Odwet - Agnieszka Lis

Reflow text when sidebars are open.
Druga połowa sierpnia 1978, okolice Płocka
Ośrodek Lucień w Miałkówku nad Jeziorem Lucieńskim
Dzieciaki zbiegły z niewielkiego wzgórza, przecięły wąską asfaltową drogę i szeroką nieregularną tyralierą zeszły nad sam brzeg jeziora. Raptem może sto metrów leśnej ścieżki, pełnej sosnowych igieł, a radości - co niemiara. Można było kopnąć szyszkę. Złapać garść piachu i sypnąć idącej z przodu koleżance we włosy. Narwać jagód z krzaka i pakować je prosto do buzi, brudząc przy okazji ręce, policzki, a nawet kąpielówki.
Wiosną leżał na tej ścieżce także kożuch dębowych liści, lekko zbutwiałych, tłumiących kroki. Latem jednak nie było ich widać. Rozkładały się? Chowały pod mchem? Świeżą ściółką? Nikt się nad tym nie zastanawiał.
- Poczekajcie! - krzyknęła jedna z kobiet zmierzających za grupą niedorostków.
Dzieci nie słuchały. Dlaczegoż by miały? Dzieci prawie nigdy nie słuchają matek, szczególnie gdy są w grupie.
Była ich dziewiątka.
Przewodziła jedenastoletnia Krysia. Najgłośniejsza, najweselsza i najładniejsza. Wszyscy chłopcy się za nią oglądali, nawet ci znacznie starsi. Tak w szkole, jak i na wakacjach. Miała posłuch. Skoro ona biegła nad jezioro, razem z nią pojawiała się tam cała hałastra.
Tak jak teraz.
Dziesięcioletni Tadeusz był w niej absolutnie i bezwarunkowo zakochany. Jego równolatka Ewa zaś podkochiwała się w nim, zatem nie przepadała za Krysią, choć i tak jej słuchała. Ewa cieszyła się względami Janka, który, choć dwa lata młodszy, spoglądał na nią maślanymi oczami. Właściwie każdy podkochiwał się w kimś, ale te dziecięce sympatie zmieniały się niczym w kalejdoskopie i zwykle pozostawały nieodwzajemnione.
Z nich wszystkich najbardziej krnąbrna była dziewięcioletnia Elżbieta. Najchudsza w całej kompanii. Z masą piegów i burzą nieokiełznanych rudych loków wokół drobnej twarzy. I jedna z najniższych, choć wiekowo dokładnie pośrodku, ale niższy od niej był tylko sześcioletni Stasio. Tym jednak, co Elę bolało najbardziej, była jej kompletnie płaska klatka piersiowa. Krysia szczyciła się całkiem sporymi, jak na ten wiek, okrągłościami i opowiadała z dumą o konieczności używania waty, a Ela jej tego po prostu zazdrościła, choć przecież nie powinna. Miała dziewięć lat! Udręki okresu dojrzewania były jeszcze w całości przed nią i pewnie by o nich nie wiedziała, a na pewno za nimi nie tęskniła, gdyby nie silna osobowość Krysi. Nawet jeśli opowieści tej ostatniej były bardziej niż podkolorowane, podsłuchane u matki, Elżbieta wierzyła w nie bezwarunkowo. Na tym tle ośmioletnia Marysia i siedmioletni Andrzej oraz Wojtek wydawali się niemal niedostrzegalni. Dopóki nie postanowili śpiewać. To potrafili robić najgłośniej. W Żyrardowie uczęszczali do przykościelnego chóru i tam, choć byli jednymi z najmłodszych, dostawali już solowe partie. Nad Jeziorem Lucieńskim zatem, ponieważ nie mogli dominować inaczej, śpiewali często i z zapałem, a lekki wiatr nad wodą niósł ich głosy aż do Ochabówki, rządowego ośrodka wypoczynkowego zlokalizowanego po drugiej stronie jeziora. Śpiewacy skupiali się na znanym sobie, zatem religijnym repertuarze i gdy zaczynali śpiewać, osiągali właściwie wszystko, czego sobie życzyli. Matki, ojcowie, koleżanki i koledzy robili, co chcieli śpiewający. Byle tylko ci przestali śpiewać.
Cała dziewiątka zbiegła teraz po schodach. Dwadzieścia dwa betonowe stopnie z niewielkim spocznikiem w środku. Matki denerwowały się, że któreś z dzieci w końcu się tam wywróci. Stopowały je, spowalniały, ale małolaty nie słuchały. Biegały przecież cały czas. Nie tylko po całym terenie ośrodka, wybiegały również poza bramę, przez niezbyt ruchliwą, ale jednak publiczną asfaltową drogę. Dopiero nad samym jeziorem zwalniały.
Może wyhamowywała je wątła trawa porastająca brzeg. A może widok odbijającej słońce tafli zbiornika. A może niebo, które wisiało nad wodą niczym błękitny sufit, czasem gładki, czasem poprzecinany białymi chmurami. Stamtąd, od schodów, było już tylko kilka kroków na piaszczystą część wybrzeża. Tam młodsze dzieciaki porzucały plażowe piłki, dmuchane rękawki i kółka ratunkowe, a starsze niedbale odkładały wiaderka wypełnione foremkami - i wszystkie, niemal równocześnie, wpadały do wody. Lekko zielonkawej, mętnej, gdy poruszone dno uwalniało pokłady woniejącego lekko zgnilizną mułu.
Zwykle dopiero po minucie czy dwóch na miejsce docierały matki. Niby z ośrodka było to tylko trzysta pięćdziesiąt metrów. Dwieście pięćdziesiąt do asfaltowej drogi, sto po leśnej dróżce. Ale kobiety szły obładowane kocami, ręcznikami, torbami ze skaju wypełnionymi kanapkami z grubo krojoną konserwą turystyczną, jajkami na twardo i pomidorami, a dodatkowo trzymały jeszcze metalowe rączki szklanych termosów z kwiatowymi wzorami na obudowie.
Tego dnia, gdy dotarły na plażę, wszystkie dzieci siedziały już w wodzie. Na szczęście niezbyt głębokiej, ale matki były zgodne. Młodociani powinni bawić się na terenie położonym pięćdziesiąt metrów po lewej, gdzie przestrzeń wody z trzech stron ograniczał pomost. Tam było bezpieczniej.
Co z tego, skoro dzieciaki wolały się bawić właśnie tutaj.
Matki rozłożyły kraciaste koce i ręczniki, zajmując w ten sposób prawie całą piaszczystą plażę. Dwie stanęły na brzegu i policzyły głowy wystające z wody.
- Dziewięć - wymamrotała jedna.
- Dziewięć - zgodziła się druga.
Policzenie podopiecznych pozostających w bezustannym ruchu nie było zadaniem łatwym, szczególnie że jaskrawe słońce odbijało rażące refleksy w falującym lustrze jeziora.
- Kompot! Chodźcie na kompot! - zawołała matka Elżbiety. Wszystkie dzieci bez protestu wyszły na brzeg, bo wszystkie lubiły kompot. Kucharka w ośrodku bez żadnych obiekcji napełniała nim termosy. Picie było tu dostępne bez ograniczeń.
Gdy potem rodzicielki zachęcały dzieci do wyjścia z wody wołaniem na kanapki, te nie były już tak skłonne, by osuszać się na brzegu. Przecież niedawno jadły śniadanie. Zupę mleczną, nad którą jednogłośnie marudziły, kanapki z żółtym serem i mielonką, jajka na twardo, pomidory, ogórki i twaróg. Czasem ze szczypiorkiem, czasem z rzodkiewką. Zawartości toreb przytaszczonych przez matki nie uważały zatem za atrakcyjną. Przecież codziennie jadły to samo. Zresztą, niedługo będzie obiad.
Ale po dwóch godzinach baraszkowania w wodzie zwykle zmieniały zdanie. Konserwa mięsna wydawała się frykasem, a jajka stawały się smaczniejsze niż wykwintny deser. Także pomidory, rozchlapujące wokół sok pełen pestek, okazywały się niezbędnym dopełnieniem posiłku. Wtedy znikał także kompot i cienka herbata z termosu, ochłodzona sprytnie kostkami lodu.
Dziewięć rodzin przyjeżdżało do ośrodka Lucień każdego lata około połowy sierpnia. Znali się i spotykali na co dzień. Mieszkali po sąsiedzku. Niektóre dzieci chodziły do tej samej szkoły. W każdej z tych rodzin ktoś pracował w Żyrardowskiej Fabryce Wyrobów Lnianych.
Lubili się.
Niemal wszystkie z tych rodzin miały tylko po jednym dziecku. Czy to je połączyło? Raczej nie. Kiedy przyjechali tutaj, do słynnego ośrodka "okrąglaków" w Lucieniu, po raz pierwszy, dzieciaki się po prostu polubiły. W naturalny sposób lgnęły do siebie, bo inne dzieci miały rodzeństwo. A one miały siebie. Wtedy, na pierwszych wspólnych wakacjach, potem w Żyrardowie, po powrocie do domu i kolejnego roku znów. I jeszcze, i wciąż. Przez ostatnie pięć lat. Najstarsza Krysia miała wtedy sześć lat, najmłodsi, Wojtuś i Andrzejek, po dwa latka, Stasio dopiero co się urodził. Dołączali do grupy z czasem... aż stała się dziewięcioosobowa. I praktycznie nierozłączna.
Teraz tylko Andrzejek miał młodszego brata, zaledwie półrocznego, a mamy Krysi i Jasia były w ciąży. Dlatego one nie nosiły żadnych bambetli. One stały i liczyły główki dzieci unoszące się na powierzchni wody.
Słońce sięgnęło zenitu. Zapasy żywieniowe były na wyczerpaniu. Kanapki zniknęły, z jajek pozostały resztki majonezu, a zgnieciony ostatni pomidor nie nadawał się już do zjedzenia.
- Za półtorej godziny będzie obiad - oznajmiła z westchnieniem mama Ewy.
- Jeszcze możemy trochę posiedzieć. - Matka Marysi kiwnęła głową.
- Jeszcze z pół godziny.
- Chodźmy na spacer! - wykrzyknęła mama Wojtusia, najmłodsza spośród kobiet i najbardziej ruchliwa.
- Dlaczego nie? - odpowiedziały pozostałe.
- Ja już pójdę - stwierdziła mama Andrzejka. - Mały marudzi, położę go w pokoju, tutaj dziś nie może zasnąć. Chyba mu za głośno.
Pozostałe pokiwały głowami, zawołały dzieci i całą gromadkę zaprowadziły na leśną ścieżkę otaczającą jezioro. Mamy Jasia i Krysi zostały na plaży. Ciążyły im wielkie brzuchy, obie w upale poruszały się z trudem, pozwolono im trochę odpocząć. Sześć mam zabrało pozostałe dzieci na spacer. - Osiem - policzyła jedna z matek. - Kogo nie ma?
- Jasia - rzuciła zaniepokojona mama Wojtka.
- Gdzie jest Jaś? - podchwyciły natychmiast pozostałe kobiety.
- Został z mamą! - odpowiedziała jedna. Albo któreś z dzieci.
Potem nie udało się ustalić, kto.
- To nie ja - zapewniała każda z matek.
- To powiedziała Krysia - oznajmił Andrzejek.
- To Elżunia! - broniła się Krysia.
- To nie ja! - protestowała płaczliwie Ela. - To Stasio! Zatem - każdy i nikt.
Matki rozejrzały się jeszcze wokół. Jasia nigdzie nie było. - Został z mamą - uznały uspokojone.
W lesie zawsze było co robić. Kłujące sosnowe igły, szyszki, pokrzywy do kolan. Ptaki, ślady zwierząt. Jezioro przebłyskujące spośród drzew. Z rzadka przejeżdżający asfaltową drogą za drzewami samochód. Weszli na przystań, spędzili trochę czasu na tarasie dachowym nad pawilonem wodnym.
- Piękne te balustrady - stwierdziła jedna z matek.
- A ja ich nie lubię.
- Coś ty? Takie równe. Uspokaja mnie patrzenie na nie. Koła połączone krzyżakami, regularne, symetryczne, takie miarowe.
- Wcale nie - zaprotestowała ta druga. - Zobacz na to koło. Jest ucięte w połowie.
- Po prostu nie pasowało rozmiarem.
- Koła nie należy przecinać - upierała się tamta.
- W ten sposób nigdy nie mielibyśmy półkola, nawet na naszych żyrardowskich wzorach.
Pierwsza wzruszyła ramionami.
- Nawet nasze żyrardowskie wzory zwykle zamykają się w okręgu. Wracamy?
- Wracamy - zgodziła się druga i zawołała pozostałe.
Dłuższą chwilę zajęło im zebranie dzieciaków. Gdy dotarli na plażę, do obiadu zostało już tylko czterdzieści minut. Należało się zbierać. Pozostali mieszkańcy ośrodka, nieliczni, bo wszyscy goście tego turnusu wiedzieli, że przed południem plażę okupuje hałastra dzieciaków, wrócili już do swoich pokoi.
Na plaży matki zagoniły jeszcze dzieciaki do sprzątania zabawek. Same wytrzepały koce i ręczniki, złożyły w kostki, zabrały siatki i termosy.
- Mamo, a co to? - Najmłodszy Stanisław nie uczestniczył w krzątaninie. Stał na brzegu i wpatrywał się w wodę. - Chodź, Stasiu. - Matka szarpnęła go za rączkę.
- Mamo, patrz, patrz - upierał się dzieciak.
Kobieta skrzywiła się z niezadowoleniem i skupiła wzrok na wodzie.
Lustro jeziora było gładkie. Niezmącone dziecięcą zabawą. Woda, przez nikogo nierozchlapywana, lśniła niczym wielki diament.
A na tym tle - piłka.
Dziwna. Nieforemna.
- Wracamy, Stasiu. To nie nasza piłka - oznajmiła jego mama.
- Nie, mamo, nie - powtórzył chłopiec.
Kobieta pociągnęła synka za rękę.
- Czy ty widzisz...? - Inna matka podeszła do brzegu i wpatrywała się w kształt na wodzie.
- To nie piłka - wyszeptała po chwili z przerażeniem. - To dmuchany rękawek. Jaś ma takie.
Druga połowa sierpnia 1978, okolice Płocka
Ośrodek Lucień w Miałkówku nad Jeziorem Lucieńskim
Tego dźwięku nie dało się ani zapomnieć, ani z niczym porównać. Lament, zawodzenie, skowyt. Taki płacz bez łez, pełen spazmów wstrząsających całym ciałem, szloch odbierający oddech nie tylko łkającemu, ale także całemu otoczeniu. - Ona podobno straciła już dwójkę dzieci - powiedziała Irena Tomaszewska, starając się wytłumaczyć samej sobie te okropne dźwięki dochodzące zza ściany.
- Tak czy siak, zwariować można od tego kwilenia - odpowiedział jej mąż Zdzisław.
- Raz podobno poroniła w ósmym miesiącu, a drugie dziecko urodziła martwe. Może zmienimy pokój?
Wzruszył ramionami.
- Nie jestem pewien, czy w środku sezonu znajdą nam jakiś inny. Ale pewnie oni po tym... wypadku szybko wyjadą. Zapewne nie zostaną do końca turnusu.
- Kto by chciał zostać po czymś takim - zgodziła się kobieta. Podeszła do lustra, poprawiła włosy i sięgnęła po klucz. - Idę do kawiarni - oznajmiła. - Tutaj nie da się wytrzymać.
- Dobry pomysł - stwierdził. - Pójdę z tobą.
Skoro miała wyjść z mężem, kobieta krytycznie obejrzała swój strój. Nie było wprawdzie w pokoju dużego lustra, obejmującego całą sylwetkę, ale i tak postanowiła zmienić spódnicę.
- Nie wiem, czy jeszcze kiedyś tu przyjadę - stwierdziła, przebierając się.
- To najlepszy ośrodek, jaki znam - zaprotestował mężczyzna. - Poza tym, zakładowy. Na Fundusz Wczasów Pracowniczych. Niezwykle korzystny cenowo. Żeby nie rzec, jedyny nam dostępny. Nad Balaton raczej skierowania nie dostanę.
- Może i racja - zgodziła się, póki co bez przekonania, Irena.
- Poza tym wiesz przecież, jak ludzie nam tego zazdroszczą - kontynuował jej mąż. - Wakacje w "okrąglaku"! Każdy chce odwiedzać to miejsce. A my możemy przyjeżdżać co roku.
- Zazdrość akurat świetnie rozumiem. Wystarczy raz tu przyjechać, by chcieć wracać. Te konstrukcje, budynki robią wrażenie - zgodziła się.
- Sam Miastoprojekt z Koszalina przygotował tę koncepcję.
- Dlaczego to takie istotne? - zdziwiła się.
- Bo oni mają świetne pomysły. Właściwie wizje architektoniczne. Poza tym, Koszalin to piękne miasto, nie uważasz?
Uśmiechnęła się. Przecież tam się poznali. Koszalin od zawsze i na zawsze będzie się jej dobrze kojarzył. Jak widać, jej mężowi także.
- Faktycznie - zgodziła się Irena. - Ktoś miał fenomenalny pomysł. Cały ten ośrodek wygląda jak postawione nad brzegiem jeziora trzy głębokie studnie podziurawione oknami.
- Studnie? - zdziwił się mężczyzna.
- Tylko ktoś zapomniał wkopać je w ziemię - kontynuowała.
Poruszył ustami, jakby głęboko analizował temat.
- Raczej rotundy. Modernistyczne. I cztery.
- Co cztery? - Irena zgubiła wątek.
- Cztery studnie. Znaczy się, rotundy.
- A czwarta malutka. - Uśmiechnęła się. - Trzy trzypiętrowe i dodatkowo kulinarna studnia jednopiętrowa. Chodźmy stąd. Nie wytrzymam dłużej tego skowytu.
Kiwnął głową na zgodę i wyszli na korytarz. Dźwięk, choć wciąż wyraźny, w tym miejscu był cichszy. Zapewne tłumiły go grube tapety, którymi wyklejono cały korytarz, od sufitu aż po podłogę wyłożoną płytkami PCV.
Kobieta ruszyła przodem. Po drodze podziwiała konstrukcję "okrąglaka". To była jej ponowna wizyta w ośrodku i faktycznie zamierzała przyjechać jeszcze wiele razy. Okrągły, przeszklony wewnętrzny korytarz, wokół niego porozkładane koncentrycznie pokoje, niezwykle nowoczesne, z łazienkami. W niektórych zamontowano ekscentryczne, seledynowe deski klozetowe, taki detal, a robił prawdziwą robotę. W pokojach lamperie wyłożono żyrardowskim, grubym lnem, przepięknie drukowanym w efektowne kwiatowe wzory. Setki, a raczej tysiące metrów rozłożonych na ścianach czterech okrągłych budynków znacząco poprawiało wygląd pokoi, które i tak, już same w sobie, wyglądały luksusowo. Okna i drzwi balkonowe w pokojach zajmowały całą zewnętrzną ścianę, doświetlały pokoje i umożliwiały sąsiedzką integrację na balkonach otaczających budynki równym okręgiem, niczym płatki kwiatu jego środek. Obraz psuły trochę ustawione w każdym pokoju grzejniki elektryczne, bo w budynkach nie pomyślano o centralnym ogrzewaniu. Być może było to jedyne, co mogło się nie podobać w tak pieczołowicie dopracowanej konstrukcji ośrodka.
Trudno się dziwić, że każdy chciał przyjeżdżać właśnie tu, chociaż ich zakład miał także inne ośrodki wypoczynkowe, w Zakopanem i Śliwinie. Jednak to tutaj pachniało prawdziwym luksusem. I to takim zachodnim. Goście mieli dostęp do kilku boisk, w tym do piłki nożnej, ręcznej i do siatkówki, a także do dwóch kortów tenisowych, letniej stadniny koni i pomostu na Jeziorze Lucieńskim, nazywanego trochę na wyrost molem. Dzieciakom można było zapewnić zajęcia na placu zabaw, a gdy wydarzyło się coś nieprzewidzianego, na terenie ośrodka funkcjonował ośrodek zdrowia. Do tego oczywiście pralnia, magiel, niezależne ujęcie wody, warsztaty remontowe - wszystko, by placówka funkcjonowała bez zarzutu. Nawet obsługa przebywała wciąż na miejscu, w praktycznie oddzielonym budynku, gdzie mieściło się sześć wygodnych mieszkań - dzięki temu pracownicy nie wchodzili w drogę wypoczywającym gościom, a jednocześnie cały czas pozostawali pod ręką. - Jak sądzisz, dzisiaj chyba nie będzie wieczorku tanecznego? - zapytała męża Irena.
Mężczyzna wzruszył ramionami i pokręcił z niedowierzaniem głową. Nie odpowiedział. Uznał, że są pytania tak niedorzeczne, że nie warto szukać na nie odpowiedzi.
Małżeństwo przeszło przez przeszklony łącznik, który, rozgałęziając się wśród zadbanej zieleni, prowadził do wszystkich budynków. Przekroczyli efektowne drzwi wejściowe, w których także dominował kształt koła, jak chyba wszędzie w ośrodku Lucień. Przeszli obok recepcji, dotarli do stołówki, weszli po schodach do kawiarni. Usiedli przy ścianie wyłożonej tak modną ostatnio boazerią i zamówili kawę oraz desery. Galaretkę z owocami dla niej, szarlotkę z bitą śmietaną dla niego.
Kobieta westchnęła, zadowolona. Po czym uśmiech zamarł jej na twarzy.
Przy sąsiednim stoliku usiadła para milicjantów. Poprosili o dwie kawy po turecku i zaczęli cicho rozmawiać, a gdy kelnerka przyniosła zamówienie, zaprotestowali.
- Tylko kawa miała być - powiedział milicjant.
- Deser od firmy. Zresztą, wszystko od nas, decyzja kierownika. Żebyście nas tu zawsze pilnowali.
- No, teraz nie upilnowali - mruknął mąż Ireny, który przyglądał się scenie, siedząc dokładnie na wprost funkcjonariuszy. Na szczęście nie usłyszeli.
Milicjantka zaprotestowała na słowa kelnerki, milicjant położył rękę na jej przedramieniu i uśmiechnął się, ukazując zażółcone od tytoniu zęby.
- A dziękować, dziękować - powiedział.
Kelnerka odeszła.
- Nie protestuj - powiedział gliniarz do koleżanki.
- Bo niby co? - Milicjantka podniosła głos. Od tej chwili mówili ciut głośniej, a przy sąsiednim stoliku zapadła kompletna cisza.
Irena i jej małżonek słuchali z zainteresowaniem.
- Bo co? - kontynuowała oficer.
- Oni uważają, że nas w ten sposób przekupią.
- No właśnie! - oburzyła się.
- Że będziemy patrolować okolicę częściej. Że będzie bezpieczniej.
- A my ani nie będziemy tu przyjeżdżać częściej, ani nie będzie przez to bezpieczniej - perorowała milicjantka. - Nie mamy takich możliwości.
- Czasami sama świadomość poprawia bezpieczeństwo - zauważył sentencjonalnie jej kolega.
- Tym razem nie pomogła.
- Tym razem trzeba było pilnować dzieciaka - powiedział bezwzględnie.
- No właśnie. Dlaczego więc mamy oszukiwać obsługę, że...
- Nikogo nie oszukujemy - przerwał jej bezpardonowo. - I niczego nie obiecujemy. Nic ponad normę. Po prostu...
- Nienawidzę tego - warknęła milicjantka.
- Myślałem, że lubisz naszą robotę. Zawsze tak mówiłaś. - Jej partner uniósł pytająco brwi.
- Bo lubię. - Kobieta ciężko westchnęła. - Ale dziecko... Wytrąciło mnie z równowagi. Widziałam już prawie wszystko, przez jakiś czas przecież robiłam w drogówce. Obcięte ręce. Rozjechane torsy. Nie przerażają mnie nawet trzytygodniowi pływacy. Wyhuśtani też są dla mnie w porządku. Zaprzyjaźniłam się z zimnym doktorem, bez emocji mogę patrzeć, jak wycinają truposzowi środek. Wszystko to luz. Ale dziecko mnie rozwala. Nie daję rady.
- Dzieci są, faktycznie, nie bardzo - przyznał jej rację. - I wiesz co?
- Nie wiem - odpowiedział całkiem poważnie.
- Uważam, że śmierć dziecka zasługuje na większą uwagę. - Znów podniosła głos.
- Ciszej - warknął milicjant.
Wzruszyła ramionami.
- Rozejdzie się po kościach, prawda?
Milicjant westchnął.
- To utonięcie - stwierdził poważnie. - Nikt mu nie pomógł, nie utopił go, to nierealne. Pewnie, że zimny będzie zaangażowany, to był ośmiolatek. Wdrożą pełne postępowanie, sprawa pójdzie na ostrze noża i nikt nie odpuści tematu. W papierach musi być absolutny glanc. Ale ja tłukę ten resort od dwudziestu lat, swoje widziałem i swoje wiem. Ten łebek po prostu poszedł na dno. Zwykły nieszczęśliwy wypadek. Milicjantka pokręciła głową.
- Za śmierć dziecka ktoś powinien odpowiedzieć. Ten chłopiec miał osiem lat! Osiem lat! Po prostu nie miał należytej opieki. A kto powinien zadbać o dziecko? Rodzice. Matka powinna zadbać o dziecko.
- Mówiłem, żebyś była ciszej. Ta matka naprawdę cierpi. - Skamle z bólu, to fakt - odpowiedziała milicjantka.
Uniósł pytająco brwi.
- Dobra, może przesadziłam. Trochę. Ale na pewno cierpi. To przecież nie pierwsze jej martwe dziecko, prawda? - Co chcesz przez to powiedzieć?
- Może nic. Może coś. Nie wiem.
- To był nieszczęśliwy wypadek. Nieszczęśliwy wypadek - powtórzył z naciskiem. - I na tym zakończmy.
Mundurowi dokończyli kawę, plując trochę fusami, wyjedli deser do ostatniego okruszka i odeszli od stolika.
- Słyszałeś? Słyszałeś? - ekscytowała się Irena Tomaszewska.
- A co miałem nie słyszeć?
- Ktoś zamordował tego chłopca!
- Jak zamordował? Co ty wygadujesz?
- Skoro milicja zaprzecza, to coś jest na rzeczy. Przecież wiesz, że oni zawsze kłamią! Ona, ta matka, tak ryczy, że to powinno być od początku jasne! Od samiuteńkiego początku. Ona po prostu coś wie. Wie i nie może powiedzieć, kto zamordował jej dziecko.
- Co ty wymyślasz, kobieto! Opanuj się!
- Już ja wiem. Już wszystko rozumiem. - Irena zerwała się z krzesła i wybiegła z kawiarni.
2026, Warszawa
Komisarz Barbara Szałecka siedziała przy biurku i patrzyła w okno. Była znudzona. Wczoraj oficjalnie zakończyli śledztwo, długie i żmudne. Miała go dość, niby morderstwo, ale ona od początku wiedziała, kto zabił. Musiała jedynie znaleźć dowody i zajęło jej to wiele czasu. Potrzebowała odreagowania, wieczorem poszła na drinka. Miał być tylko jeden. Prawdziwe świętowanie zakończenia sprawy, takie jak dawniej - huczne, już nie istniało. Policyjne, właściwie milicyjne popijawy przeszły do historii wraz ze zmianą ustroju. Teraz rzadko nawet wychodzili razem na wódkę. A może to tylko ona została odizolowana? Kobieta w policji, niełatwa sprawa.
Podrapała się po szyi. Ostatnio kupiła nowy golf, nieznanej sobie wcześniej marki. Musi mieć sztuczną domieszkę - uznała.
Wróciła myślą do wczorajszego wieczoru. Nie miała z kim pić. W robocie byli koledzy, owszem. Niektórzy sensowni, inni to beznadziejni mizogini. Kumpli za to brakowało, zwłaszcza od kiedy została komisarzem. Został Mirek Kosoń i... I tyle. Nawet ci, z którymi zetknęła się w Szczytnie, teraz sami się anulowali. W szkole byli równi, a od kiedy to ona awansowała... odizolowali ją. Powszechnie uważano, że swoją pozycję zawdzięcza jedynie chorym parytetom, i od tego momentu, delikatnie mówiąc, nie cieszyła się sympatią kolegów.
Jakby wcześniej mnie lubili - pomyślała.
Skupiła wzrok na ekranie, łupanie w czaszce nie pozwoliło jej czytać. Imprezy wczoraj wprawdzie nie było, ale popiła sama. Właśnie.
Sama.
W samotności.
Wróciła po tym jednym drinku do domu, w którym powitała ją cisza. I poranny bałagan. Tak, ten sam, który pozostawiła, wychodząc. Nikt go nie sprzątnął. Nikt nie dostawił ani nie schował nawet szklanki. Jeśli zostawiła w zlewie widelec, tam go znajdowała. Jeśli zapomniała uruchomić zmywarkę, w naczyniach pojawiała się pleśń.
Kiedyś, jako nastolatka, lubiła doniczkowe kwiaty. Oczami wyobraźni widziała wielką, zieloną kolekcję, porozstawianą na efektownych stojakach w wielkim, rozświetlonym wnętrzu. Z tamtego obrazu zostało kilka kaktusów, a nawet i te musiała regularnie wymieniać. Kupowała kaktusa, najchętniej takiego z przyklejonym kolorowym kwiatkiem. Jeszcze lepiej - trzy takie kaktusy. Po pół roku wymieniała je na nowe. Tamte zapadały się w sobie, wysuszone lub przelane.
Zatem w mieszkaniu nie witały Barbary nawet kaktusy. Wyczekiwały jej wyłącznie brudne naczynia. No i prawdziwy przyjaciel, który nigdy nie zawodził. Zawsze cierpliwy. Małomówny, powściągliwy i wierny. I schłodzony.
Opróżniła wczoraj połowę swojego przyjaciela, a że niewiele wcześniej zjadła, szybko ją rozgrzał. Miała ochotę... Cóż, miała ochotę na seks. Zadzwoniła do zaprzyjaźnionej agencji, Adrian przyjechał w dwadzieścia pięć minut. Jak zawsze gładko wydepilowany, pachnący, nasmarowany olejkiem. Potrafił jej dogodzić.
Powinna uznać, że naprawdę porządnie uczciła zakończenie śledztwa. Gdyby nie ta głowa...
Po wyjściu Adriana dokończyła butelkę, a dzisiaj czterdziestoprocentowy przyjaciel wciąż do niej gadał solidnym rwaniem w potylicy. Nie pomogło także to, że po wyjściu chłopaka Szałecka weszła do dziecięcego pokoju.
Prawie niczego tam nie zmieniła. Wciąż był to pokój dwóch pięcioletnich dziewczynek, które w międzyczasie stały się dziesięciolatkami. Bywały tu jednak na tyle rzadko, że wcale im to nie przeszkadzało. Jeden pokój, dwie przestrzenie. Duże, prawie dziewiętnastometrowe pomieszczenie podzielono na pół i pomalowano na różowo-zielono. Na około dziewięciu metrach różowe ściany i sufit, różowa pościel nakryta różową narzutą, lalki w różowych sukienkach. Druga część miała seledynowe ściany i biały sufit, do tego pistacjową pościel i takąż narzutę oraz żadnej lalki. Tutaj królowały książki, a te miały różnokolorowe okładki. Kolorystyczne zamieszanie zawsze przyprawiało Barbarę o zawrót głowy, dlatego zdjęła zasłonki. Jedną w księżniczki, drugą w zielono-białe pasy. Tę jedną zmianę przeprowadziła któregoś dnia w przypływie tęsknoty i poczucia, że powinna być lepszą matką. Wrzuciła zasłony do pralki i o nich zapomniała. Wyjechała na ponad tydzień, a gdy wróciła, nie udało się ich już uratować. Zostały tylko firanki, gładkie, białe, mocno zmarszczone.
Nawet i bez zasłonek wszystko tu było słodkie. Może dlatego tu weszła?
Może właśnie po to, by po kilku minutach pędzić do łazienki i tam czule obejmować sedes?
Tego potrzebowała, bez wątpienia. Nadmiaru słodkości. Bez wywołanych nią torsji dzisiaj w ogóle nie miałaby szansy funkcjonować. A tak trzymała pion, chociaż z pewnym trudem.
A już na pewno nie miała ochoty na czytanie Policyjnego Serwisu Informacyjnego, nazywanego wdzięcznie Psią Gazetką.
Cały czas ją to śmieszyło. PSI, cóż za wdzięczny akronim.
Ominęła informacje oficjalne. Wizyty zagraniczne, konferencje, uroczystości rocznicowe. Zawsze była jakaś rocznica. Kogo to obchodziło? Szkolenia i nowe przepisy. Tutaj od czasu do czasu można było przeczytać coś ciekawego. Nowe zasady użycia środków przymusu bezpośredniego. Tak jakby którykolwiek z tych gryzipiórków miał pojęcie, jak to jest łapać groźnego klienta. A nawet i zwykłego menela, który nie kontroluje odruchów swojego przeżartego wódą i prochami mózgu. Resztek mózgu. Nie wiadomo, czego się po takim spodziewać. A co tu mówić o jakimś figurancie ochranianym przez doświadczonych i uzbrojonych żołnierzy. Barbara nie robiła w dwójce, w cebeesiach, ale znała przecież tę robotę. Łatwo ją było opisać, trudniej zapanować nad sobą w akcji.
Albo nowe wzorce wniosków. Faktycznie, superistotna sprawa. Wniosek o co? O papier do dupy.
Barbara przeleciała kolejne strony na ekranie. Przymknęła oczy, bo widok przeskakujących liter odbił się kłuciem w oczodołach. Nie miała też nastroju do czytania rubryki pamięci, wspominków o policjantach, którzy zginęli na służbie. Nie dzisiaj, choć zwykle poświęcała uwagę temu działowi. Dzisiaj sama czuła się poległą.
Kolejne strony przesunęła wolniej. Mignęły jej zawody sportowe, mistrzostwa w strzelaniu.
Jak w przedszkolu - przemknęło jej przez głowę. Kto szybciej trafi z pistoletu wodnego do miseczki ustawionej na chybotliwym stołku. Dlaczegóż to jestem dzisiaj cyniczna i szydercza? Wcale nie dzisiaj. Choć akurat strzelanie to nie jest temat do kpin.
Skupiła się znów na ekranie. Dotarła do tej części PSI, którą uważała za najbardziej interesującą. Informacje o sprawach, tych aktualnych, w których należało wyjść poza lokalne struktury. Osoby, podmioty, sprawdzenia; poszukiwani, podejrzani, interwencje.
Poczuła gwałtowne pragnienie. Trudno się dziwić, od samego rana miała w gębie Saharę. Sięgnęła po butelkę z wodą, po czym przewróciła oczami. Pusta.
Barbara Szałecka wstała z krzesła i wyszła na korytarz. Spojrzała na dystrybutor wody, fantastyczną innowację wprowadzoną ostatnio na korytarze ich komendy. Butla, owszem, stała, ale podajnik na kubki był pusty. Jak zawsze zresztą. Ekologia.
Dla kogoś, komu każdy krok sprawiał ból istnienia, te kilka kroków miało znaczenie.
Barbara westchnęła i wróciła do swojego pokoju. Butelka nie wchodziła pod kranik dystrybutora, zabrała więc ze sobą kubek, ale już przy wielkiej butli zerknęła do środka. Skrzywiła się, widząc kożuch pleśni. Od tak dawna nie piłam? - zdziwiła się. Po czym zdała sobie sprawę, że to nie jej kubek.
Zacisnęła szczęki i znów wróciła do pokoju. Odstawiła zasyfione naczynie na sąsiednie biurko i sięgnęła po swoje. Też nie było czyste, wczoraj odstawiła ten kubek z resztką kawy. Sypanej, tylko taką uznawała.
Wyszła do łazienki, wysypała fusy do kosza i wypłukała naczynie. W drzwiach usłyszała dwóch funkcjonariuszy, którzy wychodzili z męskiego wychodka.
- Porwanie dzieciaka to w ogóle słaba sprawa - rzucił jeden z nich.
- No - zgodził się drugi. - Minęły dwa dni, smarkacz może już nie żyć.
Barbara drgnęła.
Wiele widziała. Przecież na początku robiła w drogówce, jak zresztą większość. Ciała rozczłonkowane przez poszarpane blachy samochodów, nogi odrzucone trzydzieści metrów dalej, głowy ledwie trzymające się korpusów. Kiedy pojechała do pierwszego wypadku, zauważyła but. Chciała go podnieść. Do niego przyczepiona była noga.
Potem przerzucano ją między wydziałami. Widziała topielców. Wisielców. Samobójców i zastrzelonych, także poderżnięte gardła i odcięte członki.
Mało na niej robiło wrażenie. Nawet trupy rozkładające się tygodniami. Inni rzygali, ona patrzyła spokojnie.
Ją torsje dopadały tylko wtedy, gdy za bardzo zaprzyjaźniła się z Żołądkową lub Soplicą.
A poza tym nie była w stanie znieść cierpienia dzieci.
Tylko dzieci. Zdarzenia z dorosłymi stały się już dla niej rutyną. Oni z całą pewnością mieli na sumieniu dość, by ponieść karę. Jakąś, za cokolwiek, zawsze się coś znajdzie. Nad dorosłymi nie zwykła się litować. Ale dzieci...
Zatem gdy dwóch gości wychodzących z kibla obojętnie rzucało hasłami o porwaniu dziecka, poczuła gęsią skórkę na ramionach.
- O czym mówicie? - wtrąciła się do rozmowy funkcjonariuszy.
- W Poznaniu porwano dzieciaka, nie słyszałaś?
- Niedaleko Poznania - doprecyzował drugi policjant.
Pokręciła przecząco głową. Nie chciała się przyznać, ale ostatnia sprawa, choć nudna, była bardzo absorbująca. Dotyczyła dość wysoko umocowanych polityków, a to zawsze wymagało dyplomacji, w której Barbara nie czuła się mocna. Więcej kosztowało ją przykrywanie drażliwych faktów, może nie tyle kryminalnych, ile raczej niewygodnych, niż samo śledztwo. Takie jeszcze nie przestępstwa, ale już coś, co mogło utrudnić karierę. Jej własną.
Właściwie powinien się zajmować tym inny wydział, ale sprawa miała podłoże kryminalne, więc padło na nią. Całość, już po ostatecznym ustaleniu sprawcy zabójstwa, była dla niej stratą czasu, czymś na miarę sporządzania uzasadnienia do wniosku o dzień wolny. Ale musiała ją dokończyć, nie mogła po prostu przekazać dalej. Choć wolałaby ją zwyczajnie zamknąć, w pełnym znaczeniu tego słowa. Była tym tańcem wśród politycznej poprawności i potem papierologią tak zmęczona, że nie śledziła ostatnich spraw. Umknęło jej porwanie dziecka?
- Jakoś nie - odpowiedziała teraz funkcjonariuszom.
- Dwa dni temu, gdzieś koło Poznania, porwano ośmiolatka.
- No i? - dopytywała Barbara.
- No i nic. Ani listu, ani żądań okupu, nic. Po prostu mały zniknął.
- Chłopiec? - Zmarszczyła brwi.
- Coś jednak słyszałaś? - Zaśmiał się kpiąco jeden z funkcjonariuszy.
- Coś jednak - odparła pani komisarz, krzywiąc wargi. Zapomniała. Była kobietą, zatem powinna zawsze słyszeć "coś" o dzieciach.
Machnęła ręką i odeszła w stronę swojego pokoju. Zapomniała o wodzie. Odstawiła czysty kubek na swoje biurko i poruszyła myszą. Wpisała hasło i odpaliła PSI.
Odszukała sprawę, czytała kolejne informacje. Nie wyglądało to dobrze. Cel porwania nie był znany. Skoro jednak po czterdziestu ośmiu godzinach nie odnaleziono ciała chłopca, szanse na jego przeżycie wciąż istniały. Statystyki mówiły, że ofiary porwań na tle seksualnym na ogół przeżywały zaledwie dobę, natomiast już po trzech dniach prawdopodobieństwo przeżycia zakładnika bywa całkiem spore, jeśli, oczywiście, jest on kartą przetargową. Za niepokojące należało uznać to, że do tej pory nie było ani listu z żądaniami, ani żadnego innego kontaktu od porywaczy... Właśnie ukazał się nowy komunikat. Barbara nie doczytała szczegółów, za jej plecami otworzyły się drzwi.
- Mamy tych świadków od sto czterdzieści osiem, idziesz na posłuchanie? - spytał Mirosław Kosoń, aspirant przydzielony do jej zespołu. Bardzo przystojny, co ułatwiało patrzenie na niego. Ale co ważniejsze - inteligentny. To spowodowało, że Barbara szybko go zaakceptowała.
Zamknęła okno przeglądarki.
Tak. Cóż, dzieciakowi nie pomoże, a robotę wykonać musi.
2026, Śrem, okolice Poznania
W wielkim salonie światło słoneczne wpadające przez przeszklone ściany zalewało każdy fragment pomieszczenia. Za krystalicznie czystymi szybami kołysały się korony starych drzew. Wysokich, bujnych, jak zresztą cała roślinność efektownego ogrodu. Posiadłość była stara, kosztowna i zadbana.
Salon też o tym świadczył. Sześćdziesięciometrową otwartą przestrzeń wypełniały ciężkie skórzane meble, rozmieszczone na wzorzystych, bez wątpienia kosztownych kobiercach. Wszystko tutaj świadczyło o finansowym sukcesie właścicieli. Wyposażenie salonu stanowił między innymi wiekowy kredens wypełniony porcelaną, na pewno cenną, i wieloma pomniejszymi bibelotami, a zza otwartego, szerokiego przejścia prześwitywał masywny dębowy stół z rzeźbionymi nogami i rozmieszczone wokół niego tapicerowane krzesła do kompletu. Wielkie lichtarze ustawione na gigantycznym kamiennym kominku wyglądały na srebrne i zostały wypolerowane na błysk. Nawet w dzień odbijały światło. W przeciwieństwie do nich obrazy wiszące na ścianach je pochłaniały. Ogromne, mroczne sceny przedstawiały polowania, martwe natury, sceny batalistyczne i biblijne. Były też dwa portrety, zapewne gospodarze sugerowali w ten sposób wielowiekową ciągłość rodu. Mieliby to być ich przodkowie? Wątpliwe, bo rodzina dorobiła się na przekrętach w głębokim PRL, a potem sprytnie wykorzystała możliwości chaosu prywatyzacyjnego w okresie ostatniej transformacji ustrojowej.
Przy mniejszym, niższym stole kawowym, również rzeźbionym, w głębokim fotelu ze szlachetnie poprzecieranej skóry siedziała kobieta. Scenie odpowiadałaby krynolina pysznie ozdobiona marszczeniami, falbanami i kokardami - ale nie. Miała na sobie prostą suknię z cienkiej wełny, uszytą na miarę, dyskretnie połyskujący perłowy naszyjnik zdobił jej dekolt. Siedząca nawet buty na sześciocentymetrowych obcasach miała pod kolor. Trzymała w ręku kartkę, w którą wpatrywała się rozszerzonymi oczami. Otwartymi ustami łapała spazmatycznie powietrze, jakby miała polipy nie tylko w nosie, ale też w gardle.
Po pomieszczeniu nerwowo chodził mężczyzna. Ubrany również elegancko i z klasą - garniturowe, brązowe spodnie w kant, kamizelka do kompletu i błękitna koszula. Wizerunek zakłócał rozpięty na dwa guziki kołnierzyk i brak krawata. Wypastowane na błysk, brązowe buty cicho skrzypiały przy każdym kroku. Założył ręce za plecy i gdy przeszedł pomieszczenie ósmy raz, przystanął tuż przy oknie. W końcu odwrócił się, wyraźnie wzburzony.
- Nie mamy wyjścia, Krysiu - oznajmił. - Musimy czekać.
- Marianie, zapłacimy im, prawda? - odezwała się kobieta prosząco.
- Za mojego wnuka każde pieniądze! - powtórzył twardo. - Jeśli jesteście państwo pewni, przygotujemy operację - odezwał się mężczyzna, który do tej pory ukrywał się w cieniu drugiego fotela, odwróconego tyłem do okna. - Gdy porywacze określą warunki przekazania okupu, zadziałamy.
- Róbcie, co trzeba - rzekł gospodarz.
- Nie wiem, czy powinniśmy angażować policję - powiedziała kobieta, gdy oficer opuścił pomieszczenie. - Oni tu piszą, żeby nie powiadamiać...
- Za późno - przerwał jej obcesowo mąż. - Teraz musimy liczyć na nich, na gliny. Wszystkie inne moje kontakty zawiodły. Nikt nic nie wie! Nikt się nie przyznaje. Jak się dowiem, kto to, gołymi rękami poderżnę gardło.
- Zawsze twierdziłeś, że załatwisz wszystko! Że to miasto nie ma dla ciebie tajemnic! Że znasz każdego i każdego możesz opłacić!
Mężczyzna odwrócił się, zacisnął wargi i pięści.
- Czasy się zmieniły! Niestety, kiedyś mogliśmy wszystko. Teraz już znacznie mniej.
Kobieta wstała.
- Pójdę sprawdzić, co się dzieje w kuchni. Dzisiaj już nie można polegać na służbie.
- Krystyno - powiedział, odwracając się, po czym zawiesił głos.
Krystyna, z ręką na mosiężnej klamce, uniosła pytająco brwi.
- Poproszę o szklankę wody z cytryną.
Kiwnęła głową i nacisnęła klamkę.
- Albo nie - rzucił. - Niech uzupełnią karafkę z burbonem. Ci policjanci... wszystko wypili.
- Policjanci? - zapytała odruchowo. - Ach tak. Policjanci.
Wyszła z pomieszczenia.
Marian Krakowski usiadł w fotelu i oparł głowę na dłoniach. Policjanci nic nie wypili. Byli na służbie i nawet mrugnięciem oka nie reagowali na oferty napełnienia szklanic. To on, niemal niezauważalnie dla siebie, osączył karafkę. Po raz kolejny analizował, komu mógł się narazić. Lista była długa. Począwszy od jego ojca, w czasach jakże niesłusznie minionych ważnego partyjniaka. Właściwie trudno byłoby nawet powiedzieć, jakie dokładnie pełnił funkcje, było ich tak wiele. Zawsze jednak robił pieniądze, niejako przy okazji. Bogacił się z roku na rok, lokując majątek przede wszystkim w ziemi i nieruchomościach. Po transformacji kilka z nich okazało się nietrafionymi inwestycjami, ale to był niewielki procent. Większość przyniosła ogromne zyski. Poza tym założył kilka zagranicznych kont, kupił trochę złotego kruszcu. Ojciec zostawił Mariana z zasobami pozwalającymi na dostatnie życie przez kilka pokoleń.
Na pewno narobił sobie wrogów.
Poza tym sam Marian w czasie swojej działalności... Cóż, różnie bywało. Nie o wszystkich, nazwijmy to, antagonistach powiedział zresztą policji. Nie do wszystkiego mógł się przyznać. Dlatego uruchomił swoje kontakty. Bezskutecznie. Nie pomogły obietnice sowitej nagrody, zapomnienia win, zakopania wojennego topora, nic. Żadnego śladu chłopca. Nikt nic nie wiedział, co wprawiało mężczyznę w kompletną konsternację.
Walnął pięścią w stolik i okrasił gest solidnym przekleństwem.
- Wszystko rozumiem, ale porwanie dziecka? - powiedział do siebie.
Dopiero po trzech dniach dostali list od porywaczy. Anonimowy. Nic z niego nie wynikało, poza tym, że to uprowadzenie. Kazali im czekać na kolejny list i nic nie robić. Marian zastanawiał się, czy dobrze zrobił, że wciągnął w to policję. Złożył zawiadomienie dopiero wczoraj, dwa dni po zniknięciu chłopca, kiedy wszystko inne zawiodło.
Czy nie zaszkodził w ten sposób wnukowi?
Antoś miał osiem lat i był oczkiem w głowie całej rodziny. Marian i Krystyna mieli tylko jednego syna, Sebastiana, a on tylko jednego syna. Antoniego. Wnuk musiał mieć - i miał! - wszystko, co najlepsze. A teraz? Gdzie był? Głodny? Spragniony? Bity? Brudny? Na pewno przerażony. Marian oddałby wszystko, by móc go w tej chwili przytulić. Tuż przed wyjściem policjanta i Krystyny Sebastian wyprowadził z salonu swoją żonę Annę, matkę Antosia. Kobieta przez ostatnie trzy dni płakała, w końcu zasłabła. Teraz więc Marian został w salonie sam. Wstał i sięgnął po telefon leżący na komodzie. Wybrał jeden z ostatnich numerów. Właśnie z tym rozmówcą od wczoraj łączył się najczęściej.
- Niech pan przyjdzie - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Do salonu wsunął się policjant w cywilu. Właściwie nic nie wskazywało na funkcjonariusza, może poza wyprostowaną sylwetką, energicznym krokiem i charakterystycznym dla mundurowych skanowaniu otoczenia. Marian po prostu wiedział, że to policjant, nie musiał się niczego domyślać. - Może jednak powinniśmy zmienić postępowanie - zaczął. Policjant spojrzał na niego pytająco. - Porywacze polecili, żeby nie angażować policji - ciągnął. Oficer nie odpowiedział. - Nic pan nie powie?
- Nie było pytania.
- Powinniśmy zmienić tryb postępowania. Zostawcie tę sprawę. Kiedy przyślą żądanie okupu, po prostu zapłacę i odzyskam wnuka.
- To dalej nie było pytanie, ale usiądźmy. Panie Marianie, jest pan doświadczonym człowiekiem. Rozumiem, że jest pan zdezorientowany i chciałby działać jak najszybciej, chociażby na własną rękę. Proszę jednak pozostawić to służbom. Doświadczeni funkcjonariusze najlepiej wiedzą, co w takiej sytuacji robić. Poza tym... - Mężczyzna zawiesił głos.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki