Odwet - Vincent V. Severski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

| 1 |

To miało być ważne spotkanie, a właściwie decydujące, chociaż nieformalne. Dlatego umówili się na kolację w restauracji hotelu El Djezair. Nie ma w Algierze lepszego miejsca na takie spotkanie - uważał Waldemar Zenonik, od trzech miesięcy nowy przedstawiciel Polskiego Koncernu Zbrojeniowego w Algierii.

Generał Ahmed Al-Burgiba miał przekazać stronie polskiej ostateczną decyzję władz algierskich w sprawie zakupu pięćdziesięciu transporterów opancerzonych. Negocjacje, z wręczaniem potężnych łapówek algierskim wojskowym włącznie, prowadził wcześniej Piotr Korczyk, ale od dłuższego czasu zarząd PKZ podejrzewał, że nie działa on w interesie firmy i sprzedaje informacje Rosjanom z ROSorużyja, sabotując kontrakt za obfite wynagrodzenie w euro.

Zenonik nie był doświadczonym handlowcem i wszyscy nawet uważali, że jest słabym negocjatorem, jednak to on wykrył podwójną grę Korczyka. A najważniejsze, że był oficerem polskiego wywiadu, więc jego lojalności i uczciwości nie kwestionowano. O tym, kim jest człowiek oficjalnie skierowany do koncernu przez Ministerstwo Gospodarki, wiedział jedynie prezes zarządu, który sam pracował kiedyś dla wywiadu wojskowego. Inni tylko się domyślali, ale nic nie mówili.

Podejrzenia wobec Korczyka były bardzo poważne, dlatego w sprawę zaangażowany został kontrwywiad ABW. Oprócz sfinalizowania kontraktu, który miał zadecydować o przyszłości PKZ, Zenonikowi przyszło także prześwietlić aktywność Korczyka w Algierii. Spotkanie z Al-Burgibą było zatem dobrą okazją do zweryfikowania podejrzeń. Generał cierpiał na typową tutejszą słabość i Zenonikowi pozwolono ją wykorzystać na ostatnim etapie negocjacji. Położył więc na stoliku przy drzwiach grubą niebieską kopertę z metalowym spinaczem, w której znajdował się pakiet nowych banknotów o nominale pięciuset euro.

Waldemar Zenonik był pięćdziesięcioletnim mężczyzną średniego wzrostu, ze sporą nadwagą i owalną twarzą ozdobioną okularami plus pięć, dużymi uszami i gęstymi blond włosami zaczesanymi gładko do tyłu. Podszedł do lustra i sprawdził, czy dobrze wygląda. Miał na sobie żółtą koszulę z krótkimi rękawami i jasnobeżowe spodnie chino z cienkim paskiem nieco unoszącym obwisły brzuch. Wsunął stopy w brązowe mokasyny i stanął bokiem. Wciągnął brzuch, wstrzymał powietrze, po chwili wypuścił i z dezaprobatą pokręcił głową.

Kurwa, jest trzydzieści pięć i wilgotność dziewięćdziesiąt dwa - pomyślał i zawołał po francusku:

- Yacef! Za dziesięć minut jedziemy. Wyprowadź samochód i nie zapomnij włączyć klimatyzacji.

Dom, który wynajął jeszcze Korczyk, należał kiedyś do pewnego francuskiego pułkownika, oprawcy powstańców z Kasby. Miał dwa wysokie piętra i ponad trzysta metrów kwadratowych powierzchni, wyłożonych brązową terakotą i kolorową majoliką. Głos odbijał się od ścian i wzmocniony szukał drogi ujścia. Dlatego mówiło się, że to dom bez tajemnic, bo nawet szept słychać było w każdym zakamarku. Mimo zapachu stęchlizny Zenonik czuł się w nim dobrze i bezpiecznie. Kiedy kładł się do łóżka i gasił światło, wydawało mu się, że słyszy nawet, jak po ścianach przemykają gekony. Na wszelki wypadek jednak spał z nożem kukri pod poduszką kupionym na bazarze w Chéraga pierwszego dnia po przyjeździe.

- Dobrze, proszę pana - doleciał z kuchni na parterze zachrypnięty głos Yacefa. - Już wyprowadzam - dodał, ale nawet nie drgnął i gapiąc się w telewizor, dalej siorbał herbatę.

Zenonik zmienił zdanie. Wyjął z szafy drugą koszulę, w białe prążki i z kieszeniami na piersi. Tym razem wyłożył ją na spodnie i z satysfakcją stwierdził, że teraz wygląda znacznie lepiej. Do brązowej aktówki włożył kopertę z pieniędzmi, notatnik i telefon. Poszedł jeszcze do łazienki opróżnić pęcherz, bo czas jazdy przez Algier o tej porze trudno było wyliczyć. Yacef, jego kierowca i ochroniarz, były policjant, poradził mu na samym początku, żeby tak robić, i Zenonik nieraz pożałował, że go nie posłuchał.

Wyjechali za bramę. Yacef ostro skręcił w prawo i dodał gazu, jakby kogoś gonił. W willowej dzielnicy Chéraga ruch był niewielki, więc mógł sobie na to pozwolić, ale za chwilę miało się to zmienić.

Pokonali dwa kilometry i samochód utkwił w korku na placu du 1 Mai.

Zenonik zajmował tylne siedzenie. Rozglądał się leniwie wokół, ale w pewnej chwili zauważył, że Yacef nerwowo spogląda w lusterka.

- Co się dzieje? - zapytał i popatrzył do tyłu.

- Mamy towarzystwo - odparł Yacef. - Niech pan się nie ogląda - dodał.

- Skąd wiesz? Widzisz w takim korku? Który to... - Zenonik znów się obejrzał.

- Biały peugeot... jest dwadzieścia metrów za nami. Tylko z kierowcą.

- Pewny jesteś? Może to ktoś od generała. Sécurité... - Zenonik się zaniepokoił.

- Nie. Jedzie za nami, odkąd wyjechaliśmy z domu, ale to nie jest nasz... to nie Algierczyk, prowadzi nie tak jak my. To zawodowiec. Znam się na tym. - Yacef był spokojny, a jego oczy pracowały intensywnie. - Niech się pan tak nie ogląda! - powtórzył ostro. - Wszystko jest pod kontrolą. Spokojnie. - Dotknął dłonią marynarki, pod pachą miał pistolet.

- Terrorysta? GIA? - zapytał Zenonik z udawaną obojętnością, ale głos mu się załamał.

- Może, ale na pewno nie stąd.

Yacef wyciągnął komórkę i natychmiast z kimś się połączył. Rozmawiał kilkanaście sekund po arabsku, po czym odłożył telefon na siedzenie obok.

Zenonik trochę się uspokoił.

- Jadę na spotkanie z generałem, więc wiesz, Yacef, nic się nie może...

- Wiem, proszę pana. Znam swoje obowiązki.

Zenonik zaczął się poważnie zastanawiać nad sytuacją. Przez moment pomyślał nawet, że to Yacef próbuje coś zainscenizować, żeby podnieść w jego oczach swoją wartość. Przed wyjazdem koledzy z Agencji Wywiadu, którzy znali Algierię, ostrzegali go przed takimi zagraniami miejscowych, ale Zenonik czuł wyraźnie, że Yacef nie kręci. Był policjantem i walczył z GIA, więc nie był ani tchórzem, ani cwaniakiem. A jeśli śledzili ich islamiści, to i on był w niebezpieczeństwie.

Była dwudziesta dziesięć, kiedy dotarli do hotelu El Djezair. Zenonik wysiadł, rozejrzał się uważnie i szybkim krokiem wszedł do westybulu. Było pusto. Minął fontannę ozdobioną mozaiką przedstawiającą dwa pawie i wyszedł na taras.

Generał Ahmed Al-Burgiba miał na sobie białą koszulę z długimi rękawami. Siedział rozparty przy stoliku z nogą założoną na nogę, nerwowo poruszając stopą, i palił cygaro. Na tarasie było jeszcze kilka osób. Parę metrów od generała stało dwóch ochroniarzy. Kiedy tylko Zenonik wszedł, generał uniósł dłoń z cygarem, jakby chciał pokazać, gdzie jest, chociaż trudno było go nie zauważyć.

Zenonik od razu spostrzegł, że generał jest w dobrym nastroju, a to wróżyło bliską finalizację kontraktu. Mimo to nie mógł przestać myśleć o obserwacji, którą wyłapał Yacef. Wprawdzie udało im się zgubić białego peugeota, ale niepokój pozostał. Coś się dzieje - pomyślał Zenonik i doszedł do wniosku, że musi szybko zmienić mieszkanie.

- Witam, panie generale - zaczął, patrząc Al-Burgibie prosto w głęboko osadzone czarne oczy, jakby chciał zapytać, czy to jego człowiek śledził go przed chwilą.

- Witam pana - odparł generał, podając rozmówcy mocną dłoń. Drugą, w której trzymał cygaro, wskazał wolne krzesło. - Piękny wieczór, prawda? Czego się pan napije? - Gestem przywołał kelnera.

- Szkockiej - odparł Zenonik.

- Kolację zjemy w środku... tu jest chłodniej.

- Oczywiście.

- Mam dla pana dobre wiadomości, ale... jest małe ale... - Generał uśmiechnął się i pod wielkimi czarnymi wąsami błysnęły białe zęby.

- Jestem przygotowany na każde ale - wtrącił z delikatnym uśmiechem Zenonik i położył dłoń na aktówce.

- To niezwykłe, jak efektywnie robi się z panem interesy. - Generał dmuchnął dymem z cygara. - W takim razie co mogę dla pana jeszcze zrobić, nim zasiądziemy do kolacji?

- Mam kilka pytań o swojego poprzednika. To delikatna sprawa. - Wyjął kopertę i położył na stoliku.

Generał zważył ją wzrokiem. Wyglądał na usatysfakcjonowanego.

- Przecież pana Korczyka już nie ma. Słyszałem nawet, że już u was nie pracuje. Więc...

- To prawda, ale chcemy uporządkować po nim scenę... sam pan rozumie... na przyszłość, żeby nasza współpraca dalej tak dobrze się rozwijała. Ale nie wszystko wygląda tak, jak się spodziewaliśmy. - Przesunął kopertę w stronę generała. - Więc?

- Myśli pan, że pracował dla konkurencji? - zapytał Al-Burgiba, obracając cygaro w palcach. - Hm, zapewne dobrze pan myśli. Podejrzewaliśmy go od początku i dlatego... - Schował kopertę do aktówki, która stała na podłodze, oparta o nogę stołu. - Pan Korczyk nie wywiązywał się wobec nas ze zobowiązań, które uzgodniliśmy w Warszawie, i... jak by to powiedzieć... - pociągnął z cygara i wypuścił cieniutką strużkę dymu - przywłaszczył sobie nie swoje pieniądze. Jednym słowem, chciał nas skierować wprost w objęcia Rosjan. Jeśli pan sobie życzy, możemy dać na to dowody. Kontrakt podpiszemy, ale straty spowodowane przez pana Korczyka powinny być pokryte.

- Ależ oczywiście będą! - Zenonik uśmiechnął się, bo uzyskał dokładnie to, czego chciał, i było jasne, że generał wycisnął od Rosjan, ile się dało, a teraz weźmie jeszcze raz od Polaków. - To... bardzo bym prosił o te dowody, panie generale. A teraz przejdźmy do naszej sprawy. Wygląda na to, że w ciągu miesiąca będziemy gotowi z załadunkiem, więc i transportery muszą być opłacone.

Był bardzo zadowolony, bo doskonale wiedział, jaka jest prawda. Algierskie służby miały Korczyka pod kontrolą. I nic dziwnego. Gdybym był na ich miejscu, też bym tak zrobił - pomyślał z satysfakcją. I nagle do niego dotarło, że obserwacja, która za nim jechała, musiała być z Sécurité i że była to mistyfikacja obliczona na zmiękczenie Polaków przed podpisaniem kontraktu oraz zachęta do wypłacenia zaległych łapówek. Przecież Yacef jest na kontrakcie służb algierskich i musiał brać w tym udział. Wszystko nagle nabrało sensu i Zenonik poczuł, że mocno przesadził w swoich obawach.

I pewnie nie było żadnego białego peugeota... Yacef, ty oszuście, pięknie to zagrałeś. Ach... ci Arabowie! - pomyślał, nieco rozbawiony tym oczywistym odkryciem, i uśmiechnął się do generała. Zrezygnował z pytania o to, kto go dzisiaj śledził, a nawet się ucieszył, że jest pod opieką algierskiej armii.

- To co? - Al-Burgiba podniósł się z krzesła. - Zaprasza mnie pan na kolację? Jestem głodny, a pan?

- Oczywiście, panie generale. Ja też, i jak rozumiem, kontynuujemy miłe zakończenie negocjacji?

- Ależ oczywiście, panie Zenonik... oczywiście. - Generał położył cygaro w popielniczce.

| 11 |

Szef Hafner zadzwonił do majora Wacława Sokolnika, naczelnika Wydziału XVII, i zapowiedział wizytę pułkownika Leskiego, polecając jednocześnie, by udzielił mu wszystkich informacji na temat zdarzenia w Algierze.

Roman wyszedł z gabinetu szefa i od razu zjechał na drugie piętro.

Podpułkownik Sokolnik, zwany Oko, czekał już w swoim sekretariacie, przestępując z nogi na nogę w butach za tysiąc złotych. Zawsze chodził w granatowym garniturze z poszetką, białej koszuli i z bordowym krawatem ze spinką w kształcie czołgu. Wysportowany, wypachniony dobrą wodą kolońską i modnie przystrzyżony starał się wyglądać jak prawdziwy handlarz bronią. Tak przynajmniej wydawało mu się na podstawie obserwacji środowiska, w którym się obracał. Sokolnik miał o sobie wysokie mniemanie, co podkreślał, mówiąc: "Mam na to oko".

To była pierwsza wizyta Leskiego w Wydziale XVII, odkąd Sokolnik został naczelnikiem, i od razu w tak dramatycznych okolicznościach. Dlatego nawet Oko, który chciał uchodzić za prawdziwego twardziela, musiał zmięknąć. W końcu Wareg był też jego przyjacielem. Ale już samo to, że szef zapowiedział wizytę Leskiego tak wcześnie, wróżyło dodatkowe kłopoty i Oko zaniepokoił się jeszcze bardziej.

Oficjalnie Wydział XVII zabezpieczał operacyjnie interesy polskiego przemysłu zbrojeniowego za granicą i śledził poczynania obcych koncernów w Polsce. W rzeczywistości oficerowie w Centrali i firmach przykryciowych realizowali wszystko to, co nie mieściło się w normach biznesowych i było poza prawem. Handel bronią, technologiami wojskowymi, dual-use'ami był najdroższym biznesem świata i najbardziej niebezpiecznym, bo wbrew pozorom nie było w nim żadnej ideologii, obowiązywały tylko bezwzględne zasady prawa i pięści. Nie wchodziły w grę żadne normy etyczne, przyjaźń ani litość. Liczył się tylko interes kraju, pojmowany czasem bardzo osobiście.

Roman znał zasady, bo z tej mętnej wody czasami musiał wyławiać skołowane płotki, które natychmiast zastępowano nowymi, ale tak było wszędzie na świecie.

- Zapraszam, panie pułkowniku. - Sokolnik szerokim, nieco teatralnym gestem wskazał otwarte drzwi do swojego gabinetu. - Kawy? - zapytał, ale Leski pokręcił głową. - Straszna sprawa - oznajmił, zanim usiedli. - Jestem załamany. Waldek był moim przyjacielem. Jak to możliwe?

- Oficer polskiego wywiadu zginął za granicą - zaczął Roman, kiedy tylko usiadł. - Mamy sytuację nadzwyczajną. Nieprawdaż? Co pan na to?

- Co ja na to? - powtórzył zaskoczony Sokolnik. - Nie rozumiem.

- Dlaczego zginął? Nie podejrzewa pan czegoś?

- Według depeszy Tuarega to wygląda na robotę Al-Kaidy. Oni mają jeden powód, by zabijać chrześcijan. Co tu filozofować? Zresztą zajmie się tym nasz WBW i policja algierska, wtedy wszystko będziemy wiedzieć. Potrzebne jest normalne śledztwo.

- Czy Waldemar Zenonik zajmował się korumpowaniem miejscowych decydentów? - zapytał Leski wprost.

- Wie pan, pułkowniku, my tak tego nie określamy. My to nazywamy prowizją. Wspieramy polski biznes i nasz przemysł, dostosowując się do lokalnych warunków i konkurencji. To czasami wymaga działań niestandardowych, ale wszystko jest robione za zgodą naszych władz.

- Zenonik był w Algierze od niedawna, prawda?

- Od trzech miesięcy...

- A kto to jest Alibaba?

- To generał Al-Burgiba, szara eminencja reżimu. Wszystko może. Odpowiedzialny ze strony armii algierskiej za zakup naszych transporterów. Duży kontrakt...

- Czyli Wareg nie zdążył poinformować, jak i czy w ogóle to spotkanie się odbyło?

- No... tak... właśnie tak było. Dlatego rezydent się zaniepokoił.

- To było jakieś szczególne spotkanie z generałem czy rutyna?

- No... to było bardzo ważne spotkanie, bo mieliśmy się dowiedzieć, czy nasza oferta została ostatecznie zaakceptowana. Od miesięcy nad tym pracujemy. Poprzednik Waldka Piotr Korczyk był w kieszeni u Rosjan, którzy wystawili konkurencyjną ofertę i chcieli nas wyprzeć z rynku. To Waldek, jak jeszcze pracował w centrali PKZ, ustalił, że Korczyk jest nielojalny. Zresztą kontrwywiad ABW założył na niego sprawę i jest teraz rozpracowywany. Waldek miał dokończyć rozmowy z Algierczykami i zdobyć dowody na zdradę Korczyka.

- Czyli z tym spotkaniem wiązano duże nadzieje, czyż nie? - Roman wyraźnie się zainteresował. - Więc może śmierć naszego oficera nie ma związku z dżihadem.

- To odważne postawienie sprawy, panie pułkowniku - obruszył się Sokolnik. - Kogo pan podejrzewa? - zapytał z lekką ironią. - Rosjan, bandytów, algierskie służby? Kogo?

- Nie wiem, myślę na głos.

- Na tym spotkaniu Waldek miał dać generałowi pierwszą ratę prowizji... pięćdziesiąt tysięcy euro...

- Na razie nie wiemy, czy ją dał, tak? - dopytywał się Roman.

- No nie... ale to wyjdzie.

- A kto to jest ten Yacef?

- To kierowca i ochroniarz Waldka, zatrudniony jeszcze przez Korczyka. Mieszkał razem z nim i jego rodziną, potem został z Waldkiem. Porządny człowiek... podobno.

- A skąd się wziął? Ktoś go polecił? Dał mu rekomendacje? - dociekał Roman. - W końcu to praca u obcokrajowca zajmującego się handlem bronią. Musiał być ze służb.

- Oczywiście! - ożywił się Sokolnik. - Dokładnie teraz nie pamiętam, ale to były policjant z jakichś oddziałów specjalnych, walczył z GIA w latach dziewięćdziesiątych. Miał pozwolenie na broń. Waldek nie narzekał i rezydent też nie miał żadnych zastrzeżeń. Jak pan sobie wyobraża, że kogo mieliśmy zatrudnić... ochroniarza z BOR-u?

- Ależ skąd! - przyznał szczerze Roman. - Nie mam żadnych uwag, chcę się tylko zorientować, co się właściwie stało. Zginął nasz kolega.

- Mój przyjaciel - dodał natychmiast Sokolnik, ale nie zabrzmiało to przekonująco.

- Obraz zdarzenia jest nieco skomplikowany. Nie uważa pan?

- No wie pan, panie pułkowniku. Pracujemy w wywiadzie, i to na trudnym odcinku, więc nigdy nic nie jest proste, jednak w tym wypadku poczekajmy na jakieś bardziej szczegółowe informacje od policji algierskiej. Jestem przekonany, że z uwagi na ofiary zajmą się tym solidnie. Zobaczy pan, że rzeczywistość jest prostsza, niż na to wygląda.

- Możliwe, że ma pan rację. Nie przeczę. - Prawdę mówiąc, Roman też tak sądził. - Czy ktoś z pana wydziału będzie w komisji?

- Z pewnością, o ile szef taką powoła. Pewnie zaczeka na powrót zastępcy i Gerber ze Stanów.

- Dobrze - rzucił krótko Leski i podniósł się z fotela. - W razie potrzeby jestem do dyspozycji. Chętnie pomogę, chociaż w poniedziałek zaczynam urlop i wyjeżdżam.

- Będę pamiętał, panie pułkowniku - zapewnił Sokolnik, odprowadzając Leskiego do drzwi.

Roman opuścił Wydział XVII i zszedł na parter. W dyżurce ochrony, wpatrując się w monitory, siedział Staszek. Natychmiast zorientował się, że w holu stoi Roman i czeka na niego. Wyszedł na zewnątrz. Stanęli za filarem, niewidoczni dla przechodniów, chociaż wokół i tak nie było nikogo.

- Muszę się dostać dzisiaj do pokoju Gerber, ale nikt nie może mnie tam zobaczyć... a jakiś pracownik jej wydziału może się niespodziewanie pojawić - zaczął Leski. - Ile pokoi jest w śluzie?

- Osiem - odparł zdecydowanie Staszek. - Ciężka sprawa, bo ktoś może siedzieć po godzinach, chociaż po jedenastej... - wydął usta - mało prawdopodobne. Oni tam nie robią nadgodzin za frajer. - Przerwał na chwilę i dodał: - Dobrze. Zrobimy tak. Najpierw sprawdzę, czy ktoś nie siedzi po godzinach. Na dziesięć minut zablokuję śluzy przeciwpożarowe, żeby nikt nie wszedł. Czasem same się włączają. - Puścił oko do Romana. - Coś szwankuje w systemie...

- Przynajmniej na dwadzieścia minut - wtrącił Roman.

- Trochę długo. - Staszek się skrzywił. - Zwykle odblokowujemy w ciągu pięciu, więc... zostanie ślad i ochrona... - Spojrzał na Romana, który bez słowa i z delikatnym uśmiechem wpatrywał mu się w twarz. - Piętnaście minut i ani chwili dłużej.

- Zgoda. - Roman podał mu dłoń. - I nie zapomnij o kamerach. Kto ma dzisiaj dyżur na dole?

- Olek. Będzie dobrze. Biorę go na siebie.

- To jesteśmy w kontakcie. - Roman klepnął Staszka w ramię i ruszył korytarzem w stronę windy.

Kiedy wrócił do swojego pokoju, dochodziła dziesiąta.

Usiadł w fotelu i zaczął się zastanawiać, czym powinien się teraz zająć, co powinien zrobić w pierwszej kolejności, o czym pomyśleć. Świadomość zbliżającego się wyjazdu w Bieszczady powodowała, że był trochę podenerwowany, więc nie mógł się wystarczająco skupić. Nawet śmierć oficera w Algierze nie przykuła jego uwagi tak, jak powinna. Aż sam się zdumiał. To było dziwne, bo rozmowa z Sokolnikiem, chociaż krótka, jednak była ciekawa, a właściwie niepokojąca - pomyślał. Może rzeczywiście sprawa jest prozaicznie prosta, ale ta śmierć ma tyle dwuznacznych konotacji. Jakby tkwiła w niej jakaś tajemnica.

Obrócił się w fotelu i spojrzał na Ambasadorów.

- Mam się tym zająć? - zapytał na głos. - Ale przecież nie zdążę zrobić tego do wyjazdu... no i raport w sprawie Rubeckiego na piątek. - Wstał i podszedł do obrazu. - A jednak coś mi się w tym wszystkim nie podoba. - Spojrzał najpierw na Georges'a, po chwili przeniósł wzrok na Jeana, uśmiechnął się do nich, a oni do niego. Przeciągnął palcem po ramie. Zebrał kurz i strzepnął go na ziemię. - Je vous remercie infiniment, Excellences!

Więc co? Agencja poradzi sobie beze mnie, prawda? Sprawę na pewno poprowadzi Maria Gerber, pomoże jej naczelnik Sokolnik i powinno być dobrze. W końcu oboje to doświadczeni oficerowie, a to wystarczająca rekomendacja.

| 12 |

Dima wrócił na Powiśle w ciągu kilku minut. Tymczasem Monika wyszła już z budynku i zajęła miejsce na przystanku autobusowym, skąd mogła kontrolować bramę po drugiej stronie ulicy.

Dima zaparkował samochód pięćdziesiąt metrów dalej i w lusterkach obserwował Monikę.

Przez dziesięć minut milczeli.

Pierwsza odezwała się znudzona Monika.

- Mogliśmy wziąć na robotę naszego nowego kolegę.

- Lutka? - odparł Dima. - Według tego, co opowiedział Roman, wygląda na doświadczonego. Przydałby się na pewno.

- Dobrze, że ktoś taki do nas dołączy.

- Też tak myślę - potwierdził Dima. - Ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy kiedyś zostali bez taty. To takie absurdalne... nierealne... Nie sądzisz?

- Też tak myślę. - Monika skopiowała Dimę. - Ale nie rozmawiajmy o tym teraz. Nie chcę się denerwować. Poznamy dzisiaj Lutka i zobaczymy, jak wygląda w realu, a wtedy... - Urwała. - Wyszedł! Widzisz go?

- Widzę - potwierdził Dima.

Z bramy wyszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z laską. Miał na sobie ciemnozieloną koszulkę polo i beżowe spodnie chino. Zatrzymał się przy krawężniku, jakby chciał oznajmić - oto jestem. Włożył przeciwsłoneczne okulary, rozejrzał się w lewo, trochę dłużej w prawo, odczekał jeszcze chwilę i wolnym krokiem, lekko utykając, ruszył w kierunku ulicy Rozbrat.

- Sprawdził się. Ma to w genach - rzucił Dima.

- Wiedziałeś, że chodzi o lasce? - zapytała Monika.

- Tak... w jego teczce było, że ma grupę inwalidzką, i chyba zauważyłem w telewizji, ale...

- A ja nie wiedziałam. Młody facet z laską? Dziwne, nie? Nie przeszedł rehabilitacji?

- No... jakoś tak specjalnie nie utyka - rzucił Dima. - Ruszam... - Wyjechał z parkingu i zaczął powoli posuwać się w kierunku Rozbrat.

- Idę za nim - dodała Monika. - Będzie nam łatwiej. Chodzi powoli...

- Byle nie jeździł szybko.

Oboje się zaśmiali.

- Dostojny jest z tą laską ten nasz bohater, nie sądzisz? - zapytała Monika z widoczną sympatią.

- Coś w tym jest... - Dima urwał i po chwili dodał: - Nooo... owszem... i taki ewidentny dowód etosu bohatera rannego w służbie...

- W punkt! - wtrąciła Monika. - Działa sto razy mocniej niż cała pierś medali i gęba pełna ojczyzny...

- Kładzie każdego przeciwnika politycznego takim wizerunkiem, wzbudza dumę i litość. Petarda! Nikt tego nie ma.

- Dobrze mu z tą laską, dodaje mu uroku, może nawet czyni go przystojniejszym... dobrze to działa na kobiety... i laseczka elegancka.

- Widzę jego samochód - przerwał Dima. - Na pewno będzie gdzieś jechał. Podjeżdżam po ciebie.

Rubecki wsiadł do swojego land rovera i zawrócił ostro, wymuszając pierwszeństwo na rowerzyście, który musiał zeskoczyć z siodełka. Dima nie zauważył tego, bo był jeszcze za rogiem, a Monika siedziała z tyłu.

Land rover stał na światłach, kiedy Dima go dogonił. Rubecki jechał powoli, wręcz majestatycznie, jak to określiła Monika. Wyglądał, jakby nie musiał się spieszyć, bo i tak cała ulica należała do niego. Minął Górnośląską i dotarł do Myśliwieckiej. Skręcił w prawo i pojechał pod górę. Dima przyspieszył, żeby go nie zgubić, bo na Pięknej zawsze robił się korek i były odjazdy w Aleje Ujazdowskie. Doszedł go na wysokości ambasady francuskiej. Monika schowała się za Dimą, który założył ciemne okulary. Rubecki na pewno się sprawdzał. Był zbyt dobrym i doświadczonym oficerem, by wyzbyć się tego nawyku.

Na światłach Rubecki wrzucił lewy kierunkowskaz. Dima zdążył się zmieścić za nim, ale w Alejach pozwolił mu odskoczyć kilkanaście metrów. Na placu Na Rozdrożu Rubecki zjechał na lewy pas i skręcił w Agrykolę.

- Ma spotkanie w kawiarni Na Rozdrożu, bo Amaro otwiera dopiero w południe. Nie zjadę za nim, bo mnie wyłapie - rzucił Dima i zatrzymał się przy krawężniku.

Monika błyskawicznie wciągnęła swoją blond perukę i też założyła ciemne okulary. Wyskoczyła na ulicę.

Wiedzieli, co mają robić. Monika przepuściła samochody i kiedy na skrzyżowaniu zapaliło się czerwone światło, przebiegła na drugą stronę Alej. Dima ruszył ostro w kierunku Belwederu. Musiał objechać cały kwartał Urzędu Rady Ministrów i wrócić na plac od Szucha.

- Wszedł do kawiarni - odezwała się po chwili Monika. - Gdzie jesteś?

- Na Szucha... zaraz będę.

- Nie wchodź. Zostań na parkingu. Luźno tu jest i się spalisz.

- Okej.

W sali było pięć osób. Rubecki zajął miejsce zgodnie z zasadami. Miał pod kontrolą całe pomieszczenie i wejście, ale sam nie był wyeksponowany. Piątka z plusem - pomyślała Monika i zajęła miejsce w drugiej sali, skąd miała naturalny widok na Rubeckiego. Nie musiała kręcić głową, ale nie widziała wejścia.

Zamówiła kawę i szarlotkę. Rubecki szybko powiedział coś kelnerce, kręcąc głową, i Monika od razu zrozumiała, że na kogoś czeka. Wyjęła smartfon i uruchomiła aplikację KameraB, którą miała w oprawcę okularów. Położyła je na stoliku tak, by obraz obejmował miejsce, gdzie siedział Rubecki. Sprawdziła widoczność na monitorze. Wszystko działało idealnie. Była dziewiąta czterdzieści pięć.

- Okej. Stoję na parkingu - odezwał się Dima.

- Mam go jak na dłoni. Czeka na kogoś. Umówił się pewnie na dziesiątą, więc dlaczego przyjechał tak wcześnie? Wyjął telefon, dzwoni gdzieś. - Monika mówiła cicho i starała się zasłaniać usta, udając jednocześnie, że szuka czegoś w smartfonie.

Rubecki nie rozglądał się, nie lustrował otoczenia, ale Monika doskonale wiedziała, że i tak panuje nad tym, co się wokół niego dzieje. Ktoś taki jak on robi to zawsze, nawet jak jest na obiedzie u rodziców - pomyślała. Podobał jej się, ale silniejszy był szacunek, jaki dla niego czuła. Wiedziała, że to bardzo powierzchowne uczucia, ale póki życie ich nie zweryfikuje, nie chciała ich odrzucać. Był alternatywą dla Dimy. Przyszło jej nawet na myśl, że właśnie jest idealny moment, by do niego podejść i powiedzieć mu, do czego dyktatorek Bolecki zmusza Agencję. Ale wszyscy oni są po stronie swojego kolegi i jest im bardzo przykro, że muszą to robić. Obserwowała go i zastanawiała się, co by odpowiedział, jak by się zachował, zareagował. I była niemal pewna, że uśmiechnąłby się zwyczajnie i powiedział spokojnym głosem: "Nie ma sprawy, róbcie co trzeba, nie mam nic do ukrycia". Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała, że czasami może sobie pozwolić na odrobinę fantazji. Wiedziała przecież, że nigdy by tak nie postąpiła.

- Podjechało rządowe audi - usłyszała głos Dimy. - Idzie do ciebie gość z dużymi wąsami i w granatowym garniturze.

- Okej... - I po chwili dodała: - Wszedł. Widzę... tak, idzie do naszego.

- Nagrywasz?

- Jasne. Gdzieś go widziałam...

- Też mi się wydaje znajomy.

- Usiedli. No to... czekamy. Może przyjdzie ktoś jeszcze.

- O której Ela cię zmienia?

- O dwunastej.

| 13 |

Nigdy nie było tak, żeby nie miał nic do roboty. Romanowi ciągle się wydawało, że jest z czymś spóźniony. Myślał szybciej, niż potrafił rejestrować fakty. W jego świadomości powstawały wtedy zatory z pytań, jakby wyrastała w niej tama dla strumienia neutronów, które spiętrzone szukały drogi ujścia. To było męczące i nie umiał nad tym zapanować. Każde pytanie tkwiło w jego umyśle jak bolesny cierń, więc organizm bronił się, szukając odpowiedzi.

Tak było i tym razem. Po rozmowie z Sokolnikiem zaczęły zalewać go pytania. W gruncie rzeczy nie miał podstaw do kwestionowania słów naczelnika ani jego poleceń, mimo to coś nie dawało mu spokoju. Kiedy więc pomyślał, że za kilka dni wyjedzie z Warszawy i zostawi ten temat bez odpowiedzi, będzie go to męczyło i nie przeczyta w Bieszczadach żadnej książki.

Z punktu widzenia Al-Kaidy śmierć Waldemara Zenonika nie miała sensu. Chyba że chodziło o tego Algierczyka - pomyślał. Zemsta po latach, kiedy GIA już znikła z frontu walki? Powinni wziąć go jako zakładnika, a nie mordować. Mogli przed kamerami odciąć Algierczykowi głowę albo przynajmniej zostawić to tak, jak zrobili, ale Waldemara zabrać ze sobą. Byłby sporo dla nich wart, a nasi po sprawie Olewskiego zapłaciliby każdą sumę.

- To się nie klei - powiedział na głos.

Odchylił fotel do tyłu, założył ręce za głowę i położył na biurku swoje krótkie nogi w przydeptanych butach z brązowego zamszu.

Tego wieczoru Zenonik miał wręczyć generałowi pięćdziesiąt tysięcy euro łapówki. Nie ma świadków, a generała nawet nie warto pytać, bo teraz na pewno zaprzeczy. Ważny motyw, a nie można go zweryfikować. Wariantów mnóstwo, w tle pieniądze. To zawsze dobrze działa na zabójców. Może coś zaszło między oficerami rezydentury, pokłócili się, chcieli skręcić jakiś interes... Mają w końcu worek pieniędzy. A jeżeli stali za tym ludzie z algierskich służb? Czyli motyw Al-Kaidy musiałby być tylko mistyfikacją, która miałaby przykryć prawdziwy powód morderstwa. Profesjonalny zabójca nie robiłby sobie tyle zachodu z taką improwizacją. To zbyt naiwne. Są przecież znacznie prostsze metody. I na koniec ten Korczyk podejrzany o pracę dla Rosjan. Szpiegostwo czy korupcja? A może motyw osobisty? To najmniej prawdopodobne. Nawet absurdalne.

Roman pomyślał od razu o znalezionej w teczce Zenonika notatce, której nie zdążył przeczytać przed wyjściem do szefa.

Zdjął nogi z biurka i przysunął się do komputera. Otworzył plik Waldemar Zenonik leg. Fijałkowski i po chwili na ekranie pojawił się odręcznie napisany dokument zatytułowany Raport dot. konspiracji rezydentury w Sankt Petersburgu. Sporządzony piętnastego maja 2005 roku, miał trzy strony i podpis rezydenta o pseudonimie "Zeko".

Nie pamiętam... - pomyślał Roman. Zagrożenie dla bezpieczeństwa rezydentury? Zeko...

Przesunął kursor na menu główne kadr i wszedł w zakładkę Pseudonimy. Pojawiła się lista alfabetyczna. Zjechał na sam dół i odnalazł Zeko. Otworzył plik.

- Major Lucjan Barski, legalizacyjne Zimny - odczytał. - Nie pamiętam... Zwolniony ze służby w dwa tysiące piątym? - czytał dalej. - Zaraz... notatkę w sprawie Zenonika napisał jako rezydent, a już w grudniu został zwolniony ze służby? Barski... Barski? Aha... rzeczywiście... tak, teraz pamiętam... Jakaś sprawa defraudacji kasy operacyjnej w rezydenturze w Petersburgu. Tak, tak... A to bardzo ciekawe, bardzo.

Otworzył zakładkę Teczka personalna i przewinął do pozycji Raport. Od razu przeszedł na ostatnią stronę, by zacząć od sprawdzenia, kto jest jego autorem.

- Inspektor WBW porucznik Maria Gerber - z podnieceniem przeczytał na głos. - Znów pani Gerber, jak ją nazywają... zaraz... kwiat, Gerbera... - Roman trochę się zaniepokoił, że nie może sobie przypomnieć. - Aaach... tak! Stokrotka! Ładne - wyrzucił z siebie zadowolony i uśmiechnął się. - Tak ją nazywają najbliżsi. Pewnie dlatego, że Gerber. W końcu... prawie każdy ma tu jakiś nick. Tyle tych służbowych nazwisk, pseudonimów, kryptonimów, że młodzi chcą mieć coś swojego.

Dopiero teraz Roman zdał sobie sprawę, że przecież on sam też musi mieć jakieś przezwisko.

Pewnie Kat, Oprawca albo Inkwizytor... albo Nudny, Gruby, Stary, Krótki...

Był rozbawiony swoim odkryciem, bo nigdy wcześniej o tym nie pomyślał, ale nie poczuł żadnego dyskomfortu, wręcz przeciwnie. Chciałby mieć jakieś przezwisko, bo oznaczałoby to, że jest żywym członkiem ich małej społeczności, że wzbudza jakieś emocje i że nie różni się od innych. A jednak nie miał żadnego nicku, bo prawie nikt w Agencji nie traktował go jak kogoś ze środowiska. Nikt o nim nie wiedział nic na pewno, Roman nie miał żadnych przyjaciół, nie obchodził imienin ani urodzin, ani nie bywał w wydziałach na śledziku. Dlatego wszyscy młodzi nazywali go pułkownikiem Leskim, starsi oficerowie - Romanem Leskim, a szefowie Romanem.

Siedział przed włączonym komputerem i zastanawiał się, czy powinien zagłębić się w tę sprawę. Morderstwo Zenonika, kradzież pieniędzy operacyjnych dokonana przez Barskiego, a między jednym i drugim - porucznik Stokrotka. Miał nieodparte wrażenie, że w tym trójkącie jest jakaś tajemnica, która może tłumaczyć śmierć Warega w Algierze.

Nie zamierzał jednak prowadzić formalnego śledztwa, i to nie tylko dlatego, że nie miał takiego polecenia. Sprawa morderstwa była w kompetencjach WBW, co właściwie powinno wygasić jego zainteresowanie, mimo to postanowił przeczytać oba raporty. Tak dla zasady. W końcu nie zajmie mu to więcej niż godzinę.

Zaczął od raportu Zeko, bo uznał, że jeżeli gdzieś jest początek tej sprawy, to musi być właśnie tutaj.

| 14 |

Wyszedł za dom i najpierw zdjął czarny kombinezon, potem maskę i dopiero na końcu ochraniacze z butów. Wszystko było lepkie od krwi. Włożył je do plastikowej torby na śmieci, do drugiej torebki trzydziestocentymetrowy nóż kuchenny i dopiero teraz ostrożnie ściągnął zakrwawione lateksowe rękawiczki. Z kieszeni wyjął nową parę. Zawiązał obie torby. Nasadził na głowę głęboką bejsbolówkę, schowaną dotąd w tylnej kieszeni spodni.

Z ogrodu wyszedł tą samą drogą, którą do niego wszedł. Tak zaplanował. Wokół było cicho, żadnego ruchu, w oddali mruczało miasto. Przedarł się przez krzaki i podszedł do płotu, skąd mógł sprawdzić ulicę za domem. Po obu stronach jezdni, w słabym świetle latarń, stały zdezelowana ciężarówka, traktor z przyczepą i kilka samochodów osobowych. Odczekał chwilę i kiedy uznał, że nikogo nie ma, najpierw przerzucił worek przez trzymetrowy płot, a potem wybił się mocno obunóż, chwycił za szczyt ogrodzenia, podciągnął i jednym ruchem przerzucił ciało. Zeskoczył i od razu przykucnął za samochodem, nasłuchując. Po chwili, gdy był już pewny, że jest bezpiecznie, podniósł się i szybkim krokiem ruszył w lewo. Samochód zaparkował dwie przecznice dalej. Torbę wrzucił do bagażnika, ale nóż, który kupił rano na bazarze, zatrzymał jeszcze w samochodzie. To była jedyna broń, jaką miał.

Odpowiednie miejsce wybrał już wcześniej. Pięćset metrów dalej znalazł ruiny starego magazynu, gdzie miejscowa biedota zaopatrywała się w kamień, cegły i złom. Nie było to miejsce idealne, ale wystarczająco odludne, by mogło odegrać swoją rolę.

Z bagażnika zabrał torbę z ubraniem i przygotowaną wcześniej butelkę benzyny. Wszedł za zawaloną ścianę, gdzie wśród gruzu stała zabrudzona smarem beczka. Wrzucił do niej torbę, wylał benzynę i na wierzchu położył plastikową butelkę. Z beczki wystrzelił jaskrawy płomień, oświetlając jego skupioną twarz. Mężczyzna w bejsbolówce odczekał chwilę, zanim się upewnił, że wszystko spłonie. Teraz musiał się pozbyć noża. Wcześniej pięćdziesiąt metrów dalej znalazł wychodzący z ziemi otwór rury. Sprawdził, że jest bardzo głęboka, więc idealna, by spuścić do niej nóż.

Dochodziła pierwsza, kiedy wrócił do samochodu. Wszystko szło dobrze, tak jak zaplanował. Żadnych niespodzianek, błędów. Może nawet poszło łatwiej, niż się spodziewał. Miał dwa plany awaryjne, ale do żadnego nawet się nie zbliżył.

Przejechał trzy kilometry. Minął drogę nadbrzeżną i zjechał w zwykłą szutrówkę, która po stu metrach przeszła w skalisty dukt prowadzący wprost do morza. Była jasna noc. Wzeszedł księżyc i zawisł nad morskim horyzontem.

Wyjął z bagażnika kanister, oblał samochód benzyną z zewnątrz i od środka. Rzucił zapałkę i noc rozświetliła ognista łuna. Natychmiast ruszył drogą wzdłuż wybrzeża w kierunku świateł miasta. Tak zaplanował i tak musiał zrobić. Był przekonany, że policja nie poradzi sobie z dowodami i da się zwieść, ale postanowił wszystko wyczyścić do końca.

Wiedział, że go widzieli, ale się tym nie przejmował. Chciał, żeby się bali. Kiedy człowiek się boi, popełnia błędy, bo kieruje nim strach, który pobudza zaburzoną wyobraźnię. Sam znał to uczucie dobrze, bo niegdyś bardzo często się bał. Kiedy jednak adrenalina osiągnęła maksymalne stężenie, zobaczył śmierć na żywo, a potem sam zaczął ją zadawać - przestał się bać. Miał przewagę nad każdym, bo nie znał wyrzutów sumienia.

Dróżka, którą szedł wzdłuż skalistego brzegu, zamieniła się w wąską ścieżkę. Noc była pogodna i jasna, a morze spokojne jak jezioro z pływającym w nim księżycem, więc pomyślał nagle, że niczego teraz nie pragnie bardziej, niż zanurzyć swoje spocone ciało w chłodnej wodzie i obmyć je ze wspomnień.

Znalazł małą zatokę, rozebrał się do naga i zsunął po skale w atramentową letnią toń. Leżąc już na plecach, rozłożył szeroko ręce i nogi i wydało mu się, że jest lżejszy od wody. Czuł, jak powoli odpływa z niego napięcie, rozluźniają się napięte mięśnie. Oddychał pełną piersią. Patrzył na upstrzony gwiazdami granat i był teraz nasionkiem w żarnach Boga, gdzieś między niebem i ziemią. Zamknął oczy.

Był bardzo wyczerpany, ale zadowolony. Pierwszy raz zabił w ten sposób i nie przypuszczał, że pójdzie mu aż tak gładko. Początkowo myślał, że może się zawahać, nie uderzyć zdecydowanie i spokojnie, a wtedy straci efekt zaskoczenia i być może przegra. Jednak w decydującej chwili myślał jasno i logicznie. Nie mieli żadnych szans.

Do hotelu dotarł, gdy już świtało. Recepcjonista nawet nie podniósł na niego wzroku.

Samolot do Paryża miał dopiero o trzynastej. Postanowił najpierw się wykąpać, bo czuł na sobie sól morza, a potem przespać się kilka godzin przed odlotem. Zjadł zimnego falafela, którego kupił rano na bazarze, i popił colą. Rozebrał się i zaczął dokładnie przeglądać swoje ubranie. Nie znalazł żadnych śladów krwi. Przez chwilę zastanawiał się, czy i jego nie powinien spalić, bo mikroślady zawsze gdzieś zostają. Pomyślał jednak, że zaryzykuje. Bardzo lubił tę zieloną koszulkę i spodnie Levisa.

- Fuck! - zaklął głośno, bo dopiero teraz przypomniał sobie, że powinien wysłać esemesa.

Jednak zdenerwowałeś się bardziej, niż ci się wydawało - pomyślał i sięgnął po telefon.

| 2 |

Monika wróciła z jogi o dziesiątej i od razu wskoczyła pod prysznic, chociaż wykąpała się przed wyjściem.

Zajęcia prowadził szalony Kuba, więc wszyscy się mocno spocili. Sala była pełna, klimatyzacja szwankowała od dawna, a starsza kobieta, która ćwiczyła w rogu, uporczywie odmawiała otworzenia okna. Przez cały tydzień temperatura w Warszawie przekraczała trzydzieści stopni, więc po godzinie Monika miała wrażenie, jakby oblepił ją rój much. Dlatego musiała się wykąpać drugi raz.

Była już mocno spóźniona. O dziesiątej trzydzieści umówiła się w swojej galerii z Julianem z wydawnictwa Tęcza w sprawie publikacji albumu. Miało to być ich trzynaste spotkanie i Monika nie była pewna, czy na pewno może je traktować jako wyłącznie służbowe lub biznesowe. Więcej czasu poświęcali na rozmowę o sztuce i wszystkim innym niż o albumie Moniki. Chwilami wyglądało to tak, jakby tylko udawali, że wydanie książki jest celem tych spotkań, bo w rzeczywistości wysyłali sobie delikatne sygnały, jak para szesnastolatków, i Monice bardzo się to podobało. Było niezwykle szczere, czyste i coraz bardziej podniecające.

Wciągnęła dżinsy, potem na gołe ciało czerwony T-shirt z napisem Lennon. Stanęła przed lustrem, obejrzała się dokładnie, włożyła zielone trampki. Julian miał metr dziewięćdziesiąt dwa i był najwyższym chłopakiem, jaki jej się podobał, i najmłodszym, bo była starsza od niego o osiem lat. Nie wypiła nawet porannej kawy, bez której zwykle nie wychodziła z domu. Wzięła torbę i zjechała do garażu.

Stary golf odpalił bez problemu. Przez chwilę pomyślała, czy nie powinna spróbować jeszcze raz rozłożyć dachu, bo na zewnątrz było już dwadzieścia dziewięć stopni, a samochód nie miał klimatyzacji. Zrezygnowała: nawet gdyby jej się to udało, wiatr mógłby zniszczyć jej fryzurę. Generalnie nie przywiązywała do tego wagi, ale akurat tego dnia zależało jej, by dobrze wyglądać - młodziej, bardziej dziewczęco. Potrzebowała więcej wigoru i dlatego poszła rano na jogę.

Julian ukończył historię sztuki i malarstwo na krakowskiej ASP, miał niebieskie oczy, smukłe spokojne dłonie i gęste blond włosy. Ale najbardziej podniecający był jego umysł. Te spotkania zawierały w sobie coś z intymnego, wręcz erotycznego przeżycia i każde było inne, jak małe misterium. Nigdy tak bardzo nie pragnęła się przyznać, że jest oficerem wywiadu. Ale wydawało jej się, że Julian akceptuje ją tylko jako artystkę. Przypuszczała, że ten związek ma niewielkie szanse, ale nie mogła nie spróbować.

Galerię MiniMidiMax na Solcu zwykle otwierała Kasia. Julian już siedział przy stoliku na ulicy i pił kawę, nie trzymał w dłoni smartfona. Obok filiżanki położył książkę. Rozglądał się spokojnie po ulicy i kiedy zobaczył Monikę, uśmiechnął się, wstał i czekał, aż podejdzie.

Jaki piękny widok! - pomyślała Monika i poczuła motyle w brzuchu.

Przywitali się serdecznie. Kasia podała jej kawę.

Na stoliku leżało angielskie wydanie powieści Rainera Marii Rilkego Auguste Rodin. Kiedy widzieli się poprzednim razem, z zacięciem dyskutowali o tym francuskim rzeźbiarzu. Przez chwilę nawet pokłócili się o to, czy jest w nim więcej impresjonisty, czy romantyka, i w końcu Julian obiecał jej tę książkę, by poznała jego prawdę.

- "Różo, och, czysta sprzeczności, rozkoszy: być snem niczyim pod tak wielu powłokami"1 - powiedział Julian i Monika od razu zrozumiała, że to Rilke.

Poczuła nagle, że właśnie przyszedł ten moment w jej życiu, kiedy po raz pierwszy jest gotowa rzucić wszystko, całą swoją szpiegowską przeszłość, i zostać z tym mężczyzną. Wiedziała, że dwanaście spotkań to jeszcze zbyt mało, by zdecydować się na rewolucję w życiu i dozgonną miłość, ale tego dnia postanowiła pójść dalej i przekroczyć następną granicę. Dotarło do niej niespodziewanie, że to trzynaste spotkanie z Julianem musi się zakończyć w miłosnym uścisku, jakiego jeszcze nie zaznała. Wiedziała, że jeżeli nie zrobi tego teraz, na zawsze straci okazję.

- Aaa... może, a może... - czuła, jak zaciska jej się gardło i wysychają usta - może pojedziemy do mnie? - Uciekła wzrokiem w kierunku filiżanki, ale po kilku sekundach zdobyła się na to, by spojrzeć mu w oczy.

- Niestety... - usłyszała pierwsze słowo i poczuła się, jakby naga siedziała na scenie, wystawiona na pośmiewisko - niestety, ale jestem dzisiaj zajęty - odpowiedział z uśmiechem, który nagle przestał być dla Moniki uroczy. - Ale może w przyszłym tygodniu. - Spojrzał na zegarek.

- Nie ma sprawy. Oczywiście. - Wzruszyła ramionami, ale pomyślała: Spierdalaj! Jaka ze mnie durna i ślepa baba!

- To dla ciebie. - Przesunął książkę w jej stronę.

- Aaa... tak, dziękuję. - Również spojrzała na zegarek. - Wiesz, coś mi się przypomniało. Pilna sprawa! - Chwyciła torbę, wrzuciła do niej książkę i machnęła mu ręką. - Zdzwonimy się.

Podniósł się na pożegnanie, ale nie wyglądał na zaskoczonego.

Monika ruszyła ostro w kierunku samochodu, odprowadzana zdziwionym spojrzeniem Kasi.

- Ale dupek! - powiedziała do siebie, wkładając kluczyk do stacyjki. - Trzynaste spotkanie! Ja pier...

| 3 |

W Agencji Wywiadu rozpoczynał się sezon urlopowy i na korytarzach robiło się coraz ciszej.

Był poniedziałek i zaczynał się ostatni tydzień Romana w pracy.

Chociaż dopiero w niedzielę wyjeżdżał z Bronkiem do Soliny, już przyniósł z piwnicy walizkę i zaczął składać rzeczy, które planował ze sobą zabrać. Jechali na dwa tygodnie do ośrodka Jodła, a właściwie małego pensjonatu nad samym zalewem, w którym zawsze spędzali dwa czerwcowe tygodnie. Kiedyś chodzili głównie po górach, więc i bagaż zabierali inny. Teraz bardziej obciążały ich książki.

Zaparzył sobie kubek herbaty ulung i przykrył go talerzykiem. To była pierwsza herbata tego dnia. Włączył VII symfonię Beethovena.

Podszedł do okna i szeroko je otworzył, jakby chciał, żeby piękne niebieskie niebo wlało się do środka, a muzyka wypłynęła na zewnątrz. Wciągnął powietrze nosem, przytrzymał w płucach i głośno wypuścił ustami. Czuł się świetnie, schudł cztery kilogramy, nic mu nie dolegało, serce pracowało równo i mocno, ustąpiły napady potów i mroczki w oczach. Roman był pełen optymizmu i chęci do życia. I nad szpitalem nie było ptaków. Roman nie zawsze lubił widok ze swojego okna, ale tego dnia nie mógł się nim nacieszyć.

Wrócił do kuchenki, zabrał swój metalowy kubek z talerzykiem i ostrożnie znowu wszedł do pokoju. Najpierw postawił na biurku kubek, a dopiero potem je obszedł, by usiąść. Przyciągnął do siebie niebieską teczkę z napisem dużymi drukowanymi literami: Teczka personalna, a pod nim, ręcznie, pochyłą kaligrafią - Olgierd Rubecki, leg. Ekiert.

Roman dostał od szefa Agencji polecenie, by zbadał życiorys byłego oficera wywiadu, prymusa Kiejkut rocznik 1995, więźnia islamistów w Iraku, rannego w akcji, w której zostali odbici zakładnicy, świeżego bohatera mediów, opinii publicznej i polityków. Szczególnie zainteresował się nim premier. Szef nie wyjaśnił, o jaki rodzaj zainteresowania chodzi, ale Roman i tak wiedział. Praktycznie każdy w Polsce znał teraz Olgierda Rubeckiego. W Agencji funkcjonował pod nazwiskiem Ekiert, ale najbliżsi, z czasów Kiejkut, nie mówili do niego inaczej niż Cezar.

Był inteligentny, wysportowany i elegancki w swoim własnym, wyszukanym stylu. Wyrobiony politycznie i bardzo medialny. Mówił prostym, zrozumiałym dla wszystkich językiem, nie epatował bazarowym patriotyzmem, swoim życiem dowodził, że nosi go w sercu, a nie w klapie marynarki. Jego publiczne wystąpienia przykuwały uwagę publiczności i zyskiwały pochwały dziennikarzy z lewej i prawej strony, bo Cezar był dokładnie pośrodku i każdy chciał się ogrzać w jego blasku. Dlatego komentatorzy nieustannie pytali, czy Agencja Wywiadu ma więcej takich ludzi, a wyborcy żądali, by zajął się krajem. Rubecki był zagrożeniem dla wielu polityków i mógł zatrząść sceną, więc siłą rzeczy budził niepokój.

Dla Romana było oczywiste, że premier chciałby wiedzieć, czy taki bohater jest rzeczywiście bez skazy, czy należałoby się z nim zaprzyjaźnić, czy raczej szybko go zatopić. Ale tak naprawdę najważniejsze było dla niego trzecie rozwiązanie, czyli diament z ukrytą skazą. Taki diament miałby największą wartość polityczną i Roman miał tę skazę znaleźć.

Mimo wątpliwości musiał wykonać polecenie, ale nie zamierzał nikomu ułatwiać zadania, ani Cezarowi, ani premierowi, i planował przejrzeć życiorys oficera w rutynowy sposób. Miał na to tydzień, nawet zbyt wiele jak na takie zadanie.

Otworzył teczkę i zaczął czytać kwestionariusz osobowy Olgierda Rubeckiego.

Dima spojrzał na zegar. Dochodziła dwunasta. Od pół godziny stał w gigantycznym korku na moście Siekierkowskim i nie mógł nic zrobić. Żadnego ruchu ani w przód, ani w tył. Chwilami miał ochotę po prostu wysiąść, zostawić ten pieprzony samochód tam, gdzie stoi, i pójść piechotą. Po twarzach innych kierowców widać było, że wszyscy mają podobne myśli.

Jechał do ośrodka Dobre Wspomnienia w Zagórzu, a dyrektor Zalewski miał być tylko do trzynastej. Zadzwonił do Dimy z samego rana i poprosił o pilną rozmowę w cztery oczy. "Pan Józef zaczyna stwarzać poważne zagrożenie dla innych pensjonariuszy i dla siebie" - rzucił z zacięciem w głosie i po chwili dodał mocniej: "Koniecznie musi pan coś z tym zrobić, bo w przeciwnym wypadku..." - urwał. "Przyjadę" - zapewnił Dima.

Sięgnął po telefon, by zadzwonić do Zalewskiego i powiedzieć, że się spóźni, gdy w samochodzie rozległ się sygnał rozmowy przychodzącej. Na telefonie wyświetlił się napis Tata.

- Tak, Roman? - Dima zaczął pierwszy.

- Gdzie jesteś?

- Stoję, kurwa, w korku na moście Siekierkowskim. A co?

- Ściągnij Sekcję na dzisiaj na osiemnastą i nie przeklinaj.

- Co się stało? - zapytał Dima zaciekawiony.

- Nie... nic takiego... drobna sprawa, ale pilna, i chcę ją załatwić przed urlopem.

- Jasne.

- Znasz Olgierda Rubeckiego?

- No... chyba każdy go zna... ale osobiście nie. A dlaczego pytasz?

- I co o nim sądzisz?

- No... bohater narodowy i nadzieja gawiedzi. Inteligentny, dobry w mediach, ale mnie nie bierze. Dziwny jest, sztuczny... - Dima zawiesił głos, jakby się nad czymś zastanawiał. - Wiesz... nie ufam mu. Jest w nim coś fałszywego. Mam kłopot z polubieniem bohaterów, ale może się mylę. A co?

- Nic takiego - odparł Roman. - Mam podobne wrażenie. Pogadamy wieczorem.

Piętnaście po dwunastej korek pękł i samochody ruszyły. Dima zadzwonił jeszcze do dyrektora Zalewskiego, że już jedzie, i wcisnął gaz. W końcu przedarł się bocznymi drogami od strony Wesołej i po kwadransie był w Zagórzu.

Dyrektor stał już przed wejściem i nerwowo palił papierosa.

- Pan Józef robi się coraz bardziej agresywny, proszę pana - zaczął od razu, jak tylko Dima się z nim przywitał. - Jak to będzie wyglądało, kiedy w telewizji powiedzą, że w Dobrych Wspomnieniach dwóch dziewięćdziesięciolatków pobiło się z powodów politycznych? Mało mamy problemów w kraju? Co za wstyd! Wie pan, ja muszę dbać o dobre imię naszego ośrodka. Mamy tutaj bardzo poważnych kuracjuszy i nie mieszamy się do polityki.

- Dobrze, panie dyrektorze. Co się stało? - Dima przerwał dyrektorowi monolog. - Znowu bójka?

- No tak, nikt teraz nie dojdzie, o co poszło. Świadkowie... wie pan, są mało wiarygodni. Ale wiadomo, że pierwszy zaatakował kulą pan Józef, a pan Gienek... wie pan, ten pilot, oddał swoją panu Józefowi w głowę. Poszło o tego marszałka... Rokossowskiego, ale o co dokładnie... - Dyrektor wzruszył ramionami. - Problem w tym, że pan Gienek ma poważne obrażenia na ramieniu i twarzy, więc jest problem, bo teoretycznie trzeba to zgłosić na policji. Rodzina przyjedzie, zobaczy, że ma uszkodzenia ciała... - Rzucił papierosa na ziemię, rozdeptał i czubkiem buta wepchnął do burzownika. - Panie, co ja z nim mam! Wszyscy grzecznie sobie posypiają, a ten pana... podopieczny ciągle się awanturuje. Wie pan, jak go nazywają Ukrainki? Pan Ninja! I to wcale nie jest śmieszne - dorzucił podniesionym głosem, widząc uśmieszek, który przebiegł przez twarz Dimy. - Umówmy się w ten sposób. Pan z nim porozmawia teraz, spróbuje na niego wpłynąć, a jak to się powtórzy, poproszę... będzie pan musiał znaleźć dla niego inny ośrodek. Rozumiemy się?

- Rozumiemy - odparł Dima.

Od razu wiedział, że już powinien szukać nowego miejsca dla Józefa. I dyrektor oczywiście też to wiedział. Ani Józef, ani pan Gienek nie pamiętają nawet, że się pobili, nie mówiąc już o co. Mimo to Dima czuł się w obowiązku porozmawiać z Józefem.

W środku było gorąco, więc mimo otwartych okien przykry zapach starych ludzi stał się wyjątkowo mocny. Ukrainka Luba od razu powiedziała mu, że Józef jest na tarasie, i wskazała mopem kierunek.

Józef siedział na wózku rozebrany do pasa i najwyraźniej się opalał. Jego ciało było podobne do wysuszonej węgierki albo mumii. Głowa zakryta płócienną czapeczką spoczywała na piersi.

Dima podszedł bliżej, usiadł na krzesełku obok i dotknął jego dłoni. Była zimna, choć na zewnątrz było ponad trzydzieści stopni, i Dima w pierwszej chwili pomyślał, że Józef umarł. Potrząsnął nią, wtedy głowa starca delikatnie drgnęła i powoli zaczęła się unosić.

Józef otworzył oczy i przez moment wyglądał, jakby dopiero uruchamiał w sobie życie. Patrzył tępo przed siebie i jak ryba zaczął łapać powietrze. Po chwili przeniósł wzrok na Dimę i uśmiechnął się rzędem zepsutych zębów. Zacharczał, jakby chciał przetrzeć gardło, zebrał flegmę w ustach i splunął w chusteczkę, którą trzymał w dłoni.

- Przyniosłem ci zakupy. Chcesz banana? - zapytał Dima i widząc brak reakcji ze strony Józefa, włączył jego aparat słuchowy. - Chcesz banana?

Starzec pokiwał głową.

- Jak się czujesz?

- Bardzo dobrze, ale dlaczego mnie tu więzisz? - wydusił z siebie po chwili i wydął usta. - Jak na takiego przeterminowanego człowieka, to nawet świetnie. - Zmienił ton, jakby zapomniał, co powiedział przed chwilą. - Dziękuję, że wpadłeś. - Uśmiechnął się. - A co u Rosy?

- Jest na wczasach nad morzem - odpowiedział Dima, jak zawsze kiedy Józef o nią pytał, i wręczył mu obranego banana.

- Przybliż się... - Starzec skinął na Dimę wykrzywionym od gośćca palcem. - Tutaj podsłuchują i kradną - wyszeptał i rozejrzał się z niepokojem. - Pełna inwigilacja, trzeba uważać, co się mówi. Te Ukrainki... przeszukują mi szafkę. Pełno tajniaków i donosicieli. Wczoraj widziałem tam... - wskazał głową w stronę drugiego tarasu - dwóch enkawudzistów.

- To rzeczywiście podejrzane! - wyszeptał Dima wprost do jego aparatu. - Wiesz co, Józek? Tu się robi niebezpiecznie i chyba czas znów zmienić kwaterę. Co ty na to?

- Czas, czas... - Józef pokiwał głową na znak, że się zgadza, i zasnął z bananem w dłoni.

Dochodziła dwunasta, kiedy Roman Leski skończył czytać teczkę personalną Olgierda Rubeckiego. Położył na niej pulchną dłoń i zdjął okulary.

Dobry oficer, ale do naszej Sekcji chybaby się nie nadawał - pomyślał. Skąd u niego nagle takie parcie na media i politykę? W charakterystyce psychologa i testach tego nie widać. Wprost przeciwnie. Skromny, wycofany, ambitny, ale z umiarem, o wysokim IQ, pomysłowy... - Roman powtarzał w pamięci sformułowania z karty ocen Rubeckiego. Psycholog się pomylił, nierzetelnie zbadał kandydata czy olał robotę?

Za pół godziny w kawiarni na placu Unii Lubelskiej miał spotkanie z kandydatem do pracy w Sekcji, który jednak nie musiał przechodzić badań.

Po niedawnych wydarzeniach, kiedy Sekcja została zaatakowana w Warszawie, Roman doszedł do wniosku, że jest im potrzebne profesjonalne wzmocnienie. Nowy szef, Hafner, bez żadnych pytań wstępnych wyraził zgodę na dodatkowy etat. To był czas, kiedy premier Bolecki nie mógł się nadziwić skuteczności Sekcji.

Roman zaczął się rozglądać za odpowiednim kandydatem. Wiedział, kogo szuka i gdzie. Miał to być ktoś, kto może wkroczyć do akcji z marszu, bez specjalnego szkolenia, kto rozumie sens istnienia takiej jednostki jak Sekcja. Roman nie miał czasu na sprawdzanie kandydata. Musiał to być ktoś gotowy do akcji, kto profesjonalnie zadba o bezpieczeństwo, weźmie na siebie rozpoznanie i odciąży Monikę i Dimę, wesprze Witka i Elę, która jest w ciąży. Najważniejsze jednak, by dobrze wkomponował się w zespół.

Kandydat był jeden.

Roman zadzwonił do Konrada Wolskiego, byłego naczelnika Wydziału Q do zadań specjalnych. Nie znali się dobrze, ale Roman miał pełną wiedzę o wszystkich okolicznościach rozwiązania Wydziału oraz zwolnienia ze służby Wolskiego i jego zastępcy Sary Korskiej. Wiedział, że nikt lepiej nie przysłużył się Polsce w ostatnich latach niż oni, i doskonale rozumiał ich rozgoryczenie i niechęć do Agencji. Jednak dla prawdziwego oficera wywiadu bezpieczeństwo kraju było ważniejsze niż jakiekolwiek osobiste urazy, więc Wolski i Korska nie odmawiali Romanowi pomocy.

Już wcześniej do Sekcji przeszli Witek i Ela, najmłodsi oficerowie Wydziału, a teraz miał do nich dołączyć Lutek.

Roman trzymał tę informację w tajemnicy przed Sekcją. Wcześniej zapoznał się z jego teczką personalną i nie miał prawie żadnych wątpliwości, że jest to człowiek, jakiego szukał. Musiał jednak najpierw spojrzeć mu parę razy w oczy, porozmawiać, zapytać o kilka spraw, nim podejmie ostateczną decyzję.

Przez wiele miesięcy Lutek - dzięki pomocy kolegów z GROM-u - pracował w angielskiej firmie ochraniającej statki przed piratami na Morzu Arabskim, ale monotonia wodnego krajobrazu była ponad jego siły. W rzeczywistości nic nie męczyło go bardziej niż tęsknota za Ewą.

Do Polski wrócił miesiąc temu i już następnego dnia poszedł na pierwsze spotkanie z Romanem Leskim, człowiekiem, o którym dużo słyszał, ale którego nigdy nie poznał. Jako lojalny podwładny nie zgodziłby się rozmawiać z nim bez rekomendacji i zgody Konrada, którego wciąż uważał za swojego szefa.

Na początku Leski mu się nie spodobał. Zadawał dużo absurdalnych pytań i nie wyglądał na kogoś, kto ma kompetencje do pracy w wywiadzie. Porównanie Leskiego z Wolskim wypadło druzgocąco i Konrad musiał trochę popracować nad Lutkiem, by ten nie wycofał się od razu. Tym bardziej że nie mógł mu nawet powiedzieć, że Witek i Ela już pracują w Sekcji. Wprawdzie Lutek spotykał się z nimi przy różnych okazjach, ale młodzi zgodnie i przekonująco twierdzili, że są zatrudnieni w szwedzkiej firmie konsultingowej. A Lutek nie pytał jakiej.

O trzynastej trzydzieści Roman miał go poinformować, że zostaje przyjęty do Sekcji, i zapoznać z zadaniami. Doskonale znał życiorys swojego nowego współpracownika. Wiedział, co przeszedł na Gotlandii, w Moskwie i w Iranie, więc był pewien, że oferta nie zrobi na nim większego wrażenia, ale kogoś takiego właśnie potrzebował. Nie wiedział tylko jednego: że Lutek potrzebuje właśnie tego, co mu oferował.

| 4 |

Kiedy Zenonik pił whisky z generałem Al-Burgibą, Yacef cały czas siedział w westybulu i siorbał herbatę, zerkając od niechcenia na telewizor, w którym leciał właśnie mecz piłki nożnej. Dochodziła północ, gdy zadzwonił Zenonik i bełkotliwym głosem polecił mu podstawić samochód przed wejściem i czekać.

Pojawił się po piętnastu minutach. Szedł, mocno się zataczając, z wyraźnym odchyleniem w lewo. Yacef nie dostrzegał w tym nic śmiesznego, bo był pobożnym muzułmaninem i nie pił alkoholu. Nie bronił tego innym, ale kiedy widział żałosny obraz człowieka, który nie panuje nad swoim ciałem ani umysłem, cieszył się, że wierzy akurat w Allaha, chociaż nie był to Bóg idealny. Przynajmniej dla niego.

Zenonik miał poważny kłopot z zapakowaniem się do samochodu, więc Yacef musiał mu pomóc. Kiedy tylko zatrzasnął za sobą drzwi, poczuł, że wnętrze wypełnia odór alkoholu, więc uchylił okno i podkręcił dmuchawę w klimatyzacji.

- No i cooo... - zaczął Zenonik - dalej nas śledzą? Eeech... - Wypuścił strumień alkoholowego powietrza prosto na kark Yacefa. - Eeech... dobry z ciebie kierowca, dobry... dobry chłop jesteś, Yacef. Aaale... cwaniaczek też taki cwany... - Zaczął grzebać w kieszeniach. - Aaa... mam, mam. - Wyjął telefon. - A już myślałem, że go gdzieś, kurwa, zgubiłem. No... śledzą nas?

- Nie widzę - odparł Yacef.

- Aaa... jasne, chłopie! - Zenonik uniósł głos i palec wskazujący. - Bo ja już wszystko wiem. A co? Myślałeś, że Polak to taki tępy i można go tego...

- Nie wiem, o czym pan mówi - wtrącił spokojnie Yacef i pomyślał, że z tym alkoholem to Prorok miał pełną rację.

- Ale muszę ci powiedzieć, że jest dobrze, wcale mi to nie przeszkadza, że ty... a wprost przeciwnie, nawet bardzo mi to na tak - Zenonik wyrzucił z siebie całkiem składnie. - Wiesz... ja dużo wiem i wszystko widzę.

- Nie mam wątpliwości - odpowiedział Yacef, a Zenonik zamilkł.

Ruch na ulicach zamierał. Wielkie miasto zapadało w nocny letarg, lepki od potu. Algier nie miał już w sobie nic z uroku francuskiej kolonii, która żyła nocą. Ale dzisiaj i tak prawie nikt nie pamiętał, jak było wcześniej.

Yacef urodził się dziewiętnastego czerwca 1965 roku i był Kabylem. Tego dnia bezkrwawo władzę przejął pułkownik Bumedien, a w Algierze już dawno nie było pieds-noirs, chociaż zostały po nich białe domy. Nie tęsknił za Francuzami, mimo że ich lubił. To było dziwne uczucie, bo jeden stryj zginął pod Monte Cassino, a drugi zamęczony w Kasbie przez spadochroniarzy generała Massu.

Na Chéraga dojechali w ciągu piętnastu minut. Zenonik, zamiast powiedzieć, co wie i widzi, spał z głową odchyloną do tyłu, telefonem w dłoni i ciężko oddychał, jakby miał astmę. Yacef wykorzystał chwilę spokoju i jeszcze kilka minut pojeździł po okolicy, żeby się upewnić, czy nikt ich nie obserwuje. Nie zauważył nic podejrzanego i wjechał na teren posesji francuskiego pułkownika. Mimo wszystko czuł niepokój i kiedy wysiadał, rozejrzał się jeszcze uważnie, chociaż napastnik mógł ukryć się gdziekolwiek. Krzaków, zakamarków i cienia było pod dostatkiem.

Na wszelki wypadek odbezpieczył pistolet. Otworzył drzwi i obudził Zenonika.

- Już jesteśmy? - zapytał Polak, jakby całkiem wytrzeźwiał. - Zmęczył mnie ten upał dzisiaj. To był dobry dzień... Która godzina? - Próbował spojrzeć na zegarek, ale tylko zmrużył oczy i wydął policzki. - Która jest?

- Za kwadrans pierwsza. - odparł Yacef, pomagając mu wysiąść.

- Ooo... jeszcze wcześnie. - Zenonik stanął na własnych nogach. - To był bardzo udany dzień. Prawda, Yacef?

- Prawda - odparł grzecznie kierowca, chociaż wcale nie uważał tego dnia za udany, bo wciąż czuł niepokój.

- Wprowadź samochód do garażu, a ja idę już do domu - zarządził Zenonik i ruszył niepewnie w kierunku drzwi.

Yacef odprowadził go wzrokiem. Wsiadł dopiero wtedy, gdy zobaczył, że wewnątrz zapaliło się światło. Wrzucił bieg i ruszył. Po kilku metrach skręcił w prawo - garaż był z drugiej strony budynku - i nagle zauważył w lusterku cień postaci, która majaczyła między potężnym liściem agawy i pniem akacji. Z całej siły wbił nogę w hamulec, wyszarpnął pistolet i wyskoczył z samochodu.

- Widziałem cię! - krzyknął po arabsku i skierował broń w stronę krzaków.

Noc była księżycowa, niebo pogodnie rozgwieżdżone, więc i cienie nabrały silnego kontrastu i ostrości. Yacef wiedział, że w taką noc wszystko można zobaczyć. Walczył z islamistami w Atlasie Tellskim, a na wojnie drzewa, krzewy i głazy czasami ożywają, potem złudzenia wywołują halucynacje, a stąd już blisko do przerażenia i szaleństwa. Lęk zabija żołnierza.

Yacef jednak potrafił zapanować nad strachem. Z trzymaną oburącz bronią, pochylony i gotowy do strzału zaczął zbliżać się do cienia, który wciąż stał wyprostowany w krzakach. Z każdym krokiem Yacef był coraz bardziej pewny, że to tylko cień, ale nie miał sobie za złe, że dał się zwieść. Widział wielu żołnierzy z podciętymi gardłami. Śmierć potrafi się dobrze ukryć.

Zrobił jeszcze krok, gdy na pierwszym piętrze Zenonik włączył światło. Snop padł wprost na krzaki i Yacef był już pewny, że to tylko złudzenie. Na wszelki wypadek zajrzał głębiej, obszedł zarośla z drugiej strony i nieco uspokojony wrócił do samochodu. Mimo to wydawało mu się, że wokół dzieje się coś dziwnego. Nie potrafił tego określić, ale znał to. Czuł lęk, przed którym nie można się zasłonić bronią.

Mieszkał na parterze. Zajmował nieduży pokój przy kuchni i chociaż obok był większy, wolał ten, bo miał drugie, oddzielne wyjście do garażu. Właściwie tylko tam spał. Oglądał telewizję i jadł w kuchni.

Pan Korczyk mieszkał w tym domu razem z żoną i dwójką dzieci. Często gościł znajomych z Polski, którzy zajmowali pokoje na parterze. Prowadził też intensywne życie towarzyskie, więc w kuchni na stałe pracowała Aisza, której Yacef pomagał, dowożąc zakupy z bazaru. Ciągle jeździł na lotnisko, zawoził do szkoły dzieci, a czasami był nawet przewodnikiem turystycznym. Dom tętnił życiem od rana do późnej nocy. Yacef czuł się potrzebny i był dobrze traktowany. Nie miał czasu na wspomnienia.

Odkąd przyjechał pan Zenonik, wszystko się zmieniło. Dom opustoszał, odeszła Aisza i Yacef został w kuchni sam z telewizorem, herbatą i odżywającymi wspomnieniami. Wprawdzie dostał podwyżkę, ale i tak prawie wszystkie pieniądze oddawał szwagierce Majsun, która samotnie wychowywała dwoje dzieci.

Kiedy wszedł do kuchni, Zenonik siedział przy stole. Stała przed nim butelka whisky i dwie szklanki.

- Nigdy ci nie zaproponowałem, ale jestem tu od niedawna. - Patrzył na Yacefa mętnym wzrokiem. - Napijesz się ze mną? - Nie czekając na odpowiedź, chwycił butelkę.

- Nie piję alkoholu - odparł spokojnie Yacef. - Ale mogę z panem posiedzieć.

- Nie wiesz, co tracisz, ale rozumiem... religia. Sam jestem katolikiem, ale niewierzącym. - Wlał sobie whisky na dwa centymetry i natychmiast wypił.

- Niewierzącym? - zapytał zdziwiony Yacef i włączył czajnik z herbatą.

- Nie zrozumiesz tego. - Zenonik spuścił głowę. - Miałem żonę, bardzo ją kochałem, a ona mnie zdradziła. Odeszła. - Trzymał szklankę w dłoniach i wpatrywał się w jej dno. - Zdradziła mnie z moim szefem... konsulem generalnym w Petersburgu... Wiesz, gdzie to jest?

- W Rosji.

- Kurwa, zdradziła mnie, a ja tak ją kochałem. - Zenonik pociągnął nosem. - Wiesz, byłem tam kiedyś konsulem... Kurwa, jak ja tej Rosji nienawidzę! A on starszy ode mnie o piętnaście lat, rozumiesz? Myślałem, że ich zabiję, a potem siebie, kurwa, nawet już wszystko zaplanowałem. Ty nie masz pojęcia, chłopie, jaki to ból. - Wlał sobie następną porcję, rozlewając alkohol po stole. - Nikomu o tym nie mówiłem. Ale co ty możesz wiedzieć. Przestałem wierzyć w Boga, który tak mnie skrzywdził, a ja przed nim przysięgałem jej miłość aż do śmierci. - Znów pociągnął nosem i wytarł go dłonią. - Chodzę do kościoła, ale o nic nie proszę, bo i tak nic mi Bóg nie da. Tobie dał? - Spojrzał na Yacefa spod przymkniętych powiek i widać było, że zaczyna odpływać. - Nooo... powiedz, dał ci coś... czy... ach... co ty możesz o tym wiedzieć. Eeech... - Machnął ręką i przewrócił szklankę, która przetoczyła się po stole i byłaby spadła, gdyby Yacef nie zdążył jej złapać w powietrzu.

Odstawił ją na stół i wstał, żeby wziąć ścierkę. Najpierw jednak nalał sobie herbaty. Kiedy się odwrócił, zobaczył, że Zenonik leży na blacie z twarzą w kałuży whisky.

- Zaprowadzę pana do pokoju. - Potrząsnął nim.

Polak coś wymamrotał i zaczął się z trudem podnosić.

Yacef zarzucił sobie jego rękę na szyję i chwycił go wpół, podtrzymując za pasek od spodni, który werżnął się w miękkie ciało. Powoli, krok za krokiem, zaczęli posuwać się w kierunku schodów.

Dotarcie na piętro i do pokoju zajęło im kilka minut, chociaż Zenonik starał się współpracować. Był jednak zbyt ciężki. W końcu Yacefowi udało się położyć go na łóżku. Zdjął mu buty i poluźnił pasek, a potem przykrył kocem.

Zszedł na dół.

Był już bardzo zmęczony i chciał jak najszybciej się położyć, a musiał jeszcze posprzątać w kuchni, no i sprawdzić dom na parterze. Dopiero teraz sobie przypomniał, że nie zamknął bramy.

Nie piję alkoholu, a jednak muszę znosić jego skutki. Ciekawe, jak on działa? - pomyślał z odrobiną sarkazmu i ruszył przez hol do drzwi wejściowych, skąd było bliżej do bramy.

Na starym francuskim zegarze podłogowym, który stał przy drzwiach, była pierwsza siedemnaście. Najpierw zgasił światło i dopiero potem wyszedł przed dom. Do nocnego Algieru nadciągnął powiew znad morza i powietrze było przyjemnie chłodne. Yacef zaciągnął się nim głęboko i zamknął oczy. Pomyślał o Zenoniku. Nie wzruszyła go opowieść o niewiernej żonie i jego cierpieniu. Nie widział nic ludzkiego w opowiadaniu zasmarkanego pijaka, który nie zna Boga. On znał Boga i dzięki niemu mógł, kiedy tylko chciał, zobaczyć piękną twarz swojej Nadiry, spacerować z nią, objąć i całować.

Poczuł się dobrze. Otworzył oczy i ruszył w stronę bramy. Ściągnął skrzypiące metalowe wrota i spiął je łańcuchem. Wrócił do holu. Zamknął drzwi, założył metalową sztabę, która pamiętała czasy francuskiego pułkownika, i od razu ruszył w prawo do salonu, żeby sprawdzić okna wychodzące na taras. Od tego zaczynał obchód. Dopiero potem zaglądał kolejno do biblioteki, pokoi gościnnych i pomieszczeń gospodarczych. Kuchnia była jego miejscem, więc ją zostawiał na koniec.

Przez lata służby w tym domu wyćwiczył te procedury niemal do perfekcji. Wykonywał je automatycznie. Wchodził do pomieszczenia i zanim zapalał światło, z pamięci odtwarzał rozstaw mebli i przedmiotów, który potem porównywał z rzeczywistym obrazem. Podchodził do okien i dotykał każdej klamki, jakby chciał sprawdzić, czy nie ma na niej obcych śladów. Wreszcie wyglądał przez okno i zaciągał dokładnie story, by chronić dom przed porannym upałem.

Wszystko było w porządku. Dotarł do kuchni. Wyłączył czajnik, w którym wciąż gotowała się woda. Przez chwilę zastanawiał się, czy ma jeszcze siłę wziąć prysznic. Zrezygnował i poczuł, że jest zadowolony z tej decyzji.

Pozostało zamknięcie drzwi do garażu. Robił to zawsze na końcu.

Wszedł do środka. Przeciągnął dłonią po karoserii i zebrał szary kurz miasta. Strzepnął go, jakby chciał zaklaskać, a resztkę roztarł. Doszedł do drzwi, przekręcił ze zgrzytem klucz w zamku. Dla pewności szarpnął jeszcze za klamkę i zgasił światło. Obrócił się i pomyślał, że powinien naoliwić zamek.

W garażu było ciemno i tylko poświata z otwartych drzwi wskazywała mu drogę. Zrobił kilka kroków i przystanął. Poczuł, że ciemność nie jest już taka przyjazna jak zawsze. Wróciło niepokojące wrażenie, że kryje się w niej coś obcego. Dotknął ręką kolby pistoletu i spojrzał w głąb mroku. Znów pojawił się lęk.

Jego zapach spłynął na niego niespodziewanie. I Yacef wiedział już, że stoi za nim cień. Nawet nie próbował walczyć, nie sięgnął po broń, która nagle straciła swoją moc.

Nie odwrócił się, chociaż mógł. Jeszcze chwilę odczekał i wtedy coś gorącego przesunęło mu się po szyi. Nie poczuł bólu i niemal natychmiast ciepła ciecz wylała mu się na pierś. Próbował ją zatamować, ale lepka krew tryskała między palcami. Oparł się o samochód i poczuł, że słabnie. Osunął się miękko na podłogę. Usiadł i zaraz położył się na plecach, wyciągnął ciało i wciąż trzymając się dłońmi za gardło, zobaczył pochylającego się nad nim mężczyznę z palcem na ustach. Ale tak naprawdę ujrzał Nadirę i też się do niej uśmiechnął. Nie czuł już żadnego lęku, tylko spokój, ciszę i chłód nocy.

| 5 |

Zebrali się o osiemnastej w nowym lokalu na ulicy Litewskiej. Podobnie jak poprzedni, w alei Wyzwolenia, spełniał wszystkie wymogi lokalu konspiracyjnego. Był nawet lepszy, bo miał trzy duże pokoje i drugie wyjście na klatkę schodową w budynku obok. Dzięki temu mogli zwiększyć swoje bezpieczeństwo. Witek unowocześnił monitoring, zainstalował niezależny internet, zasilanie awaryjne i nowy system alarmowy, a Ela wyposażyła jeden pokój tak, by mógł służyć za safe house. Monika zadbała o miły i nowoczesny wystrój. "Można się tu ukrywać przez kilka miesięcy" - powiedział Roman na uroczystym otwarciu. Lubili się tam spotykać.

Roman przyszedł już o szesnastej. Przyniósł ze sobą teczkę personalną Olgierda Rubeckiego. Przejrzał ją jeszcze raz i w swoim żółtym kołonotatniku zrobił drobne zapiski. Nie było ich wiele.

Rubecki miał wzorowy życiorys oficera wywiadu i trudno było znaleźć w nim coś konkretnego, co mogłoby wzbudzać podejrzenia. Nie był synem żadnego polityka, dziennikarza ani dzieckiem resortowym. Był jedynym potomkiem znanego biznesmena z branży budowlanej, a do wywiadu został zwerbowany, gdy kończył w Poznaniu prawo.

Roman wiedział jednak, że teczkę personalną trzeba umieć czytać. Najważniejsza była weryfikacja oficjalnych opinii kadrowca, psychologa i przełożonych w zestawieniu z donosami, które też się tam znajdowały.

Ostatnia zjawiła się Monika. Spóźniła się ponad kwadrans, ale nawet nie przeprosiła, tylko rzuciła torbę na kanapę i poszła do kuchni. Od razu zauważyli, że przyniosła ze sobą złą aurę. Po chwili wróciła z zieloną butelką napoju aloesowego i zasiadła w fotelu naprzeciwko Dimy, który czytał teczkę Rubeckiego.

- Co? - rzuciła, widząc jego ironiczne spojrzenie.

- Nic - odparł i znów zajął się lekturą.

- No więc o co chodzi? Co tak patrzysz? Co się dzieje, Roman? Jakaś robota?

- Niespecjalnie. Na polecenie szefa mamy przejrzeć życie Olgierda Rubeckiego.

- Rubeckiego? - niemal krzyknęła. - Tego Rubeckiego... bohatera narodowego i nadzieję wszystkich turbo-Polaków? - dodała z ironią. - Po co mamy go prześwietlać? To przecież już cywil, co on nas obchodzi? Przystojny i inteligentny, ale nie w moim typie...

- Planujemy wciągnąć go w pułapkę namiętności, pani kapitan Arent? - odezwał się Dima i z rogu pokoju dobiegł śmiech Witka i Eli.

- To miał być dowcip? - odparła hardo Monika. - Słaby.

- Jestem jeszcze tylko do końca tego tygodnia, jak wiecie, więc w tym czasie mamy zbadać temat, a ja muszę zdążyć napisać raport dla szefa. - Roman podniósł się, odszedł od biurka i przysiadł do Moniki. - Tak naprawdę... to jest polecenie premiera.

- Ja pierdolę! - oburzyła się Monika. - Roman... jak możesz pozwalać temu dyktatorkowi wciągać wywiad do wewnętrznych rozgrywek? Ja się nie zgadzam... rzucam wszystko i jadę w Bieszczady. - Spojrzała na Dimę, który kartkował teczkę. - A ty dlaczego milczysz? Powiedz coś!

- Mamy przedstawić raport dotyczący okresu, kiedy Ekiert był w służbie. Jest emerytowanym oficerem wywiadu, a właściwie rencistą z aktualnym dopuszczeniem do informacji niejawnych, poziom CS, więc mamy podstawy, by się nim zająć - odpowiedział spokojnie Roman. - I to jest zgodne z prawem, nie zajmujemy się jego poglądami politycznymi. Szef może nam zlecić taką robotę, ale wiemy, do czego może to być wykorzystane, jeżeli znajdziemy coś podejrzanego. Dlatego też dał to akurat nam, żeby sprawę utrzymać w tajemnicy. Ekiert, czyli Rubecki, ma mnóstwo przyjaciół na Miłobędzkiej i sprawa zaraz by wyciekła. Zgadzam się, to jest podejrzane etycznie, ale lepiej, żebyśmy zrobili to my niż jakaś inna służba. Potraktujmy to jako sprawę rodzinną.

- Najbardziej podejrzany etycznie to jest ten premier, dla którego mamy pracować - rzuciła Monika z emfazą. - Rzygać się chce. Właściwie to powinniśmy wesprzeć naszego byłego kolegę. Nie sądzicie? Jest o klasę lepszy od całej tej zgrai z przypadku i nieszczęścia. - Uśmiechnęła się ironicznie i znów rzuciła do Dimy: - Już coś tam wyczytałeś? Nasz Bonduś ma jakieś zdanie?

- Nawet gdybyśmy chcieli, trudno byłoby mu zaszkodzić - zaczął Dima. - Kawaler, bezdzietny, żadnych skandali. Piętnaście lat wzorowej służby i sporo donosów, a to o czymś świadczy. Jeśli dobrze wykonamy swoją pracę, tylko zrobimy mu przysługę. Może Olgierd Rubecki jest jakąś nadzieją dla tego kraju. A może pod maską patrioty kryje się zwykły fake, taki sam cwaniak jak inni, krętacz i manipulant. - Wszyscy zamilkli, jakby dotarła do nich prosta prawda. - Musimy to sprawdzić. Więc jaki masz plan, Roman?

- "Plan" to za duże słowo. Założymy mu obserwację na kilka dni. Pewnie się zorientuje, ale nie będziemy nad tym płakać... - Roman zdjął okulary i zaczął je przecierać chusteczką. - Zrozumie, że jest obrabiany przez Agencję...

- A może po prostu porozmawiać z nim i powiedzieć mu prawdę - wtrąciła Monika. - Po co takie dziecinne podchody? To naiwne.

- Nie możemy tego zrobić - odparł Roman, zakładając okulary na czoło. - Tak, Dima ma rację, Olgierd Rubecki to teraz polityk, więc musimy mieć do niego ograniczone zaufanie. Polityka zmienia ludzi, nawet takich jak on... i my. Niestety... mamy wiedzę i doświadczenie w tej kwestii. Ale możemy mu coś podpowiedzieć. - Opuścił okulary na nos i rozejrzał się po pokoju. - Robimy standardowo. Monika i Dima zajmą się obserwacją Olgierda: obejrzą sobie jego dzień powszedni w realu oraz poznają jego znajomych i przyjaciół... Wiecie, co macie robić. Ela i Witek będą was zmieniać i też zajmą się jego dniem powszednim, znajomymi i przyjaciółmi, tyle że w świecie wirtualnym.

- Dobrze, a co z materiałami dotyczącymi jego słynnej akcji w Iraku? Jaki to był kryptonim? - zapytał Dima, podając teczkę Monice.

- "Sindbad"... chyba - odezwała się Ela.

- Aaa... tak. To przecież kamień węgielny Olgierda jako polityka - ciągnął Dima. - W personalnej sprawie nic nie ma na temat tej operacji, a nie będziemy chyba opierać się na gazetach. Rzeczywistość wygląda inaczej niż przekaz medialny. Mylę się?

- Ani trochę - odpowiedział Roman. - Problem w tym, że teczka, z oczywistych powodów, jest w sejfie WBW. Pilnuje jej naczelniczka Gerber, ale teraz jest w delegacji, wraca w czwartek, a ja wolę, by nikt nie zauważył, że zajmujemy się Rubeckim. Dobrze... analiza materiałów to moja działka.

- Późno - wtrąciła się Monika. - Zdążysz? Wątpię.

- Zależy, co tam jest i ile tego jest - uściślił Dima. - Przypuszczam, że sprawa musi być opasła. To nie była pierwsza lepsza operacja, tylko akcja dekady albo i wszech czasów. I sporo ludzi w niej uczestniczyło. Więc...

Roman pomyślał, że Dima ma rację, ale od razu do niego dotarło, że musiałby wtedy odwołać wyjazd w Bieszczady, a to nie wchodziło w grę i nie było takiej sprawy w Agencji, która mogłaby temu przeszkodzić. Zawsze wyjeżdżali z Bronkiem, żeby nie być w Warszawie w rocznicę wypadku Hani ani w dniu jej śmierci, czyli przez te dwa tygodnie, kiedy trwali przy jej łóżku. Hania była żoną Romana i siostrą Bronka, więc łączyła ich więź nie tylko dzieciństwa, ale też miłości i śmierci. Nie mogło być silniejszego związku, przynajmniej dla nich, ale o tym nikt nie wiedział i oni sami też nigdy na ten temat nie rozmawiali.

- Kiedy wyjeżdżasz do Aten? - Leski zwrócił się do Dimy. - Nie pamiętam.

- Bo nie mówiłem - odparł Dima. - Planuję w sierpniu - dodał. - Rozumiem, o co ci chodzi. Jeżeli sprawa się przeciągnie, poprowadzimy ją przecież sami. Możesz spokojnie jechać na urlop.

- Oczywiście! - włączyła się Monika. - Co to za sprawa tego Rubeckiego? - Zrobiła zdegustowaną minę. - Porwanie Henryka, Pański... to była ostra jazda. A poza tym są telefony, internet... nie?

Zauważyła, że Roman od jakiegoś czasu wierci się w fotelu i odpływa gdzieś myślami. Miała wrażenie, że chce coś powiedzieć, ale szuka właściwych słów i czegoś się obawia. To było dziwne, bo nigdy się tak nie zachowywał. Monika ufała jednak swojemu trzeciemu oku i patrzyła na niego z mieszaniną niepokoju i zaskoczenia. Czuła jednak, że to nie może być nic złego.

- Chcesz nam coś powiedzieć, Roman? - Nie wytrzymała. - Coś się stało?

- Nie, nic... nic takiego - odparł niepewnie. - A właściwie to tak. Mam wam coś ważnego do zakomunikowania. - Zdjął okulary i zaczął je przecierać.

Wszyscy wiedzieli już, że Roman jest naprawdę przejęty.

- No więc... - odezwał się zaniepokojony Dima.

- No więc... - powtórzył Roman - no więc tak, nasz zespół się rozrasta... no i... - Założył okulary i spojrzał na cztery wpatrzone w niego twarze.

- No i co? - dopytał Dima.

- Ktoś do nas dołączy? - dorzuciła Monika.

- Tak.

- Rany boskie, Roman! Wyduś to w końcu z siebie - zaniepokoił się Dima. - Ktoś do nas dołączy, i dobrze! W czym masz problem? My się cieszymy... prawda? - Uśmiechnął się do Moniki, która jednak nie zareagowała i wyglądała na szczerze zaskoczoną.

- Tak, po sprawie Pańskiego doszedłem do wniosku, że Sekcja jest zbyt słaba, wystawiona na niebezpieczeństwo nawet na własnym terenie, a przecież to nie koniec naszego funkcjonowania i zawsze może być gorzej. Na świecie coraz goręcej, i to nie z powodu ocieplenia. - Roman spróbował zażartować, ale tylko Dima wciąż się uśmiechał. Witek i Ela słuchali go w skupieniu. - Widzicie, co się dzieje, a politycy są coraz bardziej ogłupiali, coraz słabsi, znerwicowani, klaun prezydentem USA, w Rosji monarchia dziedziczna, a u nas...

- Roman, na litość... daruj! - przerwała mu Monika. - My to wszystko wiemy. Kto do nas przychodzi?

- Uznałem, że potrzebny jest nam specjalista od broni, walki, obserwacji, ktoś doświadczony. Chciałbym, żebyście bardziej się skupili na analizach... rozpracowaniu...

- Dajemy radę, ale na pewno ktoś taki nam się przyda - przerwał mu Dima. - Prawda? - Przebiegł wzrokiem po zebranych, wyraźnie dając znać, że mają Romana poprzeć i pokazać mu, że cieszą się z jego decyzji.

- Pewnie, szefie! I to bardzo! - odezwał się Witek z niepewnym entuzjazmem, a Ela pokiwała głową.

Tylko Monika milczała. Zrobiło jej się smutno. Domyśliła się, że Roman powiększa Sekcję, bo przygotowuje się do odejścia. Powoli będzie wtajemniczał Dimę w swoje kompetencje, wyciągnie go z cienia Sekcji, wprowadzi do centrali Agencji, w świat szefów i polityki. I nic już nie będzie takie jak kiedyś. Dima zostanie szefem, a Roman zniknie z jej życia. Poczuła ucisk w dołku i pomyślała, że jeśli zaraz nie wyjdzie, to rozpłacze się na oczach wszystkich. Podniosła się i z ostentacyjną obojętnością poszła do łazienki.

Wszyscy czuli, że coś się dzieje, ale tylko Monika wiedziała co i dlaczego. Nie myliła się. Roman zaczynał się zastanawiać nad swoim odejściem. Miał to być główny temat ich rozmów w Bieszczadach, bo Bronek nosił się z takim samym zamiarem. Dawno już sobie obiecali, że żaden nie zostanie w służbie dłużej niż miesiąc po odejściu pierwszego. Potem kupią sobie domek w Solinie i zamieszkają w nim na stałe.

Roman od początku zakładał, że Monika natychmiast się połapie, dlaczego postanowił przyjąć nową osobę do Sekcji, ale nie był pewien, jak zareaguje. Nie chciał jej sprawiać bólu. I nie wiedział, czy postępuje słusznie, bo może powinien powiedzieć im to wprost, od razu. Dlatego był tak zdenerwowany. Ale musiał zrobić ten pierwszy krok bardzo delikatnie.

Wiedział, że poszła do łazienki wytrzeć oczy i nos. Musiał na nią zaczekać, jeśli miał im powiedzieć prawdę. Nie mógł już dłużej ukrywać swojej decyzji, którą dopiero planował podjąć. Ale bez ich zgody nie mógł tego zrobić i chciał im to wytłumaczyć.

Monika wróciła po minucie. Tylko Roman zauważył jej delikatnie zaczerwieniony koniec nosa. Usiadła na swoim miejscu z wyraźnym fochem.

- Naszym nowym kolegą będzie... - Roman spojrzał w stronę Witka i Eli - wasz kolega z Wydziału Q, Lutek.

Z rogu pokoju rozległ się przeciągły gwizd i głośny okrzyk radości Eli.

Dima i Monika spojrzeli na siebie zaskoczeni. Nie wiedzieli, kim jest Lutek, ale uśmiechnęli się do siebie, widząc tak spontaniczną reakcję młodych.

- Rozumiemy, że to dobry wybór - odezwał się Dima. - Wydział Q... świetna rekomendacja.

- Zaraz wam o nim opowiem, a jak coś pokręcę, to Witek i Ela mnie poprawią. - Roman umościł się w fotelu i spoważniał. - Wcześniej jednak muszę o czymś was poinformować. Nie podjąłem jeszcze decyzji, kiedy dokładnie... - spuścił wzrok - ale zamierzam przejść na emeryturę i powinniśmy powoli zacząć się na to przygotowywać. Nasza Sekcja będzie pracować dalej.

| 6 |

Monika Arent - córka Bogumiła, weterynarza, i Marii, nauczycielki - urodziła się dwudziestego czwartego grudnia o osiemnastej, więc nikt nie mógł być obojętny wobec tego wydarzenia. Konserwatywna rodzina ojca uważała, że to znak boży, a jeszcze bardziej konserwatywni krewni matki traktowali to jako profanację. Monika zawsze dostawała wspaniałe prezenty pod choinkę, ale oprócz rodziców nikt życzeń urodzinowych jej nie składał. W dzieciństwie jednak liczyły się głównie prezenty, a nie życzenia, więc Monika bardzo lubiła Boże Narodzenie.

Już w szkole podstawowej odkryła w sobie zamiłowanie do rysowania, kolorowania i lepienia, które z każdym rokiem się pogłębiało, absorbując ją czasowo i intelektualnie. W szkole średniej zamieszkała w internacie i na krótko wsiąkła w środowisko punków, po czym zostało jej sporo przekłuć i bardzo dobrych graffiti w okolicach dworca w Mońkach. Był to okres buntu i szaleństwa hormonów, więc Monika, ku uldze rodziny, rzadko przyjeżdżała do domu i przestała drażnić sąsiadów swoim wyglądem.

Okres punkowania zakończył się jednak gwałtownym i głębokim wstrząsem. Okazało się, że Monika zupełnie zapomniała o matematyce, co groziło jej powtarzaniem trzeciej klasy. Jednej nocy zniknęły więc wszystkie kolczyki, pióropusz spłynął w toalecie, a glany wylądowały w śmietniku. Mimo tej odmiany dalej nie przyjeżdżała na rodzinne święta do Komornicy. Wzięła się ostro do nauki i zdała maturę z wyróżnieniem.

Wiedziała już, kim chce być, i przez całą czwartą klasę przygotowywała się do egzaminu na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Dostała się za pierwszym razem, co zaskoczyło ją samą. Nie była już tylko maturzystką z Moniek i kiedy pierwszy raz wchodziła do gmachu na Krakowskim Przedmieściu jako studentka malarstwa, czuła, jakby jej płuca wypełniało klinicznie czyste szczęście i jakaś magiczna siła unosiła ją nad ziemią. Później się okazało, że tamtego dnia podobne doznanie było powszechne wśród niemal wszystkich nowych studentów, i Monika szybko zeszła na ziemię.

Dzięki pomocy finansowej rodziców wynajęła razem z Markiem, studentem trzeciego roku rzeźby, dwudziestopięciometrową kawalerkę na Powiślu. Marek był małomównym artystą w zniszczonym swetrze, o silnych dłoniach poznaczonych siniakami, bliznami i gliną, która wchodziła mu pod paznokcie. To wystarczyło, by Monika się w nim zakochała, chociaż Marek nie mówił wiele o miłości, bo - jako się rzekło - był małomówny. Spędziła z nim dwa wspaniałe lata, rozkoszując się imprezami i rozmowami po świt na wiślanych bulwarach. Wsiąkła w warszawskie środowisko, a ono ją przyjęło jako swoją gwiazdę. Bo Monika miała talent i wszyscy to widzieli, choć nie wszyscy chcieli zaakceptować.

Marek przez dwa lata ani razu nie powiedział, że ją kocha, chociaż zachowywał się, jakby tak właśnie było. Kiedy więc pewnego dnia zakomunikował, że zakochał się w Grażynie z wydziału wzornictwa, Monika nie mogła powiedzieć, że ją okłamał i zdradził. Wieść o tym, że jest już wolna, szybko rozniosła się na uczelni i dopiero wtedy Monika się dowiedziała, jaki Marek był naprawdę. Skróciło to jej rozpacz po rozstaniu, ale też wzbudziło rozczarowanie, które natychmiast przerodziło się we wściekłość. Nie chciała już mówić, że była zakochana, bo musiałaby się przyznać do własnej naiwności. Wolała milczeć.

Jednak rozstanie z Markiem przyniosło pozytywny skutek uboczny. Eksplozja emocji, jaką wówczas przeżyła, wyzwoliła w niej szaleńczą potrzebę tworzenia, która zaowocowała dziełami wzbudzającymi prawdziwy entuzjazm wykładowców i zazdrość części kolegów. W ciągu kilku miesięcy Monika jako pierwsza na roku miała już za sobą kilka wystaw. "I to wszystko dzięki Markowi" - mówiła z uśmiechem do przyjaciół po kilku kieliszkach białej sofii za siedem złotych.

W rzeczywistości bardzo przeżyła śmierć swojej pierwszej wielkiej miłości i wszyscy znajomi z akademii dobrze to wiedzieli, bo całą swoją rozpacz oddała w obrazach i grafice. I nie mogła tego ukryć pod żadnymi słowami, uśmiechami ani pod ironią. Wszystko było widoczne jak na dłoni.

Wiedziała, że z nieszczęśliwej miłości można się wyleczyć tylko nową miłością. I wkrótce taką znalazła, chociaż wcale jej nie szukała. Na wernisażu swojego profesora poznała jego brata Krisa, asystenta na wydziale prawa. Uznała, że prawnik będzie lepszym kandydatem na partnera niż jakiś artysta, i ostrożnie zaangażowała się w nowy związek.

Po trzech miesiącach przeniosła się do jego mieszkania na Górnym Mokotowie. W tym czasie obroniła pracę magisterską i otrzymała propozycję pozostania na uczelni. Kris był inteligentnym i opiekuńczym partnerem, mimo to nie mogła powiedzieć, że go kocha. A on się tego nie domagał i sam też nie narzucał się ze swoimi uczuciami. Byli zgraną parą bez konkretnych zobowiązań, więc ich uczucie zaczęło powoli stygnąć. Kris był typowym umysłem prawniczym i otoczenie postrzegał przez normy, zasady i odstępstwa od nich. Dlatego Monika jako artystka właściwie nie była w stanie nawiązać z nim kontaktu intelektualnego czy estetycznego. To nie stanowiło problemu w ich życiu codziennym, ale też nie wróżyło dobrze na przyszłość. To wtedy zaczęła chodzić na zajęcia z jogi. Pomyślała, że w ten sposób wypełni pustkę, którą wytwarza w niej Kris.

Efekt był odwrotny. Dzięki medytacji jeszcze lepiej zrozumiała, że życie nie znosi próżni, a żeby rachunek się zgadzał, człowiek powinien dawać więcej, niż bierze.

- Dzień dobry, pani Moniko - usłyszała za sobą głos nieznajomego mężczyzny, kiedy wychodziła z akademii pewnego jesiennego wieczoru. Obejrzała się, ale nikogo nie zauważyła. - Możemy chwilkę porozmawiać? - doleciał ten sam głos z prawej strony.

Zobaczyła stojącego w rogu korytarza niskiego, korpulentnego mężczyznę po sześćdziesiątce, w niemodnych dużych okularach i kapelusiku. Wygląda, jakby go wyczarował Duda-Gracz - pomyślała i od razu nabrała do niego sympatii.

- Pan do mnie mówi? - rzuciła niepewnie.

- Tak, pani Moniko - odparł cicho, uciekając nieśmiało wzrokiem. - Chciałbym porozmawiać, jeśli ma pani wolną chwilę - dodał już nieco głośniej.

- Aaa... - wydała z siebie dźwięk podobny do pytania.

- Wszystko za chwilę wyjaśnię. Tutaj za rogiem jest mała kawiarnia. Zapraszam.

- Ale... o co chodzi? - dopytywała się. - Skąd pan mnie zna?

- Wszystko za chwilę wyjaśnię - powtórzył. - To ważne, ale nic przykrego ani osobistego. - Uśmiechnął się nieporadnie i Monice zrobiło się go żal. - Zajmę pani pięć minut albo... albo całe życie. Sama pani zdecyduje. Nazywam się Roman Leski.

Monika zgodziła się na rozmowę. Zapamiętała ją dokładnie i w każdej chwili mogła odtworzyć jej dowolny fragment, opisać spojrzenia Romana, ruchy jego rąk, własne myśli. I rzeczywiście zajął jej całe życie, ale to ona wybrała.

Nie wiedziała nawet, że istnieje coś takiego jak wywiad, że to jakaś instytucja, organizacja. Nigdy nie przypuszczała, że są jacyś ludzie, którzy myślą o jej bezpieczeństwie. Nie czuła się nigdy zagrożona, więc słowa pana Leskiego zwyczajnie ją śmieszyły. Siedziała w kawiarni nad filiżanką cappuccino i patrzyła na śmiesznego faceta w niemodnych okularach, który próbował jej wyjaśnić, że to, co ją otacza, nie jest tym, co naprawdę widzi. Tłumaczył coś, co jest treścią postrzegania przez artystę, i to komuś, kto właśnie dostał propozycję asystentury na wydziale malarstwa. Monika patrzyła na dziwnego człowieczka, który ściskając kubek z herbatą pulchnymi dłońmi, mówił niezrozumiałym językiem o jakiejś abstrakcji, i zastanawiała się, dlaczego wciąż siedzi i go słucha.

Czuła, że nie może tak po prostu wstać i wyjść. Roman Leski był jak przybysz z baśniowej konstelacji. I w pewnej chwili zrozumiała, że to surrealizm i absurdalność sytuacji, w której się znalazła, są tak hipnotyzujące. Niespodziewanie zapragnęła oderwać się od rzeczywistości i polecieć w dziwny, nieznany świat, który otwierał przed nią ten sympatyczny Apoloniusz z Tiany.

Zgodziła się na następne spotkanie i tak jak prosił, nikomu o tym nie powiedziała. Nigdy też nie zapytała, dlaczego wybrał właśnie ją.

Przez następne trzy lata uczyła się zawodu szpiega na kursie indywidualnym. Zajęcia miała dwa razy w tygodniu po kilka godzin w kawalerce na Mokotowie, a ćwiczenia - w różnych miejscach na terenie Warszawy.

Kris nie pytał, gdzie znika na całe dnie, więc nie musiała kłamać. Ale właśnie ten brak pytań był główną przyczyną obumarcia ich związku.

W końcu przeszła ostatnie badanie na wykrywaczu kłamstw, wzorowo zdała egzamin i została podporucznikiem polskiego wywiadu, oficerem drugiej linii. Nie była jednak taka jak inni i Roman wiedział o tym najlepiej, bo takiej potrzebował.

| 7 |

Roman spał tej nocy lekko, na pograniczu czuwania. Myślami był już z Bronkiem w Bieszczadach. Zerkając na czerwone cyfry nocnego zegara, przewracał się z boku na bok i zastanawiał, czy o czymś nie zapomniał i czy nie zabrał czegoś zbędnego. Roman nie był pedantem, tylko perfekcjonistą, i pakowanie traktował tak jak gotowanie jajka na miękko. Miał wprawdzie przygotowaną listę, ale wciąż ją poprawiał i zmieniał. Wszystko było pogrupowane według zastosowania i ważności. W tym roku zabierał ze sobą siedemdziesiąt trzy przedmioty. O cztery mniej niż podczas poprzedniego wyjazdu. Co roku weryfikował listę i wykreślał te rzeczy, bez których mógł się obejść. W ten sposób dążył do stworzenia bagażu idealnego.

Wiedział, że to absurdalna czynność, tym bardziej że jechali samochodem Bronka i mogli zabrać, co tylko chcieli. Traktował to jako trening pamięci i doskonalenie umiejętności porządkowania faktów, a właściwie jako mnemotechnikę, czyli samoobronę przed demencją i alzheimerem. Listę robił raz do roku i dopiero po jej sporządzeniu porównywał z ubiegłoroczną. Zwykle sprawdzał stan swojego umysłu, wyliczając okresy w rozwoju Ziemi, planety Układu Słonecznego i przedmioty na obrazie Ambasadorowie.

Zmniejszenie listy o cztery pozycje było dowodem, że mimo ukończonych sześćdziesięciu pięciu lat jego umysł pracuje idealnie. Perspektywa emerytury nie wyglądała tak ponuro.

Była szósta trzydzieści, kiedy Roman wyszedł ze swojego mieszkania. Warszawa jeszcze się nie przebudziła. W nocy grzmiało i solidnie popadało, więc poranek był wilgotny i chłodny, ale według zapowiedzi zaczynał się kolejny upalny dzień. W ciągu trzydziestu minut Roman dotarł na Miłobędzką i nawet się nie spocił. Mimo nieprzespanej nocy czuł się rześko, a perspektywa mocnej herbaty dodatkowo poprawiała mu i tak już dobry humor.

Wszedł do swojego biura na siódmym piętrze i - w odwrotnej kolejności niż co dzień - najpierw otworzył szeroko okno, a dopiero potem wstawił wodę i wsypał do metalowego kubka trzy czubate łyżeczki herbaty ulung. Chciał jak najlepiej wywietrzyć pokój, nim zacznie się upał. Miał klimatyzację, ale nigdy jej nie używał, bo uważał, że roznosi bakterie, i denerwował go jej pomruk, jakby ktoś obcy był w pomieszczeniu.

Włączył płytę i w pokoju rozległy się pierwsze takty VII symfonii Beethovena. Zasiadł za komputerem, żeby zaczekać, aż zagotuje się woda. Zaczął od przeglądania depesz z rezydentur. Po kolei przebiegał je wzrokiem, uderzając palcem w klawisz na komputerze. Na widok niektórych nazw miast ograniczał się jedynie do zapoznania się z pierwszym zdaniem i sprawdzenia ostatniego. Wiedział, którzy oficerowie rezydujący w konkretnych krajach są w stanie wymyślić coś wartościowego, więc czytanie części depesz uważał za frustrującą stratę czasu. Szczególnie gdy był pewny, że ich autorzy nie prowadzą żadnych wartościowych źródeł informacji. Byli jednak rezydenci, którzy niemal codziennie przysyłali ciekawe wiadomości. Potrafili nie tylko dobrze pisać po polsku, ale też przekazywać swoje myśli zwięźle i logicznie. Ich raporty ze spotkań z agenturą były zawsze godne uwagi, a wnioski cenne. I dotyczyło to czasami rezydentów w krajach, których nie uznawano za pierwszoplanowe. Dobry oficer i z kija wystruga dobrą informację - pomyślał Roman i otworzył depeszę z Algieru.

Lubił czytać szyfrogramy od Tuarega. Major Jacek Kucharski był stosunkowo młodym oficerem i od pół roku stacjonował w Algierze. Była to jego druga placówka. Poprzednio jako oficer rezydentury w Bejrucie wykazał się wyjątkową odwagą, prowadząc agenturę w czasie wojny w Syrii i Iraku, za co otrzymał od prezydenta USA Legię Zasługi. W dowód uznania powierzono mu kierownictwo samodzielnej rezydentury w Algierii, gdzie szybko stworzył sieć wartościowych informatorów. Miał trzech oficerów, w tym jednego na przykryciu jako przedstawiciela Polskiego Koncernu Zbrojeniowego.

Jednak tym razem Tuareg nie napisał nic ciekawego. W krótkiej depeszy z godziny siedemnastej poprzedniego dnia informował, że oficer Wareg umówił się na spotkanie z figurantem Alibabą i pobrał pieniądze z kasy operacyjnej. Nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie.

Roman zdążył przejrzeć jeszcze kilka depesz, kiedy w przedpokoju zagwizdał czajnik. Zalał herbatę, przykrył talerzykiem i wrócił do biurka. W VII symfonii kończyło się właśnie Vivace i zaczynało Allegretto. Roman bardzo lubił ten fragment, więc zatrzymał się przed Ambasadorami, by przez chwilę posłuchać go razem z nimi.

Zamknął okno i wrócił na fotel. Założył ręce za głowę i zaczął się zastanawiać, czy warto jeszcze przed wyjazdem wyciągnąć z szafy teczkę operacji "Sindbad", czy już to sobie odpuścić. Wciąż miał wątpliwości, czy w ogóle musi zajmować się Olgierdem Rubeckim.

Pomyślał jeszcze trochę i w końcu doszedł do wniosku, że Sekcja powinna jednak zbadać sprawę. Dla własnego spokoju i z poczucia obowiązku. Ale analizą materiałów zajmą się już Dima i Monika - podsumował.

Teraz musiał szybko dostać się do szafy naczelniczki, i to tak, by nikt tego nie zauważył. Gerber wracała z delegacji służbowej do Langley w czwartek, więc była szansa, że w pracy już się nie pojawi. Mieliby zatem jeden dzień w zapasie.

Sięgnął po telefon.

- Gdzie jesteś? - zapytał Witka, gdy tylko ten odebrał.

- Jak to? - Chłopak wydawał się nieco zaskoczony. - Siedzimy z Elą na bohaterze... w dziupli.

- Aaa... No tak! I co?

- Czysty jak łza. Od razu widać, że wie, jak polityk powinien się zachowywać w wirtualu, a jest mocno obstawiany przez hakerów, dziennikarzy i trolli... i jakieś dziwne duchy nie wiadomo skąd. Nie ma go na żadnych portalach społecznościowych, chociaż jest tematem połowy rozmów i komentarzy. Są dwa fałszywe posty, ale na kilometr widać amatorszczyznę. Wygląda na to, że wspierają go jacyś zawodowcy, i to top klasa. W sieci króluje. Pracujemy nad nim, ale pewnie nic nie wyłowimy. Ogólnie... dobrze się prezentuje.

- Hm... - zamruczał Roman i na chwilę zamilkł. - Taki czysty, pachnący i ładny? - zapytał z wyraźną wątpliwością w głosie. - Nie za dobrze to się przedstawia?

- Nie mnie to oceniać - odparł Witek zdecydowanie. - A poza tym jeszcze za wcześnie.

- Monika i Dima?

- Są już na stanowisku, ale na razie cisza. Chyba wciąż śpi - rzucił obojętnie Witek.

- Przygotuj pakiet Olsena. Dzisiaj w nocy będziemy otwierać szafę pancerną w Agencji.

- Standardową?

- Tak. I przygotuj też kombajn foto.

- Okej.

Do każdego pokoju w Agencji były trzy zapasowe klucze. Jeden w sekretariacie biura, drugi w dyspozycji sprzątaczki i trzeci w dyżurce ochrony na parterze.

Roman wybrał numer do Staszka, szefa ochrony obiektu.

- Kiedy masz dyżur? - zapytał.

- Jestem teraz... i do osiemnastej.

- Przynieś mi klucz od dwieście dwadzieścia pięć i przyjedź pod jakimś pretekstem na dwunastą w nocy. Potrzebuję, żebyś między dwunastą i pierwszą zatrzymał kamerę na drugim piętrze. Tak jak wtedy...

- Pamiętam - przerwał dziarsko Staszek. - Załatwione, pułkowniku. Oczywiście przyjadę.

Chorąży Staszek Janik, szef zmiany jednostki ochrony Agencji, sprzątaczka gabinetów na siódmym piętrze Helena i jej mąż Józef, kierowca szefa, byli najważniejszymi tajnymi współpracownikami Romana. Dzięki nim mógł kontrolować wewnętrzne bezpieczeństwo Agencji znacznie efektywniej niż cały WBW. Robili to w poczuciu odpowiedzialności i z szacunku dla Romana, a nie z przymusu czy za dodatkowe wynagrodzenie. I nigdy o nic nie pytali. Za pomoc w rozpracowaniu pułkownika Pańskiego, rosyjskiego szpiega w Agencji, nie dostali od Romana nic oprócz podziękowania, butelki whisky i czekoladek.

Tym razem Staszek też o nic nie zapytał, chociaż doskonale wiedział, że pokój numer 225 należy do podpułkownik Marii Gerber, naczelnik WBW, więc od razu zrozumiał, że kroi się jakaś grubsza sprawa. Ufał Romanowi i chociaż wieczorem był umówiony z kolegami na wódkę Pod Kogutkiem, to jednak zobowiązał się przyjechać.

Roman odłożył telefon i zdążył pociągnąć pierwszy łyk herbacianego ługu, gdy jego komputer wydał z siebie dźwięk drewnianego dzwonka, jakie noszą pustynne dromadery.

Gdzieś na świecie stało się coś ważnego.

Położył dłoń na myszy, naprowadził kursor na czerwony pasek z napisem Natychmiastowe i kliknął. Na ekranie pojawiła się depesza od Tuarega z Algieru.

Zaczął czytać.

W dniu dzisiejszym o godz. 6.30...

| 8 |

Olgierd Rubecki od trzech lat mieszkał sam na drugim piętrze świeżo zrewitalizowanej kamienicy przy ulicy Cecylii Śniegockiej na warszawskim Powiślu.

Był to duży, prawie stumetrowy luksusowy apartament z dwiema łazienkami i ogromnym salonem. Kosztował ponad półtora miliona złotych i Rubecki kupił go za gotówkę. Swoje sześćdziesięciometrowe mieszkanie na Ursynowie sprzedał za pięćset tysięcy, ale skąd wziął jeszcze milion? Mógł dostać te pieniądze od ojca, zamożnego biznesmena, tego jednak Witkowi nie udało się potwierdzić.

Była siódma piętnaście, kiedy Monika, wyposażona w lornetkę z aparatem cyfrowym, zajęła miejsce przy oknie na klatce schodowej naprzeciwko domu Rubeckiego. Dima zadzwonił wcześniej przez domofon i ustalił, że Rubecki jest w mieszkaniu. Dał znać Monice, a sam wsiadł do samochodu, który zostawił po drugiej stronie ulicy.

- Ciekawe, gdzie parkuje... - odezwał się Dima w słuchawce. - Pewnie wewnątrz, na podwórku.

- Wątpię. Za mało miejsca. Musi go trzymać gdzieś w pobliżu.

- A czym jeździ?

- Roverem discovery... zielonym - odparła Monika. - Nieźle mu się powodzi na tej emeryturze, nie?

- Też taką będziesz miała - rzucił Dima.

- Akurat! - Roześmiała się. - Wyliczyłam, bo piętnaście lat mam już za sobą. Dostanę dwa i pół tysiąca, a mogą przecież w ogóle zabrać, jak coś odwali dyktatorowi. Czekaj! - Cofnęła się w głąb klatki i przyłożyła lornetkę.

- Co tam? - zapytał Dima.

- Czekaj... coś się dzieje w środku, jakiś ruch, ale zasłony... Chyba wstał. Czekaj!

- No co tam? - zniecierpliwił się Dima.

- Wydawało mi się, że widziałam kobietę... nagą kobietę... Ooo! Znów przeszła! Teraz on... w całej okazałości! No, no... panie Olgierdzie. Chyba poszli razem do łazienki.

- Zrobiłaś jej zdjęcie?

- Tak, zaraz ci wyślę.

- Jak wyjdzie, to za nią pociągnę. Musimy ustalić, kto to jest, a ty zajmiesz się Olgierdem. - Dima nie był zadowolony i od razu można było to wyczuć w jego głosie.

- No... bardzo niechętnie - odparła, ale nie chwycił aluzji.

- Co pani tu robi? - usłyszała nagle za sobą skrzeczący głos. Obejrzała się i zobaczyła stojącą na schodach kobietę z laską i z pieskiem pod pachą. - Proszę natychmiast stąd iść, bo zawołam milicję! - Piesek, najwyraźniej pobudzony przez swoją właścicielkę, zaczął szczekać podobnym skrzeczącym dyszkantem. - Kto panią tu wpuścił? Jeszcze coś ukradnie...

- Zamknij się, kobieto! I ucisz tego psa! - Monika obruszyła się i wyciągnęła policyjną blachę. Podstawiła ją pod nos kobiecie, która zamarła, tak samo jak jej pies. - Mam panią aresztować za utrudnianie pracy policji? W domu są groźni bandyci, których ścigamy, i zaraz może tu być strzelanina.

Kobieta, najwyraźniej przerażona, natychmiast odwróciła się i podreptała na dół, złośliwie stukając laską o metalową poręcz.

- Co tam? - zapytał Dima.

- Nic. Wścibska lokatorka po osiemdziesiątce. Dostałeś foto?

- Tak. Dziękuję. To co, teraz czekamy na nią? Wkurwia mnie to, a ciebie?

- Mnie też. Wpychamy się komuś w życie bez wyraźnego powodu, i to na polecenie takiej miernoty jak ten... - Nie dokończyła, bo poczuła, że się za bardzo nakręca. - Kiedy jedziesz do Aten?

- Nie wiem jeszcze, a co?

- Pojechałabym, gdybyś nie miał nic...

- Pewnie, że nie miałbym nic - odparł zdecydowanie. - W końcu nigdy u mnie nie byłaś. Może pojedziemy razem? Pokażę ci swoje Ateny, spróbujemy metaxy...

- Akurat! - przerwała mu Monika. - Ta twoja blond Katarzyna najpierw podgryzie mi gardło, a potem cię wypatroszy.

- Sweety Monique! - Dima uśmiechnął się. - Przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie dam cię skrzywdzić... - Nie zdążył powiedzieć, że jego związek z Katarzyną właśnie dobiegł końca, kiedy Monika mu przerwała.

- Jakiś ruch u naszego bohatera... już są ubrani... i chyba...

- Wychodzą?

- Nie widzę... nie wiem... ale się żegnają, czyli ona wychodzi. Przygotuj się, Dimka! - Celowo zdrabniała jego imię, kiedy chciała wysłać mu sygnał, że ciepło o nim myśli.

Podglądanie Olgierda Rubeckiego w intymnej sytuacji było dla niej poniżające, tym bardziej że czuła do niego sympatię, a nawet darzyła go szacunkiem. Był inteligentnym, przystojnym mężczyzną, z którym wielu ludzi wiązało szczere nadzieje na zmianę swojego losu i naprawę ojczyzny, a ona obserwowała go przez lornetkę, robiła zdjęcia i odzierała z godności. Widzi rano nagiego mężczyznę z ukochaną kobietą i musi patrzeć na nich z polecenia człowieka, którym gardzi. To był jeden z tych momentów w jej życiu, kiedy nienawidziła swojej pracy. Czy nikt nie może się ukryć przed obcymi? Nie ma już intymności? Co zatem z prawdziwą miłością? Dlatego mimowolnie pomyślała o wyjeździe z Dimą do Aten. Poczuła delikatne podniecenie, bo zdawało jej się, że są teraz jedynymi ludźmi na świecie, którzy mogliby dać sobie nawzajem prawdziwą i czystą intymność. Nie myślała o miłości.

- Widzę ją! - Głos Dimy jakby uderzył Monikę w policzek. - Właśnie wyszła. Elegancka, średniego wzrostu, postawna... ruda, koło pięćdziesiątki, ciemne maskujące okulary. Idzie w lewo... ruszam za nią...

- Ustal, kto to jest, jeśli się da, a jak nie, to olej i zaraz wracaj. Sama nie dam sobie z nim rady. Rozkuje mnie w pięć minut.

- Chyba się sprawdza... - Dima zdziwiony zawiesił głos. - Nooo... jest w niej coś dziwnego. To nie jest jakaś dziumdzia, ten krok... to rasowa... nooo... kurde, wyraźnie się sprawdza...

- Mężatka na gigancie? - rzuciła Monika trochę pochopnie i zrobiło jej się głupio.

- Skręciła w Miechowską, za rogiem przyspieszyła, patrzy na zegarek. Podchodzi do samochodu i... Czekaj! Czarna toyota avensis trzeciej generacji. Ciekawe. Dlaczego zaparkowała daleko od domu... jakby chciała ją ukryć. Kupiłabyś czarny samochód?

- Nie. Może to służbowy. Filmujesz go?

- Tak. Numer rejestracyjny WE4667H. Podaj do Witka, może ustali właściciela.

- Okej. Już.

- Ostro ruszyła. Ma pojęcie, oj, ma... Pociągnę za nią, ile zdołam, ale coś czuję, że mogę się wyłożyć. Wygląda na to, że bystra z niej babka.

- Oczywiście. Nie przeginaj, sprawa nie jest tego warta. Mamy numer rejestracyjny i teraz to nam wystarczy.

| 9 |

W dniu dzisiejszym o godz. 6.30 wraz z of. Marco udałem się do domu Warega. Byłem zaniepokojony jego milczeniem po wczorajszym spotkaniu z Alibabą. Od rana nie odbierał telefonu. Jego kierowca Yacef też milczał. Dom Warega był zamknięty. Wyważyliśmy drzwi do garażu i weszliśmy. Najpierw znaleźliśmy ciało Yacefa z podciętym gardłem. Na ścianie duży napis krwią po arabsku i symbol AQIM. Ciało Warega, też z podciętym gardłem, znaleźliśmy w sypialni na pierwszym piętrze. Na ścianie również namalowany był znak AQIM. O zdarzeniu natychmiast poinformowałem telefonicznie szefa Agencji Wywiadu i za jego zgodą ambasadora, który oficjalnie złożył zawiadomienie do miejscowej policji.

Tuareg

No to mamy problem - pomyślał Roman. Al-Kaida Islamskiego Maghrebu zamordowała oficera polskiego wywiadu? Nie porwali go jak Henryka? Byłoby trochę dziwne, gdyby...

Nie dokończył myśli, bo na biurku zadzwonił telefon i zapaliła się lampka Szef. Wcisnął interkom.

- Leski - rzucił.

- Niech pan do mnie przyjdzie, panie pułkowniku - powiedział spokojnie szef Hafner.

- Będę za dziesięć minut.

- Dobrze.

Śmierć oficera wywiadu za granicą zawsze jest podejrzana, a gdy do niej dochodzi, staje się najważniejszą sprawą dla całej organizacji. Służba nie szczędzi wysiłków, by dopaść zabójców. Dlatego Roman zakładał, że Hafner nie zaprasza go, by rozmawiać o Olgierdzie Rubeckim, tylko wzywa w sprawie śmierci Warega. Problem był w tym, że Roman nawet nie wiedział, jak Wareg się nazywa. Agencja miała ponad stu pięćdziesięciu oficerów na przykryciu i Roman nie mógł go sobie przypomnieć. Wiedział jedynie, że był przedstawicielem PKZ w Algierii. Nic więcej.

Otworzył aplikację Kadry, potem Zewnętrzni i w wyszukiwarce wpisał wareg. Pojawiło się zdjęcie mężczyzny około pięćdziesiątki, mocno łysiejącego, o owalnej twarzy i małych głęboko osadzonych oczach. Twarz bez wyrazu - pomyślał Roman.

- Major Waldemar Zenonik, legalizacyjne Fijałkowski - przeczytał na głos. - Nie znam. Nie żyje. Hm...

Przeleciał wzrokiem spis treści dokumentów w teczce personalnej Zenonika, ale nic nie zwróciło jego uwagi. Typowe dokumenty oficera zewnętrznego, którego przez prawie całą służbę przerzucano z jednej instytucji państwowej do drugiej.

- Konsulat Generalny w Sankt Petersburgu... - przeczytał nagłówek notatki. - Odwołany przed czasem... żona, romans... konsul.

Spojrzał na zegar ścienny. Minęło dziesięć minut, więc pomyślał, że powinien już iść.

Piotr Hafner był szefem Agencji od pół roku. Został przyniesiony w teczce przez premiera po usunięciu Koryckiego. Roman od razu zauważył, że premier wymienił szefa o chorobliwym ego i rozbudzonych ambicjach politycznych na jego idealny negatyw. Hafner był posłuszny premierowi, bezbarwny i tchórzliwy. Mówił dosyć niewyraźnie, urywał w pół zdania, czasem więc należało się wysilić, by zrozumieć, co ma na myśli. To nie była jego wada, tylko metoda unikania odpowiedzialności.

Rzadko opuszczał Agencję, jakby bał się zostawić ją bez opieki, nie przyjmował gości z zewnątrz i unikał zwoływania narad. Firma powoli zapadała w operacyjny letarg. Roman doskonale zdawał sobie sprawę, że premier wsadził na to stanowisko wiernego aparatczyka, bo nie chciał, żeby powtórzył się taki pucz jak Koryckiego i Grobelnego. Hafner był wtyką i bezpiecznikiem jednocześnie. Agencja miała istnieć, ale już nigdy nie stwarzać problemów.

Nie był to jednak człowiek głupi, a zadanie, które otrzymał, wypełniał skutecznie i inteligentnie. Pod jego kierownictwem wywiad polski nie robił nic, co mogłoby utrudnić życie premierowi. Po sprawie Olewskiego Bolecki jeszcze bardziej nie lubił złych wiadomości, a Hafner potrafił zapewnić mu spokój.

Roman wszedł do gabinetu i czekał przy drzwiach, aż szef wyjdzie ze swojego pokoju socjalnego. Po chwili doleciał go odgłos spuszczanej wody i do gabinetu wszedł Hafner, strzepując mokre dłonie.

- Niech pan siada. - Wskazał krzesło po drugiej stronie biurka. - Co nowego, panie pułkowniku? - zadał pytanie, od którego zawsze zaczynał rozmowę, jakby się bał, że usłyszy jakąś złą wiadomość.

- Nic specjalnego - odparł Roman. - Działamy.

- Poprosiłem pana, bo przypomniałem sobie, że nie będzie pana przez dwa tygodnie, a sprawa Olgierda Rubeckiego robi się coraz pilniejsza i ciekaw jestem, czy przed wyjazdem zdąży pan z raportem.

- Tak jak powiedziałem. Raport będzie u pana na biurku w piątek.

- No ale wie pan... - Hafner zawiesił głos i wyprostował się w fotelu - ważne, żeby był rzetelny. Pan Rubecki jest bardzo aktywny politycznie i nie chcemy, żeby przez przypadek ucierpiał autorytet państwa i Agencji. Rozumie pan?

- Nie bardzo wiem, jak ma ucierpieć autorytet państwa. Olgierd Rubecki dobrze zasłużył się Polsce i jest teraz emerytem. Ma takie same prawa jak wszyscy obywatele. Co tu rozumieć? - Roman był trochę złośliwy.

- Nie rozumie pan czy udaje? - Hafner go wyczuł. - Pan przecież wie, rozmawialiśmy już o tym, że Rubecki posiada wiedzę, która wciąż objęta jest klauzulą "ściśle tajne". Ktoś, kto dysponuje taką wiedzą, może wykorzystać ją do swoich celów... celów politycznych. Wciąż ma znajomych, którzy są w służbie... w Agencji, wojsku i niemało ich też wśród naszych sojuszników. Dziwi to pana, że premier może mieć powody do niepokoju?

Roman nie krył zdziwienia.

- Premier obawia się czegoś ze strony Rubeckiego? Teraz naprawdę nie rozumiem - dodał, choć doskonale wiedział, czego premier może się obawiać.

- Trudno. Jeśli pan nie rozumie, to już pana problem. - Hafner wyślizgał się z tematu. - W takim razie czekam na raport... piątek rano. - Podniósł się na znak, że rozmowa skończona.

- W Algierze został zamordowany nasz oficer - rzucił sucho Roman. - Nie czytał pan depeszy?

- Czytałem, a dlaczego pan pyta? - Szef spojrzał zdziwiony na Leskiego. - Rozmawiałem z rezydentem... tym... no... Tuaregiem. Sprawą zajmie się WBW i nasz MSZ. Już zleciłem odpowiednie czynności.

- Aha. - Roman popatrzył na Hafnera i od razu wiedział, że ten kłamie. Nie był taki prędki w podejmowaniu decyzji i nie miał żadnego doświadczenia w sprawach kryzysowych, a jego zastępca do spraw operacyjnych towarzyszył naczelnik Gerber za granicą. - Obawiam się, że sprawą szybciej zajmą się media...

- I co z tego? - przerwał mu Hafner. - Zdarza się. A poza tym Algieria to kraj ryzyka. I tak musimy polegać na miejscowych władzach, a dopiero potem...

- Zginął nasz oficer i przedstawiciel Polskiego Koncernu Zbrojeniowego. Naszym obowiązkiem jest doszukiwanie się drugiego dna.

- Czytał pan, pułkowniku, że to robota tamtejszej Al-Kaidy. Więc nie ma tu żadnego drugiego dna. O co panu chodzi? - Hafner zrobił się nerwowy, jak zawsze gdy nie wiedział, co ma powiedzieć. - Poza tym musimy czekać na ustalenia algierskich władz.

- Wareg był w Wydziale Siedemnastym - rzucił Roman. - Handel bronią i technologie wojskowe. Pieniądze i broń... śliski temat i kolizyjny z prawie wszystkimi, którzy coś na świecie znaczą. W tym biznesie nie ma skrupułów ani litości, ani przyjaciół. Dla Al-Kaidy to za wysokie progi, chyba że jest wykorzystywana jako broń. A wtedy też jest ważnym graczem.

- No... może i tak. A co pan sugeruje?

- Przyjrzę się, co tam się dzieje... porozmawiam z naczelnikiem siedemnastki.

- Hm... ale sprawa Rubeckiego...

- Będzie na czas.

- No dobrze - zgodził się Hafner. - Tylko niech pan nie robi z tego jakiejś afery. Delikatnie, spokojnie, bez nerwów. Wie pan... o co chodzi? - zadał najważniejsze pytanie. - To sprawa dla pułkownika Wiśniewskiego i naczelnik Gerber... jak wrócą.

- Wiem.

Leski wiedział, że Hafner zgodził się, bo nie miał wyboru. Nie mógł odmówić, bo mogłoby to wyglądać podejrzanie. Wolał nie prowokować Leskiego, tym bardziej że miał on dokończyć sprawę Rubeckiego, a to było o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek zabójstwo, nawet oficera w Algierze.

Odkąd Hafner objął stanowisko szefa, starał się delikatnie, ale systematycznie odsuwać pułkownika Leskiego od najważniejszych spraw Agencji. Robił to na polecenie premiera Boleckiego, który po sprawie Filipa Koryckiego i pułkownika Pańskiego zrozumiał, że ma do czynienia z niebezpieczną siłą. Chociaż Roman pomógł mu wtedy wybrnąć z poważnych kłopotów, Bolecki uznał, że nie może pozwolić, by wewnątrz Agencji Wywiadu działał człowiek, który ma wpływ na politykę i może wysadzić ze stołków szefa Agencji i ministrów. Leski mógł być tylko po jego stronie albo miało go nie być w ogóle.

Zlecenie sprawy Olgierda Rubeckiego było także testem lojalności Sekcji i ofertą na przyszłość. Roman doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie wiedział jednak, że jeżeli nie spełni oczekiwań premiera, los jego i całej Sekcji będzie przesądzony.