Anna Podczaszy
Ciasto
O świcie światło
rysuje węglem
ziemistą twarz
matki
Rozpala pod blachą
ognisko domowe
Przyszła tutaj Śmierć i zapytała - oblizując usta - kto
upiekł takie pyszne drożdżowe ciasto?
Biegłam nieprzytomnie szpitalnym korytarzem.
Poślizgłam się.
To błąd. Zapłacę.
Upadłam. A może jeszcze stałam
hen, wysoko, na szczycie
drabiny, gdy podeszła i rzekła, oblizując wyschły palec - ty -
telefon do ciebie.
Gdzie jest ta kobieta o ciele pysznym
jak drożdżowe ciasto?
Dziewczyny mają miękkie wargi
dziewczyny mają słodkie oczy
Z jej ust sączy się
błagalna litania: wybacz, wybacz, wybacz.
Powtarzam jak echo, lecz nie jestem echem.
Nie jestem lustrem. Siedzę obok i widzę
nasze podobieństwa:
jej twarz jest jak wielka mętna łza
żółte ręce składa jak przestraszona
dziewczynka
a wargi ma granatowe
Widzę wszelkie nasze głupstwa
i Śmierć - najpierw - w nogach
łóżka, potem - jak się kładzie na poduszce,
obejmuje jej szyję, mówiąc - gadaj,
gdzie schowałaś ciasto?
ach chciałbym ją nosić na sercu
i karmić słodyczą
"Przecież oni wszyscy się urodzili. Ktoś ich urodził, udało się". Szłam przez miasto, wokół mnie mnóstwo ludzi i ja - w zaawansowanej pierwszej ciąży, w strachu przed porodem, przed ostateczną samotnością tej chwili. Ta nagła myśl - oczywista i banalna - rozwiała mój strach: skoro udało się to wszystkim wokół, to dlaczego bać się nieuniknionego?
Teraz, wiele lat później, próbuję podobnie patrzeć na równie nieuniknioną śmierć, która krąży wokół mnie i moich bliskich, raz porywając ich jak ofiary, raz ofiarując im swoje pomocne ramię, raz odwracając się od nich z miłosierdziem, raz z okrucieństwem. Niewiele wiem o niej samej; znacznie, znacznie więcej wiem o umieraniu. Matka odchodzi Tadeusza Różewicza, którą czytałam po raz pierwszy ze dwie dekady temu, kiedy rodziło się moje pierwsze dziecko, teraz pomaga mi milczeć w chwilach, kiedy chcę już tylko przeklinać i wygrażać śmierci oraz jej przełożonym.