Odzwierciedlenie - A.E. Szumska

-
Proszę czekać

JOACHIM

Kowalscy

Drzwi do ich domu są za­mknię­te, ale te­raz to ra­czej nor­mal­ne w tej oko­li­cy. Nie sły­chać żad­nych dźwię­ków, żad­nych za­pa­chów. Mar­ce­li­na puka trzy razy nie­zbyt gło­śno, ale sta­now­czo. Gdy nikt nam nie otwie­ra, na­ci­skam przy­cisk dzwon­ka, któ­ry za­czy­na grać nie­zna­ną mi me­lo­dyj­kę.

Drzwi po chwi­li się otwie­ra­ją i w pro­gu sta­je Ane­ta Ko­wal­ska. Jest na bo­sa­ka i w roz­cią­gnię­tym swe­trze. Na twa­rzy ma coś mię­dzy zmę­cze­niem a za­sko­cze­niem. Nie dzi­wię się jej, choć z dru­giej stro­ny po wi­zy­cie po­li­cjan­tów nie moż­na wy­klu­czyć ko­lej­nych od­wie­dzin i py­tań.

- Do­bry wie­czór - od­zy­wa się Mar­ce­li­na, uśmie­cha­jąc się lek­ko. - Nie prze­szka­dza­my pani?

- Nie... - Ko­wal­ska waha się, od­po­wia­da­jąc, i za­da­je nam py­ta­nie: - Coś się sta­ło?

- Nie, nie. Przy­nie­śli­śmy cia­sto. Po­my­śle­li­śmy, że może... war­to się w koń­cu po­znać bli­żej i tro­chę po­roz­ma­wiać.

Ane­ta pa­trzy na nas, jak­by pró­bo­wa­ła do­strzec ukry­te zna­cze­nie wi­zy­ty. Po chwi­li kiwa gło­wą i otwie­ra sze­rzej drzwi, za­pra­sza­jąc nas do środ­ka.

Ru­chem ręki wska­zu­je nam dro­gę do ko­ry­ta­rza.

Wcho­dzi­my za­raz za nią, a ona pro­wa­dzi nas pro­sto do sa­lo­nu. Moją uwa­gę przy­ku­wa cie­płe świa­tło ża­ró­wek w pięk­nej lam­pie wi­szą­cej na środ­ku po­ko­ju oraz pa­ste­lo­we za­sło­ny. W ką­cie stoi mały sto­lik z puz­zla­mi, któ­re są po­roz­rzu­ca­ne, jak­by w po­śpie­chu ktoś je wy­rzu­cił z pu­deł­ka, a na ko­mo­dzie za­uwa­żam pu­stą ram­kę na zdję­cia. W tej chwi­li na­gle z dru­gie­go po­ko­ju do­cho­dzi dźwięk, coś po­mię­dzy szme­rem a pła­czem.

Za­mie­ram na chwi­lę i wi­dzę wiel­kie oczy Mar­ce­li­ny, któ­re pa­trzą na mnie.

- Prze­pra­szam... ktoś tam jest? - Moja sio­stra za­da­je py­ta­nie, nie pa­trząc na Ko­wal­ską, tyl­ko pro­sto na mnie.

- Se­rial - od­po­wia­da Ane­ta, we­dług mnie zbyt szyb­ko. - Se­rial - po­wta­rza i do­da­je: - Mam lap­to­pa w sy­pial­ni i zo­sta­wi­łam go włą­czo­ne­go. Oglą­dam swój ulu­bio­ny se­rial.

Mar­ce­li­na po­now­nie wy­mie­nia ze mną spoj­rze­nie.

- Po­my­śle­li­śmy... że do­brze by­ło­by po­ga­dać. Po tym wszyst­kim, co się sta­ło - sły­szę głos mo­jej sio­stry, a gdy to mówi, jest mięk­ki, nie­mal mat­czy­ny. - Czu­je­cie się bez­piecz­nie?

- Bez­piecz­nie? - Ane­ta gło­śno za­da­je py­ta­nie i do­po­wia­da: - Nie wiem. Chy­ba nikt już się tu­taj tak nie czu­je.

Sia­dam na brze­gu fo­te­la i tym ra­zem sam za­da­ję py­ta­nie są­siad­ce:

- By­li­ście wte­dy w domu?

(...)

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Prolog

(frag­ment nie­opu­bli­ko­wa­nej po­wie­ści -Jo­achim Bed­nar­czyk)

Nie­któ­re dźwię­ki wra­ca­ją i po­now­nie przy­cho­dzą tyl­ko nocą i tyl­ko wte­dy, gdy świat za­pa­da w ci­szę. W dzień ucie­ka­ją w szum ulic, war­kot sa­mo­cho­dów, w stu­kot kla­wia­tur oraz w roz­mo­wy, któ­re mają uda­wać nor­mal­ność. Ale noc nie kła­mie. Noc przy­no­si wszyst­ko z po­wro­tem. Noc nie uda­je.

Naj­pierw sły­chać krót­ki, po­dwój­ny dźwięk, jak­by ktoś ude­rzył w cien­ką, me­ta­lo­wą ba­rier­kę. Po­tem od­le­gły trzask, któ­ry za­wsze ko­ja­rzy mi się z za­my­ka­ny­mi drzwia­mi od piw­ni­cy i za­my­ka prze­strzeń w ciem­no­ści.

W tle sły­chać od­dech - krót­ki i ury­wa­ny. Taki jak wte­dy, gdy łzy wy­sy­cha­ją zbyt szyb­ko, jak u dziec­ka po dłu­gim pła­czu. Po­tem za­pa­da ci­sza.

Cza­sem są to kro­ki, któ­re za­czy­na­ją się mięk­ko, pra­wie jak do­tyk, ale z każ­dym ko­lej­nym cię­żar ro­śnie. Ni­g­dy nie jest ich wię­cej niż czte­ry, a po­tem znów za­pa­da ci­sza.

Bywa, że prze­bi­ja się inny dźwięk, jak krót­ka me­lo­dia, za­pę­tlo­na w nie­skoń­czo­ność, jak­by nie wie­dzia­ła, że po­win­na się skoń­czyć. Do­bie­ga jak z za­baw­ki, któ­ra wciąż dzia­ła, choć ba­te­ria po­win­na się daw­no wy­czer­pać. Gdzieś w środ­ku kry­je się głos, a ra­czej szept. Mówi dwa sło­wa, lecz pa­mię­tam tyl­ko jed­no.

Lu­dzie my­ślą, że to tyl­ko wspo­mnie­nia, ale wspo­mnie­nia nie zmie­nia­ją miej­sca. Te dźwię­ki wra­ca­ją z no­wych ką­tów, jak­by wę­dro­wa­ły po ma­pie, któ­rej nie po­tra­fię jesz­cze od­czy­tać.

Te od­gło­sy wę­dru­ją i wciąż wra­ca­ją z in­nych stron, jak­by prze­mie­rza­ły ścież­ki, o któ­rych nikt już nie pa­mię­ta. Ścież­ki, któ­re wciąż pro­wa­dzą w dół. Ta­kie mam wra­że­nie.

Je­śli kie­dy­kol­wiek przy­ło­żysz ucho do zie­mi, usły­szysz wię­cej, niż chciał­byś wie­dzieć. I zro­zu­miesz, że nie wszyst­ko, co jest za­mknię­te, jest na­praw­dę bez­piecz­ne. Naj­waż­niej­sze py­ta­nie: czy je­steś go­tów, by to zro­zu­mieć?

Dzie­ci mil­czą, ale echo ich kro­ków za­wsze pro­wa­dzi w to samo miej­sce. Nie py­taj, kto je za­brał, py­taj, kto na to po­zwo­lił. A je­śli kie­dyś w nocy usły­szysz sze­lest za­baw­ki, któ­ra po­wta­rza obcy głos, ucie­kaj.

Ni­g­dy nie są­dzi­łem, że po la­tach wró­cę do wła­snych słów, a fik­cja sta­nie się cie­niem rze­czy­wi­sto­ści.

JOACHIM

Wena

Za­czę­ło się. Zno­wu. Nikt tak nie wpły­wa na moje my­śli. Wte­dy wy­da­je mi się, że je­stem zu­peł­nie gdzie in­dziej, że jest ja­sno, spo­koj­nie, sły­szę brzę­cze­nie psz­czół i ćwier­ka­nie pta­ków. Ten stan trwa ja­kieś pięć mi­nut. Po­tem wra­cam do nor­mal­no­ści, tej strasz­nej. Znów je­stem w ciem­nym po­ko­ju, gdzie zza okna wi­dać tyl­ko że­la­zne kra­ty. Jego uścisk na mo­jej szyi spo­wal­nia bi­cie mo­je­go ser­ca, a na do­da­tek za każ­dym ra­zem czu­ję, jak po­wo­li prze­sta­ję od­dy­chać. Wte­dy pusz­cza moją szy­ję i koń­czy mnie du­sić, a po jego od­gło­sie wiem, że skoń­czył. Wy­cho­dzi i znów zo­sta­ję sama.

- Jo­achim, co ro­bisz? - sły­szę wo­ła­nie, któ­re wy­trą­ca mnie z pi­sa­nia. Ostat­nio tak do­brze mi idzie. Znów po pra­wie roku czu­ję, że mam wenę.

- Pi­szę - od­po­wia­dam i po­now­nie za­tra­cam się w swo­jej no­wej książ­ce, nad któ­rą ostat­nio dłu­go roz­my­śla­łem.

- Obiad już jest go­to­wy. Zej­dziesz na dół?

- Nie­ee!

- Przy­nieść ci? - sły­szę, ale tym ra­zem nic nie od­po­wia­dam.

Sie­dzę przy kom­pu­te­rze i two­rzę da­lej, a moje pal­ce suną po kla­wia­tu­rze, jak­by gra­ły me­lo­die na for­te­pia­nie ja­kie­goś do­brze zna­ne­go mi utwo­ru. Uwiel­biam to uczu­cie, zno­wu je­stem sobą.

Cza­sa­mi ża­łu­ję, że mnie wte­dy nie za­bił, gdy po raz pierw­szy mnie zna­lazł. My­śla­mi je­stem z mo­imi ro­dzi­ca­mi. Czy o mnie my­ślą? Czy mnie szu­ka­ją? Czy za mną tę­sk­nią? Czy nie stra­ci­li jesz­cze na­dziei, że kie­dy­kol­wiek mnie od­naj­dą? Nie wiem, ile to mi­nę­ło cza­su, od­kąd tu je­stem, ale za każ­dym ra­zem to ob­raz mo­jej mamy i taty trzy­ma mnie przy ży­ciu. Nie­wie­le pa­mię­tam z tam­te­go cza­su, bo przez nie­go mam za­bu­rzo­ne my­śli. Wszyst­ko mi się mie­sza, a w mo­jej gło­wie pa­nu­je cha­os.

Prze­ry­wa mi pu­ka­nie do drzwi.

- Jo­achim, mu­sisz coś jeść. - Do po­ko­ju wcho­dzi moja sio­stra, któ­ra nie­sie mi ta­lerz z obia­dem.

- Czy ty ni­g­dy nie od­pu­ścisz? - py­tam ją z uśmie­chem na twa­rzy.

- Tak bar­dzo się cie­szę, że znów pi­szesz, i chcę ci po­móc. Cho­ciaż tyle mogę zro­bić, żeby tam­ten czas od­szedł w nie­pa­mięć.

Po­nad dwa lata temu tra­fi­łem do ośrod­ka dla uza­leż­nio­nych. Mar­ce­li­na wte­dy bar­dzo mi po­mo­gła. To ona na­le­ga­ła, że­bym po­szedł na le­cze­nie, cho­ciaż ja sam uwa­ża­łem, że tego nie po­trze­bu­ję. Mia­łem zu­peł­nie inne wy­obra­że­nie o ży­ciu, któ­re prze­ży­wa­łem na haju. Mój stan odu­rze­nia i eu­fo­rycz­ny na­strój po­ma­ga­ły mi prze­trwać stra­tę żony, któ­rą tak bar­dzo ko­cha­łem. Nic wię­cej się wte­dy nie li­czy­ło. Skoń­czy­łem z pi­sa­niem, za­czą­łem brać co­raz czę­ściej. Tyl­ko tak mo­głem żyć. W koń­cu Mar­ce­li­na, któ­ra nie mo­gła pa­trzeć na mój upa­dek, po­sta­no­wi­ła wziąć spra­wy w swo­je ręce. Na­wet nie pa­mię­tam do­kład­nie, jak to się sta­ło, że zgo­dzi­łem się na le­cze­nie. Wszyst­ko było już za­ła­twio­ne - pry­wat­ny ośro­dek, a na­wet trans­port. Gdy się ock­ną­łem, czu­łem się strasz­nie zmę­czo­ny, bez­sil­ny, nie mo­głem spać, trzą­słem się, że aż zgrzy­ta­ły mi zęby i ko­ła­ta­ło mi ser­ce. To tyl­ko część ob­ja­wów ze­spo­łu abs­ty­nen­cyj­ne­go. Po­tem było jesz­cze go­rzej - cią­głe wy­mio­ty i to uczu­cie gło­du. Na szczę­ście mia­łem przy so­bie wy­uczo­nych lu­dzi, dzię­ki któ­rym sta­ną­łem na nogi. To oni i co­dzien­ne te­ra­pie z nimi po­zwo­li­ły mi wyjść z tak strasz­nej cho­ro­by. Z na­ło­gu.

- Dzię­ku­ję. A co zro­bi­łaś? - Bio­rę ta­lerz i wi­dzę swo­je ulu­bio­ne kne­dle.

- Smacz­ne­go. Zjedz i wra­caj do pi­sa­nia. - Mar­ce­li­na już nie od­po­wia­da na moje py­ta­nie, tyl­ko wy­cho­dzi z po­ko­ju.

Za­ja­dam z ape­ty­tem, a jesz­cze mie­siąc temu nie zjadł­bym ta­kiej por­cji na­raz. Koń­czę i sia­dam z po­wro­tem do mo­jej bo­ha­ter­ki, któ­ra nie ma lek­ko. Na samą myśl prze­cho­dzi mnie dreszcz i sam nie wiem, skąd ta­kie po­my­sły ro­dzą się w mo­jej gło­wie. Jest to wspa­nia­łe uczu­cie, peł­ne pod­nie­ce­nia, gdy czu­ję, że wró­ci­łem do swo­je­go ży­wio­łu.

Moja mama i tata są gdzieś da­le­ko, bo je­dy­ne, co pa­mię­tam, to to, że gdy wcią­gnął mnie do fur­go­net­ki, to je­cha­łam bar­dzo dłu­go. Przez całą dro­gę mia­łam skrę­po­wa­ne ręce i nogi oraz za­kle­jo­ną bu­zię. Raz pod­czas po­dró­ży sta­nę­li­śmy, jak się do­my­śli­łam po wy­da­wa­nych od­gło­sach, na ja­kiejś sta­cji ben­zy­no­wej. Pró­bo­wa­łam wy­da­wać z sie­bie dźwię­ki, żeby ktoś mnie usły­szał, by­łam prze­ra­żo­na. W od­da­li sły­sza­łam głos ja­kie­goś męż­czy­zny, któ­ry go za­py­tał, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, a on nic nie od­po­wie­dział albo było to tak ci­cho, że już nie do­sły­sza­łam. Wte­dy mia­łam jesz­cze na­dzie­ję...

- Jo­achim, sły­sza­łeś?! - Mar­ce­li­na znów drze się z dołu.

Zwa­riu­ję za­raz, jak jej nie uci­szę. Od po­nad go­dzi­ny cią­gle mi prze­szka­dza.

- Co mia­łem sły­szeć? - Gdy to krzy­czę, ona już stoi w drzwiach.

- An­to­sia, ta dziew­czyn­ka z na­prze­ciw­ka, ona jest w te­le­wi­zji. Szu­ka­ją ją. Có­recz­ka na­szych są­sia­dów za­gi­nę­ła.

Wy­po­wia­da, a bar­dziej wy­krzy­ku­je te sło­wa, jak­by strze­la­ła z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Ła­pię co dru­gi wy­raz, ale uda­je mi się wy­wnio­sko­wać, że za­gi­nę­ła na­sza mała są­siad­ka.

- Co się sta­ło? - Od­su­wam się od biur­ka i wsta­ję od kom­pu­te­ra.

- Chodź le­piej po­słu­chaj wia­do­mo­ści, aler­ty są pusz­cza­ne pra­wie na każ­dym pro­gra­mie.

Scho­dzi­my ra­zem na dół. Sto­jąc w drzwiach, wi­dzę w wia­do­mo­ściach, jak mó­wią o po­rwa­niu dziec­ka.

- Ona nie za­gi­nę­ła, ona zo­sta­ła po­rwa­na, a to jest duża róż­ni­ca - stwier­dzam, spo­glą­da­jąc na sio­strę.

JOACHIM

PORWANIE

W te­le­wi­zji po­now­nie na­da­ją w wia­do­mo­ściach in­for­ma­cję o za­gi­nio­nej dziew­czyn­ce. An­to­sia zo­sta­ła za­bra­na spod swo­je­go domu, gdy wra­ca­ła ze szko­ły. W bia­ły dzień. Fur­go­net­ka, któ­ra sta­ła na par­kin­gu przed jej do­mem, nie wy­da­wa­ła się po­dej­rza­na, cho­ciaż po­win­na, a wy­da­je mi się, że od ja­kie­goś cza­su wi­dy­wa­łem ten sa­mo­chód. Naj­dziw­niej­sze było to, że za­wsze ktoś się w nim znaj­do­wał.

- Mu­szę to zgło­sić - sta­now­czo zwra­cam się do Mar­ce­li­ny.

- Co? - pyta z za­cie­ka­wie­nia.

- Ten sa­mo­chód. Wi­dzia­łem go. On stał od kil­ku dni na par­kin­gu na­sze­go osie­dla. Za­wsze ktoś sie­dział w środ­ku.

- To dla­cze­go wcze­śniej cię to nie za­cie­ka­wi­ło?

- Bo ktoś sie­dział na miej­scu pa­sa­że­ra. Wy­glą­da­ło, jak­by cze­kał na kie­row­cę, wy­glą­da­ło to nor­mal­nie.

- W su­mie masz ra­cję. A jak spraw­ców było dwóch?

- Tego nie moż­na wy­klu­czyć. Jesz­cze dzi­siaj pod­ja­dę na ko­mi­sa­riat.

- A two­ja książ­ka? Masz te­raz wenę. Nie chcę, że­byś an­ga­żo­wał się w coś, co wy­trą­ci cię z rów­no­wa­gi.

- Czy ty sły­szysz, co mó­wisz? Tu cho­dzi o ży­cie dziec­ka. Ile ona ma lat? Sie­dem?

- Osiem - od­po­wia­da moja sio­stra i do­da­je: - Masz ra­cję, po­je­dzie­my ra­zem.

W tym mo­men­cie sły­szy­my dzwo­nek do drzwi.

- Otwo­rzę. - Mar­ce­li­na omal się nie wy­wra­ca, za­ha­cza­jąc nogą o dy­wan, kie­dy w po­śpie­chu kie­ru­je się w stro­nę drzwi.

- Ten dy­wan mia­łaś już daw­no wy­rzu­cić - mó­wię ci­cho, ale chy­ba mnie nie sły­szy, bo nic nie od­po­wia­da.

- Dzień do­bry. Aspi­rant Sła­wo­mir Śnie­żew­ski i młod­szy aspi­rant Syl­we­ster Par­czew­ski. Czy pani Mar­ce­li­na Ko­niecz­na? - sły­szę, jak po­li­cjan­ci się przed­sta­wia­ją, a moja sio­stra po­twier­dza i za­pra­sza ich do domu.

Nim we­szli do sa­lo­nu, zdą­ży­łem już wstać i te­raz pod­cho­dzę do nich, po­da­ję rękę i się przed­sta­wiam:

- Dzień do­bry. Jo­achim Bed­nar­czyk, brat Mar­ce­li­ny.

- Dzień do­bry - od­po­wia­da­ją w jed­nym cza­sie po­li­cjan­ci i po­now­nie się przed­sta­wia­ją.

- Mamy do pań­stwa kil­ka py­tań. Czy mo­że­my za­cząć? - pyta ten wyż­szy, chy­ba Syl­we­ster.

- Tak, czy cho­dzi o za­gi­nio­ną dziew­czyn­kę? - pyta moja sio­stra, a ja do­da­ję:

- Po­rwa­ną.

Wszy­scy pa­trzą na mnie, po czym ten niż­szy się od­zy­wa i pyta mnie, czy wiem, co się sta­ło z są­siad­ką z na­prze­ciw­ka.

- Oglą­da­li­śmy te­le­wi­zję i już dziś sły­sze­li­śmy w wia­do­mo­ściach aler­ty o za­gi­nio­nej An­to­si - za­czy­nam stwier­dzać, gdy prze­ry­wa moja sio­stra:

- To strasz­ne, co się sta­ło. Ona ma do­pie­ro osiem lat.

- Jak do­brze pań­stwo zna­ją są­sia­dów Le­wan­dow­skich?

- Może nie na tyle, żeby spo­ty­kać się na kaw­ce, ale to nasi są­sie­dzi. I to bli­scy. Za­wsze rano, jak wy­cho­dzę do pra­cy, to spo­ty­ka­my się na uli­cy. Mó­wi­my so­bie "dzień do­bry", ży­czy­my mi­łe­go dnia. An­to­sia za­wsze ma­cha do mnie ręką na po­wi­ta­nie. Jest taka słod­ka...- od­po­wia­da moja sio­stra i przez chwi­lę się za­my­śla. Po czym do­da­je: - Kie­dyś An­to­nin­ka za­pro­si­ła mnie na swo­je uro­dzin­ki, było to chy­ba ze dwa lata temu. Mia­ła wte­dy sześć lat... - Mar­ce­li­na nic wię­cej nie do­da­je, a w jej oczach po­ja­wia­ją się łzy.

- Sio­stra prze­ży­ła tra­ge­dię swo­je­go dziec­ka, to wy­wo­łu­je u niej sil­ne emo­cje i tra­gicz­ne wspo­mnie­nie.

Wte­dy by­łem cią­gle na haju, na­szpry­co­wa­ny nar­ko­ty­ka­mi, więc nie pa­mię­tam z tego okre­su zbyt wie­le. Je­dy­nie mam do sie­bie żal, że nie by­łem trzeź­wy w mo­men­cie, gdy Mar­ce­la mnie naj­bar­dziej po­trze­bo­wa­ła. Naj­pierw śmierć có­recz­ki, po­tem odej­ście tego fra­je­ra Dar­ka. Co za de­bil zo­sta­wia żonę, gdy ta naj­bar­dziej go po­trze­bu­je...

- Czy była pani na tych uro­dzi­nach? - pyta wyż­szy po­li­cjant.

- Nie - od­po­wia­da ci­cho Mar­ce­la, a ja do­po­wia­dam:

- Moja sio­stra wte­dy prze­cho­dzi­ła cięż­ki okres. An­to­sia wraz ze swo­imi ro­dzi­ca­mi chcia­ła, aby Mar­ce­li­na cho­ciaż przez chwi­lę prze­sta­ła my­śleć o Ka­lin­ce, jej có­recz­ce, któ­ra zmar­ła na bia­łacz­kę, ale my­ślę, że było wte­dy za wcze­śnie na ja­kie­kol­wiek spo­tka­nia.

- To praw­da - mówi Mar­ce­la. - An­to­nin­ka za bar­dzo przy­po­mi­na­ła mi moją Ka­lin­kę. Była co praw­da od niej star­sza o ja­kieś trzy lata, ale były ta­kie po­dob­ne, jak więk­szość ma­łych dzie­ci. Pięk­ne bu­zie, duże oczka i jesz­cze do tego w tym sa­mym czar­nym ko­lo­rze... - Mar­ce­la za­czy­na pła­kać.

- Prze­pra­sza­my, je­śli na­wią­za­li­śmy do bo­le­snych wspo­mnień - wy­po­wia­da się ten niż­szy po­li­cjant i zwra­ca się po chwi­li do mnie: - A pan? Zna pan tę ro­dzi­nę? Dziew­czyn­kę, An­to­ni­nę?

- Za­miesz­ka­łem nie­daw­no u mo­jej sio­stry, bo obo­je sie­bie w tym mo­men­cie po­trze­bu­je­my. Je­stem tu od pra­wie roku, więc zdą­ży­łem nie­co po­znać pra­wie wszyst­kich są­sia­dów. Nie da się ich nie za­uwa­żyć, cho­ciaż­by jak wy­cho­dzi się po za­ku­py czy na spa­cer.

- A gdzie pan pra­cu­je? - do­py­tu­je star­szy aspi­rant Sła­wo­mir.

- Je­stem pi­sa­rzem, obec­nie pi­szę tu­taj, w domu u sio­stry. Mam swój po­kój na pię­trze, moje okna wy­cho­dzą na uli­cę. Za­nim pa­no­wie do nas przy­je­cha­li, chcia­łem sam się zgło­sić na po­li­cję, żeby opo­wie­dzieć o tej fur­go­net­ce, któ­ra po­rwa­ła małą An­to­się.

- Do­pie­ro sko­ja­rzy­łem.... Pan Jo­achim Bed­nar­czyk. Ja­kiś czas temu czy­ta­łem pana książ­kę, za­raz przy­po­mnę so­bie ty­tuł... - Przez chwi­lę dra­pie się po gło­wie, po czym mówi: - Za­gad­ka za­gi­nio­ne­go me­da­lio­nu. Świet­na fa­bu­ła i szyb­ko mi się czy­ta­ło, szcze­gól­nie wą­tek z ja­ski­nią.

- Dzię­ku­ję - od­po­wia­dam i py­tam, czy czy­tał też inne moje książ­ki.

- Ja nie, ale moja żona ma całą ko­lek­cję. Hmm... chy­ba wszyst­kie, bo zaj­mu­ją dwie pół­ki na re­ga­le.

- Miło sły­szeć, że mam fan­kę. - Uśmie­cham się, gdy aspi­rant Syl­we­ster za­da­je mi py­ta­nie, po czym wy­cią­ga no­tes i dłu­go­pis go­to­wy do za­pi­sa­nia tego, co za­raz po­wiem.

- Wspo­mniał pan o fur­go­net­ce. Zna pan po­ry­wa­cza An­to­ni­ny?

- Nie, ab­so­lut­nie nie znam, ale wi­dzia­łem ten sa­mo­chód od kil­ku dni. Może od ja­kie­goś ty­go­dnia, na pew­no nie wię­cej.

- Co pan wi­dział? Gdzie stał? Kto w nim się znaj­do­wał i co ro­bił? - Po­li­cjant wy­rzu­ca z sie­bie sze­reg py­tań.

- Stał za­wsze w tym sa­mym miej­scu, po pra­wej stro­nie, wzdłuż uli­cy na par­kin­gu. Oko­ło trzy­dzie­stu me­trów od domu po­rwa­nej dziew­czyn­ki.

- Czy wi­dział pan, kto był w środ­ku?

- Aż tak szcze­gó­ło­wo to nie, ale oso­ba ta sie­dzia­ła po stro­nie pa­sa­że­ra. Nie wzbu­dzi­ło to mo­ich po­dej­rzeń, bo wy­glą­da­ło, jak­by ktoś na ko­goś cze­kał, a na pew­no na kie­row­cę.

- Czy­li spraw­ców było dwóch - stwier­dza aspi­rant Syl­we­ster.

- Nie­ko­niecz­nie - od­po­wia­dam, po czym do­da­ję: - Jak tak so­bie my­ślę, to ani razu nie wi­dzia­łem dru­giej oso­by, to zna­czy kie­row­cy.

- Mógł pan prze­oczyć, gdy ktoś wy­sia­dał z sa­mo­cho­du.

- Tak, mo­głem, ale ostat­nio mia­łem cięż­ki okres, brak weny, sie­dzia­łem przy oknie w moim po­ko­ju na gó­rze i pa­trzy­łem przez nie bez sen­su. Tak na­praw­dę to dzi­siaj po dłu­giej, na­wet bar­dzo dłu­giej prze­rwie za­czą­łem znów pi­sać.

- Gra­tu­la­cje - od­zy­wa się ten po­li­cjant, któ­ry wcze­śniej mnie sko­ja­rzył.

JOACHIM

Furgonetka

- Czy mo­że­my pójść do góry zo­ba­czyć tę lo­ka­li­za­cję, po­kój, z któ­re­go wi­dać ten par­king? - za­py­tał ten dru­gi.

- Tak, oczy­wi­ście - mówi Mar­ce­li­na, po czym wszy­scy wsta­je­my ze swo­ich miejsc.

Po­li­cjan­ci w ci­szy idą za nami. Mar­ce­li­na pro­wa­dzi, ja do­trzy­mu­ję jej kro­ku, po­dą­ża­jąc za­raz za nią.

Wcho­dzi­my do po­ko­ju, w któ­rym gosz­czę pra­wie od roku, ale do­pie­ro dzi­siaj za­czą­łem znów pi­sać. Na swo­im kon­cie mam osiem­na­ście po­wie­ści. Same thril­le­ry i kry­mi­na­ły, i pew­nie gdy­by nie prze­rwa wy­ni­ka­ją­ca z mo­je­go na­ło­gu, któ­ra sto­czy­ła mnie na dno, już daw­no wy­dał­bym ko­lej­ną książ­kę. Ale nie ża­łu­ję, chy­ba mu­sia­łem od­cho­ro­wać śmierć żony, któ­rą ko­cha­łem nad ży­cie. I gdy­by nie moja sio­stra, chy­ba umarł­bym z przedaw­ko­wa­nia. Bez ośrod­ka le­cze­nia uza­leż­nień i wspar­cia, ja­kie tam otrzy­ma­łem, nie był­bym te­raz w tym miej­scu, w ja­kim się znaj­du­ję. Nic nie dzie­je się bez przy­czy­ny.

- Czy to przez to okno wi­dział pan ten sa­mo­chód? - pyta mnie aspi­rant Sła­wo­mir.

- Tak - od­po­wia­dam i pod­cho­dzę bli­żej okna, zza któ­re­go wi­dać par­king po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy.

- Pro­szę do­kład­nie nam po­ka­zać, w któ­rym stał miej­scu. - Tym ra­zem py­ta­nie za­da­je pan Syl­we­ster.

- To może usią­dę w po­zy­cji, jaką za­wsze przyj­mu­ję, gdy tyl­ko chcę za­cząć pi­sać. - Przez mo­ment się za­sta­na­wiam, bo ostat­nio w ogó­le nic nie pi­sa­łem. Ile to trwa­ło? Dzie­sięć mie­się­cy bez­sen­sow­ne­go sie­dze­nia i cze­ka­nia, aż coś przyj­dzie mi do gło­wy. - Tak na­praw­dę to ostat­ni­mi cza­sy cały czas pa­trzy­łem w okno, cią­gle ob­ser­wo­wa­łem na­szą uli­cę i cze­ka­łem na wenę, któ­ra do­pie­ro dzi­siaj do mnie przy­szła.

- Gra­tu­lu­ję - od­po­wia­da ten po­li­cjant, któ­ry jest za­chwy­co­ny moją książ­ką - ale przejdź­my do rze­czy: gdzie sta­ło auto i co do­kład­nie pan wi­dział? Wie pan, że może być to klu­czo­we dla śledz­twa, a li­czą się pierw­sze go­dzi­ny po za­gi­nię­ciu.

- Po­rwa­niu - mó­wię, a oni obaj dziw­nie na mnie pa­trzą, ale po chwi­li za­czy­na­ją ki­wać gło­wa­mi z za­ci­śnię­ty­mi usta­mi, przy­zna­jąc mi ra­cję.

- Tak, ra­czej taką przy­ję­li­śmy wer­sję. An­to­sia zo­sta­ła po­rwa­na, na to też wska­zu­ją roz­mo­wy z jej ro­dzi­ca­mi.

Sia­dam w fo­te­lu przed kom­pu­te­rem, skąd, kie­dy nie pa­trzę w ekran mo­ni­to­ra, mam wi­dok za oknem pro­sto na nasz osie­dlo­wy par­king. Wi­dzę domy w za­bu­do­wie sze­re­go­wej z łą­czą­cą je wia­tą. Ra­zem jest ich dzie­sięć, ale przez de­li­kat­ny za­kręt w za­się­gu wzro­ku mam ich sie­dem. Dom An­to­si znaj­du­je się do­słow­nie na­prze­ciw na­sze­go.

- Sa­mo­chód stał za­par­ko­wa­ny pod do­mem nu­mer dwa­na­ście. To jest czte­ry dom­ki za Le­wan­dow­ski­mi.

- Pro­szę wstać, ja usią­dę i zo­ba­czę, jaka jest wi­docz­ność. - Pod­cho­dzi do mnie bli­żej je­den z po­li­cjan­tów, a ja pod­no­szę się z krze­sła i ustę­pu­ję mu miej­sca.

- Czy z tej od­le­gło­ści było wi­dać oso­bę, któ­ra była w środ­ku, jak pan po­wie­dział, na miej­scu pa­sa­że­ra?

- Ra­czej nie­zu­peł­nie, nie wi­dać, kto to był, ale był za­rys po­sta­ci, któ­ry moż­na było za­ob­ser­wo­wać.

- A kie­row­ca? Wi­dział pan kie­row­cę?

- Nie­ste­ty nie. Ja­koś nie zwra­ca­łem szcze­gól­nie uwa­gi na tę fur­go­net­kę... - Za­my­ślam się na mo­ment. - Dziś za­czą­łem pi­sać książ­kę o dziew­czyn­ce, któ­ra zo­sta­ła po­rwa­na przez spraw­cę w fur­go­net­ce, było to też dziec­ko, tyl­ko że tro­chę star­sze od na­szej ma­łej są­siad­ki...

- Jo­achim - mówi do mnie Mar­ce­la, a ja, ock­nąw­szy się z za­my­śle­nia, od­po­wia­dam:

- Za­wsze sie­dział pa­sa­żer i te­raz, jak tak my­ślę, to mo­gła to być ko­bie­ta.

- Dla­cze­go pan tak są­dzi? - pyta aspi­rant Syl­we­ster.

- Upię­te wło­sy... - Chwi­lę my­ślę, po czym do­da­ję: - Na pew­no ko­bie­ta. Nie wi­dzia­łem do­kład­nie twa­rzy, a jej po­zy­cja nie po­zwa­la­ła na roz­po­zna­nie syl­wet­ki, ale mia­ła wy­so­ko upię­tą kit­kę, kok, coś w tym ro­dza­ju.

- Męż­czy­zna też może mieć dłu­gie wło­sy - zwra­ca się do mnie moja sio­stra.

- Tak, wiem. Ale jak tak so­bie przy­po­mi­nam, to je­stem pe­wien, że to była ko­bie­ta.

- A ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne? Pa­mię­ta pan? - Tym ra­zem py­ta­nie za­da­je dru­gi po­li­cjant.

- Dłu­go tak sie­dzę w tym oknie i może to dziw­nie za­brzmieć, ale za­pi­sa­łem je so­bie. - Gdy to wy­po­wia­dam, uświa­da­miam so­bie, że bez­wied­nie za­no­to­wa­łem so­bie nu­me­ry tego sa­mo­cho­du. - O tu mam, pro­szę zo­ba­czyć.

Po­da­ję po­li­cjan­tom swój no­tes, w któ­rym nie­raz za­pi­su­ję dziw­ne rze­czy, wy­da­wa­ło­by mi się zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne. A jed­nak może te­raz się na coś przy­da.

- GDA­35673 - czy­ta na głos Syl­we­ster i na­tych­miast zwra­ca się do ko­le­gi, aby szyb­ko spraw­dził te nu­me­ry.

- Już się robi - stwier­dza Sła­wo­mir. Dzwo­ni od razu na ko­men­dę i po­da­je nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne do na­mie­rze­nia.

Cze­ka­my chwi­lę w mil­cze­niu, za­nim w słu­chaw­ce sły­chać, jak od­zy­wa się głos in­ne­go funk­cjo­na­riu­sza. Nie sły­szę, co mówi, ale po mi­nie aspi­ran­ta Sła­wo­mi­ra mogę wy­wnio­sko­wać, że nie jest to do­bra wia­do­mość. Roz­łą­cza się i zwra­ca się do swo­je­go ko­le­gi:

- Kra­dzio­ne. Przed­wczo­raj ktoś zgło­sił kra­dzież obu ta­blic z auta.

- Czy­li nasz po­ry­wacz mu­siał być wcze­śniej w Gdy­ni, je­śli ta­bli­ce na­le­ża­ły do miesz­kań­ca Gdy­ni.

- Nie­ko­niecz­nie, pa­mię­taj, że od kil­ku mie­się­cy zmie­ni­ło się pra­wo i moż­na zo­sta­wić nu­me­ry po za­ku­pie auta.

- Fakt, a mamy wła­ści­cie­la tych ta­blic?

- Za­raz wy­ślą mi dane na ma­ila. - W tym mo­men­cie sły­chać od­głos przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści. - O, już mam, wła­ści­ciel jest zna­nym ak­to­rem. Zo­bacz. - Po­ka­zu­je wia­do­mość ko­le­dze, po czym po­now­nie się po ci­chu do nie­go zwra­ca, ale uda­je mi się usły­szeć, co mówi: - Za­raz wy­ślę proś­bę o prze­słu­cha­nie w roli świad­ka i ścią­gnę do­ku­men­ty ze zgło­sze­nia kra­dzie­ży.

- Czy­li na ra­zie da­lej nic - do­da­je już gło­śno Sła­wo­mir do Syl­we­stra, ale pa­trzy raz na mnie, raz na moją sio­strę. - Mamy proś­bę, je­śli coś so­bie pań­stwo przy­po­mną, to pro­si­my o jak naj­szyb­szy kon­takt. Tu są na­sze wi­zy­tów­ki.

Do­sta­je­my na­mia­ry na po­li­cjan­tów i po­wo­li wszy­scy ra­zem w ci­szy i sku­pie­niu scho­dzi­my z po­wro­tem do sa­lo­nu.

- A panu, pa­nie Jo­achi­mie, ży­czę mnó­stwa weny, żeby pan na­pi­sał ko­lej­ną świet­ną książ­kę, cho­ciaż w to nie wąt­pię - zwra­ca się do mnie funk­cjo­na­riusz, gdy już pra­wie sto­ją w drzwiach wyj­ścio­wych.

- Dzię­ku­ję, mam na­dzie­ję, że wró­ci­łem do sie­bie i co naj­waż­niej­sze, do pi­sa­nia - od­po­wia­dam, gdy Mar­ce­li­na za­my­ka za nimi drzwi, więc nie je­stem pe­wien, czy sły­szy moją od­po­wiedź.

- Jak my­ślisz? Znaj­dą An­to­się? - Moja sio­stra za­da­je mi to py­ta­nie, gdy tyl­ko wcho­dzi do sa­lo­nu.

- Mam taką na­dzie­ję, Mar­ce­la. Mam taką na­dzie­ję... - po­wta­rzam i od razu mam w gło­wie ob­raz za­mknię­tej w ja­kimś ciem­nym po­miesz­cze­niu ma­łej dziew­czyn­ki ze zwią­za­ny­mi rącz­ka­mi i nóż­ka­mi oraz za­kne­blo­wa­ną małą buź­ką.

- Słu­chaj, a jak to naj­bliż­sza ro­dzi­na? - Mar­ce­la za­da­je mi py­ta­nie i pa­trzy na mnie dziw­nym wzro­kiem. - Wiesz, że nie­raz naj­bliż­si nas krzyw­dzą naj­bar­dziej.

- Co ty ga­dasz? - od­po­wia­dam jej py­ta­niem na py­ta­nie, ale wiem, że ta­kie rze­czy się zda­rza­ją. Sam o ta­kich pi­sa­łem.

- Wi­dzia­łam kie­dyś taki film, gdzie szu­ka­li za­gi­nio­ne­go dziec­ka, a to sami ro­dzi­ce je za­bi­li i zgło­si­li po­rwa­nie... - na chwi­lę prze­ry­wa, po czym do­po­wia­da: - To na­wet był film na fak­tach, to się zda­rzy­ło na­praw­dę, Jo­achim. To się zda­rzy­ło na­praw­dę.

- Te­raz już w tym rola po­li­cji, żeby do­wieść praw­dy i od­na­leźć dziec­ko całe i zdro­we - wy­po­wia­dam te sło­wa do niej, gdy wsta­ję z fo­te­la i kie­ru­ję się w stro­nę scho­dów. Mam w gło­wie plan na nową fa­bu­łę. Mu­szę usiąść do pi­sa­nia, więc zwra­cam się do Mar­ce­li­ny: - Idę do po­ko­ju. Tyl­ko te­raz, pro­szę, nie prze­szka­dzaj mi, bo nie rę­czę za sie­bie, a na ko­la­cję wie­czo­rem sam zej­dę, jak zgłod­nie­ję.

- Do­bra. Już do­bra. Idź pi­sać. Cie­szę się, że w koń­cu je­steś sobą. - Kle­pie mnie po ple­cach, a ja od­wra­cam się i zmie­rzam w stro­nę mo­je­go biur­ka. - Pój­dę na spa­cer. - Gdy koń­czy zda­nie, zni­kam na gó­rze w ko­ry­ta­rzu i wcho­dzę do swo­je­go po­ko­ju, nie sły­szę, czy mówi do mnie coś jesz­cze.

JOACHIM

Przemyślenia

Sia­dam przy biur­ku i pa­trzę w okno. Tym ra­zem zwra­cam szcze­gól­ną uwa­gę na miej­sce par­kin­go­we, w któ­rym stał sa­mo­chód po­ry­wa­cza. Aku­rat na jego miej­scu jest dwóch po­li­cjan­tów; to ci, któ­rzy u nas byli wcze­śniej. Wi­dzę, że roz­glą­da­ją się do­oko­ła, pew­nie szu­ka­ją osie­dlo­wych ka­mer, któ­re mo­gły­by uchwy­cić auto w cza­sie po­sto­ju i po­móc na­mie­rzyć spraw­cę. Na­wet nie za­py­ta­łem się, skąd wie­dzą, że dziew­czyn­ka zo­sta­ła po­rwa­na przez wcią­gnię­cie do sa­mo­cho­du. Czy ktoś to wi­dział? Czy inni są­sie­dzi mogą po­móc i po­wie­dzieć coś wię­cej? Czy na pew­no brał w tym udział sa­mo­chód, któ­re­go nu­mer re­je­stra­cyj­ny po­da­łem? Ile tak na­praw­dę osób było w to za­mie­sza­nych? Czy mógł być tyl­ko kie­row­ca, któ­ry prze­sia­dał się na czas ob­ser­wa­cji na miej­sce pa­sa­że­ra? Mnó­stwo py­tań krą­ży mi po gło­wie i w pew­nym mo­men­cie przy­cho­dzi mi nowy po­mysł na moją za­czę­tą książ­kę. Za­czy­nam stu­kać w kla­wia­tu­rę.

Gdy tak sie­dzę sku­lo­na pod cie­płym grzej­ni­kiem, sły­szę w od­da­li tu­pot ma­łych nó­żek. Jest to zu­peł­nie róż­nią­cy się od­głos od tego, któ­ry sły­sza­łam wcze­śniej. Tym ra­zem brzmi to ina­czej, jak­by lżej­sze, mniej­sze, cich­sze. Po chwi­li do­cho­dzi dru­gi od­głos zna­ne­go mi już wcze­śniej cho­du. Je­śli się nie mylę, są to dwie oso­by. Klucz od ze­wnętrz­nej stro­ny zam­ka się prze­krę­ca i po­wo­li otwie­ra­ją się skrzy­pią­ce drzwi. Do mo­je­go po­miesz­cze­nia zo­sta­je we­pchnię­ta mała dziew­czyn­ka. Do­słow­nie we­pchnię­ta, bo upa­da pro­sto na ko­la­na i klę­cząc, spo­glą­da pro­sto w moją twarz. Jest ciem­no, ale nie na tyle, żeby nic nie wie­dzieć. Wzrok mam przy­zwy­cza­jo­ny, więc bez pro­ble­mu się do­my­ślam, że jest to małe dziec­ko. Dziew­czyn­ka wy­glą­da na oko­ło pięć, może sześć lat, na pew­no nie wię­cej. Po jej mi­nie wnio­sku­ję, że jest prze­ra­żo­na. Gdy zo­sta­łam tu za­mknię­ta, by­łam w jej wie­ku. Szyb­ko ła­pię ją za ra­mię i przy­su­wam do sie­bie, trzy­ma­jąc ją w ob­ję­ciach. Cała się trzę­sie, więc gdy upew­niam się, że poza nami ni­ko­go już nie ma, od­zy­wam się ci­chym gło­sem:

- Nie bój się. Jak masz na imię?

- Adel­ka - od­po­wia­da, pła­cząc, a po chwi­li za­no­si się od łez, co utrud­nia jej od­dy­cha­nie.

- Adel­ka, ślicz­nie. Nie płacz. Od­dy­chaj rów­no. Raz, dwa, trzy... - za­czy­nam li­czyć, aby po­móc się uspo­ko­ić tej ma­łej osób­ce.

Jej ciem­ne wło­ski są upię­te wy­so­ko w kit­kę, a duże zie­lo­ne oczy prze­peł­nio­ne łza­mi wy­glą­da­ją jak z ob­raz­ka. Kie­dyś mia­łam taką lal­kę, któ­ra mia­ła po­dob­ny wy­raz spoj­rze­nia jak to dziec­ko. I jej mały no­sek, wy­da­je mi się, że jest po­dob­ny do mo­je­go. Na so­bie ma zie­lo­ny dre­sik, któ­ry współ­gra z jej oczka­mi i gum­ką do wło­sów, któ­ra jest w ta­kim sa­mym ko­lo­rze.

- Chcę do mamy - od­po­wia­da, cią­gle pła­cząc.

- Nie płacz. Pro­szę. On nie lubi, gdy jest się gło­śno. Zaj­mę się tobą, obie­cu­ję. - Gdy wy­po­wia­dam te sło­wa, w mo­ich oczach po­ja­wia­ją się łzy. Już nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio pła­ka­łam. Nie mam na to siły, bo wy­la­łam tu już mo­rze łez.

Dziec­ko wtu­la się w moją pierś i po­wo­li za­czy­na się uspo­ka­jać.

- Opo­wiesz mi, co się sta­ło? Jak się tu zna­la­złaś? Gdzie miesz­kasz? - za­da­ję kil­ka py­tań na­raz, ale nie wiem, czy Adel­ka wszyst­ko ła­pie.

Naj­wy­raź­niej cią­gle jest tak bar­dzo prze­stra­szo­na, że nie ro­zu­mie, co do niej mó­wię. Wko­ło po­wta­rza, że chce do mamy. Zresz­tą do­sko­na­le ją ro­zu­miem, też by­łam prze­stra­szo­na, jak mnie po­rwał. Nie wiem, ile cza­su już mi­nę­ło, ale cią­gle pa­mię­tam tam­ten dzień.

Na chwi­lę od­ry­wam się od pi­sa­nia i przy­cho­dzi do mnie dziw­ne uczu­cie prze­ra­że­nia. Tym ra­zem my­ślę o na­szej ma­łej są­siad­ce: czy ona czu­je tak samo, jak bo­ha­ter­ki mo­jej no­wej po­wie­ści? Na pew­no, prze­cież też jest małą dziew­czyn­ką, to jesz­cze bez­bron­ne dziec­ko. Pi­sa­łem już książ­kę o dzie­ciach, ale nie my­śla­łem, że taka rzecz zda­rzy się wśród naj­bliż­sze­go oto­cze­nia są­sia­dów.

JOACHIM

Zniknięcie

Dzień mija szyb­ko, a ja za­tra­cam się w pi­sa­niu, co co­raz bar­dziej po­zy­tyw­nie wpły­wa na moje sa­mo­po­czu­cie. Za­nim się zo­rien­tu­ję, jest już pra­wie pół­noc. Dziw­ne, że Mar­ce­la nie wo­ła­ła mnie na ko­la­cję albo że sama mi jej nie przy­nio­sła. Od­cho­dzę od kom­pu­te­ra i po­wo­li uda­ję się na dół, w kie­run­ku scho­dów. Ro­bię to po ci­chu, gdy­by jed­nak oka­za­ło się, że moja sio­stra już daw­no śpi i nie chcia­ła mi prze­szka­dzać. Na dole pa­nu­je zu­peł­na ci­sza, jak­by ni­ko­go nie było, a do tego mu­szę za­pa­lić świa­tło, żeby nie prze­wró­cić się o wcze­śniej wspo­mnia­ny sta­ry dy­wan.

Na sto­le stoi pu­sta szklan­ka po her­ba­cie, w któ­rej zo­sta­ła zu­ży­ta to­reb­ka. Mar­ce­li­na ni­g­dy nie wy­rzu­ca jej i do­pi­ja z nią na­pój do ostat­niej kro­pli. Oso­bi­ście mi to prze­szka­dza, ale każ­dy ma swo­je fa­na­be­rie. Po­sta­na­wiam za­brać ze sobą na górę wodę, gdy za­uwa­żam, że w ko­ry­ta­rzu na wie­sza­ku nie ma blu­zy Mar­ce­li, któ­rą dziś wło­ży­ła, wy­cho­dząc na spa­cer. Wte­dy też ostat­ni raz ją wi­dzia­łem. Szyb­ko wbie­gam po scho­dach, szu­ka­jąc swo­je­go te­le­fo­nu, żeby jak naj­prę­dzej za­dzwo­nić do sio­stry. W ta­kim sa­mym po­śpie­chu po­sta­na­wiam naj­pierw spraw­dzić jej sy­pial­nię. Wcho­dzę po ci­chu i za­pa­lam świa­tło. Pust­ka. Ci­sza. Łóż­ko zo­sta­ło za­ście­lo­ne rano i tak jest do tej pory.

Dziw­ne - my­ślę i przez chwi­lę mam w gło­wie nie­spo­koj­ną myśl, że może po­rwa­no też moją sio­strę. Za­czy­nam się trząść tak, że z rąk wy­la­tu­je mi te­le­fon. W tym sa­mym mo­men­cie sły­szę trzask za­my­ka­nych drzwi. Zbie­gam w po­śpie­chu ze scho­dów, wpa­da­jąc pro­sto na moją Mar­ce­li­nę.

- Zwa­rio­wa­łeś?! - krzy­czy Mar­ce­la.

- Ja zwa­rio­wa­łem? Chy­ba ty! Gdzieś ty była? Wiesz, któ­ra jest go­dzi­na? Jesz­cze to po­rwa­nie...

Nie do­kań­czam zda­nia, gdy mi prze­ry­wa i do­po­wia­da, że nie chcia­ła mi prze­szka­dzać, a po­sta­no­wi­ła po­je­chać au­to­bu­sem za mia­sto na spa­cer po le­sie, żeby od­świe­żyć gło­wę, nim się zo­rien­to­wa­ła, że ostat­ni au­to­bus już daw­no od­je­chał, nie mia­ła po­wro­tu.

- Mar­ce­la, prze­stra­szy­łaś mnie. Dla­cze­go do mnie nie za­dzwo­ni­łaś? - py­tam z pre­ten­sją w gło­sie.

- Masz wenę. Mu­sisz to wy­ko­rzy­stać - stwier­dza i uzu­peł­nia swo­ją wy­po­wiedź: - A zresz­tą nic się nie sta­ło. Prze­cież nie je­stem ja­kąś małą sik­są, któ­ra ba­ła­by się cho­dzić sama po nocy. Jak­byś nie za­uwa­żył, je­stem już dużą dziew­czyn­ką.

Uśmie­cha­my się obo­je, bo ma ra­cję, a ja chy­ba przez to po­rwa­nie na osie­dlu i przez fa­bu­łę no­wej książ­ki za­czy­nam mieć kosz­mar­ne my­śli.

- Idę spać, bo je­stem wy­koń­czo­na. - Mar­ce­la uda­je się do ła­zien­ki.

Sam też kła­dę się do łóż­ka i po tak twór­czym dniu bar­dzo szyb­ko za­sy­piam.

JOACHIM

Sąsiedzi

Znik­nię­cie ma­łej An­to­si z domu na­prze­ciw­ko po­wo­du­je, że ci­sza na uli­cy prze­sta­je być neu­tral­na. Na­bie­ra ona cię­ża­ru, jak­by w ścia­nach tkwi­ły od­de­chy tych, któ­rzy wie­dzą wię­cej, niż po­win­ni. Lu­dzie prze­sta­ją mó­wić "dzień do­bry" z od­ru­chu, gdy te­raz każ­de sło­wo jest wy­bo­rem, a każ­de spoj­rze­nie oce­nia, waży i osą­dza. Są­sie­dzi są za­nie­po­ko­je­ni i za­czy­na­ją dziw­nie się za­cho­wy­wać.

Sie­dzę przy ku­chen­nym sto­le i ba­wię się ły­żecz­ką od her­ba­ty. Mar­ce­li­na stoi przy oknie i ner­wo­wo sku­bie pa­zno­kieć, jak­by ta umie­jęt­ność po­zo­sta­ła jej w pa­mię­ci, od­kąd była małą dziew­czyn­ką.

- Wiesz, że ja nie wiem, jak mają na imię lu­dzie z na­prze­ciw­ka? Nie ro­dzi­ce An­to­si, ale ci obok - rzu­ca na­gle. - Cho­dzę tu od lat i nie mam po­ję­cia, kim są ci wszy­scy lu­dzie. Dziw­ne, ale ta­kie sy­tu­acje wy­mu­sza­ją na nas głęb­sze my­śle­nie i uświa­do­mie­nie so­bie, jak mało cią­gle wie­my o ota­cza­ją­cym nas świe­cie.

Wzru­szam ra­mio­na­mi i ko­men­tu­ję:

- Ni­g­dy nie było po­trze­by. A może bar­dziej: ty ni­g­dy nie mia­łaś i nie czu­łaś tego.

- Ale te­raz jest, Jo­achim. - Mar­ce­la od­wra­ca się do mnie i kon­ty­nu­uje: - Ktoś po­rwał dziec­ko, Jo­achim. Dziec­ko. Z tego osie­dla. Z tej uli­cy. Może tuż obok. Może... ktoś, komu się co­dzien­nie kła­nia­my, scho­dząc ze scho­dów na­szych do­mów czy idąc po uli­cy. - Koń­ców­kę wy­po­wie­dzi wy­ma­wia dużo ci­szej, jak­by w jej gło­wie kłę­bi­ły się naj­gor­sze my­śli.

Uno­szę brwi i mu­szę dziw­nie wy­glą­dać z taką miną, bo mil­cze­nie mię­dzy nami nie jest obo­jęt­ne. Wszy­scy je zna­ją - jest to ci­che na­pię­cie, któ­re wy­peł­nia uli­ce, wszyst­kie domy do­oko­ła, piw­ni­ce, a na­wet spoj­rze­nia przez wi­zjer.

- Może po­win­ni­śmy z nimi po­roz­ma­wiać - do­da­je ci­cho Mar­ce­li­na. - Tyl­ko... nor­mal­nie. Bez żad­nych po­dej­rzeń. Wiesz, tak na lu­zie.

Ki­wam gło­wą i pod­no­szę się z krze­sła, po czym się­gam po po­jem­nik z do­mo­wym cia­stem, któ­re Mar­ce­li­na przy­go­to­wa­ła rano. Jest to moja ulu­bio­na droż­dżów­ka z kru­szon­ką, a na do­da­tek jesz­cze cie­pła.

- Ko­wal­scy? - py­tam.

- Ko­wal­scy - po­twier­dza i kon­ty­nu­uje: - Obo­je koło trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Bez­dziet­ne mał­żeń­stwo. Ona pra­cu­je zdal­nie jako HR-owiec w du­żej fir­mie sprze­da­ją­cej te­le­fo­ny, a jej mąż, Pa­weł, jest za­wo­do­wym kie­row­cą.

- Dużo o nich wiesz - kwi­tu­ję jej wy­po­wiedź.

Za­czy­na­my czuć gę­stą at­mos­fe­rę przez po­dej­rze­nia, któ­re od rana Mar­ce­la mi wpa­ja.

W koń­cu na­ma­wia mnie i ra­zem wy­cho­dzi­my do są­sia­dów, o któ­rych roz­ma­wia­li­śmy wcze­śniej.