Odrodzone królestwo. Odrodzone królestwo. Tom 5 - Elżbieta Cherezińska

Kup ebooka

39.00 zł
30.03 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1327

 

JEMIOŁA idzie po rosie. Ostrożnie stawia stopy na miękkich kępach mchu. Ciężki kraj sukni mokrym plaśnięciem dotyka nagich kostek nóg. Skrzydełka jej nosa drgają, gdy wciąga nocne, balsamiczne powietrze. Wyczuwa w nim nuty butwiejących liści, świeżych grzybni, sosnowych igieł i zmurszałej kory starzejących się drzew. Gdzieś, głęboko w ściółce, już wypełniają się sokami kłącza zaschniętych traw, czuje wyraźnie tę podziemną woń. Idzie w ciemności, ale nie po omacku. W oddali, między pniami drzew, majaczy wątłe światło, więc kieruje się ku niemu. Widzi, że światło przeskakuje, jak płomień poruszany podmuchem wiatru, choć noc jest całkowicie bezwietrzna. Otacza ją cisza. Żadnych ptasich głosów, trzaśnięć ułamanych gałązek, suchych liści ocierających się o siebie, jakby mrok wyssał z lasu wszelki dźwięk, poza tym, jaki wydaje mokra materia jej sukni. Ta cisza ją niepokoi.

Wtedy dostrzega mężczyznę. Idzie z naprzeciwka, kierując się jak ona ku światłu. Jest ostrożny, rozgląda się. Jemioła nie słyszy jego kroków, ale wyłapuje rytmiczne stukanie okutej pochwy noża zawieszonej u jego pasa. Wie, kim on jest, ale nie potrafi w tej chwili nazwać go żadnym imieniem. I jest zaskoczona, że go widzi, że nie jest tu sama, że ta nocna wędrówka nie jest przeznaczona tylko dla niej. On już ją dostrzegł, Jemiole wydaje się, że przyspieszył, choć ona zwolniła kroku.

Jej uwagę przyciąga światło. Teraz, z odległości kilkunastu kroków, widzi je wyraźnie. Na niewielkiej polanie, pod drzewem, stoi żelazny kosz. W nim siedem, może dziewięć pochodni. Płomień niespiesznie przeskakuje kolejno na każdą z nich, tak że pali się tylko jedna, a pozostałe gasną, nie zostawiając w powietrzu smugi dymu. Jemioła zachwyca się przez chwilę tym widowiskiem, nie czuje lęku.

Mężczyzna stanął, pochylił głowę i jak ona patrzy w krążący między głowniami płomień. W migotliwym blasku ożywa jego uroda. Na szerokie plecy spływają mu długie włosy zaplecione w dziesiątki cienkich warkoczy. Duże, wyraziste usta poruszają się, jakby coś szeptał. Ma mocne dłonie, takie, które potrafią przytrzymać, choć od razu przebiega Jemiole przez głowę, że nie wiadomo, czy mogą dom zbudować. Stoi pewnie, jak ktoś, kto wie, po co się zatrzymał. Uśmiecha się pokrzepiająco, unosi wolno twarz i Jemioła już wie, że uśmiecha się do niej. Dopiero teraz widzi jego oczy. Jedno z nich jest podzielone na pół i zieje otchłanią w kolorze butwiejących liści.

- Jarogniew Półtoraoki - wypowiada na głos jego imię i nie odwzajemnia uśmiechu.

- Matka Jemioła - odpowiada jej Jarogniew. I prosi miękko: - Cofnijmy się o krok.

Robią to jednocześnie i wtedy Jemioła zwraca uwagę na drzewo, pod którym stoi kosz z pochodniami. To stary jesion, zrośnięty z dwóch pni. Z konarów zwisają dwa pakunki. Jemioła wyciąga ręce po swój, Jarogniew chwyta ten, który wisi za jego plecami. On jest szybszy, rozrywa konopny sznurek przytrzymujący tobołek. Ona przyklęka, rozwiązuje swój drżącymi nagle rękami. Przeczuwa słusznie; już pod palcami czuje dotyk ptasich piór.

- Jeszcze możemy to zatrzymać - mówi nagle Jarogniew, i Jemioła patrzy na niego zaskoczona. Półtoraoki ma już na sobie pancerz z ptasich kości. Poprawia warkocze, które wkręciły mu się w zdobiony kruczymi pazurami napierśnik. - Tylko wrzuć ten płaszcz w ogień. Nie wahaj się, proszę.

Jemioła wstaje, przyciskając płaszcz Dębiny do piersi. I nie waha się ani trochę. Zakłada go na ramiona.

- Pożałujesz - mówi Jarogniew smutno. - Będziesz płakała.

Ona czuje ciepło ptasiego puchu na plecach i gorąco od ognia, który właśnie przeskoczył na najbliższą jej pochodnię. Widzi zwinny ruch Jarogniewa, ale jest szybsza niż on. I sprytniejsza. Półtoraoki chwyta płonącą pochodnię, Jemioła następną. W chwili gdy Jarogniew unosi swoją, płomień przeskakuje już na jej głownię. Jemioła porywa ją w mgnieniu oka.

- Nie panujesz nad ogniem, leśny wodzu! - rzuca mu w twarz.

- Poparzysz się, Matko! - odpowiada wściekle. W blasku lśnią jego białe, obnażone zęby.

Jemioła unosi wysoko płonącą żagiew i w jej świetle patrzy na niego.

Widzi płomienie skaczące z chaty na chatę, z dachu na dach. Kłęby czarnego dymu zasnuwające wszystko. Wysoki, świdrujący krzyk kobiety, wydaje się, że to Manna. Na obraz pożaru nakłada się las. Ściółka szeleści pod stopami uciekających. To dzieci. Idą za Jemiołą posłuszne, milczące, zatrwożone. I widzi Jarogniewa celującego do niej z łuku, prosto w pierś. Nie zdążyła zobaczyć, czy wystrzelił. Obraz przenosi się, jakby jakaś siła wyciągnęła Jemiołę wysoko nad ziemię. Ogień przy ogniu, jeden, drugi, trzeci. Nie nadąża ich liczyć. Rozumie, że zapłonęło Królestwo. Wraca, znów jest naprzeciw Półtoraokiego.

Wojownik w pancerzu z ptasich kości. Matka w płaszczu z ptasich piór. Odwraca się i rusza, skąd przyszła, zostawiając go w mroku. Teraz sama oświetla sobie drogę.

Las rozbrzmiał setkami ptasich głosów, jakby rozśpiewał się jej płaszcz. Kości pancerza pozostały nieme. Szła tu po rosie, wraca po szronie. Mokre krople zastygają na źdźbłach zeszłorocznej trawy, na suchych, wykręconych liściach i nagich gałęziach. Lśnią białym blaskiem w świetle niesionej przez nią pochodni. Chrzęszczą pod jej bosymi stopami. Kraj sukni pokrył szron, misterny jak haft. Z każdym krokiem robi się chłodniej, czuje, jak sztywnieją jej palce u stóp. Noc dobiega kresu, przechodząc w najmroźniejszą chwilę przed świtem. Nawet drapieżniki kończą nocne łowy i szukają ciepła, tuląc się do siebie w zaciszu nor. Ona idzie sama, światło pochodni wydaje się przytłumione w spowitym mroźną mgłą powietrzu. Ptaki zamilkły, ale słyszy odgłos swoich kroków, trzaśnięcie nadepniętych gałązek, głośny oddech i syk płomienia. Grzeje ją płaszcz Dębiny. Jej płaszcz.

Obudziła się zdrętwiała, ciężko łapiąc oddech. Potarła zapuchnięte powieki, próbując sobie przypomnieć, gdzie jest. W powietrzu unosiła się woń wypalonej świecy. Musiała zgasnąć przed chwilą, bo w półmroku snuła się jeszcze siwa smużka dymu, kopcąc na ustawiony obok krucyfiks, jakby palił się wiszący na nim srebrny Chrystus. Otrząsnęła się, pożary z jej snu skurczyły się do wypalonego knota.

Przed Jemiołą majaczyło potężne, osłonięte kotarami łoże.

- Królewicz Kazimierz - wyszeptała z trwogą, zerwała się z ławy i zachwiała. Opanowała się. Usiadła, wymusiła na sobie spokojny, równy oddech. Wstała dopiero, gdy przestało jej się kręcić w głowie. Odsłoniła kotarę i tej samej chwili usłyszała dzwony wawelskiej katedry. Zapadłe policzki Kazimierza były nieruchome, jak odlane z szarego wosku. Chwyciła jego chłodną dłoń, nie mogła wyczuć tętna. Pochyliła się do jego piersi.

- Przeżyliśmy kolejną noc - odetchnęła z ulgą. - Obudzisz się dzisiaj?

Położyła mu dłoń na czole i dopiero teraz poczuła pulsujące gorąco. Odwróciła rękę. Przez wnętrze jej dłoni biegła paląca rana.

- Miałeś rację, Półtoraoki. Poparzył mnie sen.

WŁADYSŁAW nie sypiał w nocy, udawało mu się zdrzemnąć przez krótką chwilę w dzień. Gdy odebrał raporty o stanie własnych wojsk, o ruchach Luksemburczyka, o oblodzonych przełęczach górskich, roztopach na traktach i brodach, które, jak mu mówiono, "nikną w błocie". I innych, które z kolei ścięło przymrozkiem, jakby zachęcały, żeby na nie wejść. By zagłuszyć natrętnie powracającą wizję, że gdy on patrzy na południe, skąd przyjdzie Luksemburczyk, Krzyżacy podpalą mu północ, kazał odprawiać msze. Słuchał ich nieuważnie, nerwowo, nie potrafiąc powtórzyć "Bądź wola Twoja", bo to zdanie stawało mu w gardle i nie chciało przez nie przejść. Co rano czekał na wiadomość, że z Kazimierzem lepiej, i co rano musiał się zadowolić lakonicznym "bez zmian". Były dni, gdy "bez zmian" było nieznośne, zamieniało się w wyrok odroczony w nieskończoność, a on, jako król, nie miał czasu nieskończonego, miał niedokończone sprawy, do załatwienia natychmiast. Ale miał też chwile, gdy ze zmęczenia zapominał, że jest królem i był tylko ojcem, dla którego "bez zmian" było ulgą, obietnicą, że jego syn żyje i będzie żył. Ojciec mógł siedzieć przy łożu syna, trzymać chłodną, wychudzoną dłoń i cieszyć się lekkim, ale jednak oddechem, unoszącym jego pierś. Jednak za każdym razem ojciec musiał ustąpić królowi. "Bez zmian" było zatem nie do przyjęcia.

Odprawił urzędników i przysnął na chwilę, z głową wciśniętą w oparcie wysokiego krzesła, zwrócony twarzą do okna, jakby stamtąd mogły nadejść dobre nowiny. I uświadomił to sobie, zapadając w sen. Wiedział, że śni. Że senną zjawą jest Rulka, jego nieżyjąca od dawna klacz, i rozumiał, iż jej obecność oznacza wędrówkę. Poniewierkę - podpowiedział mu głos we śnie. Była osiodłana, gotowa do drogi. Unosiła kształtną głowę i z wawelskiego dziedzińca rżała w stronę okna komnaty, w której spał, jakby wzywała go. Na jej rżenie nałożyły się głosy bojowych rogów. Okrzyki, szczęk żelaza, jęki rannych. Władysław szukał wzrokiem bitwy, ale zamiast niej widział mgłę, z której raz po raz wyłaniał się skrwawiony jeździec, uderzająca w powietrze kopia, kawałek chorągwi. Koszmarny obraz śmiertelnych zmagań schowanych w oparach. Nie mógł rozpoznać ani jednego znaku na płachtach chorągwi. Mgła zgęstniała jeszcze bardziej, poczuł swąd i dopiero wtedy dotarło do niego, że to dym. Nie z ognisk, ale z płonących miast i wsi. Z owładniętych dzikim płomieniem kościołów. Dzwon opętańczo bił na trwogę i zwielokrotniał dźwięk, jakby o ratunek błagała nie jedna, a dziesiątki świątyń. Poczuł, jak szybko uderza mu serce, i usłyszał drapieżny krzyk. Orzeł Królestwa rozbijał powietrze potężnymi skrzydłami. Dym rozwiał się. A on znów był na Wawelu.

Przez podwórzec przebiegli dwaj chłopcy. Stefan i Władysław junior, on zaś świadom sennej ułudy, wiedział, iż obaj nie żyją, ale chciwie wsłuchał się w ich śmiech. Wypatrywał zmarłej Jadwini, ale nie mógł otworzyć oczu i był zdany tylko na obrazy, jakie podsuwał mu sen. Wreszcie dostrzegł ją. Drobna sylwetka szła w stronę katedry, wtedy wbrew rozumowi pomyślał, że ona wcale nie umarła, tylko uciekła od jego zaborczych planów, wybrała służbę Bogu i tylko udaje, że zabrała ją śmierć. Widział jeszcze plecy córki, aż rozpłynęła się w sennej mgle. Dziedziniec opustoszał, zniknęła nawet Rulka, wtedy poczuł, że musi się obudzić jak najszybciej, by w korowodzie zmarłych dzieci nie zobaczyć Kazimierza, bo jego syn żyje i rano było "bez zmian". Stało się coś innego. Dziedziniec zapełnił się w mgnieniu oka. Służba, straż wawelska, wojewoda Spycimir ze swoją świtą, kasztelan Nawój z Morawicy, nawet pokraczny Grunhagen na kabłąkowatych nogach przechadzał się w ciżbie i pokrzykiwał do panien, jakby nigdy nic. Zagrał róg witający gości, zawtórował mu śmiech kuglarzy, tłum rozstąpił się, robiąc miejsce jeźdźcowi, niedużemu młodzieńcowi w czarno-czerwonym płaszczu. "Książę świdnicki Bolesław" - zawołał herold, a ludzie na dziedzińcu zastygli w bezruchu, wpatrując się w przybyłego. Mój wnuk - pomyślał Władysław - syn Kunegundy. I w jednej chwili olśniło go: jest w wieku Kazimierza, młody, silny, choć niski, jak on. Ma brata, który kiedyś dorośnie i może objąć księstwo, jest wolny i z jego krwi. Mój wnuk - podpowiadał mu rozwiązanie sen - zdrowy i silny.

Władysław obudził się równie nagle, jak zasnął. Szare, lutowe popołudnie przechodziło w szybki zmierzch. Za oknem, przed którym siedział, przetaczały się po niebie ciemniejące chmury.

- Najjaśniejszy panie? - usłyszał głos spod drzwi.

- Borutka? - Władysław poruszył zdrętwiałymi barkami.

- Nie, królu, jestem Jarota, zastępuję go. Borutkę najjaśniejszy pan posłał na Węgry, za panami Ligaszczem i Jałbrzykiem.

- Ach tak. - Władek potarł ciężkie powieki. W ustach poczuł nieprzyjemny, gorzki smak. - Daj wody, Jaroto.

- Jaśnie pan miał zły sen? - spytał sługa, podając mu kubek.

- Nie wiem. - Władysław napił się, wzruszył ramionami i wstał. - Kogo obchodzą sny?

JAN LUKSEMBURSKI kroczył dziedzińcem opawskiego zamku, otoczony świtą złożoną z dawnej Drużyny Lodu. Markwart, Zavis, Ulrik, Chval, Libos, tłusty Czabak i tępawy, ale za to jakże użyteczny Beneš, szli przy swym królu razem z Peterem z Rożemberka, równym krokiem, wzmacnianym metalicznym brzękiem ostróg. Miecze przy pasach, hełmy, których Jan nie pozwolił im zdjąć, i kolczugi pod pysznymi, ozdobnymi płaszczami, wzbudzały po równo lęk i podziw w prowadzącym ich do komnat gospodarzu, księciu Opawy, Mikołaju.

- Bądź łaskaw tędy, królu Janie - skłonił się po raz kolejny książę, wskazując nieco wąskie i strome schody.

- A gdybym nie był łaskaw? - zażartował Jan po francusku, zwracając się do swego poety, Wilhelma de Machaut.

- Wówczas książę zaniósłby cię na rękach, królu - odpowiedział Wilhelm z kamienną twarzą. - Ale zważywszy na jego brzuszysko, nie byłoby to wygodne ani dla ciebie, ani dla niego.

- Jak i cała ta sytuacja - skwitował Jan. - Nie sądziłem, że tak długo przyjdzie nam czekać na tę machinę wojenną. Roztopy uwięziły moją tajemną broń na przeprawie przez Łabę. Jestem wściekły.

- Zmienię temat, nim dojdziemy na ucztę - wtrącił Wilhelm szybko. - Czy to prawda, że nasz gospodarz jest zalegalizowanym bękartem Przemyślidów?

Jan zaśmiał się; pod nieobecność Henry'ego de Mortain poeta dotrzymywał mu towarzystwa, a jego wścibstwo i umiłowanie dworskich plotek nieodmiennie Jana bawiło.

- Umieściłeś to oszczerstwo w poemacie o mojej wyprawie wojennej? Strzeż się, książę Mikołaj wyzwie cię na Sąd Boży.

- Więc to nieprawda - zrozumiał zawiedziony Wilhelm.

- Półprawda - pocieszył go Jan. - Jest prawowitym synem bękarta. Przemyślidzi dbali o przyszłość bocznych gałązek swego rodu.

- Uff - odetchnął Machaut - wystarczy drobna poprawka. Jego ojciec był bratem twej żony?

- Jej stryjem, choć nigdy tak nie mów przy Elišce. Moja żona mawia o bękarcie "on", a o naszym gospodarzu "syn wiadomo czyj".

- Niezwykła kobieta - wyrwało się Wilhelmowi. - Oczywiście, w pewnym sensie.

Schody skończyły się, weszli do przedsionka sali biesiadnej. Na ścianach pyszniły się poroża jeleni i żubrów i czekała służba księcia Mikołaja ubrana w jednakowe zielono-złote kubraki.

- Królu - niepewnie spytał gospodarz - może twoi baronowie zechcą przed ucztą zostawić broń? Umyć dłonie?

- Prosimy o wodę - łaskawie zgodził się Jan.

Słudzy z miskami i ręcznikami podeszli najpierw do niego, Petera i Wilhelma, a potem do Beneša, Chvala i pozostałych. Mikołaj wymownie patrzył na miecze przy ich pasach.

- Jesteście moimi gośćmi - ośmielił się wreszcie upomnieć.

- Jesteśmy na wojnie - chłodno odpowiedział Jan, wchodząc do głównej komnaty.

Ostrogi zadźwięczały na posadzce z glazurowanych płytek. Jan zajął najwyższe miejsce i nie zważając na to, iż stół przykryto ozdobnym, haftowanym obrusem, zdjął z głowy hełm i położył przed swoim nakryciem. Tak samo zrobili jego baronowie. Książę Mikołaj zacisnął szczęki i nic nie powiedział. Poczekał, aż Jan usiądzie, i zajął miejsce obok niego.

- Wina, królu? - spytał, i Jan wyczuł w jego głosie wahanie. Odpowiedział pytaniem:

- Czy wytoczyłeś beczki dla moich rycerzy?

- Tak, panie. Służba wydaje im wieczerzę na dolnym dziedzińcu.

Jan uśmiechnął się szeroko i wskazał głową swój kielich. Książę Mikołaj odetchnął z ulgą i przywołał podczaszego. Rubinowy trunek popłynął do kielicha lśniącym, ciężkim strumieniem.

- Burgundzkie - powiedział z dumą gospodarz. - Trzymane w piwnicy na najprzedniejsze okazje.

- Opawa słynie z browarników - odrzekł Jan, nie podnosząc kielicha. - A moje wojska zdrożone.

- Twoim ludziom nie zabraknie naszego piwa, królu - zrozumiał Mikołaj. Skinął na sługę, szepnął mu coś do ucha i odesłał. - Ani gorącej strawy, ani chleba, ani...

Jan przerwał mu ruchem dłoni, uniósł kielich i krzyknął do gości:

- Zdrowie moich baronów! Zdrowie wojsk czeskich! Przeszliśmy Bramę Morawską w śnieżycy, nie cofając się ani na krok pod naporem wiatru, śniegu i zimna!

- Zdrowie króla! - zawołali Beneš, Czubaka, Ulrik i pozostali.

- Niech żyje król Jan Luksemburski! - dołączył się książę Mikołaj.

- Jesteście prawdziwą Drużyną Lodu! - przepił do swoich Jan. - Mam nadzieję, że pozostali dołączą do nas w czasie uczty. Mikołaju - zwrócił się do gospodarza - przy twym stole brakuje miejsc.

- Nie rozumiem. - Oczy księcia opawskiego zrobiły się niemal okrągłe.

- Czekamy jeszcze na walecznych gości, wodzów szpicy mych wojsk. - Jan uśmiechnął się do niego najpiękniej, jak umiał.

- Każę dostawić stół - odpowiedział książę.

- Bez zwłoki - odrzekł Jan, wciąż uśmiechając się do gospodarza i przeciągnął ten uśmiech tak długo, aż Mikołaj zawołał podstolego i cześnika. Gdy w ślad za rozkazami w komnacie pojawiła się służba z kozłami i blatami stołów, Jan upił kolejny łyk wina.

- Jesteśmy ci miłymi gośćmi? - spytał, patrząc, jak panny nakrywają dostawione stoły bielutkimi obrusami.

- Najmilszymi - odpowiedział Mikołaj, a Jan zaśmiał się w duchu i dodał:

- Tak samo radować się będą książęta Opola, Cieszyna, Raciborza i... Peterze? - przywołał niezawodnego Petera z Rożemberka.

- Bytomia, Oświęcimia i Niemodlina - tubalnym głosem podpowiedział Peter. Jan nie miał głowy do tych małych księstw śląskich. Bezbłędnie rozpoznawał tylko Wrocław, bo o jego bogactwie nasłuchał się, jakby to miał być jakiś Mediolan północy.

- Nie mogę ręczyć za piastowskich książąt - zachowawczo odpowiedział Mikołaj.

- Ty to co innego - poważnie potwierdził Jan - ćwierć krwi Przemyślida, jedyny w śląskim gronie. Ale czekaj, czy twoją żoną nie jest piastowska księżniczka? Dlaczego jej z nami nie ma?

- Księżna Anna jest w połogu - odpowiedział, czerwieniąc się.

- Gratuluję! - zawołał Jan. - Czyżbyś wreszcie doczekał się syna?

Dobrze wiedział, że nie; Mikołaj miał same córki i choć wciąż był w kwiecie wieku, lęk o dziedziczenie wpychał go w czeskie ramiona. Czuł się Przemyślidą, po tej kapce bękarciej krwi w żyłach? Czy też bał, że jako jedyny nie-Piast wśród śląskich książąt stanie się dla nich łatwym łupem, gdyby Bóg nie dał mu w przyszłości dziedziców?

- Nie lękaj się, Mikołaju z Opawy, jesteś moim lennikiem - odpowiedział na niezadane pytanie. - Otaczam cię królewską opieką.

- Twój majestat nie ma sobie równych - wymamrotał speszony Mikołaj.

- Rozmawiałeś osobiście z książętami Opola, Cieszyna, Raciborza i tej reszty? - przeszedł do konkretów Jan.

- Przez kanclerza, mój panie.

- Przez kanclerza - powtórzył za nim król. - Ja też lubię załatwiać sprawy pokojowo. Dyplomacja jest sztuką ponad sztukami, zgodzisz się, Mikołaju?

- Naturalnie - ochoczo potaknął gospodarz. - Ty, królu, słyniesz z dyplomatycznych talentów.

- I z wojennych - odezwał się Wilhelm de Machaut. - Jan Luksemburski wygrał dla Wittelsbacha bitwę dwóch królów. Nie na salonach, przypomnę, tylko w błocie pól nad rzeką Inn.

Mikołaj niepewnie spojrzał na Jana, potem na Wilhelma, potem po twarzach baronów i ich hełmach leżących na stole, między piękną zastawą, srebrnymi świecznikami i kielichami z zielonkawo połyskującego szkła.

- Podtrzymam swą sławę - powiedział Jan. - Wyślę moich baronów z drużynami zbrojnymi do wszystkich piastowskich książąt. Potwierdzą ustalenia twojego kanclerza i dopiszą to, czego w nich brakuje.

- Ależ, królu - jawnie zaniepokoił się Mikołaj. - Wcześniej mowy nie było o obecności wojsk, o przymuszaniu kogokolwiek. Ja... wszystko przecież zostało ustalone... nie ma potrzeby... ty, królu, spieszysz na wojnę...

- Czekam na ostatnią część mych wojsk - zimno przerwał mu Jan. - W twojej gościnie, Mikołaju. Beneš, pojedziesz do Raciborza. Ty, Chvale, do Oświęcimia. Markwart do Bytomia. Zavis do Opola, Ulrik do Cieszyna i Libos do Niemodlina. - Bezbłędnie wymienił wszystkie księstwa, o Wrocławiu nie wspomniał. Nie powierzyłby go nawet Peterowi z Rożemberka, Lipskiemu owszem, ale Lipskiego nie było z nimi.

- Król Jan ma olśniewającą pamięć! - Wilhelm de Machaut napił się wina. - A książę Mikołaj świetnego burgunda.

- To prawda - uniósł kielich Jan. - Mikołaju, wino jest wyborne. Przy okazji odwiedzin w śląskich księstwach moi baronowie poproszą mych przyszłych sojuszników o wsparcie dla ciebie.

- Nie rozumiem. - Książę opawski nie krył już, że jest skołowany.

- Moje wojsko jest potężne. Dawno żaden czeski król nie zebrał tak wielkiej armii. Wykarmienie jej może być kłopotliwe, nie pomyślałeś o tym, książę? - Jan uśmiechnął się do niego zza kielicha. - Nic nie szkodzi, ja to przewidziałem. Poprosimy książęta śląskie, by przysłały zaopatrzenie dla naszych wojsk. Nie chcę ogałacać do cna twoich spichrzy, gospodarzu.

W tej samej chwili służba zaczęła wnosić parujące półmiski. Jan ledwie musnął wzrokiem spiętrzone figury pasztetów, świńskie łby pieczone w całości, dzicze szynki, udźce saren i miski z tłuczonym grochem, ale widział, jak Mikołaj wodzi wzrokiem za każdą wniesioną na stół potrawą, jakby nagle zaczął przeliczać, czy stać go na wykarmienie króla, jego świty i wojsk, które, jak dowiedział się przed chwilą, mają zamiar czekać na jego wikcie na ostatnie hufce. Jan wyczuwał narastające przerażenie gospodarza, ba, rozumiał go świetnie, ale wiedział, że w prowadzeniu wojny aprowizacja jest równie ważna, co waleczność. Wraz z potrawami do komnaty biesiadnej weszli muzycy. Wilhelm de Machaut skrzywił się po pierwszych dźwiękach.

- Obawiam się, że tego jeść nie będę - powiedział do króla po francusku, wskazując na lśniący od tłuszczu świński ryj - a tych tam słuchać nie mogę. Jedno i drugie wydaje mi się dość prostackie, godne karczmy, nie królewskiego stołu.

- Poznawaj inne kultury - odpowiedział mu Jan. - Francja to pępek, ale nie koniec świata. Zwonimir! - zawołał, witając stającego w drzwiach barona. Był bez hełmu, ale za to w ostrogach, brudnym od błota płaszczu i z mieczem u pasa. Widać Baldryk, giermek Jana, zdążył mu szepnąć, jak się ma prezentować na opawskiej uczcie. - Mikołaju, poproś muzykantów, by umilkli. Chcemy wysłuchać naszego wodza.

Wilhelm przewrócił oczami i podziękował westchnieniem, Jan pogroził mu palcem. Zwonimir, kiedyś chłopak wiotki, choć zapalczywy, teraz stał się mężczyzną postawnym, brodatym i powściągliwym w słowach.

- Przywiozłem ci podarunek, mój królu. Ten, o który prosiłeś.

- Króla krakowskiego? - zażartował Wilhelm.

- Jego posłów - poważnie odpowiedział Zwonimir.

- W moim księstwie posłowie są nietykalni - wyszeptał Mikołaj i łapiąc się za serce, zwrócił do Jana. - Królu, królu...

- Posłowie zawsze są nietykalni - odpowiedział mu Jan i dodał zimno: - Chyba że jest wojna i są to posłowie wroga. Gdzie ich złapaliście?

- W dolinie Popradu.

- Odetchnij, książę. To nie na twojej ziemi. Mieli przy sobie listy?

- Owszem, ale tylko od królowej Jadwigi do królowej Elżbiety. Dla zmylenia, to pewne. Patrząc po podarkach na wozach, to musiało być poselstwo krakowskiego króla do jego zięcia, króla Węgier. Zapewne główne dyspozycje mieli przekazać ustnie.

- Pytałeś ich?

- Dyplomatycznie - odpowiedział Zwonimir.

- Słyszysz, książę? - Jan przekrzywił głowę ku gospodarzowi. - Mój wódz uszanował nawet posłów wroga jadących po pomoc. Cóż, król Władysław będzie siedział na Wawelu, patrzył na zamieć idącą z Czech ku swemu Królestwu i w śnieżycy nie zobaczy posiłków węgierskich, bo jego zięć nawet nie dowie się, że był wzywany na ratunek. Zwłaszcza że ów zięć, Carobert, pił ze mną wino, jak my dzisiaj, i przysięgaliśmy sobie sojusz. - Jan napił się burgunda i zwrócił do Zwonimira: - Znaczni jacyś?

- Toporowie i Lelewici. To pierwsi panowie przy królu - odpowiedział Zwonimir i jego wzrok zatrzymał się na dłużej na kielichu w ręku Jana.

- Gospodarzu - ponaglająco powiedział król. Mikołaj był tak zdenerwowany, że nie zrozumiał, ale jego podczaszy owszem. Podał pełen kielich baronowi, a ten wychylił go duszkiem.

- To burgund! - zaśmiał się poeta.

- Nie szkodzi. - Zwonimir otarł usta wierzchem dłoni.

- Tak piją Czesi! - zawołał król Jan. - Książę, może znajdzie się na tej uczcie opawskie piwo dla wodza mego zwiadu? Spieszył do nas z daleka.

- Garniec - dodał Zwonimir.

- Topór jest kasztelanem krakowskim, Lelewita wojewodą - odezwał się Chval z Drużyny Lodu. - Czy to nie dziwne, że król Władysław wysyła takich ludzi?

- Nie powiedziałem, że mam wojewodę i kasztelana - odpowiedział mu Zwonimir. - W poselstwie byli ich rodowcy.

- Wnosisz tylko po znakach na tarczach? - zakpił Chval.

Jan od dawna widział, że ci dwaj rywalizują ze sobą.

- Spokój - uciszył ich. - Jutro wezwiemy ich przed nasze oblicze i będziemy słuchać. Zwonimirze, usiądź, jedz i pij. Sprawiłeś się nadzwyczajnie. Odpoczniesz i znów ruszysz na pogranicze, skoro, jak słyszę, taki ruch w dolinie Popradu.

- Muzyka? - zapytał Mikołaj i już unosił rękę, by dać znak grajkom.

- Lepiej wino - westchnął Wilhelm de Machaut i znów w sukurs przyszli mu goście.

- Libos i Hynek! - zawołał siedzący najbliżej wejścia Beneš.

Ręka księcia Mikołaja opadła, muzycy wzięli to za znak, zadęli w piszczałki, gospodarz zamachał zniecierpliwiony i nierówno zamilkli. Podczaszy tym razem był szybki, czekał z dwoma kielichami w pogotowiu.

- Co przynosicie, druhowie moi? - zapytał ich wesoło Jan, z zadowoleniem patrząc na ich nieogolone twarze i ciężkie od błota płaszcze.

- Rozbiliśmy obóz i szykujemy się do oblężenia - oznajmił Hynek.

- Gdzie? - spytał Jan, łowiąc paniczne spojrzenie gospodarza.

- Miasto srebra i ołowiu - odpowiedział Libos i jego duże usta rozciągnęły się w uśmiechu.

To w niczym nie uspokoiło księcia Mikołaja. Na Śląsku niejedno takie - pomyślał rozbawiony Jan.

- Największy zamek w drodze do Krakowa - dorzucił Hynek, z trudem kryjąc tryumf. - Obóz, jak mówię, już gotowy. A piękny Sławków będzie twój, królu Janie!

- Potężna twierdza biskupów krakowskich - powiedział Libos z taką dumą, jakby sam ją budował.

- No to postawiliśmy czeską nogę w Małej Polsce - zarechotał Beneš.

Jan napił się wina, patrząc w oczy księcia Mikołaja. Do gospodarza dopiero w tej chwili dotarło, iż część wojsk Jana dawno przeszła przez jego księstwo, ba, przeszła i przez kolejne ziemie, księstw raciborskiego, cieszyńskiego, bytomskiego i jest już w granicach Małej Polski, że ten wielki obóz, jaki rozbili pod Opawą, miał odciągnąć uwagę wszystkich od szpicy, która poszła dalej. I, czego być może Mikołaj się jeszcze nie domyślał, manewr ten miał sprawdzić zachowanie przyszłych sojuszników, władców tychże księstw, których nazwy Jan z takąż łatwością zapamiętywał, co mylił.

- Czy napotkaliście w drodze jakieś przeszkody? - spytał Jan.

- Żadnych, królu - odpowiedział Libos i sięgnął po podany przez podczaszego kielich. - To będzie udana wojna.

- I szybka! - dorzucił Hynek, wychylając kielich równie prędko jak wcześniej Zwonimir.

- To na co czekamy? - rozochocił się Beneš.

- Na bombardę, która rozkruszy mury Wawelu, mój druhu - odpowiedział Jan i mruknął do Wilhelma de Machaut: - Idź spać albo zatkaj uszy. Moi Czesi muszą się dzisiaj zabawić. - Po czym dał znać księciu Mikołajowi, by pozwolił grać muzykantom. I jego podczaszemu, by do biesiadnej podano więcej opawskiego piwa.

- Wyważyliśmy wrota do Małej Polski! - wzniósł tryumfalny toast król.

JANISŁAW arcybiskup gnieźnieński nie uległ Jemiole, która chciała, by rozmowy odbyły się przy łożu chorego Kazimierza. Nie uległ także królowi, gdy ten życzył sobie prowadzić je w sali tronowej. Krążył po Wawelu przez całe przedpołudnie i wreszcie zdecydował, że spotkanie odbędzie się na zamkowej wieży. Jemioła olśniła go zieloną suknią uszytą na wzór dworski; takiej jej nigdy nie widział. Onieśmieliła wytworną bladością policzków, naszyjnikiem z jantarowych paciorków, które połyskiwały, niepokojąco odbijając płomienie pochodni. Król za to był jawnie udręczony, na jego czole i skroniach pogłębiły się zmarszczki i bruzdy. Siwe włosy przytrzymywała mu prosta, skórzana przepaska, ramiona mocno osłaniał wilczym futrem. Wydawał się nieobecny myślami i to był niedobry znak dla rozmów, które mieli odbyć.

Służba upewniła się, że niczego im nie brak, i zostawiła samych. Wiatr ustał, w powietrzu unosiły się obłoczki pary z ich oddechów.

- Królu, Matko Jemioło - zaczął arcybiskup.

- Co będzie z Kazimierzem? - nerwowo przerwał mu Władysław. - Leczysz go, pani, od trzech tygodni i ciągle "bez zmian".

- Zatruwany był o wiele dłużej - odpowiedziała spokojnie Jemioła.

- Kto go truł? - natarł Władysław, z trudem panując nad emocjami.

Jemioła nie odpowiedziała, król zapalczywie zrobił krok w jej stronę.

- Krzyżacy? Czesi? Może Brandenburczycy? Albo któryś z piastowskich książąt, czy ty wiesz, ilu mam wrogów?

- Wiem o takim, którego nie znasz, królu - spokojnie odpowiedziała Jemioła.

- Mów! Nie igraj ze mną! - Władysław był gorączkowy, zapalczywy, takim go jeszcze Janisław nie widział.

- Zróbmy krok w tył - powiedziała miękko Jemioła i Władysław, o dziwo, posłuchał jej. Odsunął się, oparł plecami o wykusz okna strzelniczego. Janisław dał znać Jemiole, że on będzie mówił.

- Jemioła nie jest beginką, królu - zaczął.

- Wszystko mi jedno - wzruszył ramionami Władysław. - Byleby go uleczyła. Mam potęgę luksemburską w Małej Polsce, Krzyżaków na północy, wściekłą Brandenburgię na zachodzie i śmiertelnie chorego syna. Jedynego dziedzica. Innych miał już nie będę.

- Jemioła jest Matką Starej Krwi - ciągnął Janisław, próbując nadać swemu głosowi jak najbardziej naturalne brzmienie. - Przywódczynią ludzi, którzy, podobnie jak ona, nie są chrześcijanami.

Patrzył na króla. Władysław słysząc o Starej Krwi, odwrócił się od nich i stanął bokiem, jakby oglądał lśniące zakole Wisły.

- Ich istnienie w Królestwie odkrył świątobliwy Jakub Świnka i przed wielu laty zawiązał niepisane porozumienie z ówczesną Matką, Dębiną.

- Po co? - rzucił Władysław, nawet nie odwracając głowy.

- Dla dobra Królestwa, w którym żyją ludzie tak różni, ale połączeni ziemią, z której wyrośli, której nie chcą opuścić, jak domu... - Arcybiskup wahał się tylko chwilę, nim powiedział: - Jakub Świnka był człowiekiem Starej Krwi. W prostej linii potomkiem Bezpryma i kobiety zwanej Floryną.

Janisław zobaczył, że król drgnął, jakby układał sobie w głowie wiedzę, którą otrzymał. Mówił więc dalej:

- Jakub Świnka pokonał przyrodzone Piastom pragnienie noszenia korony. Nałożył ją na skronie Przemysła, myśląc, że łamie klątwę Wielkiego Rozbicia. Morderstwo króla omal nie zabiło odnowionego Królestwa. - Janisław przełknął ślinę, z emocji zaschło mu w ustach. - Wtedy, za Jakuba i Przemysła byliśmy blisko. W drodze do korony cichych bohaterów było wielu. Nie tylko arcybiskup Świnka, ale i Dębina oraz stojąca przed tobą Jemioła...

- Słyszałem o "Zielonych Grotach" - wszedł mu w zdanie król i Janisław wiedział, że to zmierza w złą stronę. Trudno było nie wychwycić nuty pogardy w jego tonie.

- A o wojownikach Jarogniewa słyszałeś, królu? - przejęła rozmowę Jemioła. - O Starcach Siwobrodych, kapłanach Trzygłowa, którzy ich wiodą przeciw tobie?

- Bzdura - prychnął król w stronę Wisły. - Posąg Trzygłowa porąbał książę Mieszko przed setkami lat i spalił.

- A jeśli tobie ktoś spali krucyfiks, zaprzesz się wiary w Chrysta? - odpowiedziała mu szybko. - Czy też będziesz szukał pomsty na tym, kto zbezcześcił znak wiary w twego Boga?

- Ja z nimi nie walczę - odpowiedział Władysław po chwili.

- Ale oni już są na wojnie z tobą. Powiesz, że to nieważne, bo ich nigdy nie widziałeś? Oni widzieli ciebie, królu Władysławie. I sięgnęli po twego syna. Tu, w najlepiej strzeżonym zamku Królestwa. Pod bokiem najdzielniejszych rycerzy, straży, która od dnia ślubu pilnowała go w dzień i w nocy. Nie ustrzegłeś go przed nimi. - To ostatnie zabrzmiało przerażająco. Oczy Jemioły lśniły w półmroku nadchodzącego wieczoru. Władysław nie mógł tego widzieć. Wciąż stał odwrócony bokiem, nieruchomy, wpatrzony w nurt Wisły. Milczał.

Janisław nie spodziewał się tak dziwnego zachowania króla. Przewidywał sprzeciw, drwinę, niedowierzanie, ale nie to, że odwróci się i nie będzie chciał spojrzeć im w oczy.

- Po śmierci króla Przemysła - podjęła Jemioła - jedna z naszych kapłanek przepowiedziała, że nadejdzie czas wojny tak strasznej, jakiej nie znał ten kraj. To był czas, gdy przez Starszą Polskę przetaczały się różne wojska. Głogowskie, brandenburskie...

- I moje - przerwał jej. - Pamiętam. O którym z wrogów mówiła ta kobieta?

- W głębi duszy znasz odpowiedź, królu - powiedziała Jemioła i Janisław poczuł, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego. Falą przeszło przez niego gorąco, nie rozumiał, dlaczego widzi wszystko z góry, jakby nagle uniósł się pod spiczasty dach wieży. Widział siebie, Jemiołę i króla połączonych, choć każde z nich stało osobno.

- To Krzyżacy - usłyszał z dołu głos Jemioły. - Żelaźni bracia. Wiesz o tym, królu.

WŁADYSŁAW chłonął każde słowo tej kobiety. Nie mógł patrzeć na nią, bo miała nad nim jakąś niewytłumaczalną władzę; wiedział o tym od tamtej chwili, gdy spotkał ją idącą do komnaty chorego Kazimierza. Nie potrafił tego wytłumaczyć, więc wolał nie marnować sił na walkę z czymś, czego nie rozumiał. I tak, gdy powiedziała: "To Krzyżacy", wiedział, że kimkolwiek jest, ma rację. Bał się Luksemburczyka i czeskiej potęgi ciągnącej na jego Kraków, ale śmiertelne przerażenie czuł wyłącznie na myśl o wojnie z Zakonem. Żelaźni bracia, mroczny sekret jego nieprzespanych nocy.

- Dlaczego jednocześnie mówisz o Krzyżakach i wyznawcach Trzygłowa? - odezwał się, gdy udało mu się powstrzymać wewnętrzne drżenie. - To połączenie niemożliwe. Wykluczające się.

- Dwa lata temu tak samo nazywano twój sojusz z Giedyminem, królu - odpowiedział mu Janisław, nie ona.

- Macie dowody? - spytał, patrząc na ciemny niczym ołów nurt Wisły.

- Nic, co można by zawieźć papieżowi - odrzekł arcybiskup. - Krzyżacy są przewidujący.

- A wojownicy Jarogniewa potrafią zacierać ślady - dodała Jemioła. - Mogę cię jednak zapewnić, panie, że to ich ludzie przykuli do łoża twego syna. I sądzę, że to oni stoją za śmiercią twojej córki. Była przypadkową ofiarą, jak mniemam, bo celem zawsze był Kazimierz.

Władysław poczuł, jak po raz kolejny tego wieczoru krew krzepnie mu w żyłach. Tak samo myślał, gdy wrócił do Krakowa z wojny w Brandenburgii. Zatopił wzrok w rzece, ale nie widział jej toni, wszystko spowił brudny, lepki mrok.

- Są w zmowie? - zapytał, albo raczej stwierdził. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Lęk o syna potężniał w nim z chwili na chwilę. Natrętnie powracała twarz wnuka, widziana we śnie, nakładając się na blade, jakby już był martwy, oblicze Kazimierza.

- Wiele na to wskazuje - odpowiedziała Jemioła. - Jak i na to, że ty i ja, królu, znaleźliśmy się po jednej stronie. Nazwij to, jak chcesz: wspólny cel albo wspólni wrogowie.

- Kazimierz - tylko o nim chciał mówić. - Jak to widzisz?

Od zimnego wiatru załzawiły mu oczy. Przetarł je wierzchem dłoni. Jeśli usłyszy odpowiedź, której nie może przyjąć, to co? Skoczy z wieży i się utopi?

- Możesz, królu, sprowadzić do niego najlepszych medyków i usłyszysz różne prognostyki, ale nie uratują Kazimierza, bo to, co mu dolega, jest poza wiedzą medyczną, jakiej ich nauczono.

Wiem - pomyślał. - Odesłałem każdego z nich do diabła, jednego niemal udusiłem.

- To nie ich wina - powiedziała. - Znają tylko to, co zapisano w ich księgach. Ja sięgam do wiedzy, której nie spisywano, bo łacina dla mego ludu była językiem wrogów, nie mową rodzimą. Znam magię, której użyto wobec twego syna. Wiem, że część procesu, jaki zaszedł w jego ciele, jest nieodwracalna. Ale wciąż jeszcze czuję, że mogę ocalić mu życie.

Władysław przytrzymał się tego ostatniego zdania, tylko to słyszał. Oczy przestały mu łzawić i znów zobaczył lśniącą u stóp Wawelu Wisłę.

- Jednak - mówiła dalej Jemioła - ratując go, narażam się. Użyję za słabych środków, nie pomogę mu. Użyję mocnych, mogę sama przypłacić to życiem. I wreszcie, jestem tutaj, w twoim zamku, w otoczeniu tych wszystkich kościołów. W każdej chwili ktoś może powiedzieć na mnie "czarownica", nie zastanawiając się, czy ratuję, czy marnuję życie. Dla twoich sędziów czy inkwizytorów Kościoła nie ma znaczenia, że nie ja go chciałam zabić, tylko moi wrogowie. W waszych oczach i oni, i ja jesteśmy jednym - poganami.

- Jesteś tutaj, by ratując Kazimierza, walczyć ze swoim wrogiem? - spytał zaskoczony.

- Nie. Chcę pokazać ci, że znaleźliśmy się po jednej stronie.

- Powiedziałaś mi to tamtej nocy, gdy spotkałem cię, jak szłaś do niego. - Głos z trudem przechodził mu przez gardło. - Że w wojnie, która nadciąga, każdy mieszkaniec Królestwa musi stanąć w jego obronie. Teraz rozumiem, że miałaś na myśli i swoich ludzi. I jak każdy władca wiem, że żadna pomoc nie jest udzielona darmo. Czego chcesz w zamian za swoją? - powiedział wreszcie to, od czego chciał zacząć tę rozmowę. Powiedział to. Co usłyszy? Coś bluźnierczego, czego spełnić nigdy nie będzie mógł? Jeśli tak, co robi z nimi arcybiskup?

- Wolności dla moich ludzi - usłyszał. - My nie wchodzimy wam w drogę, wy zostawcie nas w spokoju. Twoi Doliwowie karczują lasy, najstarsze lasy, takie, w których rosną drzewa pamiętające jeszcze...

- Wasze święte gaje - zrozumiał w jednej chwili. - To być może da się jeszcze zatrzymać. Nadam im inne ziemie. W zamian za to uratujesz mojego syna?

- To nie jest transakcja - przerwała mu twardo i pojął, że tak łatwo nie pójdzie. Milczała przez chwilę, nie, wciąż nie był gotów, żeby się odwrócić. Potem usłyszał: - Gdybyś nie miał syna, ale miał córki. Zdrowe, mądre, z twojej krwi i wychowane w twym duchu. Dlaczego im nie miałbyś przekazać tronu?

- Bo kobiety nie dziedziczą - odpowiedział.

- Nigdy nie myślałeś, królu, że twoja ukochana córka, Elżbieta, byłaby najlepszą następczynią tronu? - zadał mu celne pytanie Janisław.

Oczywiście, że myślał.

- Ona jest żoną króla, królową u jego boku - mówiąc, starał się zachować spokój. - Jak moja pani, Jadwiga. Królowe mają wpływ na męża...

- Albo nie mają - przerwała mu Jemioła. - Dlaczego nie przyszło ci do głowy najprostsze rozwiązanie?

- Bo tak jest świat zbudowany! - nie wytrzymał i krzyknął. - Kobieta jest podległa mężczyźnie i...

- Dopuść do dziedziczenia kobiety - weszła mu w zdanie. - Gdy tradycja nie może sprostać życiu, trzeba ją zmienić. Tak jak woda opływa przeszkodę...

- Chryste! - zawrzał w nim gniew. - Nie mów mi o wodzie, gdy rozmawiamy o koronie! Wiesz, ile mnie kosztowało zdobycie jej?

- Królestwo to więcej niż król - Janisław przypomniał dewizę arcybiskupa Świnki.

- Ja, jeśli mam swoje siostry włączyć do walki o Królestwo, też muszę złamać tradycję - powiedziała Jemioła i usłyszał, że i jej głos drży.

- Jaką? - spytał, badając wzrokiem nurt wody. Jakaś ciężka chmura powoli odsłoniła rąbek księżyca i na wiślanych falach zakołysał się chłodny blask.

- Nigdy nie walczyłyśmy, królu. Matka Dębina mówiła, że kobiety dają życie, więc nie powinny go odbierać. Wojna, w której staniemy obok ciebie, będzie prawdziwa. A to znaczy, że nieczysta, krwawa, pełna strat i bólu. Jak mam przekonać moje siostry, by stanęły w niej obok mnie, ciebie, Janisława i prześladujących nas Doliwów?

Milczał. Więc ta kobieta tak samo jak on czuje ciężar korony?

- Coś ci przypomnę, królu, ale proszę, nie myśl o sobie, tylko o Królestwie - odezwał się Janisław. Jego głos brzmiał poważnie, a mimo to koił wzburzenie Władysława. - Gdyby kobiety mogły dziedziczyć koronę, po śmierci Przemysła nie mielibyśmy chaosu w kraju. Na tron wstąpiłaby jego jedyna córka, Rikissa. Dziewczynka, która w wieku dziewięciu lat umiała czytać i pisać, która uczyła się sprawowania władzy przy boku ojca. Baronowie Starszej Polski wsparliby ją, pomogli wybrać męża. I to on musiałby być gwarantem pokoju, a nie ona jego zakładniczką. Czy mając takie prawo, wybraliby Václava Przemyślidę?...

Arcybiskup uprzejmie przemilczał wątek mego nieszczęsnego wyboru - przebiegło Władysławowi przez głowę, ale nie zatrzymywał się nad tym, słuchał.

- Czy raczej narzeczonego, którego wskazał jej ojciec? Młodego brandenburskiego margrabiego, chłopca, który przy niej nie mógłby występować z pozycji siły, ale zapewniłby pokój z Brandenburgią. Królestwo oparte na zachodnim sojuszu stałoby się dla Przemyślidów zbyt silne, by chcieli walczyć o jego tron. O księciu Głogowa nie wspomnę, Przemysł nie wiązałby się z nim układem, gdyby mogła dziedziczyć jego córka. Resztę znasz, królu. Nie mielibyśmy dzisiaj Luksemburczyka u bram Małej Polski.

Krew zaczęła krążyć w nim szybciej i szybciej. Władysław poczuł, jak przepływa przez opuszki jego palców, pulsuje w nadgarstkach, przechodzi rwącym strumieniem przez węzły barków, wpada niczym rwąca rzeka do serca i wypełnia je gęstą falą, jakby chciała rozerwać mu piersi. W głowie tętnił mu głos Jemioły: Odmień Królestwo. Złam tradycję. Dopuść do dziedziczenia córki. Zacisnął palce na kamiennej balustradzie wieży, aż zbielały mu kłykcie. Wychylił się, mocno wciągając zimne, nocne powietrze.

- Nic nie tracisz - powiedział Janisław. - Jeśli Kazimierz przeżyje, zmiana nastąpi dopiero w kolejnych pokoleniach. Jeśli umrze, i tak nie będziesz miał wyboru. Ale jeśli odważysz się zerwać z tradycją, możesz zyskać wieczność swego rodu.

Chryste, ratuj - pomyślał przyparty do muru Władysław. - Borutka już pewnie stoi przed Carobertem. Sam dałem mu najwyższe pełnomocnictwo.

Puścił balustradę i powoli odwrócił się ku Jemiole. Teraz musiał tylko spojrzeć jej w oczy.

I sprawić, by mu uwierzyła.

LIGASZCZ z rodu Pomianów czekał od wczesnego rana, aż ponownie przyjmie go król węgierski. Nie pierwszy raz posłował na Węgry, ale jeśli tak dalej pójdzie, pewnie już ostatni. Król Władysław dał mu do pomocy rodowca, Jałbrzyka, zwanego Gadułą, ale Jałbrzyk tylko po polsku był aż tak wymowny. Jako poseł sprawdzał się wyłącznie na biesiadach, popijawach i ucztach. A tych nie wyprawiono, odkąd przybyli do Wyszehradu. Królowa Elżbieta przez zaufaną dwórkę zapewniła ich, że pracuje nad swoim mężem, ale jej samej nie widzieli. Stali w sieni komnaty przyjęć; nie zeszli na śniadanie dla dworzan, bo Ligaszcz bał się, że Carobert przyjdzie, a ich nie zastanie. Jałbrzyk z nudów sam sobie opowiadał, co widzi.

- ...tapiseria na ścianie w pięciu kolorach, czerwonym, złotym, niebieskim, niebieski się przybrudził i jak gdyby popruł...

Przedwczoraj przyjechali, król nie spotkał się z nimi, ale wtedy Ligaszcz nie wietrzył w tym nic złego. Monarchowie mają własne plany, nieoczekiwany poseł jest czasem niczym grad w letnie popołudnie. Wczoraj rano wezwał ich, kazał przyjść na mszę do zamkowej kaplicy. A wychodząc po nabożeństwie, zatrzymał się przy nich i zadał tylko jedno pytanie:

- Mój teść zerwał sojusz z poganami czy nadal gości litewskie zagony?

Nie czekał nawet na odpowiedź; znał ją. Potem zagarnął ich na swe pokoje Dionizy Héderváry, koniuszy królowej Elżbiety. Z pozoru ostatni z siedmiu najważniejszych urzędników jej dworu, ale dla Ligaszcza od lat prowadzącego sprawy węgierskie nie było tajemnicą, że najbardziej zaufany i wpływowy. To było dobrym znakiem, póki Dionizy nie powiedział:

- Trafiliście w zły czas. Palatyn Drugeth ciężko chory. Król bez jego rady nie chce podejmować decyzji.

- Nie mamy czasu, Dezso - odpowiedział mu Ligaszcz. - Luksemburczyk idzie na Kraków.

- Wiemy - potwierdził Dionizy. - Też mamy zwiadowców. I przed chwilą odebrałem od nich ciekawą wiadomość.

Służba podała soprońskie wino, ulubiony trunek Dionizego. Ligaszcz napiłby się i odwaru z piołunu, byleby to mogło pomóc jego misji.

- Mów - poprosił, chwytając kielich jak ostatnią deskę ratunku.

- Król wysłał za wami jeszcze jedno poselstwo, Czesi je przechwycili.

- Jezu. To zła wiadomość.

- Ciekawa. Nie przechwycili wszystkich.

- A zatem - zrozumiał Ligaszcz - jedzie do nas ktoś, kto ma lepszą ofertę niż nasza.

- Kto ma ofertę! - zaśmiał się Dezso i stuknął kielichem w kielich Ligaszcza. - Wy macie jedynie prośbę o natychmiastową wojenną pomoc, przyjacielu. Ja jestem stary Węgier. Król mówi na mnie "Dionizy", a ja wolę, jak moi i ty mówicie "Dezso". I ja bym tych Litwinów nie widział, tylko wsiadał na nasze szybkie konie i wam pomógł. Ale król, inna rzecz. On z Neapolu, a Neapol papieża podporą...

Ligaszcz zrobił, co wczoraj podpowiedział Dezso. Stanął w sieni pokoju przyjęć i się stamtąd nie ruszał. Nieustannie myślał, kogo wysłał za nimi król. Pewnie któregoś z Lisów albo nawet z Toporów. Niech będzie ktokolwiek, byle był szybki, bo z godziny na godzinę poczekalnia zapełniała się ludźmi. Ban Slawonii, dwóch żupanów, sędzia nadworny. Wreszcie Jan Drugeth, nestor neapolitańskiego rodu Drugethów świeżo przybyły z Italii na wieść o chorobie brata, palatyna Filipa Drugetha. Ta choroba naprawdę była im nie na rękę. Cztery lata temu to palatyn Filip dowodził wojskami węgierskimi podczas wyprawy na Ruś, kiedy na tamtejszym tronie osadzali młodego księcia Bolesława Jerzego. Od tej pory Filip Drugeth był ich najmocniejszym stronnikiem na tutejszym dworze. No i proszę, rozchorował się.

Jan Drugeth nie stał w poczekalni długo; wszedł do komnaty jako pierwszy, gdy tylko dano znać, że Carobert przybył, wchodząc znajdującym się po przeciwnej stronie specjalnym wejściem królewskim. Drzwi za nim zamknęły się i czekanie stało się coraz bardziej nieznośne. Jałbrzyk przechodził sam siebie, mamrocząc:

- ...żupan Vasvár jest pół raza grubszy od żupana Sopronia, ale ten z Sopronia jest wyższy o głowę od tego z Vasvár i...

- Przestań - syknął na niego Ligaszcz. - Bo oszaleję od twojego gadania.

- A ja wariuję, milcząc - postawił mu się Jałbrzyk. - Co zamknę gębę, to się duszę. Co mi bronisz? Węgrzy i tak nas nie rozumieją.

Żebyś wiedział, jak bardzo - pomyślał przerażony Ligaszcz. Do tej pory potrafił wypełniać zadania Władysława, a służył mu, gdy ten jeszcze nie był królem, tylko księciem, razem byli na banicji, na każdej z wojen i w krótkich latach pokoju. Ale nigdy zadanie nie było tak wymagające jak teraz, stawka tak wysoka i nigdy jeszcze nie był tak daleko od celu.

- ...kotara na drzwiach od sieni - monotonnie gadał Jałbrzyk - w andegaweńskie lilie na tle niebieskim, rusza się, rusza i kogo to widzimy? Borutka! O rety, jak żywy...

Ligaszcz skamieniał. Osobisty giermek króla, Borutka ze złotym wrończykiem na piersi, wszedł do poczekalni prowadzony przez samego Wilhelma Drugetha, żupana Spiszu, wodza wojsk węgierskich, bratanka chorego palatyna. Borutka ledwie zdążył szepnąć:

- Uciekłem Czechom... już są w Małej Polsce.

Ligaszczowi pociemniało w oczach. Stało się. Dobry Boże. Gdy drzwi komnaty przyjęć zostały otwarte, Wilhelm Drugeth wszedł przez nie pewnym krokiem, a oni za nim.

Carobert siedział na tronowym krześle, "małym tronie", jak mawiali Węgrzy, choć to było nieprawdą, bo oparcie było potężne, zwieńczone wizerunkiem końskich łbów zwróconych ku sobie. Jałbrzyk tego nie skomentował, zamilkł, gdy tylko przekroczyli próg. Obok króla siedział stary Jan Drugeth i arcybiskup Ostrzyhomia, Bolesław.

Na jego widok Ligaszcz w myślach wyrecytował litanię pochwalną dla królowej Elżbiety. Bolesław, książę bytomski, za jej czasów został prymasem węgierskiego kościoła, drugim po Drugethach doradcą króla. Bytom, rodzinne księstwo prymasa, ma Luksemburczyka pod murami. Dobra nasza, mogę działać - odetchnął.

Pokłonili się królowi, sekretarz przedstawił ich oficjalnie, a stary Drugeth zapytał młodszego, wskazując złotego wrończyka na piersi Borutki.

- To nasz herbowy?

- Więcej, stryju - odpowiedział Wilhelm. - Opowiem ci, gdy czas będzie bardziej sprzyjał. Posłowie z Polski nie mają go wiele.

- Król Jan Luksemburski opacznie zrozumiał wasze porozumienie z Trnawy - głębokim głosem zwrócił się do króla prymas. - Obiecałeś, że jego córka poślubi twego najstarszego syna, a on dośpiewał sobie resztę. Ma sławę takiego, co kocha pieśni. Najbardziej te o sobie.

- Pozycja Luksemburczyka znacznie wzrosła - dodał Jan Drugeth. - Nawet w papieskiej kurii, gdzie do niedawna cieszył się przyjemną niełaską. Jeśli teraz zdobędzie Kraków, któż go zawróci?

- Podeprze się swymi wątpliwymi, ale jednak prawami do tronu, po Elišce Premyslovnej - powiedział prymas. - Póki używał ich w wyścigu z królem Władysławem, by zdobyć polską koronę, były słabe. Ale jeśli wyciągnie je, by usankcjonować podbitą przez siebie Małą Polskę, mogą okazać się wystarczające. Znasz cynizm papieża, Carobercie. Nasz drogi Jan XXII sprzedałby duszę diabłu, by pokonać króla Wittelsbacha. A Jan Luksemburski na tronie polskim i czeskim, wzmocniony wspomnieniem ojca, cesarza, ho, ho! Wiedziałby, jak skakać Wittelsbachowi do gardła, a król Niemiec mógłby się przed nim nie obronić.

Ligaszcz spijał słowa z ust prymasa Piasta, ale wciąż widział nieodgadnione, zamknięte oblicze króla Węgier. Na jego twarzy nie drgnął nawet mięsień.

- Przyznasz, panie - przyszedł w sukurs Wilhelm Drugeth - że potrzebujemy króla Władysława w Krakowie.

Carobert głośno wciągnął powietrze i Ligaszcz wstrzymał oddech.

- Mój teść związał się sojuszem z poganami - powiedział król. - Nie był łaskaw zawiadomić mnie o swym zamiarze wcześniej, wystawił mnie na pośmiewisko.

- Wybacz, najjaśniejszy królu. - Ligaszcz uznał, iż może i musi się odezwać. - Król Władysław ma śmiertelnego wroga nie tylko w Janie Luksemburskim, ale przede wszystkim w Zakonie Krzyżackim. Tylko sojusz z księciem Giedyminem mógł w tamtej chwili powstrzymać Krzyżaków. Gdybyś był na jego miejscu, zrobiłbyś to samo, bo wyborny z ciebie dyplomata. A w kwestii dyskrecji, o sprawie nie wiedziała nawet królowa Jadwiga.

Carobert uniósł brwi.

- Mojej Elżbiecie serce by pękło, gdybym coś takiego ukrył przed nią - powiedział.

- Królowa Jadwiga do dzisiaj się nie otrząsnęła jako żona i matka, ale jako królowa musiała uznać słuszność decyzji męża.

Zapadła krótka cisza. Ligaszcz usłyszał, jak Jałbrzyk zaczyna nerwowo szeptać pod nosem.

- Dam wojska - oświadczył Carobert - ale mój teść musi zerwać z Giedyminem.

Ligaszcz poczuł, jak uginają mu się nogi. Układał w głowie odpowiedź, gdy usłyszał dźwięczny głos Borutki.

- Król Władysław ma dla króla Caroberta inną propozycję. Stokroć cenniejszą niż Litwa.

Ligaszcz spojrzał w bok na Wrończyka. Borutka stał prosto. Czarny strój podkreślał jego nadzwyczaj szczupłą sylwetkę. Był blady, a w zimowym słońcu wpadającym do komnaty jego białe włosy zdawały się lśnić jak srebro.

- Mów, młodzieńcze - zachęcił go prymas, ale Borutka wciąż milczał. W pierwszej chwili Ligaszcz wystraszył się, że Wrończyk skłamał, przeszarżował, ale w drugiej zrozumiał, że król nie wysłałby go za nimi z pustymi rękami.

- Mów! - ponaglił go sam Carobert.

- W imieniu króla Władysława proszę o obecność jego córki, królowej Elżbiety - odpowiedział Borutka.

Matko Boska - jęknął w duchu Ligaszcz, a gdy po chwili wszedł Dionizy Héderváry wraz z kilkorgiem najważniejszych dworzan Elżbiety i ona sama za nimi, zrozumiał, że "pracuję nad mężem" miało głębszy sens, niż dzień wcześniej przypuszczał, i nad wszystkim musieli czuwać cisi ludzie królowej. Carobert wstał i wyszedł naprzeciw niej. Dziewczyna, którą Ligaszcz znał od dnia narodzin, którą odwoził na węgierską granicę przed ślubem, dawno przestała być Elżunią. Wciąż była drobna, przy Carobercie, który ujął jej dłoń i ucałował palce, wydawała się niemal kruchą, ale była niczym maleńka złota brosza spinająca płaszcz - sto razy od niego mniejsza, a wszystkie oczy kierowały się na nią. Drugeth i prymas ustąpili jej swoich miejsc, ale odmówiła grzecznie, jak córka. Przysiadła na szerokim podłokietniku królewskiego krzesła, po lewej stronie Caroberta.

- Nie chcieli mówić bez ciebie - wyjaśnił król.

Pół roku temu urodziła Ludwika - przyjrzał się jej Ligaszcz. - Kwitnie.

- Przynoszę smutne wieści, królowo - podjął Borutka. - Twój brat, królewicz Kazimierz, jest ciężko chory.

Zbladła, chwyciła męża za rękę.

- Dlaczego panowie Ligaszcz i Jałbrzyk nam tego nie powiedzieli? - spytała.

- Twój ojciec im zabronił.

- Dlaczego tobie pozwolił?

Ligaszcz widział, jak Borutka patrzy Elżbiecie w oczy, przenosi wzrok na Caroberta i mówi:

- Kazimierz może nie przeżyć.

Zapadła cisza. Elżbieta odchyliła głowę i oparła o rzeźbiony koński łeb zdobiący tron jej męża. Przymknęła oczy.

- Czy to nie podstęp, królu, by przez litość wymóc twą pomoc? - spytał stary Drugeth.

- Było nam wiadomym o chorobie królewicza, ale nie o tym, że może być śmiertelna - odpowiedział Carobert, a Ligaszcz wstrzymał oddech. Król zwrócił się wprost do Borutki. - Co jest cenniejsze według mego teścia niż zerwanie sojuszu z Litwą?

Elżbieta otworzyła oczy.

- Następstwo tronu - odpowiedział Wrończyk.

Prymas cmoknął, nie wiadomo, czy z podziwu, czy z zaskoczenia. Carobert poczerwieniał, Jan Drugeth poruszył się nerwowo. Tylko twarz Elżbiety była niewzruszona. Wpatrywała się w Borutkę, jakby chciała wyczytać z jego oczu, czego nie powiedział.

- Mam rozumieć, że mój teść, król Władysław, obiecuje mi następstwo tronu w razie śmierci Kazimierza? - Carobert nadaremnie starał się panować nad głosem.

- Król wierzy, że Kazimierz wyzdrowieje - odpowiedział Borutka. - Ale nie może się opierać tylko na ojcowskich przeczuciach, więc gdyby go zawiodły, gotów jest podjąć negocjacje zmierzające do przekazania polskiego tronu w ręce waszych synów.

Carobert poruszył się, odwrócił ku żonie.

- Słyszysz, moja droga? - spytał tak tkliwie, jakby byli tam sami. - Tron polski mógłby przypaść naszemu Ludwikowi, bo pierworodny, Władysław odziedziczy węgierski, słyszysz to? Słyszysz? - niemal westchnął.

Wydawało się, że Elżbieta wpatrzona w Borutkę jest myślami zupełnie gdzie indziej. Prawym ramieniem objęła męża, lewe, które trzymała przyciśnięte do piersi, położyła na łonie.

- Słyszę, Carobert - odpowiedziała czule, choć wyraz jej twarzy wciąż był nieporuszony i zdawał się niemal kamienny.

OSTRZYCA pewnym krokiem pokonywała zawieszone między gałęziami drzew kładki. Dostrzegła nowe mocowania, wymienione liny i kilka dodatkowych zejść.

Nie próżnowali - pomyślała.

Wartownicy pozdrowili ją i próbowali zatrzymać.

- Mów, co w świecie!

- Słońce wstaje na wschodzie - roześmiała się i spytała: - Zaremba w jesionie?

Popatrzyli po sobie, Bieluń wymijająco spojrzał w bok.

- Myśleliśmy, że ty ujeżdżasz smoka - odpowiedział.

- Dawno mnie tu nie było - powiedziała pod nosem, bardziej do siebie niż do nich, i weszła do wnętrza drzewnej warowni. Pokręciła się chwilę przed warownym jesionem, pogadała z chłopakami, którzy właśnie wrócili ze służby, potem przysiadła w kuchni. Dostała gęstej polewki z twarogiem i przyznała, że jedzenie poprawiło się od czasu, gdy zamieszkało z nimi kilka dziewczyn, które uciekły od Jemioły.

- Co u Wierzbki i Dziewanki? - usłyszała cichutkie pytanie bladej, rudowłosej kobiety. Ostrzyca nie mogła przypomnieć sobie, jak jej na imię.

- Dlaczego szepczesz?

- Bo to, że wracasz z Krakowa, jest tajemnicą - odpowiedziała ruda i mrugnęła do niej.

Ostrzyca otarła usta wierzchem dłoni i uśmiechnęła się, oddając miskę.

- Dobrze, że mi przypomniałaś. Zapominam o wszystkim. Jak ci na imię? - spytała.

- Kostrzewa - przypomniała się rudowłosa.

- Kostrzewa... - szukała w pamięci Ostrzyca. - Przyszłaś do nas z matecznika razem z Wierzbką i Dziewanną? - upewniła się.

- Tak było - odpowiedziała dziewczyna i umyła miskę Ostrzycy w wodzie z cebrzyka. - To masz jakieś wieści od nich? - podjęła i wytarła miskę do czysta. - Martwię się, sporo czasu minęło, jak Jarogniew je posłał, sama wiesz gdzie, a gdy pytam o którąś, każe siedzieć cicho.

- Lepiej, żebyś go posłuchała, jeśli nie chcesz stąd wylecieć - poradziła Ostrzyca. - A o panny krakowskie się nie martw, radzą sobie. Tobie w kuchni nikt nie pomaga? - Rozejrzała się nerwowo. - Nie widzę tych dwóch, matki z córką. Bylicy i Lebiodki - skrzywiła się mimowolnie, wymawiając ich imiona.

Wiadomość, że smoka nie ma w jesionie, wkurzyła ją, ale z każdą chwilą coraz większą irytację budziła w niej równoczesna nieobecność Lebiodki i Bylicy. Nie mogła przestać o tym myśleć, zbyt dobrze pamiętała, jak łasiły się do Zaremby. Polazły za nim? Dokąd?

- Nie lubisz ich? - spytała rudowłosa.

- Ja? Skądże! Przepadam za obiema. Masz piwo?

Kostrzewa spojrzała na nią przeciągle i zniknęła za plecioną z traw zasłoną. Po chwili wyszła z dzbanem i kubkiem. Nalała do pełna.

- To gdzie te ślicznotki? - spytała Ostrzyca, pociągając łyk piwa. - Przed moim wyjściem z warowni ciągle się tu kręciły. Swoją drogą, nigdy nie byłam pewna, która z nich jest matką, a która córką.

Za Zarembą włóczyły się obie - dodała w myślach. - Nie ja jedna to widziałam.

- Nie umiem odpowiedzieć na twoje pytanie - cicho i wolno odrzekła Kostrzewa.

- Boisz się mnie?

- Trochę.

Ostrzyca roześmiała się, jednym haustem dokończyła piwo i odstawiła kubek. A potem chwyciła Kostrzewę za głowę, przyciągnęła do siebie i pocałowała w blade czoło.

- I słusznie - szepnęła, nie puszczając jej głowy. - Lepiej się mnie bać bez powodu, niż mi się narazić. Gdzie one są?

Jasne oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe.

- Nie wiem. Zniknęły jakiś czas temu.

- Wtedy gdy ulotnił się smok? - pytając, wpatrywała się w nią intensywnie.

- Chyba wcześniej - przełknęła ślinę Kostrzewa. - Jarogniew nic nam nie mówi.

Ostrzyca puściła twarz dziewczyny, klepnęła ją w policzek.

- Nie przejmuj się. Mnie powie. Podoba ci się tutaj? - mówiąc to, wstała, odwróciła się od Kostrzewy. Potarła czoło i zganiła się w myślach: Rozsadza mnie zazdrość. Muszę zapanować nad sobą.

- Jest w porządku - bez przekonania odpowiedziała rudowłosa i strzepnęła ścierkę.

- To wspaniale - skłamała Ostrzyca i usłyszała, jak źle brzmi jej głos. - Wspaniale - powtórzyła, chcąc, by zabrzmiało szczerze. - Wpadnę wieczorem, pogadamy jeszcze.

- Nie wypytuj mnie. - Kostrzewa chwyciła ją za rękę i puściła, jakby dłoń Ostrzycy parzyła. - Ja naprawdę nic nie wiem, nie powinnam była nawet pytać o Wierzbkę, wybacz.

Ostrzyca odwróciła się do niej i położyła palec na ustach.

- Ja szybko zapominam - mrugnęła do rudowłosej. - Jak ci na imię?

Uśmiechnęła się do Kostrzewy i ruszyła w stronę jesionu. Na schodach zawieszonych na linach wewnątrz wielkiego pnia nie spotkała nikogo. Zeszła nimi do prywatnych, zamykanych cel, ale tam też było pusto. Zerknęła w górę, w stronę wspólnej sali, zwanej jesionką, lecz i tam nie zobaczyła nikogo. Za to z dołu usłyszała jakiś dźwięk, którego nie mogła w pierwszej chwili zrozumieć. Instynktownie ruszyła w tamtą stronę. Minęła ostatnią z małych, osobnych izb, a dźwięk wciąż był niżej.

Loch? - zrozumiała. Od dawna nikt z niego nie korzystał. Był jamą wykopaną między korzeniami jesionu, zamykaną od góry potężną klapą, przez którą wrzucano więźnia. Obok miał jeszcze drugą, niewielką zasuwę, którą obsługiwać mógł bez trudu jeden człowiek; tamtędy podawano jedzenie i wodę.

Nawet nie pamiętam, kto i kiedy ostatnio tam siedział - przeszło jej przez głowę, gdy dotarła do ostatniego poziomu; niżej, do klapy schodziło się już drabiną. Tu zawsze było ciemno, w jesionie ostrożnie obchodzono się z ogniem, światło znosił tylko ten, kto karmił więźnia. Znów usłyszała dźwięk i zrozumiała, że to szloch. Cichy, bezradny szloch. Pochyliła się, chcąc zejść po drabinie, i wtedy zrozumiała, że jej nie ma. Pusto. Rozejrzała się, może ktoś wciągnął ją i odstawił z boku? Nie. Szloch na chwilę umilkł i z dołu doszedł głos:

- Jesteś tam? Bieluń? To ty?

Zrobiło jej się gorąco, bo w pierwszym momencie zdziwiła się, że to jest głos kobiety, a w drugim zrozumiała, że to Bylica, o którą przed chwilą pytała rudowłosą.

- Bieluń... - zaszlochała Bylica - odezwij się, błagam. Moja córka umiera z głodu...

- To ja - powiedziała, mocniej wychylając się w dół. - Ostrzyca.

- Kto? - Głos w lochu był niespokojny. - Nie usłyszałam, kto...

- Ostrzyca - powtórzyła.

- Ach! - Bylica westchnęła z przerażeniem. Przez chwilę słychać było tylko jej przyspieszony oddech. - Ostrzyca... ratuj nas...

- Dlaczego tu siedzisz?

- Nie mam pojęcia - zapłakała. - Zrobiłam, co kazał Półtoraoki. Ja tego nie chciałam, on kazał... Lebiodki nawet ze mną nie było, a on nas... przecież ja nie wiedziałam, co...

Ostrzyca poczuła, jak zazdrość falą żółci podchodzi jej do gardła. Odwróciła się na pięcie i pobiegła w górę. Schody zawieszone pośrodku jesionu poruszyły się pod jej ciężarem i pędem. Minęła dolne izby, dobiegała do jesionki, oczy przesłaniała jej wściekła mgła, oddech rwał się.

- Moja bratanica! - Jarogniew wyrósł za kolejnym zakrętem schodów i złapał ją w ramiona z całej siły. - Przez chwilę myślałem, że jesion runie, pęknie drzewo, którego nie pokonał krzyżacki ogień! - Śmiał się. - A to tylko ty! Tęskniłem za tobą, Ostrzyco! Potrafisz wpaść z hukiem, nic się nie zmieniło!

Wyrwała się z jego uścisku bez trudu.

- Zrobiłeś to? - syknęła, aż ślina poleciała jej z ust.

- Co? - Półtoraoki otarł ją i zlizał z dłoni.

- Nie udawaj! - warknęła. Mogłaby go teraz udusić gołymi rękami. - Wsadziłeś Bylicę do łóżka Zaremby? Samą czy razem z córką? Starcy ci kazali? Teraz one mają urodzić smocze dzieci? Gadaj!

Jarogniew pokręcił głową i zaniósł się śmiechem.

- Ciągle ten sam ogień! Zazdroszczę smokowi, gdziekolwiek tam jest!

- Mów!

- Zwariowałaś? - wzruszył ramionami. - Czy jemu da się cokolwiek rozkazać? No, Ostrzyco, ukłoń się ładnie i pomachaj, zwołałaś sobie sporą widownię.

Uniosła głowę. Z jesionki patrzyło na nich przynajmniej tuzin zaskoczonych ludzi.

- Nie macie co robić? - prychnęła do nich. - To czyśćcie broń, dziewczynki i chłopcy!

Jarogniew uśmiechnął się do patrzących i rzucił:

- Posłuchajcie, ona wie, co mówi! Zmiatać stąd.

Zabrał ją ze schodów do swojej prywatnej izby, tej ponad jesionką. Zamknął drzwi, pokazał, by usiadła. Nie posłuchała.

- Mów, bo się wścieknę - warknęła.

- Liczyłem na raport od mojej wojowniczki wracającej z misji, ale widzę, że najpierw sam muszę go złożyć. - W jego głosie wciąż była drwiąca nuta i to ją wyprowadzało z równowagi. - Melduję, że nie wiem, gdzie jest Zaremba. Powiedział, że musi załatwić starą rodzinną waśń, poszedł i po dziś dzień do nas nie wrócił. Nie szukaliśmy go, bo mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie.

- A Bylica z córką w lochu? - spytała wciąż jeszcze nieufnie.

- Wróciła dziewczyna, przed którą nic się nie ukryje - gwizdnął z podziwem. - To właśnie ta ważniejsza sprawa. I powtórzę, nie ma ani jednego punktu wspólnego z Zarembą. Przysiąc? - Spojrzał na nią całkowicie poważnie swymi dwubarwnymi oczami.

- Nie - spuściła z tonu i usiadła na jego pryczy. - Teraz ci wierzę.

- Starcy najmocniej przeżyli jego odejście - powiedział Jarogniew po chwili. - Wybacz, ja za nim nie tęskniłem, coraz częściej mieliśmy ze sobą na pieńku. Ale oni szukali smoka i nie znaleźli.

- Wilki nie podjęły tropu?

- Nie - pokręcił głową. - Co nie znaczy, że ty go nie znajdziesz. Chcesz miodu?

- Napiję się - powiedziała i potarła czoło.

- Nie zapytasz, co u Żmija? - Spojrzał na nią z ukosa, szukając kubków. - Nie interesuje cię syn?

- To nie mój syn, tylko Starców - wzruszyła ramionami. - Nie udawaj, że jest inaczej. Byłam dla nich wyłącznie...

- Dobra, dobra - przerwał jej. - Pytania nie było. Mów, co na Wawelu?

- W porządku. Dziewanna i Wierzbka to dobre dziewczyny. Przywarowały po wykonaniu zadania.

- Paniczyk nie żyje? - Postawił kubki na wąskim blacie przy pryczy.

- Ledwo dycha - powiedziała bezbarwnie. - Medycy rozkładają ręce, królowa się modli, dzwony biją i tak dalej.

- Na pewno się z tego nie wyliże? - spytał uważnie.

- Musiałby stać się cud - prychnęła i przypomniała się: - Po co trzymasz te dwie w lochu i głodzisz?

- Bez przesady. - Jarogniew sięgnął po dzban. Powąchał jego zawartość i odstawił. - Dostają jeść raz dziennie. Wiesz, co? Na taką okazję trzymałem coś lepszego.

Z kufra wyjął dzbanek z zielonym liściem na smukłej szyjce.

- Zielony miód? - zdziwiła się i zerwała z pryczy. - Pokaż. - Wyrwała mu dzban. - Od Matki Jemioły?

- Nie zaprzeczę, że z matecznika wychodzą najlepsze miody - rozciągnął usta w uśmiechu i otworzył dzban.

- Skąd?

- Pszczółki - zaśmiał się, nalewając do kubków. Po izbie rozniósł się zapach, którego Ostrzyca nie pomyliłaby z żadnym innym. - Moje grzeczne pszczółki. Dziewczyny, które przeszły do nas, z matecznika wynosiły po dzbanie miodu. Taki dar powitalny. - Podał jej kubek.

Pochyliła się i zajrzała do kufra.

- Widzę, że dawno żadna nowa pszczółka do ciebie nie przyleciała - stwierdziła, patrząc na puste wnętrze. - Co to za okazja, że wypijemy ostatni zielony miód Jarogniewa? - Spojrzała mu w oczy.

- Tęskniłem - odpowiedział. - Smok zabrał mi ciebie na zbyt długo.

Zmarszczyła brwi czujnie, on natychmiast zaprzeczył:

- Nie, powtarzam, nie mam nic wspólnego z jego zniknięciem. Stwierdzam fakt, tęskniłem za moją najlepszą wojowniczką. Gra się zaczęła, więc dobrze, że jesteś.

Wciąż był piękny, dwubarwne oczy, którym zawdzięczał przydomek, lśniły jak kiedyś, niepokojąco. Szeroka twarz, mocna szczęka, te warkoczyki niemożliwie cienkie. Patrzyła na niego z bliska i jednego mogła być pewna: nie pociągał jej. Stracił dla niej moc uwodzenia, smycz, na której trzymał ją tak długo.

- Jestem - odpowiedziała, uśmiechając się lekko.

Nagle poczuła się wolna. To nie on trzymał mnie na smyczy - zrozumiała - ale moje pożądanie. Tylko Zaremba miał nade mną większą władzę niż on. Czy to znaczy, że przejmuję kontrolę nad swoim życiem?

- Mów - poprosiła. - Chcę się już napić zielonego, ale warto wiedzieć, za co się pije.

- Za zemstę - powiedział i uniósł kubek.

- Do wyboru było jeszcze zwycięstwo - zadrwiła i podniosła swój.

- Wypijemy za nie po wojnie. Za zemstę! - Stuknęli się i wychylili kubki.

- Nigdy nie zapomniałam, jakie to dobre - powiedziała, oblizując usta.

- Zemsta czy miód? - spytał lekko.

Napili się jeszcze. Ostrzyca delektowała się słodyczą zaprawioną cierpkością leśnej spadzi.

- Kto oberwał? - zapytała leniwie.

- Niewierny sojusznik - odpowiedział Jarogniew.

- Wszystko mi jedno, kogo masz na myśli - zaśmiała się.

- Giedymina - powiedział Półtoraoki.

- O, zrobiło się poważnie - zażartowała. - A było tak słodko. Mogę się wyciągnąć? - spytała, wskazując na jego pryczę.

- Pewnie, po to cię ściągnąłem do prywatnej izby. Upiję cię, rozbiorę, zniewolę... - Przysunął stołek spod ściany i usiadł bliżej.

- Nie zapomnij o nożu, który noszę w cholewce buta - przeciągnęła się.

- O tym wiedzą nawet młodzi chłopcy z wartowni - wypomniał. - Ja pamiętam o ostrzu między twoimi piersiami, dwóch ukrytych w pasie i jednym na plecach.

- Nie starzejesz się, Półtoraoki - pochwaliła go. - Mów, co z Giedyminem.

Poruszył barkami, warkoczyki rozsypały się po jego ramionach.

- Miałem dla niego prezent. Właściwie dla jego wojewody Dawida, ale obdarować Dawida to tak, jak uczcić wielkiego kniazia. To miał być dar, docenienie wyjątkowego sojusznika.

Ostrzyca ziewnęła i upiła łyk. Wolała być oszczędna, dzban nie był bez dna.

- Szczegóły, bo ci tu usnę uzbrojona i trzeźwa - mrugnęła do niego.

Zebrał w garść warkoczyki i zawinął w węzeł z tyłu głowy.

- On miał żonę, ten Dawid. Wołali ją "Jurate", Krzyżacy mu ją spalili razem z dworzyskiem i wojewoda szukał podobnych do niej kobiet. Znalazłem mu taką, przygotowałem wcześniej...

- Jak? - zaciekawiła się.

- Rdest siedział u Giedymina dość długo, by wypytać, jak wyglądała, jak się ubierała - zaśmiał się i potarł długim palcem kubek. - Ustalił nawet, że używała jakiegoś pachnidła z jałowca.

- Sprytne - pochwaliła go. - Zapach przemawia do zmysłów najszybciej. Kto stał się nową Jurate? Lebiodka?

- Taki był plan, ale jak Rdest dorzucił, że wojewodzina urodziła Dawidowi dzieci, wziąłem jej matkę. Wiesz, my, mężczyźni, czujemy takie rzeczy.

Tak wam się wydaje - zaśmiała się w myślach - dlatego nietrudno was oszukać.

- Co było dalej, wiesz - spochmurniał. - Wielki Litwin wybrał małego króla. I Jemiołę.

Zamyśliła się. Jarogniew chyba nie pamiętał, że to Jemioła i Woran pomogli Giedyminowi dopaść komtura von Plötzkau. Nie zamierzała mu o tym przypominać. Chciała tylko poznać prawdę, zrozumieć, co tu się wydarzyło, gdy siedziała w Krakowie.

- Do sojuszu z Litwą ciągnął Symonius - powiedział. - Ja nie byłem go tak pewny, ale, przyznaję, nie protestowałem. W Litwie jest siła. Poszło, jak poszło, można było puścić w niepamięć...

- Ale nie puściłeś.

- Nienawidzę, gdy ktoś mnie poucza, nawet jeśli to książę Pskowa i wojewoda Grodna. - Oczy Jarogniewa pociemniały i Ostrzyca domyśliła się bez trudu, że Dawid musiał mu zaleźć za skórę. - Obraził mnie - przyznał Półtoraoki. - Potraktował jak chłopca, któremu może rozkazywać w imieniu Giedymina.

- Żartujesz?

- Był butny, pyszałkowaty, straszył mnie litewskim wojskiem i nazwał "chłopcem" - wycedził Jarogniew przez zęby. - Nie docenił mnie, za to znacznie przecenił Jemiołę.

Tu cię boli - wreszcie pojęła Ostrzyca. - Masz gdzieś, że Litwini nie weszli w sojusz z nami, ale nie wybaczysz im, że postawili na Matkę. Na Jemiołę, której na każdym kroku okazujesz wyższość.

- Dawid miał dostać dar wkupny, ale skoro do sojuszu nie doszło, dostał prezent pożegnalny. Podsunąłem mu podrabianą Jurate, jak zatruty miód - uśmiechnął się Półtoraoki szeroko - a on, ten postrach wrogów, ukochany wódz Giedymina, okazał się sentymentalny jak młodziak. Zadurzył się. Mój plan okazał się genialny.

Jest sobą - pomyślała - już się chwali.

- Bylica go zabiła?

- Ty też mnie nie doceniasz? - Prostując plecy, spojrzał na nią uwodzicielsko. Ostrzyca nie okazała, jak ją mierzi. - W oczach litewskiego wojska piękna Jurate pozostała czysta jak łza. Zabił go rzekomy zdradzony mąż. No co? Za Dawidem ciągnie się sława jebaki. Męża posiekali Litwini i ślad się urywa. Motyw był, zabójca nie żyje, Giedymin płacze po druhu, a powtarzając sobie, dlaczego musiał zginąć, będzie pamiętał, że zdradzeni zawsze się mszczą.

- Dlaczego je uwięziłeś?

- Żal ci ich? - Jarogniew naprawdę się zdziwił.

- Nie - odpowiedziała twardo. - To dziwki. Obie łaziły za Zarembą, mam dobrą pamięć. Ale, dla ciebie, jak rozumiem, sprawiły się nieźle, więc ciekawi mnie, po co trzymasz je w lochu?

- Szczerze? - spytał. - Sam nie wiem. Chciałem im łby ukręcić, żeby zemsta pozostała doskonałą, ale najpierw musiałem je schować, a potem jakoś tak się złożyło. - Rozłożył ręce, jakby mówił o zeszłorocznym śniegu. - Słuchaj, może ty to zrobisz?

- Nie będę po tobie sprzątać - wyprowadziła go z błędu. - Dolej miodu.

- A poprosisz? - Uwodził ją już nazbyt wyraźnie. Widziała, jak wpatruje się w jej piersi opięte skórzanym kaftanem.

- Miałeś tak wiele kobiet, że zapomniałeś, iż ta jedna nie prosi - podjęła jego ton z premedytacją.

- Racja, rozpieściły mnie. - Nozdrza mu drgnęły.

- Dawaj miód i kończ opowieść. - Usiadła na pryczy, podwijając nogi.

Zaśmiał się, dolał im obojgu i przysunął jeszcze bliżej. Położył rękę na cholewie jej wysokiego, skórzanego buta.

- Ładne - pochwalił, przesuwając dłoń po nowiutkiej skórze.

- W tej drugiej - uśmiechnęła się i pokazała ostrze, a potem czubkiem palca wsunęła je głębiej.

- Szelma - zmrużył oczy Jarogniew i mruknął: - Jak tu cię nie lubić?

Nie odpowiedziała, on zapytał głosem wciąż jeszcze roznamiętnionym:

- Widziałaś w Krakowie Grunhagena?

- Podnieca cię karzeł zielonooki? - zakpiła.

- Ciekawi - fuknął.

- To nie masz po co wybierać się na Wawel - odpowiedziała bez złośliwości. - Jest mały, ale raczej bym go przyuważyła. Przy okazji, co robi Symonius?

- Czaruje psy, wiesz które - powiedział drwiąco. - Jak dla mnie to bzdura, ale kto mu zabroni? Uparł się, jak wtedy, na sojusz z Giedyminem.

Jarogniew objął długimi palcami kolano Ostrzycy.

- Prześpię się i rano ruszę do Moren - powiedziała. - Chcę odwiedzić matkę.

- Nie spytasz dowódcy o zgodę? - Zaczął gładzić jej kolano.

- Właśnie spytałam. - Chwyciła go za rękę i wbiła mu palce w nadgarstek. On mocno złapał jej kolano i przysunął się do samej pryczy. Pochyliła się szybko i ugryzła go w usta. Jęknął i oblizał jej wargi. Odsunęła się i zaczęła unosić kolano, za które ją trzymał. Siłowali się chwilę, aż rozwarła nogi.

Gdy mężczyzna mnie nie pociąga, robię się przekonująca - pomyślała, rozpinając pas.

JAN LUKSEMBURSKI potrzebował potężnej bombardy, by rozbić mury Wawelu, ale machina wojenna ugrzęzła gdzieś po drodze, podczas gdy większość jego wojsk dawno przeszła góry, pokonała Bramę Morawską i wkroczyła na Śląsk. Póki był gościem swego lennika, księcia opawskiego, był jak u siebie, lecz nie po to zwoływał wielkie czeskie wojsko, by poić je opawskim piwem. Jan żył w przyszłości; mawiał, że sam ją tworzy, a to znaczyło, iż bezruch i czekanie są wbrew jego naturze. Puścił wodzów, każdego z przesłaniem i ciężkozbrojną drużyną, do sześciu najbliższych książąt śląskich. Oznajmiał ich ustami, iż król czeski prowadzi wojnę z królem krakowskim, a ich ziemie tymczasowo są polem tej wojny. Mogą zachować neutralność, mogą przyłączyć się do którejkolwiek ze stron, wybór jeszcze należy do nich. I pozwolił im patrzeć na potęgę swych wojsk maszerujących ich ziemiami na Kraków. Tak, Kraków wymagał spektakularnej siły, bo Jan nie miał zamiaru stać pod bramami tego miasta do wiosny. Ale na pyszniący się w drodze do Wawelu zamek biskupów krakowskich, słynny Sławków, wystarczą machiny, które ciągnęli na pięćdziesięciu wozach z Czech. Libos mówił mu, ile piast w kołach pękło, ile wołów połamało nogi, nim dotarli tu, na tę śląską wyżynę będącą wrotami Małej Polski.

W obozie wojennym pod Sławkowem panował ożywiony ruch. Dzień wcześniej wyszły hufce Ulrika i Libosa, by zgodnie z planem Jana odciąć miasto od szlaku wiodącego na Wrocław. Równo z nimi, poniżej Sławkowa, przez Białą Przemszę przeprawił się Markwart i Chval. Odcięli drogę na Kraków, gdyby król Władysław chciał wysłać na pomoc swe wojsko. Od tej strony, od wschodu, ich naturalnym sprzymierzeńcem była rzeka, co wciąż jeszcze bawiło Jana Luksemburskiego. Biskupi krakowscy, właściciele zamku, budując go, myśleli o obronie przed książętami Krakowa, to ciekawy obraz Królestwa Polskiego!

- Biskupa Jana Grota nie ma w Sławkowie - zameldował Czabak. - Obroną dowodzi jakiś stary Krakus, zaprawiony w bojach od czasów biskupa Muskaty.

- Walczył po jego stronie czy po stronie króla? - zaciekawił się Jan.

- Ha, ha, ha - Czabak zaśmiał się tubalnie i równie szybko zgasł. - Mówią, że to człowiek Łokietka.

- Jak liczna jest załoga?

- Nie udało nam się ustalić. Od tygodni ściągali do zamku żywność, opał i broń, tyle wiemy. Ludność cywilną wyprawili do miasta, zawarowali bramy i są gotowi bronić się do końca.

Jan patrzył z niewielkiego wzniesienia na miasto leżące niczym barwna plama przy wijącym się trakcie łączącym Kraków i Wrocław. Zamek stał nieco niżej Sławkowa, zwarta kamienna budowla otoczona nowym murem obronnym, nie palisadą, nie obwałowaniem ziemnym. Murem, który okalała fosa i wał. Mała, w porównaniu do miasta. Najważniejsza, z punktu widzenia zwycięskiej wojny.

- Wypędzić ludność ze Sławkowa - rozkazał król. - Zbrojnie przejąć kopalnie. Ustawić straże przy każdym z szybów. I spalić podzamcze.

- Tak jest - klepnął się po brzuszysku Czabak i zaskakująco zwinnie jak na takiego grubasa wskoczył na siodło.

Jan nie lubił dymu pożarów, swąd mierził go i podrażniał skłonne do łzawienia oczy. Zawrócił do obozu z Wilhelmem de Machaut przy boku.

- Brudna strona wojny - powiedział poeta, odwracając wzrok. Od strony miasta już dały się słyszeć krzyki ludzi i przeraźliwy kwik prosiąt.

- Znasz czystą? - spytał rozdrażniony tą uwagą Jan. Jego koń parsknął i rzucił łbem, jakby chciał odpędzić od siebie woń spalenizny.

- Tryumfalne wjazdy zwycięzcy, prosty lud dziękujący za uwolnienie, płatki kwiatów rzucane pod kopyta jego wierzchowca...

- Jest zima. Zamknij się - warknął Jan.

- Nie martw się, królu - powiedział zupełnie trzeźwo poeta. - Pergamin zapamięta tylko to, co ja mu powiem.

Ma rację - opamiętał się Luksemburczyk i spojrzał na Wilhelma tak, jak powinien patrzeć król.

Oblężenie zaczęli nazajutrz. Po zgliszczach spalonych chat na podzamczu woły przeciągnęły w stronę fos osiem sporych winei. Wyglądały jak drewniane domy na niewielkich, ale mocnych kołach. Pod ich osłoną szli piechurzy Libosa, uzbrojeni w młotki, gwoździe i liny. Przy nich służba niosąca długie, grube nieokorowane deski i kołki. I ciury obozowe z cebrami wody. Rząd winei stanął w jednej linii, szybko wyprzężono woły, dwa padły z rykiem od strzał obrońców, słudzy osłaniając się dużymi tarczami, zepchnęli je do fosy, by nie przeszkadzały budowniczym. Jeden jeszcze żył, próbował się bronić wierzganiem, dobiła go zabłąkana strzała, Bóg jeden wie, swoich czy obrońców. Potem Libos krzyknął:

- Na raz! - I znów spod osłony winei wybiegli tarczownicy.

- Na dwa! - Podnieśli tarcze, tworząc z nich spadzisty dach wokół boku winei.

- Na trzy! - Założyli ich krańce na zakład, tak że nie było w nim najmniejszej szpary.

- Na cztery! - Głos Libosa potężniał z każdą komendą. Pod daszek z tarcz wybiegli piechurzy bez broni. Chwycili za liny zwisające wzdłuż całego boku winei.

- Obrót! - zawołał Libos i Jan z podziwem zobaczył, jak piechurzy pod szczelną osłoną tarczowników przenoszą drewniane konstrukcje winei i ustawiają jedna przy drugiej, wzdłuż fos, tak że osiem konstrukcji połączyło się w jeden długi dom. Schowali się, gdy Libos krzyknął:

- Do środka!

I znów tarczownicy osłaniali piechurów tak, że choć obrońcy Sławkowa strzelali do nich bez ustanku, żadna ze strzał nie dosięgła celu. Odbijały się od tarcz, wbijały w nie, ale ludzie pod spodem byli bezpieczni.

- Teraz wewnątrz winei zbiją z desek pomosty - wyjaśnił królowi Ulrik. - Uniosą klapy w ścianach i wysuną je, przerzucając przez fosy. To najtrudniejszy manewr, trwa czasem godzinami, aż uda się dobrze zakotwiczyć pomost po przeciwnej stronie fosy.

- Ubezpiecz ich - powiedział Jan i wskazał na rząd machin gotowych do miotania kamieni. - Nasze perriery czekają na rozkaz.

- Wydajesz go, królu? - upewnił się Ulrik.

- Tak - powiedział Jan i nie minęło wiele, gdy usłyszał znane mu z walk pod Metzem skrzypienie. Czterech ludzi zawisło na czterech linach u końca machiny. Dwóch załadowało w skórzaną obręcz kamień. Wypuszczono go, chybił. Z murów dało się słyszeć gwizdanie i wyzwiska. Ale w tym samym czasie cztery inne perriery trafiły i gwizdy obrońców zamilkły przykryte głuchym uderzeniem kamieni o zamkowe mury.

- Daleko lecą - powiedział zaskoczony poeta. - Ale są słabe. Czy mają moc rozbicia tych murów?

- Nie - wyjaśnił mu Jan. - To broń na chwilę, na próbę. Kamieniami sprawdzamy odległość i ciężar, jaki mają mieć pociski, by przelecieć ponad murami. Spójrz, Wilhelmie - pokazał mu ludzi w olbrzymich skórzanych rękawicach ładujących na perriery podpalone kule. - To jest prawdziwy pocisk naszych machin.

Dwie zgasły w locie, jedna spadła pod murami, jedna przeleciała nad nimi i przywitana przez poparzonych obrońców krzykiem zniknęła, wypuszczając po chwili czarny słup dymu. Z każdym kolejnym wyrzutem pociski były celniejsze. Po chwili zza murów ukazał się nie tylko dym, ale i płomień.

- Niezwykłe - wyszeptał zachwycony Wilhelm.

- Widowiskowe - potwierdził Jan. - Ale wróć spojrzeniem do naszych budowli wzdłuż fosy. Tam dzieje się coś znacznie ważniejszego.

Gdy obrońcy skupili się na gaszeniu ognia przerzuconego przez perriery za zamkowe mury, tylko garstka z nich ostrzeliwała z kusz pracujących przy wineach piechurów. Trzy solidne pomosty przerzucono już przez fosy. Czwarty właśnie kończono kotwiczyć.

Jan widział otwarte z podziwu usta Wilhelma de Machaut.

- Więc te ogniowe kule to tylko, by odwrócić uwagę? - wyszeptał poeta, podczas gdy Jan odwrócił się i spojrzał w stronę czeskiego obozu. Przyjrzał się dwóm konstrukcjom obstawionym drabinami, na których było aż czarno od ludzi z młotkami, wiadrami gwoździ, linami. Od dołu podawano im kolejne belki. Pracowali, nie patrząc na oblężenie, stukot ich narzędzi zagłuszał ostrzał murów. Obrońcy musieli ich widzieć, o ile nie przesłaniał im widoku dym, o ile mieli czas patrzeć na cokolwiek więcej niż lecące ku nim kamienie, płonące ładunki i przerzucany przez fosę most. Nawet jeśli czuli już bezsilność, to wciąż jeszcze odpowiadali na nią wściekłością. Jan zwrócił się w stronę zamku.

W chmurze dymu nad murami coś zawirowało i nagle wyleciało z niej stado płonących wron. Poparzone ptaki uciekały z pożaru z przeraźliwym krzykiem, ale pęd powietrza tylko rozniecał płomienie na ich ogonach i skrzydłach. Spadały w fosę niczym czarne ogniste pociski i gasły.

- Szeregów króla Jana nie dosięgła żadna gorejąca strzała - wyszeptał Wilhelm de Machaut. - Wojna jest piękna w swej grozie. Komu śmierć przeznaczona, ten...

- Nie kończ - zimno powiedział Jan. - O śmierci można układać rymy po bitwie.

Zostawił oniemiałego poetę i w osłonie swej świty pojechał w stronę winei. Mosty przez fosę były gotowe. Na rozkaz Libosa piechurzy przenieśli przez nie obronne drewniane domy i ustawili po drugiej stronie fosy. Libos dał im odpocząć chwilę i krzyknął:

- Otworzyć przejście! - A oni równo, choć już nie tak szybko jak na początku, przenieśli konstrukcje na boki, tak aby całe przejście przez zbudowane przez nich mosty było wolne.

Obrońcy z potężnych kusz wałowych wypuścili płonące strzały w stronę winei. Trafili, owszem, ale mostem już sunęły w stronę murów pluteje, wielkie tarcze na kołach, osłaniające oddziały zbrojne. Piechurzy wydostali się z płonących domów i cofnęli, chroniąc pod tarczami plutei. W rękach tachali cebry z wodą. Polali płonącą konstrukcję, ogień z sykiem zamienił się w białą parę. Na most wjechały kolejne pluteje, służące wyłącznie osłonie pchanych przez ludzi trebuszy. Po chwili po drugiej stronie fosy mieli już pięć wielkich jak ściany tarcz na kołach.

Jan dał znak i ostrzał ruszył na dobre. Obrońcy celowali z łuków i kusz do piechurów i obsługi machin. Trafiali, ale na miejsce postrzelonych wchodzili następni. Siła ostrzału nie słabła, zza murów dochodziły dymy i swąd.

- Jak długo to może trwać? - spytał pobladły Wilhelm, podjeżdżając do Jana.

- Zależy, ile mają strzał - odpowiedział zamiast niego Hynek. - I jak długo wytrzyma nasza przeprawa. - Pokazał mu pękającą pod ciężarem ludzi i machin kładkę na fosie.

Jan odwrócił się i znów spojrzał w głąb swego obozu. Konstrukcje były już złożone. Dwie wielkie wieże oblężnicze pyszniły się wyzywająco. Ludzie odstawiali od nich długie drabiny. Kończono wiązać olinowanie.

Pod osłoną nocy ludzie Libosa naprawili naderwaną przeprawę, a Czabak i Beneš przepchnęli przez nią obie wieże. Przed świtem mostem przeciągnięto potężne haki oblężnicze i taran. Od rana zaczęto kolejny dzień oblężenia. Sławków płonął, obrońcy słabli, ale wciąż do nich strzelali. Ich bezsilna wściekłość niezauważalnie traciła impet, zamieniając się w beznadziejny opór.

Późnym popołudniem jedna z wież oblężniczych zajęła się ogniem, ale z drugiej przerzucono kładkę przez zamkowy mur. Wbiegli po niej zakuci w stal ludzie Czabaka. Po raz ostatni wezwano obrońców do poddania zamku. Po raz kolejny odmówili. Beneš dał sygnał obsłudze tarana. Bramy Sławkowa jęknęły pod jego okutym dziobem i pękły z trzaskiem.

Przed północą skończono wyrzynać załogę. Jan wjechał przez zgliszcza spalonej i połamanej bramy. W nozdrza gryzł go swąd dogasających na dziedzińcu pożarów. Dopalało się rumowisko stajni i przybudówek, drewniane pomosty biegnące wokół wnętrza murów. Jeden pękł w tej chwili, zwalając w dół przepalone deski, kołczan strzał, których nikt już nie wystrzeli, i dwóch martwych obrońców. Spadli między dymiące zgliszcza.

Służba usuwała na bok zabitych, robiąc wolny przejazd dla Jana. Ranni jęczeli, prosząc o wodę. Wilhelm jadący obok niego milczał głucho. Dopiero teraz Jan mógł docenić zamek, który opierał mu się tak zaciekle. Zgrabna, zwarta bryła była niemal nienaruszona trwającym kilka dni ostrzałem.

To dobrze - pomyślał. - Uprzątniemy zgliszcza i można go od razu zająć.

Zatrzymał konia przed narożną basztą, tu było więcej miejsca, słudzy zdążyli uporządkować niewielki placyk. Ze wszystkich stron schodzili się jego rycerze. Umęczona Drużyna Lodu. Idąc ku niemu, zdejmowali rękawice i hełmy, widział ich osmolone, spocone twarze, które patrzyły na niego lśniącym spojrzeniem zwycięzców.

- Sławków zdobyty! - krzyknął Beneš, aż odbiło jego głos od murów.

- Król Jan Luksemburski!

- Zwycięstwooo! - darł się zachrypnięty po tylu dniach wykrzykiwania rozkazów Libos, jakby wstępowało w niego kolejne życie. - Zwycięstwooo!

Jan okręcił się konno, uniósł prawicę i zawołał:

- Wyważyliśmy bramę do Małej Polski! Droga na Kraków stoi przed nami otworem!

Odpowiedzieli mu zgiełkiem, uderzaniem mieczów o tarcze, skandowaniem:

- Te-raz Kra-ków! Te-raz Kra-ków!

Dał się ponieść i wołał razem z nimi:

- Te-raz Kra-ków! - upajając się myślą, że ich głos niesie się w zadymionym powietrzu aż do Wawelu i mały król już go słyszy, drżąc z lęku.

Gdy nieco umilkli, dało się słyszeć krzyk od strony murów.

- Najjaśniejszy panie!

Zavis szedł ku nim, wlokąc na sznurze młodego chłopaka w za dużej kolczudze.

- Złapaliśmy go, jak próbował opuścić zamek - mówiąc to, pchnął chłopaka na bruk.

- To znaczy, że zachował resztki rozumu - powiedział Jan, nie widząc nic nadzwyczajnego w tym, że jakiś ocalały szczeniak próbował uciec ze zdobytego zamku.

- Chciał uciec tajemnym przejściem - wyjaśnił Zavis. - Znaleźliśmy właz do lochów pod murami. Dalej jest podziemny tunel.

- Dokąd wiedzie? - spytał Jan.

Zavis pociągnął za sznur, unosząc leżącego chłopaka niczym worek z mąką. Młodzieniec miał osmoloną twarz, złamany nos i ranę na szyi. Milczał. Zavis szarpnął sznurem.

- Mów, jak król pyta! - krzyknął. - Dokąd wiedzie przejście?

- Nie wiem - skłamał chłopak. - Nie zdążyłem nim wyjść.

Zavis kopnął go w plecy, młodzian znów upadł na bruk.

- Zostaw go - powiedział Jan. - I poślij ludzi, niech sprawdzą.

- Te-raz Kra-ków - podjął skandowanie Beneš, ale przerwał, bo w tej samej chwili od strony rozbitej w drzazgi bramy dał się słyszeć dźwięk rogów. Jan spojrzał na Zavisa zdumiony. Dźwięk powtórzył się i po chwili na dziedziniec wpadł Peter z Rożemberka. Zatrzymał konia, który parsk­nął i zatańczył w miejscu. Twarz Petera była wykrzywiona wściekłością.

- Mamy posłów od króla Węgier - wyrzucił z siebie, aż z ust poleciała mu ślina.

Zavis warknął do chłopaka:

- Dalej nie wiesz, dokąd prowadziło przejście?

- Zakuj go w kajdany i zabierz stąd - polecił Jan i powiedział do Petera: - Przyprowadź gości.

Rycerze jego osobistej straży ustawili się konno wokół niego. Po chwili na dziedziniec wjechał niewielki orszak pod proporcem z liliami Andegawenów. Jadący w pierwszym szeregu giermkowie zadęli w rogi jednocześnie i rozjechali się na boki, przepuszczając przodem rycerza w napierśniku, który zdobiły trzy ptaki.

- Wilhelm Drugeth, żupan Spiszu - krzyknął giermek - wysłannik króla Caroberta do króla Jana Luksemburskiego.

Drugeth - w lot zrozumiał Jan. - Bratanek palatyna Węgier. Carobert wysłał do mnie najwyższą ligę.

- Wysłannicy naszego przyjaciela, króla Węgier, są nam drodzy - powiedział, przyglądając się Drugethowi. - Niestety, dopiero zdobyliśmy zamek i jeszcze nie mamy gdzie podjąć tak cennych gości - dokończył Jan, sondując, czy Drugeth chce mówić w cztery oczy.

- To, co mamy do powiedzenia, można przekazać na dziedzińcu - zimno odpowiedział Wilhelm Drugeth.

Z orszaku za jego plecami wysunął się białowłosy młodzieniec. Jako jedyny był z gołą głową i nie miał na sobie zbroi, tylko lśniący głęboką czernią aksamitny kubrak, na nim płaszcz podbity ciężkim, czarnym futrem. Ten dziwny czarny strój przykuwał wzrok, zwłaszcza że na piersi młodzieńca pobłyskiwał ptak, taki sam jak w herbie Drugetha, tyle że złoty i pojedynczy.

Krewny? - pomyślał Jan. - Syn? Niepodobny do niego. Niepodobny do nikogo.

- Mów, proszę - otrząsnął się i wrócił uwagą do Drugetha.

- Król Carobert przypomina ci, panie, umowę, jaką zawarliście w Trnawie - powiedział poseł.

- Nie zapomniałem o niej nawet na jeden dzień - wymusił uśmiech Jan. - Moja córka już uczy się węgierskiego, a w awiniońskiej kurii luksemburscy dyplomaci załatwiają dla naszych dzieci zgodę na małżeństwo. Jak się ma mały Władysław? Następca węgierskiego tronu i mój zięć.

- Wnuk króla Władysława ma się dobrze - odpowiedział nie Drugeth, a ów czarno ubrany młodzian.

- To mnie cieszy. - Jan z trudem oderwał wzrok od dziwnej twarzy młodzieńca.

- Zwłaszcza że ojciec, król Carobert, przekazał mu, iż jego dziadkowi, królowi Polski, nie grozi już najazd króla Czech - dodał chłopak i twarz Jana zastygła.

- Król Carobert - szybko i twardo podjął Drugeth - przypomina ci, panie, o ustaleniach z Trnawy. Nie było w nich ani słowa, które, jak mówi król, mogłoby zachęcić cię, panie, do najazdu na kraj jego teścia.

- Nie było też słowa, które miałoby mnie do niego zniechęcić - odpowiedział Jan Luksemburski.

- Wobec tego, najjaśniejszy panie, król Carobert uważa, iż opacznie zrozumiałeś wasze rozmowy. Był pewien, iż utwierdziły cię one w jego miłości do żony, królowej Elżbiety, i jej rodziny. Jeśli tak nie było, to naszym zadaniem jest ci to, najjaśniejszy panie, przypomnieć.

Kim on jest, żeby mnie pouczać? - zawrzał w duchu Jan.

- Bo, jak napisał w liście, który ci przywiozłem: "Najmniejsza nawet krzywda wyrządzona memu teściowi, jego dostojności Władysławowi, królowi Polski, będzie równoznaczna z zabiciem na moich oczach mego własnego syna i następcy, Władysława".

- Nie tykajmy przyszłego męża mej córki - zimno odpowiedział Jan.

Patrzyli sobie z Drugethem w oczy przez chwilę. Neapolitańczyk miał ciemną urodę południowca, ale w przeciwieństwie do tych, których Jan znał osobiście, panował nad sobą, jakby zamiast twarzy nosił maskę.

- Dziękuję w imieniu króla Węgier - odpowiedział Drugeth.

Jan skinął mu głową, odwrócił się na chwilę, jakby ich spotkanie miało dobiec końca. Wtedy zatrzymał ruch głowy i nie patrząc na Wilhelma Drugetha, powiedział lekko:

- Skoro jesteśmy przy dzieciach i ich przyszłości. Będę wspaniałomyślny, wywianuję moją córkę ziemiami zdobytymi w tej wojnie. Ten zamek - wskazał ruchem brody na mury - nie ucierpiał nic a nic. Zgliszcza uprzątniemy, naprawienie murów zajmie tydzień. Piękny dar panna młoda wniesie kiedyś mężowi. Tak blisko węgierskiej granicy...

Usłyszał głos Drugetha, który tym razem brzmiał jak zgrzyt stali.

- Mamy w niewoli cały twój zwiad i wodza, rycerza, który mówi, że nazywa się Zwonimir. Możemy go wymienić za posłów króla, których pochwyciłeś i uwięziłeś. Na tym kończy się negocjacyjny charakter naszej oferty. - Drugeth na chwilę zawiesił głos, po czym powiedział na jednym tchu: - Pięć tysięcy węgierskich jeźdźców mknie doliną Popradu. Ten zamek wraz z miastem i kopalniami jeszcze dzisiaj wróci pod władzę króla Władysława. Dajemy wam czas do wieczora na zwinięcie obozu i opuszczenie Małej Polski. Oto list, w którym słowo po słowie mój pan zawarł warunki.

Czarno odziany młodzian podjechał kilka kroków w stronę Jana. Libos i Beneš stanęli przed królem, broniąc do niego dostępu. Młodzian nie zatrzymał konia, jechał majestatycznie, wolno, podkowy dźwięczały na bruku sławkowskiego dziedzińca. Wsadził prawą rękę pod płaszcz. Libos błyskawicznie wyjął miecz, kierując ostrze w złotego ptaka na piersi młodzieńca. Ten wyjął rękę spod płaszcza i pokazał, że trzyma w niej zwój pergaminu z purpurową, królewską pieczęcią. Libos opuścił miecz, on i Beneš rozstąpili się, robiąc mu miejsce. Chłopak podjechał do samego Jana i wpatrując się w niego czarnymi jak onyksy oczami, podał mu zwój. Po czym jego koń, jakby nigdy nic, nie myląc kroku, zaczął iść w tył, a młodzian wciąż nie spuszczał wzroku z króla Jana Luksemburskiego. Gdy zrównał się z Wilhelmem Drugethem, odwrócił się do żupana Spiszu i powiedział:

- Te-raz Kra-ków.

Nad oczyszczonym z dymów pożaru niebem nad sławkowskim zamkiem przeleciało z krakaniem stado wron, niczym gradowa chmura. Jan Luksemburski otrząsnął się z upiornego wrażenia, złamał pieczęć i zaczął czytać ultimatum Caroberta, króla Węgier.

LUTHER Z BRUNSZWIKU dał znak Symoniusowi, by zamilkł, póki nie opuści komnaty sługa, który wszedł podać wino i przyciąć knoty świec. Chłopak guzdrał się, ale Luther nie chciał go poganiać; cenił sobie opinię usłyszaną gdzieś w czeladnej, że "wielki szatny jest łagodny w obyciu, ludzki z niego pan". Wreszcie sługa wyszedł, kłaniając się w drzwiach niezdarnie.

- Kontynuuj - zachęcił Symoniusa. - Skończyłeś na tym, że twój lud żywił przekonanie, iż bóg przyjdzie z zachodu. Skąd ono się wzięło?

- Może stąd, że z zachodu przychodzą silni, a ze wschodu dzicy? - Symonius uniósł brwi, zatrzymał je w górze, a potem opuścił i bezradnie pokręcił głową. - Nie wiem, szlachetny komturze. Ojciec powtarzał to, odkąd sięgam pamięcią. Mój dziad był chłopcem w czasach wielkiej bitwy pod Dzierzgoniem, na jego oczach płonął dawny święty gaj, a na oczach jego synów porosły go knieje. Ale mój ojciec nie umiał nawet wskazać, gdzie to było. Raz pokazywał tu, raz tam. On i matka byli od małego ochrzczeni, obmyli ślepe oczy wodą wiary i w tym duchu wychowali mnie...

Luther notował to, co wydało mu się ważne. Głupoty o "ślepych oczach" nie interesowały go ani trochę. W języku, którym mówił Symonius, raz po raz pobrzmiewały zakonne formułki, Prus od dziecka służył braciom, przesiąknął ich mową jak dworski piesek wonią swej pani, gdy ta nosi go na zgiętym ramieniu i sadza przy sobie na łożu.

- Opowiedz jeszcze trochę o potrójnym bogu - poprosił, gdy Symonius już wyklepał wszystkie banały o tym, co dał mu chrzest.

- Trzygłowie - poprawił go Prus. - Nie należy wyobrażać go sobie niczym smoka z legend - zaśmiał się Symonius, ale gdzieś w jego głosie brzmiała lekka nuta urazy. - Mam na myśli tego smoka z rzeźby na zwieńczeniu kolumny w Dzierzgoniu. Trzy długie szyje wijące się z jednego tułowia. To śmieszne.

- Nie rozumiem - bezradnie odpowiedział Luther.

- Smok ma trzy głowy, by budzić strach - wyjaśnił Prus. - Że jak się po wielu trudach odetnie jedną, to do walki włącza się druga i tak dalej. Istota Trzygłowa jest inna.

- Uhm. - Komtur nie podniósł wzroku znad pergaminu. - Mów dalej, to interesujące.

- Trzygłów oznacza jednoczesność i równość trzech światów. Jedna z twarzy boga widzi nas, ludzi i wszystko, co dzieje się na ziemi. Druga ogląda niebo, a trzecia zaświaty.

- Zaświaty oznaczają piekło?

- Nie - żachnął się Symonius, co nie uszło uwagi Luthera. - Poganie nie znają piekła, komturze.

- Uhm. - Luther notował szybko. - To czego się boją?

- Przerwanej śmierci, urwanego życia, gniewu boga... - wymienił to jednym tchem.

- Boga czy bogów? - dopytał Luther, maczając pióro w inkauście.

- Bogów - poprawił się Symonius i nagle się zaśmiał. - Wybacz, komturze, ale ja już nie umiem myśleć jak poganin. Myślę jak chrześcijanin, który mówi o poganach, nie rozumiejąc ich świata.

Luther odłożył pióro i przyjrzał mu się uważnie. Prus odznaczał się wyrazistą urodą, ale trudno było uznać go za przystojnego. Miał trójkątną twarz, wyraźne kości policzkowe i długi wystający podbródek, który podkreślały ciemne włosy przycięte równo, tam gdzie się kończył. Symonius rzadko patrzył mu w oczy, raczej umykał spojrzeniem w dół, co wydawało się jakąś formą pośrednią między pokorą a poczuciem niższości. Od spuszczania wzroku miał wciąż półprzymknięte powieki, więc uwagę przykuwały jego brwi, dwie opadające ciemne linie, jakby nakreślone węglem. Teraz Luther dostrzegł, że na końcu każdej z nich, już na skroni, Symonius ma nieduże znamiona, jakby nieregularne kropki.

- Wiem, to trudne - pokiwał głową ze zrozumieniem. - Ale postaraj się, Symoniusie. Twoje świadectwo jest cenne. A jeśli trapi cię lęk o swą duszę, pomów ze spowiednikiem. Ojciec Anzelm uspokoi cię. To, co robisz, przekazując mi wiedzę o tamtych czasach, nie jest dziełem szatańskim, lecz planem bożym. Rozumiesz?

Prus uniósł powieki i spojrzał w bok, jego ciemne oczy były zagubione i smutne. Luther sam dolał mu wina, bo bał się, że Symonius nic więcej nie powie. Napili się, gawędząc o świeżych planach, zwłaszcza warsztacie produkującym machiny miotające, który po naciskach Luthera w Malborku powstał koło Dzierzgonia.

- Będzie największy w państwie zakonnym! - pochwalił się komtur. - I lepszy niż te w Turyngii.

Miał jeszcze dodać, że zaczną w nim składać nowe typy trebuszy, ale się powstrzymał, bo Prusowi rozwiązał się język, a on wolał łagodnie wrócić do interesującego go tematu.

- Wiesz, ciągle zastanawiam się, jak wiara w Trzygłowa dotarła na ziemie pruskie. Pamiętasz, ostatnio opowiadałeś mi o Velionisie, o Perkunie albo i tej pięknej bogini poranka, Aušrin?, wszystko to bożki, które czci się na Litwie, które, jak mówiłeś, czcili Prusowie, nim bracia zakonni przybyli na te ziemie i... przynieśli światło Chrystusa. Czytałem w relacji świętego Ottona z Bambergu, że Trzygłowa czciły ludy za Odrą, nad Łabą. Słynni Redarowie, wojowniczy Wieleci i mieszkańcy Wolina, ba, nawet Szczecina. Czy to jacyś pogańscy misjonarze przynieśli tu, do Prus, wiarę w Trzygłowa?

- Tu był tylko jeden misjonarz, święty Wojciech - Adalbert - odpowiedział Symonius i Luther wyczuł w jego głosie tę twardą nutę, która go tak intrygowała. - Trzygłów jest bogiem zwycięzców, trzy oblicza przenikają w jednej chwili, co jest, co będzie, co było. Przyprowadzili go Starcy, gdy tutejsi bogowie okazali się tak łatwopalni.

Łatwopalni - powtórzył w myślach Luther i zanotował to na marginesie. Symonius zyskuje na wartości, gdy mówi własnymi słowami, a nie powtarza zakonne gadki.

- Rozsypali się w popiół - pogardliwie dorzucił Prus i zajrzał do kubka. Luther dolał mu wina i podpowiedział:

- A silni zawsze przychodzą z zachodu.

- Tak! - zapalił się Symonius i opamiętał. - Jak Zakon Najświętszej Marii Panny - dodał i z pokorą dotknął kościanej rękojeści noża z wyobrażeniem Maryi.

- Przy okazji świętego Wojciecha. - Luther przypomniał sobie, że dawno miał spytać. - Nie wiesz o jakichś artefaktach związanych z męczennikiem?

- O czym? - nie zrozumiał Symonius. - Przepraszam, pierwszy raz słyszę takie słowo.

- O artefaktach - z satysfakcją powtórzył Luther i wyjaśnił: - Przedmiotach, które do niego należały. Ciało wykupił książę Bolesław, ale przecież wojowniczy Prusowie, nim zabili biskupa, coś tam sobie mogli zostawić na pamiątkę.

Symonius zamyślił się i powiedział po chwili:

- Mój dziad mówił o lasce pasterskiej. Takiej zakrzywionej.

- O pastorale - poprawił go Luther.

- Możliwe. Ponoć zakończona była spiralą z kości. Dziad powtarzał po tych, co ją widzieli, że to miało krzyżyk na końcu, było rzeźbione i ponoć ładnej roboty.

Luther poczuł łaskotanie w czubkach palców.

- Co się z tym stało?

- Po chrzcie oddali jakiemuś biskupowi.

- Któremu?

- Nie wiem, komturze - rozłożył ręce Symonius. - Dziada ochrzczono po tej słynnej, wielkiej bitwie pod Dzierzgoniem. Prawie osiemdziesiąt lat temu.

Do wyboru byłoby trzech - rozważył szybko Luther. - Włocławski, chełmiński, może płocki. Biskupstwo pruskie poszło w pył, więc się nie liczy. W Płocku dzisiaj mamy Floriana, w Chełmnie Ottona, jeden i drugi nasi ludzie, sprawdzimy ich bez trudu. Włocławek nie współpracuje, biskup Maciej to człowiek polskiego króla. Trzeba znaleźć sposób, by się do niego dobrać, o ile ma w skarbcu ten pastorał, bo jako biskup nigdy się taką relikwią nie chwalił. A może nie wie, że go ma? - Luther upił łyk wina w zamyśleniu i wrócił do przepytywania Prusa.

- Ilu jest Starców?

- Według legend trzech - odpowiedział Symonius.

- Jak trzy oblicza boga - zanotował Luther. Prus nie zaprzeczył. - Co mówią o nich legendy?

- Siwobrodzi, siwowłosi, silni, wysocy, piękni, choć groźni...

- Zauważyłeś, że w legendach wszyscy są albo piękni, albo odrażający? - spytał Luther. - O nijakich nikt nie śpiewa pieśni.

Symonius zaśmiał się cicho, komtur mu zawtórował, jakby połączył ich wspólny żart.

- W co byli ubrani? - kontynuował pracę.

- Skąd mam wiedzieć? - zdziwił się Prus.

- Z legendy - uśmiechnął się Luther zachęcająco.

- W powłóczyste szaty.

- Szkoda - pokręcił głową. - To takie nierzeczywiste. I ciężko chadzać po świętych gajach w czymś, co się wlecze, ciągnie i zahacza o każdy krzak. Szkoda, że nie przetrwała pamięć, jak naprawdę wyglądali.

- Popytam - obiecał Symonius. - Wcześniej mnie to nie ciekawiło.

- To zrozumiałe - pokiwał głową i odznaczył w tekście. - Zostawiam tu wolne miejsce. Może uda się sporządzić jakąś miniaturę, choć ze mnie marny rysownik, ale tak, dla potomnych, żeby choć trochę wiedzieli. Chronica Slavorum Helmolda ma już ze sto pięćdziesiąt lat, a wciąż przepisuje się ją po klasztorach, bo póki co nie ma lepszego dzieła o obyczajach Słowian. A gdzie księga o Prusach? Brakuje takiej. Świadectwo o naszych czasach musi przetrwać wieki, prawda, Symoniusie?

- A kto to będzie czytał?

- Za dwieście, trzysta lat młodzi bracia zakonni już mogą nie wiedzieć, skąd się tutaj wzięliśmy - cierpliwie wyjaśnił mu Luther. - Wszędzie wokół będą tylko pola uprawne, stawy rybne, drogi łączące gród z grodem, wieś z wsią. A w każdej wiosce murowany kościół, z krzyżem.

- Wtedy nie będzie już tutaj Zakonu - zaśmiał się głęboko Symonius. - W końcu przeznaczeniem braci jest walka z pogaństwem i szerzenie wiary. Skoro nie będzie pogaństwa, a w każdej wsi kościół...

Luther zamarł na chwilę. Potem roześmiał się, pokręcił głową i wypił wino na raz.

- Mój ty marzycielu - powiedział do Symoniusa. - Zawsze będą Litwini, Żmudzini i jakieś kolejne wschodnie ludy. Sam mówiłeś, że dzicy idą ze wschodu. No, dość na dzisiaj. Czekają na mnie dokumenty z Malborka.

- Mam wyjść? - usłużnie domyślił się Prus.

Luther skinął głową i odprowadził go wzrokiem do drzwi. Gdy się za nim zamknęły, zaczął pisać tak szybko, że złamał pióro.

JEMIOŁA nie miała złudzeń: Kazimierza w okowach śmierci trzymała magia Starej Krwi. Nie mogła i nie chciała mówić o tym wprost z Janisławem, tym bardziej z królem, bo co im powie? Że ich syn umiera od broni, którą ona sama mogłaby władać, gdyby tylko miała w sobie tyle bezwzględności, by zechcieć jej użyć? Nie zrozumieją, to na nic. Ilekroć o tym myślała, w jej wyobraźni płonął stos. To, że przez kolejny tydzień utrzymuje go przy kruchym, ale jednak życiu, kosztuje ją tak wiele, że każdego ranka z trudem podnosi się z ławy, na której czuwa przy jego łożu. Przywrócenie sobie równego oddechu wymaga od niej coraz dłuższej chwili. Dodanie sił, by działać, jest już niemożliwe bez odwarów, którymi do tej pory leczyła najciężej rannych. Musiała coś wymyślić, coś, co być może było blisko, a na co jeszcze nie wpadła, i zrobić to szybko, zanim walka o życie Kazimierza zabije ją.

Przepytała służbę, na trop Wierzbki i Dziewanny wpadła szybko, zwłaszcza że dziewczyny nie zmieniły nawet imion. "Wysoka, ciemnowłosa, robotna. Młoda. Nie, w średnim wieku, ale nie stara. Ta druga? Młodziutka dziewuszka. Drobniutka, wesoła, jasna". Tego, że zniknęły wkrótce po tym, jak syn królewski zachorował, nikt z jego stanem nie skojarzył. "Najjaśniejszego pana otoczono opieką" - znaczyło tyle, że w jego komnatach zaroiło się od służby medyków, którzy go leczyli. "Wierzbka była zrozpaczona po śmierci królewny Jadwigi, odeszła sama, z żalu chyba" - to powtórzyły ze trzy pokojowe. Nic dziwnego - myślała Jemioła - nikt nie lubi popełniać śmiertelnych błędów. Najbardziej zastanawiało ją przywiązanie, jakim obdarzono na Wawelu obie dziewczyny. Z rozmów ze służbą wynikało, że gdyby zjawiły się tu nazajutrz, ochmistrzyni Lisowa przyjęłaby je znów do pracy z otwartymi ramionami. I, co ją zaniepokoiło, że plotkary podejrzeniem o chorobę Kazimierza prędzej obarczą jego litewską żonę niż Dziewannę i Wierzbkę. Jednocześnie Jemioła wiedziała, że nie może wydać imion winowajczyń. Krąg tajemnic zaciskał się niepokojąco.

Jestem tu sama - pomyślała bezradnie.

A twoje siostry są samotne w mateczniku - odezwała się w jej głowie Dębina. - Nie ma na co czekać, zrób to.

A król zrobi, co trzeba? - spytała dawnej Matki.

Skąd mam wiedzieć? - odpowiedziała pytaniem Dębina. - Nie siedzę w jego głowie, tylko w twojej - zaśmiała się czule. - Nie urodzisz dziecka bez rozlewu krwi.

Co mówisz? - nie zrozumiała jej Jemioła.

W cudzie narodzin bierze udział krew - uściśliła Dębina. - Ulecz go, już wiesz, jak to zrobić. I jeszcze jedno - głos Dębiny dobiegał z daleka, trzeba było się wsłuchać, by go dobrze słyszeć. - Powinnaś odnaleźć Wierzbkę. Ona jeszcze nie jest stracona.

Dębina umilkła. Jemioła nie myśląc wiele, wstała i uchyliła drzwi.

- Proszę mi nie przeszkadzać - powiedziała do starszego ze strażników pilnujących wejścia. - Nie będę dzisiaj jadła - dodała, widząc, że panny kuchenne już zbliżają się do drzwi z posiłkiem. - A królewicz jeszcze jeść nie może. Gości nie wpuszczać, póki nie odwołam.

- Zrozumiałe - kiwnął głową strażnik. - Jak wielebna matka rozkaże.

Zamknęła drzwi, podeszła do łoża i uchyliła zasłonę. Kazimierz leżał jak rano, nieruchomy. Zakręciło jej się w głowie od niemocy krążącej między nim a nią. Wzięła się w garść, Dębina ma rację. Nie ma na co czekać. Jeszcze dzień czy dwa i sama nie znajdzie w sobie siły. Jeśli ma mu dać siebie, to teraz, póki jeszcze jest coś do ofiarowania.

Wyjęła z sakwy podróżnej pakunek. Odwinęła czyste płótno, wyciągając z niego srebrną miseczkę i nóż z wilczej kości. Ułożyła na niewielkim stoliku przy łożu chorego. Przesunęła krucyfiks, by zrobić więcej miejsca, przez chwilę myślała, czy nie zasłonić figury Ukrzyżowanego, ale się rozmyśliła.

Janisław mówi, że przeszedłeś przez piekło i zmartwychwstałeś - pomyślała. - Ciebie już nic nie może zaskoczyć.

Wyciągnęła buteleczkę, odetkała i przyłożyła do warg. Gorzki odwar wypełnił jej usta. Piła powoli, pozwalając, by spływał w dół przełyku i rozchodził się po ciele chłodną, cierpką falą. Ostrożeń, czarcie żebro, ma moc oczyszczania złej krwi. Czekała, aż ciało da jej znak, że rozszedł się w niej. W tym czasie wzięła do ręki nóż. Mlecznobiała rękojeść, mlecznobiałe kościane ostrze. Przez chwilę ważyła w dłoni jego ciężar. Zadrżała, gdy przed jej oczami przebiegła wilczyca; widziała dokładnie sprężyste, silne udo poruszające się w równym rytmie biegu, w jej wizji pod szarym futrem kość wilczycy już była nożem z misternym ornamentem rękojeści. Uniosła powieki. Uspokoiła drżenie i wyszeptała zaklęcie:

- Z kości do krwi, z krwi do kości.

Oddech Jemioły spowolniał, podeszła do leżącego. Przyłożyła czubek ostrza do swojego nadgarstka. I nacięła.

- Dzielę się życiem, nie losem - szepnęła.

Pierwsza kropla jej krwi była gęsta, jakby zastygła, gdy tylko opuściła jej ciało. Nie popłynęła, trzymała się otwartej żyły jak jakiś klejnot na nadgarstku.

- Dzielę się - powtórzyła i nacięła się głębiej.

Krew popłynęła wreszcie. Jemioła przyłożyła nadgarstek do ust Kazimierza. Nie drgnęły.

- Pij, chłopcze - poprosiła, podstawiając pod jego brodę srebrną miseczkę. - Nie marnuj mojej krwi.

Ciężka rubinowa kropla wolno toczyła się po jego wardze i już miała oderwać się od niej i skapnąć do naczynka, gdy usta Kazimierza drgnęły, wsysając ją do wnętrza. Jemioła mocniej przycisnęła nadgarstek do jego warg i jej krew zaczęła spływać wprost do jego ust. Oddychała powoli, by krew nie płynęła zbyt szybko, a królewicz nie zadławił się nią. Przełykał z trudem, ale miarowo. Raz - liczyła w myślach - dwa, trzy. Cztery. Zaszumiało jej w głowie, pięć, sześć, aż obraz Kazimierza, wielkiego łoża z baldachimem i kotarami rozmazał się. Jesteś w moich rękach - pomyślała całkiem trzeźwo - swoją krwią spłacam dawne czyny. Niejednego Piasta pozbawiłam płodności, ale nigdy nikogo nie zabiłam magią, dlatego być może moja krew zwróci ci życie...

Kazimierz przełykał coraz szybciej i szybciej. Nie nadążała liczyć. Oddech zaczął jej się rwać. Gdzieś, w głębi wawelskich komnat, usłyszała kobiecy krzyk, po chwili tupot nóg, który dobiegał z góry, z boków i wreszcie z dołu, jakby wokół łoża Kazimierza biegały dzieci. To niemożliwe - pomyślała - kręci mi się w głowie od utraty krwi. Poprawiła się w myślach - od podarowanej krwi. Do jej świadomości próbowała dobić się jakaś uporczywa myśl, ale Jemioła, choć wysilała się, nie umiała jej uchwycić. Wydawało jej się, że jest w lesie, biegnie kolumnadą drzew w pałacu natury i zagląda za każde z nich, szukając odpowiedzi. Matka? Nie, macierz? Nie. Wybiegła, skręciła koło źródła wody żywej, krople opryskały ją. Matecznik? Nie. Już była blisko, czuła to. I na pewno kończyły jej się siły. Macierznik?

Gwałtownie odsunęła rękę od ust Kazimierza, on uniósł głowę z poduszki, choć nie otworzył oczu, jakby nie chciał się odłączyć od jej krwi. Wargi mu drżały. Ostatnia kropla, wprost z jej nadgarstka, skapnęła do srebrnego naczynka. Oddała mu ją, wypił chciwie i opadł na poduszkę. Jemioła z trudem przełykała ślinę, w gardle jej zaschło. Owinęła rękę czystym płótnem, ale rozcięta żyła nie krwawiła ani trochę. Dała radę jeszcze zgarnąć kościany nóż i miseczkę, schować je do sakwy. Dysząc ciężko, opadła na krzesło przy łożu. Sięgnęła po wodę. Piła wprost z dzbana, chciwie, aż krople płynęły jej po brodzie, moczyły suknię na piersiach. Odstawiła dzban i straciła przytomność.

Nie śniło jej się nic.

Gdy się obudziła, jej oddech był płytki, ale równy. Serce biło ciężko, lecz miarowo. Powoli otworzyła oczy. Jaka jest pora dnia? Wokół pełgało łagodne światło świec. Pachniał nagrzany wosk. Leżała na ławie, z poduszką pod głową, przykryta kocem. Zamrugała. Próbowała wstać.

- Nie wstawaj - usłyszała kobiecy głos. - Odpoczywaj.

Nie posłuchała, uniosła się, usiadła. Na krześle przy łożu Kazimierza siedziała siwowłosa drobna kobieta.

- Kim jesteś? - spytała Jemioła. - Prosiłam straże, by nikogo nie wpuszczały.

- Jestem matką - uśmiechnęła się lekko kobieta. - Straże musiały przede mną skapitulować.

Jemioła zerwała się, odepchnęła koc, wstała, zachwiała się, przytrzymała ściany.

- Najjaśniejsza pani - próbowała się ukłonić, ale królowa zatrzymała ją stanowczym ruchem dłoni i powiedziała poważnie:

- Kobieta, która leczy mojego syna, nie będzie się przede mną kłaniać. Usiądź, proszę. Da Bóg, ja kiedyś pokłonię się przed tobą.

Jemioła siadła ciężko, potarła czoło i zobaczyła, że ktoś jej zmienił opatrunek na nadgarstku. Spojrzała niepewnie na królową, ta powiedziała:

- Rozmawiałam z Janisławem, wyjaśnił mi, kim jesteś. Nie wiem, czy wszystko pojęłam, ale jakie to ma znaczenie, Jemioło, skoro mój syn dzięki tobie odzyskał rumieńce?

Jemioła powoli, by znów nie zakręciło jej się w głowie, wstała i podeszła do łoża. Musiała przysiąść na jego skraju. Twarz Kazimierza utraciła trupią bladość, a jego pierś unosiła się w miarowym, widocznym gołym okiem, oddechu.

- Życie jest cudem - powiedziała królowa, wzruszenie zabrzmiało w jej głosie. - Każda z nas czuje to najmocniej w momencie, gdy rodzi, prawda, Jemioło?

- Nie rodziłam - wyszeptała Jemioła.

- Wszystko przed tobą. Poczujesz kiedyś, że wtedy gdy wydajemy na świat nowe życie, same najbliżej jesteśmy śmierci.

Właśnie balansuję na jej granicy - przemknęło przez głowę Jemiole.

Królowa wyczuła jej słabość i podała kubek.

- Pij, to lipa z miodem. A zresztą - zaśmiała się - co ja ci będę tłumaczyć, lepiej się na tym znasz. Napij się lipy, odpoczywaj, a ja ci będę opowiadać. Wiesz, gdy miał się narodzić, byliśmy z Władziem, z królem, w podróży. Na Kujawy. To miało być coś ważnego, a widzisz, dzisiaj nikt nie pamięta, po co tam jechaliśmy, tylko że w drodze narodził się nasz ostatni syn.

Wrzosowy miód - wyczuła Jemioła, pijąc osłodzony napar. Każdy łyk dodawał jej sił. Przyjrzała się królowej. Miała jasną twarz upstrzoną setkami piegów, niebieskie niegdyś oczy wybladły i były jak jesienne niebo przesnute chmurami. Sztywny pasek podwiki unosił jej podbródek, ujmując go niczym gorset. To on czynił jej twarz surową i dostojną. Wbrew temu wrażeniu mówiła łagodnie, jak matka, a nie pierwsza w Królestwie pani; poruszała przy tym złożonymi na podołku dłońmi. Miała tylko jeden pierścień, z niedużą perłą i gdy ruszała palcami, perła połyskiwała mleczną barwą.

- Byłam już w latach, takie niespodziewane błogosławieństwo, mój Boże - uśmiechnęła się do własnych słów. - Pomyślałam, jak ja mam go urodzić w podróży? Wśród tych wszystkich mężczyzn? Tych Lisów, Toporów, rozumiesz, Pomianów, Doliwów, och... Elżunię rodziłam pod strażą Węgrów, mój Władziu oblegał wtenczas Wawel, to powiedziałam sobie: gorzej już być nie może. Dasz radę, Jadwiniu - zaśmiała się jak psotna dziewczynka. - Bo ja, jak mówię sama do siebie, to zawsze pieszczotliwie. Innym nie pozwalam, to mi tego brakuje. Ech - westchnęła. - Borutka mi pomógł, giermek mojego męża. On znalazł wioskę, chałupę i babkę położną, co odebrała poród. Jak ja się darłam, jak przy żadnym z dzieci, mówię ci, Jemioło. A ona powtarzała w kółko: "Tak rodzi się król", nie, czekaj, mówiła: "Tak krzyczeć może tylko król". Sprawiła się, jak żaden z dworskich medyków, szast-prast, czyściutko wszystko pomyła, powycierała, macierznik zabrała, ani kropelki krwi...

- Macierznik. - Jemioła odnalazła to, czego szukała we śnie. - Gdzie jest twój macierznik, królowo?

- Bo ja wiem? - Jadwiga całym ciałem zwróciła się w jej stronę. - Ta babka położna zabrała łożysko, gdzieś wyniosła. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, trzymałam w ramionach jego, zdrowego syna, to był cud.

- Zapłaciłaś jej - wyszeptała Jemioła.

- Właśnie nie - pokręciła głową Jadwiga. - Nie chciała ani grosza, powiedziała, że kiedyś wróci po zapłatę.

Spojrzały na siebie gwałtownie. Jemioła pojęła to chwilę temu, do królowej dotarło w tym momencie, aż dłonią zakryła usta. Perła na jej palcu zalśniła jak łza.

- Nie... - wyszeptała przerażona Jadwiga. - Tylko nie to...

Co jeszcze - pomyślała z trwogą Jemioła. - Co jeszcze zawzięło się na życie tego chłopca...

- Przypomnij sobie, pani - poprosiła królową. - Co jeszcze pamiętasz?

Jasna twarz Jadwigi pobladła tak bardzo, jakby odpłynęła z niej cała krew. Poruszała oczami, chcąc przywołać wspomnienia.

- Moje dwórki zasnęły - powiedziała. - Najświętsza Matko Niepokalana Maryjo, tak było. Widziałam, jak stoją w izbie, patrzyłam na nie i myślałam: "Trzy śniące" i mnie samą morzył jakby sen...

- Mimo bólu porodu? - trzeźwo zapytała Jemioła.

- Ja... chyba wtedy... nie czułam bólu... - Słowa wypływały z ust Jadwigi powoli, jakby przypominała sobie tamten dzień po raz pierwszy.

- Wcześniej powiedziałaś, pani, że krzyczałaś - przypomniała jej.

- Ale nie w czasie rodzenia. - Wspomnienie dotarło do Jadwigi. - Zanim babka weszła, wtedy krzyczałam.

- Ona cię uspokoiła?

- Nie jestem pewna. Chyba. - Jadwiga uniosła szczupłą dłoń do czoła, przymknęła oczy i mówiła dalej: - Potem powiedziała: "Zabiorę macierznik i na szczęście zakopię". Ja jej rzekłam: "Proś, o co zechcesz, sprowadziłaś na świat książęcego syna", a ona na to: "Nie, ja króla sprowadziłam". Była z siebie dumna. "Dzisiaj nic nie chcę - powiedziała - ale kto wie, może jutro".

- Wtedy nic nie wzięła... - wyszeptała przygnębiona Jemioła. - Wróci po zapłatę...

- Nie! - krzyknęła cicho królowa. - Czekaj! Wzięła dukata. Tylko jednego, ale wzięła. To dobrze?

- Lepiej - pomyślała na głos Jemioła. - Nie będzie mogła mówić, że on jej...

- Co? Że mój syn do niej należy? - W głosie królowej zabrzmiała groźba. Przestraszona jeszcze przed chwilą kobieta wstała gwałtownie z krzesła.

W tym samym momencie na dziedzińcu rozegrały się rogi, rozszczekały psy.

- Nigdy - z mocą powiedziała królowa Jadwiga. - Nigdy nie pozwolę, by jakakolwiek kobieta zabrała mego syna. Nawet jeśli pomogła mi przed laty sprowadzić go na świat.

- Muszę się dowiedzieć, co zrobiła z twoim macierznikiem, królowo. Od pokoleń matki strzegły pępowiny i łożyska jak oka w głowie - wyjaśniła Jemioła. - By nie dać złym mocom dostępu do tej tajemnej nici łączącej rodzącą z dzieckiem.

- Myślałam, że to przesąd - odpowiedziała Jadwiga, a w jej głosie zamiast mocy znów zabrzmiał lęk. - Zabobon. Mego syna strzegła moc chrztu i...

- I nie ustrzegła - powiedziała Jemioła.

- Nie mów tak, nie wolno - zaprzeczyła sobie królowa. - Bóg słyszy, Bóg wie...

- Gdzie znaleźć tę kobietę? Tę babkę położną? - obeszła jej słowa Jemioła.

- Pojęcia nie mam. Wieś nazywała się Kowal. - Nagle oczy królowej się ożywiły. - Borutka będzie wiedział! On ją wtedy wytrzasnął spod ziemi!

Oby nie spod ziemi - z trwogą pomyślała Jemioła, a na twarzy królowej dostrzegła, iż do pobożnej pani dopiero teraz dociera sens jej własnych słów.

- Gdzie ten Borutka? - spytała szybko.

- Słyszysz? Grają rogi! - Twarz królowej rozjaśniła się w uśmiechu.

- Nie mamy czasu, pani! Gdzie Borutka?! - powtórzyła zniecierpliwiona Jemioła.

- Przecież mówię - odpowiedziała królowa Jadwiga, jakby to była sprawa oczywista. - On zawsze zjawia się, gdy jest potrzebny. Wjeżdża na Wawel w otoczeniu węgierskiego hufca.

WŁADYSŁAW oddychał łapczywie, jak pływak, który cudem dopłynął do brzegu, jak skazaniec, co uciekł katu spod topora. Jak król, który w ostatniej chwili ocalił Królestwo.

- Sława memu zięciowi, królowi Węgier, Carobertowi Andegaweńskiemu! - wznosił trzeci raz ten sam toast.

- Chwała mu! - gromko odpowiedzieli zgromadzeni w zamienionej na salę biesiadną wielkiej komnacie koronacyjnej.

Przy rozstawionych naprędce w podkowę stołach gościł pięć dziesiątek węgierskich wodzów, ich zwierzchnika, Wilhelma Drugetha, arcybiskupa Janisława i drugie tyle pierwszych panów Królestwa. Kazał otworzyć wawelskie piwnice, niekończący się korowód służby niósł dziesiątki dzbanów najprzedniejszych miodów pitnych. Węgrzy kochali wino, ale jak mówili, piją je, by żyć. A by świętować, chcą pić polskie miody!

Jałbrzyk opowiadał mu wszystko po raz kolejny, a Władek mógłby słuchać tego bez końca, niczym refrenu najprzedniejszej pieśni.

- ...Luksemburczyk konno, na głowie złoty diadem, a nasz żupan Drugeth na wprost niego, oko czarne, włos rozwiany, trzy ptaki na piersi i daje: nic, co mogłoby zachęcić cię, panie, do najazdu na kraj jego teścia. Luksemburczyk mrugnął na dwa oczy, pokażę, tak zrobił i dalej, twardo: nie było też słowa, które miałoby mnie do niego zniechęcić, i czeka, co nasz Drugeth odpowie, a on grubym głosem, jakby spod ziemi: opacznieee zrozumiałeś rozmowyyy. Najmniejsza nawet krzywda wyrządzona memu teściowi, jego dostojności Władysławowi, królowi Polski, będzie równoznaczna z zabiciem na moich oczach mego własnego syna i następcy, Władysława. Luksemburczyk blednie, sinieje, zielenieje, jest bliski łez i mówi, nie, płacze: nie tykajmy przyszłego męża mej córki, buuu, pociąga nosem, w rękaw wyciera i wtedy wyjeżdża Borutka, straż luksemburska atakuje Borutkę, trzy miecze kierują się w jego pierś, a on, wroni, czarny, wyniosły jak jakiś książę, choć ja pamiętam, jakeśmy go na szlaku pod Łęczycą znaleźli, jak nie wspomnę kogo, ale teraz, czarny mściciel wawelski, złoty wron na piersi, niczym panisko, nieczuły na skierowane ku sobie ostrza jedzie, zza pazuchy siuch, wyciąga pergamin z andegaweńską pieczęcią i królowi Czech rzuca go w twarz, jak potwarz...

- Dobra, wystarczy - przerwał mu Władek. - Tak się zagalopowałeś, że za chwilę opowiesz, jak Borutka sam jeden czeskie wojska rozgromił. Słuchać miło, ale wierzyć niezdrowo. Borutka! - przywołał Wrończyka.

Ten jednak nie słyszał. Do komnaty wbiegli kuglarze i zaczęli rzucać płonącymi maczugami, Władek odpuścił. Nie chciał narażać na szwank królewskiego majestatu próbą odciągnięcia Borutki od ognistych sztuczek. Zwrócił się do siedzącego po swojej lewej Wilhelma Drugetha.

- Naprawdę czekaliście, aż ostatni czeski rycerz wyjdzie z Małej Polski?

- Tak było - potwierdził żupan Spiszu. - Nie chcieliśmy dać Luksemburczykowi powodów, by wątpił w stanowcze wystąpienie króla Caroberta.

- Jak mocno ucierpiał zamek biskupa krakowskiego w Sławkowie?

- Nieszczególnie. Spalili podzamcze, zwykła rzecz, oblężenie uszkodziło mury obronne, samemu zamkowi nie robiąc większej krzywdy. Luksemburczyka nadzwyczaj interesują kopalnie. Zdążył z nich wywieźć urobek.

Władysław pokiwał głową, nie odpowiedział. W duchu liczył się z tysiąckroć większymi stratami.

- Propozycja, którą przedstawił Borutka, przeważyła szalę królewskiej decyzji - podjął po chwili Drugeth.

- Sądzisz, iż bez niej mój zięć nie ruszyłby na pomoc? - spytał, patrząc przed siebie, choć nie interesowały go ani trochę zręczne sztuczki połykacza ogni.

- Nie sądzę, by zrobił to tak szybko - odpowiedział żupan.

- Tempo zaiste było imponujące - z namysłem powiedział Władysław.

- Adekwatne do złożonej nam propozycji - zripostował Wilhelm Drugeth.

Przerwały im oklaski i pokrzykiwania. Połykacz ognia skończył pokaz, kłaniając się, wybiegał, a jego poprzebierani za zwierzęta pomocnicy zbierali strzępki spalonych pakuł i szmat. Ponad panującą w komnacie woń miodu, mięsiwa i potu wybił się ostry, nieprzyjemny swąd.

- Ogon mu się pali! - zaśmiał się tubalnie któryś z Węgrów i już cała komnata rechotała, pokazując palcami na pomocnika sztukmistrza przebranego za smoka. Jego kompani w mig zadeptali dymiący ogon i kłaniając się nisko, wybiegli. Przy Władysławie zjawił się roześmiany Borutka.

- Słuchaj no - przywołał go Władek, widząc, iż Drugetha zajmuje rozmową wojewoda krakowski. - Powiedz mi o luksemburskim królu. Jaki on jest?

- Nie mieliśmy okazji się lepiej poznać - zachichotał Borutka.

- Hm - mruknął Władek - Jałbrzyk opowiada co innego. Kto by tam wierzył Jałbrzykowi, co? Na stare lata puszczają mu i nerwy, i język. Ale czekaj, chłopcze - przytrzymał Borutkę za łokieć. - Widziałeś go, mówiłeś z nim. Jakie wrażenie na tobie zrobił?

Borutka milczał chwilę, potem powiedział:

- Diaboliczne.

- Co? - Władek spojrzał na niego ostro.

- Diaboliczne - powtórzył Borutka. - Pan Drugeth nauczył mnie tego nowego słowa i wydaje mi się, że pasuje do Luksemburczyka.

Władysław fuknął i odepchnął lekko Borutkę. Co za bzdury. Używa słów, których nie rozumie, żeby się chwalić, czego się nauczył.

- Królu. - Arcybiskup Janisław siedział po prawicy Władka i spojrzał mu teraz głęboko w oczy.

- Upiekło się nam, co? - powiedział Władek.

- Chciałbym wiedzieć, o jakiej propozycji mówił żupan Spiszu. - Jasne oczy Janisława przenikały go niczym chłodne sople. Władysław potarł czoło. Wolałby uniknąć tej rozmowy. - Skoro była to oferta, która skłoniła króla Węgier do wysłania natychmiastowej pomocy zbrojnej, choć wcześniej wyraźnie z nią zwlekał, to jej waga musiała być wysoka. Wolałbym nie dowiedzieć się o niej za późno.

- To było przed rozmową na wieży - powiedział Władysław, nie patrząc na arcybiskupa. - Wysłałem Borutkę, gdy zwiadowcy przynieśli raporty o sile czeskich wojsk ciągnących na Kraków. Tydzień przed twoim przyjazdem na Wawel.

Władysław patrzył na bawiącą się salę. Na Węgrów, którzy uratowali Małą Polskę. Widział, jak piją z jego rycerzami, jak próbują wspólnie nucić pieśń, którą dźwięcznym głosem śpiewał minnesinger w rogu sali, jak stukają się kielichami, aż miód płynie im po palcach. Odwrócił się ku Janisławowi. Arcybiskup gnieźnieński, wysoki i szeroki w plecach, jasnowłosy i jasnooki, siedział prosto, nie pił, dłonie trzymał położone równo na blacie stołu. Siedział i patrzył ze swej wysokości prosto w jego oczy, wymuszając wyznanie.

- Obiecałem jednemu z moich węgierskich wnuków tron krakowski, gdyby Pan Bóg nas doświadczył i zabrał Kazimierza do siebie - powiedział na jednym tchu.

- Nie wspomniałeś o tym podczas rozmowy z Matką Jemiołą.

- Nie - odpowiedział Władysław.

- Chciałeś ją oszukać? - spytał wprost arcybiskup.

- Nie chciałem jej zranić - odpowiedział Władek. - I nie miałem pewności, co się dalej stanie.

- Propozycja dla Andegawenów jest bezwarunkowa?

- W żadnym wypadku - spokojnie zaprzeczył Władysław. - Zawiera więcej warunków niż obietnic.

Janisław głośno wciągnął powietrze.

- Nie widziałem innego wyjścia - żachnął się Władysław. - Kazimierz nie dawał oznak życia. Królestwo było w śmiertelnym zagrożeniu, a Carobert wciąż nie chciał mi wybaczyć Litwinów.

- Wiem - przerwał Janisław. - Chcę zobaczyć to, co spisałeś dla Andegawena.

- Nie ja. Spisywał kanclerz Piotr Żyła.

- Bogu niech będą dzięki - wyszeptał Janisław.

Władek już miał się żachnąć, gdy arcybiskup dodał:

- Ja jej nie okłamię, mój królu. Tobie też nie radzę.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo herold zakrzyknął:

- Królowa Jadwiga!

Jego żona z orszakiem dam dworu wkroczyła do sali biesiadnej. Zgromadzeni powstali, witając ją ukłonem. Oddawała go z uśmiechem. Z uśmiechem?! Władkowi serce zaczęło walić w piersiach. Nie widział uśmiechniętej Jadwigi od roku. A teraz szła ku niemu, niemal płynęła jak promień słońca. Wstał, wyszedł zza stołu, zszedł z podwyższenia, by ją powitać, jakby pierwszy raz ją widział.

- Żono moja - powiedział, wyciągając do niej rękę.

- Mężu, królu - odrzekła, podając mu swoją. Na jej smukłym palcu lśniła perła. - Przynoszę wieści równie wspaniałe jak obecność sprzymierzonych - uśmiechnęła się do Drugetha. Władek dopiero teraz zobaczył, że żupan wstał i dołączył do niego, podobnie jak arcybiskup.

W komnacie umilkły gwary.

- Nasz syn wraca do zdrowia! - zawołała Jadwiga do niego i odwróciła się, obwieszczając wszystkim: - Królewicz Kazimierz ozdrowiał!

Władysław poczuł, jak serce łomoce mu w piersi, jak szumi krew. Wzruszenie zadławiło go na chwilę. Nie mógł nic powiedzieć. Jadwiga ściskała jego rękę.

- Papież Jan XXII odprawił w intencji jego powrotu do zdrowia siedem mszy - powiedziała dźwięcznie - a Matka Jemioła dokonała całej reszty. I nasz Kazimierz żyje!

Jadwiga puściła jego dłoń, odwróciła się i podała rękę stojącej za nią kobiecie. Jemiole. Oszołomiony Władysław skłonił się jej i wyszeptał przez dławiące go łzy:

- Z całego serca dziękuję.

Jemioła obdarzyła go uważnym spojrzeniem, potem przeniosła je na Janisława za jego plecami. W komnacie zawrzało. Wiwaty, toasty, wybuchła oszalała radość, tak długo nieobecna na Wawelu.

- Następca tronu powrócił!

Władysław tak bardzo chciał teraz być przy jego łożu, wziąć go w ramiona, zamiast niego porwał w objęcia Jadwigę.

- Ozdrowiał... - zaszlochał w jej szyję.

- Jeszcze daleka droga, mężu - wyszeptała mu do ucha. - Dopiero otworzył oczy i nabrał rumieńców.

- Ale...

- Ale wolałam, by Drugeth już oswoił się z myślą, że wydłużyła się droga do tronu. Im szybciej to zrozumieją, tym lepiej, uwierz mi. Jutro zaproszę Drugetha do komnat naszego syna. Zobaczy, że choroba nie była zmyślona, i zobaczy, jak Kazimierz wraca do zdrowia. Nie obawiaj się, mężu, wojska węgierskie nie opuszczą nas tak szybko. Dostałam list od Elżbiety. - Ucałowała go w policzek i odsunęła się, mówiąc do wszystkich: - Nie zabawimy z wami długo. Chcemy doglądać następcy tronu. Czy zgodzisz się, mężu, by Borutka nam towarzyszył?

- Zgodzę się na wszystko - powiedział Władysław.

Jadwiga pozwoliła, by Wilhelm Drugeth ucałował jej dłoń, wzięła pod ramię Borutkę i ruszyła ku wyjściu. Jemioła zniknęła Władysławowi z oczu pomiędzy szeregiem dam dworu jego żony.

- Upiekło ci się, królu - szepnął do jego ucha Janisław. W jego głosie nie było ani przygany, ani żartu. Arcybiskup stwierdzał fakty w całej ich złożoności.

- Mój król i królowa będą uszczęśliwieni powrotem twego syna do zdrowia - powiedział do niego Wilhelm Drugeth. - Jestem tego pewien.

- Nie wątpiłem w to ani przez chwilę - odpowiedział Władysław, a w duchu powtórzył za Janisławem: Upiekło mi się.

Wrócili na swoje miejsce, gwar wokół stołów wybuchł ze zdwojoną siłą. Podczaszy dyrygował zastępem sług, którzy przynosili nowe dzbany miodu. Minnesingera nikt już nie słuchał, wszyscy pili, przekrzykując się w toastach za zdrowie królewicza. Gdyby miały moc ozdrowieńczą, Kazimierz tańczyłby teraz na środku i fikał kozły. Władysław wypił w końcu kielich miodu, który tym razem nie smakował wyrzutami sumienia, lecz czystą słodyczą lipy. I dotarło do niego, że dzięki talentom swej córki, żony i Jemioły znów może zacząć wszystko z czystą kartą. "Złam tradycję" - usłyszał głos w głowie i otrząsnął się. Po co ją łamać, skoro kobiety potrafią wszystko z pozycji żony!

- Królowa Elżbieta przekazała przez nas kilka dzbanów węgrzyna - zagadnął go poufale Drugeth.

- Wypijemy i węgrzyna, przyjacielu - poklepał go po ramieniu Władek. - Ale dzisiaj czas na najsłodsze trunki! - Uniósł kielich, ale nim zdążono mu go napełnić, do komnaty wpadł Jarosław Bogoria. Za nim Nawój, kasztelan krakowski. Miny obu sprawiły, że Władek odstawił kielich.

- Najjaśniejszy panie - powiedział kasztelan i w sali umilkły gwary i śmiechy. - Król Jan Luksemburski zhołdował sobie księstwa śląskie.

- Które? - spytał Władysław, czując, jak wyparowuje z niego słodycz miodu.

- Brał, jak szedł - grobowo powiedział Bogoria. - Bytom, Oświęcim, Cieszyn, Racibórz...

Z Raciborza powinien odbić na południe, do Bramy Morawskiej, wracać do Pragi - gorączkowo myślał Władysław.

- ...Opole - powiedział Bogoria. - Niemodlin.

- Jezu Chryste. Dalej już tylko droga na Wrocław.

OSTRZYCA ze zwojem liny przerzuconej przez ramię, przyświecając sobie kagankiem, zeszła na najniższy poziom warownego jesionu, tam gdzie między korzeniami ukryty był loch. Loch, szumna nazwa. Była to zwykła jama, w której trzymano więźniów. Ostrzyca chwilę mocowała się z kluczem, w końcu zamek puścił. Uniosła klapę i poświeciła do wnętrza, lecz nim cokolwiek dostrzegła, w jej nozdrza wdarł się smród. Bylica i Lebiodka wpół siedziały, wpół leżały, oparte o siebie plecami. Wyglądały na chore, oddychały ciężko i nierówno, pogrążone w głębokim śnie. Obok nich stały puste miski.

Zjadły wszystko, ziółka w polewce musiały zadziałać - zaśmiała się do siebie Ostrzyca i zeskoczyła. W chybotliwym świetle kaganka przyjrzała się więziennej jamie. Była większa, niż przypuszczała, choć nie mogła w niej stanąć wyprostowana, musiała poruszać się zgięta wpół. Cicho ominęła śpiące. Jama ciągnęła się dalej, jej ściany były wydrążone w ziemi, obwarowane korzeniami jesionu. Gdzieniegdzie na polepie walały się ogryzione zwierzęce kości, strzępy ubrań, dostrzegła nawet zardzewiałą sprzączkę. Ślady po tych, którzy gnili tu przed Lebiodką i Bylicą. Usiadła i uniosła kaganek. Spojrzała w górę i aż zatkało jej dech w piersi. Sklepienie jamy oplecione było plątaniną korzeni tak gęstą, jakiej nie widziała w życiu i nawet nie przypuszczała, że coś takiego może istnieć. Najgrubsze korzenie tworzyły rodzaj szkieletu, a od nich odchodziły dziesiątki średnich, setki mniejszych i tysiące korzonków cienkich niczym źdźbło.

- Nic dziwnego, że nikt stąd nie nawiał - westchnęła w podziwie. - Porzygałabym się ze strachu, gdyby mnie tu zamknęli.

Wstała i wróciła do śpiących. Dotknęła ramienia matki.

- Pobudka. Ale masz być cicho.

Bylica z trudem otworzyła oczy, zamrugała. Dawno nie widziała światła. Lebiodka jęknęła, budząc się.

- Powiedziałam: cicho. Chcecie stąd wyjść?

- Tak... - zaszeptały jednocześnie.

- Więc ani stęknięcia. Weźcie się w garść, do tej jamy łatwiej człowieka wrzucić, niż go stąd wyciągnąć.

Bylica poruszyła ustami, musiała odchrząknąć, by z jej gardła wydobył się głos:

- Jarogniew cię przysłał? - Spojrzała na Ostrzycę nieufnie.

- Tak - odpowiedziała, zdejmując z ramienia linę. - Ale nasza misja jest sekretna, więc cicho sza. Muszę was wyciągnąć i wyprowadzić z jesionu. Pogadamy sobie, jak przejdziemy podniebne kładki, jasne?

Pokiwały głowami. Obwiązała liną najpierw córkę, podciągnęła się, wygramoliła z loszku i wciągnęła Lebiodkę na górę. Potem to samo zrobiła z Bylicą. Ledwo trzymały się na nogach, Ostrzyca pokręciła głową.

- Jak się będziecie tak bujać, nie damy rady stąd wyjść. Jarogniew powiedział: "Zabierz je, jeśli są na siłach, a jak nie, to..." - Wzrokiem pokazała na ziejącą smrodem jamę. Matka podtrzymała córkę, przytaknęły, że zrozumiano.

- Zwiń linę - rozkazała Bylicy, a sama ostrożnie, by nie narobić hałasu, zamknęła klapę i przekręciła zardzewiały klucz w zamku. - Strasznie cuchniecie - powiedziała. - Nawet jeśli przejdziemy po cichu, odór się rozniesie.

- Nie przesadzaj - wyszeptała Bylica - mężczyźni nie są aż tak wyczuleni na smród.

Ostrzyca zachichotała w duchu. Nie jest z nią tak źle - pomyślała i sięgnęła po płaszcze, które ukryła w załomie u podnóża schodów.

- Zakładajcie, kaptury na łeb. Idziemy. Jeśli kogokolwiek spotkamy, ja mówię, wy milczycie.

- Jarogniew spotka się z nami? - spytała z nadzieją Lebiodka.

- Wy milczycie - powtórzyła Ostrzyca. - Ja prowadzę.

Ruszyła na schody, nie oglądając się. Nie musiała, podwieszona konstrukcja przenosiła ruch, Ostrzyca czuła, gdy któraś z kobiet zatrzymywała się na chwilę. Trwało to krótko, zaraz ruszały dalej. Nadzieja na przywrócenie do łask, lęk przed nią, gniewem Półtoraokiego czy zwierzęce wręcz pragnienie oddychania świeżym powietrzem, cokolwiek nimi powodowało, zmusiły się do użycia resztek wycieńczonych sił. A może pomogły wzmacniające zioła, które dostały w posiłku, tak czy siak, dotarły do pustej o tej porze jesionki. Ostrzyca odwróciła się, obrzuciła je surowym spojrzeniem i położyła palec na ustach. Pokazała, że mają zaczekać, a sama bezszelestnie podeszła do wyjścia i uchyliła drzwi. Na zewnątrz było cicho i dość jasno od łuczyw, które oświetlały wejście do jesionu. Wartowników nie zauważyła. Czekała chwilę, aż wreszcie zbliżyła się do niej postać w kapturze zakrywającym całą twarz.

- Popili, zasnęli - zameldowała.

- Bieluń też? - upewniła się Ostrzyca. Zwłaszcza on nie mógł ich zobaczyć.

- Tak - zapewniła.

- Dobra robota, Kostrzewo - pochwaliła ją. - Zabieram je, bywaj.

- Nie - szybko odpowiedziała Kostrzewa. - Idę z wami. Zgódź się.

Ostrzyca nie miała czasu na targi, szybko przesiała w głowie za i przeciw, było ich po równo, więc kiwnęła na zgodę.

- Ty bierz młodą - rozkazała. - Są słabe. Podtrzymując je, szybciej przejdziemy kładki.

Wyprowadziła dziewczyny z jesionki, przemogła się i objęła Bylicę za plecy. Ruszyła przodem, sprawdzając, czy Kostrzewa z Lebiodką dotrzymują im kroku.

Najważniejsze: dojść do bramy warownego jesionu - wyznaczyła sobie zadanie i odruchowo wydłużyła krok. Musiała zwolnić po kilku, bo Bylica nie nadążała. Dostrzegła dwóch wartowników śpiących z dzbanami w objęciach. Czy Kostrzewa pomyślała, by zamienić naczynia i podstawić im dzbany ze zwykłym miodem? - przebiegło jej przez głowę, ale nie traciła czasu, spyta później, jak trzeba to zruga, albo i obije. Jeszcze dwanaście kroków do bramy. Sześć, trzy. Dwaj mężczyźni spali na siedząco, opierając się plecami o bramę. Psiakrew.

- Czekaj. - Puściła Bylicę, a sama pochyliła się nad śpiącymi. Wsłuchała w chrapliwy oddech. Owionął ją zapach przetrawionego miodu i ostra woń ziół. Kozłek, męczennica polna i chmiel. Wielka nasenna trójca. I naprawdę niewielka dawka tojadu. Jeden z wartowników poruszył się przez sen, zamruczał jakieś lubieżne zaklęcie. Ostrzyca na palcach wróciła do dziewczyn.

- Otworzę bramę, a wy przytrzymacie ich za ramiona, żeby nie upadli, gdy uchylimy wrota. Zamykając, podtrzymamy im plecy, powinni dalej siedzieć i spać. Ale gdy tylko domknę bramę, biegniemy co sił. Jasne?

- Jarogniew czeka na nas? - spytała młodsza, a Ostrzyca w odpowiedzi obrzuciła ją złym spojrzeniem.

- Jarogniew cię posieka, jeśli zawiedziesz - odwarknęła. - Idziemy.

Nie raz sama otwierała żelazną zasuwę bramy, bo w pierwszych latach służby Półtoraoki dawał jej dwu-, trzydniowe nieustanne warty, sprawdzając, ile jest w stanie wytrzymać bez snu. Gdy ze zmęczenia kiwała się nad ranem, przychodził i zaskakiwał ją. Za każdą nieuwagę dostawała w łeb. Zarobiła tak dwanaście razy i przysięgła sobie, że trzynastego nie będzie. Raz próbował z nią tego, co dzisiaj zrobiła tym chłopcom Kostrzewa, przyniósł jej dzban miodu, pochwalił za służbę. Wypiła, szczęśliwa i dumna, że dowódca ją docenia, wyróżnia, obdarza uważnym spojrzeniem dwubarwnych oczu. Stał przy niej i patrzył, jak pije do dna. I na tym dnie wyczuła goryczkę ziół, ale było za późno. Jarogniew podał jej inne proporcje odwaru, niż to, co rudowłosa dała teraz chłopakom. Ostrzyca na całe życie zapamiętała piekący smak tojadu. Wtedy uśmiechnęła się, oddając pusty dzban, on poklepał ją w ramię i poszedł. Odczekała chwilę i włożyła sobie palce do ust. Nieważne, że chłopcy rechotali. Wyrzygała wszystko, popiła wodą, otrząsnęła się i gdy Półtoraoki przyszedł sprawdzić, czy zasnęła, czy porzuciła wartę, ona stała blada, zielonkawa i wciąż wstrząsana torsjami, ale stała, oparta o swój oszczep. Ci junacy najwyraźniej nie byli dość czujni. Musieli wypić wszystko, co przyniosła im Kostrzewa, pewnie gapili się przy tym na jej rude długie włosy i gadali, że jest słodka jak miód.

Wiedziała, jak chwycić zasuwę, jak unieść ją równo, by żelazo nie wydało szczęku. Podtrzymała zawiasy i ostrożnie wysunęła ciężki rygiel. Głową dała znak dziewczynom, że teraz mają przytrzymać wartowników. Kostrzewa pomogła jej pchnąć masywne wrota, obeszły śpiących zręcznie i już obie były na zewnątrz, robiąc miejsce Bylicy i Lebiodce. Te, pochylone, nie puszczając pleców wartowników obeszły ich bokiem. Lebiodka nadepnęła na swój płaszcz, zachwiała się niebezpiecznie, ale mocne palce Ostrzycy przytrzymały ją. Wyplątała się z fałd. Ostrzyca kiwnęła głową Kostrzewie i równo, powoli domknęły bramę. W ostatniej chwili Bylica z Lebiodką puściły plecy wartowników, a Ostrzyca i Kostrzewa podparły ich, zamykając wrota.

- Kamień - szepnęła Ostrzyca, nie puszczając ciężkich wrót.

Bylica w mig znalazła co trzeba, ale nie miała siły przytargać kamienia do podparcia bramy. Pomogła jej Kostrzewa. Ostrzyca pokazała im, że mają potrzymać wrota zamiast niej. Kamień to za mało, aby utrzymać od zewnątrz niezamkniętą na zasuwę bramę, ale przewidziała to wcześniej. W krzakach ukryła kilka grubych konarów. Znalazła je w mig i zabezpieczyła wyjście.

- Biegniemy - rozkazała i ruszyły zawieszonymi między wierzchołkami drzew kładkami.

Byle do końca kładek - wyznaczyła sobie kolejny cel.

ZYG­HARD VON SCHWARZBURG, komtur grudziądzki, przyjechał do Malborka na zwołaną naprędce przez wielkiego mistrza naradę. Chciał zaskoczyć wszystkich i przybyć o dzień wcześniej, ale po drodze odwiedził swego bratanka Guntherusa, komtura w Gniewie, i wyszło jak zwykle.

- Gdy zapraszam najważniejszych ludzi w państwie zakonnym - pretensjonalnym, magisterskim tonem zajęczał Werner von Orseln - każdy z nich poczytuje to sobie za zaszczyt. Mimo to jeden i wciąż ten sam spóźnia się haniebnie. Zyg­hardzie von Schwarzburg, przypominam, że jesteś komturem grudziądzkim, a nie księciem, na którego będziemy czekać!

- Wybacz, wielki mistrzu - skłonił się Zyg­hard z miną, o której miał wyobrażenie, że jest pokorna. - Oczywiście, jestem księciem von Schwarzburg, ale tylko z urodzenia. Czymże jest krew wobec powołania? Tylko purpurową cieczą, która krąży w żyłach i, wbrew temu, co myślą niektórzy, u żywych nigdy nie bywa błękitna. Jednakowoż, choć moja przysparza tylu kłopotów, to zapewniam cię, mistrzu, że w nadchodzących dniach nam się przyda. Spóźniłem się dla dobra Zakonu, pozwolisz, że rozwinę?

- Nie teraz - odpowiedział władczo Werner von Orseln. - Punktualność jest wymogiem w Zakonie! Kto jak kto, ale ty powinieneś znać Regułę na pamięć. Jeszcze raz się spóźnisz i za karę będziesz siadał do stołu z knechtami, pachołkami i służbą!

- Zrozumiałem, znam Regułę - grzecznie ukłonił się Zyg­hard. - Czy to znaczy, że już jestem zwolniony z wyznań na niedzielnej kapitule win?

Orseln uniósł wzrok ku pięknemu sklepieniu sali i sapnął:

- Zajmij miejsce obok nowego komtura toruńskiego.

Zyg­hard potoczył wzrokiem po zebranych i rozpoznał Hugona von Almenhausen.

- Nie widziałem cię wieki - szepnął do niego, siadając.

- Ja ciebie też - cicho odpowiedział Hugo - i już żałuję. Zapomniałem, jaką przyjemnością jest obcowanie z twoim ciętym językiem.

- Mój język jest bez zarzutu - mrugnął do niego Zyg­hard, aż przystojna, lekko śniada twarz Hugona pociemniała - choć ostatnio służy tylko do gadania.

- Na niektórych słowa działają mocniej niż czyny - odpowiedział Hugo, patrząc mu w oczy.

- Zwłaszcza gdy czyny prostackie, a słowa wyrafinowane - odszepnął mu Zyg­hard. - Chociaż wyrafinowanie zaskakująco szybko przeradza się w dziwactwo, a to...

- Zyg­hardzie von Schwarzburg! - zdyscyplinował go Werner. - Powiedziałem, że udzielę ci głosu później.

- Wobec tego zamieniam się w słuch - kornie odpowiedział Zyg­hard i wyprostował na krześle, kierując wzrok na wielkiego mistrza. Poprawiając włosy, szepnął do Hugona: - Jeśli ci nie przeszkadza, że nie będę odpowiadał, możesz mówić dalej, mam podzielną uwagę.

Komtur toruński zaśmiał się cicho, ale nie zdążył nic dodać, bo od strony wejścia rozległ się nagły rumor, jakby ktoś próbował sforsować drzwi do kapitularza. Masywna klamka poruszała się ze szczękiem.

- Och. - Zyg­hard wstał zręcznie i ruszył ku wejściu. - Wybaczcie, bracia, zamknąłem za sobą. Byłem pewien, że wchodzę ostatni.

Przekręcił klucz w zamku i otworzył, pozwalając, by do środka wtoczył się zdyszany i purpurowy na twarzy Ditrich von Altenburg.

- Czerwony Wilk z Bałgi - z dezaprobatą powiedział wielki mistrz, nawiązując do znaku, jaki na chorągwi nosiła komturia bałgijska.

- Czerwony, spocony i niedogolony - mruknął Zyg­hard, patrząc na rude, oblepiające czaszkę włosy Altenburga. Komtur bałgijski od zawsze budził w nim niemal fizyczną niechęć.

- Mistrzu - pokornie pokłonił się Altenburg. - Proszę o wybaczenie. Miałem zasadzki litewskie na drodze.

- Wybaczam - wyrozumiale skinął głową Werner. - Masz do Malborka najdłuższą drogę. I cenimy twą służbę na wschodnich rubieżach Zakonu.

Czerwony Wilk z Bałgi zajął miejsce, a Zyg­hard zabrał się za przegląd obecnych.

Luther z Brunszwiku, wytworny wielki szatny, któremu nikt nie wypomina książęcego rodu, zajmował centralne miejsce wśród dygnitarzy, choć urząd szatnego wcale nie należał do najważniejszych w "wielkiej piątce" Zakonu. Wijące się ciemne włosy założył za ucho, potarł palcem krótką, elegancką brodę okalającą szczękę i skinął Zyg­hardowi głową z daleka. Stosunki między nimi były napięte, odkąd Zyg­hard odkrył, iż Luther wie o jego wizycie w komandorii joannitów nad Wartą. Teraz na dyskretny ukłon szatnego odpowiedział wyłącznie spojrzeniem. Zamierzał trzymać Luthera na dystans tak długo, jak to będzie możliwe. Czyli do pierwszego zejścia się w tajemnej komnatce do podsłuchiwania. Po obu stronach Luthera, niczym uczniowie zapatrzeni w magistra, siedzieli jego świętoszkowie. Pozbawieni wyszukanego wdzięku swego patrona, wyraziści, acz nieco ociężali.

Bezbarwny Bonsdorf, donosiciel i podsłuchiwacz o świńskich oczkach i jasnym zaroście, nieodmiennie kojarzącym się Zyg­hardowi ze szczeciną. Szczerbaty Herman von Anhalt, co zapuścił wąsy, gdy stracił ząb. Wyglądał przez to dość groźnie, ale w gruncie rzeczy był poczciwiną, Zyg­hard to czuł. Przy nim siedział sztywniak Plauen, którego Zyg­hard musiał niańczyć podczas zwiadowczej wyprawy na Ruś. Plauen nabawił się tam wszy, więc po powrocie zgolił łeb na łyso i zapuścił brodę. Wyhodował ją długą, gęstą i rudą, kładła się teraz niczym grzywa na jego potężnej piersi. Obok Plauena miejsce zajmował Oettingen, niedawno mianowany wielkim szpitalnikiem. Zyg­hard zmrużył oczy i przyjrzał mu się uważnie. Wielki krewki Szwab, wyrywny i pyskaty, czym sobie zasłużył na tak wysokie stanowisko zakonne? Po drugiej stronie Luthera siedział Otto von Lautenburg. Olbrzymi, zawalisty, czarnowłosy i czarnobrody, niczym niedźwiedź. Wyobraźnia Zyg­harda podsuwała mu obraz obroży ukrytej pod zakonnym habitem Lautenburga, do której przyczepiona jest smycz, trzymana pod stołem przez Luthera. Siedzi przy szatnym, jakby miał go bronić - pomyślał. - Przed kim?

Otto von Lautenburg, mimo prostackiej sylwetki niedźwiedzia, wywodził się ze świetnej, hrabiowskiej rodziny. Objął ziemię chełmińską po zmarłym bracie Zyg­harda i trzymał ciężką łapę na śledztwie w sprawie jego śmierci. To wystarczyło, by Zyg­hard miał go na szczycie swej czarnej listy. Barczysty hrabia Lautenburg zdawał się tego nie wiedzieć, patrząc na niego pogodnie, jak na przyjaciela. Przy Lautenburgu zajął miejsce spóźniony Czerwony Wilk z Bałgi. Wciąż jeszcze pot spływał mu z czoła i ten ocierał go dyskretnie. Jako ostatni siedział Markward von Sparenberg, niczym przeciwieństwo ich wszystkich: łysy, bez brody, o okrągłej twarzy dobrze utuczonego i wiecznie zadowolonego mnicha. Na Markwarda Zyg­hard miał oko od pewnego czasu, gdy zauważył, iż w tym gronie on właśnie jest najlepiej poinformowany i najszybciej kojarzy fakty, choć nigdy się z tym nie wyrywa.

Siedmiu świętoszków i ich samozwańczy mistrz, Luther z Brun­szwiku - pomyślał Zyg­hard, przesuwając wzrokiem po ich twarzach. Obserwował ich od tak dawna. Wszyscy, łącznie z Lutherem, byli kiedyś jego podkomendnymi w Dzierzgoniu. Przez lata wydawali mu się niezbyt rozgarniętymi, ale za to zapatrzonymi w Luthera akolitami. Jedną masą, składającą się z siedmiu braci, masą, w której żaden, poza Lutherem, niczym szczególnym się nie wyróżniał. A jednak zrobili kariery. Czerwony Wilk został komturem Bałgi, wschodniej flanki. Lautenburg komturem ziemi chełmińskiej, Oettingen szpitalnikiem. A szczerbaty Herman ma już nominację na komtura Nieszawy. Zaskakujące - pomyślał - bo gdybym ja był Lutherem i chciał usadzać swoich ludzi na stanowiskach, postawiłbym na tłuściutkiego Markwarda. Ten na pewno jest bystry.

Podskarbi omawiał wpływy do kasy zakonnej, Zyg­hard szybko zorientował się, że to go nie interesuje, i zakrywając usta, spytał Hugona von Almenhausen:

- Co robiłeś, gdy cię nie było?

- Po wójtostwie sambijskim krótki urlop w Moguncji i drobna wizytacja domów niemieckich - odpowiedział Hugo.

- Więc jesteś człowiekiem Wernera - stwierdził Zyg­hard.

- Jestem człowiekiem Zakonu - odszepnął Hugo.

- Jak my wszyscy - odpowiedział kpiąco Zyg­hard. - Białego płaszcza nie zrzucisz. Ciekawe, że Werner wezwał cię akurat teraz.

- Nikt nie odmawia mistrzowi - tajemniczo powiedział Hugo.

- Ale na Toruń trzeba sobie zasłużyć - zaśmiał się cicho Schwarzburg.

Komtur toruński zwyczajowo uchodził za zakonną głowę wywiadu. Zyg­hard postanowił, że jak tylko skończą naradę, pójdzie z przystojnym Hugonem na zimne warmińskie piwo, choć jeśli jego przypuszczenia się sprawdzą, Hugo odmówi spotkania w refektarzu, między braćmi i zaproponuje jakieś ustronne miejsce.

- Dobrze, starczy - przerwał podskarbiemu wielki mistrz. - Póki mamy rozejm z Giedyminem, nie możemy rozwiązać waszych problemów. Mamy własne, bliżej. Moim życzeniem jest, byśmy krótko omówili sytuację, zaczynając od tej najdalszej, w Awinionie i Rzeszy, a potem przechodząc do naszej.

- Niczym pętla, która się zaciska - wyrwało się Zyg­hardowi.

Mistrz już miał go zrugać, ale machnął ręką i poprosił Hugona o referowanie. Zyg­hard złowił zaskoczone spojrzenia świętoszków Luthera.

- Są przesłanki, by sądzić, iż w najbliższym czasie sytuacja między królem Niemiec Ludwikiem Wittelsbachem a papieżem Janem XXII ulegnie zaognieniu - zaczął Hugo von Almenhausen.

- Żadna nowość - prychnął niedźwiedziowaty Lautenburg i popatrzył po swoich, wyraźnie podpuszczając ich na nowego.

Przystojna twarz Hugona pozostała nieporuszona, jakby złośliwość komtura ziemi chełmińskiej nic go nie obchodziła. Z tą śniadą cerą, prostym długim nosem i ciemnymi oczami przypomina wizerunki świętych z bizantyjskich ikon - skonstatował Zyg­hard. - Miła odmiana po świńskiej urodzie świętoszków, będzie na kim oko zawiesić podczas nudnych narad w Malborku. Ciekawe, kiedy szturm o jego względy przypuści Luther. Nie wierzę, by odpuścił sobie nowego, wpływowego komtura. Najpierw poszczuje swoich grubasów, by mu dokuczali, a potem sam weźmie go w obronę, czy raczej w obroty.

- Papież wyczerpał już argumenty - kontynuował Hugo - po ekskomunice, jaką obłożył Wittelsbacha, i braku większego odzewu na nią, doszedł do ściany. Natomiast król Niemiec ma wciąż jeszcze coś w zanadrzu.

- No, zbrojnie na Awinion nie ruszy - lekceważąco skomentował Wilk z Bałgi. - Nie zechce zadzierać z królem Francji.

- Komtur toruński ma rację - odezwał się Zyg­hard - a tym z braci, którzy mają luki w wykształceniu, przypomnę, że prawdziwe wojny na linii Rzesza-papież toczyły się zawsze z pułapu cesarskiego.

- Moim zdaniem do tego właśnie zmierza Wittelsbach - powiedział Hugo - chce zostać cesarzem.

- Doskonałe. - Lutherowi zabłysły oczy. - Gdyby sięgnął po cesarską tiarę, Jan XXII mógłby umrzeć rażony gromem. Za jednym posunięciem stałby się pierwszym pośród władców i pozbyłby się wrogiego sobie papieża.

- Nie liczyłbym na powtórkę widowiska z Muskatą - zaśmiał się Zyg­hard, jakby między nim a Lutherem nie było wrogości. - Biskup krakowski, któremu serce pękło, gdy musiał ukoronować Władysława, takie cudo zdarza się raz na stulecie. Jan XXII został papieżem jako starzec i już udowodnił, że ma serce ze stali.

- A rdzę z niego ściera nieustanna nienawiść do Wittelsbacha - wesoło dorzucił Luther.

- Przestańcie - uciszył ich mistrz - to nie czas na dowcipy. Almenhausen, mów dalej.

- Jeśli dojdzie do koronacji cesarskiej, Zakon może na tym tylko skorzystać. Rozpęta się wojna dyplomatyczna, a wiadomo, że na takich, które nas nie dotyczą, wychodzimy najlepiej. Zarówno Wittelsbach, jak i papież będą chcieli pozyskać naszą przychylność, wówczas możemy wytargować coś interesującego.

- Od papieża zdjęcie interdyktu, poproszę - uśmiechnął się wreszcie wielki mistrz.

- A od cesarza zgodę na pobicie króla Władysława - dodał Luther.

- I jakąś pamiątkę z Rzymu - zakpił Zyg­hard. - Cytrynowe ciastka, beczkę dobrego wina, medal pamiątkowy, liścik z podróży.

- Schwarzburg ma rację - smutno spuentował mistrz. - Nie ma się co ekscytować, póki sprawy nie staną się faktem. Natomiast przyjęcie postawy wyczekującej gotowości wydaje się słuszne. Jeśli Wittelsbach będzie chciał sięgnąć po tytuł cesarski, musi udać się do Italii. To długa podróż.

- Gdy oczy świata będą skierowane na Rzym, nikt nie będzie patrzył na wschodnie rubieże - dokończył swoją myśl Zyg­hard.

- Zatem zajmijmy się oceną sytuacji - potwierdził mistrz. - Mamy błyskawiczną rejzę Jana Luksemburskiego na Małą Polskę, zakończoną przez Węgrów, którzy stanęli po stronie Władysława.

- I księstwa śląskie oddające się w ręce króla Czech - mściwie powiedział Luther. - Bo nie chcieliśmy im pomóc, gdy był na to czas.

- Czas był zły - oświadczył wielki mistrz. - Mieliśmy rozejm z królem Władysławem.

- Teraz nie mamy - odkrył radośnie Lautenburg.

- Teraz nie mamy - powtórzył za nim Zyg­hard - już nic do powiedzenia w tej sprawie. Luther ma rację, spóźniliśmy się. Choć zgadzam się z wielkim mistrzem, że interwencja na Śląsku niewiele by nam przyniosła dobrego. Patrząc z obecnego przebiegu zdarzeń, mogłaby nas postawić w stanie wojny z królem Czech.

- Gdybanie - prychnął Luther.

- Skupmy się zatem na faktach - uspokoił mistrz.

- Rozejm z Królestwem Polskim wygasł, król Władysław odepchnął zagrożenie czeskie i ma w kraju wojska Caroberta w znacznej sile. Co z nimi zrobi? Odeśle na Węgry? Czy poszuka pretekstu, by zwrócić się przeciwko nam - postawił rzecz do przemyślenia Hugo.

- Wystarczyłaby drobna prowokacja - mruknął Luther. - Coś niewinnego.

- Nie chcę tej wojny - powiedział wielki mistrz Werner von Orseln. - Zyg­hardzie, czy sprawa sędziów polubownych ruszyła z miejsca?

- Nie. Polacy wysuwają wyłącznie kandydatury nie do przyjęcia, a my nie możemy sobie pozwolić na drugi przegrany proces. W tej sytuacji lepiej robić to, co do tej pory, blokować ich w kurii.

- Król Władysław chce tej wojny - syknął Luther. - Dajmy mu ją.

Idzie na całość - pomyślał zaintrygowany Zyg­hard.

- Widzę, że komtura dzierzgońskiego bardziej interesuje spełnianie pragnień króla Polski niż potrzeb Zakonu - zimno powiedział wielki mistrz.

- Uważam, że wojna jest w interesie Zakonu - zripostował Luther.

- Nawet jeśli tak - wtrącił się Zyg­hard - to głupotą byłoby zaczynanie jej teraz, gdy król Władysław ma w kraju wojska węgierskie.

- Doprawdy? - spytał Luther. - Carobert dał je na wojnę z Janem Luksemburskim, bo silne Czechy nie są Węgrom na rękę. Ale nigdy nie pozwoli ich użyć w wojnie z nami.

- Chcesz sprawdzić? - zadrwił Zyg­hard.

- Póki mamy wymuszony rozejm z Giedyminem, Litwin nie wspomoże Władysława - odparował Luther.

- Za to w każdej chwili może to zrobić jego krewniak, nowy książę Rusi - przypomniał mu Zyg­hard. - Bolesław, teraz zwany Jerzym.

- Spokój - próbował ich okiełznać wielki mistrz. - Zachowajcie ten animusz dla wrogów. Hugonie, co sądzisz?

- Nie znamy ceny, jaką młody książę Rusi obiecał Władysławowi za poparcie - powiedział Almenhausen.

- Tanio nie było - polubownie rzucił Luther - skoro polski król pociągnął z wojskiem, by go usadzić na tronie.

- Jak powiedziałem wcześniej - spokojnie przypomniał Zyg­hard - moje spóźnienie nie wynikało z gnuśności, lecz było wynikiem pracy dla Zakonu. Zajmowałem się właśnie młodym ruskim książątkiem. Sondowałem jego matkę, Mariję...

- A więc to nie plotki - rubasznie zarechotał Herman - żeś uwiódł czerską księżnę! Ha, ha!

- Hermanie. - Zyg­hard odwrócił się do niego i uniósłszy palec do ust, dodał: - Gdy się śmiejesz, widać dziurę po wybitym zębie.

Herman zacisnął usta i odpowiedział mu wściekłym spojrzeniem.

- Sonduję Mariję, czy byłbym mile widzianym gościem na dworze jej syna. Odpowiedź jest obiecująca.

- Oczekują posła Zakonu? - spytał Werner.

- Nie poszczują psami - uśmiechnął się Zyg­hard, pokazując cały szereg swoich równych, zdrowych zębów.

- Podejmij misję bez zwłoki - rozkazał wielki mistrz.

- Zatem żegnam - zażartował Zyg­hard i udał, że wstaje.

- Siedź - zgromił go Werner. - Bez zwłoki, czyli po zakończeniu narady. Hugonie, podziel się z nami tym, co odkryłeś.

Hugo von Almenhausen wstał i podszedł do wielkiego mistrza z zawiniątkiem w dłoni. Wyjął coś niewielkiego i położył przed mistrzem. Potem podał równie mały przedmiot Lutherowi, Markwardowi, Lautenburgowi i wróciwszy na swoje miejsce, położył przed Zyg­hardem coś, co wyglądało jak drzazga. Schwarzburg już miał zakpić, gdy dostrzegł, że drzazga ma wyrzeźbione oczy, nos, coś w rodzaju długiej brody. Uniósł wzrok i napotkał spojrzenie Luthera.

- Co to jest? - spytał wielki mistrz na tyle spokojnie, że Zyg­hard mógł być pewien, iż wcześniej rozmawiał o tym z Hugonem.

- Przedmiot kultu lub artefakt magiczny do rzucania uroków - wyjaśnił Almenhausen. - Moi ludzie znaleźli ich znacznie więcej, ale wzór jest ten sam, więc zabrałem tylko kilka, by zademonstrować.

- Znalazłeś to na swoim terenie, komturze toruński? - spytał Luther.

- Na terenie, który objąłem badaniem - odpowiedział Hugo i zmierzył wzrokiem Luthera. - Chcę wyczulić was, bracia, na podobne przedmioty. Zwracajcie uwagę, czy w waszych kaplicach nie pojawiają się takie drzazgi w pobliżu ołtarzy, progów, w dormitoriach. Diabeł nie śpi, a rycerz zakonny musi być czujny nawet we własnym domu.

Hugo von Almenhausen pozbierał drzazgi i starannie owinął płótnem. Przedstawienie skończone - pomyślał Zyg­hard - szkoda, zapowiadało się ciekawie. Oto nowy komtur toruński, osobiście wybrany przez mistrza, bez udziału Luthera i rady, w pierwszych miesiącach od objęcia urzędu wytropił Dzikich w państwie zakonnym i dokonał tego, czego mi się nie udało - otworzył oczy Wernerowi. Tym bardziej powinienem napić się z nim piwa. Nie, nie muszę się aż tak poświęcać. Zaproszę Hugona na wino.

- Módlmy się. - Werner wstał i dał znak do zakończenia spotkania.

Zmówili Pater Noster i Zyg­hard już chciał zagadnąć Almenhausena, gdy wielki mistrz powiedział:

- Lutherze i Zyg­hardzie, muszę wam coś pokazać, jako miłośnikom sztuki. Towarzysz nam, Hugonie. Proszę za mną.

Wilk z Bałgi fuknął i zmierzwił rude, oblepiające czaszkę włosy. Wystarczyło ostre spojrzenie Luthera, by zreflektował się i przyjął pokorną minę. Wyglądał z nią wyjątkowo niezręcznie. Ulryk, komtur domowy Malborka, przywołał sługi ze światłem, czekali przy wyjściu z kapitularza.

- Poprowadziłbym was tam jutro, ale Zyg­hardowi spieszno na Ruś - powiedział Werner. - Męczy mnie ta zima, szybki zmierzch, czytanie przy świecy, z wiekiem coraz szybciej łzawią mi oczy. No, chodźmy. Hugonie, bądź łaskaw - wezwał go do siebie i jasnym było, że mają kilka słów do zamienienia na osobności.

Zyg­hard został z Lutherem. Odczekali kurtuazyjnie, aż mistrz i Hugo oddalą się o parę kroków, i ruszyli za nimi.

- Coś ciekawego się działo, nim przybyłem? - zagadnął Zyg­hard.

- Referowałem, co mówi się na europejskich dworach o sojuszu Władysława i Giedymina.

- I?

- Reputacja króla legła w gruzach. Poplecznik pogan, barbarzyński władca, przyjaciel Dzikich, wykonałem zadanie - beznamiętnie odpowiedział Luther.

- Nigdy nie wątpię w twą skuteczność - powiedział Zyg­hard.

W tej samej chwili idący przed nimi Hugo i Werner zaśmiali się, a wielki mistrz objął Almenhausena poufale.

- Wypadliśmy z łask, Zyg­hardzie - powiedział Luther.

- Hm. Pierwszy występ nowego komtura toruńskiego uważam za udany. A ty co sądzisz?

- Wiele ciężkich myśli chodzi mi po głowie - powoli odpowiedział Luther - tak ciężkich, że nie chciałbym rozmawiać o nich tutaj. Gdzie on nas prowadzi?

Zbliżali się do kościoła zamkowego. Od wschodu wciąż otoczony był rusztowaniem, dobudowa lewego skrzydła ciągnęła się w nieskończoność, mimo iż Malbork był oczkiem w głowie Wernera.

- Na nieszpory za późno, do komplety daleko - niespokojnie rozejrzał się Zyg­hard.

Wielki mistrz i Hugo stanęli u wejścia, przy imponującej portalem Złotej Bramie.

- Poświećcie - rozkazał sługom Werner. - Wczoraj skończyli malować - wyjaśnił Zyg­hardowi i Lutherowi. - Wam pierwszym się nimi pochwalę. Odsuń, chłopcze, te kozły - pokazał na sprzęty zostawione przez malarzy. W nozdrza wdzierał się ostry zapach tempery, octu i ługu.

- Ależ brzydkie plamy na posadzce. - Zyg­hard celowo spuścił wzrok, by nie patrzeć na lśniące świeżą farbą fryzy.

- Doczyszczą - gospodarskim tonem powiedział mistrz. - Patrz w górę, Zyg­hardzie, nie pod nogi! Panny Mądre i Panny Głupie były gotowe już w zeszłym roku, ale wciąż czegoś mi brakowało w przekazie - perorował.

Pannom jednym i drugim brakuje urody - skonstatował Zyg­hard - ale metafora nie musi być piękna, tylko czytelna. Sąd Ostateczny, który wyobrażają, też dla większości z nas będzie przeżyciem fatalnym, po co osładzać je urodą dam?

Usilnie starał się nie patrzeć na to, co chciał im pokazać mistrz. Połyskujące nową farbą fryzy, na których znalazło się wyobrażenie fauny i flory, tak toporne, że jeśli miało być wizją piekła, to się mistrzowi nadzwyczaj udało. W końcu padło to, czego się obawiał:

- Jak wam się podoba?

- Winorośl nadzwyczaj... - Luther szukał słowa - dosłowna. Podobna do winnego krzewu, że nie sposób pomylić. Za to ten smok... - wskazał na stwora o ptasim korpusie pokrytym łuskami.

- Ja widzę dzika! - Zyg­hard szybko pokazał palcem coś, co było zgodne z naturą.

- Ja kozła! - podjął grę Luther.

- A to co? Lautenburg? Jak żywy - Zyg­hard bawił się coraz lepiej.

- To centaur, Zyg­hardzie - skarcił go mistrz.

- Przepraszam, światło tak odbiło...

- Zaiste, świat na tym fryzie jawi mi się potwornym. - Zyg­hard z trudem tłumił śmiech.

- Bo takim ma być! - Werner na szczęście się nie połapał. - Trzeba jasno sobie powiedzieć: piekło istnieje, a szatan z uporem pracuje nad ludzkością. Bracia nie są wolni od jego wpływów.

- Sądziłem, że dzięki naszej czujności - odezwał się Luther - której wyrazem jest każda narada w ścisłym kierownictwie, jesteśmy jak Panny Mądre, gotowi na wszystko. A tutaj pod stopami Panien Mądrych kłębią się takie same gady jak pod nogami Głupich. Dlaczego?

Werner von Orseln spojrzał tryumfująco na Hugona i w tej samej chwili do Zyg­harda dotarło, że żarty się skończyły, a mistrz nie przyprowadził ich tutaj wyłącznie z próżności. Nie, żeby się chwalić, ale żeby przestrzec.

- Najwięcej artefaktów magicznych pochodzi z komturii w Dzierzgoniu - powiedział Hugo. - Tak, wielki szatny. Z twojej komturii.

Luther skamieniał.

- Myślisz, że jestem głuchy i ślepy, Lutherze z Brunszwiku? - odezwał się mistrz. - Byłem tylko ufny. Dochodziły mnie wcześniej słuchy o tym, że twoja Rota Wolnych Prusów podejmuje się zadań co najmniej dwuznacznych. Nie dawałem im wiary.

- Cokolwiek robię, czynię dla Zakonu - odpowiedział Luther i pokornie spuścił głowę. - Rotę niejako przejąłem po świętej pamięci Gunterze von Schwarzburg, który osobiście dobierał jej członków, szkolił ich i uzbroił według potrzeb Zakonu...

Zyg­hardowi nie drgnął nawet mięsień na twarzy na przywołane przez Luthera imię brata.

- To dzięki Gunterowi Rota Wolnych Prusów stała się najlepszą jednostką spośród wszystkich witingów wzywanych przez nas pod broń na wypadek wojny - ciągnął Luther. - Skoro na każdą wyprawę powołujemy oddziały naszych Prusów, Sambów, Natangów i innych rodzimych wojowników, nie rozumiem, dlaczego akurat działania Roty wielki mistrz uznał za dwuznaczne. Służą jak wszyscy pozostali witingowie, tyle że są od nich lepsi, bo pozostają pod bronią bez ustanku.

- Zakazuję ci używania do tej pracy pogan - oświadczył Werner. - Nie wolno im ufać.

- W Rocie są wyłącznie ochrzczeni Prusowie - powiedział ­Luther.

- Czy tu, stojąc w Złotej Bramie, w symbolicznym wejściu do Nowego Jeruzalem, możesz przysiąc, że nigdy nie użyłeś pogan do wypełniania zadań zakonnych?

Zyg­hard patrzył na Luthera, on wciąż jeszcze miał spuszczoną głowę, włosy osłaniały mu twarz. Gdy ją uniósł i spojrzał na Wernera von Orseln, Zyg­hardem wstrząsnął dreszcz. Twarz komtura dzierzgońskiego była tak blada, że zdawała się lśnić w blasku pochodni, za to jego oczy płonęły, brunatne jak prześwietlony promieniem bursztyn.

Cokolwiek o nim myślę, nie chciałbym nigdy, by tak na mnie patrzył - pomyślał.

- Przysięgam - wolno odpowiedział Luther.

- Miej świadomość, że patrzymy ci na ręce - odrzekł mistrz. - Dziękuję, skończyłem. Zyg­hardzie, staw się rano w kancelarii, odbierzesz pełnomocnictwa. Hugonie, z tobą muszę jeszcze pomówić.

Nie ja dzisiaj się napiję z nim wina - zrozumiał Schwarzburg.

Mistrz i komtur toruński odeszli, zostawiając im jednego sługę z pochodnią.

- Daj to, chłopcze, trafimy do swoich cel - wyjął mu ją z ręki Zyg­hard i otrząsnął się z wrażenia, jakie przed chwilą zrobił na nim wzrok Luthera. Teraz komtur dzierzgoński wyglądał najzupełniej normalnie. Zostali sami, Zyg­hard uniósł pochodnię i jeszcze raz oświetlił portal Złotej Bramy.

- Koszmarne, toporne, potworne - szczerze ocenił jakość płaskorzeźb. A w myślach dodał: Widzę tu nie tylko portrecik Lautenburga, ale i wiele komturskich centaurów. A dzik jest podobny do Bonsdorfa, te świńskie oczka, rzeźbiarz się zapatrzył. Nawet szczecinę zrobił mu rudą.

- Zyg­hardzie, dzisiaj jest ten dzień, gdy nade wszystko nie chcę usłyszeć, co mistrz mówi w prywatnych pokojach - grobowym głosem odpowiedział Luther.

- Przejąłeś się? Daj spokój - pocieszył go Zyg­hard. Nie dlatego, że mu współczuł, ale dlatego, że osłabiony Luther był dla niego lepszym kąskiem niż silny.

- Mam do ciebie prośbę, która w obecnej sytuacji, po tym oświadczeniu mistrza, które padło przed chwilą, zabrzmieć może co najmniej dwuznacznie.

- Mów śmiało.

- Chcę obejrzeć szkice, które przed laty zrobił Kuno.

- Co? - W pierwszej chwili Zyg­hard naprawdę nie zrozumiał, o co prosi Luther.

- Szkice obrazów, jakie miał wykłute na skórze Starzec, którego złowiliście w puszczy pod Bałgą. Wiem, że brat Kuno je zrobił, nim wykradziono wam jeńca.

- Jak rozumiem, chcesz, by zostało to między nami - powiedział, kiedy do niego dotarło. - Nie ma sprawy, Lutherze, tyle że to musi poczekać do mego powrotu z Rusi. Sam słyszałeś, jutro wyjeżdżam.

Luther skinął głową. Ruszyli bez słowa w stronę prywatnych cel. Gdzieś w krużganku przed nimi ostro zapiszczał szczur. Potem usłyszeli tupot kilkunastu łap.

- Wartownik - zakpił Zyg­hard. - Ostrzegł swoje stado, że nadciągamy.

- Tutaj wychodzi szyb wentylacyjny z klasztornej kuchni - bezbarwnie stwierdził Luther.

- Studiowałeś plany Malborka? Znalazłeś nowe ciekawe komnaty?

- Jeszcze nie, ale będziesz pierwszym, a może i jedynym, z którym się podzielę odkryciem.

Chciałbym w to wierzyć. Jesteśmy w Malborku, tu każdy kłamie - pomyślał Zyg­hard, a na głos zapytał:

- Co zrobisz z Rotą, jestem ciekaw?

- Wykonam rozkaz mistrza - odpowiedział komtur dzierzgoński. - Zgodnie ze ślubem posłuszeństwa.

Drugi raz tego wieczoru Zyg­hardem wstrząsnął dreszcz. Jest w tobie coś, czego nie chcę poznać - przebiegło mu przez głowę. Mimo to, gdy Luther zaproponował piwo, nie odmówił. Wypił, choć nie smakowało.

JEMIOŁA dała się poprowadzić do smoczej jamy. Nie miała pojęcia, gdzie na Wawelu mogłaby się spotkać z babką położną; na pewno nie w obecności królowej, nie przy łożu chorego królewicza, nie w otoczeniu tych wszystkich krucyfiksów, którymi obwieszony był zamek. Ale nie chciała też oddalać się zanadto od chorego, a Kraków, ludny, gwarny, tętniący tajemnym życiem nawet w nocy, budził w niej niepokój. Borutka zaproponował smoczą jamę, zgodziła się.

- Tędy, pani. - Młody sługa oświetlił drogę pochodnią.

Gdy weszli na skalną półkę, nietrudno było się zorientować, że w dawnej kryjówce smoka wciąż toczy się życie, choć na tę chwilę wyproszono stąd wszystkich bywalców. Barłogi, walające się puste kubki i dzbany, skorupy naczyń, kości do gry, porzucona chustka, pojedyncza rękawica, wszystko to wskazywało, że namiętność i zabawa znajdują tu schronienie. Skalny korytarz zwężał się i piął wzwyż nieznacznie, z każdym krokiem było w nim coraz czyściej, jakby odwiedzający nie zapuszczali się w głębszą czeluść jamy.

- To tutaj - powiedział sługa, gdy stanęli w grocie wielkości małej chałupy. - Mówimy na to "sypialnia".

Uniósł pochodnię i wtedy zrozumiała. To, co z początku wzięła za niski pułap groty, zapiszczało setkami cienkich wibrujących głosów. Nietoperze, jeden przy drugim, wisiały u pułapu. Przysypiały tu rudawe borowce, maleńkie karliki, owinięte skrzydłami jak peleryną podkowce. Czarne i szarawe nocki, niektóre niemal białe ze starości.

- Opuść ogień - poprosiła. - Nie budźmy ich.

W korytarzu, z którego wyszli przed chwilą, usłyszeli pogwizdywanie i domyśliła się, że zbliżają się Borutka z babką położną.

Kogo ujrzę za chwilę? - Serce Jemioły zabiło gwałtownie.

Starucha była bosa. Ubrana w szary płaszcz na takiej samej szarej kiecce, jakby chciała roztopić się w półmroku. Poszarpany kaptur osłaniał jej twarz i przez tę jedną chwilę dodawał grozy. Spod kaptura wystawał tylko długi rozdwojony podbródek staruchy.

- Pozdrawiam cię - powitała ją Jemioła, wychodząc naprzeciw.

- Dziękuję, nie trzeba - powiedział głos spod kaptura.

- Pokaż twarz - zażądała Jemioła.

- Jeszcze czego - żachnął się głos.

- Odprawię ich - w lot zrozumiała Jemioła, dając znać słudze i giermkowi króla.

Borutka wetknął pochodnię w skalną szczelinę po ścianą. Światło rozeszło się teraz z dołu, w jednej chwili oświetlając postać staruchy tak, że stała się niemal ogromna. Młodzieńcy wycofali się w korytarz.

- Jesteśmy same, nie licząc nietoperzy - zapewniła staruchę.

Ta potrząśnięciem głowy zdjęła kaptur. Siwe, gęste włosy skręcone w sztywne strąki sterczały wokół jej głowy niczym kolce, okalając twarz składającą się z tysiąca zmarszczek. Pomarszczoną tak mocno, że nawet dziurki od nosa zdawały się złożone z poskładanej w dziesiątki zakładek skóry. Wydawało się, że starucha nie ma ust, w każdym razie niknęły w labiryncie skórzastych fałdek i trudno było wyłowić pierwotne rysy kobiety. Poza oczami. Te, przenikliwe i czarne jak rozżarzone węgielki, wlepione były w Jemiołę.

- Kim jesteś? - spytała Matka i sama odpowiedziała: - Na razie widzę tylko, że nie jesteś ani mamuną, ani dziwożoną, ani runą, czarcichą, ani...

- Hi, hi, hi - zachichotała starucha i rozejrzała się po jaskini. - To jest ten Wawel? - A jednak miała usta, pozbawiony czerwieni warg otwór, który, gdy się zaśmiała, ukazał dwa rzędy ostrych, białych zębów. - Tu mieszka królowa i mój mały królewicz?

- Nie - zaprzeczyła Jemioła. - To nie Wawel, ale skała, na której stoi. A królewicz nie jest twój, kimkolwiek jesteś. Ja jestem Jemioła, Matka Starej Krwi.

- Dębina była wyższa - oceniła ją starucha i mruknęła: - Hmm, może jeszcze urośniesz? Bo na Dębinie przez pierwsze sto lat też właściwie oka nie można było zawiesić. A Gaja, ta co była przed nią, to z kolei kobita na schwał. Za jej czasów to było u nas w lasach wesoło - znów zachichotała, pokazując te lśniące i ostre jak u kota zęby. - Żeśmy się wybawiły w chowanego, ho, ho!

Bies - zrozumiała Jemioła. - Demon stary jak świat. Zły, gdy mu się rzuca wyzwanie. Obojętny, kiedy się go nie tyka. Czy może być dobry?

- Może być - starucha odpowiedziała na myśli Jemioły. - Czegoście mnie nie zaprosili na Wawel, ino pod Wawel, hę?

- Krzyże - odpowiedziała szczerze Jemioła, wiedząc, że musi trzymać myśli na wodzy. Krótko przy sobie. Kontrolować każdą i nie wypuścić nieostrożnej.

- A, to dobrze. Krzyże strasznie mnie nerwią.

- Tamtego dnia, gdy królowa rodziła, też cię zdenerwowały?

- Tamtego dnia nie - wesoło zaprzeczyła starucha.

- Dlaczego jej pomogłaś?

- Bo mnie mały poprosił.

- Borutka? - upewniła się.

- Mam słabość do dzieciaka. Sierota z bagien, a niegłupi i proszę, jak się urządził.

- Po co zabrałaś macierznik królowej?

- Na pamiątkę - zachichotała.

- Wymienisz się?

Oczy staruchy zalśniły nieufnie.

- Na co? - spytała, a jej głos już nie był ani wesoły, ani pogodny. Był głuchy, jakby odbijała się w nim przedwieczna otchłań.

Milczały chwilę, Jemioła potrzebowała czasu, by okiełznać myśli, miała też nadzieję, że usłyszy podpowiedź Dębiny, ale jedyne, co do niej docierało, to ciche popiskiwanie nietoperzy.

- Nie wiem, co mogłoby cię usatysfakcjonować - odpowiedziała ostrożnie.

- Lubię królewskie pamiątki - powiedziała starucha. - To była moja pierwsza i od razu polubiłam.

- Kość któregoś ze zmarłych królów - śmiało zaryzykowała Jemioła.

- Ze zmarłych? - nadąsała się starucha. - Jakbym chciała ze zmarłych, to...

- Nie kończ! - w porę przerwała Matka. - Dam ci coś od żywych. Pukiel włosów?

- Włosy mam swoje - hardo potrząsnęła głową starucha.

- Ale nie masz ozdób - powiedziała Jemioła. - Błyskotek. Złota, drogich kamieni.

- Ty też - skwitowała stara, ale w jej lśniącym oku Jemioła dostrzegła zaciekawienie.

- Bo ja nie jestem królową - odpowiedziała szybko - i nie zasługuję na nie. Matki Starej Krwi stroją się w dary ziemi...

- A co by to mogło być? - pokręciła głową stara.

- Nie wiem, co lubisz. Pierścień na palec, zausznica, naszyjnik, diadem.

- Na palec nic nie chcę, bo w ziemi często grzebię. Na uszy też nie, bo będę źle słyszeć, a lubię słyszeć, co w trawie piszczy. Chcę ozdobę na włosy, taką, co noszą królowe.

- Borutka! - krzyknęła co sił Jemioła. - Boruuutka!

- Już się robi! - odkrzyknął z głębi korytarza królewski giermek.

- On jest bystry, co? - zagadnęła stara. - A taki był malutki... Możesz mówić do mnie Biesico, czuję, jak się męczysz. "Starucha" też lubię, jest takie godne.

- Jak to jest, gdy się istnieje tak długo? - spytała Jemioła.

- Ciekawie - odpowiedziała. - Nim pomyślisz, co będzie dalej, to już przemija. A jak się czuję samotna, a czasem się czuję, wciągnę sobie kogoś w bagno i mam rozrywkę.

- Mnie nauczono, by biesów nie zaczepiać.

- Biesów lepiej nie - przytaknęła. - Ale Biesicę? Ty mnie zaczepiłaś, wysłałaś małego po mnie.

- Bo mam sprawę. Masz przy sobie macierznik? - chciała się upewnić Jemioła.

- Poczekajmy, aż mi przyniesie nagrodę - odmówiła odpowiedzi Biesica i poruszyła żuchwą, wysuwając ostre krawędzie zębów. - Widzisz tego białego? - wskazała zakrzywionym paluchem na nietoperza w rogu groty. - Ja go znam, nicpoń, wysysał owce jeszcze za czasów tego króla, co biskupa zarąbał. Znałaś go?

- Nie.

- A, ty młódka jesteś - przypomniała sobie Biesica. - Będziesz chciała się czegoś o dawnych czasach dowiedzieć, wypytaj białego.

Nietoperz jakby je słyszał. Zapiszczał cieniutko i okręcił się nerwowo wokół własnej osi.

- Nie, nie wypytuj - powiedziała Biesica. - Mówi, że cię nie lubi, wolał Dębinę, a ty to... wolisz nie wiedzieć, co wypiszczał. Skąd on zna takie brzydkie słowa? Pojęcia nie mam.

Jemioła czuła woń własnego potu i cały wysiłek wkładała w to, by zmusić serce do normalnego, a nie oszalałego bicia. Biesica igrała z nią, raz po raz dając Jemiole odczuć swą przyrodzoną siłę. Jak przed chwilą, gdy uniosła palec i skierowała w nietoperza, a na skalnej ścianie pojawił się cień będący Wawelem sprzed setki lat, mniejszym, nieobwarowanym. Gdy starucha mówiła o biskupie i królu, cień Wawelu rozpadł się na kawałki. Dach zamienił w głowę, wieżę w nogi, mur w ręce, a wszystko pryskało w kąty jaskini i znikało w mroku. Jemioła nie odrywała oczu od twarzy Biesicy, udając, iż widowisko cieni nie robi na niej żadnego wrażenia. Pamiętała naukę Dębiny o biesach - traktuj je jak część świata, w którym żyjesz, ani lepszą, ani gorszą, ani potężniejszą, ani słabszą. Szanuj je, ale nigdy nie czcij.

- Jestem! - zawołał z głębi korytarza Borutka i cienie na skale zniknęły. - Przyniosłem dar od królowej Jadwigi. Mogę wejść?

Biesica zręcznie zarzuciła kaptur, ukrywając w jego cieniu twarz. Jemioła wyciągnęła rękę po diadem i ruchem głowy odesłała Borutkę z powrotem.

- Zechcesz przymierzyć? - spytała.

- Och - jęknęła Biesica, wyciągając ręce.

Diadem był delikatny, ze złotej taśmy kutej w warkocz. Nad czołem lśnił w nim krwistoczerwony, pięknie oszlifowany kamień.

- Takiego czegoś - starucha wskazała kamień - nie ma u nas w kujawskiej ziemi. - Zamilkła, przewróciła oczami, tak że przez chwilę widać było tylko białka. - Nigdzie, nigdzie takiego czegoś nie widziałam - dodała, znów patrząc na Jemiołę. - Co to?

- Rubin! - z głębi korytarza krzyknął Borutka. - Bardzo drogi!

Echo odbiło jego słowa i przez chwilę smocza jama powtarzała "drogi-drogi-drogi".

- Podoba ci się? - upewniła się Jemioła.

- Tak - odpowiedziała rozpromieniona Biesica. - Podoba się.

- To się wymieńmy. Daj macierznik królowej, ona ci daje swój diadem.

- A ty? - Starucha przyszpiliła ją wzrokiem i spoważniała w jednej chwili. - Co ty mi dasz, Matko Jemioło?

- Ja dałam ci swój czas, moja Biesico - czule odpowiedziała Jemioła. - A mam go o wiele mniej niż ty.

- To dobry dar - kiwnęła głową stara. - Przyzwoity.

- Niepowtarzalny - dodała Jemioła. - Osobisty.

- Nie targuj się - żachnęła się Biesica, szczerząc ostre zęby. - Powiedziałam, że mi się podoba. Czas już wzięłam, dawaj diadem i zabieraj macierznik. Ja się teraz spieszę.

Wyciągnęła spod płaszcza zawiniątko i podała Jemiole, wydzierając z jej ręki złotą obręcz. Jemioła odwinęła przybrudzone płótno. Zaschnięta, bura tkanka była nie większa niż pięść niemowlęcia.

- Utrzyj i daj mu do zjedzenia - mruknęła Biesica, zakładając diadem na głowę.

Rubin zalśnił w świetle pochodni krwawym blaskiem. Poprawiła go, przekładając sterczące pasma siwych włosów.

- Z miodem czy z mlekiem? - spytała Jemioła jakby mimochodem.

- Najlepiej by było z krwią królowej - powiedziała Biesica, dotykając sękatymi palcami szlachetnego kamienia i okręcając głową. - Ale może być z miodem. Wracam do siebie. Biesy pękną z zazdrości, jak im się pokażę, hi, hi, hi.

- Bywaj - pożegnała ją Jemioła.

- Zawsze będę - machnęła ręką Biesica, odwracając się i zakładając kaptur. - Mały mnie odprowadzi.

Jej spowita w szarość postać rozpływała się w mroku. Już wchodziła w skalny korytarz, gdy rzuciła przez ramię:

- Kiedyś ja podaruję ci czas, Matko.

Demony są wieczne - pomyślała Jemioła, gdy Borutka wyszedł ze staruchą ze smoczej jamy. Biały nietoperz zachichotał wrednie. Starannie zawinęła macierznik i zawołała młodego sługę z pochodnią.

- Prowadź na Wawel.

Przy łożu Kazimierza czuwała Stanisława, stara, zaufana dwórka królowej. Podniosła się ciężko z ławy, gdy Jemioła szybkim krokiem weszła do środka.

- Najjaśniejsza pani kazała się wołać, gdy Matka wróci - powiedziała, trąc ciężkie od snu powieki.

- Wołaj, nie zmarnujmy ani chwili dłużej - potwierdziła Jemioła, pochylając się nad Kazimierzem. O ile wcześniej wyglądał jak nieboszczyk, o tyle teraz zdawał się pogrążony we śnie. Po tym, jak utoczyła dla niego krwi, wyraźnie odżył, dostał kolorów, zaczął oddychać głębiej, lecz wciąż jeszcze nie otworzył oczu. - Czy on?... - zatrzymała pytaniem sunącą do drzwi damę.

- Nie - zaprzeczyła Stanisława.

Jemioła dotknęła jego czoła. Ciepłe. Moja krew zatrzymała magię Starej Krwi, którą przeciw niemu zwróciła Wierzbka - pomyślała, gładząc go po brwiach. - Dałam mu tyle, ile mogłam, by nie zaburzyć jego losu, jakikolwiek on jest. Każda kropla więcej mogła go zmienić...

Zamyśliła się. Czy dobrze zrobiła? Mogła go zmienić. Mogła sprawić, że Kazimierz stanie się tym, kim nie chce być jego uparty ojciec. Władcą, który zmieni tradycje. Który spośród swych dzieci do dziedziczenia korony wybierze najmądrzejsze i nie będzie się wzdragał, jeśli to córka.

Zawarliśmy układ - otrząsnęła się - król Władysław nie może złamać słowa, nawet jeśli mu to nie w smak.

Królowa niemal wbiegła do komnaty. Nie miała na głowie podwiki ani welonu, Jemioła po raz pierwszy zobaczyła jej włosy. Niby siwe, ale jednak srebrno-złote, szlachetne. Rozpuszczone, jak u młodej dziewczyny.

- Masz? - spytała królowa bez ceregieli.

- Mam - skinęła głową Jemioła i wyjęła zawiniątko.

Jadwiga drżącymi palcami dotknęła wysuszonej tkanki i natychmiast się przeżegnała.

- Co dalej?

Jemioła sięgnęła po kamienny moździerz, włożyła do miseczki macierznik i podała królowej razem z tłuczkiem.

- Trzeba rozdrobnić.

Jadwiga zaczęła ucierać, ale robiła to niewprawnie, Jemioła chwyciła jej dłoń i pokazała jak.

- Ostrożnie, by nic nie wypadło, to cenny lek.

- Wróci Kazimierza do życia? - spytała królowa, nie podnosząc głowy znad moździerza.

- Na to liczę - odpowiedziała oszczędnie.

- Czy on się nie zakrztusi? - spytała zza pleców królowej Stanisława. - To suche...

- Zmieszamy z miodem - uspokoiła ją Jemioła. - Tylko królowa musi dobrze go rozgnieść, na pył.

- Czy mogę jej pomóc? - drżącym głosem zadała pytanie stara dwórka, gdy po długiej chwili łożysko w moździerzu wciąż nie było proszkiem.

- Proszę, nie - zaprzeczyła Jemioła. - Ważne, by zrobiła to matka.

- No tak - przytaknęła Stanisława - no tak.

Królowa przestała uderzać w suche tkanki, zaczęła trzeć tłuczkiem, robiła to zapamiętale, aż na jej czole sperlił się pot. Jemioła przygotowała miód, ręczniki, srebrną łyżeczkę, a kiedy się odwróciła, w misce moździerza był proch.

- Wystarczy - powiedziała i wzięła od niej naczynie.

- Zraniłaś się - szepnęła do Jadwigi Stanisława i chwyciła ją za dłoń.

Na kłykciach królowej lśniła odrobina krwi, musiała otrzeć skórę, pracując z całych sił.

Jemioła podsunęła moździerz pod rękę Jadwigi, ta zrozumiała, w czym rzecz, i w pierwszej chwili cofnęła dłoń. Jemioła spojrzała jej w oczy stanowczo, a Stanisława szepnęła:

- Daj spokój. Po ucieraniu własnego łożyska coś jeszcze cię dziwi?

Jadwiga przysunęła rękę i otarła o krawędź naczynia, by ta jedna gęsta kropla wtoczyła się po ściance do wnętrza.

- Proszę zamieszać - powiedziała Jemioła, oddając jej moździerz. - I dodać miód.

Gdy wszystko było gotowe, Jemioła usiadła przy wezgłowiu Kazimierza i podciągnęła śpiącego młodziana tak, by wpółsiedząc, oparł się o jej pierś. Podtrzymywała mu głowę. Królowa Jadwiga usiadła z drugiej strony i przeżegnawszy się, zaczęła karmić syna. Łyżeczka po łyżeczce. Stanisława czuwała z naczynkiem pod jego brodą, by nic się nie zmarnowało.

Karmiły go długo. Po każdym przełkniętym kęsie zdawał się zapadać w głębszy sen. Jadwiga unosiła na Jemiołę przerażony wzrok, ta odpowiadała jej uspokajającym zamknięciem powiek. Nad ranem zostały już tylko dwie, może dwie i pół łyżeczki mikstury, a Kazimierz spał nieco dłużej i wraz z nim przysnęła Stanisława. Komnatę wypełniła cisza tak głęboka, że Jemioła słyszała przesypywanie się piasku w klepsydrze, Jadwiga szepnęła do niej:

- Spójrz.

Jemioła poszła za wzrokiem królowej i uśmiechnęła się. Ruszał palcami stóp.

Nie budząc Stanisławy, podały mu wszystko, co zostało w moździerzu. Przełknął. Poruszył barkami w ramionach Jemioły. Jadwiga odstawiła moździerz i rzuciła się na kolana. Chwyciła go za ręce. Poruszył ustami. Zamrugał i otworzył oczy.

- Mamo... - wyszeptał nieco ochryple. - Mamo... ja żyję... nie klęcz przede mną...

Jadwiga opanowała łzy, choć jej oczy były nimi wypełnione. Zagryz­ła wargi na chwilę.

- Nie przed tobą klęczę, synu, ale przed Jemiołą - powiedziała łamiącym się głosem.

HENRYK książę wrocławski stał oparty o filar galerii wznoszącej się nad ośmiokątną aulą wrocławskiego zamku. Stąd mógł, niewidoczny przez zgromadzony w auli na dole tłum, obserwować przebieg uroczystości. Aula była wypełniona po brzegi. Płonęły świece we wszystkich świecznikach, jakie zdołano tu zmieścić, dym z kopcących knotów wzlatywał wysoko i Henrykowi łzawiły oczy, raz po raz rozmazując obraz, przez co oglądana z góry aula wydawała mu się chwilami nie salą, ale wielkim otwartym kufrem pełnym kosztowności. Barwne stroje wrocławskich patrycjuszy lśniły w blasku świec. Niebieskie adamaszki, szafranowe jedwabie, ciemnoczerwone aksamity prześcigały się feerią kolorów. Złote łańcuchy na piersiach rajców, szafirowe diademy ich żon, rubiny na palcach, perły we włosach, srebrnymi blaszkami naszywane paski, złotą nitką haftowane mieszki. Cały ten strojny tłum poruszał się nieustannie, wydając z siebie westchnienia, wybuchając śmiechem i terkocząc gwarem rozmów, z którego raz po raz wyskakiwały pojedyncze i uniesione okrzyki:

- Mein Gott!

- Mein Koning!

- Doskonale!

- Nareszcie!

Książę Henryk stał w galerii przy północnej ścianie auli. W dole, po jego lewej stronie imponująca sala wrocławskiego zamku przechodziła w czworokątną pałacową kaplicę. Mimo iż na ołtarzu płonęła wieczna lampka symbolizująca obecność Chrystusa w Eucharystii, nikt nie zwracał na nią uwagi. Johanes Wartenburg, kupiec sukienny i rajca miejski, przysiadł na stopniu ołtarza, ale bynajmniej nie, żeby się modlić. But go uwierał, rozpiął srebrzoną sprzączkę, zdjął go i grzebał palcem, szukając kamienia, który urażał mu stopę. Na wprost miejsca, w którym skrył się Henryk, stał tron królewski, dar wrocławskich rzemieślników. Zaiste, nigdy wcześniej z niczym nie uwinęli się tak szybko jak z tym okazałym krzesłem. Rzeźbiony i złocony, pokryty purpurową tapiserią z najprzedniejszych nici jedwabnych i wełnianych, wypchany delikatną trawą przemieszaną z owczym runem, by żadne źdźbło nie uraziło szlachetnego tyłka, który na nim spocznie.

Henryk odwrócił wzrok od pustego tronu. Znów spojrzał na kaplicę. Ledwie tydzień temu spoczęło w niej na marach osłoniętych czarnym suknem ciało jego najdroższej żony. Anna Habsburżanka, matka jego córek, przyjaciółka, z którą dzielił troski i cierpienia książęcego życia bez nadziei na następcę tronu. Łzy napłynęły mu do oczu i musiał oprzeć się plecami o filar, by wyszlochać tęsknotę za kobietą, która mogła być mu matką, jak wszyscy kpili z jej wieku. Znów został sam, znów go osierocono. Jest trzydziestoletnim starcem. Beznadziejnym księciem, który dla dobra dziedzictwa, jakie mu powierzono, musi zrobić to, przed czym wzbraniał się całe życie. Otarł łzy, słysząc wysoki dźwięk rogów.

- Niech żyje król!

- Niech żyje najdroższy król Jan!

Tłum patrycjuszy rozstąpił się, niczym łan pstrokatych kwiatów na łące pod podmuchem wiatru. Johanes Wartenburg, kupiec sukienny, nie zdążył zapiąć buta, złapał go w rękę i pochylony, by nie rzucać się w oczy, smyknął w ciżbę.

- Król Jan! - pokrzykiwał patrycjat szlachetnego miasta Wrocławia tak radośnie, jak nigdy na widok swego przyrodzonego pana, księcia Henryka.

Jan Luksemburski zajął miejsce na tronie. Musiało być mu wygodnie, bo uśmiechnął się lekko i oparł. Henryk z góry, ze swego miejsca, patrzył prosto w twarz króla, choć ten go nie widział. Najwyższe świeczniki zawieszone były poniżej linii galerii, ocieniając sylwetkę księcia. Znów zadęto w rogi i kanclerz królewski ogłosił:

- Król Czech Jan Luksemburski przyjmie teraz wyrazy czci od swych lenników, książąt piastowskich!

W obecnych wzbudziło to taki entuzjazm, jakby sami mieli odbierać hołdy. Łzy żałoby obeschły na chwilę w oczach księcia Henryka, przez co musiał wszystko oglądać wyraźnie, bez zmiękczającej smugi.

Trzykrotnym dźwiękiem rogu zapowiadano gościa, herold go anonsował:

- Książę Władysław, pan na Bytomiu!

W wiodącym wprost z palatium wejściu do ośmiobocznej auli stanął tęgi pięćdziesięciolatek. Patrycjusze, którzy już wcześniej, gdy wkraczał król, rozstąpili się, robiąc przejście do tronu, na skutek ścisku zasłaniali jednakowoż widok na otwartą na aulę kaplicę. Henryk z góry widział wszystko świetnie. Książę Władysław, który znał jego zamek, wiedział, iż na wprost wejścia, a po prawicy siedzącego króla, znajduje się ołtarz i miejsce modlitwy. Zrobiwszy kilka kroków, przyklęknął, skłaniając głowę w stronę ołtarza. Wówczas patrycjusze zawstydzili się. Leo Muskata, bratanek słynnego buntowniczego biskupa i właściciel największego składu korzennego we Wrocławiu, przed którym klęknął książę bytomski, chcąc pokłonić się Bogu, odsunął się gwałtownie, naparł na stojących z boku i poczerwieniały ze wstydu jak burak, syknął do obecnych:

- Odsłonić kaplicę... odsłonić Najświętszy Sakrament!...

Mieszczanie rozstąpili się niechętnie, część z nich straciła najlepsze miejsca, ale nie mieli śmiałości znów przysłonić ołtarza.

Książę bytomski wstał i ruszył ku królowi. Przed nim klęknął ponownie. Jan położył mu miecz na ramieniu i powiedział:

- Witaj w mych łaskach.

Jego siostra była przez dziesięć lat królową Węgier - myślał książę Henryk. - Maria słynęła z urody, ale nie miała szczęścia. Zmarła w połogu i jej miejsce zajęła Elżbieta, córka króla Władysława. Piastówna urodzona w smoczej jamie, więc cóż się dziwić, że sięgnęła po najwyższe zaszczyty. Jego najstarszy brat jest dzisiaj prymasem Węgier, najbliższym Caroberta. Młodszy brat też na węgierskim dworze, karierę robi przy wawelskiej królewnie. Czy już wiedzą, że ich brat klęknął przed królem Czech?

- Jan Scholastyk, książę oświęcimski! - zapowiedział herold i książę bytomski wstał z kolan czym prędzej, robiąc miejsce następnemu.

Młodzian, ledwie siedemnastoletni, który jeszcze cztery lata temu był w klasztorze. Opuścił zakonne mury, by objąć schedę po ojcu, jako że ten nie dochował się innego dziedzica. Szedł teraz niepewnie, lekko przygarbiony, jakby wciąż nie wierzył, iż jego żywot nie dokona się wśród ksiąg. Spięty, nie zauważył ołtarza, nie przyklęknął przed nim, tylko od razu przed królem Janem.

- Mój imiennik - uśmiechnął się do niego luksemburski pan i położył mu miecz na ramieniu.

- Książę cieszyński, Kazimierz! - Głos herolda nie dotarł w porę do klęczącego młodziana i kanclerz musiał szepnąć do niego:

- Wstań, panie, i ustąp miejsca.

Jan Scholastyk rozejrzał się spanikowany i wstając, nadepnął sobie na płaszcz.

Książę Kazimierz, drobny czterdziestolatek, wszedł do auli dziarsko, przyklęknął przed ołtarzem na chwilę, wstał sprężyście i zrobiwszy dziesięć kroków, już klęczał przed królem.

- Leszek, książę raciborski! - wywołał kolejnego herold i książę Kazimierz równie szybko zniknął sprzed królewskiego oblicza.

To przedstawienie - smutno pomyślał Henryk. - Hołdy złożyli sześć niedziel temu, a teraz król Jan chce powetować sobie ich klękaniem sromotny odwrót spod Krakowa. Chce napawać się tryumfem, który nad nimi odniósł bez bitwy, oblegania miast, bez strat w ludziach.

Leszek raciborski jak wszedł, tak i wstał sprzed królewskich kolan, bo herold wołał:

- Bolesław, książę niemodliński!

Mój zięć - pomyślał Henryk. - Mój głupi zięć, który dał się wciągnąć w burdę i stracił na rzecz króla Władysława ziemię wieluńską. Żałuję, że dałem mu Ofkę, to taka bystra, żywa dziewczyna. Żałuję, że nie miałem komu jej dać - przygryzł wargę do krwi.

- Bolesław, książę opolski! - Herold już wywołał młodszego brata księcia niemodlińskiego. Ich ojciec, też Bolko, dwóch synów ochrzcił tym samym imieniem, a wszyscy oni noszą złote orły na błękicie. Starego Bolka spod Wawelu przepędziła królowa Jadwiga w czas buntu wójta Alberta, zaś ich dziad, Władysław, książę Opola, miał wśród Piastów śląskich sławę tego, który z wyprzedzeniem wie, skąd zawieje wiatr. Ale to było w dawnych czasach, które nigdy nie wrócą - z goryczą pomyślał książę Henryk. - W czasach, gdy na Śląsku bił się mój ojciec, zwany Grubym, jego brat, surowy Bolko ze Świdnicy, którego dwaj synowie poszli w królewskie córy, ponury Głogowczyk, którego dziedziców nie ma dzisiaj wśród zginających kolano, i najsłynniejszy z nich, Henryk z Wrocławia, minnesinger, szaleniec, co owszem, służył Przemyślidom, ale jak mówią, tylko dlatego, że kochał się w boskiej Kunegundis, królowej Czech pięknej jak kwiat. Tych czterech i Opolczyk piąty, można było Śląsk policzyć na palcach jednej ręki. A dzisiaj? Synowie i wnukowie tamtych pięciu, jest nas rzesza, tylu, że czasem muszę się głowić, kto jest kim, i każdy, poza Wrocławiem, ma księstwo nie większe niż własna pięść.

- Patrycjat miasta Wrocławia kłania się dzisiaj przed królem Janem - zaczął przemowę jeden z rajców. - Wita długo wyczekiwanego króla...

Złote orły lśniły na błękicie za plecami Luksemburczyka, bo ten przywołał swych drogich wasali, aby byli świadkami przysięgi. Książę Henryk ukrył twarz w dłoniach, westchnął. Moja droga Anno, ty żałujesz pewnie, żeś nie doczekała tej chwili - pomyślał, a potem obciągnął kaftan, poprawił książęcy diadem i ruszył do zejścia z galerii.

- Książę wrocławski, Henryk! - zawołał herold, gdy stanął w wejściu do auli.

Po tym, jak zobaczył wszystko z góry, to, co było teraz przed nim, wydało mu się prostsze. Szedł, nie patrząc na uśmiechnięte twarze rajców wrocławskich, którzy kiwali głowami, jakby mówili: "Ja, gut", obdarzając go przy tym uśmiechami, jakich nie zaznał od nich nigdy wcześniej. Klęknął przed ołtarzem i modlił się chwilę. Wspomniał Annę, która ledwie tydzień temu, na marach... Mogli odkryć jej twarz, bo wyglądała tak naturalnie, jakby zapadła w sen... Tylko rękawiczki, córki założyły jej rękawiczki, bo dłonie miała całkiem sine, aż strach.

- Książę wrocławski, Henryk! - Herold chciał go chyba ponaglić, bo Henryk wciąż klęczał przed ołtarzem i modlił się.

Boże, nie chciał mi pomóc król Polski Władysław, król Niemiec okazał się seniorem nielojalnym i obojętnym, Krzyżacy mieli gęby pełne obietnic, ale nie uczynili dla mnie niczego. Nie mam pojęcia, czy dobrze robię, Panie, ale ja po prostu nie mam wyboru.

Wstał, skręcił od ołtarza w prawo, przeszedł trzy kroki i pokłonił się Janowi Luksemburskiemu. Król Czech wydawał mu się takim młodym, takimi silnym, jakby jego serce nie znało cierpienia.

- Uklęknij - szepnął kanclerz.

Henryk klęknął.

Ileż razy marzyłem, że będę miał syna - pomyślał, wpatrując się w czubki butów króla Jana. - W tej auli tańczyłem z Anną, śmialiśmy się i mówiłem jej: "Nasz syn będzie pięknym chłopcem", a ona kiwała głową. Umiała tak przekonująco potakiwać moim marzeniom.

- Powtarzaj za mną, książę - szepnął kanclerz. - Ja, Henryk...

- Ja, Henryk...

Zobaczył na posadzce czarny skrawek jedwabiu, ot, kawalątek, który musiał zagubić się w auli podczas sprzątania po uroczystościach pogrzebowych Anny, a teraz tańczył nad posadzką poruszany jakimś podmuchem. Utkwił w nim wzrok, nie chciał patrzeć wyżej, ani w twarz Jana, ani tym bardziej w twarze sześciu śląskich książąt, którzy dzisiaj tylko symbolicznie powtórzyli hołd czeski. Złote orły na błękicie, odwracał od nich wzrok. Oni, słabi i mali, on pan na bogatym Wrocławiu, a jednak mimo to zachowywali dziedziczne prawa do swych księstw. Mieli synów. Chuderlawych albo zapalczywych. Przemądrzałych lub całkiem durnych. Powściągliwych i skromnych albo wybuchowych, nerwowych, oddających się piciu i grze w kości. Hulających z dziewkami. Mnichów. Jednego, dwóch, trzech, a nawet sześciu, może czterech z nich nie dożyje wieku męskiego, ale gdy jest ich tylu, to w czym problem! W tym, że on nie miał żadnego i jego księstwo, największe, najbogatsze, najpiękniejsze, po jego śmierci zostanie wcielone do Korony Czeskiej. Już nigdy nie będzie należało do Królestwa Polskiego.

- ...w zamian za to książę Henryk dożywotnio będzie zarządzał ziemią kłodzką oraz otrzymywać będzie tysiąc grzywien srebra rocznie, a jego suweren, król Jan, życzy mu, by żył i sto lat. Król Jan przyrzeka, że nigdy nie odłączy księstwa wrocławskiego od Królestwa Czech, nigdy go nie uszczupli i nie sprzeda, aż po czasów kres. A każdą z ziem, jakie w przyszłości zdobędzie na królu Władysławie, powierzy w zarząd zwierzchni księciu Wrocławia. Zaś przychylnym sobie mieszczanom wrocławskim król Jan, ich suweren od tej chwili i zwierzchnik, daje swą łaską zwolnienie z ceł na obszarze całego Królestwa Czeskiego...

Słyszał, jak obecni tu rajcy jęknęli z rozkoszy. Zaiste, wielki dar! Johanes Wartenburg, choć wciąż nie zapiął buta, mógł już przeliczać zyski. Leo Muskata oczami wyobraźni pewnie zapełniał kufry czeskim srebrem i złotem, kładł grzywnę do grzywny, dukata do dukata. Dopięli swego. Oni mają, czego pragnęli, a ja?

- Przyjmij ode mnie lenno - powiedział dźwięcznie król Jan i wstał.

Henryk uniósł głowę i zobaczył, że Luksemburczyk trzyma w ręku jego chorągiew z rodowym czarnym orłem. Henryk znał zwyczaj, wiedział, że teraz ma chwycić drzewce, ucałować połać sztandaru i wstać, przyjmując to, co zawsze było jego, z rąk tego, do kogo jeszcze wczoraj nie należało. Ale jego spojrzenie nie mogło opuścić czarnych orlich skrzydeł, bo dopiero w tej chwili dotarło do niego, że to, co brał za strzęp jedwabiu, pozostałość po pogrzebie żony, było czarnym piórem orła, które oderwało się od ciężkiej chorągwi.

- Wstań, książę - szeptem pouczył go kanclerz.

Henryk wstał jak we śnie, wciąż wpatrując się w czarne skrzydła. Gdy chwycił za drzewce, pociemniało mu przed oczami od lecących ze sztandaru orlich piór.

- Niech żyje król Jan!

- Niech żyje Wrocław!

- Niech żyje książę Henryk...

Muzykanci podjęli ton, słudzy wnosili wino z jego piwnic, dzban za dzbanem, patrycjusze zapraszali króla na uczty, które "będą trwały dwa tygodnie, bez przerwy, nasz najdroższy panie".

- Widowiska połykaczy ogni!

- Popisy linoskoczków!

- Szczucie niedźwiedzi!

Licytowali się, czym jeszcze olśnią seniora, a każdy z obecnych miał coś do zaoferowania. A przecież te mury jeszcze pamiętały ucztę, jaką wyprawił przed pół wiekiem książę wrocławski Henryk na cześć księcia poznańskiego Przemysła. Obaj byli młodzi, piękni, stawali ze sobą w szranki, tam, na dolnym dziedzińcu, kruszyli kopie, recytując wersety Pieśni o królu Arturze, pili i przysięgali sobie przymierze, które poszło w pył. Które rozbił mój dziad i ojciec - bez emocji pomyślał książę - albo król Czech, Přemysl Ottokar, albo, jak mawiała moja matka, ich własne ambicje. Ponoć tu, podczas słynnej uczty w ośmiobocznej sali, każdy z nich zrozumiał, że pragnie korony. Co by było, gdyby dostał ją śląski Piast? Gdyby jeden z nas został królem? - Westchnął i postawił sobie inne pytanie: Dlaczego Śląsk nigdy nie stał się osobnym królestwem? Dlaczego ta piękna, bogata jak żadna inna kraina, nie dostała swojej szansy? Przecież ta ziemia wydała potężnego Henryka Brodatego, a on miał przy boku kobietę ze stali, świętą Jadwigę z Meranu. Może gdyby ich syn nie stracił głowy pod Legnicą? Nie poległ stratowany przez tatarską ordę?...

- Mówią, że król Jan odzyska należną mu polską koronę - dobiegł go szept zięcia.

- Oby szybko - cicho odpowiedział księciu niemodlińskiemu młodszy brat. - Wtedy my znów będziemy poddanymi polskiego króla. Tyle że nie tego karła z Wawelu - zachichotał złośliwie.

- Nawet nie wiesz, ile my wtedy zyskamy - aż zachłysnął się jego zięć. - Luksemburczyk bitny. Weźmie koronę ze Starszą Polską, a stamtąd pobije Brandenburczyków i już tylko krok, by złapać bałtyckie porty. A wtedy nasi kupcy będą mieli Odrą otwartą drogę dla handlu. Stopy nam będą całować za to, cośmy dzisiaj dla nich zrobili.

- Dzielicie skórę na niedźwiedziu - syknął do nich Leszek, książę raciborski. - Nie wydaje mi się, by nasz Luksemburski król ponownie chciał się bić z wawelskim Władysławem.

- Cieszmy się tym, co mamy - zaszeptał książę bytomski. - Małymi kroczkami...

Książę Henryk wycofał się niezauważony. Ciężko, krok za krokiem, wspiął się na galerię okalającą aulę. Schował za filarem. I jak stał, tak osunął się wzdłuż jego kamiennej, chłodnej powierzchni. Usiadł na posadzce, odwrócony do auli tyłem. Zrobił, co należało, ale nie musiał na to patrzeć.

OSTRZYCA wygodnie wyciągnięta na ławie przy palenisku obserwowała matkę krzątającą się przy kuchni.

- Lubisz to? - spytała, ruchem głowy pokazując na garnki.

- Każdy lubi dobrze zjeść - wzruszyła ramionami Dagmar.

Zamieszała w jednym, ustawiła bokiem do ognia drugi.

- Usiądź przy mnie - poprosiła Ostrzyca.

- Muszę pilnować kaszy - odpowiedziała Dagmar, nie ruszając się od paleniska.

- Wartowniczka - zaśmiała się Ostrzyca. - Strażniczka kaszy. Nie żal tyle pracy wkładać w coś, co za chwilę zniknie? Trzy zamachy łyżką, chaps, trafia do brzucha, chaps i po wszystkim?

- Mądrala - powiedziała Dagmar z politowaniem. - Dam ci do jedzenia suche krupy, mąkę i łyżkę. Szczyptę soli podam osobno, pasuje?

Ostrzyca skrzywiła się.

- Te dwie - Dagmar spojrzała na śpiące w głębi chaty Bylicę i Lebiodkę - dużo przeszły, co?

- Za to rudej nic nie dolega - odpowiedziała wymijająco. - Poza niewyspaniem. Szłyśmy nocą.

- Jak zbiegowie. - Dagmar po raz kolejny próbowała wydusić z niej cel wizyty. Ostrzyca poruszyła barkami i wyciągnęła się wygodnie.

- Masz nowe buty - zauważyła matka.

- Uhm - potwierdziła córka. - Krakowskie. Widziałam na Wawelu tego twojego - powiedziała po chwili.

- Kogo?

- Karła Grunhagena.

Dagmar odwróciła się od niej szybko, jakby zamieszanie w garnku było pilniejsze od tego, co usłyszała. Chwilę tłukła pokrywkami, aż Ostrzyca syknęła, pokazując na śpiące w głębi chałupy dziewczyny.

- Dlaczego Półtoraoki o niego wypytuje? - powiedziała do wciąż odwróconych pleców matki.

- Naprawdę jest podobny do króla? - pytaniem odpowiedziała Dagmar.

- Nie - po zastanowieniu odrzekła Ostrzyca.

- Ja słyszałam, że są podobni. - Dagmar odwróciła się do niej, wycierając dłonie ścierką.

- Z daleka, owszem - przyznała matce Ostrzyca. - Wzrost, postura. Ale z bliska nie przypomina go. Wiesz, ten twój jest jak lewa strona płaszcza. Widać szwy, cery, poszarpane nitki. A król jest jak... król.

- Aha - powiedziała Dagmar. - Chyba wiem, co masz na myśli.

- Skoro tak, to powiesz, dlaczego Jarogniew tak się nim interesuje? - łagodnie zachęciła ją do szczerości Ostrzyca.

Dagmar zdjęła z ognia gliniany pękaty garnek i odstawiła w ciepłe. Podeszła do córki i przysiadła obok niej na ławie.

- Kiedyś był z nami - powiedziała cicho. Rozłożyła lnianą ściereczkę na kolanach i wygładziła spracowanymi palcami pomięty, poplamiony materiał.

- Tak sądziłam - pokiwała głową Ostrzyca. - Opowiesz mi o nim?

- Dawne dzieje - w głosie Dagmar słychać było i tęsknotę za nimi, i chęć ucieczki.

Ostrzyca podniosła się z ławy, objęła matkę ramieniem i powiedziała:

- Ty wiesz, że Półtoraoki wypytuje o niego, a Jarogniew nie wie, że go widziałam na Wawelu. Nie jestem ani hojna, ani głupia, by dzielić się z nim czymś, co może być ważne dla ciebie.

Drobne, przygarbione plecy matki drgnęły. Przytuliła się na chwilę do córki. Pociągnęła nosem i odsunęła się, dając Ostrzycy kuksańca w bok.

- Dawne dzieje - powtórzyła. - Kiedyś byliśmy ze sobą blisko. Gdy przyszedł do Moren, był podrostkiem, młodzieńczy wąs mu się sypnął. Żylasty, chudy, zielonooki, właśnie przeżył pierwszą, nieudaną miłość. Szukał dachu nad głową i zapomnienia. Moja matka, a twoja babka, przygarnęła go. Spał tam, gdzie one teraz - pokazała na ciemny kąt izby. - Rąbał drewno, naprawiał dach, polował na zające, a w zamian dwie samotne kobiety, matka z córką, żywiły go i ubierały. Czysty układ. Wieczorami opowiadał takie śmieszne historie, że moja matka płakała rozbawiona...

- Babka? - przerwała jej Ostrzyca. - Żartujesz. Zawsze była surowa, wymagająca...

- Nie żartuję, za to on swymi żartami przyprawiał ją o łzy śmiechu. Oschła zrobiła się wiele lat później. Dobrze nam się żyło. Był mi trochę jak brat, trochę jak...

- Nie przeszkadzało ci, że jest karłem? - nie wytrzymała ­Ostrzyca.

- Pomagało, głuptasie. - Dagmar uśmiechnęła się do niej. - Ja się wychowałam bez ojca, matka, odkąd pamiętam, o mężczyznach wyrażała się z lękiem i pogardą. A on był inny.

- Nie musiałaś się go bać - zrozumiała Ostrzyca.

- Biegaliśmy po lesie, zdążyliśmy zawsze i jagód uzbierać, i poleżeć nad strumieniem, pogapić się w niebo i rozpostarte nad nami korony drzew i nagadać się. Gęby nam się nie zamykały. W kółko opowiadaliśmy sobie, co będziemy robić, kiedy już dorośniemy, ha, żałuję, że ty nie trafiłaś na takiego chłopca...

- Ja trafiłam na smoka - ponuro odpowiedziała Ostrzyca. - Biegałam z nim po lesie i leżałam nad strumieniem, ale kto inny za nas planował przyszłość. Przepraszam, nie chcę gadać o sobie. Chcę słuchać o tobie i Grunhagenie.

- Zaczęło się od wielkiej suszy. Pewnego lata nie spadła ani kropla deszczu, jesienią nawet mchy w najgłębszym lesie wyschły na wiór. Pola nie obrodziły, zimą zajrzał nam w oczy głód. Spadł śnieg taki, że chałupę niemal przydusiło. Mróz rozsadzał drzewa w lesie, słuchaliśmy ich pękania nocami, wtuleni w siebie, przerażeni. Ale najgorsze były wilki. Całe watahy głodnych wilków krążył po okolicy, a Starcy zabronili chłopom strzelania do nich.

- Tak - przeciągle powiedziała Ostrzyca. - Dla nich wilk świętszy od ludzi.

- Pożarły Jarząbka, taki był gospodarz z drugiej chałupy od traktu, dobry chłop, rodzinę miał liczną. Wyszedł po chrust i całe Moreny słyszały jego krzyk, dziecko, ja i dzisiaj zimą go słyszę. Zjadły go żywcem. Syn Jarząbka oszalał, wybiegł z domu z łukiem, strzelił do wilczycy obżerającej ojca, trafił. Starcy ukarali chłopaka; rzucili krążącej wokół wioski watasze...

- Skąd wiedzieli? Przecież ich w Morenach nie było.

- Pojęcia nie mam - pokręciła głową Dagmar. - Zjawili się jak spod ziemi następnego dnia. Strach padł na ludzi, bo albo cię wilcy zagryzą, albo swoi. Niedobra to była zima. Naszą chałupę wataha zdawała się omijać. Ja myślałam, że to zasługa matki, w kółko paliła jakieś wilcze ziele, okadzała dom, mruczała zaklęcia. Aż do tamtej nocy. Przed zachodem słońca jak zawsze obeszła chałupę z zielem, potem żeśmy zaryglowały drzwi i poszliśmy spać. Obudziłam się w środku nocy, słysząc ich warkot i drapanie do ścian. Byłam przerażona, matka spała jak zabita, ale Grunhagen szybko się obudził. Raz dwa zorientował się, co się święci. Wilki otoczyły chałupę i pazurami wydrapywały mech spomiędzy belek, jakby chciały się do nas dobrać przez szczeliny. Słyszałam ich chrapliwe oddechy, niemal czułam smród bijący z ich pysków. Nie mogłam ze strachu sklecić do kupy dwóch myśli, siedziałam, jakby mnie sparaliżowało. Grunhagen podszedł do ściany zwinnie jak kocur. I zaczął cmokać. Tak... - Dagmar próbowała cmoknąć nie ustami, a samym językiem. Machnęła ręką. - Nawet powtórzyć tego dźwięku nie umiem. Cmokał do ścian i po chwili wilki przestały drapać. Zaskomlały i wszystko ucichło. Odbiegły w noc i nie wróciły.

- Coś takiego! - z podziwem westchnęła Ostrzyca. - Potrafił zaklinać wilki?

- Starcy przyszli nazajutrz - powiedziała. - Zaszczycili naszą prostą chałupę swą potrójną obecnością. Moja matka mało nie umarła z przejęcia, a potem z nerwów, że nie umie im opowiedzieć, co zielonooki naprawdę zrobił w nocy. Mieli tylko moją i jego relację. Obie były oszczędne. Ach... - westchnęła. - Chcesz piwa? Zaschło mi w gardle od wspomnień.

- Napij się - powiedziała Ostrzyca. - Ja chcę tylko tej twojej opowieści.

Dagmar poszła po dzban, przyniosła dwa kubki i nalała także córce. Wypiła duszkiem.

- Zabrali go - podjęła opowieść. - Ale nie jak syna Jarząbka, na zatracenie. Powiedzieli, że ma dar, a oni pomogą mu go rozwinąć. Mną też się zaciekawili, obiecali matce, że po mnie wrócą, i wrócili rok później. Zaprosili do warownego jesionu, tam poznałam twego ojca - uśmiechnęła się. - Potem posłali do Dębiny na nauki, urodziłam ciebie, a oni uznali, że jestem gotowa, i kazali iść do Mechtyldy Askańskiej, nająć się na służbę. Jednym słowem, dla nic nieznaczącej dziewczyny z Moren zaczęła się wielka przygoda, wielkie zaszczyty i wielkie zamieszanie. Resztę znasz.

To były czasy - pomyślała Ostrzyca. - Dzisiaj trudno pojąć, że kiedyś Starcy wysyłali ludzi na nauki do Dębiny, że słuchali, co wieszczyła Matka. To już minęło, nie wróci - otrząsnęła się i zapytała o Grunhagena.

- Straciłam go z oczu - odpowiedziała Dagmar. - Z początku, gdy tylko była okazja, pytałam o niego, ale dawano mi do zrozumienia, że mój przyjaciel dostał tak ważne zadania, iż nie powinnam nawet pytać. Wynikało, że stał się dla nich kimś istotnym, co się dziwić, skoro potrafił zakląć watahę głodnych wilków? Część tej chwały spadła i na mnie, w końcu i mną się zajęli. Potem nie było mnie długo i gdy po kilku latach znów odważyłam się spytać o Grunhagena, nic nie odpowiedzieli. Cisza, jakby go nigdy wśród nas nie było. Domyśliłam się, że to część jego misji, tajemnego zadania. Posłusznie nie zadawałam pytań. Aż kiedyś, gdy wymówiłam jego imię nie przy Starcach, bo w końcu do nich dopuszczano mnie rzadko, ale przy wodzach, Derwan powiedział krótko: On odszedł. Odszedł, pomyślałam, bez pożegnania. Dziwne mi to było, ale z drugiej strony, ja też kogoś miałam, urodziłam ciebie i też nic mu nie mówiłam. Leciały lata, aż wreszcie wpadliśmy na siebie przypadkiem. To były ostatnie tygodnie służby u askańskiej pani, już wydali na nią wyrok, a ja miałam go wykonać. Strasznie się bałam tej wiedźmy, odciągałam dzień za dniem robotę, ty mnie ponaglałaś, naciskałaś...

- Przepraszam - wyszeptała Ostrzyca. - Nie miałam pojęcia, że się boisz... nie przyszło mi do głowy...

- Wiem, wiem - załagodziła Dagmar. - Ty zawsze byłaś odważna, harda. To po ojcu, nie po mnie. Grunhagen się napatoczył w ostatniej chwili. Poprosiłam go o pomoc, a on powiedział: "Dla ciebie, przyjaciółko, co zechcesz". Od tamtej pory widujemy się raz na jakiś czas, ale już nie jestem młodą naiwną dziewczyną i trzymam to w tajemnicy. Zwłaszcza że jak pewnie wiesz, Grunhagen stał się słynny w pewnych kręgach i nasi znów się nim interesują.

- To nadal nie wyjaśnia wszystkiego - odpowiedziała Ostrzyca. - Ta sprawa wydaje się bardziej zagmatwana niż jasna.

- Mam prośbę, dziecko - Dagmar położyła jej rękę na kolanie - ty się o niego Jarogniewa nie pytaj. Niech zostanie, jak jest. Grunhagen to stary wyga, wie, jak do mnie zajść, by nikt go nie widział. Tak jest lepiej.

- Jak chcesz - odpowiedziała Ostrzyca. - Mnie nic do tego.

- Tak chcę - powiedziała matka i ścisnęła lekko kolano córki. - Twoje towarzyszki się budzą - spojrzała w głąb chałupy. - Pewnie głodne. Naszykuję wieczerzę.

Potem siedziały wokół ławy wszystkie, Dagmar z nimi.

- Jedzcie powoli - upominała. - Żeby skrętu kiszek nie dostać.

- Jakie to dobre - jęczała z pełnymi ustami Lebiodka. - Ostatni raz takie pierogi jadłam...

- Zamilcz - powiedziała Bylica, pochylając się nad miską.

- ...w mateczniku - dokończyła Lebiodka. - No co? Przecież my tu same swoje. Czego mam się wstydzić?

Zapanowało milczenie, Kostrzewa spod rudej grzywki zerkała to na Dagmar, to na Ostrzycę.

- Jarogniew spotka się z nami tutaj? - spytała Bylica, gdy skończyła jeść.

- Nie - krótko odpowiedziała Ostrzyca. - Nie tutaj i nie teraz. I być może nie tak szybko.

Dagmar wstała od ławy i zaczęła zbierać naczynia. Kostrzewa pomogła jej.

- Kazał nam przywarować - powiedziała po chwili Ostrzyca. - Rozpłynąć się w powietrzu na jakiś czas. Nie będziecie wychodzić z chałupy.

- Dlaczegóż to? - spytała czujnie Bylica.

- Bo po okolicy kręcą się różni ludzie. - Ostrzyca spojrzała jej prosto w oczy.

- Od czasu śmierci wojewody Dawida - dorzuciła mimochodem z głębi chałupy Dagmar - zaglądają tu nawet Żmudzini. Węszą, ani chybi.

Twarz Bylicy stężała. Zerknęła na Ostrzycę z ukosa i opuściła głowę.

Odzyskuje siły, ale nie urodę - mściwie pomyślała Ostrzyca. - W loszku każdy dzień liczy się za rok albo gorzej. Wypachniona jałowcem, farbowana Jurate, podrabiana wojewodzina.

- Jaki on był? - nie wytrzymała i zadała jej pytanie.

Bylica skuliła ramiona, zgarbiła się nad ławą.

- Daj jej spokój - poprosiła Lebiodka. - Matka zrobiła, co Jarogniew kazał...

- Chcę tylko wiedzieć, jaki on był - powtórzyła Ostrzyca. - Okrutny? Bezduszny? Srogi?

Bylica załkała, otarła oczy, wyprostowała się.

- Był piękny, hojny i nieustraszony - powiedziała cicho.

To źle trafiłaś - pomyślała z nagłym współczuciem Ostrzyca. - Margrabia Waldemar był dziki, nieludzki, zimnokrwisty. Dla niego musiałam być Blute.

HENRY DE MORTAIN zaczął podróż po Królestwie Polskim od nauki języka. Miał do tego słuch i talent. Od urodzenia znał francuski, nim skończył dziesięć lat, rozróżniał dialekty włoskie, niemieckiego nauczył się niemal z rozpędu, łaciny i greki od nauczycieli. Przy Janie, w Pradze, liznął czeskiego i okazało się prawdą, że czeski i polski podobne. Podróżował pod przybranym nazwiskiem "Mortyr", od włas­nego. Zdawało mu się, iż jako "rycerz Mortyr" zajedzie do Krakowa, nawiąże znajomości, wkręci się na wawelski dwór i przy pierwszym czy drugim turnieju rycerskim znajdzie się w kręgu królewskich dworaków. Zaprzyjaźni się z nimi i obserwując dwór i gości, rozmawiając z ludźmi, wywie się, w co gra król Władysław. Ten plan okazał się błędny: król krakowski nie organizował turniejów, nie wyprawiał uczt i otaczał się wyłącznie zaufanymi ludźmi, a z powodu choroby syna życie dworskie na Wawelu zamarło. Owszem, Henry widział go przejeżdżającego raz czy drugi przez Kraków, ale wieczorem przy kuflu piwa w gospodzie nad Wisłą uświadomiono go, że to nie był król, tylko jego rycerz.

- Podobni jak dwie krople wody! - dziwował się na pokaz Henry.

- Gdzie ty masz oczy, panie Mortwy. - Kujawski rycerz z byczą głową w herbie postukał się w czoło. - Całkiem, całkiem inny, ino jak nasz pan niski.

- Coś takiego! Tak marzę, by poznać waszego króla...

- Płoche marzenia to pierwszy krok do piekła - uświadomił go rycerz z byczym łbem - tak mawia nasz pleban. A u nas, na Kujawach, pleban osoba święta.

- Taki pobożny to kraj? - spytał.

Kujawski rycerz zaczerwienił się, łypnął oczami na prawo i lewo, a jego kompani zarechotali dwuznacznie.

- Taaa... - potwierdził, przełykając ślinę. - Nadzwyczaj pobożny...

- Strzyg już dawno nie ma, utopce same się potopiły, a wąpierzy od lat nikt nie widział - dorzucił jego giermek na jednym tchu. - Jak kto dobrze ochrzczony, to może nawet chodzić koło bagna. Ino leszy czasami huknie w borze, ale to zwykła rzecz...

- No, cicho, Pietrek - skarcił go rycerz. - Panu Mortwymu nie gadaj takich tam. Lepiej powiedz, że na Kujawach urodził się nasz najjaśniejszy pan. O, takie rzeczy ciekawią wędrownych rycerzy, a nie bujdy o leszym i wąpierzach.

Henry'ego bardzo interesowały wąpierze, utopce i strzygi, szeptem powtórzył te słowa, by szybko zapamiętać, ale rycerz był nieprzejednany, nabrał wody w usta. A i sam Henry miał głębokie poczucie obowiązku - nie przybył do tego królestwa, by tropić dziwy, tylko by znaleźć prawdę. Popił z rycerzem, dowiedział się, iż ten jest w służbie wojewody Wojciecha Leszczyca z Pakości, że ów Wojciech to ważny pan, bo z królem przed laty był na banicji i dokonał wielkich czynów w Rzymie, i w dodatku bardzo poważa pielgrzymów, zwłaszcza takich, co byli w Ziemi Świętej. To natchnęło Henry'ego, który wprawdzie opuścił Ziemię Świętą w łonie matki, ale za to opowiadać o niej potrafił, jakby tam był. Znał też Rodos, Maltę, Antiochię, powinno wystarczyć, by wkraść się w łaski wojewody brzeskiego. Jeśli zaś ten jest choć w połowie tak poważany przez króla, jak powiedział rycerz z byczą głową w herbie, to mógł się stać dla Henry'ego drogą do celu. Nim zamknięto karczmę, Henry dowiedział się, że rycerz nazywa się Andrzej, herbu Pomian, i wywodzi z rodu, który od lat piastował urząd podkomorzego w Brześciu na Kujawach, gdzie przyszedł na świat król Władysław. I że w jego herbie jest głowa żubra, nie byka, a takie żubry żyją sobie w polskich lasach, a w puszczach to nawet i tury, co natychmiast zainteresowało Henry'ego, który wolałby oglądać rzadkie zwierzęta, niż prowadzić misje dyplomatyczne. Powiedzieli mu jeszcze, że jego zmyślone imię, Mortyr, jest brzydkie i trudne w polskiej wymowie, a "Mortwy", jak je dla wygody przekręcają, znaczy prawie tyle samo co "trup".

- A jakbyście chcieli, rycerzu Mortwy, zapolować na żubra, to musicie prosić u wojewody Wojciecha - poradził mu na odchodnym Andrzej Pomian. - Raz na rok Wojciech jedzie na żubra dla siebie, a dwa razy do roku dla króla. No, chyba że się ma na wojnę, wtedy polowania więcej.

- A ma się na wojnę? - szybko spytał Henry.

- A bo ja wiem? - rozłożył ręce Andrzej.

Był gadatliwy, przy kuflu wylewny, ale w pewnych sprawach trzymał język za zębami. Henry odpuścił. W nagrodę giermek Andrzeja szepnął mu na odchodnym:

- Jak tam będziesz u nas, o leszego, panie Mortwy, nie rozpytuj i go nie szukaj, rozumiesz? - mrugnął do niego. - Za to możesz spytać w karczmie o Radziejów, Borucin, Szalonki, Gustorzyn, jak będziesz miał szczęście, to przewodnika znajdziesz i sobie połazisz po lasach, po uroczyskach, mokradłach i popatrzysz. Tylko uważać trzeba, bo to tuż nad krzyżacką granicą, Boże broń, żebyś nie przelazł do jakiej komturii! I nie sam, rozumiesz, panie Mortwy? Nie sam!

- Z przewodnikiem - przytaknął de Mortain.

- Ta - potwierdził Pietrek i dał mu jeszcze jedną radę: - Dziewuch podejrzanych tam u nas nie zaczepiaj. Jak zobaczysz damę samą w lesie, uciekaj.

- To nie po rycersku - zaprotestował de Mortain.

- Rycerze nic o takich damach nie wiedzą - pokręcił głową giermek. - Samotna panienka na rozstaju dróg, w nogi. Dziewczyna, co zbiera jagody po zmroku, w nogi. Śpiew dochodzący z lasu albo nawet krzaków, zatkać uszy i wiać. Topi się dziewczę w jeziorze, uciekać ile sił. Aha, i jakby dzieciątko samo na poboczu leżało, to też, nie zaglądać w powijaki, odwrócić głowę i zmykać. Dzieciątka są jeszcze gorsze od kobit.

- A starszym paniom można pomóc w drodze? - spytał zirytowany Henry.

- Oooo! Starej babie usłużyć to prosić się o śmierć, panie Mortwy. Te są piekielnie groźne. Wszystko jedno, czy cię zaczepią na "wóz mi się popsuł" czy na "ponieś mi kosz, syneczku". Udawać, że się nie widzi, nie wie i nie rozumie, pan obcy, łatwo pójdzie. No, z Bogiem, Kujawy to piękny kraj.

- I pobożny - szepnął w duchu zafascynowany Henry de Mortain. Szczęście znów przestało mu sprzyjać w okolicy Kalisza. Nawet nie dotarł na osławione Kujawy, bo rozeszła się wieść, że wybuchła wojna z Czechami i wojewoda Wojciech postawił rycerstwo do obrony granic. Jasnym było, że w tej sytuacji jako wędrowny rycerz nie wkradnie się w jego łaski. Zmienił plany i postanowił udać się do pobliskiego Gniezna, w nadziei, iż zdziała coś w stolicy arcybiskupiej. W drodze męczyła go myśl, czy król Jan w związku z wojną go nie potrzebuje.

Ale wracać teraz, z pustymi rękami? - rozgrzeszył się i jechał ­raźno.

Wiedział, że musi przeprawić się przez rzekę Wartę. Za Jarocinem trakt wiódł przez las. Skracał sobie czas nauką języka. "Strziga. Lesi. Leszi. Fąpieszi. Nie, wąpierzi".

Dobra, przyzwoicie utrzymana droga, tyle że okolona zimowym borem i opustoszała.

Dzisiaj nie dzień targowy - uspokoił się - pogoda paskudna, nic dziwnego, że ludzie niechętnie opuszczają swe domy.

Kończył popas, gdy z lasu wyszły dwie dziewczyny z koszami na ramionach. Uśmiechnęły się do niego. Zamarł.

Czy dwie samotne dziewczyny znaczą podwójne zagrożenie? - pomyślał w panice. - I czy Starsza Polska pod tym względem równie groźna co Kujawy?

Były młode, ubrane jak siostry, w zielone płaszcze z kapturami. Zdjęły kosze z ramion.

Będą chciały, bym im pomógł nieść? - przypominał sobie przestrogi Henry.

Jedna z nich zaczęła zbierać chrust, druga wyjmując coś z kosza, zanuciła pod nosem.

Henry nie czekał na zgubę. Przerzucił sakwę przez siodło i poprowadził klacz w stronę traktu. Obejrzał się. Dziewczyna z naręczem chrustu puściła do niego oko.

Siłą pociągnął klacz, która szła zbyt wolno, wyprowadził na drogę i dosiadł jej.

- Widziałaś, jak rycerzykowi spieszno? - zaśmiała się ta z chrustem.

- Jak na przeprawie nie będzie się guzdrał, zdąży na noc do "Zielonej Groty" - odpowiedziała druga.

- A bałaś się, że będzie nas zaczepiał, ciągnął w las i gwałcił - zadrwiła pierwsza.

- Nie bałam się, tylko zastanawiałam - odcięła się tamta.

Henry nie słyszał, co mówiły, zatkał uszy, jak radził mu Pietrek. Popędził klacz i późnym popołudniem dotarł na przeprawę. Widok chorągwi zakonu joannitów uspokoił go. Zsiadł z konia i spokojnie czekał na tratwę. Nim dopłynęła, uzbierała się garstka podróżnych. Kupiec z żoną, którą tytułował Alwiną, wołem i wozem, i dwóch pieszych młodzianów wyglądających na giermków, tyle że nie mieli znaków swych rycerzy. Kupcowa była nim zainteresowana bardzo, odpowiadał zdawkowo, najlepszym polskim, na jaki go było stać, dając sobie jednocześnie czas na wymyślenie dobrego celu podróży.

- Jest wojna - oznajmiała co chwilę. - Trzeba każdego pytać, kto zacz.

- Alwino, przestań - prosił ją mąż.

- A co? - Poprawiła czepiec, który jej spadał na ucho. - A jak ten rycerz to Czech? Szpieg luksemburskiego króla, co ciągnie na Kraków? Weź go zagadaj, Antoni...

- Najmocniej pana szlachetnego przepraszam - przewrócił oczami kupiec. - Moja żona jest taka pyskata...

I domyślna - Henry poczuł, jak robi mu się gorąco - muszę się pilnować, by mi się czeskie słowo nie wymknęło. Może lepiej, by mnie mieli za Niemca? Wobec wojny, która wybuchła w Małej Polsce, trzeba się postarać o jakąś wiarygodną tożsamość.

Wścibstwo kupcowej przerwało przybicie tratwy. Barczysty joannita z pokrytą bliznami twarzą poprosił o wyprzężenie wołu.

- A nie dałoby się nie wyprzęgać? - zajęczała kupcowa. - Toż nasz wołek spokojny jak ciele...

- Pani Alwino, przeprawia się pani ze mną raz na dwa miesiące i za każdym razem to samo. Wyprzęgać - zażądał joannita.

- Brat taki nieużyty - fuknęła kupcowa - choć nasz wołek za każdym razem jak trusia.

Joannita nie zwracał na nią uwagi. Pozdrowił młodzianów:

- Sowczyku, jak się ma ojciec?

- Zdrów, dziękuję.

- Dach się udało załatać przed mrozem?

- Prawie że. Na łeb nam nie pada, a jak w domu same chłopy, to nikomu nie wadzi...

- Same chłopy? Słyszałeś, Antoni? - szeptem, który mógł rozsadzać skały syknęła do męża kupcowa. Ten nie odpowiadał zajęty wyprzęganiem. - Tu albo same baby, albo same chłopy, tfu, co za kraina, tfu, tfu.

- Nie pluj mi pod nogi, żono - huknął na nią umęczony Antoni. Jego mina mówiła, że chętnie znalazłby dom, w którym nie ma baby.

- Witamy w Starszej Polsce - uśmiechnął się do niego joan­nita. - Z daleka?

- Z Trewiru - wymyślił de Mortain, decydując się na niemiecki. - Rycerz Henryk Mortyr.

- Brat Gerard - przedstawił się joannita. - Rycerz Świętego Jana.

Był równie wysoki jak Henry, tyle że szerszy w plecach; pokryta bliznami twarz przydawała mu osobliwego wyrazu. Henry z trudem odrywał od niego wzrok.

- Dokąd droga prowadzi? - zagadnął rycerz przeprawy.

Antoni i Alwina wprowadzali właśnie opornego wołu na tratwę, byli więc wystarczająco daleko, by Henry mógł wybadać możliwe cele podróży, nie narażając się na wścibstwo kobiety.

- Szukam księżniczek zamkniętych w wieży, smoków, z którymi mógłbym walczyć - powiedział żartobliwie.

Za jego plecami ktoś chrząknął. Henry odwrócił się. To młodzik, nazwany wcześniej Sowczykiem, wpatrywał się w niego intensywnie.

- Błędny rycerzu - odpowiedział całkiem poważnie joannita. - Nie pytaj u nas o smoki.

- Wyginęły? - wciąż żartobliwie spytał Henry.

- Myśli, że jak gada po niemiecku, to go nie rozumiemy - usłyszał z tyłu ostry szept jednego z młodzieńców. - Znalazł się, błędny rycerzyk!

Brat Gerard przeniósł wzrok na młodziana za jego plecami i z powrotem na Henry'ego.

- Owszem - odrzekł poważnie. - Zapraszam na tratwę.

De Mortain wprowadził swoją klacz i przywiązał. Złowił niechętne spojrzenia obu chłopców, jak i to, że joannita podszedł do nich i szepnął im coś, co zapewne miało ich uspokoić. Alwina oparła się wydatnym biustem o swój wóz i zajęła jedzeniem. Henry czuł się nieswojo. Podszedł do brata Gerarda.

- Wygłupiłem się ze smokiem i księżniczką - zagadnął.

- Nic takiego - pocieszył go joannita. - Dorastający chłopcy nie znają się na rycerskich żartach.

Milczeli chwilę, patrząc w poruszane wiatrem fale Warty.

- Kiedyś był tu most - joannita pokazał ręką na węższy przesmyk rzeki. - Ale zmiażdżyły go kry na przedwiośniu. Gwałtowna odwilż i poszedł w drzazgi.

- Widziałeś to?

- Nie - zaśmiał się krótko Gerard. - To stało się w dawnych czasach, gdy mnie tu jeszcze nie było. Ta rzeka jest zdradliwa. Wydaje się spokojna, równa, a nagle potrafi zakręcić wirem.

- A mnie patrzenie na nią uspokaja - odpowiedział Henry, obserwując ołowianą powierzchnię wody.

- Mnie też - przytaknął Gerard. - Dlatego lubię służby na przeprawie, choć czasami zdarza się taka uparta Alwina...

- A czasami błędny rycerz - uśmiechnął się Henry.

- Nie wiem, czego tu szukasz, ale podpowiem, że gdy król prowadzi wojnę, nieufność wobec obcych wzrasta. Smoki to zły powód do żartów w okolicach Jarocina. A błędny rycerz jest rzadkim widokiem w Starszej Polsce - powiedział joannita, nie przestając patrzeć w wodę.

- A pielgrzym? - spytał Henry.

- To co innego - przytaknął Gerard. - Można pielgrzymować do Gniezna, do grobu świętego Adalberta Wojciecha, tyle że grób jest w zasadzie pusty.

- Co ty mówisz? - momentalnie zaciekawił się Henry.

- Grób świętego zrabowano przed trzystu laty.

- Świętokradztwo? Kto to zrobił?

- Czesi - odpowiedział joannita.

Henry musiał mieć się na baczności w każdej chwili.

- Pierwsze słyszę - odpowiedział z rezerwą.

- Bo może nigdy nie byłeś w Pradze, w katedrze świętego Wita - odpowiedział brat Gerard i Henry poczuł, jak głośniej bije mu serce. - W Gnieźnie została tylko głowa męczennika, choć są i tacy, co mówią, że spoczywa nie tam, a w klasztorze, w Trzemesznie. Kto to dzisiaj stwierdzi? Tak czy inaczej, resztę relikwii wywiózł do Pragi czeski książę Brzetysław.

- Toś mnie teraz zaciekawił. Na pewno odwiedzę katedrę.

- Najpierw jedną, potem drugą - podpowiedział Gerard. - Będziesz mógł się pomodlić i przy głowie, i przy członkach.

- Lewe ramię Adalberta jest w Rzymie - przypomniał sobie Henry - i jakaś kość w Akwizgranie.

- Więc jednak interesujesz się świętym Wojciechem - mrugnął do niego porozumiewawczo Gerard.

Henry nie odpowiedział.

- Możesz zatem pielgrzymować po miejscach z nim związanych. Poznań, Gniezno, Trzemeszno, Wyszogród. Ten ostatni, dla mnie, jako dla brata pracującego na przeprawie rzecznej, jest szczególnie ciekawy. Leży w zakolu Wisły, tuż nad miejscem, gdzie wpada do niej Brda, kontrolując granicę między dawnym krajem pogańskich Prusów a Królestwem. Taki, powiedzmy, gród strzegący szlaków rzecznych. - Joannita spojrzał na Henry'ego, a ten nie zapanował nad rumieńcem. Poczuł gorąco oblewające mu policzki.

Zostałem rozpoznany? - pomyślał. - Wie, że jestem szpiegiem?

- Dlaczego mówisz tyle o Wyszogrodzie? - spytał, siląc się na obojętność.

- Bo to ostatni gród w Królestwie, w którym zatrzymał się święty Wojciech - odpowiedział Gerard. - Tam opuścił bezpieczne ziemie Chrobrego i wszedł w pogańskie bory, niczym owieczka w paszczę wilka.

- No tak - przytaknął de Mortain. - No tak.

- Potem to już droga jego kaźni. Wiele znanych i mniej znanych miejsc, ale leżą na terenach państwa zakonnego, więc nie wiem, czy cię interesują, panie Henryku Mortyr.

Zbliżali się do drugiego brzegu. Joannita klepnął go w plecy i poszedł na dziób tratwy. Zawołał do pomocy młodzików, ci wprawnie chwycili drągi. Henry zastanawiał się gorączkowo: - Podejrzewa mnie? Celowo powiedział o Pradze? Jeśli tak, to dlaczego dał mi tyle cennych wskazówek?

Tratwa uderzyła o brzeg, wół ryknął i przestąpił kilka kroków. Klacz Henry'ego zarżała, podszedł ją uspokoić. Unikał joannity podczas wyładunku. Usłyszał, że Alwina i jej mąż mają zamiar nocować w gospodzie "Zielona Grota", więc chociaż zbliżał się wieczór i czas już był na znalezienie noclegu, zdecydował, że on tam spać nie będzie. Chmurny Sowczyk i jego przyjaciel musieli mieszkać gdzieś w pobliżu, bo rozmawiali o wieczerzy, którą sami muszą ugotować.

- Jeśli nie masz gdzie się podziać na noc - położył mu dłoń na ramieniu brat Gerard - możesz zatrzymać się w komandorii. Mamy pokoje gościnne, a brat Pecold zapowiadał na wieczór potrawkę z zająca.

Henry nade wszystko chciał zniknąć z oczu czujnego joannity. Ale był w obcym kraju, nadciągała noc i wiało chłodem.

- Jeśli nie będę ciężarem - powiedział.

- Skądże. Zakon joannitów zawsze ma otwarte drzwi dla pobożnych pielgrzymów.

RIKISSA biegła ze swych pokoi do komnaty Lipskiego. Serce waliło jej jak młotem. Żeby się nie potknąć, podciągała suknię, aż słudzy, których mijała, składali jej głęboki ukłon, wbijając wzrok w mozaikową posadzkę brneńskiej rezydencji, by nie widzieć jej odsłoniętych kostek i łydek. Poślizgnęła się na zakręcie, na wciąż mokrej po myciu podłodze. Złapała się ściany. Zatrzymała na chwilę, oddychając ciężko. Przetarła dłonią czoło, poprawiła suknię. Dopiero teraz zauważyła, że ma na niej zawiązany fartuch; szykowała się do pielęgnowania Lipskiego, gdy sługa oznajmił, że "matka Joanna przybyła", i zerwała się tak, jak stała, nie patrząc na ubranie, na włosy luźno zawinięte chustą.

Matka Joanna, ostatnia nadzieja - przebiegło jej przez głowę i odpędziła tę myśl. Nie, nie ostatnia. Mniszka pomoże.

Ruszyła i dziesięć kroków, które dzieliły ją od wejścia do komnaty ukochanego, przeszła, nie przebiegła. Pilnujący wejścia Drahomil, zwany Jastrzębiem, z powodu nastroszonych czarno-rdzawych wąsów i ciemnych oczu, którym nic nie umknie, otworzył przed nią drzwi i szepnął uspokajająco:

- Będzie dobrze, bis regina.

Odpowiedziała mu wykrzywieniem ust w wyuczony, elegancki grymas, który ludzie brali za uśmiech. Dłonie jej drżały.

Henryk z Lipy rezydował teraz w dawnej komnacie przyjęć. Kazała ją przerobić na dwa pomieszczenia; jedno, w głębi, gdzie stało wygodne podwójne łoże, bo spała z nim każdej nocy, i drugie, w którym przesadzony na szeroki fotel spędzał dnie martwo wpatrzony w przesuwające się za oknem obłoki. Tam też przyjmowali gości, bo wciąż dbała, by uczestniczył w życiu. Czech, Brna, rodziny.

Podtrzymuję iluzję - przebiegło jej przez głowę i znów, jak chwilę wcześniej, wyparła złośliwą myśl jak najszybciej.

Kobieta stała plecami do okna, tak że wpadające przedpołudniowe światło wyostrzało kształt jej sylwetki i całkowicie zacieniało twarz. Była wyższa od Rikissy, postawna, niemal potężna. Ubrana w mnisi habit i płaszcz z obszernym kapturem.

- Bis regina. - Hunka w męskim stroju Hugona wyszła z kąta i pokłoniła się. - Przyprowadziłem do ciebie świątobliwą matkę Joannę, znaną jako medyczka i słynną jako uzdrowicielka chorych. Matka Joanna zgodziła się leczyć pana marszałka...

Usłyszeli o niej zimą; mówiono: "uzdrowicielka", "zbiegła zakonnica", "uczona", ale nie brakło i opinii: "wariatka, co kamieniami leczy", "czarownica". Hunka raz dwa wywiedziała się, że kobieta spędziła dwadzieścia lat w klasztorze benedyktynek w Bingen nad Renem, studiując księgi słynnej Hildegardy i lecząc prostaczków według metod świętej pamięci przeoryszy. Gdy odmówiła leczenia jakiejś możnej damy, a ta po pewnym czasie zmarła w męczarniach, przełożona klasztoru nakazała Joannie zakończenie praktyki medycznej. Zakonnica nie zgodziła się z decyzją przełożonej, zamknięto ją w celi ku pokucie i przestrodze dla innych, ale wtedy Joanna, jakimś sobie tylko znanym sposobem, opuściła klasztor i zaczęła pielgrzymować od wsi do wsi, lecząc potrzebujących. Arcybiskup Moguncji za nieposłuszeństwo obłożył ją klątwą, ale chroniona i wielbiona przez dziesiątki uzdrowionych, na złość arcybiskupowi nazywana już nie "siostrą", a "matką", opuściła Nadrenię i podróżowała bezpiecznie, przekazywana sobie niemal z rąk do rąk, aż rok temu, przez Heidelberg, Stuttgart i Ratyzbonę trafiła do Królestwa Czeskiego. Mogła być szarlatanką, mogła być świętą, dla Rikissy nie miało to żadnego znaczenia, byleby pomogła odzyskać zdrowie Lipskiemu.

- Matko Joanno - powitała ją skinieniem głowy Rikissa. - Dziękuję, że przybyłaś.

Uzdrowicielka zrobiła krok w jej stronę, ukłoniła się sztywno i zdjęła kaptur.

- Ach! - wyrwało się Rikissie.

- O tym plotki milczą? - mocnym, dźwięcznym głosem spytała Joanna. - Rozczarowałam cię?

- Nie - zaprzeczyła. - Po prostu spodziewałam się kogoś innego...

- Staruchy? - domyślnie podpowiedziała Joanna.

- Matka uzdrowicielka wstąpiła do zgromadzenia w Bingen w wieku siedmiu lat - szybko podpowiedziała Hunka, rozumiejąc skonsternowanie Rikissy.

Dwadzieścia lat w zakonie, cztery lub pięć pielgrzymowania, to daje trzydziestoparoletnią kobietę - szybko pomyślała Rikissa - a ona wygląda jak hoża dziewoja.

Stała przed nią młoda, wysoka i tęga dziewczyna o rumianych policzkach i bystrych, jasnych oczach patrzących śmiało, nawet nieco kpiąco. Zdjęła płaszcz i oddała Hunce udającej Hugona; bez wierzchniego okrycia wydawała się jeszcze młodsza. Habit ledwie mieścił jej potężne jędrne piersi i opinał się na wydatnych pośladkach.

- Gdzie chory? - spytała, otwierając wieko podróżnej skrzyni.

- Tam - wskazała na sypialnię Rikissa. - Może powiem...

- Mieliśmy dość czasu w podróży. Skryba szczegółowo streścił mi przebieg choroby - ucięła matka Joanna. - Potrzeba mi gorącej wody, czystych ręczników, otwartego paleniska, kilku garnków. I spokoju.

- Hun... Hugonie, zawołaj Marketę - rozkazała zbita z tropu Rikissa.

- Spokoju - powtórzyła uzdrowicielka z naciskiem. - Nikogo nie przysyłaj, sama zejdę do kuchni i wybiorę, co się nada. Tylko mnie zaprowadź, skrybo. - Uzdrowicielka zamknęła skrzynię, przekręciła klucz w kłódce i zawiesiła go na łańcuszku przy pasku habitu. - A ty, bis regina, idź do swoich zajęć. Pomówimy, gdy poddam go próbie kamieni.

- On jest moim zajęciem - hardo wyprostowała plecy Rikissa. - Nie zostawiam go...

- W rękach obcych? - W głosie matki Joanny znów zabrzmiała drwiąca, niemiła nuta. - Wysłałaś chłopaka z zastępem służby, zbrojnych i najwygodniejszym wozem, na jakim w życiu jechałam, by przywiózł mnie do Brna, a teraz mówisz, że nie ufasz mej sztuce? Że chcesz mi patrzeć na ręce?

- Wybacz, matko - przeprosiła Rikissa. - Jego choroba trwa tak długo...

- Że i ty jesteś chora - nieco łagodniej powiedziała uzdrowicielka. - Twoja dusza współczuje mu tak bardzo, że zamiast pomóc, dzielisz z nim niedomaganie. Cierpisz, a twoje cierpienie zatruwa tego, którego chcesz leczyć. To błędne koło, bis regina. Idź, zostaw go mnie, porozmawiamy później.

- Jak sobie życzysz, matko Joanno - powiedziała odarta ze swego sekretu Rikissa. - Mój dom jest do twej dyspozycji. Dopilnuj, Hugonie, by niczego nie brakowało naszemu gościowi.

- Tak jest, pani - odpowiedziała Hunka. - Będę służyć matce Joannie.

To uspokoiło Rikissę. Hunka, czy Hugo, cokolwiek by robiła i kimkolwiek była, służyła wyłącznie jej. Mogła być pewna, że będzie patrzeć uzdrowicielce na ręce.

Bis regina wyszła. Wąsaty Drahomil Jastrząb chrząknął.

- Pani - odezwał się niskim, ciepłym głosem o chropawej przyjemnej nucie.

- Będzie dobrze? - powtórzyła jego poprzednie powitanie i usłyszała w swoim głosie rozżalenie.

- Masz gościa.

Dopiero teraz dotarł do niej jazgot psów na brneńskim dziedzińcu. Uniosła brwi.

- Książę jaworski właśnie zsiadł z konia - powiedział Drahomil. - Kazał służbie rozładowywać kufry.

- Spodziewaliśmy się go w przyszłym tygodniu - odpowiedziała zdziwiona.

- Widać, nie mógł się doczekać spotkania z żoną - rzekł Drahomil bez cienia drwiny. - Albo chciał najjaśniejsze panie zaskoczyć.

- Dziękuję - powiedziała, uśmiechając się odruchowo.

Drahomil Jastrząb odprowadził ją spojrzeniem i wyprostował plecy, gdy go mijała. Przyspieszyła kroku; nie przyjmie Jaworskiego w stroju tak prywatnym, bo to tak, jakby dopuściła go do intymności, na którą nie zasłużył. Z rozmachem weszła do swojej komnaty.

- Trina! - zawołała. - Suknia!

- Mamo. - Aneżka dopadła do niej pierwsza. - On tu już jest!

- Wiem - pogłaskała córkę nieuważnie. - Pospieszył się.

- Niebieska? Zielona? Pod szyję? Z dekoltem? - Trina z naręczem sukni już sunęła ku nim.

- Suknia srebrna z dekoltem, czerwona peleryna pod szyję - szybko wydała dyspozycje Rikissa. Trina jak szła, tak w pół kroku zawróciła, by zamienić stroje.

Aneżka przylgnęła do pleców Rikissy krótkim, czułym przytuleniem; oderwała się od nich i zaczęła rozwiązywać jej fartuch.

- Zrobimy to? - spytała wesoło. - Zrobimy to teraz?

Rikissa zacisnęła szczęki.

- Wybacz - powiedziała do córki. - Nie teraz.

Aneżka, która już rozwiązała tylne taśmy fartucha, przekładając je przez głowę matki, zastygła z nią twarzą w twarz. Rikissa wpatrywała się chwilę w piękne, złote oczy córki, spadek po Przemyślidach.

- To nie zabawa, nie jesteś już dzieckiem - powiedziała cicho. - Nie możesz myśleć tylko o sobie.

- Ale... - W oczach Aneżki złość i lęk pojawiły się jednocześnie.

Rikissa położyła jej ręce na ramionach. Wciąż była trochę wyższa od córki.

- Lipski jest chory - oznajmiła. - Póki nie wyzdrowieje, nie może nas osłaniać. Musimy działać jak on. Przebiegle.

- Ale gdy wyzdrowieje... - zaczęła Aneżka.

- Tak - nie pozwoliła jej nic więcej powiedzieć. - Wtedy tak. Chcesz być przy rozmowie z Henrykiem Jaworskim? - Mówiąc to, rozwiązała osłaniającą włosy płócienną chustkę.

- Nie - oświadczyła Aneżka. - Nie chcę.

- Zastanów się. - Zdjęła chustę, przewiesiła sobie przez ramię i poprawiła włosy. - Lepiej byłoby, gdybyś...

- Zrób to sama. - Aneżka zwinęła fartuch niedbale, odrzuciła go na stołek i odeszła kilka kroków w bok. Nie patrząc na matkę, zaczęła otwierać i zamykać jej szkatuły z klejnotami. - Nie chcę patrzeć na te jego psie oczy - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Na tę wiecznie zgnębioną minę, jakby był chory!... - Z trzaskiem zamknęła szkatułę z pierścieniami Rikissy.

- Chory na amory - zaśpiewała Trina, podchodząc do Rikissy i rozsznurowując jej skromną, domową suknię. - Co się nasza księżniczka tak dziwi chłopu, że smutny, hę? Dostał żonę, a łoże puste! Ckni mu się do...

- Przestań! - skarciła ją Rikissa gwałtowniej, niż należało. - To, co wygadujesz, żadnej z nas nie jest miłe.

Rozsznurowana materia zsunęła się po koszuli. Rikissa zrobiła krok w przód, wychodząc z leżącej sukni.

- Co ja wygaduję? - wzięła się pod boki Trinka. - Dobrze, że nie słyszycie, co gadają ludzie! Ha! Ja się z prostactwem nie zadaję, bo ja jestem kralovnej osobista służba, ale swoje słyszałam u Arbatki w składzie sukiennym, u Ludmiły, co miodosytnię na rynku prowadzi, a jak psiarczyki przy studni komentowali, to nie powiem, uszy więdły. - Trinka zręcznie podniosła zdjętą suknię i odłożyła na miejsce. - Dość rzec, że nasz dobry jaworski książę w tych gadkach wychodzi na ostatniego ciamajdę, co żonie wygodzić nie umie...

- Zamilcz! - syknęła Rikissa.

Aneżka cofnęła się i odwróciła do okna, jakby jej to nie dotyczyło. Trinka narzuciła na Rikissę suknię ze srebrzystoszarego aksamitu. Gdy przez chwilę królowa zniknęła pod ciężką materią, służka kontynuowała niezrażona:

- Ja zamilknę, ale nie ludziska. A co on ma mówić? Książę z Jawora? - gadając, Trinka obciągała na Rikissie cenny materiał. - Chłop jak malowanie! Niczego mu nie brakuje poza ślubną. - Suknia była dopasowana, od dekoltu po przedłużony stan obejmowała Rikissę niczym rękawiczka. Trinka dociągnęła sznurówki. - I nawet sobie nie może podziobać na boku, bo on książę, a ona księżniczka, ba! Mało księżniczka, królewna! Ostatnia z rodu i jak na złość, piękna niczym obrazek... - Trinka przykucnęła u stóp Rikissy, poprawiając szerokie fałdy sukni. Spojrzała na swą panią z dołu. - Ach, kralovna! - jęknęła, kręcąc z podziwem głową. - Wyglądasz jak...

- Masz rację, Aneżko - powiedziała ponad głową Trinki Rikissa. - Lepiej załatwię to sama.

Aneżka ruszyła się spod okna, sięgnęła do szkatuły z klejnotami, wybierając przez chwilę. Trinka zarzuciła na ramiona Rikissy krótką pelerynę z obszernym, spływającym miękkimi fałdami kołnierzem, Aneżka spięła ją broszą, na której trzy lwy prężyły złote grzbiety.

- No i zakryte oba wzgórza i wdzięczna dolinka! - westchnęła służka, niedwuznacznie wskazując, o które wzgórki jej chodzi. - Po cóż dekolty, skoro wszystko spowija czerwona mgła? - Wygładziła pelerynę i zamruczała: - Widać, że materiał drogi jak licho, a szycie bogate, ale co z tego, gdy to, co najsmakowitsze, schowane niczym konfitura w spiżarni?

Aneżka parsknęła śmiechem, ale nie był to jej zwykły, szczery, dźwięczny śmiech. Rikissa spojrzała na nią przelotnie i skinęła nerwowo głową, nie siląc się tym razem na uśmiech. Wychodząc, rozejrzała się - gdzie są herbowe lwy? Łażą własnymi drogami, jak zawsze.

Kazała prosić gościa do największej komnaty. Tej samej, w której wyprawili z Lipskim feralną maskaradę. Widowisko, co przerodziło się w koszmar, gdy jej ukochany skamieniał dosłownie w jednej chwili, a potem z łoskotem upadł na posadzkę. Przebrany za czarnego orła, leżał z rozrzuconymi skrzydłami. Strząsnęła z siebie fatalne wspomnienie. Miała w tym wprawę, nawiedzało ją codziennie.

Weszła do pustej, wielkiej sali, w jej nozdrza wdarł się zapach terpentyny, octu i farb.

Przy najdłuższej ze ścian stały wysokie rusztowania. Zamówiła u frankońskiego mistrza freski. Miały opowiadać dzieje Tristana i Izoldy. Brunatna cienka kreska znaczyła linię szkicu. Rozpoznała maszt łodzi nad drugim poziomem rusztowania, a przy nim zarysy dwóch ludzkich sylwetek na tle rozwiniętego żagla. Drabina zostawiona przez malarza wyglądała jak przystawiona do głowy tej, która jak się na pierwszy rzut oka zdawało, będzie Izoldą. Za chwilę ona i Tristan wypiją magiczny napar miłosny, ich losy na zawsze splączą się ze sobą, przeznaczenie bezwzględną nicią oplecie przyszłych kochanków. Ale teraz wciąż są jeszcze szkicem, jak łódź i żagiel, a pod stępką ich łodzi nie namalowano wzburzonego morza. Przy odrobinie przekory i wbrew prawidłom sztuki, można przyjąć, że postać po prawej nie będzie Izoldą, lecz Tristanem i że to przy jego głowie mistrz zostawił drabinę.

Minęła rusztowanie. Światło dwóch tuzinów świec, z kandelabrów stojących pod krótszą ze ścian, ciepłym blaskiem odbijało złoto ze skrzyżowanych na murze chorągwi. Trzy złote lwy Rikissy i czarna orlica Przemyślidów, zwana płomienistą, bo z jej szponów i skrzydeł emanowały ogniste płomyki. Ponad nimi trzecia chorągiew, bez drzewca. Sama materia rozciągnięta na ścianie. Biały orzeł Królestwa Polskiego. Jego skrzydła lśniły; wyszywając go, wplatała srebrne nici.

Powoli podeszła do podwyższenia pod chorągwiami. Po tamtym balu z maskaradą kazała służbie ustawić na nim dwa wystawne krzesła. Dla siebie i niego. Jedno miało na tapiserii jej herb, drugie jego znak, pień lipy. Było zupełnie nowe, zamówiła je specjalnie, na przekór wszystkim niedowiarkom. Na przekór sobie.

Usiadła, poprawiła fałdy sukni, ułożyła na ramionach czerwoną pelerynę. Gdy uniosła wzrok, zobaczyła czekających pod drzwiami zbrojnych - Drahomila Jastrzębia z jego nastroszonymi wąsami i drugiego, którego imienia nie mogła sobie teraz przypomnieć. To przejęło ją jakimś nerwem. Jak on się nazywa? Jak na niego wołają?

- Dobrze się pani czuje, bis regina? - spytał Jastrząb tym chropawym ciepłym głosem. Jego zwykła troska, wykraczająca poza obyczaj i konwenans, zbyt poufała jak na stanowisko, jakie zajmował, rozbiła ją na chwilę. Wyglądam na tak bezradną, że lituje się nade mną wojak z mej straży? - pomyślała w panice i zacisnęła dłonie na podłokietnikach.

- Tak, wszystko w porządku - powiedziała. - Proś księcia.

To nie było ich pierwsze spotkanie od tamtej nocy w gospodzie. Wszak Lipski, nie mając pojęcia, co między nimi zaszło, zaprosił Jaworskiego na tę koszmarną maskaradę. Miał nadzieję, że Aneżka się przełamie, przebrana za białego łabędzia zatańczy z mężem, który skrył się za strojem sir Lancelota z Jeziora, i wszystko ułoży się po jego myśli, jak zawsze. Wszystko ułożyło się wbrew, jak nigdy.

- Henryk, książę jaworski! - zaanonsowano go.

Wszedł pewnym, choć nieco usztywnionym krokiem. Miał na sobie krótki ciemnopurpurowy płaszcz z połami odrzuconymi w tył, na plecy, a pod nim dopasowany kubrak w kolorze ciemnej, głębokiej zieleni.

Kiedyś mówiłyśmy, że jego oczy mają barwę mchu - przebiegło jej przez głowę.

Podszedł blisko, na pięć, może sześć kroków od podwyższenia. Skłonił się.

- Bis regina.

Po chwili wahania wyciągnęła rękę do powitania. Srebrzysty aksamit opinał jej ramię, przedłużony i rozcięty mankiet miał koniec tam, gdzie zaczynały się palce. Jaworski pochylił się i pocałował jej dłoń. Nie próbował żadnych sztuczek z przytrzymywaniem palców albo przeciąganiem pocałunku.

- Spodziewaliśmy się ciebie nieco później, książę - powiedziała. - Skąd pośpiech?

- Chciałem uprzedzić króla Jana - odpowiedział ostro.

- Nie spodziewam się go w Brnie - potrząsnęła głową Rikissa. - Swoje śląskie tryumfy będzie świętował w Pradze.

- Z żoną? - skrzywił się Jaworski. - Nie przypuszczam.

- Królowa Eliška jest... - zawahała się chwilę, a on to wykorzystał.

- Znów na wygnaniu! - powiedział z dziwną, niedobrą nutą w głosie. A potem spojrzał na nią, mrużąc oczy i uśmiechając się sztucznie, nieprzyjemnie. - To może ty, bis regina, zostaniesz zaproszona do rezydencji królewskiej w Pradze. Każdy mężczyzna, nieważne, król, żebrak czy książę, pragnie w towarzystwie drogiej mu kobiety czcić swoje sukcesy. Dopiero gdy przejrzy się w jej oczach, smakują.

- Nie podoba mi się to, co mówisz - odpowiedziała chłodno. Obraził ją. Użył głupich, wulgarnych plotek o rzekomym afekcie, jakim darzy ją król. Ale znała prawdę i wiedziała, że powtarzając je, Jaworski celuje w siebie. Na usta cisnęły się jej słowa znacznie twardsze, ale nie mogła zacząć od obrazy, gdy zamierzała prosić. Nie, nie zamierzała. Była zmuszona.

- Nie po raz pierwszy nie podoba ci się to, co ode mnie słyszysz - rzucił książę wyzywająco.

Popatrzyła w dal, na stojących u drzwi zbrojnych. Wąsy Jastrzębia poruszyły się gniewnie. Przeniosła wzrok na Henryka.

- Zacznijmy jeszcze raz - zmusiła się do uśmiechu i powiedziała płynnie: - Jestem rada, że przyjąłeś zaproszenie. Doceniam, iż spieszyłeś się, by przejechać Czechy, zanim wkroczą do kraju wracające z Wrocławia wojska króla Jana. Luksemburczyk czuje się zwycięzcą, za jedną wyprawą zgarnął większą część Śląska. Jego rycerze zaś nie posmakowali zwycięstwa, bo Sławków im odebrano, a niczego więcej nie pozwolono plądrować. To sprawi, iż król Jan będzie świętował hucznie i rozdawał dary hojnie, by przykryć dwuznaczny wydźwięk tej wojny bez walki.

- Jak zwykle precyzyjna i dyplomatyczna - pochwalił. Zniknęła drażniąca, zaczepna nuta w jego głosie. Ale po wygłoszeniu pochwały zamilkł, czekając, co powie. Musiała się przemóc.

- Co zamierzasz? - spytała.

- O co pytasz? - odbił.

- Będziesz następnym?

Patrzyli sobie w oczy długo. Czuła w jego spojrzeniu wyrzut za tamto odrzucone uczucie, za ciężkie słowa, które padły między nimi. Za nieodwracalne deklaracje.

- Następnym? - zmuszał ją, by powiedziała wprost.

- Kolejnym ze śląskich książąt, którzy klękną przed Janem - wymówiła to wreszcie.

- Chciałabyś? - znów zadrwił ryzykownie. Zrozumiała, że on już wie i czeka, sprawdza, czy będzie prosiła.

- Tak sądzisz? - odpowiedziała, panując nad sobą. - Że chciałabym, by moja córka była żoną czeskiego lennika?

Drwiący uśmiech pozostał mu na twarzy jak grymas, ale oczy Jaworskiego mówiły to, do czego drugi raz się otwarcie nie przyzna. Wyprostował plecy i mimowolnie uniósł głowę. Ma piękną twarz - pomyślała uczciwie - młodego, dojrzałego mężczyzny. Pionowa zmarszczka między ciemnymi brwiami, podłużne wgłębienie w brodzie, dwie linie biegnące od żuchwy do wystającej kości policzkowej.

- Możemy wystąpić do papieża o unieważnienie małżeństwa - powiedział Jaworski sztywno. - Powód jest oczywisty i nikomu nieobcy. Nie doszło do skutku. Państwo młodzi nie przekroczyli progu małżeńskiej alkowy. Wszyscy to wiedzą. Nawet ci - głos mu zadrżał - którzy nas nie znają i nigdy nie widzieli na oczy.

- Chcesz rozwodu, by oddać hołd lenny Janowi? - celowo wykrzywiła sens jego myśli.

Spojrzał gniewnie.

- Czasami żałuję - powiedział wolno i dużo ciszej - że Lipski się rozchorował. Z nim dogadałbym się bez tej drażniącej gry.

- Zatem postaram się zachować jak Lipski - odpowiedziała poważnie.

Drahomil Jastrząb delikatnie uchylił wielkie drzwi wiodące do komnaty, nie skrzypnęły nawet. Trzy lwy wbiegły cicho, na miękkich łapach. Dwa ruszyły w stronę rusztowania, jeden okrążał salę z przeciwnej strony. Henryk Jaworski jeszcze ich nie widział, wciąż były za jego plecami.

- Znasz reguły, bis regina. Byłaś przy wielu negocjacjach, które prowadził marszałek. Najpierw zaproponuj mi nagrodę, coś, co tylko ty możesz mi ofiarować, potem postrasz, a na końcu powiedz, co mam zrobić, by się nie bać, a skorzystać.

Dwa lwy nie znalazły nic ciekawego pod rusztowaniem i miękko podeszły do podwyższenia. Minęły Jaworskiego, jakby go tu nie było, wskoczyły zwinnie i siadły po obu stronach krzesła Rikissy.

Nie mam czym straszyć i nie mam nagrody - pomyślała gorzko i położyła dłoń na łbie jednego z lwów. - Przyjdzie mi prosić kogoś, komu odebrałam wszystko.

Milczała, zbierała siły. Trzeci z lwów wolno, z leniwym namysłem, podchodził do podwyższenia.

- Chciałabym - zaczęła z trudem - byś był tym księciem, który nie klęknie przed królem Czech. I tym, co wesprze młodszego, niedoświadczonego bratanka, osieroconego przez ojca, by wytrwał w tym samym. I tym, który poradzi młodszemu, niedoświadczonemu bratu, by i on zachował neutralność.

Trzeci z lwów bezceremonialnie obwąchiwał Henryka, lwi łeb sięgał do uda księcia, do opuszczonej wzdłuż boku dłoni, tym razem to Henryk udawał, że nie widzi herbowego zwierzęcia Rikissy.

- Prosisz jako królowa Czech? Czy jako królowa Polski? - znów zadrwił. - Sądziłem, iż w twoim przypadku tytuły są nierozłączne.

- Proszę jako Piastówna. - Wyprostowała się i zacisnęła dłonie na podłokietnikach. - Córka króla, który odzyskał koronę i zapłacił za to życiem...

Jaworski przerwał jej bez sentymentu.

- Przez ziębickie księstewko mojego młodszego brata najkrótsza droga z Pragi do Wrocławia - powiedział, jakby rzucał na szalę kolejny odważnik.

Lew skończył go obwąchiwać, wszedł na podwyższenie i choć nigdy wcześniej tego nie robił, wskoczył na puste krzesło Lipskiego. Przysiadł na zadzie; był wzrostu myśliwskiego charta, gdy siedział obok niej, miał wielkość człowieka.

- A połączone księstwa świdnickie, twego bratanka Bolka, twoje jaworskie i wspomniane ziębickie to najlepszy bufor między Śląskiem a Czechami - dużo pewniej powiedziała Rikissa.

- Ponoć dlatego przed laty wybrałaś mnie na męża dla swej córki - odbił szybko.

- Nigdy tego nie taiłam - odpowiedziała. - I nic się nie ­zmieniło.

Pionowa zmarszczka między brwiami Jaworskiego pogłębiła się.

- Racja - powiedział chłodno i bez drwiny. - Nasze księstwa wciąż leżą w tym samym miejscu, a zamki obronne, które pobudował nasz ojciec i któreśmy wzmocnili, wciąż stoją na straży. Ale jak długo będziemy się opierać?

- A jak długo dacie radę?

Patrzyli sobie w oczy. Jeśli szukał w jej spojrzeniu czegoś więcej, nie mógł tego znaleźć.

- Nie miałem zamiaru składać hołdu lennego Janowi - powiedział wreszcie, a Rikissie wydało się, że jego głos był zmęczony. - Nie zrobi tego mój bratanek Bolko, wnuk króla Władysława. Nie zrobi tego mój młodszy brat, choć to jedyny w naszej rodzinie śląski wariat. Póki żyję, będę trzymał go na krótkiej smyczy. Tyle mogę ci obiecać. Ale, jak sama słyszysz, bis regina, nasze negocjacje nie przebiegają w stylu Lipskiego. Obiecałem ci wiele, a ty mnie niczym nie postraszyłaś i nic nie dałaś w zamian. Jestem jak błędny rycerz. Walczę dla idei, która w innych budziłaby politowanie.

Lew obok niej bezceremonialnie kłapnął paszczą i położył się na krześle. Łeb oparł o podłokietnik, jakby nadstawiał go do głaskania. Rikissa wsunęła palce w jego grzywę, by ukryć, że teraz zaczęły drżeć jej ręce.

- Zabierz do Jawora Aneżkę - powiedziała.

Zaskoczyła go. Książę Henryk nie zdołał zamaskować zdumienia. Oto podarowała mu coś, czego potrzebował, ale nie pragnął.

- Pokaż światu, żeście mężem i żoną - powiedziała mocno. - Zamknij usta plotkarzom. Nie zaprzeczaj, wiem, co mówią. Książęcy przejazd z moją córką po twych włościach i ościennych księstwach sprawi, iż zamilkną. I wzmocni twoją pozycję wobec posłów Luksemburczyka, których, jak mniemam, już wysłał do ciebie, z ofertą klęknięcia. Jako prawowity małżonek Przemyślidki będziesz mógł łatwiej odrzucić kuszenia króla Jana. Tylko... - zawahała się przez chwilę, ale musiała to powiedzieć: - Strzeż Aneżki jak oka w głowie.

W tej samej chwili zdecydowała: Hunka. Znów przeobrazi się w dwórkę i tym razem będzie pilnowała pleców mojej córki.

Jaworski założył ręce za plecami i odwrócił głowę w bok, w stronę rusztowań i szkiców fresków na długiej ścianie. Rozumiała, że potrzebuje chwili, by to przemyśleć. I wiedziała, że nie odrzuci propozycji, tak samo trudnej dla każdej ze stron, jak koniecznej.

Przez jakiś czas wpatrywał się w schematyczny zarys łodzi, masztu, postaci po jego obu stronach. Pamiętała, że świetnie znał Pieśni o królu Arturze i to, że opowiadał je ledwie ośmioletniej Aneżce, gdy się zaręczyli.

- Tristan i Izolda - odezwał się wreszcie. - A ja sądziłem, że wolisz opowieść o sir Lancelocie i Ginewrze. Mistrz, farby, wielka powierzchnia. Kosztowna inwestycja. Po co to robisz?

Wstała. Lwy nawet się nie ruszyły.

- By pokazać światu, że historie miłosne są bardziej skomplikowane, niż się zdaje. Że nie polegają na zwykłym uniesieniu serc dwojga kochanków, lecz plączą losy wielu rodów i ludzi. - Stłumiła westchnienie i zeszła z podwyższenia. - I wreszcie dlatego, że gdy Lipski wyzdrowieje, w tej sali znów będę z nim tańczyła. Choć niedźwiedź z niego, nie tancerz - uśmiechnęła się smutno.

- Nie klęknę przed Janem Luksemburskim, masz moje słowo, bis regina. Ale klęknę przed tobą, Rikisso... - odpowiedział Henryk Jaworski i uniósł głowę.

Nie zdążył ugiąć kolana. Do wielkiej komnaty wbiegła Hunka i głosem Hugona, skryby, zawołała od drzwi:

- Bis regina! Matka Joanna prosi cię o rozmowę.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki