Czym była muzyka w moim życiu
Była psychicznym wyrwaniem się na niepodległość. Zatopiony w niej, nie
dostrzegałem problemów otaczającego mnie świata, i to na każdym etapie
życia. Była powiewem wolności w trudnych czasach; malarze, reżyserzy
teatralni i filmowi byli recenzowani, ale muzyka jakby wyrwała się spod
urzędniczej kontroli. Była na swój sposób wolna! Jak mawiał Ryszard
Poznakowski, to zorganizowane powietrze. Oczywiście władzy ludowej nawet
tutaj było bliżej do muzyki ludowej, bo przecież podkreślała ludyczne
pochodzenie swego panowania. Szanowała także muzykę poważną, bo okazując
jej szacunek, dowartościowywała siebie i swoją ideologię. Nie mogłem
tylko zrozumieć miłości towarzyszy do tanga. Był to taniec z towarzyszącą muzyką rodem z kapitalistycznych rautów, przedwojennych
kabaretów, teatrów i filmów muzycznych. Ale chcieli też liznąć tamtych
czasów, bo każda władza tak samo znieprawia i tak samo budzi zachwyt. Bo
wyrasta z zazdrości do poprzedniej.
Była to również rewolucja pokoleniowa. I to na skalę całego świata.
Oczywiście w różnych rejonach rozgrywała się na tle miejscowych,
ustrojowych, politycznych, ekonomicznych, społecznych uwarunkowań.
Rewolucja rockowa w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych była
powodowana innymi nastrojami wśród młodzieży, powiedziałbym nawet z dobrobytu po odbudowie rzeczywistości wolnorynkowej w tamtych krajach,
niż w krajach tzw. socjalistycznych. Świat był podzielony po drugiej
wojnie światowej nie tylko ideologiczno-politycznie, ale także
kulturowo.
Na przykład mój wielki guru Franciszek Walicki, o którym będzie jeszcze
wiele w tej książce, w liście do mnie pisał tak:
Nie witano rock'n'rolla w Polsce chlebem i solą. Przeciwnie...
Przypominał groźnego Belzebuba, którego trzeba było przepędzić, gdzie
pieprz rośnie. Nie dotarło do decydentów, że rock'n'roll to nie
przelotna moda, że to jeden z największych fenomenów kulturowych drugiej
połowy XX wieku, zapis nastrojów i oczekiwań kilku niegłupich pokoleń...
Napisano na ten temat grube tomy i nie ma potrzeby przypominać, że
narodziny "mocnego uderzenia", albo szerzej - narodziny "kultury w stylu
blue jeans" były częścią procesu tworzenia się nowych faktów
kulturowych, nowych obyczajów i wkraczania w taki etap rozwoju
cywilizacyjnego, w którym przepływ wzorców zaczynał zmieniać kierunek i przebiegać nie od starych do młodych, jak dotychczas, a odwrotnie: to
młodzi zaczynali narzucać starszemu pokoleniu modę, styl bycia i życia.
Idolami mojej młodości (rocznika lat dwudziestych) byli dojrzali
mężczyźni i kobiety-wampy: Clark Gable, Gary Cooper, Marlena Dietrich,
Greta Garbo... W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych idolami
nastolatków były nastolatki. Młodzież świata gwałtownie powstała
przeciwko pieczołowicie pielęgnowanym tradycjom. Pokolenie lat
sześćdziesiątych zdecydowanie odmówiło objęcia dziedzictwa naszej
planety. A sercem rebelii, siłą napędową i źródłem inspiracji stała się
zaraźliwa muzyka rockowa. Już sam charakter grup rockowych (np. The
Rolling Stones), wygląd tych zespołów i drwiące zachowanie się -
nawoływały do protestu przeciw panującemu porządkowi, a nowa muzyka
uwydatniała nastroje panujące w tamtych latach. To ona była siłą
napędową protestów. To rock'n'roll zjednoczył tamto zbuntowane
pokolenie.
Większość decydentów, a także starsze pokolenie, z niedowierzaniem, a potem z niezadowoleniem i złością, obserwowało najazd pryszczatych,
niedomytych rockmanów, na widok których mdlały z zachwytu dziewczyny, a tysiące młodych ludzi wpadało w histerię.
Do Polski nowa muzyka dotarła z kilkuletnim opóźnieniem - ale dotarła!
W roku 1959 przekonałem się, że i w Polsce świat ludzi dorosłych i świat
ludzi młodych zaczynają nie pasować do siebie. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte pogłębiły ten proces. Najpierw zaskoczyła mnie
popularność nowej muzyki. Już pierwsze koncerty prekursorów rock'n'rolla
w Polsce - zespołu Rhythm & Blues - wywołały reakcje, które powinny
były zainteresować socjologów. Rock'n'roll tworzył wokół siebie
charakterystyczną otoczkę - własne obrzędy, obyczaje i modę, oznaczającą
przynależność do określonego pokolenia. Obok idoli, pełniących rolę
kapłanów nowej generacji, ujawniły się tłumy wiernych, zafascynowane już
nie tylko muzyką, ale udziałem w czymś, co nie było jeszcze jasne i wyraźne, ale co zapowiadało odkrywanie nowych horyzontów.
Muzyka rozrywkowa czy poważna?
Muzykę uważam za jedną z mistycznych dziedzin sztuki. A sztuce nigdy nie
służyło kategoryzowanie. Teatr dramatyczny czy komediowy, a muzyka
poważna czy rozrywkowa? Może ta tęsknota ludzi do jakiegoś
porządkowania, nazywania, ustawiania w szeregu - nie ma sensu. Sztuka
jest dobra albo zła, prawdziwa albo fałszywa.
Ale muzyka poważna i rozrywkowa? Może to i miałoby sens, gdyby
jednocześnie nie było próbą wartościowania.
Muzyka rozrywkowa to nie jest tylko zaspokojenie naszych podstawowych
potrzeb na melodyjne dźwięki. To jest i było odbicie naszych zachowań i pragnień. Tę muzykę opisałbym jako ilustrującą nasze życie, będącą
odbiciem przeżyć, ale też i tęsknot zmierzających ku przyszłości. Muzyka
zamykająca pewną epokę i wyznaczająca czas i przyszłość.
Pycha ludzi od tzw. wielkiej sztuki zawsze mnie irytowała. Najlepiej
ujął to Siara w Killerze: "Myślisz, że taki Szakal to nie ma co
robić?! On ma zamówień do 2008 roku, jak Penderecki, jego trzeba
nadpłacić, przepłacić, przebić".
Uważam, że w tzw. muzyce poważnej współczesnej jest o wiele więcej braku
uczciwości niż w muzyce rozrywkowej, oczywiście wyłączając po tej
stronie wszystkie wynaturzenia typu disco polo. Ale to coś na wzór
muzycznej kakofonii Warszawskiej Jesieni.
I jeszcze bardziej to było widoczne w muzyce rozrywkowej, która nie
miała prawa równać się z charyzmatem muzyki poważnej.
Gdybym został fanem muzyki poważnej (klasycznej) czy opery, zanudziłbym
się na śmierć. Choć nie wszyscy tak uważali.
Miałem możliwość zaobserwowania tego dzięki zaprzyjaźnionej rodzinie
doktora Żurawskiego z Antoninka pod Poznaniem, który zawsze jak był z wizytą w niedzielę u wuja Kazia w Swarzędzu czy też u rodziny lub
znajomych, grzecznie przepraszał i wychodził do pokoju obok, w którym
było radio. Wszyscy wiedzieli, że jeżeli przychodzi w niedzielę doktor
Żurawski, to o godzinie 17.20 trzeba umożliwić mu spokojne wysłuchanie
koncertu szopenowskiego w programie pierwszym Polskiego Radia. I to
pośród szumu fal średnich, a nie jakiegoś tam UKF. Co by się nie działo,
o godzinie 17.20 w programie pierwszym Polskiego Radia (chodzi o tamte
niewolne czasy) doktor Żurawski musiał wysłuchać koncertu
chopinowskiego.
Mój wujek Kaziu śmiał się z tego: "Przecież grają wciąż to samo". Chopin
wielkim był kompozytorem, ale nie stworzył aż tylu dzieł, by zaspokoić
oczekiwania doktora Żurawskiego. A on mówił z przekąsem: "Grają niby to
samo, ale inaczej. Każdy inaczej interpretuje te dzieła". Nawet
komputerowy analizer nie byłby dziś w stanie wyłapać różnic, a co
dopiero przygłusi recenzenci?
Po latach zrozumiałem, że w tym szaleństwie jest metoda. Trzeba było
widzieć twarz i ruch palców doktora Żurawskiego, kiedy naśladował ruch
palców u rąk pianisty w powietrzu, choć nawet nie wiem, czy sam grał na
fortepianie.
Ten rytuał słuchania Chopina w radiu, o tej samej porze w każdą
niedzielę to było katharsis dla jego duszy. Być może dlatego był tak
spokojnym człowiekiem, nawet w trudnych chwilach. Wspaniałym
człowiekiem, bo tylko tacy pozostają w naszej pamięci. I potwierdzeniem,
że muzyka łagodzi obyczaje.
Prolog
To nie jest typowa autobiografia. Jako człowiek, który mocno
uczestniczył w życiu tego kraju, i przede wszystkim miał okazję poznać i współpracować z osobami o głośnych nazwiskach, spróbuję pokazać
atmosferę drugiej połowy dwudziestego wieku i przypomnieć ludzi z szerokiego kręgu społecznego, działających w różnych dziedzinach. Nie
mam tak wysokiego poczucia własnej wartości, by pisać o sobie książkę.
Zawsze uważałem się za człowieka drugiego planu, który jednak nie tyle
ukrywał się za tymi z pierwszego, ile był ich podporą, doradcą czy nawet
sternikiem na morzu codzienności, ale przede wszystkim bacznym
obserwatorem.
Chcę przypomnieć przeszłe wydarzenia ludziom mojego, czy też zbliżonego
do mojego, pokolenia, by wywołać u nich łezkę wzruszenia, bo jakby nie
oceniać tamtych czasów, byliśmy młodzi. Ale chciałbym trafić z moimi
wspomnieniami do współczesnego młodego pokolenia. Z zawodu jestem
magistrem historii i mogę Wam autorytatywnie powiedzieć, że podręczniki
historii są nudne i służą głównie edukacji szkolnej.
Prawdziwej historii należy się uczyć na wspomnieniach ludzi, którzy ją
tworzyli i na starość chcą je utrwalić w postaci książki, filmu,
audycji. A nawet z gawędy, jak u starego bacy. Często jest to zestaw
anegdot, dykteryjek i rozmów niekoniecznie ułożonych chronologicznie,
ale wciągających odbiorcę w atmosferę tamtych czasów. I taki zamysł mi
towarzyszy, kiedy siadam do pisania tych wspomnień.
W tej książce odwołuję się głównie do mojej pamięci, mimo że
siedemdziesięciosiedmioletniej, to jednak nieźle funkcjonującej, ale mam
też bogate autorskie archiwum sprzed kilku, a nawet kilkudziesięciu lat.
Postanowiłem w kilku wypadkach zacytować tamte teksty, bo już trafniej
tamtych lat nie potrafię opisać, ale co najważniejsze, w wielu
przypadkach nie straciły one na aktualności i przede wszystkim oddają
atmosferę tamtych czasów, bo fakty można na upartego odtworzyć, można je
nawet, jak to się często zdarza, współcześnie kreować. Oddanie jednak
tamtej atmosfery jest trudne, bo jej cechą jest ulotność.
Długo zastanawiałem się, czy w ogóle napisać tę książkę. Miałem bardzo
ciekawe życie w bardzo ciekawych czasach i w bardzo ciekawym otoczeniu.
I do tego w ekscytującej muzycznej branży, do której trafiłem, bo
chciałem być w niewolnym świecie wolnym człowiekiem. Każdy wtedy szukał
swego kawałka podłogi, choć byli tacy, którzy woleli pałace. To były
czasy, kiedy startowałem w dorosłe życie, kiedy moje państwo i mój naród
były zniewolone. Ale były poletka, które ówczesna władza uznała za
nieistotne, które dawały okazję do udawania wolności, jak mówili
niektórzy, były wentylem bezpieczeństwa.
Poza tym, czy pisząc te wspomnienia jako człowiek w sumie drugiego
planu, o nazwisku nieistotnym, czy mam prawo do ujawniania tylu
zakulisowych tajemnic, które mogą obalać wiele mitów, a może nawet w oczach co niektórych stanowić dowód małości czy wręcz załatwiania
osobistych żalów. Wchodzić nawet na drogę sporów prawnych. Do tego wiele
osób nie żyje i nie może polemizować, przedstawić swojej wersji zdarzeń.
Czy to uczciwe?
Mechanizmy zdarzeń są często ciekawsze od ich bohaterów. Tym bardziej że
podawanie ich nazwisk narusza ich prawa do wizerunku.
Dlatego pozwolicie, że w niektórych przypadkach, by nie budzić
ostracyzmu towarzyskiego w stosunku do tych ludzi, nie podam ich
personaliów. Będą też pseudonimy, często zmyślone. Domysły pozostawiam
inteligencji czytelników.
W ten sposób, znany nie od dziś, chcę pozbyć się rozterek i nie chcę
krzywdzić ludzi, często moich, przynajmniej dotychczas, przyjaciół.
Nie chcę też schodzić do poziomu pomponików i bulwarówek.
Kiedy zdarzenie przemawia swoją siłą, uważam, że nie potrzeba podawać
nazwisk "bohaterów" tych kreacji. Były czasy, że nazwiska największych
bandytów w gazetach podawano pod inicjałami.
Tak zresztą nakazuje prawo i dobry obyczaj. Ale kto dzisiaj przejmuje
się prawem, kiedy przeciętna sprawa o naruszenie dóbr osobistych trwa
cztery lata, a dobry obyczaj mają wszyscy w dupie. Jak pisał przed laty
Młynarski: "Byle na chama, byle głupio!".
Moje wątpliwości rozwiały w końcu liczne książki o gwiazdach, napisane
przez ludzi, którzy ich nie znali. Dostaję skrętu kiszek, kiedy czytam
opinie o znanych mi gwiazdach wyrażane przez osoby, które swoim
bohaterom nie miały szczęścia podać nawet ręki. Ba, przejść koło nich.
Do tego jako historyk z wykształcenia, dziennikarz i animator muzyki z zawodu, poczułem ogromną potrzebę zostawienia autentycznego śladu
doświadczeń i przemyśleń z czasów mojej pracy w branżach, które budziły
i budzą tyle emocji. I do tego pracy w czasach, które były szczególne.
Bo w dwóch ustrojach społeczno-politycznych. Jestem przedstawicielem
pokolenia wyżu po II wojnie światowej. Przeżyłem dwa ustroje: komuny i Solidarności. A teraz jakiś trzeci niewydarzony. Nie, nie mogę swoich
wspomnień i przemyśleń zabrać do grobu. Przecież przeszłość inspiruje
następne pokolenia. Nie byłoby dzisiaj bez wczoraj. Pod jednym
warunkiem: że nie jest to przeszłość opowiedziana i interpretowana przez
opowiadaczy - od dziennikarzy skandalizujących do naukowców budujących
teorie naukowe na banalnych zdarzeniach. Największą, bo źródłową wartość
mają wspomnienia ludzi, którzy sami te zdarzenia tworzyli i przeżyli. I chcą zostawić pamięć o tym następnym pokoleniom. Niech ta książka spełni
też te kryteria!
Co nam zostało z tych lat?
Staram się opowiedzieć w tej książce o moim życiu, które dzięki temu, że
trafiłem do dziennikarstwa i show-biznesu obfitowało w ciekawe i niebanalne znajomości. Były to jednak w większości, jak się dzisiaj im
przyglądam z perspektywy czasu, znajomości interesowne, szczególnie ze
strony śpiewaków, muzyków, autorów tekstów i kompozytorów. Wiadomo, że
jako człowiek umocowany w show-biznesie, zwanym w socjalizmie przemysłem
rozrywkowym, mogłem im pomóc rozwiązywać problemy występujące na drodze
ich kariery. Z kolei ja, szczególnie na początku mojej drogi zawodowej,
poczytywałem sobie za zaszczyt obcowanie z nimi. I nie myślcie sobie, że
miało to wymiar materialny. Jeżeli nawet, to było to ewentualnie
zaproszenie na elegancką kolację, dobry koniak albo prezent w postaci
zachodniej płyty.
Każda nowa znajomość w okresie zgrzebnej socjalistycznej rzeczywistości
była dla mnie dowartościowaniem zawodowym i emocjonalnym, kolejnym
krokiem w budowaniu pozycji zawodowej. Kiedy legenda polskiej piosenki
Mieczysław Fogg powiedział do mnie: "Panie dyrektorze", to przeszły mi
po plecach ciarki zadowolenia. I z jaką dumą pochwaliłem się tym faktem
moim rodzicom. Fogg był dla nich mitem, legendą.
Pracując blisko sześćdziesiąt lat w branży muzycznej, praktycznie
bardziej lub mniej poznałem wszystkie jej największe postacie, ale tak
naprawdę prawdziwym przyjacielem okazał się Krzysztof Krawczyk. Aż do
jego śmierci. I choć nie ma go już wśród nas, dla mnie on nigdy nie
umarł. I nie umrze... Zresztą tam, na górze, prędzej czy później się
spotkamy.
Ale nie jest to wbrew pozorom kolejna książka o Krzysztofie Krawczyku.
Choć ja, który poświęciłem mu 47 lat życia i pracy, nie potrafię oderwać
się od jego nazwiska, anegdot, zdarzeń. Bo to wszystko działo się w tym
samym czasie, w tym samym kraju pełnym problemów społecznych i politycznych. Żyliśmy w tym naszym polskim kotle, pod którym co pewien
czas jakiś diabeł podsycał ogień.
Ale skoro padły tutaj obok siebie dwa wielkie nazwiska, symbole dwóch
epok: Mieczysława Fogga i Krzysztofa Krawczyka, to zacznę od nich. Tym
bardziej, że śpiewają już wspólnie w chórze na górze.
Uwaga na Krzysztofa Krawczyka
Autor tekstu: Andrzej Kosmala. Tekst zamieszczony na łamach "Głosu
Wielkopolskiego" 22.10.1975 roku.
Od lat polskie piosenkarstwo charakteryzuje liczebna przewaga
śpiewających pań nad panami. Długo można bez większego zastanowienia
recytować nazwiska polskich piosenkarek, ale spróbujcie wymienić choćby
dziesięciu piosenkarzy. Niemen, Borys, Połomski, Dąbrowski i jeszcze
kilka nazwisk. Trochę sytuację ratują grupy wokalno-instrumentalne. Bo
też przyczyn popularności męskich zespołów można się na siłę dopatrzyć w działaniu obronnym brzydszej, oczywiście pod względem fizycznej powłoki,
a nie walorów głosowych części rodu ludzkiego. Dominacji piosenkarek
przeciwstawiono się wówczas w myśl staropolskiego zawołania: "Kupą,
mości panowie!".
Nie na długo! Panie, w osobach swych najbardziej bojowych
przedstawicielek: Jantar, Sipińskiej, Sośnickiej, Jarockiej, Frąckowiak
znów są górą, i to wcale nie z powodu Międzynarodowego Roku Kobiet.
Powodów jest zapewne wiele innych i to zarówno natury pozaartystycznej,
jak i artystycznej. Z tych ostatnich jeden jest bezsporny: każda z naszych czołowych gwiazd piosenki posiada mniej lub bardziej
ukształtowany własny wizerunek artystyczny.
Gorzej z piosenkarzami. Na obliczu męskiej piosenki zaważyły dwie
indywidualności: Czesław Niemen (piosenka współczesna) i Jerzy Połomski
(piosenka tradycyjna). Większość startujących młodych solistów nie
potrafi się od tych wpływów uwolnić.
To wszystko napisałem, by uwypuklić w sposób szczególny szansę, jaka
stanęła przed Krzysztofem Krawczykiem. On właśnie potrafił się uwolnić
zarówno od wpływów Niemena, jak i Połomskiego. Mało tego: stanął między
nimi jako kompromis między nowoczesnością a tradycją piosenkarską. Z tradycji wziął to, co najczęściej bywa dziś odrzucane: solidne
przygotowanie zawodowe. Dysponuje silnym, nośnym barytonem. Umiejętnie
operuje nim zarówno w utworach lirycznych, jak i ekspresyjnych. Śpiewu
uczył się w średniej szkole muzycznej w Łodzi u prof. J. Śledzickiego.
Jednocześnie własną, usilną pracą zdobył umiejętność nowoczesnej
interpretacji piosenki, prowadzenia głosu, agresywnego wibrata, które
tak bardzo upodabnia go do Toma Jonesa.
Krawczyk posiada wiele cech rasowego showmana: aparycję, swobodę
estradową, umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu z widownią.
Posiada też szeroki repertuar, co jest warunkiem programu recitalowego.
Rok 1975 przyniósł mu wiele sukcesów, które zdają się świadczyć, że już
niebawem stanie się gwiazdą nr 1 polskiej estrady. Jego pierwszy
longplay "Byłaś mi nadzieją" (SXL1092) rozszedł się w nakładzie 100 000
egzemplarzy.
Na początku lipca na Festiwalu Przebojów w Rostocku otrzymał nagrodę
pisma "Melodie und Rhytmus" dla najlepszej kompozycji, za własną
piosenkę "Nie żałuj róż, gdy płonie las", a w kilka dni później wygrał
Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu piosenką "Czym dla wojska
jest piosenka".
Jest częstym gościem krajowych list przebojów. Obecnie notują one
ogromną popularność piosenki laureatki z Kołobrzegu oraz piosenki
Jerzego Miliana "Deszczowe spotkanie".
No cóż, po latach mogę się przyznać, że tekst był trochę, a nawet bardzo
kumoterski, gdyż tak naprawdę już od przynajmniej trzech lat dobrze się
znaliśmy, przyjaźniliśmy, a nawet współpracowaliśmy.
Ale czy mogliśmy wtedy przypuszczać, że czeka nas czterdzieści siedem
lat przyjaźni i współpracy? Że będę menedżerem Krzysztofa i to przez
czterdzieści siedem lat, co stanowi rekord światowy.
A zaczęło się nieciekawie...
Krawczyk - oddam panu pieniądze za bilet
Krawczyk - oddam panu
pieniądze za bilet
Nasze poznanie w Poznaniu było dosyć niefortunne i opisane już w wielu
publikacjach.
Mimo że nazwisko Krawczyk było dla mego ucha miłe, gdyż moja mama
nazywała się z domu Krawczyk. Była z pleszewskich Krawczyków, Krzysztof
był z Krawczyków śląskich. Często jednak, czy to przebywając z rodziną
moich Krawczyków, czy z rodziną Krzysztofowych, zawsze odnosiłem
wrażenie, że pochodzimy z jednego rodu: ludzi dynamicznych, wręcz
hałaśliwych, gadatliwych i żeby nie było tak pięknie: swarnych. Ludzi
lubiących dobrze zjeść, no i wypić. Jak to mówią: i do bitki, i do
wypitki. No i oczywiście do kobitki.
Ale zamilcz waść! Były w naszych rodzinach zawody artystyczno-biznesowe:
aktorzy, śpiewacy, muzycy, malarze. A mój dziadek Andrzej Krawczyk
prowadził w Pleszewie niezły wyszynk, który ja nawet pamiętam, jak po
wojnie prosperował, ale niestety w ramach nacjonalizacji został mojej
babci odebrany.
Na końcu jak korona rodu: Krzysztof Krawczyk - król polskiej piosenki po
50 latach udekorowany berłem i koroną przez Ninę Terentiew, Orderem
Krzyża Kawalerskiego, orderu nadanego przez prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego, a wręczonego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Gloria
Artis, Fryderykami, Superjedynkami, Telekamerą i Super Wiktorem.
Wszystkie te zaszczyty osiągnął Krzysztof, mając mnie za plecami jako
menedżera, albo jak wolicie po angielsku: managera.
Poza pierwszą dekadą kariery spędzoną przez Krzysztofa jako ten czwarty
po prawej w Trubadurach, przez następne czterdzieści lat solowej kariery
zawsze miał mnie Krzysztof za swoimi plecami. Wskazywałem i wytyczałem
mu drogę artystyczną, nawet wtedy, kiedy na emigracji próbował przeżyć
swój amerykański sen. Kiedy wracał do kraju, organizowałem mu miękkie
lądowanie. Czterdzieści siedem lat byłem jego cieniem, byłem Krawczykiem
zakulisowym. Jak upadał w sensie zawodowym czy dosłownym, to ja go
podnosiłem z zapałem, coraz cięższego artystę, cięższego wagą
artystyczną i fizyczną.
Od czterdziestu siedmiu lat byliśmy ze sobą na dobre i złe. Liczby mi w tej książce będą się myliły, bo piszę ją po jego śmierci, ale poświęcam
czasom, kiedy byliśmy młodzi i świat stał przed nam otworem, mimo
naszego geopolitycznego i ideologicznego umiejscowienia. Co ważne, nasze
małżonki i rodziny też. Jak więc wyglądało to niefortunne nasze
poznanie?
Przyznam się, że nie lubiłem Trubadurów. Mimo że grupa była wielką
gwiazdą lat 60. Dziś inaczej spoglądam na tamten zespół, może bardziej z perspektywy kariery Krawczyka. Wtedy, w każdym razie po koncercie
Trubadurów, poszedłem za kulisy i głośno wyrażałem swoją opinię: "Jak
ten Krawczyk śpiewa, to jakby do mikrofonu dorwał się jakiś pijany
Cygan". Nie zauważyłem, że obok stoi obiekt moich krytycznych uwag. "Nie
podobało się panu? Mogę oddać pieniądze za bilet"! Ale zobaczył u mnie w klapie marynarki znaczek Polskiego Radia i zmiękł od razu. Zaczął się
żalić, jaka to jest trudna dola piosenkarza. Gdy tak mówił, usłyszałem w jego głosie wszystko, co chciałem usłyszeć w głosie współczesnej gwiazdy
polskiej piosenki. Coś z Elvisa Presleya, Toma Jonesa, B.J. Thomasa z zespołu Blood Sweat and Tears, a także Demisa Roussosa i Julio
Iglesiasa. To wszystko podlane słowiańską melodyką i jego cygańskim
zaśpiewem.
Chodziło o rockowe podejście do melodyjnych piosenek. Jak ja to wtedy
podenerwowany wysłyszałem w jego głosie, do dzisiaj nie potrafię
zrozumieć. Potem oczywiście doszło do wielu spotkań towarzyskich, ale
połączonych z dysputą o sprawach zawodowych. Ze wszystkich tych spotkań
wynosiłem coraz głębsze przekonanie: Krawczyk ma przed sobą przyszłość!
A resztę już znacie.
Wtedy nie wiedziałem, że także moja przyszłość będzie tak bardzo
związana z jego...
Czy śpiewa jeszcze u was Fogg?
Mieczysław Fogg był artystą międzypokoleniowym. I, jak dzisiaj określa
się tym mianem wielu innych, na przykład mojego Krzysztofa Krawczyka, to
określenie w stosunku do Mieczysława Fogga miało znaczenie szczególne.
Był kimś więcej niż artystą międzypokoleniowym, był artystą
międzyepokowym. Bo przecież zaczął karierę w przedwojennej Polsce, która
odzyskała niepodległość po stu dwudziestu trzech latach zaborów, potem
nastąpiła okupacja hitlerowska, następnie odbudowa Polski, choć
zniewolonej, i próba w niej normalnego życia. Fogg był ze swoimi
piosenkami symbolem tych czasów, nawet komuniści musieli uszanować jego
integralność.
I tak, zrządzeniem losu czy też łaski boskiej, przyszło mi na mojej
drodze zawodowej spotkać tego wielkiego człowieka. Rodzina z niedowierzaniem, a nawet niechęcią spoglądała na moje działania na polu
muzyki rozrywkowej - uznała je za właściwe, dopiero kiedy dowiedziała
się, że pracuję z Foggiem. Bo któż nie kochał i nie nucił jego piosenek?
Oczywiście ja jako przedstawiciel nowego pokolenia patrzyłem na niego z estymą, jaką obdarza się postacie historyczne. Wszak rodził się wtedy
rock and roll i gdzie mi tam było do Tanga Milonga czy Tej ostatniej
niedzieli. Ale w 1976 roku objąłem posadę dyrektora artystycznego
Estrady Poznańskiej, w której jedną z gwiazd był właśnie Mieczysław
Fogg. Znałem go z płyt, występów telewizyjnych i uwielbienia moich
rodziców. Nigdy nie byłem na jego koncercie. I nagle jednym z pierwszych
zadań, jakie zlecił mi mój szef, dyrektor Stanisław Nowotny, był nadzór
nad produkcją, premierą i trasą koncertową recitalu Mieczysława Fogga,
ponoć ostatniego, ale nikt nie miał odwagi wypowiedzieć tego słowa,
szczególnie w jego obecności.
Był to rok 1978. "Ostatni" wystawny recital przygotowaliśmy w ówczesnym
Teatrze Żydowskim, dziś już nieistniejącym, na placu Grzybowskim. W przeddzień koncertu wraz z całą ekipą, w tym z żeńskim zespołem big
beatowym Baby Jagi i grupą wokalną Clipsy, autobusem marki Jelcz
pojechaliśmy do Warszawy, gdzie miał na nas czekać mistrz Mieczysław
Fogg. Wszystko pod nadzorem Zosi Szynagiel, menedżerki Fogga i powiedzmy
dziś, gdy nie jest to już tajemnicą, kimś więcej niż menedżerki. Po
śmierci żony zawarł zresztą z Zosią związek małżeński. Ja, zawiadując
całym tym przedsięwzięciem artystycznym, wiedziałem dużo wcześniej o ich
związku. Kiedyś Zosia Szynagiel w porywie szczerości powiedziała do
mnie: "Mało, że ma żonę i mnie, to jeszcze ogląda się za dziewczętami z zespołu". Kochliwy był więc ten nasz mistrz. I jak pomyślę, że miał
wtedy tyle lat co ja teraz, kiedy piszę te słowa, to tylko drżę z zazdrości. Kiedy opowiedziałem o tym mojemu wujkowi, doktorowi Kaziowi
Kosmali ze Swarzędza, powiedział: "Tak to jest, że jednym na starość w głowie pęka ta ważna żyłka, a drugiemu nie pęka, i może za dwóch".
Ale wróćmy do naszej premiery "ostatniego" recitalu Mieczysława Fogga.
Mimo że autobus psuł nam się po drodze cztery razy i spóźniliśmy się
cztery godziny, to mistrz czekał na nas dostojnie przed hotelem Bristol.
Elegancki, uśmiechnięty, bez cienia zniecierpliwienia. Bił od niego
blask wielkiego człowieka. Wycałował się z dziewczętami, a kiedy podał
mi rękę ze słowami: "Witam, panie dyrektorze" - przeszły mi wspomniane
już ciarki po plecach. Mimo że rok sprawowałem tę funkcję, chyba
pierwszy raz poczułem się naprawdę dyrektorem! I te słowa: "Nie boję się
o jutrzejszą premierę, bo nie takie spektakle już kładliśmy. Ale jutro
po premierze zapraszamy z Zosią na kolację w restauracji przy Teatrze
Żydowskim. Będziemy tylko we troje". Miałem wtedy trzydzieści jeden lat,
a on siedemdziesiąt siedem. Poczułem się jak sztyft przy mistrzu, jak
paź przy królu!
Być może inny dyrektor Estrady nie poczułby takich emocji, bo byli z reguły z nadania władzy w myśl zasady: mierny, ale wierny. Z Mieczysławem Foggiem od razu poczuliśmy do siebie nić sympatii. Panu
Mieczysławowi bardzo się podobało, że Estrada Poznańska jest jak teatr,
który dba o swoich artystów, nie zajmuje się tylko eksploatacją w głębokim terenie. On przecież wyszedł z teatrzyków muzycznych
przedwojennej Warszawy.
Podczas tej niezapomnianej kolacji po udanej premierze jego spektaklu,
bo było to coś więcej niż występ estradowy, poczułem się jak
przeniesiony do świata przedwojennej epoki, którą znałem przede
wszystkim z filmów z Bodo, Żabczyńskim, Zimińską, Barszczewską, Dymszą,
Sielańskim.
Siadając z nim do stołu i słuchając jego anegdot, moja wyobraźnia
sięgała lat, które znałem tylko z opowieści rodziców i wspomnianych
filmów. Poczułem się przy nim, jakbym był w Qui Pro Quo. Elegancja z przedwojennego kabaretu w każdym słowie, geście, uśmiechu. I to na mnie
spadło w czasach szarej komuny! Jak ten symbol innej epoki przetrwał te
czasy? Ci komuniści nie zawsze byli tacy głupi. Takich ludzi jak on, a byli jeszcze: Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Lopek Krukowski, Mira
Zimińska, pozostawiali jak zabytki minionej epoki. A te "zabytki"
pozwoliły nam przetrwać ten trudny czas.
Nasza tamta kolacja była suto zakrapiana, pan Mieczysław z Zosią i ja
nie żałowaliśmy sobie wódeczki wyborowej, ale nawet tutaj pan Mieczysław
zachował klasę.
Kiedy rozmawiałem wtedy z Mieczysławem Foggiem, z tyłu głowy miałem
myśl: kto będzie jego następcą? Już wtedy pracowałem owocnie z Krzysztofem Krawczykiem. I powiedziałem: "Mój wujek Kaziu, lekarz ze
Swarzędza, który jest pana wielbicielem, powiedział mi ostatnio, że
Krzysztof Krawczyk będzie pana następcą". Pan Mieczysław się jakby
zasępił: "Tak, bardzo lubię Krzysia, wspaniale śpiewa, ma piękne
piosenki. Ale wie pan, panie dyrektorze, to nie o to do końca chodzi. Ja
naprawdę nie byłem przed wojną najlepszy. Koledzy z chóru Dana byli może
wokalnie nawet lepsi. Ale chodzi o to, by znaleźć sposób na siebie i umieścić się w świadomości narodu, dla którego się śpiewa. I trzeba temu
narodowi towarzyszyć swoim śpiewem w chwilach i trudnych, i radosnych.
Ja byłem w kabaretach przedwojennej Warszawy, śpiewałem na jej gruzach,
towarzyszyłem jej odbudowie. Jak ludzie rano wstawali, patrzyli przez
okno, jaka jest pogoda, włączali radio i słuchali Fogga. Fogg był tak
oczywisty w ich życiu jak ta pogoda za oknem. Żeby być gwiazdą, musisz
być częścią życia tego narodu".
Opowiedziałem to kilka dni później Krzysztofowi Krawczykowi i widziałem,
jakie wrażenie wywarły na nim te słowa. Ale nie minęły dwa tygodnie i w poznańskiej Arenie na tym samym koncercie występują Fogg i Krawczyk. Nie
wiem, czy tamta moja rozmowa z panem Mieczysławem na niego wpłynęła, ale
poprosił Krzysztofa na stronę i mówi: "Panie Krzysztofie! Chce pan tak
długo śpiewać jak ja? To dam panu telefon do mojego laryngologa".
Namawiałem przez te lata pana Mieczysława do nagrania nowej płyty,
trochę nowocześniejszej. Wymarzyłem sobie płytę z Alex Bandem. Ostatnią
taką rozmowę odbyliśmy przy śniadaniu na Festiwalu Opolskim w 1986 roku.
Odpowiedział mi wówczas: "Panie dyrektorze, niech mnie pan nie namawia!
Dla mnie te orkiestry grają po prostu za głośno!".
No cóż! Człowiek to styl. A styl to epoka... Zdawało się, że będzie trwała
wiecznie, kiedy pan Mieczysław mówił ze sceny i w wywiadach: "Oświadczam
państwu, że byłem młody, jestem młody i będę młody tak długo, jak
państwo będziecie sobie tego życzyć...".
Natomiast jego lekarz mówił mu, niezależnie od badań lekarskich i ich
wyników: "To mogę panu jedno powiedzieć: umrze pan, jak przestanie pan
śpiewać". I tak się stało.
Mieczysław Fogg był symbolem długowieczności na polskiej estradzie.
Krążył taki dowcip: w Egipcie wykopali kolejną mumię. Rozwijają ją, a ona zadaje pytanie: a Fogg jeszcze u was śpiewa?
Pan Mieczysław powiedział mi kiedyś w zaufaniu: "Wie pan, ja sam
wymyśliłem ten dowcip!".
Brunetki, blondynki - czyli Jan Kiepura
Brunetki, blondynki
- czyli Jan Kiepura
Mieczysława Fogga kochaliśmy jako pomost do tamtej przedwojennej Polski,
jako jej spadkobiercę. I on tę rolę wypełnił jako wielki artysta i wielki człowiek. Ale był też w świadomości
moich rodziców inny polski śpiewak, światowa legenda: Jan Kiepura.
Polak, którego kochała cała Polska, tym bardziej że występował na
największych scenach operowych i operetkowych świata, ale przede
wszystkim trafił też do studiów filmowych i był gwiazdą wielkich
filmowych produkcji muzycznych: od berlińskiej UFY do Hollywood.
Wystąpił w dwunastu filmach muzycznych w latach 1926-1952.
Należy pamiętać, że mody muzyczne nie były wyznaczane jeszcze wtedy
przez telewizję, która się dopiero rodziła, ale właśnie przez sale
kinowe. Jan Kiepura był jedną z pierwszych gwiazd kultowych. Śpiewał nie
tylko na scenie i ekranie, ale także dla swoich wielbicieli na ulicy, na
dachu samochodu, w poczekalni dworcowej, na lotnisku, z balkonu
hotelowego. Był jedną z pierwszych Superstar! Ale nie tego rodzaju, co
dzisiejsi celebryci. To był człowiek o wielkich wszechstronnych
talentach i dokonaniach.
Za pierwszy milion zarobiony w latach 1932-1933 wybudował w Krynicy-Zdroju hotel - pensjonat "Patria", otoczony pięknym parkiem
zdrojowym. "Patria" przyciągała ówczesne elity artystów, pisarzy,
polityków i arystokrację. Ten pensjonat, tak jak żona Marta Eggerth, był
wielką miłością tego "chłopaka z Sosnowca".
Moje fascynacje legendą Kiepury podzielał także Krzysztof Krawczyk,
którego prowadziłem po drogach artystycznych, ale zawsze wpatrzony w dorobek mistrzów mijającej epoki.
Otóż rodzina Krawczyków w początkach XX wieku zamieszkiwała w Sosnowcu w sąsiedztwie rodziny Kiepurów, gdzie Kiepura senior prowadził piekarnię.
W tamtych czasach małoletni Jan Kiepura i January Krawczyk - też
przyszły śpiewak i ojciec Krzysztofa Krawczyka - rozwozili razem rano
ciepłe bułki. Za zarobione pieniądze January Krawczyk i Jan Kiepura
wymienili drewniane łyżwy na stalowe. Ojciec Krzysztofa wspominał tamte
lata z rozrzewnieniem.
A więc kiedy poznaliśmy się z Krzysztofem, niespodziewanie okazało się,
że łączy nas nie tylko miłość do Elvisa Presleya i Beatlesów, ale także
do tej - zdawałoby się - staroświeckiej gwiazdy, dla wielu o zapomnianym
nazwisku: Kiepura.
I kiedy Krzysztof Krawczyk zaczynał być już znanym artystą, choć dopiero
rozpoczynającym swoją karierę artystyczną, zawsze w warszawskim Bristolu
zatrzymywał się w apartamencie "kiepurowskim", z charakterystycznym
narożnikowym balkonem. Kiedy w 1958 roku komuniści na fali
"gomułkowskiej odnowy" wyrazili zgodę na trasę koncertową Kiepury po
Polsce, artysta w Warszawie zatrzymał się oczywiście w apartamencie, w którym mieszkał przed wojną. Pod balkonem zebrały się tysiące
warszawiaków, by odśpiewać mu Sto lat. On oczywiście zrewanżował się
i, stojąc na balkonie, zaśpiewał Brunetki, blondynki... i Ninon.
Mieszkający w Stanach Zjednoczonych Kiepura rozpatrywał powrót na stałe
do Polski, ale pod warunkiem, że władza odda mu jego ukochany pensjonat
"Patria" w Krynicy-Zdroju. Gomułka miał jedną odpowiedź: nie!
Ale wracam do drugiej połowy lat 70. i do hotelu Bristol, do apartamentu
"kiepurowskiego". Był tak duży i wygodny, że zdobywający sobie status
gwiazdy Krzysztof Krawczyk już prawie na stałe zajmował go wraz z żoną
Haliną i synem Igorem. Był też pokój gościnny, w którym często
przebywała mama Krzysztofa.
I ja także niejedną noc tam spędziłem. Ulubionym naszym zajęciem,
szczególnie po którymś tam kielichu, było śpiewanie "kiepurowskimi"
głosami "Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki całować
chcę". Jak nam to wychodziło? Otóż na pewno ja śpiewałem głośniej, ale
Krzysztof lepiej!
Bogusław Kaczyński, wielokrotnie wyrażając podziw na temat talentu i dorobku Krzysztofa Krawczyka, proponował mu występ na Festiwalu im. Jana
Kiepury w Krynicy-Zdroju. Niestety, raczej z naszej opieszałości i zajętości do tego nie doszło. Krzysztof bardzo tego żałował.
Ciągota do mikrofonu
Kiedy wchodziłem w wiek dorosły, a przynajmniej dorastający (u mnie to
nastąpiło stosunkowo wcześnie, bo w wieku czternastu lat) pytany, kim
chciałbym zostać w przyszłości, nie udzielałem idiotycznych odpowiedzi,
jak wielu moich kolegów, że strażakiem. Zapragnąłem być dziennikarzem
radiowym. Najpierw Bohdanem Tomaszewskim, który swym pięknym głosem i poetyckimi opowieściami o tym, co działo się na jego oczach, porywał
moją wyobraźnię. To nie były jeszcze czasy telewizji, której obraz
odsuwał na bok wartość komentarza. Zresztą o tych proporcjach dowodzi
męcząca wartość komentarza przy prawdziwości obrazu. Po prostu telewidz,
widząc zdarzenia na ekranie telewizyjnym, od sprawozdawcy oczekuje tylko
oceny wyczynów sportowców i ciekawostek, które dzieją się na stadionie,
a kamera akurat tego nie pokazuje.
Słuchając w radio obrazów malowanych głosem Bohdana Tomaszewskiego, czy
to z zawodów lekkoatletycznych na stadionie White City w Londynie, czy
też wyścigu pokoju na trasie Warszawa-Berlin-Praga... byliśmy uczestnikami
tych zawodów. Ileż polotu, fantazji i poezji było w jego głosie. I nie
pracował on w czasach, kiedy miał na słuchawkach zwrotny dźwięk. Raczej
zalecenia, by zachwycać się hokeistami radzieckimi. A jego relacje
tenisowe, kiedy słowa współgrały z odgłosem odbijanej piłki. Przyznam
się, że sam wtedy w swojej wyobraźni bawiłem się w udawanie
Tomaszewskiego! Któż zresztą tego nie robił spośród kolegów z mojego
pokolenia? Niejeden mi się przyznał.
Drugim takim bożyszczem, szczególnie kiedy na fali pokoleniowej
zbliżyłem się do muzyki, był Lucjan Kydryński. Bez jego niedzielnej
"Rewii piosenek" i książek: Znajomi z estrady, Znajomi z płyt oraz
muzycznych audycji telewizyjnych jak np. "Muzyka, lekka, łatwa i przyjemna" być może nie trafiłbym do zawodowego zajmowania się muzyką.
Zazdrościłem mu tego jego "r", które podkreślało siłę jego wypowiedzi.
Kydryński miał jedną przewagę nad prezenterami nowej fali muzyki na
początku lat 60. Uświadomił nam, że ta muzyka nie wzięła się znikąd, że
rewolucje muzyczne są pozorne i zawarte bardziej w stylistyce niż jej
istocie. Kiedy więc moje pokolenie szalało na punkcie Beatlesów, ja nie
omijałem Franka Sinatry, Deana Martina, Binga Crosby'ego, Louisa
Armstronga, Maurice'a Chevaliera, Edith Piaf, Charles'a Aznavoura, Sachy
Distela, ale także Adriano Celentano czy Dalidy, a nawet Marino
Mariniego.
Kydryński był przychylny nowej fali, ale na tyle rozsądny, że nie
odcinał ciągłości przemian w muzyce. To przecież stylistyczna zmienność
i pokoleniowa fantazja są siłą napędową muzyki, szczególnie rozrywkowej.
Bo opera i klasyka już dawno zastygły w swych formalnych formułach, i dlatego może mniej zarabiają.
Tak więc wchodziłem w życie dorosłe z myślą, żeby być Tomaszewskim lub
Kydryńskim. I z jednej strony w przestrzeń mojego pokoju wyrzucałem z siebie wyimaginowane relacje sportowe, a z drugiej strony pisałem też na
maszynie wyimaginowane treści audycji muzycznych. Bo o ile wtedy w sporcie ze względu na jego charakter był tzw. "żywiec", o tyle audycje
muzyczne były zapisywane w formie zapowiedzi, oddawanych zresztą do
zatwierdzenia przez odpowiednio powołanych ludzi z odpowiednich
instytucji.
Marzenia się spełniają. Chcieć to móc! W 1965 roku nagrałem pierwszą
swoją audycję muzyczną w Polskim Radiu.
Jak do tego doszło? Opowiem za chwilę...
The Beatles śpiewają w Ukajali
Jest druga połowa lat 60. Ja, jako mieszkaniec Puszczykówka i absolwent
tamtejszej szkoły podstawowej, dobrze znałem fizis i sławę dwóch braci
Fiedlerów: Arkadego Radosława i Marka, z którymi do niej uczęszczałem.
To przecież słynni synowie wielkiego polskiego pisarza Arkadego
Fiedlera, zamieszkującego tę małą miejscowość pod Poznaniem. Był legendą
naszego pięknego, leśnego Puszczykówka. Przeczytałem kilka razy jego
Wyspę Robinsona, Ryby śpiewają w Ukajali, Orinoko, Gorącą wieś
Ambiwatello, Kanadę pachnącą żywicą, a nade wszystko Dywizjon 303.
Ale z braćmi Fiedlerami zaprzyjaźniłem się tak naprawdę gdzieś dopiero
po maturze. Marek chodził o klasę niżej, a Arkady Radosław o klasę
wyżej. W szkole podstawowej były to
przepaści wręcz pokoleniowe!
Ich ojciec dużo podróżował, często też wyjeżdżał do Poznania, gdzie miał
swoją pracownię przy placu Wolności. Ale regularnie przyjeżdżał do
Puszczykówka i wtedy spotykaliśmy się na przepięknych biesiadach,
pełnych uczty duchowej i słuchania jego opowieści. Ale też alkoholu,
pitego jednak w małych, solidnych "kielonkach", jak to mówiliśmy. A potem wracał do Poznania. Ponieważ dbał o kondycję fizyczną podróżnika,
dla jej utrzymania kazał swoim synom pakować dwie paczki składające się
z cegieł. Kto lubi podróżować, wie, jaką zmorą bywa bagaż.
Kiedy wyjeżdżał i wracał do swojej pracowni w Poznaniu, a jeszcze
lepiej, kiedy wyruszał w świat, to my wspólnie zarządzaliśmy
posiadłością, balangi trwały czasami do rana. Czy zna ktoś dzisiaj to
słowo? Te prywatki niezapomniane, jak po latach śpiewał mój przyjaciel
Wojtek Gąssowski, przeszły do legendy Puszczykówka.
A potem ojciec wracał i prowadziliśmy intelektualne dysputy.
Ale najważniejszym wydarzeniem dla naszego towarzystwa był przyjazd z Londynu kuzynki Fiedlerów, Tamary McLorg wraz z mamą Conchitą, siostrą
gospodyni domu pani Marii.
Ciekawe to były mieszanki narodowościowe. Otóż Arkady Radosław i Marek
byli synami Polaka i Włoszki, natomiast Tamara była córką Włoszki i Szkota.
Nie muszę państwu - mam nadzieję - a zwłaszcza młodemu pokoleniu
tłumaczyć, kto to był w polskiej literaturze Arkady Fiedler.
Dla nas wtedy niezwykłe znaczenie miał przyjazd Tamary. Ona do tego
zatęchłego komunistycznego świata przywiozła nam powiew Zachodu. To była
połowa lat 60., a pop kultura świata wywodziła się wówczas z Londynu.
Dostaliśmy więc powiew tego, co pochodziło prosto stamtąd!
Ale Tamara nie przyjechała nas pouczać; przyjechała uczyć się w szkole
baletowej Conrada Drzewieckiego. Bo polska kultura wyższego lotu była
dalej ceniona w świecie. Ale i to nie było najważniejsze. Przede
wszystkim przywiozła ze sobą walizkę płyt z przebojami sprzed lat i aktualnymi.
Przebywając ze względu na studia przez kilka lat w Polsce, sprowadzała z Londynu najnowsze płyty, a była to epoka The Beatles, The Rolling Stones
czy The Animals. Pamiętam, jak nasze towarzystwo dzieliło się, kto jest
za kim. Mało tego: Tamara zaabonowała wtedy gazetę "New Musical
Express". Dzięki temu byliśmy więc najlepiej zorientowanym towarzystwem
muzycznym w tym czasie, przynajmniej w naszej okolicy.
Jedną z popularniejszych audycji muzycznych w Polskim Radiu w Poznaniu,
ale o zasięgu na całą Polskę, była "Grająca szafa". Audycja Janusza
Hojana i Stanisława Kamińskiego prowadzona przez Jacka Żuralskiego była
bardzo popularna, ale wyraźnie nie nadążała za Top Twenty, angielską
listą przebojów, która wyznaczała przeboje tamtych czasów. Ale kto by
pomyślał w ówczesnym radiu o zabezpieczeniu w muzykę, i to z tego
wstrętnego Zachodu.
Wtedy to redaktor audycji musiał własnym sumptem uzyskać płyty i przynieść je do studia, by zaprezentować radiosłuchaczom. Lucjan
Kydryński czy Roman Waschko, słynni wówczas autorzy audycji muzycznych,
byli już na tyle umocowani w kontaktach międzynarodowych, że otrzymywali
od zagranicznych wytwórni płytowych tzw. egzemplarze recenzenckie. Bo
przecież w interesie wytwórni płytowych było promowanie swoich
wydawnictw. Tylko że Polacy musieli się o to upomnieć, gdyż jako rynek
fonograficzny byliśmy wtedy dla nich nie do zagospodarowania. Choćby z powodu niewymienialności naszej waluty. Ale czasem udało im się sprzedać
chociaż licencję, a my to sobie sami tłoczyliśmy na tym tragicznie w Polsce zagospodarowanym polu fonograficznym.
I raptem mieliśmy tę muzykę w domu Fiedlerów dzięki Tamarze!
Wtedy z tym skarbem, czyli z tymi płytami, poszedłem do Polskiego Radia
w Poznaniu na ulicę Berwińskiego, by sobie przegrali na taśmy. Przyjęli
mnie z otwartymi ramionami. Zaproponowali nawet, żebym pomógł im w stworzeniu listy przebojów. Moje zaangażowanie emocjonalne i jego efekty
były tak duże, że Janusz Hojan zaproponował mi własną audycję. Choć jego
propozycja była, jak to zwykle u niego, koniunkturalna.
W tym czasie Hojan zaangażował mnie do swoich działań radiowych, ale też
koncertowych - był trębaczem związanym z piosenkarką Wiesławą Drojecką i potrzebował promotora (wtedy tak to się nazywało) dla zespołu Tarpany.
Wiedział, że z moją pasją znalazł idealnego człowieka. I dał mi
cotygodniowe audycje "Klub Miłośników Tarpanów". Aż naczelny się
wkurzył: "Czy to jest audycja reklamowa samochodów rolniczych Tarpan?" -
których produkcję uruchomiono akurat wtedy w podpoznańskim Antoninku, a z której po prawie pół wieku wyrosła montażownia volkswagena.
Jeszcze parę słów o Tarpanach - zespole, a nie samochodach. Powstał on
na bazie gdańskiego zespołu Golderous z solistą Edwardem Hulewiczem.
Tutaj w Poznaniu, gdzie zespół wylądował po udanej trasie w Czechosłowacji, dołączyły do niego miejscowe talenty: Halina Frąckowiak,
Halina Żytkowiak i Adam Adamski. Byłem zauroczony tym zespołem i zaangażowałem się we współpracę i, co najważniejsze, w przyjaźń z nimi!
Szczególnie z Edwardem Hulewiczem i dlatego do dziś w Wikipedii widnieje
informacja, że byłem jego menedżerem. Wtedy w Polsce takie słowo nie
było jeszcze znane. Czy byłem menedżerem? Raczej doradcą i to ja
bardziej uczyłem się zawodu przy nim.
W tym zespole poznałem też krajankę, czyli dziewczynę z Wildy, Halinę
Żytkowiak. To były lata 1965-1968. Nie wiedziałem, że ten trop wiedzie
mnie do przyszłej współpracy z Krzysztofem Krawczykiem.
Na zastrzeżenia szefa Radia co do nazwy audycji zaproponowałem jej nowy
tytuł "Radiowy Klub Polskiej Muzyki Młodzieżowej" i rozszerzenie jej
formuły na obraz całej muzyki w tym stylu w Polsce. Bardzo się ten
pomysł spodobał dyrektorowi Stanisławowi Kubiakowi.
Kiedy piszę tę książkę, która opiera się na przygodach mojego życia, to
stwierdzam, nie bez skromności, że jednak mimo trudnych czasów
potrafiłem się w życiu "przepychać". I to samo zalecam wszystkim młodym
ludziom, którzy zdecydowali się przeczytać tę w sumie dziwną, może
atrakcyjną, ale jednak niełatwą książkę. Dlaczego niełatwą? Bo jeżeli
spojrzeć na to wszystko z perspektywy dzisiejszych czasów, to nie do
końca może być wiele tamtych zdarzeń i zachowań zrozumiałe. Ale może
jednocześnie budzić refleksje, że w pewnych sytuacjach, niezależnie od
czasów ludzie zachowują się podobnie. Moja przebojowość w Polskim Radiu
Poznań przy ulicy Berwińskiego przestała się podobać mojemu odkrywcy,
redaktorowi Januszowi Hojanowi. Powiedziałbym: zacząłem wykazywać zbyt
dużą samodzielność i w poglądach, i w działaniach. A on znany był ze
swoich egoistycznych i niszczących poczynań. Można się też było domyślać
podstawy jego umocowania, jeżeli rozmowa z nim przechodziła na tematy
polityczne. Wtedy tylko zadawał pytania. Zwrócił mi na to uwagę mój nowo
poznany w radiu, też nowy przyjaciel a potem mentor, Jerzy Milian.
I być może szybko bym z tego Polskiego Radia "wyleciał", gdybym
przypadkiem nie zaprzyjaźnił się z samym synem dyrektora rozgłośni,
Wojtkiem Kubiakiem. Tak samo rozkochanym w muzyce naszego pokolenia, a do tego grającym jeszcze na gitarze elektrycznej, przywiezionej mu przez
ojca z zaprzyjaźnionego z Poznaniem Cottbus. Kiedy go towarzysze z NRD
zapytali, co chciałby towarzysz dyrektor zabrać dla rodziny,
odpowiedział: "Gitarę elektryczną dla syna". Już widzę zdziwienie
Genosse!
Wojtek okazał się nie tylko świetnym kumplem i moją polisą
ubezpieczeniową w poznańskim radiu. Był mi pomocny na każdym kroku, choć
ja wykonywałem tę czarną robotę. Ale ja to lubiłem robić. Do mnie
należało praktycznie zredagowanie całych audycji. On tylko przychodził
na nagranie i dawał swój głos. Ale jakże to był cenny głos. Do tego
jeszcze założyliśmy własny zespół pod nazwą Birbanci, w składzie:
Przemek i Wojtek Lisieccy, Michał Stuligrosz i Wojtek Kubiak.
Jako radiowcy współpracowaliśmy owocnie przez osiem lat, ale ja nazbyt
zacząłem "wyrywać się na niepodległość". Kiedy zostałem dyrektorem
artystycznym Estrady Poznańskiej, dyrektor Kubiak nie wytrzymał tego i zabrał mi audycję.
Czyż nie jest to paradoksem, że wkrótce, kiedy umarł, ja niosłem za jego
trumną wieniec od Estrady Poznańskiej?