Rozdział 1
14 lat wcześniej...
Ariana
- Kochanie, jeszcze możesz zmienić zdanie. Jakoś to wszystko załatwimy. Dziadek zna się z dyrektorem...
- Proszę cię, babciu. Całe wakacje o tym rozmawiałyśmy. Nie mam zamiaru zmienić zdania.
Słyszę tubalny głos płynący z głośników, który informuje nas, że mój pociąg za chwilę przyjedzie. Ogarnia mnie ekscytacja, kiedy zdaję sobie sprawę, że to już, teraz, następuje ta ogromna zmiana w moim młodym życiu. Zmiana, której tak bardzo pragnęłam.
- Rosa, daj już spokój naszej dziewczynce. Jest mądra i odpowiedzialna, poradzi sobie - mówi dziadek, uśmiechając się do mnie.
- Wiem, ale to nie zmienia faktu, że będę się martwić. Ariana, masz dzwonić codziennie, chociaż na minutę, żebym wiedziała, że wszystko jest w porządku!
- Tak, babciu. - Przewracam oczami, ponieważ przypomina mi o tym codziennie od dwóch miesięcy, ale jednocześnie unoszę kącik ust.
Odkąd moi rodzice zginęli trzy lata temu w górach podczas wspinaczki, dziadkowie zastępują mi ich na pełen etat. Nigdy do końca nie pogodzę się z tą stratą, ale po takim czasie ból w sercu zelżał, przynajmniej na tyle, że jestem w stanie swobodnie oddychać, gdy o tym myślę.
- Denver, Denver. Jakby u nas szkół było mało - marudzi babcia.
- To samo jej mówiłam, ale to jak mówić do słupa. - Martina, moja przyjaciółka jeszcze z czasów przedszkola, podchodzi do mnie i obejmuje ramieniem. - Ale zobaczy pani, że jak wróci, to będzie najlepszym lekarzem w mieście. Otworzy prywatny gabinet i zmiecie z rynku resztę stomatologów.
- Wariatka! - Chichoczę, szturchając ją łokciem.
- To na studia mogła tam jechać. Ma dopiero szesnaście lat! Kto to widział, żeby taka młoda dziewczyna już mieszkała w szkole z internatem!
- Rosa... - wtrąca się dziadek.
- Cicho, Joseph. Muszę sobie jeszcze trochę ponarzekać. Muszę i już. - Jej głos się łamie i widzę, jak bierze głęboki wdech.
- To tylko niecałe dwieście kilometrów, babciu. W razie czego dwie godziny pociągiem i jestem z powrotem. U nas nie ma szkoły średniej, która miałaby podział na specjalizacje. Klasa biologiczno-chemiczna sprawi, że o wiele lepiej przygotuję się na studia. Ale ty to wszystko wiesz, prawda? - Uśmiecham się czule i podchodzę do ukochanej staruszki, żeby ją mocno przytulić. - Przecież będę często wracać. Jak nie będzie dużo nauki, to nawet na weekendy mogę przyjeżdżać.
- Mogłaś chociaż pozwolić się odwieźć samochodem. Zobaczyłabym ten twój internat...
Wypowiedź babci przerywa nadjeżdżający pociąg, a w moim brzuchu znów zaczynają fruwać motyle. To uczucie nie towarzyszyło mi, odkąd zmarli rodzice. Ja naprawdę potrzebuję jakiejś zmiany. Tak, mam tutaj rodzinę, kuzynów, dziadków, Martinę, ale codziennie muszę patrzeć na dom, w którym się wychowywałam i który wypełniony był śmiechem mamy i taty, a są takie momenty, że to dla mnie za dużo.
Jeszcze raz przytulam babcię i dziadka, po czym podchodzę do przyjaciółki, która trzyma mój wielki plecak podróżny, wypełniony ubraniami oraz innymi najpotrzebniejszymi rzeczami. Chcę go od niej wziąć, ale nie pozwala mi na to, więc podnoszę na nią wzrok i spoglądam w te zielone oczy, przepełnione siostrzaną troską i miłością - moja siostra z wyboru. Siostra, której nigdy nie było mi dane mieć. Całkowite przeciwieństwo mnie i to chyba właśnie dlatego tak świetnie się dogadujemy - gdzie ona jest głośna, tam ja cicha, gdzie ona szalona, tam ja rozważna... I wciąż nie mogę uwierzyć, że to właśnie ja z naszej dwójki zdecydowałam się na tak odważny krok.
- Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Mam nadzieję, że niedługo uproszę rodziców i będę mogła cię odwiedzić.
- Koniecznie! - Zarzucam jej ręce na szyję i mocno przytulam, nie zwracając uwagi na dużą przeszkodę w postaci plecaka między nami. - Kocham cię, Tini.
- Kocham cię, Rini.
Uśmiechamy się do siebie szeroko na wspomnienie naszych przezwisk z przedszkola. Martina gubiła A w moim imieniu, kiedy miała cztery lata, a ja, zezłoszczona tym przekręcaniem, zaczęłam sobie skracać jej imię. To od tego zaczęła się nasza przyjaźń.
Pociąg hamuje, więc szybko zakładam plecak, łapię małą, podręczną torbę i patrząc na całą trójkę, przesyłam im całusa. Następnie podbiegam do wagonu z moim przedziałem. Kiedy odnajduję swoje miejsce i zerkam przez okno, dostrzegam, jak dziadek przytula babcię, a Martina ma tę swoją specyficzną minę, którą niewiele osób potrafi rozszyfrować - usta zaciśnięte w dzióbek i ani jednego mrugnięcia oczami, żeby niechciane łzy nie zaczęły wypływać, ukazując jej ciepłe, dobre serce, które odkrywa tylko przed nielicznymi.
Gdy pociąg powoli rusza, przykładam dłoń do chłodnej szyby i z szerokim uśmiechem oraz lekkim wzruszeniem odjeżdżam.
Jestem pewna, że rozpoczynam najlepszą przygodę swojego życia.
- Tak, babciu, wszystko jest w porządku. Za chwilę wychodzę do szkoły, a to tylko trzy minuty drogi. - Wzdycham lekko, ponieważ rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem i od tamtej pory nawet na sekundę nie opuściłam swojego pokoju.
Wymieniam z babcią jeszcze kilka uprzejmości, zanim się rozłączam. Spoglądam na puste łóżko po prawej stronie pomieszczenia i zastanawiam się, czy dadzą mi jakąś współlokatorkę, czy jednak będę mieszkała sama. Jeśli się nad tym zastanowić, to już by tutaj raczej ktoś był, skoro pierwsze zajęcia zaczynają się za godzinę. Przestaję o tym myśleć, wkładam swoje ulubione tenisówki, łapię plecak i wybiegam z pokoju.
Wczoraj udało mi się rozpakować wszystkie rzeczy, a wieczór spędziłam na długiej rozmowie z Martiną, więc nawet nie miałam czasu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Dlatego dzisiaj wychodzę wcześniej.
Internat i szkoła znajdują się na peryferiach miasta, do centrum trzeba dojechać kilkanaście przystanków, jednak nie przeszkadza mi to, ponieważ mam zamiar skupić się głównie na nauce. Ta szkoła była jedyną w mieście z wybraną przeze mnie specjalizacją i bursą. Uczniów pilnować mają nauczyciele i oczywiście obowiązuje nas "godzina policyjna", z czego najbardziej ucieszyła się babcia, kiedy przyjechaliśmy na spotkanie rodziców i opiekunów z dyrektorem na początku wakacji. Jeszcze podczas porannej rozmowy mi wypominała, że nie miała wtedy szansy zobaczyć miejsca, w którym miałam zamieszkać, i zapewniała, że na pewno w najbliższym czasie mnie odwiedzą.
Na korytarzu mijam kilka osób, ale nie zwracają na mnie uwagi. Nigdy nie przyciągałam spojrzeń, ponieważ wyglądam zwyczajnie z moimi blond włosami sięgającymi ramion oraz niebieskimi oczami. Ale też nigdy mi to nie przeszkadzało - jestem wręcz z tego zadowolona. Lubię ciszę oraz spokój i wolę mieć kilku prawdziwych przyjaciół niż setki znajomych.
Wychodzę z internatu. Nie wstępuję po drodze na stołówkę, gdzie mamy podawane wszystkie posiłki, tylko skręcam w prawo i już po kilkuset metrach dostrzegam duży parking, tuż przy szkolnym boisku.
Budynek szkoły niczym się nie wyróżnia - duży, szary, z białymi oknami, ale mimo wszystko jestem nim tak zafascynowana, że całkowicie nie zwracam uwagi na to, co się wokół mnie dzieje. Dopiero głośny dźwięk klaksonu sprawia, że się rozglądam i zdaję sobie sprawę, iż przystanęłam na środku miejsca parkingowego, a niewiele jest ich wolnych.
Młody chłopak macha ręką, pokazując w ten sposób, żebym się odsunęła, a ja natychmiast odskakuję na wąski chodnik i czuję, jak rumieńce pokrywają moją twarz. Kiedy blondyn wysiada z samochodu, dobre wychowanie bierze górę.
- Przepraszam cię bardzo, zamyśliłam się. - Posyłam mu delikatny uśmiech i obserwuję, jak otwiera usta, żeby coś powiedzieć, jednak nie robi tego.
Przed chwilą na jego twarzy widziałam irytację, lecz ten wyraz zniknął, a zastąpiło go zaciekawienie. Milczy dłuższą chwilę, dokładnie mi się przyglądając.
Zaczynam czuć się niekomfortowo. Musi być ode mnie starszy, pewnie rok albo dwa, ale to jego intensywne spojrzenie sprawia, że cofam się o trzy kroki i już mam zamiar odejść, kiedy w końcu się odzywa:
- Jesteś nowa, prawda? Nie widziałem cię wcześniej.
- Tak, dopiero przyjechałam. Zaczynam pierwszą klasę. - Zerkam nerwowo na zegarek, upewniając się, że mam jeszcze czas.
- Jestem Dave. - Posyła mi szeroki uśmiech. Jest naprawdę przystojny, ale nie mam pewności, czy ten jego uśmiech jest szczery, ponieważ nie sięga on oczu. - A ty? - Unosi brew, rozbawiony, dając mi tym samym znać, że moje wpatrywanie się w niego nie pozostało niezauważone.
- Ariana.
- Ariana - powtarza moje imię, jakby sprawdzał, jak brzmi, kiedy je wypowiada, a następnie jego twarz znów rozświetla zadowolenie. - Pozwól, że odprowadzę cię pod salę, Ariano. Przy okazji pokażę ci, co gdzie jest, żebyś nie musiała błądzić w tym labiryncie. - Puszcza mi oczko, a ja wzruszam ramionami.
- Nie musisz... - Zaczynam się peszyć, przez co przygryzam dolną wargę.
- Wiem, że nie, ale zrobię to z przyjemnością - mówi otwarcie, puszczając mi oczko.
- No dobrze. - Kiwam głową, gdy ręką wskazuje mi kierunek, i uśmiecham się, chcąc w ten sposób podziękować.
- Cholera, masz piękne dołeczki!
- Dziękuję. - Soczysty rumieniec pokrywa moją twarz, chociaż słyszałam ten komplement już wiele razy.
Dołeczki w moich policzkach są czymś, co naprawdę mi się we mnie podoba.
Kocham je, ponieważ moja mama miała identyczne i zawsze mi o niej przypominają.
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś staną się moim przekleństwem.
Cornelius
Nie spieszę się, kiedy wracam od Thomasa. Idę powoli, ciesząc się ciszą, która mnie otacza. Moja głowa pochłonięta jest myślami o nadchodzącym rozpoczęciu roku szkolnego. Jutro ostatni dzień wakacji, a już w poniedziałek pójdę do nowej szkoły. Liceum, do którego będę uczęszczał, znajduje się blisko mojego domu, ale pocieszającą myślą jest to, że Thomas będzie chodził do klasy razem ze mną.
Nigdy nie miałem wielu przyjaciół i ciężko mi nawiązywać nowe kontakty. Jestem małomówny, to pewnie dlatego. Wolę obserwować. Odzywam się tylko wtedy, gdy słowa są niezbędne. Można całkiem sporo się dowiedzieć o ludziach jedynie na podstawie ich zachowania - gestów, mimiki, a przede wszystkim czynów. Nie wszyscy jednak to rozumieją i uważają mnie za dziwaka. Może nawet trochę nim jestem, ale jaki miałbym być, skoro mam takich rodziców? Kiedy pije jeden z twoich rodzicieli, jest ciężko. Ale kiedy piją oboje?
Jest zajebiście źle.
To właśnie oni nauczyli mnie, że słowa są niewiele warte. Obietnic, które mi składali, prawie nigdy nie dotrzymywali. Często pod wpływem alkoholu mówili, że mnie kochają. Że mają tylko mnie i jestem ich szczęściem, ponieważ nie mogą mieć więcej dzieci.
Czy tak wygląda miłość rodziców do dziecka?
Kiedy zbliżam się do domu, w moim żołądku zawsze osiada dziwne uczucie niepokoju. Tym razem nie jest inaczej. Zanim łapię za klamkę, biorę głęboki wdech, żeby przygotować się na najgorsze, ale to, co zastaję w środku, na pewno nie jest tym, czego się spodziewałem.
Myślałem, że zobaczę kolejną libację alkoholową, nieprzytomnych rodziców, poczuję smród wymiocin, ale na pewno nie zakładałem, że cały korytarz będzie zastawiony walizkami oraz kartonami.
- Mamo? Tato? - wołam niepewnie.
- Chodź do góry, Cornel, i zabierz z twojego pokoju to, co chcesz zatrzymać. - Głos matki wydaje się całkowicie normalny, nie zapowiada nic złego, ale gdy wbiegam po schodach, zastaję ją w sypialni, gdzie wrzuca swoje ubrania do kolejnej walizki.
- Co się dzieje?
- Przeprowadzamy się - wyjaśnia niewzruszona.
- Słucham? - Z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy opadam na łóżko i wpatruję się w nią, ale nie podnosi na mnie wzroku, jakby nie chciała mi spojrzeć w oczy.
- Straciliśmy dom. Do poniedziałku musimy go opuścić - dodaje, a jej ton głosu pozostaje spokojny.
- O czym ty mówisz, mamo? I gdzie niby teraz będziemy mieszkać? W poniedziałek zaczynam szkołę... - Kotłują się we mnie różne emocje, które tworzą mieszankę wybuchową.
- Pójdziesz do innej szkoły, już to załatwiliśmy. Nie dramatyzuj, Corneliusie. Nic takiego się nie dzieje. - Macha ręką, jakby to rzeczywiście była błahostka.
Zaciskam usta w cienką linię i przygryzam od środka policzek.
Nic się nie dzieje?!
- Możesz mi to wyjaśnić? - proszę, starając się trzymać nerwy na wodzy.
- Załatwiliśmy już z tatą mieszkanie zastępcze. Trzeba je będzie trochę odmalować. Może zrobicie to w następny weekend? - Zerka na mnie, ale trwa to dosłownie sekundę. Tyle jednak wystarcza, bym dostrzegł na jej twarzy wstyd.
- Dlaczego to wszystko się dzieje? - pytam, chociaż doskonale znam odpowiedź. Przepijali pieniądze, które powinny iść na spłatę kredytu.
Jak głupi, naiwny dzieciak myślałem, że chociaż o to dbają. Oboje są informatykami, więc pracują zdalnie, nie musząc wychodzić z domu, co pozwala im pić dosłownie codziennie. Jak widać, ilość alkoholu, na którą było ich stać, przestała być wystarczająca...
- Nie mieliśmy ostatnio zbyt wiele zleceń. Nie wystarczało na kredyt. - Wzrusza ramionami, ale ja wiem, że kłamie. Nie jestem cholernym idiotą. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, Cornel.
Kolejne puste słowa.
Mieszkanie potrzebuje małego malowania? - prycham w myślach. Trzaskam drzwiami tej rudery i zbiegam schodami po obskurnej klatce schodowej.
Jestem wściekły i rozczarowany. Nie rozumiem, jak mogli dopuścić do takiej sytuacji. Jak mogli upaść tak nisko? Jak alkohol mógł zrobić z nich takich ludzi?
Dziesięciominutową drogę do szkoły pokonuję w pięć. Kiedy przechodzę przez mały park, zwalniam tempo, żeby się trochę opanować. Staram się oczyścić głowę i przygotować na to, co zastanę po wejściu na teren placówki. Nie znam tam nikogo i to nie działa na moją korzyść. Ani to, ani fakt, że mało mówię. Jestem też pewny, że do tej szkoły chodzą wszystkie dzieciaki z okolicy, więc na pewno się znają, a ja będę musiał jakoś wtopić się w tłum.
Głośny śmiech sprawia, że zerkam w lewo i dostrzegam grupkę młodych chłopaków. Każdy z nich trzyma w ręce papierosa, chociaż są mniej więcej w moim wieku. Wyglądają na zrelaksowanych i widać, że dobrze się znają, przez co nie przejmują się nadchodzącym rokiem szkolnym. Zazdroszczę im tego. Gdybym dwa dni temu się nie przeprowadził, to pewnie czułbym się podobnie.
Już mam ich minąć, kiedy nawiązuję z jednym z nich kontakt wzrokowy. Po jego twarzy błąka się mały uśmieszek, chociaż nie jest złośliwy. Unosi lekko brodę w geście powitania, a ja robię to samo i to właśnie wtedy coś każe mi się zatrzymać.
Nie wiem, czy to przez ostatni stres, nowe miejsce, brak jakichkolwiek znajomych, czy to po prostu zwykły akt desperacji, ale staję i zadaję pytanie, kierując je do wszystkich, ponieważ zdążyli już mnie zauważyć i przerwać rozmowę.
- Cześć. Macie może fajkę?
Jedno krótkie pytanie.
Cztery słowa, które zmieniły całe moje życie.