Odwet - Agnieszka Lis

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Druga połowa sierp­nia 1978, oko­lice Płocka

Ośro­dek Lucień w Miał­kówku nad Jezio­rem Lucień­skim

Dzie­ciaki zbie­gły z nie­wiel­kiego wzgó­rza, prze­cięły wąską asfal­tową drogę i sze­roką nie­re­gu­larną tyra­lierą zeszły nad sam brzeg jeziora. Rap­tem może sto metrów leśnej ścieżki, peł­nej sosno­wych igieł, a rado­ści - co nie­miara. Można było kop­nąć szyszkę. Zła­pać garść pia­chu i syp­nąć idą­cej z przodu kole­żance we włosy. Narwać jagód z krzaka i pako­wać je pro­sto do buzi, bru­dząc przy oka­zji ręce, policzki, a nawet kąpie­lówki.

Wio­sną leżał na tej ścieżce także kożuch dębo­wych liści, lekko zbu­twia­łych, tłu­mią­cych kroki. Latem jed­nak nie było ich widać. Roz­kła­dały się? Cho­wały pod mchem? Świeżą ściółką? Nikt się nad tym nie zasta­na­wiał.

- Pocze­kaj­cie! - krzyk­nęła jedna z kobiet zmie­rza­ją­cych za grupą nie­do­rost­ków.

Dzieci nie słu­chały. Dla­cze­goż by miały? Dzieci pra­wie ni­gdy nie słu­chają matek, szcze­gól­nie gdy są w gru­pie.

Była ich dzie­wiątka.

Prze­wo­dziła jede­na­sto­let­nia Kry­sia. Naj­gło­śniej­sza, naj­we­sel­sza i naj­ład­niej­sza. Wszy­scy chłopcy się za nią oglą­dali, nawet ci znacz­nie starsi. Tak w szkole, jak i na waka­cjach. Miała posłuch. Skoro ona bie­gła nad jezioro, razem z nią poja­wiała się tam cała hała­stra.

Tak jak teraz.

Dzie­się­cio­letni Tade­usz był w niej abso­lut­nie i bez­wa­run­kowo zako­chany. Jego rów­no­latka Ewa zaś pod­ko­chi­wała się w nim, zatem nie prze­pa­dała za Kry­sią, choć i tak jej słu­chała. Ewa cie­szyła się wzglę­dami Janka, który, choć dwa lata młod­szy, spo­glą­dał na nią maśla­nymi oczami. Wła­ści­wie każdy pod­ko­chi­wał się w kimś, ale te dzie­cięce sym­pa­tie zmie­niały się niczym w kalej­do­sko­pie i zwy­kle pozo­sta­wały nie­odwza­jem­nione.

Z nich wszyst­kich naj­bar­dziej krnąbrna była dzie­wię­cio­let­nia Elż­bieta. Naj­chud­sza w całej kom­pa­nii. Z masą pie­gów i burzą nie­okieł­zna­nych rudych loków wokół drob­nej twa­rzy. I jedna z naj­niż­szych, choć wie­kowo dokład­nie pośrodku, ale niż­szy od niej był tylko sze­ścio­letni Sta­sio. Tym jed­nak, co Elę bolało naj­bar­dziej, była jej kom­plet­nie pła­ska klatka pier­siowa. Kry­sia szczy­ciła się cał­kiem spo­rymi, jak na ten wiek, okrą­gło­ściami i opo­wia­dała z dumą o koniecz­no­ści uży­wa­nia waty, a Ela jej tego po pro­stu zazdro­ściła, choć prze­cież nie powinna. Miała dzie­więć lat! Udręki okresu doj­rze­wa­nia były jesz­cze w cało­ści przed nią i pew­nie by o nich nie wie­działa, a na pewno za nimi nie tęsk­niła, gdyby nie silna oso­bo­wość Krysi. Nawet jeśli opo­wie­ści tej ostat­niej były bar­dziej niż pod­ko­lo­ro­wane, pod­słu­chane u matki, Elż­bieta wie­rzyła w nie bez­wa­run­kowo. Na tym tle ośmio­let­nia Mary­sia i sied­mio­letni Andrzej oraz Woj­tek wyda­wali się nie­mal nie­do­strze­galni. Dopóki nie posta­no­wili śpie­wać. To potra­fili robić naj­gło­śniej. W Żyrar­do­wie uczęsz­czali do przy­ko­ściel­nego chóru i tam, choć byli jed­nymi z naj­młod­szych, dosta­wali już solowe par­tie. Nad Jezio­rem Lucień­skim zatem, ponie­waż nie mogli domi­no­wać ina­czej, śpie­wali czę­sto i z zapa­łem, a lekki wiatr nad wodą niósł ich głosy aż do Ocha­bówki, rzą­do­wego ośrodka wypo­czyn­ko­wego zlo­ka­li­zo­wa­nego po dru­giej stro­nie jeziora. Śpie­wacy sku­piali się na zna­nym sobie, zatem reli­gij­nym reper­tu­arze i gdy zaczy­nali śpie­wać, osią­gali wła­ści­wie wszystko, czego sobie życzyli. Matki, ojco­wie, kole­żanki i kole­dzy robili, co chcieli śpie­wa­jący. Byle tylko ci prze­stali śpie­wać.

Cała dzie­wiątka zbie­gła teraz po scho­dach. Dwa­dzie­ścia dwa beto­nowe stop­nie z nie­wiel­kim spo­czni­kiem w środku. Matki dener­wo­wały się, że któ­reś z dzieci w końcu się tam wywróci. Sto­po­wały je, spo­wal­niały, ale mało­laty nie słu­chały. Bie­gały prze­cież cały czas. Nie tylko po całym tere­nie ośrodka, wybie­gały rów­nież poza bramę, przez nie­zbyt ruchliwą, ale jed­nak publiczną asfal­tową drogę. Dopiero nad samym jezio­rem zwal­niały.

Może wyha­mo­wy­wała je wątła trawa pora­sta­jąca brzeg. A może widok odbi­ja­ją­cej słońce tafli zbior­nika. A może niebo, które wisiało nad wodą niczym błę­kitny sufit, cza­sem gładki, cza­sem poprze­ci­nany bia­łymi chmu­rami. Stam­tąd, od scho­dów, było już tylko kilka kro­ków na piasz­czy­stą część wybrzeża. Tam młod­sze dzie­ciaki porzu­cały pla­żowe piłki, dmu­chane rękawki i kółka ratun­kowe, a star­sze nie­dbale odkła­dały wia­derka wypeł­nione forem­kami - i wszyst­kie, nie­mal rów­no­cze­śnie, wpa­dały do wody. Lekko zie­lon­ka­wej, męt­nej, gdy poru­szone dno uwal­niało pokłady wonie­ją­cego lekko zgni­li­zną mułu.

Zwy­kle dopiero po minu­cie czy dwóch na miej­sce docie­rały matki. Niby z ośrodka było to tylko trzy­sta pięć­dzie­siąt metrów. Dwie­ście pięć­dzie­siąt do asfal­to­wej drogi, sto po leśnej dróżce. Ale kobiety szły obła­do­wane kocami, ręcz­ni­kami, tor­bami ze skaju wypeł­nio­nymi kanap­kami z grubo kro­joną kon­serwą tury­styczną, jaj­kami na twardo i pomi­do­rami, a dodat­kowo trzy­mały jesz­cze meta­lowe rączki szkla­nych ter­mo­sów z kwia­to­wymi wzo­rami na obu­do­wie.

Tego dnia, gdy dotarły na plażę, wszyst­kie dzieci sie­działy już w wodzie. Na szczę­ście nie­zbyt głę­bo­kiej, ale matki były zgodne. Mło­do­ciani powinni bawić się na tere­nie poło­żo­nym pięć­dzie­siąt metrów po lewej, gdzie prze­strzeń wody z trzech stron ogra­ni­czał pomost. Tam było bez­piecz­niej.

Co z tego, skoro dzie­ciaki wolały się bawić wła­śnie tutaj.

Matki roz­ło­żyły kra­cia­ste koce i ręcz­niki, zaj­mu­jąc w ten spo­sób pra­wie całą piasz­czy­stą plażę. Dwie sta­nęły na brzegu i poli­czyły głowy wysta­jące z wody.

- Dzie­więć - wymam­ro­tała jedna.

- Dzie­więć - zgo­dziła się druga.

Poli­cze­nie pod­opiecz­nych pozo­sta­ją­cych w bez­u­stan­nym ruchu nie było zada­niem łatwym, szcze­gól­nie że jaskrawe słońce odbi­jało rażące refleksy w falu­ją­cym lustrze jeziora.

- Kom­pot! Chodź­cie na kom­pot! - zawo­łała matka Elż­biety. Wszyst­kie dzieci bez pro­te­stu wyszły na brzeg, bo wszyst­kie lubiły kom­pot. Kucharka w ośrodku bez żad­nych obiek­cji napeł­niała nim ter­mosy. Picie było tu dostępne bez ogra­ni­czeń.

Gdy potem rodzi­cielki zachę­cały dzieci do wyj­ścia z wody woła­niem na kanapki, te nie były już tak skłonne, by osu­szać się na brzegu. Prze­cież nie­dawno jadły śnia­da­nie. Zupę mleczną, nad którą jed­no­gło­śnie maru­dziły, kanapki z żół­tym serem i mie­lonką, jajka na twardo, pomi­dory, ogórki i twa­róg. Cza­sem ze szczy­pior­kiem, cza­sem z rzod­kiewką. Zawar­to­ści toreb przy­tasz­czo­nych przez matki nie uwa­żały zatem za atrak­cyjną. Prze­cież codzien­nie jadły to samo. Zresztą, nie­długo będzie obiad.

Ale po dwóch godzi­nach barasz­ko­wa­nia w wodzie zwy­kle zmie­niały zda­nie. Kon­serwa mię­sna wyda­wała się fry­ka­sem, a jajka sta­wały się smacz­niej­sze niż wykwintny deser. Także pomi­dory, roz­chla­pu­jące wokół sok pełen pestek, oka­zy­wały się nie­zbęd­nym dopeł­nie­niem posiłku. Wtedy zni­kał także kom­pot i cienka her­bata z ter­mosu, ochło­dzona spryt­nie kost­kami lodu.

Dzie­więć rodzin przy­jeż­dżało do ośrodka Lucień każ­dego lata około połowy sierp­nia. Znali się i spo­ty­kali na co dzień. Miesz­kali po sąsiedzku. Nie­które dzieci cho­dziły do tej samej szkoły. W każ­dej z tych rodzin ktoś pra­co­wał w Żyrar­dow­skiej Fabryce Wyro­bów Lnia­nych.

Lubili się.

Nie­mal wszyst­kie z tych rodzin miały tylko po jed­nym dziecku. Czy to je połą­czyło? Raczej nie. Kiedy przy­je­chali tutaj, do słyn­nego ośrodka "okrą­gla­ków" w Lucie­niu, po raz pierw­szy, dzie­ciaki się po pro­stu polu­biły. W natu­ralny spo­sób lgnęły do sie­bie, bo inne dzieci miały rodzeń­stwo. A one miały sie­bie. Wtedy, na pierw­szych wspól­nych waka­cjach, potem w Żyrar­do­wie, po powro­cie do domu i kolej­nego roku znów. I jesz­cze, i wciąż. Przez ostat­nie pięć lat. Naj­star­sza Kry­sia miała wtedy sześć lat, naj­młodsi, Woj­tuś i Andrze­jek, po dwa latka, Sta­sio dopiero co się uro­dził. Dołą­czali do grupy z cza­sem... aż stała się dzie­wię­cio­oso­bowa. I prak­tycz­nie nie­roz­łączna.

Teraz tylko Andrze­jek miał młod­szego brata, zale­d­wie pół­rocz­nego, a mamy Krysi i Jasia były w ciąży. Dla­tego one nie nosiły żad­nych bam­be­tli. One stały i liczyły główki dzieci uno­szące się na powierzchni wody.

Słońce się­gnęło zenitu. Zapasy żywie­niowe były na wyczer­pa­niu. Kanapki znik­nęły, z jajek pozo­stały resztki majo­nezu, a zgnie­ciony ostatni pomi­dor nie nada­wał się już do zje­dze­nia.

- Za pół­to­rej godziny będzie obiad - oznaj­miła z wes­tchnie­niem mama Ewy.

- Jesz­cze możemy tro­chę posie­dzieć. - Matka Marysi kiw­nęła głową.

- Jesz­cze z pół godziny.

- Chodźmy na spa­cer! - wykrzyk­nęła mama Woj­tu­sia, naj­młod­sza spo­śród kobiet i naj­bar­dziej ruchliwa.

- Dla­czego nie? - odpo­wie­działy pozo­stałe.

- Ja już pójdę - stwier­dziła mama Andrzejka. - Mały maru­dzi, położę go w pokoju, tutaj dziś nie może zasnąć. Chyba mu za gło­śno.

Pozo­stałe poki­wały gło­wami, zawo­łały dzieci i całą gro­madkę zapro­wa­dziły na leśną ścieżkę ota­cza­jącą jezioro. Mamy Jasia i Krysi zostały na plaży. Cią­żyły im wiel­kie brzu­chy, obie w upale poru­szały się z tru­dem, pozwo­lono im tro­chę odpo­cząć. Sześć mam zabrało pozo­stałe dzieci na spa­cer. - Osiem - poli­czyła jedna z matek. - Kogo nie ma?

- Jasia - rzu­ciła zanie­po­ko­jona mama Wojtka.

- Gdzie jest Jaś? - pod­chwy­ciły natych­miast pozo­stałe kobiety.

- Został z mamą! - odpo­wie­działa jedna. Albo któ­reś z dzieci.

Potem nie udało się usta­lić, kto.

- To nie ja - zapew­niała każda z matek.

- To powie­działa Kry­sia - oznaj­mił Andrze­jek.

- To Elżu­nia! - bro­niła się Kry­sia.

- To nie ja! - pro­te­sto­wała płacz­li­wie Ela. - To Sta­sio! Zatem - każdy i nikt.

Matki rozej­rzały się jesz­cze wokół. Jasia ni­gdzie nie było. - Został z mamą - uznały uspo­ko­jone.

W lesie zawsze było co robić. Kłu­jące sosnowe igły, szyszki, pokrzywy do kolan. Ptaki, ślady zwie­rząt. Jezioro prze­bły­sku­jące spo­śród drzew. Z rzadka prze­jeż­dża­jący asfal­tową drogą za drze­wami samo­chód. Weszli na przy­stań, spę­dzili tro­chę czasu na tara­sie dacho­wym nad pawi­lo­nem wod­nym.

- Piękne te balu­strady - stwier­dziła jedna z matek.

- A ja ich nie lubię.

- Coś ty? Takie równe. Uspo­kaja mnie patrze­nie na nie. Koła połą­czone krzy­ża­kami, regu­larne, syme­tryczne, takie mia­rowe.

- Wcale nie - zapro­te­sto­wała ta druga. - Zobacz na to koło. Jest ucięte w poło­wie.

- Po pro­stu nie paso­wało roz­mia­rem.

- Koła nie należy prze­ci­nać - upie­rała się tamta.

- W ten spo­sób ni­gdy nie mie­li­by­śmy pół­kola, nawet na naszych żyrar­dow­skich wzo­rach.

Pierw­sza wzru­szyła ramio­nami.

- Nawet nasze żyrar­dow­skie wzory zwy­kle zamy­kają się w okręgu. Wra­camy?

- Wra­camy - zgo­dziła się druga i zawo­łała pozo­stałe.

Dłuż­szą chwilę zajęło im zebra­nie dzie­cia­ków. Gdy dotarli na plażę, do obiadu zostało już tylko czter­dzie­ści minut. Nale­żało się zbie­rać. Pozo­stali miesz­kańcy ośrodka, nie­liczni, bo wszy­scy goście tego tur­nusu wie­dzieli, że przed połu­dniem plażę oku­puje hała­stra dzie­cia­ków, wró­cili już do swo­ich pokoi.

Na plaży matki zago­niły jesz­cze dzie­ciaki do sprzą­ta­nia zaba­wek. Same wytrze­pały koce i ręcz­niki, zło­żyły w kostki, zabrały siatki i ter­mosy.

- Mamo, a co to? - Naj­młod­szy Sta­ni­sław nie uczest­ni­czył w krzą­ta­ni­nie. Stał na brzegu i wpa­try­wał się w wodę. - Chodź, Sta­siu. - Matka szarp­nęła go za rączkę.

- Mamo, patrz, patrz - upie­rał się dzie­ciak.

Kobieta skrzy­wiła się z nie­za­do­wo­le­niem i sku­piła wzrok na wodzie.

Lustro jeziora było gład­kie. Nie­zmą­cone dzie­cięcą zabawą. Woda, przez nikogo nie­roz­chla­py­wana, lśniła niczym wielki dia­ment.

A na tym tle - piłka.

Dziwna. Nie­fo­remna.

- Wra­camy, Sta­siu. To nie nasza piłka - oznaj­miła jego mama.

- Nie, mamo, nie - powtó­rzył chło­piec.

Kobieta pocią­gnęła synka za rękę.

- Czy ty widzisz...? - Inna matka pode­szła do brzegu i wpa­try­wała się w kształt na wodzie.

- To nie piłka - wyszep­tała po chwili z prze­ra­że­niem. - To dmu­chany ręka­wek. Jaś ma takie.

Rozdział 2

Druga połowa sierp­nia 1978, oko­lice Płocka

Ośro­dek Lucień w Miał­kówku nad Jezio­rem Lucień­skim

Tego dźwięku nie dało się ani zapo­mnieć, ani z niczym porów­nać. Lament, zawo­dze­nie, sko­wyt. Taki płacz bez łez, pełen spa­zmów wstrzą­sa­ją­cych całym cia­łem, szloch odbie­ra­jący oddech nie tylko łka­ją­cemu, ale także całemu oto­cze­niu. - Ona podobno stra­ciła już dwójkę dzieci - powie­działa Irena Toma­szew­ska, sta­ra­jąc się wytłu­ma­czyć samej sobie te okropne dźwięki docho­dzące zza ściany.

- Tak czy siak, zwa­rio­wać można od tego kwi­le­nia - odpo­wie­dział jej mąż Zdzi­sław.

- Raz podobno poro­niła w ósmym mie­siącu, a dru­gie dziecko uro­dziła mar­twe. Może zmie­nimy pokój?

Wzru­szył ramio­nami.

- Nie jestem pewien, czy w środku sezonu znajdą nam jakiś inny. Ale pew­nie oni po tym... wypadku szybko wyjadą. Zapewne nie zostaną do końca tur­nusu.

- Kto by chciał zostać po czymś takim - zgo­dziła się kobieta. Pode­szła do lustra, popra­wiła włosy i się­gnęła po klucz. - Idę do kawiarni - oznaj­miła. - Tutaj nie da się wytrzy­mać.

- Dobry pomysł - stwier­dził. - Pójdę z tobą.

Skoro miała wyjść z mężem, kobieta kry­tycz­nie obej­rzała swój strój. Nie było wpraw­dzie w pokoju dużego lustra, obej­mu­ją­cego całą syl­wetkę, ale i tak posta­no­wiła zmie­nić spód­nicę.

- Nie wiem, czy jesz­cze kie­dyś tu przy­jadę - stwier­dziła, prze­bie­ra­jąc się.

- To naj­lep­szy ośro­dek, jaki znam - zapro­te­sto­wał męż­czy­zna. - Poza tym, zakła­dowy. Na Fun­dusz Wcza­sów Pra­cow­ni­czych. Nie­zwy­kle korzystny cenowo. Żeby nie rzec, jedyny nam dostępny. Nad Bala­ton raczej skie­ro­wa­nia nie dostanę.

- Może i racja - zgo­dziła się, póki co bez prze­ko­na­nia, Irena.

- Poza tym wiesz prze­cież, jak ludzie nam tego zazdrosz­czą - kon­ty­nu­ował jej mąż. - Waka­cje w "okrą­glaku"! Każdy chce odwie­dzać to miej­sce. A my możemy przy­jeż­dżać co roku.

- Zazdrość aku­rat świet­nie rozu­miem. Wystar­czy raz tu przy­je­chać, by chcieć wra­cać. Te kon­struk­cje, budynki robią wra­że­nie - zgo­dziła się.

- Sam Mia­sto­pro­jekt z Kosza­lina przy­go­to­wał tę kon­cep­cję.

- Dla­czego to takie istotne? - zdzi­wiła się.

- Bo oni mają świetne pomy­sły. Wła­ści­wie wizje archi­tek­to­niczne. Poza tym, Kosza­lin to piękne mia­sto, nie uwa­żasz?

Uśmiech­nęła się. Prze­cież tam się poznali. Kosza­lin od zawsze i na zawsze będzie się jej dobrze koja­rzył. Jak widać, jej mężowi także.

- Fak­tycz­nie - zgo­dziła się Irena. - Ktoś miał feno­me­nalny pomysł. Cały ten ośro­dek wygląda jak posta­wione nad brze­giem jeziora trzy głę­bo­kie stud­nie podziu­ra­wione oknami.

- Stud­nie? - zdzi­wił się męż­czy­zna.

- Tylko ktoś zapo­mniał wko­pać je w zie­mię - kon­ty­nu­owała.

Poru­szył ustami, jakby głę­boko ana­li­zo­wał temat.

- Raczej rotundy. Moder­ni­styczne. I cztery.

- Co cztery? - Irena zgu­biła wątek.

- Cztery stud­nie. Zna­czy się, rotundy.

- A czwarta malutka. - Uśmiech­nęła się. - Trzy trzy­pię­trowe i dodat­kowo kuli­narna stud­nia jed­no­pię­trowa. Chodźmy stąd. Nie wytrzy­mam dłu­żej tego sko­wytu.

Kiw­nął głową na zgodę i wyszli na kory­tarz. Dźwięk, choć wciąż wyraźny, w tym miej­scu był cich­szy. Zapewne tłu­miły go grube tapety, któ­rymi wykle­jono cały kory­tarz, od sufitu aż po pod­łogę wyło­żoną płyt­kami PCV.

Kobieta ruszyła przo­dem. Po dro­dze podzi­wiała kon­struk­cję "okrą­glaka". To była jej ponowna wizyta w ośrodku i fak­tycz­nie zamie­rzała przy­je­chać jesz­cze wiele razy. Okrą­gły, prze­szklony wewnętrzny kory­tarz, wokół niego poroz­kła­dane kon­cen­trycz­nie pokoje, nie­zwy­kle nowo­cze­sne, z łazien­kami. W nie­któ­rych zamon­to­wano eks­cen­tryczne, sele­dy­nowe deski klo­ze­towe, taki detal, a robił praw­dziwą robotę. W poko­jach lam­pe­rie wyło­żono żyrar­dow­skim, gru­bym lnem, prze­pięk­nie dru­ko­wa­nym w efek­towne kwia­towe wzory. Setki, a raczej tysiące metrów roz­ło­żo­nych na ścia­nach czte­rech okrą­głych budyn­ków zna­cząco popra­wiało wygląd pokoi, które i tak, już same w sobie, wyglą­dały luk­su­sowo. Okna i drzwi bal­ko­nowe w poko­jach zaj­mo­wały całą zewnętrzną ścianę, doświe­tlały pokoje i umoż­li­wiały sąsiedzką inte­gra­cję na bal­ko­nach ota­cza­ją­cych budynki rów­nym okrę­giem, niczym płatki kwiatu jego śro­dek. Obraz psuły tro­chę usta­wione w każ­dym pokoju grzej­niki elek­tryczne, bo w budyn­kach nie pomy­ślano o cen­tral­nym ogrze­wa­niu. Być może było to jedyne, co mogło się nie podo­bać w tak pie­czo­ło­wi­cie dopra­co­wa­nej kon­struk­cji ośrodka.

Trudno się dzi­wić, że każdy chciał przy­jeż­dżać wła­śnie tu, cho­ciaż ich zakład miał także inne ośrodki wypo­czyn­kowe, w Zako­pa­nem i Śli­wi­nie. Jed­nak to tutaj pach­niało praw­dzi­wym luk­su­sem. I to takim zachod­nim. Goście mieli dostęp do kilku boisk, w tym do piłki noż­nej, ręcz­nej i do siat­kówki, a także do dwóch kor­tów teni­so­wych, let­niej stad­niny koni i pomo­stu na Jezio­rze Lucień­skim, nazy­wa­nego tro­chę na wyrost molem. Dzie­cia­kom można było zapew­nić zaję­cia na placu zabaw, a gdy wyda­rzyło się coś nie­prze­wi­dzia­nego, na tere­nie ośrodka funk­cjo­no­wał ośro­dek zdro­wia. Do tego oczy­wi­ście pral­nia, magiel, nie­za­leżne uję­cie wody, warsz­taty remon­towe - wszystko, by pla­cówka funk­cjo­no­wała bez zarzutu. Nawet obsługa prze­by­wała wciąż na miej­scu, w prak­tycz­nie oddzie­lo­nym budynku, gdzie mie­ściło się sześć wygod­nych miesz­kań - dzięki temu pra­cow­nicy nie wcho­dzili w drogę wypo­czy­wa­ją­cym gościom, a jed­no­cze­śnie cały czas pozo­sta­wali pod ręką. - Jak sądzisz, dzi­siaj chyba nie będzie wie­czorku tanecz­nego? - zapy­tała męża Irena.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami i pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową. Nie odpo­wie­dział. Uznał, że są pyta­nia tak nie­do­rzeczne, że nie warto szu­kać na nie odpo­wie­dzi.

Mał­żeń­stwo prze­szło przez prze­szklony łącz­nik, który, roz­ga­łę­zia­jąc się wśród zadba­nej zie­leni, pro­wa­dził do wszyst­kich budyn­ków. Prze­kro­czyli efek­towne drzwi wej­ściowe, w któ­rych także domi­no­wał kształt koła, jak chyba wszę­dzie w ośrodku Lucień. Prze­szli obok recep­cji, dotarli do sto­łówki, weszli po scho­dach do kawiarni. Usie­dli przy ścia­nie wyło­żo­nej tak modną ostat­nio boaze­rią i zamó­wili kawę oraz desery. Gala­retkę z owo­cami dla niej, szar­lotkę z bitą śmie­taną dla niego.

Kobieta wes­tchnęła, zado­wo­lona. Po czym uśmiech zamarł jej na twa­rzy.

Przy sąsied­nim sto­liku usia­dła para mili­cjan­tów. Popro­sili o dwie kawy po turecku i zaczęli cicho roz­ma­wiać, a gdy kel­nerka przy­nio­sła zamó­wie­nie, zapro­te­sto­wali.

- Tylko kawa miała być - powie­dział mili­cjant.

- Deser od firmy. Zresztą, wszystko od nas, decy­zja kie­row­nika. Żeby­ście nas tu zawsze pil­no­wali.

- No, teraz nie upil­no­wali - mruk­nął mąż Ireny, który przy­glą­dał się sce­nie, sie­dząc dokład­nie na wprost funk­cjo­na­riu­szy. Na szczę­ście nie usły­szeli.

Mili­cjantka zapro­te­sto­wała na słowa kel­nerki, mili­cjant poło­żył rękę na jej przed­ra­mie­niu i uśmiech­nął się, uka­zu­jąc zażół­cone od tyto­niu zęby.

- A dzię­ko­wać, dzię­ko­wać - powie­dział.

Kel­nerka ode­szła.

- Nie pro­te­stuj - powie­dział gli­niarz do kole­żanki.

- Bo niby co? - Mili­cjantka pod­nio­sła głos. Od tej chwili mówili ciut gło­śniej, a przy sąsied­nim sto­liku zapa­dła kom­pletna cisza.

Irena i jej mał­żo­nek słu­chali z zain­te­re­so­wa­niem.

- Bo co? - kon­ty­nu­owała ofi­cer.

- Oni uwa­żają, że nas w ten spo­sób prze­ku­pią.

- No wła­śnie! - obu­rzyła się.

- Że będziemy patro­lo­wać oko­licę czę­ściej. Że będzie bez­piecz­niej.

- A my ani nie będziemy tu przy­jeż­dżać czę­ściej, ani nie będzie przez to bez­piecz­niej - pero­ro­wała mili­cjantka. - Nie mamy takich moż­li­wo­ści.

- Cza­sami sama świa­do­mość popra­wia bez­pie­czeń­stwo - zauwa­żył sen­ten­cjo­nal­nie jej kolega.

- Tym razem nie pomo­gła.

- Tym razem trzeba było pil­no­wać dzie­ciaka - powie­dział bez­względ­nie.

- No wła­śnie. Dla­czego więc mamy oszu­ki­wać obsługę, że...

- Nikogo nie oszu­ku­jemy - prze­rwał jej bez­par­do­nowo. - I niczego nie obie­cu­jemy. Nic ponad normę. Po pro­stu...

- Nie­na­wi­dzę tego - wark­nęła mili­cjantka.

- Myśla­łem, że lubisz naszą robotę. Zawsze tak mówi­łaś. - Jej part­ner uniósł pyta­jąco brwi.

- Bo lubię. - Kobieta ciężko wes­tchnęła. - Ale dziecko... Wytrą­ciło mnie z rów­no­wagi. Widzia­łam już pra­wie wszystko, przez jakiś czas prze­cież robi­łam w dro­gówce. Obcięte ręce. Roz­je­chane torsy. Nie prze­ra­żają mnie nawet trzy­ty­go­dniowi pły­wacy. Wyhuś­tani też są dla mnie w porządku. Zaprzy­jaź­ni­łam się z zim­nym dok­to­rem, bez emo­cji mogę patrzeć, jak wyci­nają tru­po­szowi śro­dek. Wszystko to luz. Ale dziecko mnie roz­wala. Nie daję rady.

- Dzieci są, fak­tycz­nie, nie bar­dzo - przy­znał jej rację. - I wiesz co?

- Nie wiem - odpo­wie­dział cał­kiem poważ­nie.

- Uwa­żam, że śmierć dziecka zasłu­guje na więk­szą uwagę. - Znów pod­nio­sła głos.

- Ciszej - wark­nął mili­cjant.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Rozej­dzie się po kościach, prawda?

Mili­cjant wes­tchnął.

- To uto­nię­cie - stwier­dził poważ­nie. - Nikt mu nie pomógł, nie uto­pił go, to nie­re­alne. Pew­nie, że zimny będzie zaan­ga­żo­wany, to był ośmio­la­tek. Wdrożą pełne postę­po­wa­nie, sprawa pój­dzie na ostrze noża i nikt nie odpu­ści tematu. W papie­rach musi być abso­lutny glanc. Ale ja tłukę ten resort od dwu­dzie­stu lat, swoje widzia­łem i swoje wiem. Ten łebek po pro­stu poszedł na dno. Zwy­kły nie­szczę­śliwy wypa­dek. Mili­cjantka pokrę­ciła głową.

- Za śmierć dziecka ktoś powi­nien odpo­wie­dzieć. Ten chło­piec miał osiem lat! Osiem lat! Po pro­stu nie miał nale­ży­tej opieki. A kto powi­nien zadbać o dziecko? Rodzice. Matka powinna zadbać o dziecko.

- Mówi­łem, żebyś była ciszej. Ta matka naprawdę cierpi. - Skamle z bólu, to fakt - odpo­wie­działa mili­cjantka.

Uniósł pyta­jąco brwi.

- Dobra, może prze­sa­dzi­łam. Tro­chę. Ale na pewno cierpi. To prze­cież nie pierw­sze jej mar­twe dziecko, prawda? - Co chcesz przez to powie­dzieć?

- Może nic. Może coś. Nie wiem.

- To był nie­szczę­śliwy wypa­dek. Nie­szczę­śliwy wypa­dek - powtó­rzył z naci­skiem. - I na tym zakończmy.

Mun­du­rowi dokoń­czyli kawę, plu­jąc tro­chę fusami, wyje­dli deser do ostat­niego okruszka i ode­szli od sto­lika.

- Sły­sza­łeś? Sły­sza­łeś? - eks­cy­to­wała się Irena Toma­szew­ska.

- A co mia­łem nie sły­szeć?

- Ktoś zamor­do­wał tego chłopca!

- Jak zamor­do­wał? Co ty wyga­du­jesz?

- Skoro mili­cja zaprze­cza, to coś jest na rze­czy. Prze­cież wiesz, że oni zawsze kła­mią! Ona, ta matka, tak ryczy, że to powinno być od początku jasne! Od samiu­teń­kiego początku. Ona po pro­stu coś wie. Wie i nie może powie­dzieć, kto zamor­do­wał jej dziecko.

- Co ty wymy­ślasz, kobieto! Opa­nuj się!

- Już ja wiem. Już wszystko rozu­miem. - Irena zerwała się z krze­sła i wybie­gła z kawiarni.

Rozdział 3

2026, War­szawa

Komi­sarz Bar­bara Sza­łecka sie­działa przy biurku i patrzyła w okno. Była znu­dzona. Wczo­raj ofi­cjal­nie zakoń­czyli śledz­two, dłu­gie i żmudne. Miała go dość, niby mor­der­stwo, ale ona od początku wie­działa, kto zabił. Musiała jedy­nie zna­leźć dowody i zajęło jej to wiele czasu. Potrze­bo­wała odre­ago­wa­nia, wie­czo­rem poszła na drinka. Miał być tylko jeden. Praw­dziwe świę­to­wa­nie zakoń­cze­nia sprawy, takie jak daw­niej - huczne, już nie ist­niało. Poli­cyjne, wła­ści­wie mili­cyjne popi­jawy prze­szły do histo­rii wraz ze zmianą ustroju. Teraz rzadko nawet wycho­dzili razem na wódkę. A może to tylko ona została odizo­lo­wana? Kobieta w poli­cji, nie­ła­twa sprawa.

Podra­pała się po szyi. Ostat­nio kupiła nowy golf, nie­zna­nej sobie wcze­śniej marki. Musi mieć sztuczną domieszkę - uznała.

Wró­ciła myślą do wczo­raj­szego wie­czoru. Nie miała z kim pić. W robo­cie byli kole­dzy, ow­szem. Nie­któ­rzy sen­sowni, inni to bez­na­dziejni mizo­gini. Kum­pli za to bra­ko­wało, zwłasz­cza od kiedy została komi­sa­rzem. Został Mirek Kosoń i... I tyle. Nawet ci, z któ­rymi zetknęła się w Szczyt­nie, teraz sami się anu­lo­wali. W szkole byli równi, a od kiedy to ona awan­so­wała... odizo­lo­wali ją. Powszech­nie uwa­żano, że swoją pozy­cję zawdzię­cza jedy­nie cho­rym pary­te­tom, i od tego momentu, deli­kat­nie mówiąc, nie cie­szyła się sym­pa­tią kole­gów.

Jakby wcze­śniej mnie lubili - pomy­ślała.

Sku­piła wzrok na ekra­nie, łupa­nie w czaszce nie pozwo­liło jej czy­tać. Imprezy wczo­raj wpraw­dzie nie było, ale popiła sama. Wła­śnie.

Sama.

W samot­no­ści.

Wró­ciła po tym jed­nym drinku do domu, w któ­rym powi­tała ją cisza. I poranny bała­gan. Tak, ten sam, który pozo­sta­wiła, wycho­dząc. Nikt go nie sprząt­nął. Nikt nie dosta­wił ani nie scho­wał nawet szklanki. Jeśli zosta­wiła w zle­wie wide­lec, tam go znaj­do­wała. Jeśli zapo­mniała uru­cho­mić zmy­warkę, w naczy­niach poja­wiała się pleśń.

Kie­dyś, jako nasto­latka, lubiła donicz­kowe kwiaty. Oczami wyobraźni widziała wielką, zie­loną kolek­cję, poroz­sta­wianą na efek­tow­nych sto­ja­kach w wiel­kim, roz­świe­tlo­nym wnę­trzu. Z tam­tego obrazu zostało kilka kak­tu­sów, a nawet i te musiała regu­lar­nie wymie­niać. Kupo­wała kak­tusa, naj­chęt­niej takiego z przy­kle­jo­nym kolo­ro­wym kwiat­kiem. Jesz­cze lepiej - trzy takie kak­tusy. Po pół roku wymie­niała je na nowe. Tamte zapa­dały się w sobie, wysu­szone lub prze­lane.

Zatem w miesz­ka­niu nie witały Bar­bary nawet kak­tusy. Wycze­ki­wały jej wyłącz­nie brudne naczy­nia. No i praw­dziwy przy­ja­ciel, który ni­gdy nie zawo­dził. Zawsze cier­pliwy. Mało­mówny, powścią­gliwy i wierny. I schło­dzony.

Opróż­niła wczo­raj połowę swo­jego przy­ja­ciela, a że nie­wiele wcze­śniej zja­dła, szybko ją roz­grzał. Miała ochotę... Cóż, miała ochotę na seks. Zadzwo­niła do zaprzy­jaź­nio­nej agen­cji, Adrian przy­je­chał w dwa­dzie­ścia pięć minut. Jak zawsze gładko wyde­pi­lo­wany, pach­nący, nasma­ro­wany olej­kiem. Potra­fił jej dogo­dzić.

Powinna uznać, że naprawdę porząd­nie uczciła zakoń­cze­nie śledz­twa. Gdyby nie ta głowa...

Po wyj­ściu Adriana dokoń­czyła butelkę, a dzi­siaj czter­dzie­sto­pro­cen­towy przy­ja­ciel wciąż do niej gadał solid­nym rwa­niem w poty­licy. Nie pomo­gło także to, że po wyj­ściu chło­paka Sza­łecka weszła do dzie­cię­cego pokoju.

Pra­wie niczego tam nie zmie­niła. Wciąż był to pokój dwóch pię­cio­let­nich dziew­czy­nek, które w mię­dzy­cza­sie stały się dzie­się­cio­lat­kami. Bywały tu jed­nak na tyle rzadko, że wcale im to nie prze­szka­dzało. Jeden pokój, dwie prze­strze­nie. Duże, pra­wie dzie­więt­na­sto­me­trowe pomiesz­cze­nie podzie­lono na pół i poma­lo­wano na różowo-zie­lono. Na około dzie­wię­ciu metrach różowe ściany i sufit, różowa pościel nakryta różową narzutą, lalki w różo­wych sukien­kach. Druga część miała sele­dy­nowe ściany i biały sufit, do tego pista­cjową pościel i takąż narzutę oraz żad­nej lalki. Tutaj kró­lo­wały książki, a te miały róż­no­ko­lo­rowe okładki. Kolo­ry­styczne zamie­sza­nie zawsze przy­pra­wiało Bar­barę o zawrót głowy, dla­tego zdjęła zasłonki. Jedną w księż­niczki, drugą w zie­lono-białe pasy. Tę jedną zmianę prze­pro­wa­dziła któ­re­goś dnia w przy­pły­wie tęsk­noty i poczu­cia, że powinna być lep­szą matką. Wrzu­ciła zasłony do pralki i o nich zapo­mniała. Wyje­chała na ponad tydzień, a gdy wró­ciła, nie udało się ich już ura­to­wać. Zostały tylko firanki, gład­kie, białe, mocno zmarsz­czone.

Nawet i bez zasło­nek wszystko tu było słod­kie. Może dla­tego tu weszła?

Może wła­śnie po to, by po kilku minu­tach pędzić do łazienki i tam czule obej­mo­wać sedes?

Tego potrze­bo­wała, bez wąt­pie­nia. Nad­miaru słod­ko­ści. Bez wywo­ła­nych nią tor­sji dzi­siaj w ogóle nie mia­łaby szansy funk­cjo­no­wać. A tak trzy­mała pion, cho­ciaż z pew­nym tru­dem.

A już na pewno nie miała ochoty na czy­ta­nie Poli­cyj­nego Ser­wisu Infor­ma­cyj­nego, nazy­wa­nego wdzięcz­nie Psią Gazetką.

Cały czas ją to śmie­szyło. PSI, cóż za wdzięczny akro­nim.

Omi­nęła infor­ma­cje ofi­cjalne. Wizyty zagra­niczne, kon­fe­ren­cje, uro­czy­sto­ści rocz­ni­cowe. Zawsze była jakaś rocz­nica. Kogo to obcho­dziło? Szko­le­nia i nowe prze­pisy. Tutaj od czasu do czasu można było prze­czy­tać coś cie­ka­wego. Nowe zasady uży­cia środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego. Tak jakby któ­ry­kol­wiek z tych gry­zi­piór­ków miał poję­cie, jak to jest łapać groź­nego klienta. A nawet i zwy­kłego menela, który nie kon­tro­luje odru­chów swo­jego prze­żar­tego wódą i pro­chami mózgu. Resz­tek mózgu. Nie wia­domo, czego się po takim spo­dzie­wać. A co tu mówić o jakimś figu­ran­cie ochra­nia­nym przez doświad­czo­nych i uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy. Bar­bara nie robiła w dwójce, w cebe­esiach, ale znała prze­cież tę robotę. Łatwo ją było opi­sać, trud­niej zapa­no­wać nad sobą w akcji.

Albo nowe wzorce wnio­sków. Fak­tycz­nie, super­i­stotna sprawa. Wnio­sek o co? O papier do dupy.

Bar­bara prze­le­ciała kolejne strony na ekra­nie. Przy­mknęła oczy, bo widok prze­ska­ku­ją­cych liter odbił się kłu­ciem w oczo­do­łach. Nie miała też nastroju do czy­ta­nia rubryki pamięci, wspo­min­ków o poli­cjan­tach, któ­rzy zgi­nęli na służ­bie. Nie dzi­siaj, choć zwy­kle poświę­cała uwagę temu dzia­łowi. Dzi­siaj sama czuła się pole­głą.

Kolejne strony prze­su­nęła wol­niej. Mignęły jej zawody spor­towe, mistrzo­stwa w strze­la­niu.

Jak w przed­szkolu - prze­mknęło jej przez głowę. Kto szyb­ciej trafi z pisto­letu wod­nego do miseczki usta­wio­nej na chy­bo­tli­wym stołku. Dla­cze­góż to jestem dzi­siaj cyniczna i szy­der­cza? Wcale nie dzi­siaj. Choć aku­rat strze­la­nie to nie jest temat do kpin.

Sku­piła się znów na ekra­nie. Dotarła do tej czę­ści PSI, którą uwa­żała za naj­bar­dziej inte­re­su­jącą. Infor­ma­cje o spra­wach, tych aktu­al­nych, w któ­rych nale­żało wyjść poza lokalne struk­tury. Osoby, pod­mioty, spraw­dze­nia; poszu­ki­wani, podej­rzani, inter­wen­cje.

Poczuła gwał­towne pra­gnie­nie. Trudno się dzi­wić, od samego rana miała w gębie Saharę. Się­gnęła po butelkę z wodą, po czym prze­wró­ciła oczami. Pusta.

Bar­bara Sza­łecka wstała z krze­sła i wyszła na kory­tarz. Spoj­rzała na dys­try­bu­tor wody, fan­ta­styczną inno­wa­cję wpro­wa­dzoną ostat­nio na kory­tarze ich komendy. Butla, ow­szem, stała, ale podaj­nik na kubki był pusty. Jak zawsze zresztą. Eko­lo­gia.

Dla kogoś, komu każdy krok spra­wiał ból ist­nie­nia, te kilka kro­ków miało zna­cze­nie.

Bar­bara wes­tchnęła i wró­ciła do swo­jego pokoju. Butelka nie wcho­dziła pod kra­nik dys­try­bu­tora, zabrała więc ze sobą kubek, ale już przy wiel­kiej butli zer­k­nęła do środka. Skrzy­wiła się, widząc kożuch ple­śni. Od tak dawna nie piłam? - zdzi­wiła się. Po czym zdała sobie sprawę, że to nie jej kubek.

Zaci­snęła szczęki i znów wró­ciła do pokoju. Odsta­wiła zasy­fione naczy­nie na sąsied­nie biurko i się­gnęła po swoje. Też nie było czy­ste, wczo­raj odsta­wiła ten kubek z resztką kawy. Sypa­nej, tylko taką uzna­wała.

Wyszła do łazienki, wysy­pała fusy do kosza i wypłu­kała naczy­nie. W drzwiach usły­szała dwóch funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy wycho­dzili z męskiego wychodka.

- Porwa­nie dzie­ciaka to w ogóle słaba sprawa - rzu­cił jeden z nich.

- No - zgo­dził się drugi. - Minęły dwa dni, smar­kacz może już nie żyć.

Bar­bara drgnęła.

Wiele widziała. Prze­cież na początku robiła w dro­gówce, jak zresztą więk­szość. Ciała roz­człon­ko­wane przez poszar­pane bla­chy samo­cho­dów, nogi odrzu­cone trzy­dzie­ści metrów dalej, głowy led­wie trzy­ma­jące się kor­pu­sów. Kiedy poje­chała do pierw­szego wypadku, zauwa­żyła but. Chciała go pod­nieść. Do niego przy­cze­piona była noga.

Potem prze­rzu­cano ją mię­dzy wydzia­łami. Widziała topiel­ców. Wisiel­ców. Samo­bój­ców i zastrze­lo­nych, także pode­rżnięte gar­dła i odcięte członki.

Mało na niej robiło wra­że­nie. Nawet trupy roz­kła­da­jące się tygo­dniami. Inni rzy­gali, ona patrzyła spo­koj­nie.

Ją tor­sje dopa­dały tylko wtedy, gdy za bar­dzo zaprzy­jaź­niła się z Żołąd­kową lub Soplicą.

A poza tym nie była w sta­nie znieść cier­pie­nia dzieci.

Tylko dzieci. Zda­rze­nia z doro­słymi stały się już dla niej rutyną. Oni z całą pew­no­ścią mieli na sumie­niu dość, by ponieść karę. Jakąś, za cokol­wiek, zawsze się coś znaj­dzie. Nad doro­słymi nie zwy­kła się lito­wać. Ale dzieci...

Zatem gdy dwóch gości wycho­dzą­cych z kibla obo­jęt­nie rzu­cało hasłami o porwa­niu dziecka, poczuła gęsią skórkę na ramio­nach.

- O czym mówi­cie? - wtrą­ciła się do roz­mowy funk­cjo­na­riu­szy.

- W Pozna­niu porwano dzie­ciaka, nie sły­sza­łaś?

- Nie­da­leko Pozna­nia - dopre­cy­zo­wał drugi poli­cjant.

Pokrę­ciła prze­cząco głową. Nie chciała się przy­znać, ale ostat­nia sprawa, choć nudna, była bar­dzo absor­bu­jąca. Doty­czyła dość wysoko umo­co­wa­nych poli­ty­ków, a to zawsze wyma­gało dyplo­ma­cji, w któ­rej Bar­bara nie czuła się mocna. Wię­cej kosz­to­wało ją przy­kry­wa­nie draż­li­wych fak­tów, może nie tyle kry­mi­nal­nych, ile raczej nie­wy­god­nych, niż samo śledz­two. Takie jesz­cze nie prze­stęp­stwa, ale już coś, co mogło utrud­nić karierę. Jej wła­sną.

Wła­ści­wie powi­nien się zaj­mo­wać tym inny wydział, ale sprawa miała pod­łoże kry­mi­nalne, więc padło na nią. Całość, już po osta­tecz­nym usta­le­niu sprawcy zabój­stwa, była dla niej stratą czasu, czymś na miarę spo­rzą­dza­nia uza­sad­nie­nia do wnio­sku o dzień wolny. Ale musiała ją dokoń­czyć, nie mogła po pro­stu prze­ka­zać dalej. Choć wola­łaby ją zwy­czaj­nie zamknąć, w peł­nym zna­cze­niu tego słowa. Była tym tań­cem wśród poli­tycz­nej popraw­no­ści i potem papie­ro­lo­gią tak zmę­czona, że nie śle­dziła ostat­nich spraw. Umknęło jej porwa­nie dziecka?

- Jakoś nie - odpo­wie­działa teraz funk­cjo­na­riu­szom.

- Dwa dni temu, gdzieś koło Pozna­nia, porwano ośmio­latka.

- No i? - dopy­ty­wała Bar­bara.

- No i nic. Ani listu, ani żądań okupu, nic. Po pro­stu mały znik­nął.

- Chło­piec? - Zmarsz­czyła brwi.

- Coś jed­nak sły­sza­łaś? - Zaśmiał się kpiąco jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

- Coś jed­nak - odparła pani komi­sarz, krzy­wiąc wargi. Zapo­mniała. Była kobietą, zatem powinna zawsze sły­szeć "coś" o dzie­ciach.

Mach­nęła ręką i ode­szła w stronę swo­jego pokoju. Zapo­mniała o wodzie. Odsta­wiła czy­sty kubek na swoje biurko i poru­szyła myszą. Wpi­sała hasło i odpa­liła PSI.

Odszu­kała sprawę, czy­tała kolejne infor­ma­cje. Nie wyglą­dało to dobrze. Cel porwa­nia nie był znany. Skoro jed­nak po czter­dzie­stu ośmiu godzi­nach nie odna­le­ziono ciała chłopca, szanse na jego prze­ży­cie wciąż ist­niały. Sta­ty­styki mówiły, że ofiary porwań na tle sek­su­al­nym na ogół prze­ży­wały zale­d­wie dobę, nato­miast już po trzech dniach praw­do­po­do­bień­stwo prze­ży­cia zakład­nika bywa cał­kiem spore, jeśli, oczy­wi­ście, jest on kartą prze­tar­gową. Za nie­po­ko­jące nale­żało uznać to, że do tej pory nie było ani listu z żąda­niami, ani żad­nego innego kon­taktu od pory­wa­czy... Wła­śnie uka­zał się nowy komu­ni­kat. Bar­bara nie doczy­tała szcze­gó­łów, za jej ple­cami otwo­rzyły się drzwi.

- Mamy tych świad­ków od sto czter­dzie­ści osiem, idziesz na posłu­cha­nie? - spy­tał Miro­sław Kosoń, aspi­rant przy­dzie­lony do jej zespołu. Bar­dzo przy­stojny, co uła­twiało patrze­nie na niego. Ale co waż­niej­sze - inte­li­gentny. To spo­wo­do­wało, że Bar­bara szybko go zaak­cep­to­wała.

Zamknęła okno prze­glą­darki.

Tak. Cóż, dzie­cia­kowi nie pomoże, a robotę wyko­nać musi.

Rozdział 4

2026, Śrem, oko­lice Pozna­nia

W wiel­kim salo­nie świa­tło sło­neczne wpa­da­jące przez prze­szklone ściany zale­wało każdy frag­ment pomiesz­cze­nia. Za kry­sta­licz­nie czy­stymi szy­bami koły­sały się korony sta­rych drzew. Wyso­kich, buj­nych, jak zresztą cała roślin­ność efek­tow­nego ogrodu. Posia­dłość była stara, kosz­towna i zadbana.

Salon też o tym świad­czył. Sześć­dzie­się­cio­me­trową otwartą prze­strzeń wypeł­niały cięż­kie skó­rzane meble, roz­miesz­czone na wzo­rzy­stych, bez wąt­pie­nia kosz­tow­nych kobier­cach. Wszystko tutaj świad­czyło o finan­so­wym suk­ce­sie wła­ści­cieli. Wypo­sa­że­nie salonu sta­no­wił mię­dzy innymi wie­kowy kre­dens wypeł­niony por­ce­laną, na pewno cenną, i wie­loma pomniej­szymi bibe­lo­tami, a zza otwar­tego, sze­ro­kiego przej­ścia prze­świ­ty­wał masywny dębowy stół z rzeź­bio­nymi nogami i roz­miesz­czone wokół niego tapi­ce­ro­wane krze­sła do kom­pletu. Wiel­kie lich­ta­rze usta­wione na gigan­tycz­nym kamien­nym kominku wyglą­dały na srebrne i zostały wypo­le­ro­wane na błysk. Nawet w dzień odbi­jały świa­tło. W prze­ci­wień­stwie do nich obrazy wiszące na ścia­nach je pochła­niały. Ogromne, mroczne sceny przed­sta­wiały polo­wa­nia, mar­twe natury, sceny bata­li­styczne i biblijne. Były też dwa por­trety, zapewne gospo­da­rze suge­ro­wali w ten spo­sób wie­lo­wie­kową cią­głość rodu. Mie­liby to być ich przod­ko­wie? Wąt­pliwe, bo rodzina doro­biła się na prze­krę­tach w głę­bo­kim PRL, a potem spryt­nie wyko­rzy­stała moż­li­wo­ści cha­osu pry­wa­ty­za­cyj­nego w okre­sie ostat­niej trans­for­ma­cji ustro­jo­wej.

Przy mniej­szym, niż­szym stole kawo­wym, rów­nież rzeź­bio­nym, w głę­bo­kim fotelu ze szla­chet­nie poprze­cie­ra­nej skóry sie­działa kobieta. Sce­nie odpo­wia­da­łaby kry­no­lina pysz­nie ozdo­biona marsz­cze­niami, fal­ba­nami i kokar­dami - ale nie. Miała na sobie pro­stą suk­nię z cien­kiej wełny, uszytą na miarę, dys­kret­nie poły­sku­jący per­łowy naszyj­nik zdo­bił jej dekolt. Sie­dząca nawet buty na sze­ścio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach miała pod kolor. Trzy­mała w ręku kartkę, w którą wpa­try­wała się roz­sze­rzo­nymi oczami. Otwar­tymi ustami łapała spa­zma­tycz­nie powie­trze, jakby miała polipy nie tylko w nosie, ale też w gar­dle.

Po pomiesz­cze­niu ner­wowo cho­dził męż­czy­zna. Ubrany rów­nież ele­gancko i z klasą - gar­ni­tu­rowe, brą­zowe spodnie w kant, kami­zelka do kom­pletu i błę­kitna koszula. Wize­ru­nek zakłó­cał roz­pięty na dwa guziki koł­nie­rzyk i brak kra­wata. Wypa­sto­wane na błysk, brą­zowe buty cicho skrzy­piały przy każ­dym kroku. Zało­żył ręce za plecy i gdy prze­szedł pomiesz­cze­nie ósmy raz, przy­sta­nął tuż przy oknie. W końcu odwró­cił się, wyraź­nie wzbu­rzony.

- Nie mamy wyj­ścia, Kry­siu - oznaj­mił. - Musimy cze­kać.

- Maria­nie, zapła­cimy im, prawda? - ode­zwała się kobieta pro­sząco.

- Za mojego wnuka każde pie­nią­dze! - powtó­rzył twardo. - Jeśli jeste­ście pań­stwo pewni, przy­go­tu­jemy ope­ra­cję - ode­zwał się męż­czy­zna, który do tej pory ukry­wał się w cie­niu dru­giego fotela, odwró­co­nego tyłem do okna. - Gdy pory­wa­cze okre­ślą warunki prze­ka­za­nia okupu, zadzia­łamy.

- Rób­cie, co trzeba - rzekł gospo­darz.

- Nie wiem, czy powin­ni­śmy anga­żo­wać poli­cję - powie­działa kobieta, gdy ofi­cer opu­ścił pomiesz­cze­nie. - Oni tu piszą, żeby nie powia­da­miać...

- Za późno - prze­rwał jej obce­sowo mąż. - Teraz musimy liczyć na nich, na gliny. Wszyst­kie inne moje kon­takty zawio­dły. Nikt nic nie wie! Nikt się nie przy­znaje. Jak się dowiem, kto to, gołymi rękami pode­rżnę gar­dło.

- Zawsze twier­dzi­łeś, że zała­twisz wszystko! Że to mia­sto nie ma dla cie­bie tajem­nic! Że znasz każ­dego i każ­dego możesz opła­cić!

Męż­czy­zna odwró­cił się, zaci­snął wargi i pię­ści.

- Czasy się zmie­niły! Nie­stety, kie­dyś mogli­śmy wszystko. Teraz już znacz­nie mniej.

Kobieta wstała.

- Pójdę spraw­dzić, co się dzieje w kuchni. Dzi­siaj już nie można pole­gać na służ­bie.

- Kry­styno - powie­dział, odwra­ca­jąc się, po czym zawie­sił głos.

Kry­styna, z ręką na mosięż­nej klamce, unio­sła pyta­jąco brwi.

- Popro­szę o szklankę wody z cytryną.

Kiw­nęła głową i naci­snęła klamkę.

- Albo nie - rzu­cił. - Niech uzu­peł­nią karafkę z bur­bo­nem. Ci poli­cjanci... wszystko wypili.

- Poli­cjanci? - zapy­tała odru­chowo. - Ach tak. Poli­cjanci.

Wyszła z pomiesz­cze­nia.

Marian Kra­kow­ski usiadł w fotelu i oparł głowę na dło­niach. Poli­cjanci nic nie wypili. Byli na służ­bie i nawet mru­gnię­ciem oka nie reago­wali na oferty napeł­nie­nia szkla­nic. To on, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie dla sie­bie, osą­czył karafkę. Po raz kolejny ana­li­zo­wał, komu mógł się nara­zić. Lista była długa. Począw­szy od jego ojca, w cza­sach jakże nie­słusz­nie minio­nych waż­nego par­tyj­niaka. Wła­ści­wie trudno byłoby nawet powie­dzieć, jakie dokład­nie peł­nił funk­cje, było ich tak wiele. Zawsze jed­nak robił pie­nią­dze, nie­jako przy oka­zji. Boga­cił się z roku na rok, loku­jąc mają­tek przede wszyst­kim w ziemi i nie­ru­cho­mo­ściach. Po trans­for­ma­cji kilka z nich oka­zało się nie­tra­fio­nymi inwe­sty­cjami, ale to był nie­wielki pro­cent. Więk­szość przy­nio­sła ogromne zyski. Poza tym zało­żył kilka zagra­nicz­nych kont, kupił tro­chę zło­tego kruszcu. Ojciec zosta­wił Mariana z zaso­bami pozwa­la­ją­cymi na dostat­nie życie przez kilka poko­leń.

Na pewno naro­bił sobie wro­gów.

Poza tym sam Marian w cza­sie swo­jej dzia­łal­no­ści... Cóż, róż­nie bywało. Nie o wszyst­kich, nazwijmy to, anta­go­ni­stach powie­dział zresztą poli­cji. Nie do wszyst­kiego mógł się przy­znać. Dla­tego uru­cho­mił swoje kon­takty. Bez­sku­tecz­nie. Nie pomo­gły obiet­nice sowi­tej nagrody, zapo­mnie­nia win, zako­pa­nia wojen­nego topora, nic. Żad­nego śladu chłopca. Nikt nic nie wie­dział, co wpra­wiało męż­czy­znę w kom­pletną kon­ster­na­cję.

Wal­nął pię­ścią w sto­lik i okra­sił gest solid­nym prze­kleń­stwem.

- Wszystko rozu­miem, ale porwa­nie dziecka? - powie­dział do sie­bie.

Dopiero po trzech dniach dostali list od pory­wa­czy. Ano­ni­mowy. Nic z niego nie wyni­kało, poza tym, że to upro­wa­dze­nie. Kazali im cze­kać na kolejny list i nic nie robić. Marian zasta­na­wiał się, czy dobrze zro­bił, że wcią­gnął w to poli­cję. Zło­żył zawia­do­mie­nie dopiero wczo­raj, dwa dni po znik­nię­ciu chłopca, kiedy wszystko inne zawio­dło.

Czy nie zaszko­dził w ten spo­sób wnu­kowi?

Antoś miał osiem lat i był oczkiem w gło­wie całej rodziny. Marian i Kry­styna mieli tylko jed­nego syna, Seba­stiana, a on tylko jed­nego syna. Anto­niego. Wnuk musiał mieć - i miał! - wszystko, co naj­lep­sze. A teraz? Gdzie był? Głodny? Spra­gniony? Bity? Brudny? Na pewno prze­ra­żony. Marian oddałby wszystko, by móc go w tej chwili przy­tu­lić. Tuż przed wyj­ściem poli­cjanta i Kry­styny Seba­stian wypro­wa­dził z salonu swoją żonę Annę, matkę Anto­sia. Kobieta przez ostat­nie trzy dni pła­kała, w końcu zasła­bła. Teraz więc Marian został w salo­nie sam. Wstał i się­gnął po tele­fon leżący na komo­dzie. Wybrał jeden z ostat­nich nume­rów. Wła­śnie z tym roz­mówcą od wczo­raj łączył się naj­czę­ściej.

- Niech pan przyj­dzie - powie­dział tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Do salonu wsu­nął się poli­cjant w cywilu. Wła­ści­wie nic nie wska­zy­wało na funk­cjo­na­riu­sza, może poza wypro­sto­waną syl­wetką, ener­gicz­nym kro­kiem i cha­rak­te­ry­stycz­nym dla mun­du­ro­wych ska­no­wa­niu oto­cze­nia. Marian po pro­stu wie­dział, że to poli­cjant, nie musiał się niczego domy­ślać. - Może jed­nak powin­ni­śmy zmie­nić postę­po­wa­nie - zaczął. Poli­cjant spoj­rzał na niego pyta­jąco. - Pory­wa­cze pole­cili, żeby nie anga­żo­wać poli­cji - cią­gnął. Ofi­cer nie odpowie­dział. - Nic pan nie powie?

- Nie było pyta­nia.

- Powin­ni­śmy zmie­nić tryb postę­po­wa­nia. Zostaw­cie tę sprawę. Kiedy przy­ślą żąda­nie okupu, po pro­stu zapłacę i odzy­skam wnuka.

- To dalej nie było pyta­nie, ale usiądźmy. Panie Maria­nie, jest pan doświad­czo­nym czło­wie­kiem. Rozu­miem, że jest pan zdez­o­rien­to­wany i chciałby dzia­łać jak naj­szyb­ciej, cho­ciażby na wła­sną rękę. Pro­szę jed­nak pozo­sta­wić to służ­bom. Doświad­czeni funk­cjo­na­riu­sze naj­le­piej wie­dzą, co w takiej sytu­acji robić. Poza tym... - Męż­czy­zna zawie­sił głos.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki