, i to zazwyczaj ważną, w każdym większym publicznym dramacie, w jego właściwym miejscu i czasie, a prócz tego miał tyle wyczucia, iż otoczył protekcją największego ówczesnego kronikarza Jeana Froissarta i zapewnił mu dostatnie warunki życia, dzięki czemu wiadomo o nim o wiele więcej, niż gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Jest z nim tylko jeden kłopot - nie istnieje żaden autentyczny jego portret. Natomiast dla mnie ma on inną kompensującą zaletę: poza jedynym krótkim artykułem z 1939 roku nic o nim nie napisano w języku angielskim. Również w języku francuskim nie istnieje żadna jego źródłowa i rzetelna biografia, z wyjątkiem pewnej pracy doktorskiej z roku 1890, która zresztą pozostała w rękopisie. Lubię odkrywać sprawy na swój własny sposób.

Muszę prosić Czytelnika o cierpliwość w zawarciu znajomości z Coucym, gdyż można go zrozumieć dopiero na tle historii i wydarzeń jego czasów, które wypełniają pierwsze sześć rozdziałów. Enguerrand wycisnął piętno na historii, gdy miał lat osiemnaście, to jest w roku 1358, a o tym będzie mowa dopiero w rozdziale siódmym.

A teraz winna jestem także wspomnieć o niebezpieczeństwach mego przedsięwzięcia. Pierwszym są niepewne i sprzeczne dane w odniesieniu do lat, liczb i nagich faktów. Niektórym Czytelnikom daty mogą wydać się nudne i tylko dowodzić pedanterii, lecz są one w istocie fundamentalne, gdyż określają następstwo wydarzeń, prowadząc w ten sposób do zrozumienia przyczyny i skutku. Niestety, chronologia średniowieczna jest niezwykle trudna do ustalenia. Przyjmowano, że rok kalendarzowy rozpoczyna się na Wielkanoc, a ponieważ mogła ona wypadać w okresie między 22 marca a 22 kwietnia, za stałą datę najchętniej uznawano dzień 25 marca. Przejście na kalendarz w nowym stylu miało miejsce w wieku XVI, ale nie zostało powszechnie zaakceptowane aż do XVIII wieku. Stwarza to bezustanne kłopoty z ustaleniem roku wydarzeń w XIV wieku, wypadających w styczniu, lutym i marcu; co gorsza, sprawa została dodatkowo skomplikowana używaniem kalendarza, w którym za podstawę mierzenia czasu bierze się rok panowania monarchy (począwszy od daty jego wstąpienia na tron), jak to ma miejsce w angielskich dokumentach oficjalnych z XIV wieku, a w niektórych innych przypadkach kierowaniem się latami pontyfikatu papieża. Ponadto kronikarze nie stosowali wobec wydarzeń dat dziennych, lecz posługiwali się kalendarzem religijnym - mówiąc na przykład o drugim dniu przed Świętem Narodzenia Najświętszej Marii Panny, o poniedziałku po święcie Trzech Króli albo o dniu Świętego Jana Chrzciciela lub o trzeciej niedzieli Wielkiego Postu. Stwarza to zamieszanie nie tylko dla historyka; także ludzie w XIV wieku rzadko, jeśli w ogóle, mogli uzgodnić tę samą datę dla jakiegoś wydarzenia.

Równie istotne znaczenie mają liczby, ponieważ wskazują, jaki procent ludności był uwikłany w daną sytuację. Stałe w średniowieczu wyolbrzymianie liczb dotyczących na przykład wielkości armii - jeśli przyjmowano je za prawdziwe - prowadziło dawniej do fałszywej oceny średniowiecznych wojen. Oceniano je analogicznie do współczesnych, a przecież nie były takimi, ani jeśli chodzi o środki, ani o metody, ani nawet o zamierzenia. Toteż przyjąć należy, że średniowieczne dane liczbowe, odnoszące się do sił militarnych, ofiar bitew, zgonów wskutek zarazy, liczebności zrewoltowanych tłumów, uczestników procesji lub jakichkolwiek manifestacji zbiorowych są zazwyczaj wyolbrzymione o kilkaset procent. Wynika to stąd, że kronikarze nie używali liczb jako odniesienia do realiów, lecz jako elementu fikcji literackiej, a to w celu wprawienia w zdumienie lub zatrwożenia czytelnika. Używanie cyfr rzymskich także przyczyniało się do braku precyzji i skłaniało do stosowania liczb zaokrąglonych. Dane te były bezkrytycznie akceptowane i powtarzane przez wiele generacji historyków. Dopiero od końca ubiegłego wieku naukowcy zaczęli ponownie analizować już odczytane dokumenty. By odkryć, na przykład, prawdziwą siłę korpusu ekspedycyjnego, posługiwali się zapisami rejestrów wypłacanego żołdu. Mimo to nadal nie mogą dojść do zgody. J.C. Russell oblicza ludność Francji, zanim dotknęła ją zaraza, na 21 milionów, Ferdinand Lot na 15 do 16 milionów, a Edouard Perroy tylko na 10-11 milionów. Liczba ludności rzutuje na badania wszystkiego innego: podatków, średniej długości życia, handlu i rolnictwa, głodu lub dostatku; dysponujemy tu danymi, które podają współczesne autorytety, lecz różnią się one nawet o 100 procent. Liczby przytaczane przez kronikarzy, które wydają mi się niewątpliwie zniekształcone, podaję w tekście w cudzysłowie.

Rozbieżności w domniemanych faktach wynikały często z pomyłek w przekazach ustnych lub z błędnego odczytania źródeł rękopiśmiennych; tak właśnie zdarzyło się, gdy skądinąd staranny historyk dziewiętnastowieczny pomylił Damę de Courcy, bohaterkę międzynarodowego skandalu, z drugą żoną Coucy'ego i wskutek tego autorkę niniejszej książki ogarnęła na chwilę druzgocąca konfuzja. Hrabia d'Auxerre z bitwy pod Poitiers był odnotowywany przez kronikarzy angielskich w rozmaitych pisowniach, jak Aunser, Aussure, Soussiere, Usur, Waucerre, a w Grandes Chroniques Francji jako Sancerre, ten zaś był zupełnie inną osobą. Imię Enguerrand pisano w Anglii: Ingelram. Nie należy się więc dziwić, że formę Canolles przyjęłam jako wariant pisowni powszechnie znanego francuskiego dowódcy brygantów[1] Arnauta de Cervole'a, aż nagle odkryłam, gdy okoliczności przestały się zgadzać, że jest to dla odmiany wariant niejakiego Knowlesa lub Knollysa, równie osławionego, lecz angielskiego dowódcy wolnych kompanii. Mimo że są to małe sprawy, ten rodzaj trudności może denerwować.

Izabela Bawarska, królowa Francji, jest przez jednego historyka opisywana jako wysoka blondynka, przez innego zaś jako "ciemna, żywa, mała kobietka". Turecki sułtan Bajazyt I, uważany przez współczesnych mu za śmiałego, przedsiębiorczego i skorego do wojny, a ze względu na szybkość swoich ataków obdarzony przydomkiem "Błyskawica", jest przez żyjącego obecnie historyka węgierskiego scharakteryzowany jako "zniewieściały, zmysłowy, nierozsądny i chwiejny".

Można przyjąć za aksjomat, że jakiekolwiek stwierdzenie faktu w wiekach średnich może się spotkać (i prawdopodobnie to nastąpi) ze stwierdzeniem faktów przeciwstawnych lub też z inną ich wersją. Kobiety liczebnie przewyższały mężczyzn, ponieważ mężczyźni ginęli w wojnach; mężczyźni liczebnie przewyższali kobiety, ponieważ kobiety umierały przy porodach. Prości ludzie byli dobrze obeznani z Biblią; prości ludzie zupełnie Biblii nie znali. Szlachta była zwolniona od podatków; właśnie że nie, nie była zwolniona. Wieśniacy francuscy byli brudni i wstrętnie cuchnęli, żywili się chlebem i cebulą; francuscy wieśniacy jadali wieprzowinę, drób i dziczyznę, bardzo lubili częste kąpiele w wiejskich łaźniach. Listę taką można by ciągnąć w nieskończoność.

Sprzeczności są jednak częścią życia, a nie tylko sprawą niezgadzającej się ze sobą ewidencji. Prosiłabym Czytelnika, by raczej spodziewał się sprzeczności niż jednorodności. Żaden aspekt społecznego życia, żaden nawyk, obyczaj, zmiana czy rozwój nie istnieją bez idących z nim w parze przeciwstawień. Zagłodzeni wieśniacy, wegetujący w szopach, egzystują obok rolników zamożnych, korzystających z puchowych piernatów. Są dzieci zaniedbywane i są dzieci kochane. Rycerze prawią o honorze, a zamieniają się w rozbójników. W okresach depopulacji i innych społecznych klęsk przejawy ekstrawagancji i zbytku zawsze osiągały rozmiary krańcowego rozpasania. Żadnego stulecia nie cechował wzorowy porządek, żadne też nie jest nieuszkodzoną tkaniną, jednak ani jedno nie było tak połatanym materiałem jak średniowiecze.

Należy także pamiętać, że średniowiecze zmienia barwę zależnie od tego, kto na nie spogląda. Uprzedzenia i punkty widzenia historyków, a tym samym selekcja materiału w toku sześciuset lat zmieniły się niemało. Przez trzy następne wieki historia stanowiła w istocie genealogię szlachty, oddawała się śledzeniu linii dynastycznych i powiązań rodowych, natchniona ideą, że szlachcic sam przez się był istotą wyższą. Prace oparte na pedantycznym, antykwarycznym zbieractwie roją się od informacji zdradzających również inne niż dynastyczne zainteresowania, takie jak na przykład zapis kronikarski Anselma o pewnym szlachcicu gaskońskim, który przeznaczył sto liwrów na posagi dla biednych dziewcząt przez niego zdeflorowanych.

Rewolucja francuska wytycza granicę przewrotu pojęć. Historycy nagle dojrzeli bohatera w prostym człowieku, biedak był dla nich ipso facto osobnikiem prawym, szlachta zaś i królowie nikczemnymi potworami. Simeon Luce w swej historii Żakerii narzuca tendencyjny, własny punkt widzenia, a jednocześnie nie ma sobie równych w dociekaniach i trudno go przecenić, jeśli chodzi o wybór źródeł. Giganci nauki XIX i początku XX wieku spod ziemi wygrzebali i opublikowali dotąd nieznane materiały źródłowe, skomentowali i wydali kroniki, zebrali dzieła literackie, przeczytali i wybrali masę ustępów z kazań, traktatów, listów i innych materiałów podstawowych i w ten sposób położyli fundamenty, po których stąpają spóźnieni przybysze. Ich prace są obecnie uzupełnianie i wyważane przez nowoczesnych mediewistów, następców wykazującego bardziej socjologiczne podejście do historii Marca Blocha, który szczegółowo opisał surowe fakty życia codziennego. Dla przykładu, potraktował on liczbę sprzedanych opłatków w poszczególnych diecezjach jako wskaźnik przestrzegania praktyk religijnych.

Na mojej książce ciąży dług wobec nich wszystkich, poczynając od prymitywnych kronikarzy. Zdaję sobie sprawę, że wśród dzisiejszych mediewistów niemodne jest opieranie się na kronikarzach, lecz dla zachowania nastroju tej epoki i postawy żyjących wtedy ludzi uważam ich prace za nieodzowne. Co więcej, stosowali oni formę narracyjną, a taka jest również i moja.

W całym tym pisarskim bogactwie istnieją także puste miejsca, i to nie tam, gdzie zachodzi sprzeczność informacji, lecz tam, gdzie nie ma jej wcale. By złączyć mostem brzegi tej rozpadliny, trzeba dać takie wytłumaczenie, które wydaje się prawdopodobne i naturalne. Powoduje to jednak, że w tekście mnożą się określenia: "prawdopodobnie" i "przypuszczalnie". Jest to dokuczliwe, lecz nieuniknione z braku udokumentowanych pewników.

Poważniejszym niebezpieczeństwem, które niejako tkwi w samej naturze spisywanej historii, jest jej przeładowanie czarnymi stronami życia; nieproporcjonalnie wielka liczba i trwałość zjawisk negatywnych, takich jak zło, nędza, walki i krzywdy. W opisach historii bowiem dzieje się to samo, co i w naszej prasie. Wydarzenia pospolite nie nadają się na nagłówki. Historię opracowuje się na podstawie dokumentów, które przetrwały. Te zaś obrazują przeważnie kryzysy i klęski, zbrodnie i naruszenia ładu, gdyż właśnie takie sprawy są przedmiotem dokumentowanych procesów, skarg sądowych, traktatów, utworów moralistów, satyr literackich, bulli papieskich. Żaden papież, jak dotąd, nie wydał bulli, by cokolwiek pochwalić. Przeładowanie negatywami można dostrzec w pracy reformatora religijnego, Nicolasa de Clamanges, który - oskarżając w roku 1401 nieskromnych i przywiązanych do dóbr ziemskich dostojników kościelnych - napisał, że w trosce o reformę nie będzie dyskutował o dobrych klerykach, gdyż "przy ludziach zepsutych wcale się oni nie liczą".

Nieszczęście rzadko ma taki zasięg, jak wynikałoby to ze spisanych relacji. Wydarzenie opisane robi wrażenie trwałego i wszechobecnego, gdy tymczasem jest bardziej prawdopodobne, że było ono sporadyczne, zarówno w czasie, jak i w danym miejscu. Na podstawie dzisiejszych wiadomości gazetowych można by sądzić, że żyjemy w świecie, w którym istnieją wyłącznie strajki, zbrodnie, wyłączenia prądu, popękane rury wodociągowe, wykolejone pociągi, pozamykane szkoły, rabusie, narkomani, neonaziści i gwałciciele. A przecież można jednak powrócić wieczorem do domu (jeżeli dzień jest szczęśliwy), natykając się najwyżej na jedno lub dwa z takich zjawisk. To mnie doprowadziło do sformułowania reguły, którą nazwałam "Prawem Barbary Tuchman", a które brzmi: "Każde pożałowania godne wydarzenie przez sam fakt odnotowania go w kronikach zwiększa swe rozmiary pięć do dziesięciu razy" (liczbę tę można zresztą zastąpić jakąkolwiek inną, którą Czytelnik zechciałby zaproponować).

Trudność wczucia się, rzeczywistego zrozumienia mentalnych i emocjonalnych odrębności średniowiecza jest ostatnią przeszkodą. Sądzę, że główną barierą jest tu religia chrześcijańska, taka jaką była wówczas: wzorzec i prawo średniowiecznego życia, wszechobecna i rzeczywiście obowiązująca. Jej uporczywie głoszonej zasady, że życie duchowe, a także pozaziemskie przewyższa wszystko, co jest tutaj i teraz, a więc materialne życie ziemskie, współczesny świat nie podziela, niezależnie od tego, jak bardzo pobożni mogą być niektórzy dzisiejsi chrześcijanie. Zerwanie z tą zasadą i jej zamiana na wiarę w wartość istoty ludzkiej i sens aktywnego życia, niekoniecznie zwróconego wyłącznie ku Bogu, jest w istocie tym, co ukształtowało świat współczesny i zakończyło erę średniowiecza.

Sprawę gmatwa dodatkowo to, że jakkolwiek społeczeństwo średniowieczne wyznawało wiarę w celowość wyrzeczenia się życia zmysłowego - w praktyce jednak się go nie wyrzekło, a już w najmniejszej mierze nie zrezygnowało z niego duchowieństwo. Wielu próbowało ascezy, niektórym się to nawet udawało, ale ogół ludzkości nie jest przecież stworzony do wyrzeczeń. W żadnej chyba epoce nie przywiązywano tyle wagi do pieniędzy i posiadania jak właśnie w wieku XIV, a ówczesne zainteresowania seksem przejawiały się nie inaczej niż w każdej innej epoce. Nie sposób stłumić w człowieku ani instynktu ekonomicznego, ani zmysłów.

Przepaść między obowiązującymi kanonami średniowiecznego chrześcijaństwa a ówczesnym życiem codziennym jest dla badaczy wieków średnich specyficzną pułapką. Jest to problem, który przewija się przez całą pracę Gibbona[2], a z którym rozprawia się on z subtelnie złośliwą satysfakcją, zadając lekkie ukłucia, gdy tylko wydaje mu się, że natknął się na hipokryzję chrześcijańskich ideałów, przeciwstawnych normalnemu ludzkiemu zachowaniu. Osobiście nie sądzę - choć żywię dla mistrza ogromny podziw - by metoda Gibbona rozstrzygała wszystkie wątpliwości. To przecież sam człowiek sformułował ten niemożliwy do osiągnięcia ideał chrześcijański i przez z górą tysiąclecie usiłował go przestrzegać, jeśli już nie prowadzić zgodnego z nim życia. Okazuje się więc, że ten ideał musiał wynikać z potrzeby, z czegoś bardziej fundamentalnego, niż pozwalało uwzględnić osiemnastowieczne oświecenie Gibbona lub z czym jego elegancka ironia mogła się rozprawić. Choć uznaję istnienie tego ideału, utożsamienie się z nim wymagałoby większych niż moje religijnych zainteresowań.

Rycerstwo, dominujący wzorzec polityczny klasy panującej, pozostawiło w pamięci równie wielki rozdźwięk pomiędzy ideałem a praktyką, jak religia. W zamierzeniu była to wizja zakonu tworzonego przez klasę wojowników, wyobrażanego w formie Okrągłego Stołu, najbardziej doskonałego kształtu natury. Rycerze Króla Artura z odwagą narażali swe życie w walce o słuszną sprawę, występując przeciw smokom, czarownikom i innym niegodziwcom, wprowadzając ład w dzikim jeszcze świecie. Tak więc i ich żyjący odpowiednicy winni byli, przynajmniej w teorii, występować w obronie wiary, służyć jako podpora sprawiedliwości, opiekunowie uciskanych. W praktyce jednak to właśnie oni byli ciemiężcami, a w XIV wieku gwałt i bezprawie ludzi miecza stały się jedną z istotnych przyczyn niepokojów społecznych. Gdy rozstęp pomiędzy ideałem a rzeczywistością staje się zbyt szeroki, cały system ulega załamaniu. Odzwierciedlały to zarówno legendy, jak i historia. W romansach o Królu Arturze rycerski Zakon Okrągłego Stołu rozpada się od wewnętrznych sporów. Zapewniający zwycięstwo miecz Excalibur na nowo pogrąża się w głębinie jeziora. Tak więc wszystkie starania trzeba podjąć od nowa. W gwałtownym, niszczycielskim, zachłannym, omylnym - i jakim tylko być może - człowieku tkwi jednak wizja społecznego porządku i wciąż nakłania go do poszukiwania właściwej drogi.

Nota o pieniądzu

Pieniądze średniowieczne wywodziły się z rzymskiego libra (liwr albo pound, czyli funt) z czystego srebra, z którego wybijano 240 srebrnych jednostek, po angielsku zwanych pensami. W późniejszym okresie 12 takich monet było równowartością jednego szylinga albo sous, a 20 szylingów lub 20 sous składało się na jeden funt lub liwr. Monety złote: floren, dukat, frank, liwr, écu, marka i funt angielski, wszystkie były teoretycznie mniej lub bardziej ekwiwalentne z wartością pierwotnego funta srebra. Jednak w miarę upływu czasu waga, a także zawartość kruszcu ulegała zmianom. Najbardziej zbliżone do standardu były monety bite w połowie XIII w. we Florencji (floren) i w Wenecji (dukat) i zawierały po 3,5 grama złota. Słowo "złoty", przyłączone do nazwy monety, jak na przykład: franc d'or, écu d'or, mouton d'or, oznaczało monetę rzeczywistą. Lecz gdy posługiwano się określeniem samej tylko nazwy pieniądza, jak we Francji liwrem w jednej z jego różnych form - parisis, tournois, bordelaise (przy czym każdy nieco różnił się w wartości), to taki pieniądz był tylko pieniądzem obrachunkowym, istniejącym jedynie na papierze.

Może budzić obawy, że problem wywoła niemało komplikacji, pragnę jednak uspokoić Czytelnika niebędącego specjalistą w tej dziedzinie, by zbytnio się tym nie przejmował. W każdym bowiem razie przytaczane nazwy monet i innych walorów pieniężnych nie oznaczają niczego innego jak tylko przeliczenia ich na siłę nabywczą. Co pewien czas, wymieniając wysokość żołdu żołnierza, wynagrodzenia pracujących, cenę konia czy pługa, wydatki na życie rodziny mieszczańskiej, wysokość podymnego czy też podatków od sprzedaży, usiłowałam znaleźć odniesienie liczb w pieniądzu do ówczesnych wartości. Nie próbowałam jednak sprowadzić różnych walut do ekwiwalentu jednej z nich, takiej jak na przykład franki lub liwry, ponieważ wartości te stale ulegały zmianie, w ślad za zmianą zawartości złota lub srebra w monetach; co więcej, rzeczywiste monety i walory obrachunkowe różniły się co do wartości, nawet kiedy nosiły tę samą nazwę. Z tego powodu w każdym przypadku przyjęłam po prostu określone w dokumentach lub podane przez kronikarza nazwy pieniądza i namawiałabym Czytelnika, by zwyczajnie miał na uwadze, że jakakolwiek zaznaczona suma przedstawia jedynie tyle a tyle sztuk monet.

Odesłanie do źródeł

Źródła można znaleźć w Bibliografii, natomiast pochodzenie poszczególnych cytatów - w przypisach źródłowych zebranych na końcu książki, możliwych do zlokalizowania według numeru strony oraz identyfikującego fragmentu tekstu.