Odwaga bycia zwyczajnym - Ichiro Kishimi

-
Proszę czekać

Wyzbywanie się potrzeby bycia wyjątkowym

Może byłeś w szkole tym dzieckiem, które dostawało same piątki; może jako młody specjalista zawsze wywiązywałeś się z powierzonych ci zadań na medal i zaskarbiłeś sobie szacunek otoczenia. Nawet ty możesz jednak nagle zacząć zadawać sobie pytanie: "Czy zdołam pozostać na topie do końca kariery zawodowej?".

Być może znasz już z własnego doświadczenia bolesne ukłucie utraty pewności siebie - świadomości, że wcale nie jesteś tak szczególny, jak ci się kiedyś wydawało. Może nadal uważasz się za utalentowanego, lecz obawiasz się, że pewnego dnia pojawi się zdolniejszy rywal, który strąci cię z piedestału.

Jeśli przez całe życie wierzyłeś w swoją wyjątkowość, wizja własnej zwyczajności może się okazać nie do zniesienia. Tylko dlaczego czujemy, że powinniśmy być wyjątkowi? Dlaczego nie możemy poprzestać na zwyczajności? Niniejsza książka jest przeznaczona dla tych, których dręczy nieustanna presja na bycie nieprzeciętnym.

Mam nadzieję, że po zakończeniu lektury przestaną trapić cię myśli w rodzaju: "Muszę być wyjątkowy" albo: "Nie chcę popaść w przeciętność", i zaczniesz uwalniać nagromadzone wewnętrzne napięcie, którym było dotąd podszyte całe twoje życie.

Powinienem jednak z góry cię przestrzec, że nie ma tu dróg na skróty. Do pokierowania życiem inaczej niż dotąd potrzeba odwagi.

*

Jeśli od lat przywykłeś do rywalizowania, możesz wręcz nie wyobrażać sobie przyszłości, w której nie napędza cię strach przed utratą przewagi konkurencyjnej.

Ale jeśli dasz radę szybko i całym sercem podjąć decyzję o zaprzestaniu dążenia do wyjątkowości, możesz odkryć, że żyjesz spokojniej niż kiedykolwiek wcześniej, zupełnie jakbyś zrzucił z ramion jakiś ciężar. Będziesz zachodzić w głowę, dlaczego dotąd tak bardzo się męczyłeś, odprężysz się, odetchniesz głębiej i zaczniesz pracować lepiej.

Aby pomóc ci dojść do tego etapu, będę zachęcał cię w tej książce do odstąpienia od wszelkiej rywalizacji. "Ale to niemożliwe!" - zaprotestujesz być może. "Nawet jeśli ja przestanę, inni będą licytować się dalej!"

Niewykluczone. Jednakże nikt nie pozostaje wiecznie niepokonany. Nawet ci z ugruntowaną wiarą w swoją zdolność do odnoszenia sukcesów przeżyją chwile zwątpienia, które zachwieją ich pewnością siebie.

Komuś, kto wiecznie święcił triumfy, niezwykle trudno przyznać się do zwyczajności. Może się to wręcz równać przyznaniu się do przeciętniactwa.

Tymczasem nie o to chodzi.

Ludzie buntują się przed zwyczajnością ze względu na niektóre z wielu konotacji tego słowa. Zwyczajność, którą odrzucasz - w znaczeniu bycia takim samym jak reszta - nie jest tą zwyczajnością, o której tutaj mowa.

Wkrótce się przekonasz, że twoje życie w żadnym razie nie powinno być kalką cudzej egzystencji. Nie musisz też jednak być wyjątkowy, aby żyć inaczej.

*

Zacznijmy od prostego, lecz podchwytliwego pytania: "Co oznacza bycie wyjątkowym i dlaczego tak wiele osób uważa to za konieczne?".

Prawda jest taka, że wcale nie musisz być wyjątkowy. Pogoń za nieprzeciętnością często czyni życie tak trudnym i uciążliwym, że wręcz nie sposób się nim cieszyć.

Nawet ten, kto zawsze był prymusem, nigdy nie poczuł goryczy porażki na zawodach sportowych i czuje się skazany na sukces, może nieoczekiwanie stanąć w obliczu sytuacji, która zachwieje jego pewnością siebie. A taki moment - choć niechciany - bywa punktem zwrotnym w życiu.

Jeśli nigdy nie wątpiłeś w swój geniusz, zapewne nie zaznałeś cichego, podskórnego lęku: "A jeśli tak naprawdę jestem całkiem zwyczajny?". Jednakże pogodzenie się z własną zwyczajnością to zaledwie pierwszy etap wyzbywania się emocjonalnego ciężaru, który dźwigasz od lat.

Ta książka nie pomoże ci w odzyskaniu poczucia wyjątkowości. Dopóki będziesz kurczowo trzymać się idei, że musisz być unikatowy, dopóty prawdziwa pewność siebie będzie ci się wymykać.

Bycie zwyczajnym oznacza po prostu zaakceptowanie, że wcale nie trzeba być wyjątkowym.

Oznacza bycie takim, jaki jesteś - odmiennym z natury, a nie z konieczności. To uwolnienie się od prób imponowania, od nieustannej rywalizacji i od wykańczania się w imię tego. To zyskanie przestrzeni, w której twoje prawdziwe atuty wreszcie będą mogły swobodnie się ujawnić.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej książki poczujesz się lżejszy - odprężony na tyle, by żyć choć odrobinę swobodniej.

Czemu porównywanie się jest pułapką

Jeśli kiedykolwiek dopadła cię przygnębiająca myśl, że być może jesteś całkiem zwyczajny, to przedtem zapewne wierzyłeś, że pod pewnymi względami jesteś inny - może nawet wybitny. U osób, które w młodych latach zdobywały najlepsze oceny i były często chwalone, konstatacja ta często pojawia się na dość późnym etapie życia, a przez to uderza mocniej.

Nie ma nikogo, kto chciałby mierzyć się z wyzwaniami, które podkopują pewność siebie. Takie sytuacje się jednak zdarzają - może to być choćby rozczarowujący wynik egzaminu albo odmowa przyjęcia na uczelnię, na której studia uważałeś za pewnik. W dzisiejszym świecie można zetknąć się z nimi nawet wcześniej: nie dostajemy się do wymarzonej szkoły mimo ogromu włożonej pracy albo dostajemy się i uświadamiamy sobie, że wszyscy wokół są równie inteligentni, przez co na ich tle wypadamy na średniaków. W takiej sytuacji każdy straciłby rezon.

Byłem tego świadkiem w czasach, kiedy uczyłem na uniwersytecie starożytnej greki - języka, którym Platon i Arystoteles posługiwali się w Atenach w czwartym i piątym wieku przed naszą erą. Moi studenci byli znakomici - bez trudu czytali po angielsku, niemiecku i francusku; ba, liznęli nawet łaciny.

Miałem jednak kiedyś studenta, który nie potrafił wykonać prostego ćwiczenia translatorskiego z greki, choć przypuszczalnie nigdy wcześniej nic nie przysparzało mu trudności. Spuścił głowę i nie chciał nawet spróbować. Niewykluczone, że tego dnia po raz pierwszy pomyślał: "Może wcale nie jestem wyjątkowy".

Świetnie go rozumiałem. Zacząłem uczyć greki, gdy na studiach zająłem się historią filozofii Zachodu. Kiedy trafiłem do naszej katedry, wydawało mi się, że znam ten język całkiem dobrze - dopóki nie poznałem starszych kolegów, którzy czytali po starogrecku równie płynnie jak w językach nowożytnych. Potem dołączyli do nas kolejni studenci, którzy też szybko doszlifowali umiejętności. Patrząc, jak radzą sobie z tekstami, które mnie przysparzały nielichych trudności, myślałem: "Chyba jednak nie jestem taki szczególny".

Niektórzy z moich podopiecznych też sprawiali wrażenie głęboko poruszonych, kiedy odkryli, że nie radzą sobie z tłumaczeniem z greki, choć innym idzie to bez trudu.

Podczas nauki języka obcego niepodobna się ukryć. Każdy błąd widać jak na dłoni. To uczy pokory, a czasami wręcz miażdży. Oczywiście nauka czytania tekstów źródłowych wymaga czasu, co oznacza, że nie pozostaje nic innego, jak się uczyć.

Dziwiło mnie, kiedy studenci przekonani o swojej smykałce do języków milkli z frustracji, uświadomiwszy sobie, że nie są w niczym lepsi od innych, lecz zarazem ich rozumiałem. Ja także musiałem przejść trudną próbę przyjmowania do wiadomości, że mogę nie być aż tak utalentowany, jak mi się wydawało.

Zyskanie pewności co do własnych kompetencji dydaktycznych jest niezwykle trudne - jak w każdej innej specjalności - a wyróżniają się jedynie najwybitniejsi. Jeśli ograniczysz się do własnego kraju, będziesz jak niemalże przysłowiowa żaba w studni, która nie ma pojęcia o morzu. W dziedzinie, którą się zajmuję, nie brak specjalistów z całego świata. W odróżnieniu od moich studenckich czasów internet daje dziś natychmiastowy i globalny dostęp do prac wielu naukowców. W obliczu tak ogromnego grona kolegów po fachu nawet ci uważający się za uzdolnionych łatwo tracą pewność siebie.

Efekty pracy ujawniają się także w liczbach. Na przykład, kiedy piszę książki, niepokoję się, na ile dobrze się sprzedadzą. Niezależnie od tego, ile czasu i wysiłku włożę w dany tom, jeśli nie okaże się hitem od razu, będę wątpił we własne umiejętności.

Pewność siebie zbudowana na byciu wyjątkowym jest zaskakująco krucha.

Same liczby rzecz jasna nie ujawniają prawdziwej wartości książki. Jest wiele rodzajów prac, których nie da się ocenić ilościowo. Większość ludzi raczej zgodziłaby się, że wartości dzieła sztuki nie sposób określić w punktach - i to samo dotyczy literatury. Nawet w środowisku akademickim kiepski wynik z jakiegoś egzaminu nie musi jeszcze dowodzić czyjejś niepojętności.

Pamiętam, że kiedy byłem w gimnazjum, zerknąłem kątem oka na rysunek kolegi z klasy i uznawszy, że w porównaniu z jego pracą moja jest do niczego, zacząłem od nowa. Nie kojarzę już, czy skończyłem. Dziś już nie uważam, że jedno szybkie spojrzenie wystarczy do oceny czyjejś pracy. Nawet zresztą gdybym stworzył coś podobnego do tego, co narysował mój kolega, nie byłoby to już w pełni moje dzieło.

Wartości książki czy obrazu nie da się ocenić w mgnieniu oka. W związku z tym nie ma sensu oceniać samego siebie na podstawie porównania swojej pracy z pracą kogoś innego.

Ludzie, dla których popyt jest miarą wartości, będą uważali, że jeśli ich książki - czy jakiekolwiek inne produkty - się nie sprzedają, są bezwartościowe. Tacy ludzie nie dostrzegają jednak wyjątkowych walorów własnej pracy (ani czyjejkolwiek innej); nie rozumieją, że prawdziwej wartości nie da się zmierzyć ilościowo.

Prosta prawda jest taka, że porównywanie swojej pracy z pracą kogoś innego jest bezcelowe.

Dzień, w którym przestałem dążyć do wyjątkowości

Świadomość braku własnej wyjątkowości nie pojawiła się u mnie od razu. Choć pierwszy sygnał, który świadczył o tym, że jestem całkiem zwyczajny, dostałem wcześnie, tak naprawdę wybrzmiał on znacznie później.

Mój dziadek niejednokrotnie mówił mi, że jestem inteligentny i powinienem złożyć papiery na Uniwersytet w Kioto. Za sprawą jego słów wierzyłem we własną inteligencję.

Działo się to, zanim jeszcze poszedłem do podstawówki, więc moje pojęcie na ten temat było mgliste - po prostu myślałem, że dorośli będą pochwalać wybór tej uczelni. Wątpię, czy rozumiałem wtedy prawdziwe znaczenie słów dziadka.

Nie wiedziałem, co tak naprawdę oznacza bycie inteligentnym, ani nie pojmowałem, co takiego we mnie dostrzegł, co skłoniło go do wyrażenia takiej opinii. Ponieważ wyrzekł te słowa, zanim poszedłem do szkoły, ewidentnie nie oceniał moich zdolności na podstawie stopni ze sprawdzianów. Dorośli czasami mówią o dziecku, że jest mądre, tylko dlatego, że wcześnie uczy się mówić - i być może wyłącznie o to wówczas chodziło mojemu dziadkowi.

Niemniej jednak dorastałem w przekonaniu o własnej inteligencji. Ale na moim pierwszym szkolnym świadectwie widniała trója z matematyki. Patrząc na tę ocenę, pomyślałem sobie: "To by było na tyle, jeśli chodzi o Uniwersytet w Kioto".

Było to w przeddzień wakacji. W drodze do domu co rusz wyjmowałem świadectwo z plecaka; nie mogłem oderwać od niego wzroku. Tego dnia, spoglądając na tę kartkę, myślałem: "Nie jestem wyjątkowy, tylko po prostu zwyczajny".

Jednakże nawet wtedy nie mogłem przestać próbować być wyjątkowy.

Już jako dorosły człowiek poszedłem na filozofię, później jednak odkryłem dziedzinę psychologii indywidualnej, której pionierem był austriacki psychiatra Alfred Adler. W wielu rejonach świata, w tym w Japonii, dziedzina ta jest nazywana psychologią adlerowską. Dzień, w którym udałem się na pierwszy wykład z tego nurtu psychologii, stał się ważnym punktem zwrotnym w moim życiu.

Gdy Oscar Christensen - uczeń Rudolfa Dreikursa, który z kolei pobierał nauki u Adlera - przyleciał do Japonii, by wygłosić wykład w Osace, pragnąłem zasiąść w audytorium. Cena była jednak zbyt wysoka jak na moją studencką kieszeń. Kiedy powiedziałem organizatorom, że nie stać mnie na uczestnictwo, odpowiedzieli, że otrzymam wejściówkę za darmo, jeśli podejmę się tłumaczenia. Tak też zrobiłem, lecz koniec końców tłumaczenie całego wykładu wziął na siebie mój mentor.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej