| 1 |
To miało być ważne spotkanie, a właściwie decydujące, chociaż
nieformalne. Dlatego umówili się na kolację w restauracji hotelu El
Djezair. Nie ma w Algierze lepszego miejsca na takie spotkanie - uważał
Waldemar Zenonik, od trzech miesięcy nowy przedstawiciel Polskiego
Koncernu Zbrojeniowego w Algierii.
Generał Ahmed Al-Burgiba miał przekazać stronie polskiej ostateczną
decyzję władz algierskich w sprawie zakupu pięćdziesięciu transporterów
opancerzonych. Negocjacje, z wręczaniem potężnych łapówek algierskim
wojskowym włącznie, prowadził wcześniej Piotr Korczyk, ale od dłuższego
czasu zarząd PKZ podejrzewał, że nie działa on w interesie firmy i sprzedaje informacje Rosjanom z ROSorużyja, sabotując kontrakt za obfite
wynagrodzenie w euro.
Zenonik nie był doświadczonym handlowcem i wszyscy nawet uważali, że
jest słabym negocjatorem, jednak to on wykrył podwójną grę Korczyka. A najważniejsze, że był oficerem polskiego wywiadu, więc jego lojalności i uczciwości nie kwestionowano. O tym, kim jest człowiek oficjalnie
skierowany do koncernu przez Ministerstwo Gospodarki, wiedział jedynie
prezes zarządu, który sam pracował kiedyś dla wywiadu wojskowego. Inni
tylko się domyślali, ale nic nie mówili.
Podejrzenia wobec Korczyka były bardzo poważne, dlatego w sprawę
zaangażowany został kontrwywiad ABW. Oprócz sfinalizowania kontraktu,
który miał zadecydować o przyszłości PKZ, Zenonikowi przyszło także
prześwietlić aktywność Korczyka w Algierii. Spotkanie z Al-Burgibą było
zatem dobrą okazją do zweryfikowania podejrzeń. Generał cierpiał na
typową tutejszą słabość i Zenonikowi pozwolono ją wykorzystać na
ostatnim etapie negocjacji. Położył więc na stoliku przy drzwiach grubą
niebieską kopertę z metalowym spinaczem, w której znajdował się pakiet
nowych banknotów o nominale pięciuset euro.
Waldemar Zenonik był pięćdziesięcioletnim mężczyzną średniego wzrostu,
ze sporą nadwagą i owalną twarzą ozdobioną okularami plus pięć, dużymi
uszami i gęstymi blond włosami zaczesanymi gładko do tyłu. Podszedł do
lustra i sprawdził, czy dobrze wygląda. Miał na sobie żółtą koszulę z krótkimi rękawami i jasnobeżowe spodnie chino z cienkim paskiem nieco
unoszącym obwisły brzuch. Wsunął stopy w brązowe mokasyny i stanął
bokiem. Wciągnął brzuch, wstrzymał powietrze, po chwili wypuścił i z dezaprobatą pokręcił głową.
Kurwa, jest trzydzieści pięć i wilgotność dziewięćdziesiąt dwa -
pomyślał i zawołał po francusku:
- Yacef! Za dziesięć minut jedziemy. Wyprowadź samochód i nie zapomnij
włączyć klimatyzacji.
Dom, który wynajął jeszcze Korczyk, należał kiedyś do pewnego
francuskiego pułkownika, oprawcy powstańców z Kasby. Miał dwa wysokie
piętra i ponad trzysta metrów kwadratowych powierzchni, wyłożonych
brązową terakotą i kolorową majoliką. Głos odbijał się od ścian i wzmocniony szukał drogi ujścia. Dlatego mówiło się, że to dom bez
tajemnic, bo nawet szept słychać było w każdym zakamarku. Mimo zapachu
stęchlizny Zenonik czuł się w nim dobrze i bezpiecznie. Kiedy kładł się
do łóżka i gasił światło, wydawało mu się, że słyszy nawet, jak po
ścianach przemykają gekony. Na wszelki wypadek jednak spał z nożem kukri
pod poduszką kupionym na bazarze w Chéraga pierwszego dnia po
przyjeździe.
- Dobrze, proszę pana - doleciał z kuchni na parterze zachrypnięty głos
Yacefa. - Już wyprowadzam - dodał, ale nawet nie drgnął i gapiąc się w telewizor, dalej siorbał herbatę.
Zenonik zmienił zdanie. Wyjął z szafy drugą koszulę, w białe prążki i z kieszeniami na piersi. Tym razem wyłożył ją na spodnie i z satysfakcją
stwierdził, że teraz wygląda znacznie lepiej. Do brązowej aktówki włożył
kopertę z pieniędzmi, notatnik i telefon. Poszedł jeszcze do łazienki
opróżnić pęcherz, bo czas jazdy przez Algier o tej porze trudno było
wyliczyć. Yacef, jego kierowca i ochroniarz, były policjant, poradził mu
na samym początku, żeby tak robić, i Zenonik nieraz pożałował, że go nie
posłuchał.
Wyjechali za bramę. Yacef ostro skręcił w prawo i dodał gazu, jakby
kogoś gonił. W willowej dzielnicy Chéraga ruch był niewielki, więc mógł
sobie na to pozwolić, ale za chwilę miało się to zmienić.
Pokonali dwa kilometry i samochód utkwił w korku na placu du 1 Mai.
Zenonik zajmował tylne siedzenie. Rozglądał się leniwie wokół, ale w pewnej chwili zauważył, że Yacef nerwowo spogląda w lusterka.
- Co się dzieje? - zapytał i popatrzył do tyłu.
- Mamy towarzystwo - odparł Yacef. - Niech pan się nie ogląda - dodał.
- Skąd wiesz? Widzisz w takim korku? Który to... - Zenonik znów się
obejrzał.
- Biały peugeot... jest dwadzieścia metrów za nami. Tylko z kierowcą.
- Pewny jesteś? Może to ktoś od generała. Sécurité... - Zenonik się
zaniepokoił.
- Nie. Jedzie za nami, odkąd wyjechaliśmy z domu, ale to nie jest nasz...
to nie Algierczyk, prowadzi nie tak jak my. To zawodowiec. Znam się na
tym. - Yacef był spokojny, a jego oczy pracowały intensywnie. - Niech
się pan tak nie ogląda! - powtórzył ostro. - Wszystko jest pod kontrolą.
Spokojnie. - Dotknął dłonią marynarki, pod pachą miał pistolet.
- Terrorysta? GIA? - zapytał Zenonik z udawaną obojętnością, ale głos mu
się załamał.
- Może, ale na pewno nie stąd.
Yacef wyciągnął komórkę i natychmiast z kimś się połączył. Rozmawiał
kilkanaście sekund po arabsku, po czym odłożył telefon na siedzenie
obok.
Zenonik trochę się uspokoił.
- Jadę na spotkanie z generałem, więc wiesz, Yacef, nic się nie może...
- Wiem, proszę pana. Znam swoje obowiązki.
Zenonik zaczął się poważnie zastanawiać nad sytuacją. Przez moment
pomyślał nawet, że to Yacef próbuje coś zainscenizować, żeby podnieść w jego oczach swoją wartość. Przed wyjazdem koledzy z Agencji Wywiadu,
którzy znali Algierię, ostrzegali go przed takimi zagraniami
miejscowych, ale Zenonik czuł wyraźnie, że Yacef nie kręci. Był
policjantem i walczył z GIA, więc nie był ani tchórzem, ani cwaniakiem.
A jeśli śledzili ich islamiści, to i on był w niebezpieczeństwie.
Była dwudziesta dziesięć, kiedy dotarli do hotelu El Djezair. Zenonik
wysiadł, rozejrzał się uważnie i szybkim krokiem wszedł do westybulu.
Było pusto. Minął fontannę ozdobioną mozaiką przedstawiającą dwa pawie i wyszedł na taras.
Generał Ahmed Al-Burgiba miał na sobie białą koszulę z długimi rękawami.
Siedział rozparty przy stoliku z nogą założoną na nogę, nerwowo
poruszając stopą, i palił cygaro. Na tarasie było jeszcze kilka osób.
Parę metrów od generała stało dwóch ochroniarzy. Kiedy tylko Zenonik
wszedł, generał uniósł dłoń z cygarem, jakby chciał pokazać, gdzie jest,
chociaż trudno było go nie zauważyć.
Zenonik od razu spostrzegł, że generał jest w dobrym nastroju, a to
wróżyło bliską finalizację kontraktu. Mimo to nie mógł przestać myśleć o obserwacji, którą wyłapał Yacef. Wprawdzie udało im się zgubić białego
peugeota, ale niepokój pozostał. Coś się dzieje - pomyślał Zenonik i doszedł do wniosku, że musi szybko zmienić mieszkanie.
- Witam, panie generale - zaczął, patrząc Al-Burgibie prosto w głęboko
osadzone czarne oczy, jakby chciał zapytać, czy to jego człowiek śledził
go przed chwilą.
- Witam pana - odparł generał, podając rozmówcy mocną dłoń. Drugą, w której trzymał cygaro, wskazał wolne krzesło. - Piękny wieczór, prawda?
Czego się pan napije? - Gestem przywołał kelnera.
- Szkockiej - odparł Zenonik.
- Kolację zjemy w środku... tu jest chłodniej.
- Oczywiście.
- Mam dla pana dobre wiadomości, ale... jest małe ale... - Generał
uśmiechnął się i pod wielkimi czarnymi wąsami błysnęły białe zęby.
- Jestem przygotowany na każde ale - wtrącił z delikatnym uśmiechem
Zenonik i położył dłoń na aktówce.
- To niezwykłe, jak efektywnie robi się z panem interesy. - Generał
dmuchnął dymem z cygara. - W takim razie co mogę dla pana jeszcze
zrobić, nim zasiądziemy do kolacji?
- Mam kilka pytań o swojego poprzednika. To delikatna sprawa. - Wyjął
kopertę i położył na stoliku.
Generał zważył ją wzrokiem. Wyglądał na usatysfakcjonowanego.
- Przecież pana Korczyka już nie ma. Słyszałem nawet, że już u was nie
pracuje. Więc...
- To prawda, ale chcemy uporządkować po nim scenę... sam pan rozumie... na
przyszłość, żeby nasza współpraca dalej tak dobrze się rozwijała. Ale
nie wszystko wygląda tak, jak się spodziewaliśmy. - Przesunął kopertę w stronę generała. - Więc?
- Myśli pan, że pracował dla konkurencji? - zapytał Al-Burgiba,
obracając cygaro w palcach. - Hm, zapewne dobrze pan myśli.
Podejrzewaliśmy go od początku i dlatego... - Schował kopertę do aktówki,
która stała na podłodze, oparta o nogę stołu. - Pan Korczyk nie
wywiązywał się wobec nas ze zobowiązań, które uzgodniliśmy w Warszawie,
i... jak by to powiedzieć... - pociągnął z cygara i wypuścił cieniutką
strużkę dymu - przywłaszczył sobie nie swoje pieniądze. Jednym słowem,
chciał nas skierować wprost w objęcia Rosjan. Jeśli pan sobie życzy,
możemy dać na to dowody. Kontrakt podpiszemy, ale straty spowodowane
przez pana Korczyka powinny być pokryte.
- Ależ oczywiście będą! - Zenonik uśmiechnął się, bo uzyskał dokładnie
to, czego chciał, i było jasne, że generał wycisnął od Rosjan, ile się
dało, a teraz weźmie jeszcze raz od Polaków. - To... bardzo bym prosił o te dowody, panie generale. A teraz przejdźmy do naszej sprawy. Wygląda
na to, że w ciągu miesiąca będziemy gotowi z załadunkiem, więc i transportery muszą być opłacone.
Był bardzo zadowolony, bo doskonale wiedział, jaka jest prawda.
Algierskie służby miały Korczyka pod kontrolą. I nic dziwnego. Gdybym
był na ich miejscu, też bym tak zrobił - pomyślał z satysfakcją. I nagle
do niego dotarło, że obserwacja, która za nim jechała, musiała być z Sécurité i że była to mistyfikacja obliczona na zmiękczenie Polaków
przed podpisaniem kontraktu oraz zachęta do wypłacenia zaległych
łapówek. Przecież Yacef jest na kontrakcie służb algierskich i musiał
brać w tym udział. Wszystko nagle nabrało sensu i Zenonik poczuł, że
mocno przesadził w swoich obawach.
I pewnie nie było żadnego białego peugeota... Yacef, ty oszuście, pięknie
to zagrałeś. Ach... ci Arabowie! - pomyślał, nieco rozbawiony tym
oczywistym odkryciem, i uśmiechnął się do generała. Zrezygnował z pytania o to, kto go dzisiaj śledził, a nawet się ucieszył, że jest pod
opieką algierskiej armii.
- To co? - Al-Burgiba podniósł się z krzesła. - Zaprasza mnie pan na
kolację? Jestem głodny, a pan?
- Oczywiście, panie generale. Ja też, i jak rozumiem, kontynuujemy miłe
zakończenie negocjacji?
- Ależ oczywiście, panie Zenonik... oczywiście. - Generał położył cygaro w popielniczce.
| 11 |
Szef Hafner zadzwonił do majora Wacława Sokolnika, naczelnika Wydziału
XVII, i zapowiedział wizytę pułkownika Leskiego, polecając jednocześnie,
by udzielił mu wszystkich informacji na temat zdarzenia w Algierze.
Roman wyszedł z gabinetu szefa i od razu zjechał na drugie piętro.
Podpułkownik Sokolnik, zwany Oko, czekał już w swoim sekretariacie,
przestępując z nogi na nogę w butach za tysiąc złotych. Zawsze chodził w granatowym garniturze z poszetką, białej koszuli i z bordowym krawatem
ze spinką w kształcie czołgu. Wysportowany, wypachniony dobrą wodą
kolońską i modnie przystrzyżony starał się wyglądać jak prawdziwy
handlarz bronią. Tak przynajmniej wydawało mu się na podstawie
obserwacji środowiska, w którym się obracał. Sokolnik miał o sobie
wysokie mniemanie, co podkreślał, mówiąc: "Mam na to oko".
To była pierwsza wizyta Leskiego w Wydziale XVII, odkąd Sokolnik został
naczelnikiem, i od razu w tak dramatycznych okolicznościach. Dlatego
nawet Oko, który chciał uchodzić za prawdziwego twardziela, musiał
zmięknąć. W końcu Wareg był też jego przyjacielem. Ale już samo to, że
szef zapowiedział wizytę Leskiego tak wcześnie, wróżyło dodatkowe
kłopoty i Oko zaniepokoił się jeszcze bardziej.
Oficjalnie Wydział XVII zabezpieczał operacyjnie interesy polskiego
przemysłu zbrojeniowego za granicą i śledził poczynania obcych koncernów
w Polsce. W rzeczywistości oficerowie w Centrali i firmach
przykryciowych realizowali wszystko to, co nie mieściło się w normach
biznesowych i było poza prawem. Handel bronią, technologiami wojskowymi,
dual-use'ami był najdroższym biznesem świata i najbardziej
niebezpiecznym, bo wbrew pozorom nie było w nim żadnej ideologii,
obowiązywały tylko bezwzględne zasady prawa i pięści. Nie wchodziły w grę żadne normy etyczne, przyjaźń ani litość. Liczył się tylko interes
kraju, pojmowany czasem bardzo osobiście.
Roman znał zasady, bo z tej mętnej wody czasami musiał wyławiać
skołowane płotki, które natychmiast zastępowano nowymi, ale tak było
wszędzie na świecie.
- Zapraszam, panie pułkowniku. - Sokolnik szerokim, nieco teatralnym
gestem wskazał otwarte drzwi do swojego gabinetu. - Kawy? - zapytał, ale
Leski pokręcił głową. - Straszna sprawa - oznajmił, zanim usiedli. -
Jestem załamany. Waldek był moim przyjacielem. Jak to możliwe?
- Oficer polskiego wywiadu zginął za granicą - zaczął Roman, kiedy tylko
usiadł. - Mamy sytuację nadzwyczajną. Nieprawdaż? Co pan na to?
- Co ja na to? - powtórzył zaskoczony Sokolnik. - Nie rozumiem.
- Dlaczego zginął? Nie podejrzewa pan czegoś?
- Według depeszy Tuarega to wygląda na robotę Al-Kaidy. Oni mają jeden
powód, by zabijać chrześcijan. Co tu filozofować? Zresztą zajmie się tym
nasz WBW i policja algierska, wtedy wszystko będziemy wiedzieć.
Potrzebne jest normalne śledztwo.
- Czy Waldemar Zenonik zajmował się korumpowaniem miejscowych
decydentów? - zapytał Leski wprost.
- Wie pan, pułkowniku, my tak tego nie określamy. My to nazywamy
prowizją. Wspieramy polski biznes i nasz przemysł, dostosowując się do
lokalnych warunków i konkurencji. To czasami wymaga działań
niestandardowych, ale wszystko jest robione za zgodą naszych władz.
- Zenonik był w Algierze od niedawna, prawda?
- Od trzech miesięcy...
- A kto to jest Alibaba?
- To generał Al-Burgiba, szara eminencja reżimu. Wszystko może.
Odpowiedzialny ze strony armii algierskiej za zakup naszych
transporterów. Duży kontrakt...
- Czyli Wareg nie zdążył poinformować, jak i czy w ogóle to spotkanie
się odbyło?
- No... tak... właśnie tak było. Dlatego rezydent się zaniepokoił.
- To było jakieś szczególne spotkanie z generałem czy rutyna?
- No... to było bardzo ważne spotkanie, bo mieliśmy się dowiedzieć, czy
nasza oferta została ostatecznie zaakceptowana. Od miesięcy nad tym
pracujemy. Poprzednik Waldka Piotr Korczyk był w kieszeni u Rosjan,
którzy wystawili konkurencyjną ofertę i chcieli nas wyprzeć z rynku. To
Waldek, jak jeszcze pracował w centrali PKZ, ustalił, że Korczyk jest
nielojalny. Zresztą kontrwywiad ABW założył na niego sprawę i jest teraz
rozpracowywany. Waldek miał dokończyć rozmowy z Algierczykami i zdobyć
dowody na zdradę Korczyka.
- Czyli z tym spotkaniem wiązano duże nadzieje, czyż nie? - Roman
wyraźnie się zainteresował. - Więc może śmierć naszego oficera nie ma
związku z dżihadem.
- To odważne postawienie sprawy, panie pułkowniku - obruszył się
Sokolnik. - Kogo pan podejrzewa? - zapytał z lekką ironią. - Rosjan,
bandytów, algierskie służby? Kogo?
- Nie wiem, myślę na głos.
- Na tym spotkaniu Waldek miał dać generałowi pierwszą ratę prowizji...
pięćdziesiąt tysięcy euro...
- Na razie nie wiemy, czy ją dał, tak? - dopytywał się Roman.
- No nie... ale to wyjdzie.
- A kto to jest ten Yacef?
- To kierowca i ochroniarz Waldka, zatrudniony jeszcze przez Korczyka.
Mieszkał razem z nim i jego rodziną, potem został z Waldkiem. Porządny
człowiek... podobno.
- A skąd się wziął? Ktoś go polecił? Dał mu rekomendacje? - dociekał
Roman. - W końcu to praca u obcokrajowca zajmującego się handlem bronią.
Musiał być ze służb.
- Oczywiście! - ożywił się Sokolnik. - Dokładnie teraz nie pamiętam, ale
to były policjant z jakichś oddziałów specjalnych, walczył z GIA w latach dziewięćdziesiątych. Miał pozwolenie na broń. Waldek nie narzekał
i rezydent też nie miał żadnych zastrzeżeń. Jak pan sobie wyobraża, że
kogo mieliśmy zatrudnić... ochroniarza z BOR-u?
- Ależ skąd! - przyznał szczerze Roman. - Nie mam żadnych uwag, chcę się
tylko zorientować, co się właściwie stało. Zginął nasz kolega.
- Mój przyjaciel - dodał natychmiast Sokolnik, ale nie zabrzmiało to
przekonująco.
- Obraz zdarzenia jest nieco skomplikowany. Nie uważa pan?
- No wie pan, panie pułkowniku. Pracujemy w wywiadzie, i to na trudnym
odcinku, więc nigdy nic nie jest proste, jednak w tym wypadku poczekajmy
na jakieś bardziej szczegółowe informacje od policji algierskiej. Jestem
przekonany, że z uwagi na ofiary zajmą się tym solidnie. Zobaczy pan, że
rzeczywistość jest prostsza, niż na to wygląda.
- Możliwe, że ma pan rację. Nie przeczę. - Prawdę mówiąc, Roman też tak
sądził. - Czy ktoś z pana wydziału będzie w komisji?
- Z pewnością, o ile szef taką powoła. Pewnie zaczeka na powrót zastępcy
i Gerber ze Stanów.
- Dobrze - rzucił krótko Leski i podniósł się z fotela. - W razie
potrzeby jestem do dyspozycji. Chętnie pomogę, chociaż w poniedziałek
zaczynam urlop i wyjeżdżam.
- Będę pamiętał, panie pułkowniku - zapewnił Sokolnik, odprowadzając
Leskiego do drzwi.
Roman opuścił Wydział XVII i zszedł na parter. W dyżurce ochrony,
wpatrując się w monitory, siedział Staszek. Natychmiast zorientował się,
że w holu stoi Roman i czeka na niego. Wyszedł na zewnątrz. Stanęli za
filarem, niewidoczni dla przechodniów, chociaż wokół i tak nie było
nikogo.
- Muszę się dostać dzisiaj do pokoju Gerber, ale nikt nie może mnie tam
zobaczyć... a jakiś pracownik jej wydziału może się niespodziewanie
pojawić - zaczął Leski. - Ile pokoi jest w śluzie?
- Osiem - odparł zdecydowanie Staszek. - Ciężka sprawa, bo ktoś może
siedzieć po godzinach, chociaż po jedenastej... - wydął usta - mało
prawdopodobne. Oni tam nie robią nadgodzin za frajer. - Przerwał na
chwilę i dodał: - Dobrze. Zrobimy tak. Najpierw sprawdzę, czy ktoś nie
siedzi po godzinach. Na dziesięć minut zablokuję śluzy przeciwpożarowe,
żeby nikt nie wszedł. Czasem same się włączają. - Puścił oko do Romana.
- Coś szwankuje w systemie...
- Przynajmniej na dwadzieścia minut - wtrącił Roman.
- Trochę długo. - Staszek się skrzywił. - Zwykle odblokowujemy w ciągu
pięciu, więc... zostanie ślad i ochrona... - Spojrzał na Romana, który bez
słowa i z delikatnym uśmiechem wpatrywał mu się w twarz. - Piętnaście
minut i ani chwili dłużej.
- Zgoda. - Roman podał mu dłoń. - I nie zapomnij o kamerach. Kto ma
dzisiaj dyżur na dole?
- Olek. Będzie dobrze. Biorę go na siebie.
- To jesteśmy w kontakcie. - Roman klepnął Staszka w ramię i ruszył
korytarzem w stronę windy.
Kiedy wrócił do swojego pokoju, dochodziła dziesiąta.
Usiadł w fotelu i zaczął się zastanawiać, czym powinien się teraz zająć,
co powinien zrobić w pierwszej kolejności, o czym pomyśleć. Świadomość
zbliżającego się wyjazdu w Bieszczady powodowała, że był trochę
podenerwowany, więc nie mógł się wystarczająco skupić. Nawet śmierć
oficera w Algierze nie przykuła jego uwagi tak, jak powinna. Aż sam się
zdumiał. To było dziwne, bo rozmowa z Sokolnikiem, chociaż krótka,
jednak była ciekawa, a właściwie niepokojąca - pomyślał. Może
rzeczywiście sprawa jest prozaicznie prosta, ale ta śmierć ma tyle
dwuznacznych konotacji. Jakby tkwiła w niej jakaś tajemnica.
Obrócił się w fotelu i spojrzał na Ambasadorów.
- Mam się tym zająć? - zapytał na głos. - Ale przecież nie zdążę zrobić
tego do wyjazdu... no i raport w sprawie Rubeckiego na piątek. - Wstał i podszedł do obrazu. - A jednak coś mi się w tym wszystkim nie podoba. -
Spojrzał najpierw na Georges'a, po chwili przeniósł wzrok na Jeana,
uśmiechnął się do nich, a oni do niego. Przeciągnął palcem po ramie.
Zebrał kurz i strzepnął go na ziemię. - Je vous remercie infiniment,
Excellences!
Więc co? Agencja poradzi sobie beze mnie, prawda? Sprawę na pewno
poprowadzi Maria Gerber, pomoże jej naczelnik Sokolnik i powinno być
dobrze. W końcu oboje to doświadczeni oficerowie, a to wystarczająca
rekomendacja.
| 12 |
Dima wrócił na Powiśle w ciągu kilku minut. Tymczasem Monika wyszła już
z budynku i zajęła miejsce na przystanku autobusowym, skąd mogła
kontrolować bramę po drugiej stronie ulicy.
Dima zaparkował samochód pięćdziesiąt metrów dalej i w lusterkach
obserwował Monikę.
Przez dziesięć minut milczeli.
Pierwsza odezwała się znudzona Monika.
- Mogliśmy wziąć na robotę naszego nowego kolegę.
- Lutka? - odparł Dima. - Według tego, co opowiedział Roman, wygląda na
doświadczonego. Przydałby się na pewno.
- Dobrze, że ktoś taki do nas dołączy.
- Też tak myślę - potwierdził Dima. - Ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy
kiedyś zostali bez taty. To takie absurdalne... nierealne... Nie sądzisz?
- Też tak myślę. - Monika skopiowała Dimę. - Ale nie rozmawiajmy o tym
teraz. Nie chcę się denerwować. Poznamy dzisiaj Lutka i zobaczymy, jak
wygląda w realu, a wtedy... - Urwała. - Wyszedł! Widzisz go?
- Widzę - potwierdził Dima.
Z bramy wyszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z laską. Miał na
sobie ciemnozieloną koszulkę polo i beżowe spodnie chino. Zatrzymał się
przy krawężniku, jakby chciał oznajmić - oto jestem. Włożył
przeciwsłoneczne okulary, rozejrzał się w lewo, trochę dłużej w prawo,
odczekał jeszcze chwilę i wolnym krokiem, lekko utykając, ruszył w kierunku ulicy Rozbrat.
- Sprawdził się. Ma to w genach - rzucił Dima.
- Wiedziałeś, że chodzi o lasce? - zapytała Monika.
- Tak... w jego teczce było, że ma grupę inwalidzką, i chyba zauważyłem w telewizji, ale...
- A ja nie wiedziałam. Młody facet z laską? Dziwne, nie? Nie przeszedł
rehabilitacji?
- No... jakoś tak specjalnie nie utyka - rzucił Dima. - Ruszam... - Wyjechał
z parkingu i zaczął powoli posuwać się w kierunku Rozbrat.
- Idę za nim - dodała Monika. - Będzie nam łatwiej. Chodzi powoli...
- Byle nie jeździł szybko.
Oboje się zaśmiali.
- Dostojny jest z tą laską ten nasz bohater, nie sądzisz? - zapytała
Monika z widoczną sympatią.
- Coś w tym jest... - Dima urwał i po chwili dodał: - Nooo... owszem... i taki
ewidentny dowód etosu bohatera rannego w służbie...
- W punkt! - wtrąciła Monika. - Działa sto razy mocniej niż cała pierś
medali i gęba pełna ojczyzny...
- Kładzie każdego przeciwnika politycznego takim wizerunkiem, wzbudza
dumę i litość. Petarda! Nikt tego nie ma.
- Dobrze mu z tą laską, dodaje mu uroku, może nawet czyni go
przystojniejszym... dobrze to działa na kobiety... i laseczka elegancka.
- Widzę jego samochód - przerwał Dima. - Na pewno będzie gdzieś jechał.
Podjeżdżam po ciebie.
Rubecki wsiadł do swojego land rovera i zawrócił ostro, wymuszając
pierwszeństwo na rowerzyście, który musiał zeskoczyć z siodełka. Dima
nie zauważył tego, bo był jeszcze za rogiem, a Monika siedziała z tyłu.
Land rover stał na światłach, kiedy Dima go dogonił. Rubecki jechał
powoli, wręcz majestatycznie, jak to określiła Monika. Wyglądał, jakby
nie musiał się spieszyć, bo i tak cała ulica należała do niego. Minął
Górnośląską i dotarł do Myśliwieckiej. Skręcił w prawo i pojechał pod
górę. Dima przyspieszył, żeby go nie zgubić, bo na Pięknej zawsze robił
się korek i były odjazdy w Aleje Ujazdowskie. Doszedł go na wysokości
ambasady francuskiej. Monika schowała się za Dimą, który założył ciemne
okulary. Rubecki na pewno się sprawdzał. Był zbyt dobrym i doświadczonym
oficerem, by wyzbyć się tego nawyku.
Na światłach Rubecki wrzucił lewy kierunkowskaz. Dima zdążył się
zmieścić za nim, ale w Alejach pozwolił mu odskoczyć kilkanaście metrów.
Na placu Na Rozdrożu Rubecki zjechał na lewy pas i skręcił w Agrykolę.
- Ma spotkanie w kawiarni Na Rozdrożu, bo Amaro otwiera dopiero w południe. Nie zjadę za nim, bo mnie wyłapie - rzucił Dima i zatrzymał
się przy krawężniku.
Monika błyskawicznie wciągnęła swoją blond perukę i też założyła ciemne
okulary. Wyskoczyła na ulicę.
Wiedzieli, co mają robić. Monika przepuściła samochody i kiedy na
skrzyżowaniu zapaliło się czerwone światło, przebiegła na drugą stronę
Alej. Dima ruszył ostro w kierunku Belwederu. Musiał objechać cały
kwartał Urzędu Rady Ministrów i wrócić na plac od Szucha.
- Wszedł do kawiarni - odezwała się po chwili Monika. - Gdzie jesteś?
- Na Szucha... zaraz będę.
- Nie wchodź. Zostań na parkingu. Luźno tu jest i się spalisz.
- Okej.
W sali było pięć osób. Rubecki zajął miejsce zgodnie z zasadami. Miał
pod kontrolą całe pomieszczenie i wejście, ale sam nie był
wyeksponowany. Piątka z plusem - pomyślała Monika i zajęła miejsce w drugiej sali, skąd miała naturalny widok na Rubeckiego. Nie musiała
kręcić głową, ale nie widziała wejścia.
Zamówiła kawę i szarlotkę. Rubecki szybko powiedział coś kelnerce,
kręcąc głową, i Monika od razu zrozumiała, że na kogoś czeka. Wyjęła
smartfon i uruchomiła aplikację KameraB, którą miała w oprawcę okularów.
Położyła je na stoliku tak, by obraz obejmował miejsce, gdzie siedział
Rubecki. Sprawdziła widoczność na monitorze. Wszystko działało idealnie.
Była dziewiąta czterdzieści pięć.
- Okej. Stoję na parkingu - odezwał się Dima.
- Mam go jak na dłoni. Czeka na kogoś. Umówił się pewnie na dziesiątą,
więc dlaczego przyjechał tak wcześnie? Wyjął telefon, dzwoni gdzieś. -
Monika mówiła cicho i starała się zasłaniać usta, udając jednocześnie,
że szuka czegoś w smartfonie.
Rubecki nie rozglądał się, nie lustrował otoczenia, ale Monika doskonale
wiedziała, że i tak panuje nad tym, co się wokół niego dzieje. Ktoś taki
jak on robi to zawsze, nawet jak jest na obiedzie u rodziców -
pomyślała. Podobał jej się, ale silniejszy był szacunek, jaki dla niego
czuła. Wiedziała, że to bardzo powierzchowne uczucia, ale póki życie ich
nie zweryfikuje, nie chciała ich odrzucać. Był alternatywą dla Dimy.
Przyszło jej nawet na myśl, że właśnie jest idealny moment, by do niego
podejść i powiedzieć mu, do czego dyktatorek Bolecki zmusza Agencję. Ale
wszyscy oni są po stronie swojego kolegi i jest im bardzo przykro, że
muszą to robić. Obserwowała go i zastanawiała się, co by odpowiedział,
jak by się zachował, zareagował. I była niemal pewna, że uśmiechnąłby
się zwyczajnie i powiedział spokojnym głosem: "Nie ma sprawy, róbcie co
trzeba, nie mam nic do ukrycia". Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała,
że czasami może sobie pozwolić na odrobinę fantazji. Wiedziała przecież,
że nigdy by tak nie postąpiła.
- Podjechało rządowe audi - usłyszała głos Dimy. - Idzie do ciebie gość
z dużymi wąsami i w granatowym garniturze.
- Okej... - I po chwili dodała: - Wszedł. Widzę... tak, idzie do naszego.
- Nagrywasz?
- Jasne. Gdzieś go widziałam...
- Też mi się wydaje znajomy.
- Usiedli. No to... czekamy. Może przyjdzie ktoś jeszcze.
- O której Ela cię zmienia?
- O dwunastej.
| 13 |
Nigdy nie było tak, żeby nie miał nic do roboty. Romanowi ciągle się
wydawało, że jest z czymś spóźniony. Myślał szybciej, niż potrafił
rejestrować fakty. W jego świadomości powstawały wtedy zatory z pytań,
jakby wyrastała w niej tama dla strumienia neutronów, które spiętrzone
szukały drogi ujścia. To było męczące i nie umiał nad tym zapanować.
Każde pytanie tkwiło w jego umyśle jak bolesny cierń, więc organizm
bronił się, szukając odpowiedzi.
Tak było i tym razem. Po rozmowie z Sokolnikiem zaczęły zalewać go
pytania. W gruncie rzeczy nie miał podstaw do kwestionowania słów
naczelnika ani jego poleceń, mimo to coś nie dawało mu spokoju. Kiedy
więc pomyślał, że za kilka dni wyjedzie z Warszawy i zostawi ten temat
bez odpowiedzi, będzie go to męczyło i nie przeczyta w Bieszczadach
żadnej książki.
Z punktu widzenia Al-Kaidy śmierć Waldemara Zenonika nie miała sensu.
Chyba że chodziło o tego Algierczyka - pomyślał. Zemsta po latach, kiedy
GIA już znikła z frontu walki? Powinni wziąć go jako zakładnika, a nie
mordować. Mogli przed kamerami odciąć Algierczykowi głowę albo
przynajmniej zostawić to tak, jak zrobili, ale Waldemara zabrać ze sobą.
Byłby sporo dla nich wart, a nasi po sprawie Olewskiego zapłaciliby
każdą sumę.
- To się nie klei - powiedział na głos.
Odchylił fotel do tyłu, założył ręce za głowę i położył na biurku swoje
krótkie nogi w przydeptanych butach z brązowego zamszu.
Tego wieczoru Zenonik miał wręczyć generałowi pięćdziesiąt tysięcy euro
łapówki. Nie ma świadków, a generała nawet nie warto pytać, bo teraz na
pewno zaprzeczy. Ważny motyw, a nie można go zweryfikować. Wariantów
mnóstwo, w tle pieniądze. To zawsze dobrze działa na zabójców. Może coś
zaszło między oficerami rezydentury, pokłócili się, chcieli skręcić
jakiś interes... Mają w końcu worek pieniędzy. A jeżeli stali za tym
ludzie z algierskich służb? Czyli motyw Al-Kaidy musiałby być tylko
mistyfikacją, która miałaby przykryć prawdziwy powód morderstwa.
Profesjonalny zabójca nie robiłby sobie tyle zachodu z taką
improwizacją. To zbyt naiwne. Są przecież znacznie prostsze metody. I na
koniec ten Korczyk podejrzany o pracę dla Rosjan. Szpiegostwo czy
korupcja? A może motyw osobisty? To najmniej prawdopodobne. Nawet
absurdalne.
Roman pomyślał od razu o znalezionej w teczce Zenonika notatce, której
nie zdążył przeczytać przed wyjściem do szefa.
Zdjął nogi z biurka i przysunął się do komputera. Otworzył plik Waldemar Zenonik leg. Fijałkowski i po chwili
na ekranie pojawił się odręcznie napisany dokument zatytułowany Raport
dot. konspiracji rezydentury w Sankt Petersburgu. Sporządzony
piętnastego maja 2005 roku, miał trzy strony i podpis rezydenta o pseudonimie "Zeko".
Nie pamiętam... - pomyślał Roman. Zagrożenie dla bezpieczeństwa
rezydentury? Zeko...
Przesunął kursor na menu główne kadr i wszedł w zakładkę Pseudonimy. Pojawiła się lista alfabetyczna.
Zjechał na sam dół i odnalazł Zeko.
Otworzył plik.
- Major Lucjan Barski, legalizacyjne Zimny - odczytał. - Nie pamiętam...
Zwolniony ze służby w dwa tysiące piątym? - czytał dalej. - Zaraz...
notatkę w sprawie Zenonika napisał jako rezydent, a już w grudniu został
zwolniony ze służby? Barski... Barski? Aha... rzeczywiście... tak, teraz
pamiętam... Jakaś sprawa defraudacji kasy operacyjnej w rezydenturze w Petersburgu. Tak, tak... A to bardzo ciekawe, bardzo.
Otworzył zakładkę Teczka personalna i przewinął do pozycji Raport. Od razu
przeszedł na ostatnią stronę, by zacząć od sprawdzenia, kto jest jego
autorem.
- Inspektor WBW porucznik Maria Gerber - z podnieceniem przeczytał na
głos. - Znów pani Gerber, jak ją nazywają... zaraz... kwiat, Gerbera... -
Roman trochę się zaniepokoił, że nie może sobie przypomnieć. - Aaach...
tak! Stokrotka! Ładne - wyrzucił z siebie zadowolony i uśmiechnął się. -
Tak ją nazywają najbliżsi. Pewnie dlatego, że Gerber. W końcu... prawie
każdy ma tu jakiś nick. Tyle tych służbowych nazwisk, pseudonimów,
kryptonimów, że młodzi chcą mieć coś swojego.
Dopiero teraz Roman zdał sobie sprawę, że przecież on sam też musi mieć
jakieś przezwisko.
Pewnie Kat, Oprawca albo Inkwizytor... albo Nudny, Gruby, Stary, Krótki...
Był rozbawiony swoim odkryciem, bo nigdy wcześniej o tym nie pomyślał,
ale nie poczuł żadnego dyskomfortu, wręcz przeciwnie. Chciałby mieć
jakieś przezwisko, bo oznaczałoby to, że jest żywym członkiem ich małej
społeczności, że wzbudza jakieś emocje i że nie różni się od innych. A jednak nie miał żadnego nicku, bo prawie nikt w Agencji nie traktował go
jak kogoś ze środowiska. Nikt o nim nie wiedział nic na pewno, Roman nie
miał żadnych przyjaciół, nie obchodził imienin ani urodzin, ani nie
bywał w wydziałach na śledziku. Dlatego wszyscy młodzi nazywali go
pułkownikiem Leskim, starsi oficerowie - Romanem Leskim, a szefowie
Romanem.
Siedział przed włączonym komputerem i zastanawiał się, czy powinien
zagłębić się w tę sprawę. Morderstwo Zenonika, kradzież pieniędzy
operacyjnych dokonana przez Barskiego, a między jednym i drugim -
porucznik Stokrotka. Miał nieodparte wrażenie, że w tym trójkącie jest
jakaś tajemnica, która może tłumaczyć śmierć Warega w Algierze.
Nie zamierzał jednak prowadzić formalnego śledztwa, i to nie tylko
dlatego, że nie miał takiego polecenia. Sprawa morderstwa była w kompetencjach WBW, co właściwie powinno wygasić jego zainteresowanie,
mimo to postanowił przeczytać oba raporty. Tak dla zasady. W końcu nie
zajmie mu to więcej niż godzinę.
Zaczął od raportu Zeko, bo uznał, że jeżeli gdzieś jest początek tej
sprawy, to musi być właśnie tutaj.
| 14 |
Wyszedł za dom i najpierw zdjął czarny kombinezon, potem maskę i dopiero
na końcu ochraniacze z butów. Wszystko było lepkie od krwi. Włożył je do
plastikowej torby na śmieci, do drugiej torebki trzydziestocentymetrowy
nóż kuchenny i dopiero teraz ostrożnie ściągnął zakrwawione lateksowe
rękawiczki. Z kieszeni wyjął nową parę. Zawiązał obie torby. Nasadził na
głowę głęboką bejsbolówkę, schowaną dotąd w tylnej kieszeni spodni.
Z ogrodu wyszedł tą samą drogą, którą do niego wszedł. Tak zaplanował.
Wokół było cicho, żadnego ruchu, w oddali mruczało miasto. Przedarł się
przez krzaki i podszedł do płotu, skąd mógł sprawdzić ulicę za domem. Po
obu stronach jezdni, w słabym świetle latarń, stały zdezelowana
ciężarówka, traktor z przyczepą i kilka samochodów osobowych. Odczekał
chwilę i kiedy uznał, że nikogo nie ma, najpierw przerzucił worek przez
trzymetrowy płot, a potem wybił się mocno obunóż, chwycił za szczyt
ogrodzenia, podciągnął i jednym ruchem przerzucił ciało. Zeskoczył i od
razu przykucnął za samochodem, nasłuchując. Po chwili, gdy był już
pewny, że jest bezpiecznie, podniósł się i szybkim krokiem ruszył w lewo. Samochód zaparkował dwie przecznice dalej. Torbę wrzucił do
bagażnika, ale nóż, który kupił rano na bazarze, zatrzymał jeszcze w samochodzie. To była jedyna broń, jaką miał.
Odpowiednie miejsce wybrał już wcześniej. Pięćset metrów dalej znalazł
ruiny starego magazynu, gdzie miejscowa biedota zaopatrywała się w kamień, cegły i złom. Nie było to miejsce idealne, ale wystarczająco
odludne, by mogło odegrać swoją rolę.
Z bagażnika zabrał torbę z ubraniem i przygotowaną wcześniej butelkę
benzyny. Wszedł za zawaloną ścianę, gdzie wśród gruzu stała zabrudzona
smarem beczka. Wrzucił do niej torbę, wylał benzynę i na wierzchu
położył plastikową butelkę. Z beczki wystrzelił jaskrawy płomień,
oświetlając jego skupioną twarz. Mężczyzna w bejsbolówce odczekał
chwilę, zanim się upewnił, że wszystko spłonie. Teraz musiał się pozbyć
noża. Wcześniej pięćdziesiąt metrów dalej znalazł wychodzący z ziemi
otwór rury. Sprawdził, że jest bardzo głęboka, więc idealna, by spuścić
do niej nóż.
Dochodziła pierwsza, kiedy wrócił do samochodu. Wszystko szło dobrze,
tak jak zaplanował. Żadnych niespodzianek, błędów. Może nawet poszło
łatwiej, niż się spodziewał. Miał dwa plany awaryjne, ale do żadnego
nawet się nie zbliżył.
Przejechał trzy kilometry. Minął drogę nadbrzeżną i zjechał w zwykłą
szutrówkę, która po stu metrach przeszła w skalisty dukt prowadzący
wprost do morza. Była jasna noc. Wzeszedł księżyc i zawisł nad morskim
horyzontem.
Wyjął z bagażnika kanister, oblał samochód benzyną z zewnątrz i od
środka. Rzucił zapałkę i noc rozświetliła ognista łuna. Natychmiast
ruszył drogą wzdłuż wybrzeża w kierunku świateł miasta. Tak zaplanował i tak musiał zrobić. Był przekonany, że policja nie poradzi sobie z dowodami i da się zwieść, ale postanowił wszystko wyczyścić do końca.
Wiedział, że go widzieli, ale się tym nie przejmował. Chciał, żeby się
bali. Kiedy człowiek się boi, popełnia błędy, bo kieruje nim strach,
który pobudza zaburzoną wyobraźnię. Sam znał to uczucie dobrze, bo
niegdyś bardzo często się bał. Kiedy jednak adrenalina osiągnęła
maksymalne stężenie, zobaczył śmierć na żywo, a potem sam zaczął ją
zadawać - przestał się bać. Miał przewagę nad każdym, bo nie znał
wyrzutów sumienia.
Dróżka, którą szedł wzdłuż skalistego brzegu, zamieniła się w wąską
ścieżkę. Noc była pogodna i jasna, a morze spokojne jak jezioro z pływającym w nim księżycem, więc pomyślał nagle, że niczego teraz nie
pragnie bardziej, niż zanurzyć swoje spocone ciało w chłodnej wodzie i obmyć je ze wspomnień.
Znalazł małą zatokę, rozebrał się do naga i zsunął po skale w atramentową letnią toń. Leżąc już na plecach, rozłożył szeroko ręce i nogi i wydało mu się, że jest lżejszy od wody. Czuł, jak powoli odpływa
z niego napięcie, rozluźniają się napięte mięśnie. Oddychał pełną
piersią. Patrzył na upstrzony gwiazdami granat i był teraz nasionkiem w żarnach Boga, gdzieś między niebem i ziemią. Zamknął oczy.
Był bardzo wyczerpany, ale zadowolony. Pierwszy raz zabił w ten sposób i nie przypuszczał, że pójdzie mu aż tak gładko. Początkowo myślał, że
może się zawahać, nie uderzyć zdecydowanie i spokojnie, a wtedy straci
efekt zaskoczenia i być może przegra. Jednak w decydującej chwili myślał
jasno i logicznie. Nie mieli żadnych szans.
Do hotelu dotarł, gdy już świtało. Recepcjonista nawet nie podniósł na
niego wzroku.
Samolot do Paryża miał dopiero o trzynastej. Postanowił najpierw się
wykąpać, bo czuł na sobie sól morza, a potem przespać się kilka godzin
przed odlotem. Zjadł zimnego falafela, którego kupił rano na bazarze, i popił colą. Rozebrał się i zaczął dokładnie przeglądać swoje ubranie.
Nie znalazł żadnych śladów krwi. Przez chwilę zastanawiał się, czy i jego nie powinien spalić, bo mikroślady zawsze gdzieś zostają. Pomyślał
jednak, że zaryzykuje. Bardzo lubił tę zieloną koszulkę i spodnie
Levisa.
- Fuck! - zaklął głośno, bo dopiero teraz przypomniał sobie, że
powinien wysłać esemesa.
Jednak zdenerwowałeś się bardziej, niż ci się wydawało - pomyślał i sięgnął po telefon.
| 2 |
Monika wróciła z jogi o dziesiątej i od razu wskoczyła pod prysznic,
chociaż wykąpała się przed wyjściem.
Zajęcia prowadził szalony Kuba, więc wszyscy się mocno spocili. Sala
była pełna, klimatyzacja szwankowała od dawna, a starsza kobieta, która
ćwiczyła w rogu, uporczywie odmawiała otworzenia okna. Przez cały
tydzień temperatura w Warszawie przekraczała trzydzieści stopni, więc po
godzinie Monika miała wrażenie, jakby oblepił ją rój much. Dlatego
musiała się wykąpać drugi raz.
Była już mocno spóźniona. O dziesiątej trzydzieści umówiła się w swojej
galerii z Julianem z wydawnictwa Tęcza w sprawie publikacji albumu.
Miało to być ich trzynaste spotkanie i Monika nie była pewna, czy na
pewno może je traktować jako wyłącznie służbowe lub biznesowe. Więcej
czasu poświęcali na rozmowę o sztuce i wszystkim innym niż o albumie
Moniki. Chwilami wyglądało to tak, jakby tylko udawali, że wydanie
książki jest celem tych spotkań, bo w rzeczywistości wysyłali sobie
delikatne sygnały, jak para szesnastolatków, i Monice bardzo się to
podobało. Było niezwykle szczere, czyste i coraz bardziej podniecające.
Wciągnęła dżinsy, potem na gołe ciało czerwony T-shirt z napisem Lennon. Stanęła przed lustrem, obejrzała się
dokładnie, włożyła zielone trampki. Julian miał metr dziewięćdziesiąt
dwa i był najwyższym chłopakiem, jaki jej się podobał, i najmłodszym, bo
była starsza od niego o osiem lat. Nie wypiła nawet porannej kawy, bez
której zwykle nie wychodziła z domu. Wzięła torbę i zjechała do garażu.
Stary golf odpalił bez problemu. Przez chwilę pomyślała, czy nie powinna
spróbować jeszcze raz rozłożyć dachu, bo na zewnątrz było już
dwadzieścia dziewięć stopni, a samochód nie miał klimatyzacji.
Zrezygnowała: nawet gdyby jej się to udało, wiatr mógłby zniszczyć jej
fryzurę. Generalnie nie przywiązywała do tego wagi, ale akurat tego dnia
zależało jej, by dobrze wyglądać - młodziej, bardziej dziewczęco.
Potrzebowała więcej wigoru i dlatego poszła rano na jogę.
Julian ukończył historię sztuki i malarstwo na krakowskiej ASP, miał
niebieskie oczy, smukłe spokojne dłonie i gęste blond włosy. Ale
najbardziej podniecający był jego umysł. Te spotkania zawierały w sobie
coś z intymnego, wręcz erotycznego przeżycia i każde było inne, jak małe
misterium. Nigdy tak bardzo nie pragnęła się przyznać, że jest oficerem
wywiadu. Ale wydawało jej się, że Julian akceptuje ją tylko jako
artystkę. Przypuszczała, że ten związek ma niewielkie szanse, ale nie
mogła nie spróbować.
Galerię MiniMidiMax na Solcu zwykle otwierała Kasia. Julian już siedział
przy stoliku na ulicy i pił kawę, nie trzymał w dłoni smartfona. Obok
filiżanki położył książkę. Rozglądał się spokojnie po ulicy i kiedy
zobaczył Monikę, uśmiechnął się, wstał i czekał, aż podejdzie.
Jaki piękny widok! - pomyślała Monika i poczuła motyle w brzuchu.
Przywitali się serdecznie. Kasia podała jej kawę.
Na stoliku leżało angielskie wydanie powieści Rainera Marii Rilkego
Auguste Rodin. Kiedy widzieli się poprzednim razem, z zacięciem
dyskutowali o tym francuskim rzeźbiarzu. Przez chwilę nawet pokłócili
się o to, czy jest w nim więcej impresjonisty, czy romantyka, i w końcu
Julian obiecał jej tę książkę, by poznała jego prawdę.
- "Różo, och, czysta sprzeczności, rozkoszy: być snem niczyim pod tak
wielu powłokami"1 - powiedział Julian i Monika od razu
zrozumiała, że to Rilke.
Poczuła nagle, że właśnie przyszedł ten moment w jej życiu, kiedy po raz
pierwszy jest gotowa rzucić wszystko, całą swoją szpiegowską przeszłość,
i zostać z tym mężczyzną. Wiedziała, że dwanaście spotkań to jeszcze
zbyt mało, by zdecydować się na rewolucję w życiu i dozgonną miłość, ale
tego dnia postanowiła pójść dalej i przekroczyć następną granicę.
Dotarło do niej niespodziewanie, że to trzynaste spotkanie z Julianem
musi się zakończyć w miłosnym uścisku, jakiego jeszcze nie zaznała.
Wiedziała, że jeżeli nie zrobi tego teraz, na zawsze straci okazję.
- Aaa... może, a może... - czuła, jak zaciska jej się gardło i wysychają
usta - może pojedziemy do mnie? - Uciekła wzrokiem w kierunku filiżanki,
ale po kilku sekundach zdobyła się na to, by spojrzeć mu w oczy.
- Niestety... - usłyszała pierwsze słowo i poczuła się, jakby naga
siedziała na scenie, wystawiona na pośmiewisko - niestety, ale jestem
dzisiaj zajęty - odpowiedział z uśmiechem, który nagle przestał być dla
Moniki uroczy. - Ale może w przyszłym tygodniu. - Spojrzał na zegarek.
- Nie ma sprawy. Oczywiście. - Wzruszyła ramionami, ale pomyślała:
Spierdalaj! Jaka ze mnie durna i ślepa baba!
- To dla ciebie. - Przesunął książkę w jej stronę.
- Aaa... tak, dziękuję. - Również spojrzała na zegarek. - Wiesz, coś mi
się przypomniało. Pilna sprawa! - Chwyciła torbę, wrzuciła do niej
książkę i machnęła mu ręką. - Zdzwonimy się.
Podniósł się na pożegnanie, ale nie wyglądał na zaskoczonego.
Monika ruszyła ostro w kierunku samochodu, odprowadzana zdziwionym
spojrzeniem Kasi.
- Ale dupek! - powiedziała do siebie, wkładając kluczyk do stacyjki. -
Trzynaste spotkanie! Ja pier...
| 3 |
W Agencji Wywiadu rozpoczynał się sezon urlopowy i na korytarzach robiło
się coraz ciszej.
Był poniedziałek i zaczynał się ostatni tydzień Romana w pracy.
Chociaż dopiero w niedzielę wyjeżdżał z Bronkiem do Soliny, już
przyniósł z piwnicy walizkę i zaczął składać rzeczy, które planował ze
sobą zabrać. Jechali na dwa tygodnie do ośrodka Jodła, a właściwie
małego pensjonatu nad samym zalewem, w którym zawsze spędzali dwa
czerwcowe tygodnie. Kiedyś chodzili głównie po górach, więc i bagaż
zabierali inny. Teraz bardziej obciążały ich książki.
Zaparzył sobie kubek herbaty ulung i przykrył go talerzykiem. To była
pierwsza herbata tego dnia. Włączył VII symfonię Beethovena.
Podszedł do okna i szeroko je otworzył, jakby chciał, żeby piękne
niebieskie niebo wlało się do środka, a muzyka wypłynęła na zewnątrz.
Wciągnął powietrze nosem, przytrzymał w płucach i głośno wypuścił
ustami. Czuł się świetnie, schudł cztery kilogramy, nic mu nie dolegało,
serce pracowało równo i mocno, ustąpiły napady potów i mroczki w oczach.
Roman był pełen optymizmu i chęci do życia. I nad szpitalem nie było
ptaków. Roman nie zawsze lubił widok ze swojego okna, ale tego dnia nie
mógł się nim nacieszyć.
Wrócił do kuchenki, zabrał swój metalowy kubek z talerzykiem i ostrożnie
znowu wszedł do pokoju. Najpierw postawił na biurku kubek, a dopiero
potem je obszedł, by usiąść. Przyciągnął do siebie niebieską teczkę z napisem dużymi drukowanymi literami: Teczka
personalna, a pod nim, ręcznie, pochyłą kaligrafią - Olgierd
Rubecki, leg. Ekiert.
Roman dostał od szefa Agencji polecenie, by zbadał życiorys byłego
oficera wywiadu, prymusa Kiejkut rocznik 1995, więźnia islamistów w Iraku, rannego w akcji, w której zostali odbici zakładnicy, świeżego
bohatera mediów, opinii publicznej i polityków. Szczególnie
zainteresował się nim premier. Szef nie wyjaśnił, o jaki rodzaj
zainteresowania chodzi, ale Roman i tak wiedział. Praktycznie każdy w Polsce znał teraz Olgierda Rubeckiego. W Agencji funkcjonował pod
nazwiskiem Ekiert, ale najbliżsi, z czasów Kiejkut, nie mówili do niego
inaczej niż Cezar.
Był inteligentny, wysportowany i elegancki w swoim własnym, wyszukanym
stylu. Wyrobiony politycznie i bardzo medialny. Mówił prostym,
zrozumiałym dla wszystkich językiem, nie epatował bazarowym
patriotyzmem, swoim życiem dowodził, że nosi go w sercu, a nie w klapie
marynarki. Jego publiczne wystąpienia przykuwały uwagę publiczności i zyskiwały pochwały dziennikarzy z lewej i prawej strony, bo Cezar był
dokładnie pośrodku i każdy chciał się ogrzać w jego blasku. Dlatego
komentatorzy nieustannie pytali, czy Agencja Wywiadu ma więcej takich
ludzi, a wyborcy żądali, by zajął się krajem. Rubecki był zagrożeniem
dla wielu polityków i mógł zatrząść sceną, więc siłą rzeczy budził
niepokój.
Dla Romana było oczywiste, że premier chciałby wiedzieć, czy taki
bohater jest rzeczywiście bez skazy, czy należałoby się z nim
zaprzyjaźnić, czy raczej szybko go zatopić. Ale tak naprawdę
najważniejsze było dla niego trzecie rozwiązanie, czyli diament z ukrytą
skazą. Taki diament miałby największą wartość polityczną i Roman miał tę
skazę znaleźć.
Mimo wątpliwości musiał wykonać polecenie, ale nie zamierzał nikomu
ułatwiać zadania, ani Cezarowi, ani premierowi, i planował przejrzeć
życiorys oficera w rutynowy sposób. Miał na to tydzień, nawet zbyt wiele
jak na takie zadanie.
Otworzył teczkę i zaczął czytać kwestionariusz osobowy Olgierda
Rubeckiego.
Dima spojrzał na zegar. Dochodziła dwunasta. Od pół godziny stał w gigantycznym korku na moście Siekierkowskim i nie mógł nic zrobić.
Żadnego ruchu ani w przód, ani w tył. Chwilami miał ochotę po prostu
wysiąść, zostawić ten pieprzony samochód tam, gdzie stoi, i pójść
piechotą. Po twarzach innych kierowców widać było, że wszyscy mają
podobne myśli.
Jechał do ośrodka Dobre Wspomnienia w Zagórzu, a dyrektor Zalewski miał
być tylko do trzynastej. Zadzwonił do Dimy z samego rana i poprosił o pilną rozmowę w cztery oczy. "Pan Józef zaczyna stwarzać poważne
zagrożenie dla innych pensjonariuszy i dla siebie" - rzucił z zacięciem
w głosie i po chwili dodał mocniej: "Koniecznie musi pan coś z tym
zrobić, bo w przeciwnym wypadku..." - urwał. "Przyjadę" - zapewnił Dima.
Sięgnął po telefon, by zadzwonić do Zalewskiego i powiedzieć, że się
spóźni, gdy w samochodzie rozległ się sygnał rozmowy przychodzącej. Na
telefonie wyświetlił się napis Tata.
- Tak, Roman? - Dima zaczął pierwszy.
- Gdzie jesteś?
- Stoję, kurwa, w korku na moście Siekierkowskim. A co?
- Ściągnij Sekcję na dzisiaj na osiemnastą i nie przeklinaj.
- Co się stało? - zapytał Dima zaciekawiony.
- Nie... nic takiego... drobna sprawa, ale pilna, i chcę ją załatwić przed
urlopem.
- Jasne.
- Znasz Olgierda Rubeckiego?
- No... chyba każdy go zna... ale osobiście nie. A dlaczego pytasz?
- I co o nim sądzisz?
- No... bohater narodowy i nadzieja gawiedzi. Inteligentny, dobry w mediach, ale mnie nie bierze. Dziwny jest, sztuczny... - Dima zawiesił
głos, jakby się nad czymś zastanawiał. - Wiesz... nie ufam mu. Jest w nim
coś fałszywego. Mam kłopot z polubieniem bohaterów, ale może się mylę. A co?
- Nic takiego - odparł Roman. - Mam podobne wrażenie. Pogadamy
wieczorem.
Piętnaście po dwunastej korek pękł i samochody ruszyły. Dima zadzwonił
jeszcze do dyrektora Zalewskiego, że już jedzie, i wcisnął gaz. W końcu
przedarł się bocznymi drogami od strony Wesołej i po kwadransie był w Zagórzu.
Dyrektor stał już przed wejściem i nerwowo palił papierosa.
- Pan Józef robi się coraz bardziej agresywny, proszę pana - zaczął od
razu, jak tylko Dima się z nim przywitał. - Jak to będzie wyglądało,
kiedy w telewizji powiedzą, że w Dobrych Wspomnieniach dwóch
dziewięćdziesięciolatków pobiło się z powodów politycznych? Mało mamy
problemów w kraju? Co za wstyd! Wie pan, ja muszę dbać o dobre imię
naszego ośrodka. Mamy tutaj bardzo poważnych kuracjuszy i nie mieszamy
się do polityki.
- Dobrze, panie dyrektorze. Co się stało? - Dima przerwał dyrektorowi
monolog. - Znowu bójka?
- No tak, nikt teraz nie dojdzie, o co poszło. Świadkowie... wie pan, są
mało wiarygodni. Ale wiadomo, że pierwszy zaatakował kulą pan Józef, a pan Gienek... wie pan, ten pilot, oddał swoją panu Józefowi w głowę.
Poszło o tego marszałka... Rokossowskiego, ale o co dokładnie... - Dyrektor
wzruszył ramionami. - Problem w tym, że pan Gienek ma poważne obrażenia
na ramieniu i twarzy, więc jest problem, bo teoretycznie trzeba to
zgłosić na policji. Rodzina przyjedzie, zobaczy, że ma uszkodzenia
ciała... - Rzucił papierosa na ziemię, rozdeptał i czubkiem buta wepchnął
do burzownika. - Panie, co ja z nim mam! Wszyscy grzecznie sobie
posypiają, a ten pana... podopieczny ciągle się awanturuje. Wie pan, jak
go nazywają Ukrainki? Pan Ninja! I to wcale nie jest śmieszne - dorzucił
podniesionym głosem, widząc uśmieszek, który przebiegł przez twarz Dimy.
- Umówmy się w ten sposób. Pan z nim porozmawia teraz, spróbuje na niego
wpłynąć, a jak to się powtórzy, poproszę... będzie pan musiał znaleźć dla
niego inny ośrodek. Rozumiemy się?
- Rozumiemy - odparł Dima.
Od razu wiedział, że już powinien szukać nowego miejsca dla Józefa. I dyrektor oczywiście też to wiedział. Ani Józef, ani pan Gienek nie
pamiętają nawet, że się pobili, nie mówiąc już o co. Mimo to Dima czuł
się w obowiązku porozmawiać z Józefem.
W środku było gorąco, więc mimo otwartych okien przykry zapach starych
ludzi stał się wyjątkowo mocny. Ukrainka Luba od razu powiedziała mu, że
Józef jest na tarasie, i wskazała mopem kierunek.
Józef siedział na wózku rozebrany do pasa i najwyraźniej się opalał.
Jego ciało było podobne do wysuszonej węgierki albo mumii. Głowa zakryta
płócienną czapeczką spoczywała na piersi.
Dima podszedł bliżej, usiadł na krzesełku obok i dotknął jego dłoni.
Była zimna, choć na zewnątrz było ponad trzydzieści stopni, i Dima w pierwszej chwili pomyślał, że Józef umarł. Potrząsnął nią, wtedy głowa
starca delikatnie drgnęła i powoli zaczęła się unosić.
Józef otworzył oczy i przez moment wyglądał, jakby dopiero uruchamiał w sobie życie. Patrzył tępo przed siebie i jak ryba zaczął łapać
powietrze. Po chwili przeniósł wzrok na Dimę i uśmiechnął się rzędem
zepsutych zębów. Zacharczał, jakby chciał przetrzeć gardło, zebrał
flegmę w ustach i splunął w chusteczkę, którą trzymał w dłoni.
- Przyniosłem ci zakupy. Chcesz banana? - zapytał Dima i widząc brak
reakcji ze strony Józefa, włączył jego aparat słuchowy. - Chcesz banana?
Starzec pokiwał głową.
- Jak się czujesz?
- Bardzo dobrze, ale dlaczego mnie tu więzisz? - wydusił z siebie po
chwili i wydął usta. - Jak na takiego przeterminowanego człowieka, to
nawet świetnie. - Zmienił ton, jakby zapomniał, co powiedział przed
chwilą. - Dziękuję, że wpadłeś. - Uśmiechnął się. - A co u Rosy?
- Jest na wczasach nad morzem - odpowiedział Dima, jak zawsze kiedy
Józef o nią pytał, i wręczył mu obranego banana.
- Przybliż się... - Starzec skinął na Dimę wykrzywionym od gośćca palcem.
- Tutaj podsłuchują i kradną - wyszeptał i rozejrzał się z niepokojem. -
Pełna inwigilacja, trzeba uważać, co się mówi. Te Ukrainki... przeszukują
mi szafkę. Pełno tajniaków i donosicieli. Wczoraj widziałem tam... -
wskazał głową w stronę drugiego tarasu - dwóch enkawudzistów.
- To rzeczywiście podejrzane! - wyszeptał Dima wprost do jego aparatu. -
Wiesz co, Józek? Tu się robi niebezpiecznie i chyba czas znów zmienić
kwaterę. Co ty na to?
- Czas, czas... - Józef pokiwał głową na znak, że się zgadza, i zasnął z bananem w dłoni.
Dochodziła dwunasta, kiedy Roman Leski skończył czytać teczkę personalną
Olgierda Rubeckiego. Położył na niej pulchną dłoń i zdjął okulary.
Dobry oficer, ale do naszej Sekcji chybaby się nie nadawał - pomyślał.
Skąd u niego nagle takie parcie na media i politykę? W charakterystyce
psychologa i testach tego nie widać. Wprost przeciwnie. Skromny,
wycofany, ambitny, ale z umiarem, o wysokim IQ, pomysłowy... - Roman
powtarzał w pamięci sformułowania z karty ocen Rubeckiego. Psycholog się
pomylił, nierzetelnie zbadał kandydata czy olał robotę?
Za pół godziny w kawiarni na placu Unii Lubelskiej miał spotkanie z kandydatem do pracy w Sekcji, który jednak nie musiał przechodzić badań.
Po niedawnych wydarzeniach, kiedy Sekcja została zaatakowana w Warszawie, Roman doszedł do wniosku, że jest im potrzebne profesjonalne
wzmocnienie. Nowy szef, Hafner, bez żadnych pytań wstępnych wyraził
zgodę na dodatkowy etat. To był czas, kiedy premier Bolecki nie mógł się
nadziwić skuteczności Sekcji.
Roman zaczął się rozglądać za odpowiednim kandydatem. Wiedział, kogo
szuka i gdzie. Miał to być ktoś, kto może wkroczyć do akcji z marszu,
bez specjalnego szkolenia, kto rozumie sens istnienia takiej jednostki
jak Sekcja. Roman nie miał czasu na sprawdzanie kandydata. Musiał to być
ktoś gotowy do akcji, kto profesjonalnie zadba o bezpieczeństwo, weźmie
na siebie rozpoznanie i odciąży Monikę i Dimę, wesprze Witka i Elę,
która jest w ciąży. Najważniejsze jednak, by dobrze wkomponował się w zespół.
Kandydat był jeden.
Roman zadzwonił do Konrada Wolskiego, byłego naczelnika Wydziału Q do
zadań specjalnych. Nie znali się dobrze, ale Roman miał pełną wiedzę o wszystkich okolicznościach rozwiązania Wydziału oraz zwolnienia ze
służby Wolskiego i jego zastępcy Sary Korskiej. Wiedział, że nikt lepiej
nie przysłużył się Polsce w ostatnich latach niż oni, i doskonale
rozumiał ich rozgoryczenie i niechęć do Agencji. Jednak dla prawdziwego
oficera wywiadu bezpieczeństwo kraju było ważniejsze niż jakiekolwiek
osobiste urazy, więc Wolski i Korska nie odmawiali Romanowi pomocy.
Już wcześniej do Sekcji przeszli Witek i Ela, najmłodsi oficerowie
Wydziału, a teraz miał do nich dołączyć Lutek.
Roman trzymał tę informację w tajemnicy przed Sekcją. Wcześniej zapoznał
się z jego teczką personalną i nie miał prawie żadnych wątpliwości, że
jest to człowiek, jakiego szukał. Musiał jednak najpierw spojrzeć mu
parę razy w oczy, porozmawiać, zapytać o kilka spraw, nim podejmie
ostateczną decyzję.
Przez wiele miesięcy Lutek - dzięki pomocy kolegów z GROM-u - pracował w angielskiej firmie ochraniającej statki przed piratami na Morzu
Arabskim, ale monotonia wodnego krajobrazu była ponad jego siły. W rzeczywistości nic nie męczyło go bardziej niż tęsknota za Ewą.
Do Polski wrócił miesiąc temu i już następnego dnia poszedł na pierwsze
spotkanie z Romanem Leskim, człowiekiem, o którym dużo słyszał, ale
którego nigdy nie poznał. Jako lojalny podwładny nie zgodziłby się
rozmawiać z nim bez rekomendacji i zgody Konrada, którego wciąż uważał
za swojego szefa.
Na początku Leski mu się nie spodobał. Zadawał dużo absurdalnych pytań i nie wyglądał na kogoś, kto ma kompetencje do pracy w wywiadzie.
Porównanie Leskiego z Wolskim wypadło druzgocąco i Konrad musiał trochę
popracować nad Lutkiem, by ten nie wycofał się od razu. Tym bardziej że
nie mógł mu nawet powiedzieć, że Witek i Ela już pracują w Sekcji.
Wprawdzie Lutek spotykał się z nimi przy różnych okazjach, ale młodzi
zgodnie i przekonująco twierdzili, że są zatrudnieni w szwedzkiej firmie
konsultingowej. A Lutek nie pytał jakiej.
O trzynastej trzydzieści Roman miał go poinformować, że zostaje przyjęty
do Sekcji, i zapoznać z zadaniami. Doskonale znał życiorys swojego
nowego współpracownika. Wiedział, co przeszedł na Gotlandii, w Moskwie i w Iranie, więc był pewien, że oferta nie zrobi na nim większego
wrażenia, ale kogoś takiego właśnie potrzebował. Nie wiedział tylko
jednego: że Lutek potrzebuje właśnie tego, co mu oferował.
| 4 |
Kiedy Zenonik pił whisky z generałem Al-Burgibą, Yacef cały czas
siedział w westybulu i siorbał herbatę, zerkając od niechcenia na
telewizor, w którym leciał właśnie mecz piłki nożnej. Dochodziła północ,
gdy zadzwonił Zenonik i bełkotliwym głosem polecił mu podstawić samochód
przed wejściem i czekać.
Pojawił się po piętnastu minutach. Szedł, mocno się zataczając, z wyraźnym odchyleniem w lewo. Yacef nie dostrzegał w tym nic śmiesznego,
bo był pobożnym muzułmaninem i nie pił alkoholu. Nie bronił tego innym,
ale kiedy widział żałosny obraz człowieka, który nie panuje nad swoim
ciałem ani umysłem, cieszył się, że wierzy akurat w Allaha, chociaż nie
był to Bóg idealny. Przynajmniej dla niego.
Zenonik miał poważny kłopot z zapakowaniem się do samochodu, więc Yacef
musiał mu pomóc. Kiedy tylko zatrzasnął za sobą drzwi, poczuł, że
wnętrze wypełnia odór alkoholu, więc uchylił okno i podkręcił dmuchawę w klimatyzacji.
- No i cooo... - zaczął Zenonik - dalej nas śledzą? Eeech... - Wypuścił
strumień alkoholowego powietrza prosto na kark Yacefa. - Eeech... dobry z ciebie kierowca, dobry... dobry chłop jesteś, Yacef. Aaale... cwaniaczek też
taki cwany... - Zaczął grzebać w kieszeniach. - Aaa... mam, mam. - Wyjął
telefon. - A już myślałem, że go gdzieś, kurwa, zgubiłem. No... śledzą
nas?
- Nie widzę - odparł Yacef.
- Aaa... jasne, chłopie! - Zenonik uniósł głos i palec wskazujący. - Bo ja
już wszystko wiem. A co? Myślałeś, że Polak to taki tępy i można go
tego...
- Nie wiem, o czym pan mówi - wtrącił spokojnie Yacef i pomyślał, że z tym alkoholem to Prorok miał pełną rację.
- Ale muszę ci powiedzieć, że jest dobrze, wcale mi to nie przeszkadza,
że ty... a wprost przeciwnie, nawet bardzo mi to na tak - Zenonik wyrzucił
z siebie całkiem składnie. - Wiesz... ja dużo wiem i wszystko widzę.
- Nie mam wątpliwości - odpowiedział Yacef, a Zenonik zamilkł.
Ruch na ulicach zamierał. Wielkie miasto zapadało w nocny letarg, lepki
od potu. Algier nie miał już w sobie nic z uroku francuskiej kolonii,
która żyła nocą. Ale dzisiaj i tak prawie nikt nie pamiętał, jak było
wcześniej.
Yacef urodził się dziewiętnastego czerwca 1965 roku i był Kabylem. Tego
dnia bezkrwawo władzę przejął pułkownik Bumedien, a w Algierze już dawno
nie było pieds-noirs, chociaż zostały po nich białe domy. Nie tęsknił za
Francuzami, mimo że ich lubił. To było dziwne uczucie, bo jeden stryj
zginął pod Monte Cassino, a drugi zamęczony w Kasbie przez
spadochroniarzy generała Massu.
Na Chéraga dojechali w ciągu piętnastu minut. Zenonik, zamiast
powiedzieć, co wie i widzi, spał z głową odchyloną do tyłu, telefonem w dłoni i ciężko oddychał, jakby miał astmę. Yacef wykorzystał chwilę
spokoju i jeszcze kilka minut pojeździł po okolicy, żeby się upewnić,
czy nikt ich nie obserwuje. Nie zauważył nic podejrzanego i wjechał na
teren posesji francuskiego pułkownika. Mimo wszystko czuł niepokój i kiedy wysiadał, rozejrzał się jeszcze uważnie, chociaż napastnik mógł
ukryć się gdziekolwiek. Krzaków, zakamarków i cienia było pod
dostatkiem.
Na wszelki wypadek odbezpieczył pistolet. Otworzył drzwi i obudził
Zenonika.
- Już jesteśmy? - zapytał Polak, jakby całkiem wytrzeźwiał. - Zmęczył
mnie ten upał dzisiaj. To był dobry dzień... Która godzina? - Próbował
spojrzeć na zegarek, ale tylko zmrużył oczy i wydął policzki. - Która
jest?
- Za kwadrans pierwsza. - odparł Yacef, pomagając mu wysiąść.
- Ooo... jeszcze wcześnie. - Zenonik stanął na własnych nogach. - To był
bardzo udany dzień. Prawda, Yacef?
- Prawda - odparł grzecznie kierowca, chociaż wcale nie uważał tego dnia
za udany, bo wciąż czuł niepokój.
- Wprowadź samochód do garażu, a ja idę już do domu - zarządził Zenonik
i ruszył niepewnie w kierunku drzwi.
Yacef odprowadził go wzrokiem. Wsiadł dopiero wtedy, gdy zobaczył, że
wewnątrz zapaliło się światło. Wrzucił bieg i ruszył. Po kilku metrach
skręcił w prawo - garaż był z drugiej strony budynku - i nagle zauważył
w lusterku cień postaci, która majaczyła między potężnym liściem agawy i pniem akacji. Z całej siły wbił nogę w hamulec, wyszarpnął pistolet i wyskoczył z samochodu.
- Widziałem cię! - krzyknął po arabsku i skierował broń w stronę
krzaków.
Noc była księżycowa, niebo pogodnie rozgwieżdżone, więc i cienie nabrały
silnego kontrastu i ostrości. Yacef wiedział, że w taką noc wszystko
można zobaczyć. Walczył z islamistami w Atlasie Tellskim, a na wojnie
drzewa, krzewy i głazy czasami ożywają, potem złudzenia wywołują
halucynacje, a stąd już blisko do przerażenia i szaleństwa. Lęk zabija
żołnierza.
Yacef jednak potrafił zapanować nad strachem. Z trzymaną oburącz bronią,
pochylony i gotowy do strzału zaczął zbliżać się do cienia, który wciąż
stał wyprostowany w krzakach. Z każdym krokiem Yacef był coraz bardziej
pewny, że to tylko cień, ale nie miał sobie za złe, że dał się zwieść.
Widział wielu żołnierzy z podciętymi gardłami. Śmierć potrafi się dobrze
ukryć.
Zrobił jeszcze krok, gdy na pierwszym piętrze Zenonik włączył światło.
Snop padł wprost na krzaki i Yacef był już pewny, że to tylko złudzenie.
Na wszelki wypadek zajrzał głębiej, obszedł zarośla z drugiej strony i nieco uspokojony wrócił do samochodu. Mimo to wydawało mu się, że wokół
dzieje się coś dziwnego. Nie potrafił tego określić, ale znał to. Czuł
lęk, przed którym nie można się zasłonić bronią.
Mieszkał na parterze. Zajmował nieduży pokój przy kuchni i chociaż obok
był większy, wolał ten, bo miał drugie, oddzielne wyjście do garażu.
Właściwie tylko tam spał. Oglądał telewizję i jadł w kuchni.
Pan Korczyk mieszkał w tym domu razem z żoną i dwójką dzieci. Często
gościł znajomych z Polski, którzy zajmowali pokoje na parterze.
Prowadził też intensywne życie towarzyskie, więc w kuchni na stałe
pracowała Aisza, której Yacef pomagał, dowożąc zakupy z bazaru. Ciągle
jeździł na lotnisko, zawoził do szkoły dzieci, a czasami był nawet
przewodnikiem turystycznym. Dom tętnił życiem od rana do późnej nocy.
Yacef czuł się potrzebny i był dobrze traktowany. Nie miał czasu na
wspomnienia.
Odkąd przyjechał pan Zenonik, wszystko się zmieniło. Dom opustoszał,
odeszła Aisza i Yacef został w kuchni sam z telewizorem, herbatą i odżywającymi wspomnieniami. Wprawdzie dostał podwyżkę, ale i tak prawie
wszystkie pieniądze oddawał szwagierce Majsun, która samotnie
wychowywała dwoje dzieci.
Kiedy wszedł do kuchni, Zenonik siedział przy stole. Stała przed nim
butelka whisky i dwie szklanki.
- Nigdy ci nie zaproponowałem, ale jestem tu od niedawna. - Patrzył na
Yacefa mętnym wzrokiem. - Napijesz się ze mną? - Nie czekając na
odpowiedź, chwycił butelkę.
- Nie piję alkoholu - odparł spokojnie Yacef. - Ale mogę z panem
posiedzieć.
- Nie wiesz, co tracisz, ale rozumiem... religia. Sam jestem katolikiem,
ale niewierzącym. - Wlał sobie whisky na dwa centymetry i natychmiast
wypił.
- Niewierzącym? - zapytał zdziwiony Yacef i włączył czajnik z herbatą.
- Nie zrozumiesz tego. - Zenonik spuścił głowę. - Miałem żonę, bardzo ją
kochałem, a ona mnie zdradziła. Odeszła. - Trzymał szklankę w dłoniach i wpatrywał się w jej dno. - Zdradziła mnie z moim szefem... konsulem
generalnym w Petersburgu... Wiesz, gdzie to jest?
- W Rosji.
- Kurwa, zdradziła mnie, a ja tak ją kochałem. - Zenonik pociągnął
nosem. - Wiesz, byłem tam kiedyś konsulem... Kurwa, jak ja tej Rosji
nienawidzę! A on starszy ode mnie o piętnaście lat, rozumiesz? Myślałem,
że ich zabiję, a potem siebie, kurwa, nawet już wszystko zaplanowałem.
Ty nie masz pojęcia, chłopie, jaki to ból. - Wlał sobie następną porcję,
rozlewając alkohol po stole. - Nikomu o tym nie mówiłem. Ale co ty
możesz wiedzieć. Przestałem wierzyć w Boga, który tak mnie skrzywdził, a ja przed nim przysięgałem jej miłość aż do śmierci. - Znów pociągnął
nosem i wytarł go dłonią. - Chodzę do kościoła, ale o nic nie proszę, bo
i tak nic mi Bóg nie da. Tobie dał? - Spojrzał na Yacefa spod
przymkniętych powiek i widać było, że zaczyna odpływać. - Nooo... powiedz,
dał ci coś... czy... ach... co ty możesz o tym wiedzieć. Eeech... - Machnął ręką
i przewrócił szklankę, która przetoczyła się po stole i byłaby spadła,
gdyby Yacef nie zdążył jej złapać w powietrzu.
Odstawił ją na stół i wstał, żeby wziąć ścierkę. Najpierw jednak nalał
sobie herbaty. Kiedy się odwrócił, zobaczył, że Zenonik leży na blacie z twarzą w kałuży whisky.
- Zaprowadzę pana do pokoju. - Potrząsnął nim.
Polak coś wymamrotał i zaczął się z trudem podnosić.
Yacef zarzucił sobie jego rękę na szyję i chwycił go wpół, podtrzymując
za pasek od spodni, który werżnął się w miękkie ciało. Powoli, krok za
krokiem, zaczęli posuwać się w kierunku schodów.
Dotarcie na piętro i do pokoju zajęło im kilka minut, chociaż Zenonik
starał się współpracować. Był jednak zbyt ciężki. W końcu Yacefowi udało
się położyć go na łóżku. Zdjął mu buty i poluźnił pasek, a potem
przykrył kocem.
Zszedł na dół.
Był już bardzo zmęczony i chciał jak najszybciej się położyć, a musiał
jeszcze posprzątać w kuchni, no i sprawdzić dom na parterze. Dopiero
teraz sobie przypomniał, że nie zamknął bramy.
Nie piję alkoholu, a jednak muszę znosić jego skutki. Ciekawe, jak on
działa? - pomyślał z odrobiną sarkazmu i ruszył przez hol do drzwi
wejściowych, skąd było bliżej do bramy.
Na starym francuskim zegarze podłogowym, który stał przy drzwiach, była
pierwsza siedemnaście. Najpierw zgasił światło i dopiero potem wyszedł
przed dom. Do nocnego Algieru nadciągnął powiew znad morza i powietrze
było przyjemnie chłodne. Yacef zaciągnął się nim głęboko i zamknął oczy.
Pomyślał o Zenoniku. Nie wzruszyła go opowieść o niewiernej żonie i jego
cierpieniu. Nie widział nic ludzkiego w opowiadaniu zasmarkanego pijaka,
który nie zna Boga. On znał Boga i dzięki niemu mógł, kiedy tylko
chciał, zobaczyć piękną twarz swojej Nadiry, spacerować z nią, objąć i całować.
Poczuł się dobrze. Otworzył oczy i ruszył w stronę bramy. Ściągnął
skrzypiące metalowe wrota i spiął je łańcuchem. Wrócił do holu. Zamknął
drzwi, założył metalową sztabę, która pamiętała czasy francuskiego
pułkownika, i od razu ruszył w prawo do salonu, żeby sprawdzić okna
wychodzące na taras. Od tego zaczynał obchód. Dopiero potem zaglądał
kolejno do biblioteki, pokoi gościnnych i pomieszczeń gospodarczych.
Kuchnia była jego miejscem, więc ją zostawiał na koniec.
Przez lata służby w tym domu wyćwiczył te procedury niemal do perfekcji.
Wykonywał je automatycznie. Wchodził do pomieszczenia i zanim zapalał
światło, z pamięci odtwarzał rozstaw mebli i przedmiotów, który potem
porównywał z rzeczywistym obrazem. Podchodził do okien i dotykał każdej
klamki, jakby chciał sprawdzić, czy nie ma na niej obcych śladów.
Wreszcie wyglądał przez okno i zaciągał dokładnie story, by chronić dom
przed porannym upałem.
Wszystko było w porządku. Dotarł do kuchni. Wyłączył czajnik, w którym
wciąż gotowała się woda. Przez chwilę zastanawiał się, czy ma jeszcze
siłę wziąć prysznic. Zrezygnował i poczuł, że jest zadowolony z tej
decyzji.
Pozostało zamknięcie drzwi do garażu. Robił to zawsze na końcu.
Wszedł do środka. Przeciągnął dłonią po karoserii i zebrał szary kurz
miasta. Strzepnął go, jakby chciał zaklaskać, a resztkę roztarł. Doszedł
do drzwi, przekręcił ze zgrzytem klucz w zamku. Dla pewności szarpnął
jeszcze za klamkę i zgasił światło. Obrócił się i pomyślał, że powinien
naoliwić zamek.
W garażu było ciemno i tylko poświata z otwartych drzwi wskazywała mu
drogę. Zrobił kilka kroków i przystanął. Poczuł, że ciemność nie jest
już taka przyjazna jak zawsze. Wróciło niepokojące wrażenie, że kryje
się w niej coś obcego. Dotknął ręką kolby pistoletu i spojrzał w głąb
mroku. Znów pojawił się lęk.
Jego zapach spłynął na niego niespodziewanie. I Yacef wiedział już, że
stoi za nim cień. Nawet nie próbował walczyć, nie sięgnął po broń, która
nagle straciła swoją moc.
Nie odwrócił się, chociaż mógł. Jeszcze chwilę odczekał i wtedy coś
gorącego przesunęło mu się po szyi. Nie poczuł bólu i niemal natychmiast
ciepła ciecz wylała mu się na pierś. Próbował ją zatamować, ale lepka
krew tryskała między palcami. Oparł się o samochód i poczuł, że słabnie.
Osunął się miękko na podłogę. Usiadł i zaraz położył się na plecach,
wyciągnął ciało i wciąż trzymając się dłońmi za gardło, zobaczył
pochylającego się nad nim mężczyznę z palcem na ustach. Ale tak naprawdę
ujrzał Nadirę i też się do niej uśmiechnął. Nie czuł już żadnego lęku,
tylko spokój, ciszę i chłód nocy.
| 5 |
Zebrali się o osiemnastej w nowym lokalu na ulicy Litewskiej. Podobnie
jak poprzedni, w alei Wyzwolenia, spełniał wszystkie wymogi lokalu
konspiracyjnego. Był nawet lepszy, bo miał trzy duże pokoje i drugie
wyjście na klatkę schodową w budynku obok. Dzięki temu mogli zwiększyć
swoje bezpieczeństwo. Witek unowocześnił monitoring, zainstalował
niezależny internet, zasilanie awaryjne i nowy system alarmowy, a Ela
wyposażyła jeden pokój tak, by mógł służyć za safe house. Monika zadbała
o miły i nowoczesny wystrój. "Można się tu ukrywać przez kilka miesięcy"
- powiedział Roman na uroczystym otwarciu. Lubili się tam spotykać.
Roman przyszedł już o szesnastej. Przyniósł ze sobą teczkę personalną
Olgierda Rubeckiego. Przejrzał ją jeszcze raz i w swoim żółtym
kołonotatniku zrobił drobne zapiski. Nie było ich wiele.
Rubecki miał wzorowy życiorys oficera wywiadu i trudno było znaleźć w nim coś konkretnego, co mogłoby wzbudzać podejrzenia. Nie był synem
żadnego polityka, dziennikarza ani dzieckiem resortowym. Był jedynym
potomkiem znanego biznesmena z branży budowlanej, a do wywiadu został
zwerbowany, gdy kończył w Poznaniu prawo.
Roman wiedział jednak, że teczkę personalną trzeba umieć czytać.
Najważniejsza była weryfikacja oficjalnych opinii kadrowca, psychologa i przełożonych w zestawieniu z donosami, które też się tam znajdowały.
Ostatnia zjawiła się Monika. Spóźniła się ponad kwadrans, ale nawet nie
przeprosiła, tylko rzuciła torbę na kanapę i poszła do kuchni. Od razu
zauważyli, że przyniosła ze sobą złą aurę. Po chwili wróciła z zieloną
butelką napoju aloesowego i zasiadła w fotelu naprzeciwko Dimy, który
czytał teczkę Rubeckiego.
- Co? - rzuciła, widząc jego ironiczne spojrzenie.
- Nic - odparł i znów zajął się lekturą.
- No więc o co chodzi? Co tak patrzysz? Co się dzieje, Roman? Jakaś
robota?
- Niespecjalnie. Na polecenie szefa mamy przejrzeć życie Olgierda
Rubeckiego.
- Rubeckiego? - niemal krzyknęła. - Tego Rubeckiego... bohatera narodowego
i nadzieję wszystkich turbo-Polaków? - dodała z ironią. - Po co mamy go
prześwietlać? To przecież już cywil, co on nas obchodzi? Przystojny i inteligentny, ale nie w moim typie...
- Planujemy wciągnąć go w pułapkę namiętności, pani kapitan Arent? -
odezwał się Dima i z rogu pokoju dobiegł śmiech Witka i Eli.
- To miał być dowcip? - odparła hardo Monika. - Słaby.
- Jestem jeszcze tylko do końca tego tygodnia, jak wiecie, więc w tym
czasie mamy zbadać temat, a ja muszę zdążyć napisać raport dla szefa. -
Roman podniósł się, odszedł od biurka i przysiadł do Moniki. - Tak
naprawdę... to jest polecenie premiera.
- Ja pierdolę! - oburzyła się Monika. - Roman... jak możesz pozwalać temu
dyktatorkowi wciągać wywiad do wewnętrznych rozgrywek? Ja się nie
zgadzam... rzucam wszystko i jadę w Bieszczady. - Spojrzała na Dimę, który
kartkował teczkę. - A ty dlaczego milczysz? Powiedz coś!
- Mamy przedstawić raport dotyczący okresu, kiedy Ekiert był w służbie.
Jest emerytowanym oficerem wywiadu, a właściwie rencistą z aktualnym
dopuszczeniem do informacji niejawnych, poziom CS, więc mamy podstawy,
by się nim zająć - odpowiedział spokojnie Roman. - I to jest zgodne z prawem, nie zajmujemy się jego poglądami politycznymi. Szef może nam
zlecić taką robotę, ale wiemy, do czego może to być wykorzystane, jeżeli
znajdziemy coś podejrzanego. Dlatego też dał to akurat nam, żeby sprawę
utrzymać w tajemnicy. Ekiert, czyli Rubecki, ma mnóstwo przyjaciół na
Miłobędzkiej i sprawa zaraz by wyciekła. Zgadzam się, to jest podejrzane
etycznie, ale lepiej, żebyśmy zrobili to my niż jakaś inna służba.
Potraktujmy to jako sprawę rodzinną.
- Najbardziej podejrzany etycznie to jest ten premier, dla którego mamy
pracować - rzuciła Monika z emfazą. - Rzygać się chce. Właściwie to
powinniśmy wesprzeć naszego byłego kolegę. Nie sądzicie? Jest o klasę
lepszy od całej tej zgrai z przypadku i nieszczęścia. - Uśmiechnęła się
ironicznie i znów rzuciła do Dimy: - Już coś tam wyczytałeś? Nasz Bonduś
ma jakieś zdanie?
- Nawet gdybyśmy chcieli, trudno byłoby mu zaszkodzić - zaczął Dima. -
Kawaler, bezdzietny, żadnych skandali. Piętnaście lat wzorowej służby i sporo donosów, a to o czymś świadczy. Jeśli dobrze wykonamy swoją pracę,
tylko zrobimy mu przysługę. Może Olgierd Rubecki jest jakąś nadzieją dla
tego kraju. A może pod maską patrioty kryje się zwykły fake, taki sam
cwaniak jak inni, krętacz i manipulant. - Wszyscy zamilkli, jakby
dotarła do nich prosta prawda. - Musimy to sprawdzić. Więc jaki masz
plan, Roman?
- "Plan" to za duże słowo. Założymy mu obserwację na kilka dni. Pewnie
się zorientuje, ale nie będziemy nad tym płakać... - Roman zdjął okulary i zaczął je przecierać chusteczką. - Zrozumie, że jest obrabiany przez
Agencję...
- A może po prostu porozmawiać z nim i powiedzieć mu prawdę - wtrąciła
Monika. - Po co takie dziecinne podchody? To naiwne.
- Nie możemy tego zrobić - odparł Roman, zakładając okulary na czoło. -
Tak, Dima ma rację, Olgierd Rubecki to teraz polityk, więc musimy mieć
do niego ograniczone zaufanie. Polityka zmienia ludzi, nawet takich jak
on... i my. Niestety... mamy wiedzę i doświadczenie w tej kwestii. Ale
możemy mu coś podpowiedzieć. - Opuścił okulary na nos i rozejrzał się po
pokoju. - Robimy standardowo. Monika i Dima zajmą się obserwacją
Olgierda: obejrzą sobie jego dzień powszedni w realu oraz poznają jego
znajomych i przyjaciół... Wiecie, co macie robić. Ela i Witek będą was
zmieniać i też zajmą się jego dniem powszednim, znajomymi i przyjaciółmi, tyle że w świecie wirtualnym.
- Dobrze, a co z materiałami dotyczącymi jego słynnej akcji w Iraku?
Jaki to był kryptonim? - zapytał Dima, podając teczkę Monice.
- "Sindbad"... chyba - odezwała się Ela.
- Aaa... tak. To przecież kamień węgielny Olgierda jako polityka - ciągnął
Dima. - W personalnej sprawie nic nie ma na temat tej operacji, a nie
będziemy chyba opierać się na gazetach. Rzeczywistość wygląda inaczej
niż przekaz medialny. Mylę się?
- Ani trochę - odpowiedział Roman. - Problem w tym, że teczka, z oczywistych powodów, jest w sejfie WBW. Pilnuje jej naczelniczka Gerber,
ale teraz jest w delegacji, wraca w czwartek, a ja wolę, by nikt nie
zauważył, że zajmujemy się Rubeckim. Dobrze... analiza materiałów to moja
działka.
- Późno - wtrąciła się Monika. - Zdążysz? Wątpię.
- Zależy, co tam jest i ile tego jest - uściślił Dima. - Przypuszczam,
że sprawa musi być opasła. To nie była pierwsza lepsza operacja, tylko
akcja dekady albo i wszech czasów. I sporo ludzi w niej uczestniczyło.
Więc...
Roman pomyślał, że Dima ma rację, ale od razu do niego dotarło, że
musiałby wtedy odwołać wyjazd w Bieszczady, a to nie wchodziło w grę i nie było takiej sprawy w Agencji, która mogłaby temu przeszkodzić.
Zawsze wyjeżdżali z Bronkiem, żeby nie być w Warszawie w rocznicę
wypadku Hani ani w dniu jej śmierci, czyli przez te dwa tygodnie, kiedy
trwali przy jej łóżku. Hania była żoną Romana i siostrą Bronka, więc
łączyła ich więź nie tylko dzieciństwa, ale też miłości i śmierci. Nie
mogło być silniejszego związku, przynajmniej dla nich, ale o tym nikt
nie wiedział i oni sami też nigdy na ten temat nie rozmawiali.
- Kiedy wyjeżdżasz do Aten? - Leski zwrócił się do Dimy. - Nie pamiętam.
- Bo nie mówiłem - odparł Dima. - Planuję w sierpniu - dodał. -
Rozumiem, o co ci chodzi. Jeżeli sprawa się przeciągnie, poprowadzimy ją
przecież sami. Możesz spokojnie jechać na urlop.
- Oczywiście! - włączyła się Monika. - Co to za sprawa tego Rubeckiego?
- Zrobiła zdegustowaną minę. - Porwanie Henryka, Pański... to była ostra
jazda. A poza tym są telefony, internet... nie?
Zauważyła, że Roman od jakiegoś czasu wierci się w fotelu i odpływa
gdzieś myślami. Miała wrażenie, że chce coś powiedzieć, ale szuka
właściwych słów i czegoś się obawia. To było dziwne, bo nigdy się tak
nie zachowywał. Monika ufała jednak swojemu trzeciemu oku i patrzyła na
niego z mieszaniną niepokoju i zaskoczenia. Czuła jednak, że to nie może
być nic złego.
- Chcesz nam coś powiedzieć, Roman? - Nie wytrzymała. - Coś się stało?
- Nie, nic... nic takiego - odparł niepewnie. - A właściwie to tak. Mam
wam coś ważnego do zakomunikowania. - Zdjął okulary i zaczął je
przecierać.
Wszyscy wiedzieli już, że Roman jest naprawdę przejęty.
- No więc... - odezwał się zaniepokojony Dima.
- No więc... - powtórzył Roman - no więc tak, nasz zespół się rozrasta... no
i... - Założył okulary i spojrzał na cztery wpatrzone w niego twarze.
- No i co? - dopytał Dima.
- Ktoś do nas dołączy? - dorzuciła Monika.
- Tak.
- Rany boskie, Roman! Wyduś to w końcu z siebie - zaniepokoił się Dima.
- Ktoś do nas dołączy, i dobrze! W czym masz problem? My się cieszymy...
prawda? - Uśmiechnął się do Moniki, która jednak nie zareagowała i wyglądała na szczerze zaskoczoną.
- Tak, po sprawie Pańskiego doszedłem do wniosku, że Sekcja jest zbyt
słaba, wystawiona na niebezpieczeństwo nawet na własnym terenie, a przecież to nie koniec naszego funkcjonowania i zawsze może być gorzej.
Na świecie coraz goręcej, i to nie z powodu ocieplenia. - Roman
spróbował zażartować, ale tylko Dima wciąż się uśmiechał. Witek i Ela
słuchali go w skupieniu. - Widzicie, co się dzieje, a politycy są coraz
bardziej ogłupiali, coraz słabsi, znerwicowani, klaun prezydentem USA, w Rosji monarchia dziedziczna, a u nas...
- Roman, na litość... daruj! - przerwała mu Monika. - My to wszystko
wiemy. Kto do nas przychodzi?
- Uznałem, że potrzebny jest nam specjalista od broni, walki,
obserwacji, ktoś doświadczony. Chciałbym, żebyście bardziej się skupili
na analizach... rozpracowaniu...
- Dajemy radę, ale na pewno ktoś taki nam się przyda - przerwał mu Dima.
- Prawda? - Przebiegł wzrokiem po zebranych, wyraźnie dając znać, że
mają Romana poprzeć i pokazać mu, że cieszą się z jego decyzji.
- Pewnie, szefie! I to bardzo! - odezwał się Witek z niepewnym
entuzjazmem, a Ela pokiwała głową.
Tylko Monika milczała. Zrobiło jej się smutno. Domyśliła się, że Roman
powiększa Sekcję, bo przygotowuje się do odejścia. Powoli będzie
wtajemniczał Dimę w swoje kompetencje, wyciągnie go z cienia Sekcji,
wprowadzi do centrali Agencji, w świat szefów i polityki. I nic już nie
będzie takie jak kiedyś. Dima zostanie szefem, a Roman zniknie z jej
życia. Poczuła ucisk w dołku i pomyślała, że jeśli zaraz nie wyjdzie, to
rozpłacze się na oczach wszystkich. Podniosła się i z ostentacyjną
obojętnością poszła do łazienki.
Wszyscy czuli, że coś się dzieje, ale tylko Monika wiedziała co i dlaczego. Nie myliła się. Roman zaczynał się zastanawiać nad swoim
odejściem. Miał to być główny temat ich rozmów w Bieszczadach, bo Bronek
nosił się z takim samym zamiarem. Dawno już sobie obiecali, że żaden nie
zostanie w służbie dłużej niż miesiąc po odejściu pierwszego. Potem
kupią sobie domek w Solinie i zamieszkają w nim na stałe.
Roman od początku zakładał, że Monika natychmiast się połapie, dlaczego
postanowił przyjąć nową osobę do Sekcji, ale nie był pewien, jak
zareaguje. Nie chciał jej sprawiać bólu. I nie wiedział, czy postępuje
słusznie, bo może powinien powiedzieć im to wprost, od razu. Dlatego był
tak zdenerwowany. Ale musiał zrobić ten pierwszy krok bardzo delikatnie.
Wiedział, że poszła do łazienki wytrzeć oczy i nos. Musiał na nią
zaczekać, jeśli miał im powiedzieć prawdę. Nie mógł już dłużej ukrywać
swojej decyzji, którą dopiero planował podjąć. Ale bez ich zgody nie
mógł tego zrobić i chciał im to wytłumaczyć.
Monika wróciła po minucie. Tylko Roman zauważył jej delikatnie
zaczerwieniony koniec nosa. Usiadła na swoim miejscu z wyraźnym fochem.
- Naszym nowym kolegą będzie... - Roman spojrzał w stronę Witka i Eli -
wasz kolega z Wydziału Q, Lutek.
Z rogu pokoju rozległ się przeciągły gwizd i głośny okrzyk radości Eli.
Dima i Monika spojrzeli na siebie zaskoczeni. Nie wiedzieli, kim jest
Lutek, ale uśmiechnęli się do siebie, widząc tak spontaniczną reakcję
młodych.
- Rozumiemy, że to dobry wybór - odezwał się Dima. - Wydział Q... świetna
rekomendacja.
- Zaraz wam o nim opowiem, a jak coś pokręcę, to Witek i Ela mnie
poprawią. - Roman umościł się w fotelu i spoważniał. - Wcześniej jednak
muszę o czymś was poinformować. Nie podjąłem jeszcze decyzji, kiedy
dokładnie... - spuścił wzrok - ale zamierzam przejść na emeryturę i powinniśmy powoli zacząć się na to przygotowywać. Nasza Sekcja będzie
pracować dalej.
| 6 |
Monika Arent - córka Bogumiła, weterynarza, i Marii, nauczycielki -
urodziła się dwudziestego czwartego grudnia o osiemnastej, więc nikt nie
mógł być obojętny wobec tego wydarzenia. Konserwatywna rodzina ojca
uważała, że to znak boży, a jeszcze bardziej konserwatywni krewni matki
traktowali to jako profanację. Monika zawsze dostawała wspaniałe
prezenty pod choinkę, ale oprócz rodziców nikt życzeń urodzinowych jej
nie składał. W dzieciństwie jednak liczyły się głównie prezenty, a nie
życzenia, więc Monika bardzo lubiła Boże Narodzenie.
Już w szkole podstawowej odkryła w sobie zamiłowanie do rysowania,
kolorowania i lepienia, które z każdym rokiem się pogłębiało, absorbując
ją czasowo i intelektualnie. W szkole średniej zamieszkała w internacie
i na krótko wsiąkła w środowisko punków, po czym zostało jej sporo
przekłuć i bardzo dobrych graffiti w okolicach dworca w Mońkach. Był to
okres buntu i szaleństwa hormonów, więc Monika, ku uldze rodziny, rzadko
przyjeżdżała do domu i przestała drażnić sąsiadów swoim wyglądem.
Okres punkowania zakończył się jednak gwałtownym i głębokim wstrząsem.
Okazało się, że Monika zupełnie zapomniała o matematyce, co groziło jej
powtarzaniem trzeciej klasy. Jednej nocy zniknęły więc wszystkie
kolczyki, pióropusz spłynął w toalecie, a glany wylądowały w śmietniku.
Mimo tej odmiany dalej nie przyjeżdżała na rodzinne święta do Komornicy.
Wzięła się ostro do nauki i zdała maturę z wyróżnieniem.
Wiedziała już, kim chce być, i przez całą czwartą klasę przygotowywała
się do egzaminu na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Dostała się za
pierwszym razem, co zaskoczyło ją samą. Nie była już tylko maturzystką z Moniek i kiedy pierwszy raz wchodziła do gmachu na Krakowskim
Przedmieściu jako studentka malarstwa, czuła, jakby jej płuca wypełniało
klinicznie czyste szczęście i jakaś magiczna siła unosiła ją nad ziemią.
Później się okazało, że tamtego dnia podobne doznanie było powszechne
wśród niemal wszystkich nowych studentów, i Monika szybko zeszła na
ziemię.
Dzięki pomocy finansowej rodziców wynajęła razem z Markiem, studentem
trzeciego roku rzeźby, dwudziestopięciometrową kawalerkę na Powiślu.
Marek był małomównym artystą w zniszczonym swetrze, o silnych dłoniach
poznaczonych siniakami, bliznami i gliną, która wchodziła mu pod
paznokcie. To wystarczyło, by Monika się w nim zakochała, chociaż Marek
nie mówił wiele o miłości, bo - jako się rzekło - był małomówny.
Spędziła z nim dwa wspaniałe lata, rozkoszując się imprezami i rozmowami
po świt na wiślanych bulwarach. Wsiąkła w warszawskie środowisko, a ono
ją przyjęło jako swoją gwiazdę. Bo Monika miała talent i wszyscy to
widzieli, choć nie wszyscy chcieli zaakceptować.
Marek przez dwa lata ani razu nie powiedział, że ją kocha, chociaż
zachowywał się, jakby tak właśnie było. Kiedy więc pewnego dnia
zakomunikował, że zakochał się w Grażynie z wydziału wzornictwa, Monika
nie mogła powiedzieć, że ją okłamał i zdradził. Wieść o tym, że jest już
wolna, szybko rozniosła się na uczelni i dopiero wtedy Monika się
dowiedziała, jaki Marek był naprawdę. Skróciło to jej rozpacz po
rozstaniu, ale też wzbudziło rozczarowanie, które natychmiast
przerodziło się we wściekłość. Nie chciała już mówić, że była zakochana,
bo musiałaby się przyznać do własnej naiwności. Wolała milczeć.
Jednak rozstanie z Markiem przyniosło pozytywny skutek uboczny.
Eksplozja emocji, jaką wówczas przeżyła, wyzwoliła w niej szaleńczą
potrzebę tworzenia, która zaowocowała dziełami wzbudzającymi prawdziwy
entuzjazm wykładowców i zazdrość części kolegów. W ciągu kilku miesięcy
Monika jako pierwsza na roku miała już za sobą kilka wystaw. "I to
wszystko dzięki Markowi" - mówiła z uśmiechem do przyjaciół po kilku
kieliszkach białej sofii za siedem złotych.
W rzeczywistości bardzo przeżyła śmierć swojej pierwszej wielkiej
miłości i wszyscy znajomi z akademii dobrze to wiedzieli, bo całą swoją
rozpacz oddała w obrazach i grafice. I nie mogła tego ukryć pod żadnymi
słowami, uśmiechami ani pod ironią. Wszystko było widoczne jak na dłoni.
Wiedziała, że z nieszczęśliwej miłości można się wyleczyć tylko nową
miłością. I wkrótce taką znalazła, chociaż wcale jej nie szukała. Na
wernisażu swojego profesora poznała jego brata Krisa, asystenta na
wydziale prawa. Uznała, że prawnik będzie lepszym kandydatem na partnera
niż jakiś artysta, i ostrożnie zaangażowała się w nowy związek.
Po trzech miesiącach przeniosła się do jego mieszkania na Górnym
Mokotowie. W tym czasie obroniła pracę magisterską i otrzymała
propozycję pozostania na uczelni. Kris był inteligentnym i opiekuńczym
partnerem, mimo to nie mogła powiedzieć, że go kocha. A on się tego nie
domagał i sam też nie narzucał się ze swoimi uczuciami. Byli zgraną parą
bez konkretnych zobowiązań, więc ich uczucie zaczęło powoli stygnąć.
Kris był typowym umysłem prawniczym i otoczenie postrzegał przez normy,
zasady i odstępstwa od nich. Dlatego Monika jako artystka właściwie nie
była w stanie nawiązać z nim kontaktu intelektualnego czy estetycznego.
To nie stanowiło problemu w ich życiu codziennym, ale też nie wróżyło
dobrze na przyszłość. To wtedy zaczęła chodzić na zajęcia z jogi.
Pomyślała, że w ten sposób wypełni pustkę, którą wytwarza w niej Kris.
Efekt był odwrotny. Dzięki medytacji jeszcze lepiej zrozumiała, że życie
nie znosi próżni, a żeby rachunek się zgadzał, człowiek powinien dawać
więcej, niż bierze.
- Dzień dobry, pani Moniko - usłyszała za sobą głos nieznajomego
mężczyzny, kiedy wychodziła z akademii pewnego jesiennego wieczoru.
Obejrzała się, ale nikogo nie zauważyła. - Możemy chwilkę porozmawiać? -
doleciał ten sam głos z prawej strony.
Zobaczyła stojącego w rogu korytarza niskiego, korpulentnego mężczyznę
po sześćdziesiątce, w niemodnych dużych okularach i kapelusiku. Wygląda,
jakby go wyczarował Duda-Gracz - pomyślała i od razu nabrała do niego
sympatii.
- Pan do mnie mówi? - rzuciła niepewnie.
- Tak, pani Moniko - odparł cicho, uciekając nieśmiało wzrokiem. -
Chciałbym porozmawiać, jeśli ma pani wolną chwilę - dodał już nieco
głośniej.
- Aaa... - wydała z siebie dźwięk podobny do pytania.
- Wszystko za chwilę wyjaśnię. Tutaj za rogiem jest mała kawiarnia.
Zapraszam.
- Ale... o co chodzi? - dopytywała się. - Skąd pan mnie zna?
- Wszystko za chwilę wyjaśnię - powtórzył. - To ważne, ale nic przykrego
ani osobistego. - Uśmiechnął się nieporadnie i Monice zrobiło się go
żal. - Zajmę pani pięć minut albo... albo całe życie. Sama pani zdecyduje.
Nazywam się Roman Leski.
Monika zgodziła się na rozmowę. Zapamiętała ją dokładnie i w każdej
chwili mogła odtworzyć jej dowolny fragment, opisać spojrzenia Romana,
ruchy jego rąk, własne myśli. I rzeczywiście zajął jej całe życie, ale
to ona wybrała.
Nie wiedziała nawet, że istnieje coś takiego jak wywiad, że to jakaś
instytucja, organizacja. Nigdy nie przypuszczała, że są jacyś ludzie,
którzy myślą o jej bezpieczeństwie. Nie czuła się nigdy zagrożona, więc
słowa pana Leskiego zwyczajnie ją śmieszyły. Siedziała w kawiarni nad
filiżanką cappuccino i patrzyła na śmiesznego faceta w niemodnych
okularach, który próbował jej wyjaśnić, że to, co ją otacza, nie jest
tym, co naprawdę widzi. Tłumaczył coś, co jest treścią postrzegania
przez artystę, i to komuś, kto właśnie dostał propozycję asystentury na
wydziale malarstwa. Monika patrzyła na dziwnego człowieczka, który
ściskając kubek z herbatą pulchnymi dłońmi, mówił niezrozumiałym
językiem o jakiejś abstrakcji, i zastanawiała się, dlaczego wciąż siedzi
i go słucha.
Czuła, że nie może tak po prostu wstać i wyjść. Roman Leski był jak
przybysz z baśniowej konstelacji. I w pewnej chwili zrozumiała, że to
surrealizm i absurdalność sytuacji, w której się znalazła, są tak
hipnotyzujące. Niespodziewanie zapragnęła oderwać się od rzeczywistości
i polecieć w dziwny, nieznany świat, który otwierał przed nią ten
sympatyczny Apoloniusz z Tiany.
Zgodziła się na następne spotkanie i tak jak prosił, nikomu o tym nie
powiedziała. Nigdy też nie zapytała, dlaczego wybrał właśnie ją.
Przez następne trzy lata uczyła się zawodu szpiega na kursie
indywidualnym. Zajęcia miała dwa razy w tygodniu po kilka godzin w kawalerce na Mokotowie, a ćwiczenia - w różnych miejscach na terenie
Warszawy.
Kris nie pytał, gdzie znika na całe dnie, więc nie musiała kłamać. Ale
właśnie ten brak pytań był główną przyczyną obumarcia ich związku.
W końcu przeszła ostatnie badanie na wykrywaczu kłamstw, wzorowo zdała
egzamin i została podporucznikiem polskiego wywiadu, oficerem drugiej
linii. Nie była jednak taka jak inni i Roman wiedział o tym najlepiej,
bo takiej potrzebował.
| 7 |
Roman spał tej nocy lekko, na pograniczu czuwania. Myślami był już z Bronkiem w Bieszczadach. Zerkając na czerwone cyfry nocnego zegara,
przewracał się z boku na bok i zastanawiał, czy o czymś nie zapomniał i czy nie zabrał czegoś zbędnego. Roman nie był pedantem, tylko
perfekcjonistą, i pakowanie traktował tak jak gotowanie jajka na miękko.
Miał wprawdzie przygotowaną listę, ale wciąż ją poprawiał i zmieniał.
Wszystko było pogrupowane według zastosowania i ważności. W tym roku
zabierał ze sobą siedemdziesiąt trzy przedmioty. O cztery mniej niż
podczas poprzedniego wyjazdu. Co roku weryfikował listę i wykreślał te
rzeczy, bez których mógł się obejść. W ten sposób dążył do stworzenia
bagażu idealnego.
Wiedział, że to absurdalna czynność, tym bardziej że jechali samochodem
Bronka i mogli zabrać, co tylko chcieli. Traktował to jako trening
pamięci i doskonalenie umiejętności porządkowania faktów, a właściwie
jako mnemotechnikę, czyli samoobronę przed demencją i alzheimerem. Listę
robił raz do roku i dopiero po jej sporządzeniu porównywał z ubiegłoroczną. Zwykle sprawdzał stan swojego umysłu, wyliczając okresy w rozwoju Ziemi, planety Układu Słonecznego i przedmioty na obrazie
Ambasadorowie.
Zmniejszenie listy o cztery pozycje było dowodem, że mimo ukończonych
sześćdziesięciu pięciu lat jego umysł pracuje idealnie. Perspektywa
emerytury nie wyglądała tak ponuro.
Była szósta trzydzieści, kiedy Roman wyszedł ze swojego mieszkania.
Warszawa jeszcze się nie przebudziła. W nocy grzmiało i solidnie
popadało, więc poranek był wilgotny i chłodny, ale według zapowiedzi
zaczynał się kolejny upalny dzień. W ciągu trzydziestu minut Roman
dotarł na Miłobędzką i nawet się nie spocił. Mimo nieprzespanej nocy
czuł się rześko, a perspektywa mocnej herbaty dodatkowo poprawiała mu i tak już dobry humor.
Wszedł do swojego biura na siódmym piętrze i - w odwrotnej kolejności
niż co dzień - najpierw otworzył szeroko okno, a dopiero potem wstawił
wodę i wsypał do metalowego kubka trzy czubate łyżeczki herbaty ulung.
Chciał jak najlepiej wywietrzyć pokój, nim zacznie się upał. Miał
klimatyzację, ale nigdy jej nie używał, bo uważał, że roznosi bakterie,
i denerwował go jej pomruk, jakby ktoś obcy był w pomieszczeniu.
Włączył płytę i w pokoju rozległy się pierwsze takty VII symfonii
Beethovena. Zasiadł za komputerem, żeby zaczekać, aż zagotuje się woda.
Zaczął od przeglądania depesz z rezydentur. Po kolei przebiegał je
wzrokiem, uderzając palcem w klawisz na komputerze. Na widok niektórych
nazw miast ograniczał się jedynie do zapoznania się z pierwszym zdaniem
i sprawdzenia ostatniego. Wiedział, którzy oficerowie rezydujący w konkretnych krajach są w stanie wymyślić coś wartościowego, więc
czytanie części depesz uważał za frustrującą stratę czasu. Szczególnie
gdy był pewny, że ich autorzy nie prowadzą żadnych wartościowych źródeł
informacji. Byli jednak rezydenci, którzy niemal codziennie przysyłali
ciekawe wiadomości. Potrafili nie tylko dobrze pisać po polsku, ale też
przekazywać swoje myśli zwięźle i logicznie. Ich raporty ze spotkań z agenturą były zawsze godne uwagi, a wnioski cenne. I dotyczyło to
czasami rezydentów w krajach, których nie uznawano za pierwszoplanowe.
Dobry oficer i z kija wystruga dobrą informację - pomyślał Roman i otworzył depeszę z Algieru.
Lubił czytać szyfrogramy od Tuarega. Major Jacek Kucharski był
stosunkowo młodym oficerem i od pół roku stacjonował w Algierze. Była to
jego druga placówka. Poprzednio jako oficer rezydentury w Bejrucie
wykazał się wyjątkową odwagą, prowadząc agenturę w czasie wojny w Syrii
i Iraku, za co otrzymał od prezydenta USA Legię Zasługi. W dowód uznania
powierzono mu kierownictwo samodzielnej rezydentury w Algierii, gdzie
szybko stworzył sieć wartościowych informatorów. Miał trzech oficerów, w tym jednego na przykryciu jako przedstawiciela Polskiego Koncernu
Zbrojeniowego.
Jednak tym razem Tuareg nie napisał nic ciekawego. W krótkiej depeszy z godziny siedemnastej poprzedniego dnia informował, że oficer Wareg
umówił się na spotkanie z figurantem Alibabą i pobrał pieniądze z kasy
operacyjnej. Nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie.
Roman zdążył przejrzeć jeszcze kilka depesz, kiedy w przedpokoju
zagwizdał czajnik. Zalał herbatę, przykrył talerzykiem i wrócił do
biurka. W VII symfonii kończyło się właśnie Vivace i zaczynało
Allegretto. Roman bardzo lubił ten fragment, więc zatrzymał się przed
Ambasadorami, by przez chwilę posłuchać go razem z nimi.
Zamknął okno i wrócił na fotel. Założył ręce za głowę i zaczął się
zastanawiać, czy warto jeszcze przed wyjazdem wyciągnąć z szafy teczkę
operacji "Sindbad", czy już to sobie odpuścić. Wciąż miał wątpliwości,
czy w ogóle musi zajmować się Olgierdem Rubeckim.
Pomyślał jeszcze trochę i w końcu doszedł do wniosku, że Sekcja powinna
jednak zbadać sprawę. Dla własnego spokoju i z poczucia obowiązku. Ale
analizą materiałów zajmą się już Dima i Monika - podsumował.
Teraz musiał szybko dostać się do szafy naczelniczki, i to tak, by nikt
tego nie zauważył. Gerber wracała z delegacji służbowej do Langley w czwartek, więc była szansa, że w pracy już się nie pojawi. Mieliby zatem
jeden dzień w zapasie.
Sięgnął po telefon.
- Gdzie jesteś? - zapytał Witka, gdy tylko ten odebrał.
- Jak to? - Chłopak wydawał się nieco zaskoczony. - Siedzimy z Elą na
bohaterze... w dziupli.
- Aaa... No tak! I co?
- Czysty jak łza. Od razu widać, że wie, jak polityk powinien się
zachowywać w wirtualu, a jest mocno obstawiany przez hakerów,
dziennikarzy i trolli... i jakieś dziwne duchy nie wiadomo skąd. Nie ma go
na żadnych portalach społecznościowych, chociaż jest tematem połowy
rozmów i komentarzy. Są dwa fałszywe posty, ale na kilometr widać
amatorszczyznę. Wygląda na to, że wspierają go jacyś zawodowcy, i to top
klasa. W sieci króluje. Pracujemy nad nim, ale pewnie nic nie wyłowimy.
Ogólnie... dobrze się prezentuje.
- Hm... - zamruczał Roman i na chwilę zamilkł. - Taki czysty, pachnący i ładny? - zapytał z wyraźną wątpliwością w głosie. - Nie za dobrze to się
przedstawia?
- Nie mnie to oceniać - odparł Witek zdecydowanie. - A poza tym jeszcze
za wcześnie.
- Monika i Dima?
- Są już na stanowisku, ale na razie cisza. Chyba wciąż śpi - rzucił
obojętnie Witek.
- Przygotuj pakiet Olsena. Dzisiaj w nocy będziemy otwierać szafę
pancerną w Agencji.
- Standardową?
- Tak. I przygotuj też kombajn foto.
- Okej.
Do każdego pokoju w Agencji były trzy zapasowe klucze. Jeden w sekretariacie biura, drugi w dyspozycji sprzątaczki i trzeci w dyżurce
ochrony na parterze.
Roman wybrał numer do Staszka, szefa ochrony obiektu.
- Kiedy masz dyżur? - zapytał.
- Jestem teraz... i do osiemnastej.
- Przynieś mi klucz od dwieście dwadzieścia pięć i przyjedź pod jakimś
pretekstem na dwunastą w nocy. Potrzebuję, żebyś między dwunastą i pierwszą zatrzymał kamerę na drugim piętrze. Tak jak wtedy...
- Pamiętam - przerwał dziarsko Staszek. - Załatwione, pułkowniku.
Oczywiście przyjadę.
Chorąży Staszek Janik, szef zmiany jednostki ochrony Agencji,
sprzątaczka gabinetów na siódmym piętrze Helena i jej mąż Józef,
kierowca szefa, byli najważniejszymi tajnymi współpracownikami Romana.
Dzięki nim mógł kontrolować wewnętrzne bezpieczeństwo Agencji znacznie
efektywniej niż cały WBW. Robili to w poczuciu odpowiedzialności i z szacunku dla Romana, a nie z przymusu czy za dodatkowe wynagrodzenie. I nigdy o nic nie pytali. Za pomoc w rozpracowaniu pułkownika Pańskiego,
rosyjskiego szpiega w Agencji, nie dostali od Romana nic oprócz
podziękowania, butelki whisky i czekoladek.
Tym razem Staszek też o nic nie zapytał, chociaż doskonale wiedział, że
pokój numer 225 należy do podpułkownik Marii Gerber, naczelnik WBW, więc
od razu zrozumiał, że kroi się jakaś grubsza sprawa. Ufał Romanowi i chociaż wieczorem był umówiony z kolegami na wódkę Pod Kogutkiem, to
jednak zobowiązał się przyjechać.
Roman odłożył telefon i zdążył pociągnąć pierwszy łyk herbacianego ługu,
gdy jego komputer wydał z siebie dźwięk drewnianego dzwonka, jakie noszą
pustynne dromadery.
Gdzieś na świecie stało się coś ważnego.
Położył dłoń na myszy, naprowadził kursor na czerwony pasek z napisem
Natychmiastowe i kliknął. Na ekranie
pojawiła się depesza od Tuarega z Algieru.
Zaczął czytać.
W dniu dzisiejszym o godz. 6.30...
| 8 |
Olgierd Rubecki od trzech lat mieszkał sam na drugim piętrze świeżo
zrewitalizowanej kamienicy przy ulicy Cecylii Śniegockiej na warszawskim
Powiślu.
Był to duży, prawie stumetrowy luksusowy apartament z dwiema łazienkami
i ogromnym salonem. Kosztował ponad półtora miliona złotych i Rubecki
kupił go za gotówkę. Swoje sześćdziesięciometrowe mieszkanie na
Ursynowie sprzedał za pięćset tysięcy, ale skąd wziął jeszcze milion?
Mógł dostać te pieniądze od ojca, zamożnego biznesmena, tego jednak
Witkowi nie udało się potwierdzić.
Była siódma piętnaście, kiedy Monika, wyposażona w lornetkę z aparatem
cyfrowym, zajęła miejsce przy oknie na klatce schodowej naprzeciwko domu
Rubeckiego. Dima zadzwonił wcześniej przez domofon i ustalił, że Rubecki
jest w mieszkaniu. Dał znać Monice, a sam wsiadł do samochodu, który
zostawił po drugiej stronie ulicy.
- Ciekawe, gdzie parkuje... - odezwał się Dima w słuchawce. - Pewnie
wewnątrz, na podwórku.
- Wątpię. Za mało miejsca. Musi go trzymać gdzieś w pobliżu.
- A czym jeździ?
- Roverem discovery... zielonym - odparła Monika. - Nieźle mu się powodzi
na tej emeryturze, nie?
- Też taką będziesz miała - rzucił Dima.
- Akurat! - Roześmiała się. - Wyliczyłam, bo piętnaście lat mam już za
sobą. Dostanę dwa i pół tysiąca, a mogą przecież w ogóle zabrać, jak coś
odwali dyktatorowi. Czekaj! - Cofnęła się w głąb klatki i przyłożyła
lornetkę.
- Co tam? - zapytał Dima.
- Czekaj... coś się dzieje w środku, jakiś ruch, ale zasłony... Chyba wstał.
Czekaj!
- No co tam? - zniecierpliwił się Dima.
- Wydawało mi się, że widziałam kobietę... nagą kobietę... Ooo! Znów
przeszła! Teraz on... w całej okazałości! No, no... panie Olgierdzie. Chyba
poszli razem do łazienki.
- Zrobiłaś jej zdjęcie?
- Tak, zaraz ci wyślę.
- Jak wyjdzie, to za nią pociągnę. Musimy ustalić, kto to jest, a ty
zajmiesz się Olgierdem. - Dima nie był zadowolony i od razu można było
to wyczuć w jego głosie.
- No... bardzo niechętnie - odparła, ale nie chwycił aluzji.
- Co pani tu robi? - usłyszała nagle za sobą skrzeczący głos. Obejrzała
się i zobaczyła stojącą na schodach kobietę z laską i z pieskiem pod
pachą. - Proszę natychmiast stąd iść, bo zawołam milicję! - Piesek,
najwyraźniej pobudzony przez swoją właścicielkę, zaczął szczekać
podobnym skrzeczącym dyszkantem. - Kto panią tu wpuścił? Jeszcze coś
ukradnie...
- Zamknij się, kobieto! I ucisz tego psa! - Monika obruszyła się i wyciągnęła policyjną blachę. Podstawiła ją pod nos kobiecie, która
zamarła, tak samo jak jej pies. - Mam panią aresztować za utrudnianie
pracy policji? W domu są groźni bandyci, których ścigamy, i zaraz może
tu być strzelanina.
Kobieta, najwyraźniej przerażona, natychmiast odwróciła się i podreptała
na dół, złośliwie stukając laską o metalową poręcz.
- Co tam? - zapytał Dima.
- Nic. Wścibska lokatorka po osiemdziesiątce. Dostałeś foto?
- Tak. Dziękuję. To co, teraz czekamy na nią? Wkurwia mnie to, a ciebie?
- Mnie też. Wpychamy się komuś w życie bez wyraźnego powodu, i to na
polecenie takiej miernoty jak ten... - Nie dokończyła, bo poczuła, że się
za bardzo nakręca. - Kiedy jedziesz do Aten?
- Nie wiem jeszcze, a co?
- Pojechałabym, gdybyś nie miał nic...
- Pewnie, że nie miałbym nic - odparł zdecydowanie. - W końcu nigdy u mnie nie byłaś. Może pojedziemy razem? Pokażę ci swoje Ateny, spróbujemy
metaxy...
- Akurat! - przerwała mu Monika. - Ta twoja blond Katarzyna najpierw
podgryzie mi gardło, a potem cię wypatroszy.
- Sweety Monique! - Dima uśmiechnął się. - Przecież jesteś moją
najlepszą przyjaciółką. Nie dam cię skrzywdzić... - Nie zdążył powiedzieć,
że jego związek z Katarzyną właśnie dobiegł końca, kiedy Monika mu
przerwała.
- Jakiś ruch u naszego bohatera... już są ubrani... i chyba...
- Wychodzą?
- Nie widzę... nie wiem... ale się żegnają, czyli ona wychodzi. Przygotuj
się, Dimka! - Celowo zdrabniała jego imię, kiedy chciała wysłać mu
sygnał, że ciepło o nim myśli.
Podglądanie Olgierda Rubeckiego w intymnej sytuacji było dla niej
poniżające, tym bardziej że czuła do niego sympatię, a nawet darzyła go
szacunkiem. Był inteligentnym, przystojnym mężczyzną, z którym wielu
ludzi wiązało szczere nadzieje na zmianę swojego losu i naprawę
ojczyzny, a ona obserwowała go przez lornetkę, robiła zdjęcia i odzierała z godności. Widzi rano nagiego mężczyznę z ukochaną kobietą i musi patrzeć na nich z polecenia człowieka, którym gardzi. To był jeden
z tych momentów w jej życiu, kiedy nienawidziła swojej pracy. Czy nikt
nie może się ukryć przed obcymi? Nie ma już intymności? Co zatem z prawdziwą miłością? Dlatego mimowolnie pomyślała o wyjeździe z Dimą do
Aten. Poczuła delikatne podniecenie, bo zdawało jej się, że są teraz
jedynymi ludźmi na świecie, którzy mogliby dać sobie nawzajem prawdziwą
i czystą intymność. Nie myślała o miłości.
- Widzę ją! - Głos Dimy jakby uderzył Monikę w policzek. - Właśnie
wyszła. Elegancka, średniego wzrostu, postawna... ruda, koło
pięćdziesiątki, ciemne maskujące okulary. Idzie w lewo... ruszam za nią...
- Ustal, kto to jest, jeśli się da, a jak nie, to olej i zaraz wracaj.
Sama nie dam sobie z nim rady. Rozkuje mnie w pięć minut.
- Chyba się sprawdza... - Dima zdziwiony zawiesił głos. - Nooo... jest w niej coś dziwnego. To nie jest jakaś dziumdzia, ten krok... to rasowa...
nooo... kurde, wyraźnie się sprawdza...
- Mężatka na gigancie? - rzuciła Monika trochę pochopnie i zrobiło jej
się głupio.
- Skręciła w Miechowską, za rogiem przyspieszyła, patrzy na zegarek.
Podchodzi do samochodu i... Czekaj! Czarna toyota avensis trzeciej
generacji. Ciekawe. Dlaczego zaparkowała daleko od domu... jakby chciała
ją ukryć. Kupiłabyś czarny samochód?
- Nie. Może to służbowy. Filmujesz go?
- Tak. Numer rejestracyjny WE4667H. Podaj do Witka, może ustali
właściciela.
- Okej. Już.
- Ostro ruszyła. Ma pojęcie, oj, ma... Pociągnę za nią, ile zdołam, ale
coś czuję, że mogę się wyłożyć. Wygląda na to, że bystra z niej babka.
- Oczywiście. Nie przeginaj, sprawa nie jest tego warta. Mamy numer
rejestracyjny i teraz to nam wystarczy.
| 9 |
W dniu dzisiejszym o godz. 6.30 wraz z of. Marco udałem się do domu
Warega. Byłem zaniepokojony jego milczeniem po wczorajszym spotkaniu z Alibabą. Od rana nie odbierał telefonu. Jego kierowca Yacef też milczał.
Dom Warega był zamknięty. Wyważyliśmy drzwi do garażu i weszliśmy.
Najpierw znaleźliśmy ciało Yacefa z podciętym gardłem. Na ścianie duży
napis krwią po arabsku i symbol AQIM. Ciało Warega, też z podciętym
gardłem, znaleźliśmy w sypialni na pierwszym piętrze. Na ścianie również
namalowany był znak AQIM. O zdarzeniu natychmiast poinformowałem
telefonicznie szefa Agencji Wywiadu i za jego zgodą ambasadora, który
oficjalnie złożył zawiadomienie do miejscowej policji.
Tuareg
No to mamy problem - pomyślał Roman. Al-Kaida Islamskiego Maghrebu
zamordowała oficera polskiego wywiadu? Nie porwali go jak Henryka?
Byłoby trochę dziwne, gdyby...
Nie dokończył myśli, bo na biurku zadzwonił telefon i zapaliła się
lampka Szef. Wcisnął interkom.
- Leski - rzucił.
- Niech pan do mnie przyjdzie, panie pułkowniku - powiedział spokojnie
szef Hafner.
- Będę za dziesięć minut.
- Dobrze.
Śmierć oficera wywiadu za granicą zawsze jest podejrzana, a gdy do niej
dochodzi, staje się najważniejszą sprawą dla całej organizacji. Służba
nie szczędzi wysiłków, by dopaść zabójców. Dlatego Roman zakładał, że
Hafner nie zaprasza go, by rozmawiać o Olgierdzie Rubeckim, tylko wzywa
w sprawie śmierci Warega. Problem był w tym, że Roman nawet nie
wiedział, jak Wareg się nazywa. Agencja miała ponad stu pięćdziesięciu
oficerów na przykryciu i Roman nie mógł go sobie przypomnieć. Wiedział
jedynie, że był przedstawicielem PKZ w Algierii. Nic więcej.
Otworzył aplikację Kadry, potem Zewnętrzni i w wyszukiwarce wpisał
wareg. Pojawiło się zdjęcie mężczyzny około pięćdziesiątki, mocno
łysiejącego, o owalnej twarzy i małych głęboko osadzonych oczach. Twarz
bez wyrazu - pomyślał Roman.
- Major Waldemar Zenonik, legalizacyjne Fijałkowski - przeczytał na
głos. - Nie znam. Nie żyje. Hm...
Przeleciał wzrokiem spis treści dokumentów w teczce personalnej
Zenonika, ale nic nie zwróciło jego uwagi. Typowe dokumenty oficera
zewnętrznego, którego przez prawie całą służbę przerzucano z jednej
instytucji państwowej do drugiej.
- Konsulat Generalny w Sankt Petersburgu... - przeczytał nagłówek notatki.
- Odwołany przed czasem... żona, romans... konsul.
Spojrzał na zegar ścienny. Minęło dziesięć minut, więc pomyślał, że
powinien już iść.
Piotr Hafner był szefem Agencji od pół roku. Został przyniesiony w teczce przez premiera po usunięciu Koryckiego. Roman od razu zauważył,
że premier wymienił szefa o chorobliwym ego i rozbudzonych ambicjach
politycznych na jego idealny negatyw. Hafner był posłuszny premierowi,
bezbarwny i tchórzliwy. Mówił dosyć niewyraźnie, urywał w pół zdania,
czasem więc należało się wysilić, by zrozumieć, co ma na myśli. To nie
była jego wada, tylko metoda unikania odpowiedzialności.
Rzadko opuszczał Agencję, jakby bał się zostawić ją bez opieki, nie
przyjmował gości z zewnątrz i unikał zwoływania narad. Firma powoli
zapadała w operacyjny letarg. Roman doskonale zdawał sobie sprawę, że
premier wsadził na to stanowisko wiernego aparatczyka, bo nie chciał,
żeby powtórzył się taki pucz jak Koryckiego i Grobelnego. Hafner był
wtyką i bezpiecznikiem jednocześnie. Agencja miała istnieć, ale już
nigdy nie stwarzać problemów.
Nie był to jednak człowiek głupi, a zadanie, które otrzymał, wypełniał
skutecznie i inteligentnie. Pod jego kierownictwem wywiad polski nie
robił nic, co mogłoby utrudnić życie premierowi. Po sprawie Olewskiego
Bolecki jeszcze bardziej nie lubił złych wiadomości, a Hafner potrafił
zapewnić mu spokój.
Roman wszedł do gabinetu i czekał przy drzwiach, aż szef wyjdzie ze
swojego pokoju socjalnego. Po chwili doleciał go odgłos spuszczanej wody
i do gabinetu wszedł Hafner, strzepując mokre dłonie.
- Niech pan siada. - Wskazał krzesło po drugiej stronie biurka. - Co
nowego, panie pułkowniku? - zadał pytanie, od którego zawsze zaczynał
rozmowę, jakby się bał, że usłyszy jakąś złą wiadomość.
- Nic specjalnego - odparł Roman. - Działamy.
- Poprosiłem pana, bo przypomniałem sobie, że nie będzie pana przez dwa
tygodnie, a sprawa Olgierda Rubeckiego robi się coraz pilniejsza i ciekaw jestem, czy przed wyjazdem zdąży pan z raportem.
- Tak jak powiedziałem. Raport będzie u pana na biurku w piątek.
- No ale wie pan... - Hafner zawiesił głos i wyprostował się w fotelu -
ważne, żeby był rzetelny. Pan Rubecki jest bardzo aktywny politycznie i nie chcemy, żeby przez przypadek ucierpiał autorytet państwa i Agencji.
Rozumie pan?
- Nie bardzo wiem, jak ma ucierpieć autorytet państwa. Olgierd Rubecki
dobrze zasłużył się Polsce i jest teraz emerytem. Ma takie same prawa
jak wszyscy obywatele. Co tu rozumieć? - Roman był trochę złośliwy.
- Nie rozumie pan czy udaje? - Hafner go wyczuł. - Pan przecież wie,
rozmawialiśmy już o tym, że Rubecki posiada wiedzę, która wciąż objęta
jest klauzulą "ściśle tajne". Ktoś, kto dysponuje taką wiedzą, może
wykorzystać ją do swoich celów... celów politycznych. Wciąż ma znajomych,
którzy są w służbie... w Agencji, wojsku i niemało ich też wśród naszych
sojuszników. Dziwi to pana, że premier może mieć powody do niepokoju?
Roman nie krył zdziwienia.
- Premier obawia się czegoś ze strony Rubeckiego? Teraz naprawdę nie
rozumiem - dodał, choć doskonale wiedział, czego premier może się
obawiać.
- Trudno. Jeśli pan nie rozumie, to już pana problem. - Hafner wyślizgał
się z tematu. - W takim razie czekam na raport... piątek rano. - Podniósł
się na znak, że rozmowa skończona.
- W Algierze został zamordowany nasz oficer - rzucił sucho Roman. - Nie
czytał pan depeszy?
- Czytałem, a dlaczego pan pyta? - Szef spojrzał zdziwiony na Leskiego.
- Rozmawiałem z rezydentem... tym... no... Tuaregiem. Sprawą zajmie się WBW i nasz MSZ. Już zleciłem odpowiednie czynności.
- Aha. - Roman popatrzył na Hafnera i od razu wiedział, że ten kłamie.
Nie był taki prędki w podejmowaniu decyzji i nie miał żadnego
doświadczenia w sprawach kryzysowych, a jego zastępca do spraw
operacyjnych towarzyszył naczelnik Gerber za granicą. - Obawiam się, że
sprawą szybciej zajmą się media...
- I co z tego? - przerwał mu Hafner. - Zdarza się. A poza tym Algieria
to kraj ryzyka. I tak musimy polegać na miejscowych władzach, a dopiero
potem...
- Zginął nasz oficer i przedstawiciel Polskiego Koncernu Zbrojeniowego.
Naszym obowiązkiem jest doszukiwanie się drugiego dna.
- Czytał pan, pułkowniku, że to robota tamtejszej Al-Kaidy. Więc nie ma
tu żadnego drugiego dna. O co panu chodzi? - Hafner zrobił się nerwowy,
jak zawsze gdy nie wiedział, co ma powiedzieć. - Poza tym musimy czekać
na ustalenia algierskich władz.
- Wareg był w Wydziale Siedemnastym - rzucił Roman. - Handel bronią i technologie wojskowe. Pieniądze i broń... śliski temat i kolizyjny z prawie wszystkimi, którzy coś na świecie znaczą. W tym biznesie nie ma
skrupułów ani litości, ani przyjaciół. Dla Al-Kaidy to za wysokie progi,
chyba że jest wykorzystywana jako broń. A wtedy też jest ważnym graczem.
- No... może i tak. A co pan sugeruje?
- Przyjrzę się, co tam się dzieje... porozmawiam z naczelnikiem
siedemnastki.
- Hm... ale sprawa Rubeckiego...
- Będzie na czas.
- No dobrze - zgodził się Hafner. - Tylko niech pan nie robi z tego
jakiejś afery. Delikatnie, spokojnie, bez nerwów. Wie pan... o co chodzi?
- zadał najważniejsze pytanie. - To sprawa dla pułkownika Wiśniewskiego
i naczelnik Gerber... jak wrócą.
- Wiem.
Leski wiedział, że Hafner zgodził się, bo nie miał wyboru. Nie mógł
odmówić, bo mogłoby to wyglądać podejrzanie. Wolał nie prowokować
Leskiego, tym bardziej że miał on dokończyć sprawę Rubeckiego, a to było
o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek zabójstwo, nawet oficera w Algierze.
Odkąd Hafner objął stanowisko szefa, starał się delikatnie, ale
systematycznie odsuwać pułkownika Leskiego od najważniejszych spraw
Agencji. Robił to na polecenie premiera Boleckiego, który po sprawie
Filipa Koryckiego i pułkownika Pańskiego zrozumiał, że ma do czynienia z niebezpieczną siłą. Chociaż Roman pomógł mu wtedy wybrnąć z poważnych
kłopotów, Bolecki uznał, że nie może pozwolić, by wewnątrz Agencji
Wywiadu działał człowiek, który ma wpływ na politykę i może wysadzić ze
stołków szefa Agencji i ministrów. Leski mógł być tylko po jego stronie
albo miało go nie być w ogóle.
Zlecenie sprawy Olgierda Rubeckiego było także testem lojalności Sekcji
i ofertą na przyszłość. Roman doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie
wiedział jednak, że jeżeli nie spełni oczekiwań premiera, los jego i całej Sekcji będzie przesądzony.