3
Ewelina Zawadzka nie lubiła bez potrzeby jeździć karawanem po miasteczku. Samochód do przewożenia zwłok budzi ciekawość i lęk. Ludzie od razu zastanawiają się, kto umarł, analizują, kto mieszka w danym domu, czy go znają, co się stało, czy chorował. Boją się o swoich bliskich. Nie chciała nikomu serwować takiego stresu, ale tym razem musiała wykorzystać swój pojazd służbowy.
Rano dała się oszukać bezchmurnemu niebu i namowom córki na pieszą wycieczkę. Skąd mogła wiedzieć, że akcja poszukiwawcza maskotki w wąwozach skończy się znalezieniem ciała? Na początku było słonecznie, ale potem pogoda zaczęła się psuć z minuty na minutę, a ona porządnie zmarzła, zanim przyjechał Paweł, dlatego w końcu zdecydowała się zajść do zakładu po karawan.
Wiedziała też, że czeka ją pracowite popołudnie. Musiała przewieźć zwłoki. Wszystko zależało od tempa pracy policji, więc telefon mógł zadzwonić w każdej chwili. Konieczne było przeorganizowanie dnia i znalezienie czasu na tak prozaiczne zajęcia jak ugotowanie obiadu. Gorzej, że po wejściu do zakładu jak zwykle wzięła się do roboty, co zabrało jej trochę czasu. Dokończyła zamówienie, przed wyjściem przypomniała sobie jeszcze o tym, że musi podlać kwiatek. Kolejny prezent od Iwony.
- Powinnaś mieć tu kogoś żywego oprócz ciebie - przekonywała przyjaciółka, wręczając jej monsterę. - Nawet nazwą pasuje do tego miejsca.
Ewelina uśmiechnęła się na to wspomnienie, wsiadła do karawanu i pojechała na zakupy.
W ostatniej chwili ktoś zwolnił miejsce przed warzywniakiem przy Styczniowej, co zarejestrowała z wdzięcznością. Dzięki temu nie musiała jechać naokoło, na parking przed małym kościołem, który co prawda nie był daleko, ale przy takiej aurze najchętniej w ogóle nie wysiadałaby z samochodu. Pogoda nagle się pogorszyła. Ewelina zdążyła wcześniej pomyśleć, że słońce coraz odważniej sobie poczyna, tymczasem ono zniknęło szybciej, niż się pojawiło, i z szaroburego nieba chlusnęły gęste, malutkie krople deszczu, ostre jak odłamki szkła. Ewelina szczerze nie znosiła mżawki, była nieprzewidywalna. Wiatr unosił kropelki w różnych kierunkach, a te małe szuje i tak zawsze znalazły drogę, by dostać się za kurtkę lub uderzyć człowieka w twarz, pozbawiając go godności.
Zawadzka wysiadła z samochodu i z pochyloną głową wbiegła do sklepu. W nos uderzył ją trudny do określenia zapach przywodzący na myśl piwnicę, coś pomiędzy wilgocią a świeżością. Był specyficzny, ale nie drażniący. Właściwie nawet go lubiła, kojarzył jej się ze spiżarnią babci.
Sklep wyglądał, jakby dopiero co przyszła dostawa. Skrzynie z warzywami stały na kafelkowej podłodze, utrudniając przejście. Lada i półki nad lodówkami z nabiałem uginały się od pudełeczek z drobnymi produktami. Można było tam znaleźć dosłownie wszystko: od sosów w proszku po słodycze tak dziwne, że dotąd nie miała pojęcia o ich istnieniu. Słodki spray o smaku czarnej porzeczki? Kto to wymyślił? I po co? Cóż, najwyraźniej w małomiasteczkowym warzywniaku panowały te same prawa, co w wielkich supermarketach, w których przy kasach są umieszczane produkty mające zachęcić do impulsywnych zakupów. Gumy do żucia, tabletki przeciwbólowe, słodkie batoniki, prezerwatywy... Wszystko, co może się przydać, a przynajmniej klienci powinni tak myśleć.
