Odzwierciedlenie - A.E. Szumska

Reflow text when sidebars are open.
Drzwi do ich domu są zamknięte, ale teraz to raczej normalne w tej okolicy. Nie słychać żadnych dźwięków, żadnych zapachów. Marcelina puka trzy razy niezbyt głośno, ale stanowczo. Gdy nikt nam nie otwiera, naciskam przycisk dzwonka, który zaczyna grać nieznaną mi melodyjkę.
Drzwi po chwili się otwierają i w progu staje Aneta Kowalska. Jest na bosaka i w rozciągniętym swetrze. Na twarzy ma coś między zmęczeniem a zaskoczeniem. Nie dziwię się jej, choć z drugiej strony po wizycie policjantów nie można wykluczyć kolejnych odwiedzin i pytań.
- Dobry wieczór - odzywa się Marcelina, uśmiechając się lekko. - Nie przeszkadzamy pani?
- Nie... - Kowalska waha się, odpowiadając, i zadaje nam pytanie: - Coś się stało?
- Nie, nie. Przynieśliśmy ciasto. Pomyśleliśmy, że może... warto się w końcu poznać bliżej i trochę porozmawiać.
Aneta patrzy na nas, jakby próbowała dostrzec ukryte znaczenie wizyty. Po chwili kiwa głową i otwiera szerzej drzwi, zapraszając nas do środka.
Ruchem ręki wskazuje nam drogę do korytarza.
Wchodzimy zaraz za nią, a ona prowadzi nas prosto do salonu. Moją uwagę przykuwa ciepłe światło żarówek w pięknej lampie wiszącej na środku pokoju oraz pastelowe zasłony. W kącie stoi mały stolik z puzzlami, które są porozrzucane, jakby w pośpiechu ktoś je wyrzucił z pudełka, a na komodzie zauważam pustą ramkę na zdjęcia. W tej chwili nagle z drugiego pokoju dochodzi dźwięk, coś pomiędzy szmerem a płaczem.
Zamieram na chwilę i widzę wielkie oczy Marceliny, które patrzą na mnie.
- Przepraszam... ktoś tam jest? - Moja siostra zadaje pytanie, nie patrząc na Kowalską, tylko prosto na mnie.
- Serial - odpowiada Aneta, według mnie zbyt szybko. - Serial - powtarza i dodaje: - Mam laptopa w sypialni i zostawiłam go włączonego. Oglądam swój ulubiony serial.
Marcelina ponownie wymienia ze mną spojrzenie.
- Pomyśleliśmy... że dobrze byłoby pogadać. Po tym wszystkim, co się stało - słyszę głos mojej siostry, a gdy to mówi, jest miękki, niemal matczyny. - Czujecie się bezpiecznie?
- Bezpiecznie? - Aneta głośno zadaje pytanie i dopowiada: - Nie wiem. Chyba nikt już się tutaj tak nie czuje.
Siadam na brzegu fotela i tym razem sam zadaję pytanie sąsiadce:
- Byliście wtedy w domu?
(...)
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
(fragment nieopublikowanej powieści -Joachim Bednarczyk)
Niektóre dźwięki wracają i ponownie przychodzą tylko nocą i tylko wtedy, gdy świat zapada w ciszę. W dzień uciekają w szum ulic, warkot samochodów, w stukot klawiatur oraz w rozmowy, które mają udawać normalność. Ale noc nie kłamie. Noc przynosi wszystko z powrotem. Noc nie udaje.
Najpierw słychać krótki, podwójny dźwięk, jakby ktoś uderzył w cienką, metalową barierkę. Potem odległy trzask, który zawsze kojarzy mi się z zamykanymi drzwiami od piwnicy i zamyka przestrzeń w ciemności.
W tle słychać oddech - krótki i urywany. Taki jak wtedy, gdy łzy wysychają zbyt szybko, jak u dziecka po długim płaczu. Potem zapada cisza.
Czasem są to kroki, które zaczynają się miękko, prawie jak dotyk, ale z każdym kolejnym ciężar rośnie. Nigdy nie jest ich więcej niż cztery, a potem znów zapada cisza.
Bywa, że przebija się inny dźwięk, jak krótka melodia, zapętlona w nieskończoność, jakby nie wiedziała, że powinna się skończyć. Dobiega jak z zabawki, która wciąż działa, choć bateria powinna się dawno wyczerpać. Gdzieś w środku kryje się głos, a raczej szept. Mówi dwa słowa, lecz pamiętam tylko jedno.
Ludzie myślą, że to tylko wspomnienia, ale wspomnienia nie zmieniają miejsca. Te dźwięki wracają z nowych kątów, jakby wędrowały po mapie, której nie potrafię jeszcze odczytać.
Te odgłosy wędrują i wciąż wracają z innych stron, jakby przemierzały ścieżki, o których nikt już nie pamięta. Ścieżki, które wciąż prowadzą w dół. Takie mam wrażenie.
Jeśli kiedykolwiek przyłożysz ucho do ziemi, usłyszysz więcej, niż chciałbyś wiedzieć. I zrozumiesz, że nie wszystko, co jest zamknięte, jest naprawdę bezpieczne. Najważniejsze pytanie: czy jesteś gotów, by to zrozumieć?
Dzieci milczą, ale echo ich kroków zawsze prowadzi w to samo miejsce. Nie pytaj, kto je zabrał, pytaj, kto na to pozwolił. A jeśli kiedyś w nocy usłyszysz szelest zabawki, która powtarza obcy głos, uciekaj.
Nigdy nie sądziłem, że po latach wrócę do własnych słów, a fikcja stanie się cieniem rzeczywistości.
Zaczęło się. Znowu. Nikt tak nie wpływa na moje myśli. Wtedy wydaje mi się, że jestem zupełnie gdzie indziej, że jest jasno, spokojnie, słyszę brzęczenie pszczół i ćwierkanie ptaków. Ten stan trwa jakieś pięć minut. Potem wracam do normalności, tej strasznej. Znów jestem w ciemnym pokoju, gdzie zza okna widać tylko żelazne kraty. Jego uścisk na mojej szyi spowalnia bicie mojego serca, a na dodatek za każdym razem czuję, jak powoli przestaję oddychać. Wtedy puszcza moją szyję i kończy mnie dusić, a po jego odgłosie wiem, że skończył. Wychodzi i znów zostaję sama.
- Joachim, co robisz? - słyszę wołanie, które wytrąca mnie z pisania. Ostatnio tak dobrze mi idzie. Znów po prawie roku czuję, że mam wenę.
- Piszę - odpowiadam i ponownie zatracam się w swojej nowej książce, nad którą ostatnio długo rozmyślałem.
- Obiad już jest gotowy. Zejdziesz na dół?
- Nieee!
- Przynieść ci? - słyszę, ale tym razem nic nie odpowiadam.
Siedzę przy komputerze i tworzę dalej, a moje palce suną po klawiaturze, jakby grały melodie na fortepianie jakiegoś dobrze znanego mi utworu. Uwielbiam to uczucie, znowu jestem sobą.
Czasami żałuję, że mnie wtedy nie zabił, gdy po raz pierwszy mnie znalazł. Myślami jestem z moimi rodzicami. Czy o mnie myślą? Czy mnie szukają? Czy za mną tęsknią? Czy nie stracili jeszcze nadziei, że kiedykolwiek mnie odnajdą? Nie wiem, ile to minęło czasu, odkąd tu jestem, ale za każdym razem to obraz mojej mamy i taty trzyma mnie przy życiu. Niewiele pamiętam z tamtego czasu, bo przez niego mam zaburzone myśli. Wszystko mi się miesza, a w mojej głowie panuje chaos.
Przerywa mi pukanie do drzwi.
- Joachim, musisz coś jeść. - Do pokoju wchodzi moja siostra, która niesie mi talerz z obiadem.
- Czy ty nigdy nie odpuścisz? - pytam ją z uśmiechem na twarzy.
- Tak bardzo się cieszę, że znów piszesz, i chcę ci pomóc. Chociaż tyle mogę zrobić, żeby tamten czas odszedł w niepamięć.
Ponad dwa lata temu trafiłem do ośrodka dla uzależnionych. Marcelina wtedy bardzo mi pomogła. To ona nalegała, żebym poszedł na leczenie, chociaż ja sam uważałem, że tego nie potrzebuję. Miałem zupełnie inne wyobrażenie o życiu, które przeżywałem na haju. Mój stan odurzenia i euforyczny nastrój pomagały mi przetrwać stratę żony, którą tak bardzo kochałem. Nic więcej się wtedy nie liczyło. Skończyłem z pisaniem, zacząłem brać coraz częściej. Tylko tak mogłem żyć. W końcu Marcelina, która nie mogła patrzeć na mój upadek, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Nawet nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, że zgodziłem się na leczenie. Wszystko było już załatwione - prywatny ośrodek, a nawet transport. Gdy się ocknąłem, czułem się strasznie zmęczony, bezsilny, nie mogłem spać, trząsłem się, że aż zgrzytały mi zęby i kołatało mi serce. To tylko część objawów zespołu abstynencyjnego. Potem było jeszcze gorzej - ciągłe wymioty i to uczucie głodu. Na szczęście miałem przy sobie wyuczonych ludzi, dzięki którym stanąłem na nogi. To oni i codzienne terapie z nimi pozwoliły mi wyjść z tak strasznej choroby. Z nałogu.
- Dziękuję. A co zrobiłaś? - Biorę talerz i widzę swoje ulubione knedle.
- Smacznego. Zjedz i wracaj do pisania. - Marcelina już nie odpowiada na moje pytanie, tylko wychodzi z pokoju.
Zajadam z apetytem, a jeszcze miesiąc temu nie zjadłbym takiej porcji naraz. Kończę i siadam z powrotem do mojej bohaterki, która nie ma lekko. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz i sam nie wiem, skąd takie pomysły rodzą się w mojej głowie. Jest to wspaniałe uczucie, pełne podniecenia, gdy czuję, że wróciłem do swojego żywiołu.
Moja mama i tata są gdzieś daleko, bo jedyne, co pamiętam, to to, że gdy wciągnął mnie do furgonetki, to jechałam bardzo długo. Przez całą drogę miałam skrępowane ręce i nogi oraz zaklejoną buzię. Raz podczas podróży stanęliśmy, jak się domyśliłam po wydawanych odgłosach, na jakiejś stacji benzynowej. Próbowałam wydawać z siebie dźwięki, żeby ktoś mnie usłyszał, byłam przerażona. W oddali słyszałam głos jakiegoś mężczyzny, który go zapytał, czy wszystko w porządku, a on nic nie odpowiedział albo było to tak cicho, że już nie dosłyszałam. Wtedy miałam jeszcze nadzieję...
- Joachim, słyszałeś?! - Marcelina znów drze się z dołu.
Zwariuję zaraz, jak jej nie uciszę. Od ponad godziny ciągle mi przeszkadza.
- Co miałem słyszeć? - Gdy to krzyczę, ona już stoi w drzwiach.
- Antosia, ta dziewczynka z naprzeciwka, ona jest w telewizji. Szukają ją. Córeczka naszych sąsiadów zaginęła.
Wypowiada, a bardziej wykrzykuje te słowa, jakby strzelała z karabinu maszynowego. Łapię co drugi wyraz, ale udaje mi się wywnioskować, że zaginęła nasza mała sąsiadka.
- Co się stało? - Odsuwam się od biurka i wstaję od komputera.
- Chodź lepiej posłuchaj wiadomości, alerty są puszczane prawie na każdym programie.
Schodzimy razem na dół. Stojąc w drzwiach, widzę w wiadomościach, jak mówią o porwaniu dziecka.
- Ona nie zaginęła, ona została porwana, a to jest duża różnica - stwierdzam, spoglądając na siostrę.
W telewizji ponownie nadają w wiadomościach informację o zaginionej dziewczynce. Antosia została zabrana spod swojego domu, gdy wracała ze szkoły. W biały dzień. Furgonetka, która stała na parkingu przed jej domem, nie wydawała się podejrzana, chociaż powinna, a wydaje mi się, że od jakiegoś czasu widywałem ten samochód. Najdziwniejsze było to, że zawsze ktoś się w nim znajdował.
- Muszę to zgłosić - stanowczo zwracam się do Marceliny.
- Co? - pyta z zaciekawienia.
- Ten samochód. Widziałem go. On stał od kilku dni na parkingu naszego osiedla. Zawsze ktoś siedział w środku.
- To dlaczego wcześniej cię to nie zaciekawiło?
- Bo ktoś siedział na miejscu pasażera. Wyglądało, jakby czekał na kierowcę, wyglądało to normalnie.
- W sumie masz rację. A jak sprawców było dwóch?
- Tego nie można wykluczyć. Jeszcze dzisiaj podjadę na komisariat.
- A twoja książka? Masz teraz wenę. Nie chcę, żebyś angażował się w coś, co wytrąci cię z równowagi.
- Czy ty słyszysz, co mówisz? Tu chodzi o życie dziecka. Ile ona ma lat? Siedem?
- Osiem - odpowiada moja siostra i dodaje: - Masz rację, pojedziemy razem.
W tym momencie słyszymy dzwonek do drzwi.
- Otworzę. - Marcelina omal się nie wywraca, zahaczając nogą o dywan, kiedy w pośpiechu kieruje się w stronę drzwi.
- Ten dywan miałaś już dawno wyrzucić - mówię cicho, ale chyba mnie nie słyszy, bo nic nie odpowiada.
- Dzień dobry. Aspirant Sławomir Śnieżewski i młodszy aspirant Sylwester Parczewski. Czy pani Marcelina Konieczna? - słyszę, jak policjanci się przedstawiają, a moja siostra potwierdza i zaprasza ich do domu.
Nim weszli do salonu, zdążyłem już wstać i teraz podchodzę do nich, podaję rękę i się przedstawiam:
- Dzień dobry. Joachim Bednarczyk, brat Marceliny.
- Dzień dobry - odpowiadają w jednym czasie policjanci i ponownie się przedstawiają.
- Mamy do państwa kilka pytań. Czy możemy zacząć? - pyta ten wyższy, chyba Sylwester.
- Tak, czy chodzi o zaginioną dziewczynkę? - pyta moja siostra, a ja dodaję:
- Porwaną.
Wszyscy patrzą na mnie, po czym ten niższy się odzywa i pyta mnie, czy wiem, co się stało z sąsiadką z naprzeciwka.
- Oglądaliśmy telewizję i już dziś słyszeliśmy w wiadomościach alerty o zaginionej Antosi - zaczynam stwierdzać, gdy przerywa moja siostra:
- To straszne, co się stało. Ona ma dopiero osiem lat.
- Jak dobrze państwo znają sąsiadów Lewandowskich?
- Może nie na tyle, żeby spotykać się na kawce, ale to nasi sąsiedzi. I to bliscy. Zawsze rano, jak wychodzę do pracy, to spotykamy się na ulicy. Mówimy sobie "dzień dobry", życzymy miłego dnia. Antosia zawsze macha do mnie ręką na powitanie. Jest taka słodka...- odpowiada moja siostra i przez chwilę się zamyśla. Po czym dodaje: - Kiedyś Antoninka zaprosiła mnie na swoje urodzinki, było to chyba ze dwa lata temu. Miała wtedy sześć lat... - Marcelina nic więcej nie dodaje, a w jej oczach pojawiają się łzy.
- Siostra przeżyła tragedię swojego dziecka, to wywołuje u niej silne emocje i tragiczne wspomnienie.
Wtedy byłem ciągle na haju, naszprycowany narkotykami, więc nie pamiętam z tego okresu zbyt wiele. Jedynie mam do siebie żal, że nie byłem trzeźwy w momencie, gdy Marcela mnie najbardziej potrzebowała. Najpierw śmierć córeczki, potem odejście tego frajera Darka. Co za debil zostawia żonę, gdy ta najbardziej go potrzebuje...
- Czy była pani na tych urodzinach? - pyta wyższy policjant.
- Nie - odpowiada cicho Marcela, a ja dopowiadam:
- Moja siostra wtedy przechodziła ciężki okres. Antosia wraz ze swoimi rodzicami chciała, aby Marcelina chociaż przez chwilę przestała myśleć o Kalince, jej córeczce, która zmarła na białaczkę, ale myślę, że było wtedy za wcześnie na jakiekolwiek spotkania.
- To prawda - mówi Marcela. - Antoninka za bardzo przypominała mi moją Kalinkę. Była co prawda od niej starsza o jakieś trzy lata, ale były takie podobne, jak większość małych dzieci. Piękne buzie, duże oczka i jeszcze do tego w tym samym czarnym kolorze... - Marcela zaczyna płakać.
- Przepraszamy, jeśli nawiązaliśmy do bolesnych wspomnień - wypowiada się ten niższy policjant i zwraca się po chwili do mnie: - A pan? Zna pan tę rodzinę? Dziewczynkę, Antoninę?
- Zamieszkałem niedawno u mojej siostry, bo oboje siebie w tym momencie potrzebujemy. Jestem tu od prawie roku, więc zdążyłem nieco poznać prawie wszystkich sąsiadów. Nie da się ich nie zauważyć, chociażby jak wychodzi się po zakupy czy na spacer.
- A gdzie pan pracuje? - dopytuje starszy aspirant Sławomir.
- Jestem pisarzem, obecnie piszę tutaj, w domu u siostry. Mam swój pokój na piętrze, moje okna wychodzą na ulicę. Zanim panowie do nas przyjechali, chciałem sam się zgłosić na policję, żeby opowiedzieć o tej furgonetce, która porwała małą Antosię.
- Dopiero skojarzyłem.... Pan Joachim Bednarczyk. Jakiś czas temu czytałem pana książkę, zaraz przypomnę sobie tytuł... - Przez chwilę drapie się po głowie, po czym mówi: - Zagadka zaginionego medalionu. Świetna fabuła i szybko mi się czytało, szczególnie wątek z jaskinią.
- Dziękuję - odpowiadam i pytam, czy czytał też inne moje książki.
- Ja nie, ale moja żona ma całą kolekcję. Hmm... chyba wszystkie, bo zajmują dwie półki na regale.
- Miło słyszeć, że mam fankę. - Uśmiecham się, gdy aspirant Sylwester zadaje mi pytanie, po czym wyciąga notes i długopis gotowy do zapisania tego, co zaraz powiem.
- Wspomniał pan o furgonetce. Zna pan porywacza Antoniny?
- Nie, absolutnie nie znam, ale widziałem ten samochód od kilku dni. Może od jakiegoś tygodnia, na pewno nie więcej.
- Co pan widział? Gdzie stał? Kto w nim się znajdował i co robił? - Policjant wyrzuca z siebie szereg pytań.
- Stał zawsze w tym samym miejscu, po prawej stronie, wzdłuż ulicy na parkingu. Około trzydziestu metrów od domu porwanej dziewczynki.
- Czy widział pan, kto był w środku?
- Aż tak szczegółowo to nie, ale osoba ta siedziała po stronie pasażera. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, bo wyglądało, jakby ktoś na kogoś czekał, a na pewno na kierowcę.
- Czyli sprawców było dwóch - stwierdza aspirant Sylwester.
- Niekoniecznie - odpowiadam, po czym dodaję: - Jak tak sobie myślę, to ani razu nie widziałem drugiej osoby, to znaczy kierowcy.
- Mógł pan przeoczyć, gdy ktoś wysiadał z samochodu.
- Tak, mogłem, ale ostatnio miałem ciężki okres, brak weny, siedziałem przy oknie w moim pokoju na górze i patrzyłem przez nie bez sensu. Tak naprawdę to dzisiaj po długiej, nawet bardzo długiej przerwie zacząłem znów pisać.
- Gratulacje - odzywa się ten policjant, który wcześniej mnie skojarzył.
- Czy możemy pójść do góry zobaczyć tę lokalizację, pokój, z którego widać ten parking? - zapytał ten drugi.
- Tak, oczywiście - mówi Marcelina, po czym wszyscy wstajemy ze swoich miejsc.
Policjanci w ciszy idą za nami. Marcelina prowadzi, ja dotrzymuję jej kroku, podążając zaraz za nią.
Wchodzimy do pokoju, w którym goszczę prawie od roku, ale dopiero dzisiaj zacząłem znów pisać. Na swoim koncie mam osiemnaście powieści. Same thrillery i kryminały, i pewnie gdyby nie przerwa wynikająca z mojego nałogu, która stoczyła mnie na dno, już dawno wydałbym kolejną książkę. Ale nie żałuję, chyba musiałem odchorować śmierć żony, którą kochałem nad życie. I gdyby nie moja siostra, chyba umarłbym z przedawkowania. Bez ośrodka leczenia uzależnień i wsparcia, jakie tam otrzymałem, nie byłbym teraz w tym miejscu, w jakim się znajduję. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
- Czy to przez to okno widział pan ten samochód? - pyta mnie aspirant Sławomir.
- Tak - odpowiadam i podchodzę bliżej okna, zza którego widać parking po przeciwnej stronie ulicy.
- Proszę dokładnie nam pokazać, w którym stał miejscu. - Tym razem pytanie zadaje pan Sylwester.
- To może usiądę w pozycji, jaką zawsze przyjmuję, gdy tylko chcę zacząć pisać. - Przez moment się zastanawiam, bo ostatnio w ogóle nic nie pisałem. Ile to trwało? Dziesięć miesięcy bezsensownego siedzenia i czekania, aż coś przyjdzie mi do głowy. - Tak naprawdę to ostatnimi czasy cały czas patrzyłem w okno, ciągle obserwowałem naszą ulicę i czekałem na wenę, która dopiero dzisiaj do mnie przyszła.
- Gratuluję - odpowiada ten policjant, który jest zachwycony moją książką - ale przejdźmy do rzeczy: gdzie stało auto i co dokładnie pan widział? Wie pan, że może być to kluczowe dla śledztwa, a liczą się pierwsze godziny po zaginięciu.
- Porwaniu - mówię, a oni obaj dziwnie na mnie patrzą, ale po chwili zaczynają kiwać głowami z zaciśniętymi ustami, przyznając mi rację.
- Tak, raczej taką przyjęliśmy wersję. Antosia została porwana, na to też wskazują rozmowy z jej rodzicami.
Siadam w fotelu przed komputerem, skąd, kiedy nie patrzę w ekran monitora, mam widok za oknem prosto na nasz osiedlowy parking. Widzę domy w zabudowie szeregowej z łączącą je wiatą. Razem jest ich dziesięć, ale przez delikatny zakręt w zasięgu wzroku mam ich siedem. Dom Antosi znajduje się dosłownie naprzeciw naszego.
- Samochód stał zaparkowany pod domem numer dwanaście. To jest cztery domki za Lewandowskimi.
- Proszę wstać, ja usiądę i zobaczę, jaka jest widoczność. - Podchodzi do mnie bliżej jeden z policjantów, a ja podnoszę się z krzesła i ustępuję mu miejsca.
- Czy z tej odległości było widać osobę, która była w środku, jak pan powiedział, na miejscu pasażera?
- Raczej niezupełnie, nie widać, kto to był, ale był zarys postaci, który można było zaobserwować.
- A kierowca? Widział pan kierowcę?
- Niestety nie. Jakoś nie zwracałem szczególnie uwagi na tę furgonetkę... - Zamyślam się na moment. - Dziś zacząłem pisać książkę o dziewczynce, która została porwana przez sprawcę w furgonetce, było to też dziecko, tylko że trochę starsze od naszej małej sąsiadki...
- Joachim - mówi do mnie Marcela, a ja, ocknąwszy się z zamyślenia, odpowiadam:
- Zawsze siedział pasażer i teraz, jak tak myślę, to mogła to być kobieta.
- Dlaczego pan tak sądzi? - pyta aspirant Sylwester.
- Upięte włosy... - Chwilę myślę, po czym dodaję: - Na pewno kobieta. Nie widziałem dokładnie twarzy, a jej pozycja nie pozwalała na rozpoznanie sylwetki, ale miała wysoko upiętą kitkę, kok, coś w tym rodzaju.
- Mężczyzna też może mieć długie włosy - zwraca się do mnie moja siostra.
- Tak, wiem. Ale jak tak sobie przypominam, to jestem pewien, że to była kobieta.
- A tablice rejestracyjne? Pamięta pan? - Tym razem pytanie zadaje drugi policjant.
- Długo tak siedzę w tym oknie i może to dziwnie zabrzmieć, ale zapisałem je sobie. - Gdy to wypowiadam, uświadamiam sobie, że bezwiednie zanotowałem sobie numery tego samochodu. - O tu mam, proszę zobaczyć.
Podaję policjantom swój notes, w którym nieraz zapisuję dziwne rzeczy, wydawałoby mi się zupełnie niepotrzebne. A jednak może teraz się na coś przyda.
- GDA35673 - czyta na głos Sylwester i natychmiast zwraca się do kolegi, aby szybko sprawdził te numery.
- Już się robi - stwierdza Sławomir. Dzwoni od razu na komendę i podaje numery rejestracyjne do namierzenia.
Czekamy chwilę w milczeniu, zanim w słuchawce słychać, jak odzywa się głos innego funkcjonariusza. Nie słyszę, co mówi, ale po minie aspiranta Sławomira mogę wywnioskować, że nie jest to dobra wiadomość. Rozłącza się i zwraca się do swojego kolegi:
- Kradzione. Przedwczoraj ktoś zgłosił kradzież obu tablic z auta.
- Czyli nasz porywacz musiał być wcześniej w Gdyni, jeśli tablice należały do mieszkańca Gdyni.
- Niekoniecznie, pamiętaj, że od kilku miesięcy zmieniło się prawo i można zostawić numery po zakupie auta.
- Fakt, a mamy właściciela tych tablic?
- Zaraz wyślą mi dane na maila. - W tym momencie słychać odgłos przychodzącej wiadomości. - O, już mam, właściciel jest znanym aktorem. Zobacz. - Pokazuje wiadomość koledze, po czym ponownie się po cichu do niego zwraca, ale udaje mi się usłyszeć, co mówi: - Zaraz wyślę prośbę o przesłuchanie w roli świadka i ściągnę dokumenty ze zgłoszenia kradzieży.
- Czyli na razie dalej nic - dodaje już głośno Sławomir do Sylwestra, ale patrzy raz na mnie, raz na moją siostrę. - Mamy prośbę, jeśli coś sobie państwo przypomną, to prosimy o jak najszybszy kontakt. Tu są nasze wizytówki.
Dostajemy namiary na policjantów i powoli wszyscy razem w ciszy i skupieniu schodzimy z powrotem do salonu.
- A panu, panie Joachimie, życzę mnóstwa weny, żeby pan napisał kolejną świetną książkę, chociaż w to nie wątpię - zwraca się do mnie funkcjonariusz, gdy już prawie stoją w drzwiach wyjściowych.
- Dziękuję, mam nadzieję, że wróciłem do siebie i co najważniejsze, do pisania - odpowiadam, gdy Marcelina zamyka za nimi drzwi, więc nie jestem pewien, czy słyszy moją odpowiedź.
- Jak myślisz? Znajdą Antosię? - Moja siostra zadaje mi to pytanie, gdy tylko wchodzi do salonu.
- Mam taką nadzieję, Marcela. Mam taką nadzieję... - powtarzam i od razu mam w głowie obraz zamkniętej w jakimś ciemnym pomieszczeniu małej dziewczynki ze związanymi rączkami i nóżkami oraz zakneblowaną małą buźką.
- Słuchaj, a jak to najbliższa rodzina? - Marcela zadaje mi pytanie i patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. - Wiesz, że nieraz najbliżsi nas krzywdzą najbardziej.
- Co ty gadasz? - odpowiadam jej pytaniem na pytanie, ale wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Sam o takich pisałem.
- Widziałam kiedyś taki film, gdzie szukali zaginionego dziecka, a to sami rodzice je zabili i zgłosili porwanie... - na chwilę przerywa, po czym dopowiada: - To nawet był film na faktach, to się zdarzyło naprawdę, Joachim. To się zdarzyło naprawdę.
- Teraz już w tym rola policji, żeby dowieść prawdy i odnaleźć dziecko całe i zdrowe - wypowiadam te słowa do niej, gdy wstaję z fotela i kieruję się w stronę schodów. Mam w głowie plan na nową fabułę. Muszę usiąść do pisania, więc zwracam się do Marceliny: - Idę do pokoju. Tylko teraz, proszę, nie przeszkadzaj mi, bo nie ręczę za siebie, a na kolację wieczorem sam zejdę, jak zgłodnieję.
- Dobra. Już dobra. Idź pisać. Cieszę się, że w końcu jesteś sobą. - Klepie mnie po plecach, a ja odwracam się i zmierzam w stronę mojego biurka. - Pójdę na spacer. - Gdy kończy zdanie, znikam na górze w korytarzu i wchodzę do swojego pokoju, nie słyszę, czy mówi do mnie coś jeszcze.
Siadam przy biurku i patrzę w okno. Tym razem zwracam szczególną uwagę na miejsce parkingowe, w którym stał samochód porywacza. Akurat na jego miejscu jest dwóch policjantów; to ci, którzy u nas byli wcześniej. Widzę, że rozglądają się dookoła, pewnie szukają osiedlowych kamer, które mogłyby uchwycić auto w czasie postoju i pomóc namierzyć sprawcę. Nawet nie zapytałem się, skąd wiedzą, że dziewczynka została porwana przez wciągnięcie do samochodu. Czy ktoś to widział? Czy inni sąsiedzi mogą pomóc i powiedzieć coś więcej? Czy na pewno brał w tym udział samochód, którego numer rejestracyjny podałem? Ile tak naprawdę osób było w to zamieszanych? Czy mógł być tylko kierowca, który przesiadał się na czas obserwacji na miejsce pasażera? Mnóstwo pytań krąży mi po głowie i w pewnym momencie przychodzi mi nowy pomysł na moją zaczętą książkę. Zaczynam stukać w klawiaturę.
Gdy tak siedzę skulona pod ciepłym grzejnikiem, słyszę w oddali tupot małych nóżek. Jest to zupełnie różniący się odgłos od tego, który słyszałam wcześniej. Tym razem brzmi to inaczej, jakby lżejsze, mniejsze, cichsze. Po chwili dochodzi drugi odgłos znanego mi już wcześniej chodu. Jeśli się nie mylę, są to dwie osoby. Klucz od zewnętrznej strony zamka się przekręca i powoli otwierają się skrzypiące drzwi. Do mojego pomieszczenia zostaje wepchnięta mała dziewczynka. Dosłownie wepchnięta, bo upada prosto na kolana i klęcząc, spogląda prosto w moją twarz. Jest ciemno, ale nie na tyle, żeby nic nie wiedzieć. Wzrok mam przyzwyczajony, więc bez problemu się domyślam, że jest to małe dziecko. Dziewczynka wygląda na około pięć, może sześć lat, na pewno nie więcej. Po jej minie wnioskuję, że jest przerażona. Gdy zostałam tu zamknięta, byłam w jej wieku. Szybko łapię ją za ramię i przysuwam do siebie, trzymając ją w objęciach. Cała się trzęsie, więc gdy upewniam się, że poza nami nikogo już nie ma, odzywam się cichym głosem:
- Nie bój się. Jak masz na imię?
- Adelka - odpowiada, płacząc, a po chwili zanosi się od łez, co utrudnia jej oddychanie.
- Adelka, ślicznie. Nie płacz. Oddychaj równo. Raz, dwa, trzy... - zaczynam liczyć, aby pomóc się uspokoić tej małej osóbce.
Jej ciemne włoski są upięte wysoko w kitkę, a duże zielone oczy przepełnione łzami wyglądają jak z obrazka. Kiedyś miałam taką lalkę, która miała podobny wyraz spojrzenia jak to dziecko. I jej mały nosek, wydaje mi się, że jest podobny do mojego. Na sobie ma zielony dresik, który współgra z jej oczkami i gumką do włosów, która jest w takim samym kolorze.
- Chcę do mamy - odpowiada, ciągle płacząc.
- Nie płacz. Proszę. On nie lubi, gdy jest się głośno. Zajmę się tobą, obiecuję. - Gdy wypowiadam te słowa, w moich oczach pojawiają się łzy. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam. Nie mam na to siły, bo wylałam tu już morze łez.
Dziecko wtula się w moją pierś i powoli zaczyna się uspokajać.
- Opowiesz mi, co się stało? Jak się tu znalazłaś? Gdzie mieszkasz? - zadaję kilka pytań naraz, ale nie wiem, czy Adelka wszystko łapie.
Najwyraźniej ciągle jest tak bardzo przestraszona, że nie rozumie, co do niej mówię. Wkoło powtarza, że chce do mamy. Zresztą doskonale ją rozumiem, też byłam przestraszona, jak mnie porwał. Nie wiem, ile czasu już minęło, ale ciągle pamiętam tamten dzień.
Na chwilę odrywam się od pisania i przychodzi do mnie dziwne uczucie przerażenia. Tym razem myślę o naszej małej sąsiadce: czy ona czuje tak samo, jak bohaterki mojej nowej powieści? Na pewno, przecież też jest małą dziewczynką, to jeszcze bezbronne dziecko. Pisałem już książkę o dzieciach, ale nie myślałem, że taka rzecz zdarzy się wśród najbliższego otoczenia sąsiadów.
Dzień mija szybko, a ja zatracam się w pisaniu, co coraz bardziej pozytywnie wpływa na moje samopoczucie. Zanim się zorientuję, jest już prawie północ. Dziwne, że Marcela nie wołała mnie na kolację albo że sama mi jej nie przyniosła. Odchodzę od komputera i powoli udaję się na dół, w kierunku schodów. Robię to po cichu, gdyby jednak okazało się, że moja siostra już dawno śpi i nie chciała mi przeszkadzać. Na dole panuje zupełna cisza, jakby nikogo nie było, a do tego muszę zapalić światło, żeby nie przewrócić się o wcześniej wspomniany stary dywan.
Na stole stoi pusta szklanka po herbacie, w której została zużyta torebka. Marcelina nigdy nie wyrzuca jej i dopija z nią napój do ostatniej kropli. Osobiście mi to przeszkadza, ale każdy ma swoje fanaberie. Postanawiam zabrać ze sobą na górę wodę, gdy zauważam, że w korytarzu na wieszaku nie ma bluzy Marceli, którą dziś włożyła, wychodząc na spacer. Wtedy też ostatni raz ją widziałem. Szybko wbiegam po schodach, szukając swojego telefonu, żeby jak najprędzej zadzwonić do siostry. W takim samym pośpiechu postanawiam najpierw sprawdzić jej sypialnię. Wchodzę po cichu i zapalam światło. Pustka. Cisza. Łóżko zostało zaścielone rano i tak jest do tej pory.
Dziwne - myślę i przez chwilę mam w głowie niespokojną myśl, że może porwano też moją siostrę. Zaczynam się trząść tak, że z rąk wylatuje mi telefon. W tym samym momencie słyszę trzask zamykanych drzwi. Zbiegam w pośpiechu ze schodów, wpadając prosto na moją Marcelinę.
- Zwariowałeś?! - krzyczy Marcela.
- Ja zwariowałem? Chyba ty! Gdzieś ty była? Wiesz, która jest godzina? Jeszcze to porwanie...
Nie dokańczam zdania, gdy mi przerywa i dopowiada, że nie chciała mi przeszkadzać, a postanowiła pojechać autobusem za miasto na spacer po lesie, żeby odświeżyć głowę, nim się zorientowała, że ostatni autobus już dawno odjechał, nie miała powrotu.
- Marcela, przestraszyłaś mnie. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? - pytam z pretensją w głosie.
- Masz wenę. Musisz to wykorzystać - stwierdza i uzupełnia swoją wypowiedź: - A zresztą nic się nie stało. Przecież nie jestem jakąś małą siksą, która bałaby się chodzić sama po nocy. Jakbyś nie zauważył, jestem już dużą dziewczynką.
Uśmiechamy się oboje, bo ma rację, a ja chyba przez to porwanie na osiedlu i przez fabułę nowej książki zaczynam mieć koszmarne myśli.
- Idę spać, bo jestem wykończona. - Marcela udaje się do łazienki.
Sam też kładę się do łóżka i po tak twórczym dniu bardzo szybko zasypiam.
Zniknięcie małej Antosi z domu naprzeciwko powoduje, że cisza na ulicy przestaje być neutralna. Nabiera ona ciężaru, jakby w ścianach tkwiły oddechy tych, którzy wiedzą więcej, niż powinni. Ludzie przestają mówić "dzień dobry" z odruchu, gdy teraz każde słowo jest wyborem, a każde spojrzenie ocenia, waży i osądza. Sąsiedzi są zaniepokojeni i zaczynają dziwnie się zachowywać.
Siedzę przy kuchennym stole i bawię się łyżeczką od herbaty. Marcelina stoi przy oknie i nerwowo skubie paznokieć, jakby ta umiejętność pozostała jej w pamięci, odkąd była małą dziewczynką.
- Wiesz, że ja nie wiem, jak mają na imię ludzie z naprzeciwka? Nie rodzice Antosi, ale ci obok - rzuca nagle. - Chodzę tu od lat i nie mam pojęcia, kim są ci wszyscy ludzie. Dziwne, ale takie sytuacje wymuszają na nas głębsze myślenie i uświadomienie sobie, jak mało ciągle wiemy o otaczającym nas świecie.
Wzruszam ramionami i komentuję:
- Nigdy nie było potrzeby. A może bardziej: ty nigdy nie miałaś i nie czułaś tego.
- Ale teraz jest, Joachim. - Marcela odwraca się do mnie i kontynuuje: - Ktoś porwał dziecko, Joachim. Dziecko. Z tego osiedla. Z tej ulicy. Może tuż obok. Może... ktoś, komu się codziennie kłaniamy, schodząc ze schodów naszych domów czy idąc po ulicy. - Końcówkę wypowiedzi wymawia dużo ciszej, jakby w jej głowie kłębiły się najgorsze myśli.
Unoszę brwi i muszę dziwnie wyglądać z taką miną, bo milczenie między nami nie jest obojętne. Wszyscy je znają - jest to ciche napięcie, które wypełnia ulice, wszystkie domy dookoła, piwnice, a nawet spojrzenia przez wizjer.
- Może powinniśmy z nimi porozmawiać - dodaje cicho Marcelina. - Tylko... normalnie. Bez żadnych podejrzeń. Wiesz, tak na luzie.
Kiwam głową i podnoszę się z krzesła, po czym sięgam po pojemnik z domowym ciastem, które Marcelina przygotowała rano. Jest to moja ulubiona drożdżówka z kruszonką, a na dodatek jeszcze ciepła.
- Kowalscy? - pytam.
- Kowalscy - potwierdza i kontynuuje: - Oboje koło trzydziestu pięciu lat. Bezdzietne małżeństwo. Ona pracuje zdalnie jako HR-owiec w dużej firmie sprzedającej telefony, a jej mąż, Paweł, jest zawodowym kierowcą.
- Dużo o nich wiesz - kwituję jej wypowiedź.
Zaczynamy czuć gęstą atmosferę przez podejrzenia, które od rana Marcela mi wpaja.
W końcu namawia mnie i razem wychodzimy do sąsiadów, o których rozmawialiśmy wcześniej.