Rozdział trzeci
Marzena wychodząc z domu cieszyła się na myśl, że ma teraz przed sobą dłuższą chwilę na spokojne rozmyślanie, a poza tym, że rozejrzy się trochę po nie znanym mieście. W tej chwili była pełna optymizmu i żywiła głębokie przekonanie, że Celina śpi spokojnie i będzie spała jeszcze dość długo, aby można się było nie spieszyć.
O tej wczesnej godzinie powietrze było przyjemnie świeże. Skręciła w małą uliczkę, zabudowaną parterowymi domkami z drewna i jednopiętrowymi kamieniczkami. Uliczka była cienista, zielona, a przez szerokie bramy płotów otaczających domki widać było podwórka, gdzie pod bujnymi krzakami grzebały w piasku kury. W głębi widniały jakieś resztki drewnianych zabudowań, jakieś warsztaty czy nawet obórki, bo na jednym z podwórek szarpała się na sznurku duża, biała koza. Od drewnianego balkoniku przeciągnięto sznur, na którym suszyły się jasne, kolorowe sukienki.
Marzena przystanęła, zachwycona tą zielenią, kolorami, plamami słońca, tym wszystkim, czego nie widywała na co dzień w betonowoszarej dzielnicy Warszawy. Na zielonych listkach krzaka błyszczały nie wyschnięte jeszcze krople wczorajszego deszczu.
- Pani uważa? - zapytał nagle skrzypiący głosik.
Z okna wysokiego parteru, tuż nad jej głową, wychylała się żółta twarzyczka staruszki, otoczona kasztanowatymi loczkami peruki. Marzena uśmiechnęła się dość głupio, chcąc przekupić nieżyczliwą, papuziastą zjawę.
- Tak sobie patrzę - wyjaśniła chyba niewystarczająco, bo papuzia główka przekrzywiła się na ramię i błyszczące oczka patrzyły na nią niedowierzająco.
- A co by pani sobie życzyła? Ja widzę, że pani c ó ś szuka!
Marzena rozejrzała się bezradnie i wtedy zobaczyła, że na obrzeżu bramy widniały liczne tabliczki, zachęcające do zrobienia sobie manicure, zmaglowania bielizny, okrętkowania nie wiadomo czego, a na szybce lufcika przyklejona była mała tabliczka, z napisem - "Położna". Zawahała się przez chwilę, bo nie miała odwagi po prostu odejść bez słowa.
- Szukam stolarza! - powiedziała w natchnieniu.
- Stolarza? Jest stolarz, ale to tam dalej, za rogiem. Tylko, że on robi trumny...
- Trumny? - rozpromieniła się Marzena. - To doskonale. Mówi pani, że tam, za rogiem?
Ale lufcik zatrzasnął się gwałtownie i papuzia twarzyczka rozpłynęła się w ciemnej głębi pokoju.
Chyba się wygłupiłam - pomyślała ze skruchą Marzena, rozważając, że nawet w tak śmiesznej sytuacji nie potrafi zachować się z godnością. - Co to jest, dlaczego nie mogę zdobyć się na swobodę i pewność siebie, kiedy ktoś się do mnie odezwie, tylko robię z siebie wariatkę. Czy dlatego, że śmieszy mnie tyle rzeczy, które nikomu jakoś nie wydają się śmieszne?
A przecież szczególnie pewność siebie i swoboda były właśnie teraz jej niezbędnie potrzebne. Ruszyła szybkim krokiem w kierunku przecznicy, po której ze zgrzytem przejeżdżał tramwaj, obmyślając pracowicie, czy potrafi konsekwentnie i gładko osiągnąć swój trudny i niepewny cel. Oczywiście, Celina...
Celina obudziła się wcześniej, niż Marzena mogła przypuszczać, gdyż w ramę okna uderzyła piłka, na szczęście nie dotykając szyby.
No, tak! Właśnie to jest parter - pomyślała Celina odruchowo, który to odruch umacniał się w niej od lat dziesięciu, odkąd zamieszkała w tym parterowym mieszkaniu. Zawsze uważała, że jest to mieszkanie, do którego wszelkiego rodzaju złoczyńcy mogą włazić oknami, kiedy im się tylko spodoba. Jeśli nie włazili, to byli widać chwilowo zajęci gdzie indziej.
Przez chwilę pławiła się jeszcze w cichym rozgoryczeniu, czując niemniej miły spokój i wygodę, które to uczucia chciałaby przedłużyć jeszcze trochę. Dzieciaki na podwórku, piłka, mniejsza o to.
Nagle jej spokojne, leniwe myśli zmąciło jakieś przypomnienie. Coś dolegliwego, niepokojącego. - Ach, nie, nie - broniła się przed czymś. Zamknęła oczy i wtuliła twarz w poduszkę, sądząc, że może śniło się jej coś złego i że to z tego snu jakieś wspomnienie. Ale nie, nie udało się oszukiwanie samej siebie. Z rozpaczą otworzyła oczy i westchnęła. Zaraz, zaraz, o co chodzi. Jakiś kłopot, jakaś przykrość, jakaś trudność...
Wzrok jej padł na stojącą na stoliczku fotografię Adama. No wiadomo, Adaś i jego dziewczyna. Więc jednak problem... Bo ja wiem... - była zaniepokojona tym zakłóceniem, trochę rozżalona, że Adam przysyła kogoś tak lekkomyślnie...
Ale po chwili opanowała się.
- Nie, tak nie można - zgromiła sama siebie. - Adam chciał jak najlepiej - stwierdziła surowo. - Nie jego wina, że mi to w tej chwili nie dogadza. Jest młody i nie ma pojęcia, jak mnie niektóre rzeczy drażnią i męczą. Trzeba tej małej okazać trochę życzliwości. Zresztą - przekonywała sama siebie - dlaczego miałabym jej nie lubić? W końcu nie uniknę tego, że zaistnieje taka czy inna dziewczyna, którą powinnam zaakceptować. To nie jest wina tej Marzeny, czy jak jej tam, że mnie teraz czyjaś obecność męczy. Muszę przecież przyznać, że naprawdę zadbała o mnie. Pomysł z kołdrą był pierwszorzędny. Ciasto jest doskonałe, jeśli to ona naturalnie je piekła. Zresztą ciasto, nie ciasto, mniejsza. Gorzej, jeśli w kuchni zostawiła chlew. One to lubią, te dziewczyny. Nie ma rady, trzeba wstać, zanim ona wstanie, a potem zajrzeć do kuchni, może nastawić wodę? Na szczęście jeszcze wcześnie. Ona na pewno jeszcze śpi, niech więc sobie pośpi.
W ten sposób, wśród mieszanych uczuć, Celina rozgrzeszyła i niejako pobłogosławiła swego nieproszonego gościa, po czym mrucząc i stękając wylazła spod kołdry i w byle jak narzuconym szlafroku poczłapała do łazienki. Przechodząc przez przedpokój zauważyła, że drzwi do pokoju Marzeny są lekko uchylone, więc z wielką uwagą, ażeby nie skrzypnęły, zamknęła je starannie i cichutko. Teraz poczuła się swobodniej i rozpoczęła wielkie ablucje w łazience. Kiedy czesząc się spojrzała w lustro i zobaczyła mizerną, chudą twarz o papierowej cerze, ogarnęła ją pokusa, aby jednak poprawić trochę ten żałosny widok.
- Wyglądasz po prostu jak biedna babina - mruknęła, krytykując swój wygląd.
Wyszczotkowała więc porządnie włosy, na szczęście bujne i tylko lekko siwiejące, i związała je czarną aksamitką. Wklepała trochę kremu w suchą skórę i z wahaniem i wyrzutami sumienia, że być może ośmiesza się, dotknęła różem mizernych policzków. Efekt wydał się jej nadzwyczajny. Zdecydowała też, że kosmetyczne zabiegi wykonała właściwie dla szczęścia Adasia. "Niech ta Marzena wie, że w naszej rodzinie kobiety są przystojne i zadbane".
Kuchnia była wysprzątana lepiej, niż zwykła robić to pani dozorczyni, i uczucia Celiny ociepliły się znowu. Zapaliła gaz pod czajnikiem i zdecydowała, że zrobi sobie herbatę. A Marzena niech pośpi i jak wstanie, to zjemy razem śniadanie.
Wróciwszy do pokoju zdecydowała, że teraz można będzie jeszcze trochę poleżeć. Jeszcze wcześnie - dopiero ósma. Celina ziewnęła i przysiadła leniwie na brzegu tapczana.
I wtedy nagle ten przeraźliwy krzyk, brzęk tłuczonej szyby, zgrzyt, gwar wielu głosów.
- Złodziej! Trzymajcie złodzieja! Ucieka przez okno! Łapać go!
Celinie serce biło tak mocno, że przez chwilę nie mogła złapać tchu. Ogarnęło ją przerażenie. Krzyk i brzęk szkła dochodził zza drzwi pokoju Marzeny. Czy to możliwe?
Nie, nie myliła się - odgłosy pochodziły z tamtego pokoju. Robiło się jej słabo, ale starała się z całych sił zachować przytomność umysłu w tej strasznej chwili.
To przerażające! To po prostu okropne - myślała. - Co się tam właściwie stało? Czyżby ktoś wdarł się do pokoju? Jakiś złoczyńca? Czy zwykły złodziej? Co się dzieje z Marzeną?
Z trudem podniosła się z tapczana, bo jednocześnie od pewnej chwili do drzwi ktoś się dobijał, bębniąc pięścią. Ale kto się dobijał? Wreszcie poznała głos dozorczyni.
- Pani Łabędzka - wołała zza drzwi - to ja! Niech się pani nie boi! Niech pani otworzy!
Teraz więc Celina, trzymając się ściany, wlecze się do przedpokoju, ze wzrokiem utkwionym w drzwi pokoju Marzeny. Nie ma odwagi pomyśleć, co się za nimi dzieje, i całe szczęście, że wreszcie dotarła do tych drzwi wejściowych, które teraz o mało co nie uderzyły jej, pchnięte niecierpliwą dłonią pani dozorczyni, ładującej się do wnętrza z roziskrzonym wzrokiem.
- Co się dzieje? Na litość boską, co się dzieje? - Celina pyta szeptem, bo brak jej tchu.
- Zaraz zobaczymy! - mówi złowrogo dozorczyni - zaraz zobaczymy. Tylko niech się pani nie przejmuje. Spokojniutko, pani Łabędzka, bo pani nie wolno się denerwować.
Ta pieszczotliwa uwaga wystarczyła, aby Celina dostała natychmiast bicia serca, podczas gdy dozorczyni energicznym, kaczym krokiem podchodzi do zamkniętych drzwi, za którymi nie wiadomo, co się dzieje, i otwiera je szeroko. Nagły podmuch wiatru zatrzaskuje teraz drzwi od sieni...
- O Boże!
Celina dusi się ze zdenerwowania, czuje bicie pulsu w skroniach. Nogi ma z ołowiu, kiedy wsuwa się do pokoju za dozorczynią, która wkroczyła pierwsza. Potem siada bezwładnie na rogu tapczana. Ogarnia ją panika. Co teraz? Co teraz będzie? Powiedzieć dozorczyni, że ktoś do niej przyjechał? Powiedzieć o wieczornym gościu, który znikł? Wszystko to wygląda jakoś dziwacznie i czy jest możliwe, aby działy się takie historie? A przede wszystkim, jak to się stało, że wpuściła do domu zupełnie obcą osobę? Zwariowałam, czy co? Kto to naprawdę jest?
Celinę ogarnia panika. Jakaś dziewczyna, której nigdy przedtem nie widziała na oczy, dzwoni do mieszkania, a ona - nie sprawdzając, kto to jest, otwiera przed nią drzwi, nieomal rzuca się w ramiona. Powiedziała jakieś nazwisko. Ale czy to aby ta sama Marzena? Czy Adaś naprawdę ją zna?
Szeroko otwartymi oczami patrzy tępo na panią dozorczynię, która raźnie krząta się po pokoju, przyjemnie podniecona. Pani dozorczyni rozgląda się uważnie i najwyraźniej wzięła w swoje ręce sprawę śledztwa i schwytania przestępców.
- A ta walizka? - pyta nagle, dotykając pantoflem stojącej na podłodze małej walizki Marzeny. - Skąd się tu wzięła? Bo to przecież nie pani walizka. Znam to mieszkanie i nigdy przedtem jej nie widziałam. Przecież to nie pani, co?
- Nie - szepce Celina - nie moja walizka. Tylko wczoraj...
- No to ja wiem - wpada jej w słowo dozorczyni. - Trzeba ją oddać na milicję!
- Kogo? - wykrztusiła Celina. Jest jeszcze bardziej przerażona i zgnębiona. Jest oczytana w kryminałach, więc błyskawicznie rozsnuwa się przed nią dalszy ciąg akcji. - Kogo oddać, pani Sabinko?
- No, tę walizkę. Tam są kradzione rzeczy... To pani nie wie? Jak uciekali, bo było ich dwoje, chłopak i dziewczyna, to oni, proszę pani...
Urywa nagle, bo w tej chwili słychać w drzwiach wejściowych zgrzyt klucza. Jeden zamek, drugi... Nie, drugi nie daje się otworzyć kluczem, bo już jest otwarty...
- Kto to?
- Ta pani to do pani? - pyta teraz niepewnym głosem pani Sabinka.
Nie. Celina nie wie już nic. Jakaś wariacka, niezrozumiała historia. Co się dzieje? Usiłuje więc ze wszystkich sił wmówić sobie, że się to jej śni, i że zaraz się obudzi z tego bezsensownego, męczącego snu.
No i czy to nie jest przebudzenie? Przez przedpokój lekkim krokiem przechodzi Marzena, staje na progu pokoju, oczy szeroko otwarte ze zdumienia, mina lekko ogłupiała, a w ręku siatka z zakupami.
- Marzenka! - wyrywa się Celina i ten okrzyk jest samą tkliwością, wdzięcznością za wyzwolenie i triumfem nad panią dozorczynią. Co za szczęście, co za szczęście... A więc ta walizka, ta mała walizka już nie jest opakowaniem łupów chytrej złodziejki, która podstępnie wdarła się do mieszkania, ale solidnym, chociaż skromnym bagażem solidnej i skromnej panienki.
- Jak ja mogłam - robi sobie wymówki Celina - jak ja mogłam wymyślić sobie taką bzdurę! Ale to ta pani Sabinka wpadła na ten pomysł!...
- Co się tu dzieje? - pyta Marzena.
O Boże, jak cudownie brzmi jej głos.
- Czy pani źle się czuje - pyta dalej z niepokojem i troskliwością - czemu pani wstała tak wcześnie?
I w tej chwili dostrzega wybitą szybę. - Czy coś się stało?
- Marzenko - mówi bez sensu Celina. - Marzenko, jak to dobrze, że pani przyszła. Jak to dobrze! Bo ja już nic nie wiem.
- Bo tu się dopiero działo! Złodzieje byli, szybę wybili - przerywa jej dozorczyni - i w ogóle jakiś napad, czy coś...
- Zaraz, zaraz - Marzena ruchem ręki usiłuje zahamować potok słów pani dozorczyni. Przede wszystkim nic nie rozumiem. Ale najpierw - zwraca się do Celiny uspokajająco i opiekuńczo - najpierw pani wróci do siebie, zje śniadanko... Ja zaraz wszystko zrobię, przygotuję i przyniosę.
- To dobrze, to ja już pójdę do siebie - zgadza się uspokojona, a także i właściwie uszczęśliwiona Celina. Jest to właściwie happy end kryminalnego filmu. Jednak pani dozorczyni nie ustępuje.
- A ta szyba? A ta walizka? To co? To milicję wołać, czy co?
- Walizka jest moja, proszę pani. A kto wybił szybę? Chyba pani powinna wiedzieć, nie? Pani tu mieszka, prawda? A poza tym szybę trzeba wprawić. Na razie jednak pani Łabędzka musi spokojnie zjeść śniadanie.
Pani dozorczyni niechętnie zabiera się do odejścia i jeszcze się ociąga.
- To jakby co - to niech pani do mnie zapuka, te drzwi obok. To pani, znaczy, znajoma pani Łabędzkiej?
Teraz z godnością odpowiada Celina: - Ta pani przyjechała do mnie z Warszawy i jest tak uprzejma, że się mną opiekuje. We wszystkich sprawach, pani Sabinko, to już proszę się zwracać do tej pani.
Kiedy w jakiś czas potem Celina potulnie jadła śniadanie podane przez Marzenę na dużej tacy, ozdobionej bukiecikiem bratków w kieliszku do jajek, serce jej topniało w poczuciu winy. Co prawda Marzena nie mogła wiedzieć o jej niecnych wyobrażeniach, o tym, że mogła pomyśleć o niej w ten sposób i nawet przez chwilę posądzać ją o kryminalne przestępstwa, ale sama świadomość, że mogła na tę miłą, życzliwą dziewczynę rzucać podobne podejrzenia, ciążyła jej kamieniem. No, po prostu miała wyrzuty sumienia i czuła się idiotycznie. Co więcej, jak jej się wydawało, Marzena była teraz również jakaś niewyraźna, jakby skrępowana... Nie wiadomo, czy także miała coś do ukrycia, czy też może nie wiedziała, jak się zachować wobec wylewnej (czy może nie nadmiernie wylewnej) serdeczności Celiny.
Tak, tak - Marzena czuła się nieco skrępowana. Przy śniadaniu nie była zbyt rozmowna, potem pokręciła się po kuchni, pozmywała filiżanki i oznajmiła, że idzie do dozorczyni załatwić sprawę wybitej szyby.
Celina przygasła. Zmęczyło ją to wszystko i czuła niechęć do całego świata, który zmuszał ją, przecież jeszcze chorą, czy też powiedzmy niezupełnie zdrową, do takich przeżyć. Do tak gwałtownych skoków nastroju i uczuciowych komplikacji. - Przecież należy mi się trochę spokoju - skarżyła się sama przed sobą.
Tak więc, kiedy Marzena dość szybko wróciła z konferencji z dozorczynią, która to konferencja zawierała pewne różnice poglądów na temat, kto ma płacić za wybitą szybę - zastała Celinę zupełnie różną od tej, jaka ukazała jej się wczoraj w drzwiach mieszkania. Teraz istotnie robiła wrażenie schorowanej staruszki, chociaż drobna śniada twarz, otoczona kosmykami burych włosów, była raczej twarzą chorowitej dziewczynki z angielskich rysunków. Marzena zatrzymała się w pół kroku zaskoczona jej zabiedzonym wyglądem.
Zmartwiła się i przestraszyła. Wzięłam na siebie coś ponad moje siły - pomyślała. - Jak mogłam podjąć się tego. Pomysł był, jak się okazuje, nieobliczalny, a przecież to jest jakaś odpowiedzialność.
- Może wolałaby pani się położyć - zapytała z wahaniem - przykro mi, że zostawiłam panią samą w domu, ale myślałam, że wrócę, zanim się pani obudzi. Skąd mogłam przypuszczać!...
- Co ona pani, ta Sabina, powiedziała? - przerwała Celina, odgarniając włosy z czoła i robiąc swobodną minę. Uśmiechnęła się nawet tak jakoś porozumiewawczo i to trochę pocieszyło Marzenę.
- Ach, to był, proszę pani, cały wielki kryminał! Kryminał cudo! Co tu kryć - pani Sabinka była zachwycona. Wprost promieniowała szczęściem. Nareszcie coś się działo! A ona mogła barwnie o tym opowiadać!...
- A co się właściwie działo? - Celinę najwidoczniej znów ogarnął lekki niepokój i należało szybko go rozwiać. Marzena robi więc zdziwioną minę.
- O co chodzi naprawdę, czy też to, co się działo w całej przejmującej sadze pani dozorcowej? Bo to mogą być dwie zupełnie różne rzeczy. A tak naprawdę to usiłowano okraść pani sąsiadów z góry.
- Tych państwa Zawadzkich?
- Zdaje się, że tak się nazywają w wersji pani Sabinki.
- Ale dlaczego u nas jest wybita szyba?
- A, to jest cała historia. Więc do tego ich mieszkania dostali się chłopak i dziewczyna...
- Włamali się?
- Nie, nie, mieli skądś klucze, jak się okazało. A może mieli wytrych, nie wiem na pewno. W każdym razie zabrali to i owo - jakieś cenniejsze rzeczy, zapakowali do walizek i już mieli wyjść, kiedy niespodziewanie wrócił ktoś z lokatorów. Dziewczyna była w tym momencie w kuchni i szybko dopadła do drzwi, ale chłopak był jeszcze w pokoju i w popłochu próbował wyskoczyć przez balkon. Wtedy właśnie zbił szybę u pani...
- Ale w jaki sposób?
- Według relacji nieocenionej pani Sabinki dlatego zbił szybę, ponieważ chciał wrzucić do pani przez okno walizkę z biżuterią... To pewnie chodziło o moją biedną walizkę...
- Tak, właśnie ta - oddycha z ulgą Celina. - I tak mnie skołowała...
- Otóż to! Co za głupie babsko! - przerywa Marzena patrząc z litością na mizerną figurkę. - Nie powinnam tak pani zostawić...
Celina uśmiecha się blado, myśląc, że dziewczyna przerwała jej w porę. Bo co miałaby jej powiedzieć? Że ona też pomyślała przez ułamek sekundy, że ta walizka to coś dziwnego... Tak, tak, obydwie czują się wobec siebie trochę winne, więc obie starają się teraz być dla siebie miłe...
- To ja pobiegnę załatwić sprawę szyby. Pani Sabinka zaznaczyła, że nie wie, kiedy będzie się mogła tym zająć, bo ma pranie... Postaram się wrócić jak najszybciej. Widziałam tu niedaleko warsztat szklarza. Może pani tymczasem położy się i spróbuje trochę odespać...
- Nie, nie, wolę poczekać, aż pani wróci. Boję się o to okno.
No i dobrze. Marzena pobiegła truchtem do szklarza i ubłagała go, żeby przyszedł natychmiast. Sprawa szyby została więc załatwiona jak po maśle. Chwała Bogu. Marzena przyniosła też Celinie gazety, w dalszym ciągu doradzała małą drzemkę i oświadczyła, że właśnie przez ten czas chciałaby się trochę rozpakować.
- Muszę w końcu zajrzeć do tej walizki - zażartowała - a nuż włamywacz zamienił ją i znajdę tam te skradzione klejnoty? Tylko gdzie mogłabym schować te moje bambetle? Nie chciałabym narobić bałaganu...
- Gdzie? - zastanowiła się Celina. - Już wiem! W szafie Adama. Tam jest trochę miejsca. Sądzę, że pani wystarczy. To ta jasna, sosnowa szafa w jego pokoju. Szuflada w jego stole też jest pusta...
I zmęczona burzliwymi przejściami poranka Celina wreszcie usnęła, opowiadając jeszcze coś tam o swoich kłopotach z panią Sabinką.
Marzena odczekała chwilę, popatrzyła na śpiącą z troską i współczuciem i westchnąwszy na różne tematy, które ją w tej chwili trapiły, przeszła na palcach do drugiego pokoju. Tu, czekając na przybycie szklarza, otworzyła szafę i zajrzała do jej wnętrza. Miejsca było rzeczywiście sporo. Wieko walizki odskoczyło, nie zawierała ona jednak klejnotów państwa Zawadzkich, tylko skromny dobytek młodej osoby o być może odpowiednich cechach i zaletach. Po chwili zawartość walizki wypełniła dwie puste dotąd półki i szufladę w biurku. Po skończonej robocie Marzena schowała walizkę pod tapczan, rozejrzała się i zamknęła szafę i szufladę na klucz. Zamierzała właśnie poświęcić się rozważaniom nad swoją sytuacją, kiedy do drzwi zapukał zamówiony przez nią szklarz.