Ewelina otrząsnęła się z rozmyślań i kropel deszczu, które osiadły na jej wełnianym płaszczu. Wewnątrz była tylko jedna klientka, ciemnowłosa kobieta z falowanymi włosami, chyba też właśnie weszła, bo i ona się garbiła, ale wyglądała, jakby to nie przed deszczem chciała się uchronić, lecz przed całym światem. Stała przy kasie, trzymając w jednej ręce bawełnianą torbę, a w drugiej - kilogram mąki. Na widok Eweliny wyraźnie się speszyła i z przerażeniem spojrzała na sklepową. Ta niemal niezauważalnie kiwnęła głową i delikatnie się uśmiechnęła, po czym zapisała coś w sfatygowanym zeszycie z pozaginanymi rogami. Zamknęła go i odruchowo pogładziła kwiecistą okładkę, a następnie schowała pod ladę. Klientka ścisnęła kurczowo mąkę i ruszyła do drzwi, unikając kontaktu wzrokowego z Eweliną.
Zawadzka podeszła do skrzynek z warzywami i sięgnęła po bladopomarańczowego pomidora. Przez chwilę ważyła go w dłoni, a następnie delikatnie potarła kciukiem skórkę, na próżno oczekując intensywnego, słodkawego zapachu. Odłożyła warzywo, wzdrygając się na samą myśl, że miałaby to zjeść. Wyobraziła sobie, że smakował mokrą ścierką. O tej porze roku zdecydowanie lepsze były pomidory w puszce, które zresztą idealnie nadawały się do dania, które na dziś zaplanowała.
Niech już przyjdzie ta wiosna, rozmarzyła się Ewelina, niemal czując zapach świeżego szczypiorku i słysząc chrzęst rozgryzanych młodych rzodkiewek. Uwielbiała nowalijki. Już niedługo, pomyślała i wrzuciła do koszyka cztery puszki pomidorów.
- O, pani też robi zapasy? Ale tak bez makaronu? - zaśmiała się sprzedawczyni, odgarniając z czoła siwą grzywkę.
Chwilę jej zajęło, zanim zrozumiała, co tamta miała na myśli.
Niepokojące wieści o dziwnej pandemii nie cichły. Koronawirus szalał w Chinach, dotarł do Włoch, a w kraju właśnie odnotowano pierwszy przypadek zachorowania. Podejścia były różne, wcześniej dominowała zwykła ciekawość, wirus traktowano jako ciekawostkę. Ludzie trochę o tym rozmawiali, więcej żartowali, jak właścicielka sklepu przed chwilą. Teraz to podejście zaczęło się jednak zmieniać.
Według Eweliny nie trzeba być jasnowidzem, by wiedzieć, że to kwestia czasu, aż epidemia rozszaleje się na dobre. Przy współczesnej mobilności i gęstości zaludnienia wirus zacznie się rozprzestrzeniać szybko, łatwo i raczej nieprzyjemnie. Zerknęła na te swoje smutne kilka puszek pomidorów, zastanawiając się, jak niby miałaby z nimi przetrwać koniec świata.
- A co, boi się pani? Ludzie wykupują zaopatrzenie? - Ewelina rozejrzała się po przeładowanym sklepie.
Ekspedientka zaśmiała się, mrucząc pod nosem, że strzeżonego i tak dalej.
- Ale nie wszyscy robią wielkie zapasy, co? - Ewelina z uśmiechem wskazała brodą na drzwi, w których przed chwilą zniknęła kobieta w kraciastej kurtce.
- Nie wszyscy, złotko, nie wszyscy. - Sklepowa spoważniała. - A już Eli Wojtasik to nie zapasy w głowie. Ona się cieszy, kiedy ma co do garnka włożyć.
- Ciężko jej w życiu? - zapytała nieśmiało Zawadzka. Nie chciała plotkować, ale zrobiło się jej żal tamtej kobiety. Spotkała ją chyba po raz pierwszy, nazwisko nic jej nie mówiło. Było w niej samej jednak coś magnetyzującego i tajemniczego, coś mrocznego, po prostu to czuła. Może mogłaby jej jakoś pomóc?
- Ciężko? Ciężko to ja mam czasem, jak wrócę do domu po trzynastu godzinach pracy, a mój mąż, jak ten idiota, pyta, gdzie obiad, albo dzieci zapominają, że pralka sama nie wciąga brudnych ubrań, które walają się na podłodze w łazience. - Sprzedawczyni machnęła ręką, odłożyła długopis z puchatą kulką i pochyliła się konspiracyjnie, opierając przedramiona o ladę. - Oczywiście sobie z tym radzę. Przestaję prać i gotować dla wszystkich z wyjątkiem siebie, aż szanowne towarzystwo raczy się włączyć do prac domowych. Tylko że u mnie w domu naprawdę panuje epidemia. - Zrobiła wymowną pauzę. - Chorują na zaburzenia pamięci krótkiej. Po kilku miesiącach znowu to samo, więc bawimy się od początku - zaśmiała się. - Takie problemy to żadne problemy, a tutaj... - zawiesiła głos. - Sama nie wiem, czy bardziej jej współczuję, czy ją podziwiam. Naprawdę o niej nie słyszałaś, złotko?
Ewelina pokręciła głową, zerkając przy okazji w lusterko za półką z nabiałem. Mimowolnie pomyślała o tym, że powinna wybrać się do fryzjera. Lubiła kolor swoich włosów, ich naturalny odcień przypominał granatową czerń, ale teraz brakowało im blasku, chyba skusi się na farbowanie, a przynajmniej tonowanie. Założyła kosmyki za ucho, wpatrując się w ekspedientkę, wiedziała, że dowie się więcej, niż chciała. Nic dziwnego, że Chris, lokalny dziennikarz, tak łatwo zdobywał informacje do swoich artykułów. Ludzie najwięcej mówią niepytani.
- Mieszka ni to w Płonnym, ni na Podgórzu, nie wiem nawet, jaki jest adres tego domku pod lasem, wśród pól. Gdzieś tak właśnie pośrodku między tymi miejscowościami. Właściwie w lesie. Drogi tam tylko polne prowadzą, kto nie wie, że tam stoi dom, to się nie domyśli.
Ewelina przytaknęła. Słabo znała tamte rejony, ale czasem wybierała się na wycieczki rowerowe za miasto. W dzieciństwie bywała tam na grzybach z babcią i dziadkiem. Chociaż nigdy nie trafili na żaden dom w środku lasu.
- Za krzyżem w lewo trzeba skręcić - podpowiedziała właścicielka sklepu.
- Tam, jak na stary cmentarz się idzie? - upewniła się Zawadzka.
Co jak co, ale okoliczne cmentarze to miejsca dobrze jej znane.
Sprzedawczyni przytaknęła.
- Jakoś od wielu lat daje radę - kontynuowała opowieść. - I dzieciaków gromadkę wychowała. Mówię ci, złotko, ładne takie i dobre, uczą się w miastach. No, może poza najstarszym... Wdał się w ojca. - Skrzywiła się z niechęcią.
- A co z ojcem?
- W kryminale.
Zawadzka omal nie opuściła słoiczka z passatą, którą dorzuciła w ostatniej chwili do swoich zakupów. Naprawdę pierwszy raz słyszała o tej rodzinie. I nie myliła się, tamta kobieta miała bolesne doświadczenia. Ewelina nauczyła się czytać przeszłość z twarzy zmarłych, ale odkrywanie tajemnic żywych też szło jej całkiem nieźle.
- W kryminale?
- I całe szczęście dla niej, bo tłukł ją niemiłosiernie.
- Skurwiel - mruknęła Ewelina. - Za to go wsadzili?
- A gdzie tam! - Ekspedientka machnęła ręką. - Słyszałaś kiedyś o facecie, który za bicie żony trafił do więzienia? Ja też nie! A o kobietach, które po latach męczarni odważyły się bronić i odsiadują wyroki za zabicie swojego kata, gnoja jednego, to nieraz słyszałam. Nawet taki program widziałam w telewizji i nie rozumiem tego wcale. Po pięć, dziesięć, dwadzieścia lat biją, znęcają się, gwałcą. A jak kobieta się raz skutecznie obroni, to idzie siedzieć. Rozumiesz coś z tego, złotko?
Ewelina nie rozumiała.
- Ale niestety. Wojtasik nie za znęcanie się nad Elą siedzi, tylko za to, że policjanta pobił.
- Policjanta?
- No tak! - Kobieta wyglądała na szczerze zdziwioną, że Zawadzka jest tak źle poinformowana. - Brata pani narzeczonego. Bo pani Olek to bliźniak strażak. - Odsłoniła zęby w uśmiechu.
No tak, Młynary. Nie znamy się, ale wszystko o sobie wiemy.
- I w ogóle mu, w sensie Wojtasikowi, się uzbierało, jeszcze za jakieś machlojki chyba, kto go tam wie. W każdym razie siedzi, darmozjad, za nasze. To już było tak dawno, że nie pamiętam dokładnie, ale trochę latek mu naliczyli. Jak policja po niego przyjechała, to Elę pobitą znaleźli. Leżała półprzytomna, z ręką połamaną tak paskudnie, że wyglądała, jakby nie jej była. Oczywiście powiedziała, że się przewróciła. - Sklepowa przyłożyła palec pod oko i ściągnęła skórę w dół w wyrazie niedowierzania. - Widziałaś kiedyś, złotko, żeby się we własnym domu tak o dywan potknąć i przy okazji wyrwać sobie ramię z barku? No właśnie! - Ekspedientka westchnęła z emfazą i poprawiła cenę jednego z leżących w lodówce serów.
- Ponoć ich syn, Kacper, ten najstarszy, też jeszcze awanturę przy policji zrobił, następny gagatek, bo... - Ewelina nie dosłyszała, szklana szyba zagłuszała słowa właścicielki, kiedy ta włożyła głowę do lodówki. - Starego zamknęli, a pierworodny dał w długą. Ela go wybiela oczywiście, jak to matka, że czasem niby trochę gotówki prześle, ale ja cię proszę, złotko, tyle znosiła kobiecina, już kawał chłopa z niego był, mógł coś zrobić. Tymczasem najpierw w szkole kłopotów narobił, a potem ją samą zostawił. Jak za niego ciosy przyjmowała, to nie pamiętał? Niewdzięczny smarkacz. - Machnęła ręką.
W tym momencie Ewelina poczuła, że czas zmienić temat. Nie znała historii tej rodziny, nie jej oceniać sytuację, a już na pewno nie dziecko, które dorastało w przemocowym domu. Jej rozmówczyni zdecydowanie lubiła do faktów dodawać swoje własne opinie, więc warto oddzielić ziarno od plew.
Obiecała sobie, że porozmawia ze Zbyszkiem. Jej starszy brat na dobre wrócił już do Polski i tu zaczynał życie od nowa. Za granicą ta próba się nie udała. Rozwiódł się z żoną, a ostatnio znalazł posadę w fundacji pomagającej osobom doświadczającym przemocy domowej.
To ciężka, wyczerpująca psychicznie praca, ogrom krzywdy i ludzkiego cierpienia, z którym miał do czynienia na co dzień, był porażający. To, czego dowiadywał się od podopiecznych, mroziło krew w żyłach. Sprawy nagłaśniane, medialne to jedynie promil tego, co dzieje się każdego dnia, w każdym mieście. Możliwe, że za naszą ścianą. Zbyszek mówił, że ta praca to jego pokuta, bo kiedyś sam podniósł rękę na żonę, zrobił to raz, w silnym wzburzeniu. Nie wypierał się tego i zawsze podkreślał, że zrobił to o jeden raz za dużo. Może on będzie mógł jakoś pomóc tej kobiecie? Co prawda według relacji sklepowej pani Elżbieta uwolniła się od męża, a co za tym idzie, od przemocy. Pytanie, czy to przepracowała?
Zawadzka skinęła głową i zerknęła wymownie na zegarek. Poprosiła jeszcze o paprykę wędzoną w proszku i wyszła. Agresywne krople deszczu zaatakowały ją, kiedy tylko otworzyła drzwi warzywniaka.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI