Ofiara spełniona - Anna Klejzerowicz

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Felicja

FELI­CJA

Wraz z począt­kiem wrze­śnia z rado­ścią wró­ci­łam do Kry­szewa. Tęsk­ni­łam za tym z pozoru siel­skim graj­doł­kiem, który tak naprawdę aż drżał od pod­skór­nego tajem­nego życia. Czu­łam, że jestem w domu. Bra­ko­wało mi dłu­gich roz­mów z Gretą, mojej pracy, pizzy z lokal­nego baru, zacho­dów słońca nad wzgó­rzami, zapa­chu szy­szek z ota­cza­ją­cych mia­steczko lasów i tata­raku znad jeziora. Naj­bar­dziej jed­nak bra­ko­wało mi Artura. Dopiero teraz zro­zu­mia­łam, jak bar­dzo Pałka stał się ważny w moim życiu. W podróży towa­rzy­szył mi cień Seba­stiana. Tak przy­naj­mniej miało być. W pew­nym momen­cie jed­nak prze­sta­łam go widzieć. Zastą­piło go jasne słońce połu­dnia i cała ta sza­lona krzą­ta­nina zwią­zana ze zbie­ra­niem mate­ria­łów dla redak­cji ame­ry­kań­skiego maga­zynu. Tak jakby on sam usu­nął się... w cień. Nie, żal nie znik­nął, ale oswoił się, prze­stał ranić. Zosta­li­śmy z Burym sami, lecz tym razem nie była to ta doj­mu­jąca, bole­sna samot­ność jak przed rokiem. Prze­ciw­nie, czas na moich kam­pe­ro­wych woja­żach po kra­jach basenu Morza Śród­ziem­nego spę­dza­łam aktyw­nie, w poło­wie sierp­nia odli­cza­jąc już dni do powrotu.

Odzy­ska­łam spo­kój i coś, co można by nazwać rado­ścią życia. Nauczy­łam się cie­szyć pro­stymi spra­wami, poezją codzien­no­ści: pogod­nym poran­kiem, słoną mor­ską bryzą, zapa­chem kawy, sma­kiem doj­rze­wa­ją­cych na słońcu pomi­do­rów, pięk­nem kra­jo­brazu, poga­węd­kami z ludźmi. Nie cią­gnęło mnie do alko­holu, nie musia­łam topić w nim swo­ich lęków. Uciąż­li­wo­ści zwią­zane z pan­de­mią minęły, a o woj­nie za wschod­nią gra­nicą sta­ra­łam się myśleć racjo­nal­nie: to prze­cież nie­je­dyna wojna nisz­cząca ten świat. Nie mam na to żad­nego wpływu, a ludz­kość i tak ni­gdy się nie zmieni, zwłasz­cza że na połu­dniu Europy byłam od niej znacz­nie dalej i fizycz­nie, i psy­chicz­nie. Codzien­ność w kam­pe­rze słu­żyła mi, mia­łam już doświad­cze­nie i nauczy­łam się czer­pać z niej satys­fak­cję. Dobrze się w tym czu­łam.

Ale naj­bar­dziej cie­szyła mnie droga do domu...

Kiedy Greta ujrzała mnie zaraz po powro­cie, stwier­dziła, że odmłod­nia­łam. Szcze­rze mówiąc, tak wła­śnie się czu­łam. Zde­cy­do­wa­li­śmy z Pałką, że zamiesz­kamy razem. Może nie od razu, bo jed­nak wią­zała mnie praca. Na moim pod­da­szu połą­czo­nym z biu­rem redak­cji było mi wygod­nie, a z Gdań­ska mia­ła­bym tro­chę za długi dojazd. Z kolei Artur musiał być gotowy na każde wezwa­nie w mie­ście, więc na razie spo­ty­ka­li­śmy się w Kry­sze­wie albo w Gdań­sku, tak jak wcze­śniej, na luzie snu­jąc plany na przy­szłość. Mnie to wystar­czało. On nie opo­no­wał, nie chciał mnie do niczego zmu­szać. Tygo­dniowy zale­d­wie urlop Artura spę­dzi­li­śmy razem na żaglówce na Mazu­rach. Przy­znam, że w tym regio­nie byłam po raz pierw­szy w życiu. Greta mnie wypchnęła, bo źle się czu­łam z tym, że mia­łam sporo wol­nych dni, na szczę­ście Kaśka dosko­nale dawała sobie radę z gazetą.

Spodo­bało mi się pro­ste życie z Artu­rem. Jeziora też, jacht jakby nieco mniej. Za to Bury oka­zał się uro­dzo­nym żegla­rzem, ku ucie­sze Pałki, który był w swoim żywiole. Nie­stety lato miał kiep­skie, w oko­li­cach Trój­mia­sta bowiem gra­so­wał pedo­fil, seryjny mor­derca dzieci. Zanim go zła­pali, zabił trzy dziew­czynki, w tym jedną w naszych lasach. Pal­czyń­ski jest uwa­żany za twar­dziela, lecz to nie do końca prawda: ni­gdy nie wyzbył się wraż­li­wo­ści. Boli go krzywda innych bar­dziej, niż to poka­zuje, szcze­gól­nie gdy dotyka ona tych najbar­dziej bez­bron­nych, dzieci, zwie­rząt...

Za to go poko­cha­łam.

Tak, poko­cha­łam.

Bingo! Wresz­cie to powie­dzia­łam!

Po naszym powro­cie z jezior życie się usta­bi­li­zo­wało. Gładko weszłam w codzienny tryb: gazeta, urząd gminy, zbie­ra­nie infor­ma­cji, por­tal. Póź­niej życie pry­watne, które wresz­cie mia­łam, a wła­ści­wie zaczy­na­łam mieć i się nim cie­szyć. Wie­czo­rami znowu praca w redak­cji.

Miła, bez­pieczna mono­to­nia. Aż do tego popo­łu­dnia, gdy...

Kryszewo, obecnie

Kry­szewo, obec­nie

- Kocha­nie, zaraz jadę do Kry­szewa, a po połu­dniu zabie­ram cię na pizzę. - Kiedy Pal­czyń­ski zadzwo­nił, Feli­cja koń­czyła pracę w biu­rze i wybie­rała się na mia­sto, by śle­dzić życie codzienne miesz­kań­ców gminy. - Nie będę miał dużo czasu. Więc szy­kuj się i bądź gotowa około sie­dem­na­stej, zresztą wcze­śniej jesz­cze prze­kręcę, bo sam do końca nie wiem, jak długo nam zej­dzie.

- Ale mówi­łeś, że dzi­siaj łapie­cie zło­dzieja rowe­rów w Gdań­sku? - Weszła mu w słowo, sta­ra­jąc się ukryć zado­wo­le­nie.

- Tak miało być, ale...

- Czyżby już sie­dział w kaza­ma­tach? Dorwa­li­ście chłop­ta­sia? - zaśmiała się dzien­ni­karka, pusz­cza­jąc oko do stu­ka­ją­cej w kla­wia­turę Kaśki sie­dzą­cej przy dru­gim biurku.

- Hm... Czyli nic jesz­cze do was nie dotarło? Byłem prze­ko­nany, że nasz bez­cenny Ryba od razu da wam cynk.

- A co się stało? - Feli­cja spo­waż­niała, wyczu­wa­jąc, że cho­dzi o jakąś grub­szą sprawę. Nawet Mali­now­ska ode­rwała się od kom­pu­tera i wpa­trzyła się w sze­fową.

- Ano to, że w waszym uro­czym mia­steczku mamy kolej­nego nie­bosz­czyka. A ści­ślej mówiąc, nie­boszczkę, która raczej nie zmarła na serce - odparł. - Co wy robi­cie w tej pipi­dówce, że bez prze­rwy coś się u was dzieje?

Ste­fań­ską od razu dopa­dła cie­ka­wość połą­czona z eks­cy­ta­cją, czego zwy­kle doświad­cza w podob­nych oko­licz­no­ściach. Czuła się jak pies myśliw­ski przed polo­wa­niem. Nie potra­fiła się tego wyzbyć, choć Greta od lat pastwiła się nad nią, nazy­wa­jąc ją dzien­ni­kar­skim sępem, i to nie­ko­niecz­nie w żar­tach.

- Tylko nie gadaj tego przy Gre­cie! - powie­działa szybko, by odda­lić od sie­bie nie­chciane emo­cje. - Bo wiesz, że ona jest lokalną patriotką. Zabije cię i grono tru­pów się powięk­szy. Poza tym Kaśka sie­dzi obok, a też jest lokal­sem...

- Żar­tuję prze­cież! - zre­flek­to­wał się komi­sarz. - A tak serio, to zro­zu­miałe zja­wi­sko. Mała wyse­lek­cjo­no­wana spo­łecz­ność, więk­szość to przy­by­sze z Trój­mia­sta, naj­czę­ściej powią­zani z biz­ne­sem. No więc u was to wszystko się kotłuje. Prze­każ pani Kasi, żeby się nie obra­żała. A Greta chyba jesz­cze o niczym nie wie. To, tego, no... jesz­cze póź­niej poga­damy w knaj­pie, bo teraz muszę się zbie­rać.

- Cze­kaj, cze­kaj! - Pra­wie wrza­snęła. - Tak mnie nie zosta­wisz! Mów szybko, co jest grane, kto kogo zała­twił, o co cho­dzi? - Pomy­ślała, że pew­nie ktoś wyrów­nuje pora­chunki, skoro Artur wspo­mniał o biz­ne­sach, a może jakaś bójka.

Pal­czyń­ski jed­nak pozba­wił ją złu­dzeń.

- No wła­śnie, nie wia­domo, o co cho­dzi. To bar­dzo dziwna sprawa. Listo­nosz zna­lazł mar­twą kobietę w jej wła­snym domu pod Kry­sze­wem. Drzwi były otwarte, męż­czy­zna zawo­łał, a że nikt się nie odzy­wał, więc zaj­rzał do środka i odkrył zwłoki. Z roz­trza­skaną głową...

- Ale wypa­dek czy mor­der­stwo? Może spa­dła ze scho­dów?

- Nie leżała przy scho­dach. Poza tym... mówi­łem, że to bar­dzo dziwna sprawa. Ofiarą jest matka dziew­czynki zamor­do­wa­nej w lipcu przez seryj­nego. Tego pedo­fila.

- Nie rozu­miem. Prze­cież on sie­dzi! Może kobieta zała­mała się po śmierci dziecka i popeł­niła samo­bój­stwo?

- Nic na to nie wska­zuje - odparł ostroż­nie. - Raczej prze­ciw­nie. Ale powoli, na spo­koj­nie wszystko wyja­śnimy.

Kaśka dawała Feli­cji gwał­towne znaki.

- Czy możemy przy­je­chać na miej­sce zbrodni? - zapy­tała szybko dzien­ni­karka. Przy jej nodze natych­miast zamel­do­wał się Bury, jakby rozu­miał wagę sytu­acji. Cza­sami nazy­wała go psem śled­czym, bo czy ina­czej mógł się nazy­wać pies dzien­ni­karki śled­czej?

Pałka się zawa­hał.

- Ewen­tu­al­nie jedna z was. Lepiej ty - zgo­dził się osta­tecz­nie. - I tylko na chwilę. Zanim na miej­sce dotrze pro­rok...

- Brr, skar­bie, mów po ludzku. Pro­ku­ra­tor. Tak wolę. Pro­rok w tym kon­tek­ście brzmi zło­wiesz­czo. Dobra, jadę. Kaśka jesz­cze ma robotę. Daj namiary! - Omi­jała wzro­kiem nachmu­rzoną twarz młod­szej kole­żanki, która już raz dostała po gło­wie, więc niech się trzyma z daleka od zabójstw.

***

Par­te­rowy dom stał na obrze­żach Kry­szewa na sto­sun­kowo nowym, roz­bu­do­wu­ją­cym się osie­dlu w stylu kana­dyj­skim. Ste­fań­ska od razu wie­działa, dokąd powinna się kie­ro­wać. Na szu­tro­wej dro­dze przed jedną z pose­sji - mniej wię­cej pośrodku osady - dostrze­gła kilka samo­cho­dów, w tym radio­wóz poli­cyjny. Przed nie­ru­cho­mo­ścią nato­miast zebrała się już spora grupa gapiów, zapewne oko­licz­nych miesz­kań­ców. Wśród aut roz­po­znała stare volvo Pal­czyń­skiego. Pod­je­chała jesz­cze kawa­łek i zosta­wiła swo­jego vana nieco z boku. Wysia­dła, pró­bu­jąc ogar­nąć sytu­ację, zanim jed­nak zdą­żyła dołą­czyć do zebra­nych przed domem, wyszedł po nią komi­sarz ubrany już czę­ściowo w strój ochronny. Nawet w takim momen­cie na widok jego wyso­kiej szczu­płej syl­wetki i asce­tycz­nej męskiej twa­rzy z przy­mru­żo­nymi jakby w wiecz­nym uśmie­chu jasnymi oczami poczuła przy­spie­szone bicie serca. Na jego skro­niach poja­wiły się już pierw­sze srebrne pasemka i nieco się gar­bił, ale dla niej był naj­bar­dziej pocią­ga­ją­cym face­tem na ziemi. Prze­ci­wień­stwo Seba­stiana - i dobrze...

- Mamy tylko chwilę, Feli - powie­dział ści­szo­nym gło­sem. - Pro­rok... pro­ku­ra­tor już jedzie, a wiesz, że on nie znosi dzien­ni­ka­rzy. Na razie jesteś jedyna. Foto­gra­fuj teraz, byle szybko. A ja ci wszystko powiem. Ofiara to Sabina Kop­czyń­ska, lat trzy­dzie­ści sie­dem. Jej córka, Julia, została zamor­do­wana przez pedo­fila parę mie­sięcy temu, w waka­cje. Miała dwa­na­ście albo trzy­na­ście lat, dokład­nie nie pamię­tam. Kop­czyń­ska jest mężatką, ale od pew­nego czasu miesz­kała tutaj sama, podobno mąż ją opu­ścił. Zdaje się, że mał­żeń­stwo nie wytrzy­mało próby czasu po śmierci dziecka. Tak twier­dzą sąsie­dzi i to się fak­tycz­nie czę­sto zda­rza...

- To ten mąż ma prze­ki­chane. Nie wej­dziemy do środka? - zapy­tała, pstry­ka­jąc jed­no­cze­śnie zdję­cia domu i oto­cze­nia.

- Nie. Nasz medyk w tej chwili bada zwłoki. Uwierz mi, to nie jest przy­jemny widok. Tech­nicy zabez­pie­czają ślady w całym domu i ogro­dzie. Nie ma mowy, żeby im teraz prze­szka­dzać.

Wes­tchnęła.

- Rozu­miem, w porządku - odparła smęt­nie. - Mam nadzieję, że mi poka­żesz wasze zdję­cia z miej­sca zbrodni. Bo to zbrod­nia, tak?

- Wszystko na to wska­zuje, choć odpo­wiedź przy­nie­sie sek­cja zwłok - wyja­śnił ostroż­nie komi­sarz.

- To sąsie­dzi? - Wska­zała brodą mil­czą­cych gapiów.

- Tak. Chęt­nie dzielą się infor­ma­cjami, choć znają się tylko z widze­nia, jak to na nowych osie­dlach.

- Spo­kojna głowa. Niby się nie znają, ale i tak wszystko wie­dzą - prych­nęła. - Ludzie nie potra­fią żyć bez plo­tek, nie­ważne gdzie miesz­kają. Jak ona wyglą­dała?

- Ofiara?

- No. Była ładna?

- A jakie to ma zna­cze­nie?

- Nie wiem. - Wzru­szyła ramio­nami. - Ale prze­cież zawsze powta­rzasz, że wszystko może mieć zna­cze­nie. A to była jesz­cze młoda kobieta.

- Nie wiem, czy ładna. Nie­bosz­czycy zwy­kle nie są ładni. Nie oglą­da­łem jej pod tym kątem, led­wie zdą­ży­łem rzu­cić okiem, cze­kam na pro­ku­ra­tora. Póź­niej znaj­dziemy jej zdję­cia... gdy żyła.

Feli­cja poki­wała głową.

- Czyli nic tu po mnie - powie­działa, w duchu pla­nu­jąc kolejną wizytę na osie­dlu, by prze­py­tać sąsia­dów. - Wra­caj do pracy, a ja pojadę do redak­cji. Mogę opu­bli­ko­wać krót­kie info na por­talu?

- Masz do tego prawo. I tak niczego jesz­cze nie wia­domo, więc infor­ma­cja musi być zwię­zła.

- Rozu­miem. Nie wspo­mnę, kim jest ofiara. O, chyba wła­śnie nad­jeż­dża ten wasz pro­rok! - W ulicę wje­chała czarna limu­zyna, z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. - To ja się zmy­wam. Zoba­czymy się póź­niej w piz­ze­rii, tak?

Uści­snął ją nie­znacz­nie.

- Jasne! Zadzwo­nię.

***

- Kasiu, nie musisz się dąsać, i tak nic nie widzia­łam! - Feli­cja rzu­ciła kurtkę na krze­sło, wita­jąc się z roz­ra­do­wa­nym Burym. - Nie udało się wejść do środka, bo sie­dzieli tam tech­nicy i lekarz, a poza tym wła­śnie dojeż­dżała na miej­sce święta krowa, czyli pro­ku­ra­tor, który nie­na­wi­dzi dzien­ni­ka­rzy patrzą­cych mu na ręce, bo może nie są czy­ste. Nie masz więc czego żało­wać. Pstryk­nę­łam tylko kilka zdjęć oto­cze­nia i tyle. Zaraz zre­da­gu­jemy notkę na por­tal. Masz tro­chę kawy? Zmar­z­łam. Zro­biło się chłodno...

- Jest w dzbanku. - Asy­stentka wska­zała brodą na para­pet, który nazy­wały bufe­tem. - Nalać ci?

- Sama sobie naleję. - Ste­fań­ska się­gnęła po kubek. - No prze­stań się już, cho­lera, wku­rzać!

- Prze­cież się nie wku­rzam! - roze­śmiała się Mali­now­ska. - Nie trak­tuj­cie mnie jak dziecko spe­cjal­nej tro­ski. Pokaż te zdję­cia. - Zaczęła szybko prze­su­wać klatki na ekra­nie smart­fona Feli­cji. - Poznaję osie­dle, prze­jeż­dża­łam tam­tędy parę razy. I co tam się stało? Kto zgi­nął?

Ste­fań­ska usia­dła za swoim biur­kiem, żeby zgrać fotki na kom­pu­ter.

- Nie­znana mi Sabina Kop­czyń­ska, młoda, przed czter­dziestką. To zna­czy, dla cie­bie już stara, ale ty jesteś siu­siu­majtka...

- Niech ci będzie siu­siu­majtka, sze­fowo, ale ja aku­rat koja­rzę tę kobietę! - prze­rwała jej Kaśka. - Sprawa pedo­fila. Okropna tra­ge­dia z tą dziew­czynką... jej córką. - Pokrę­ciła głową. - Cie­bie tu wtedy nie było, sie­dzia­łaś gdzieś w Gre­cji albo Chor­wa­cji, kiedy to się stało. Zbok dotarł nawet tutaj. Mała Julia była jego przed­ostat­nią ofiarą. Póź­niej, gdzieś w lasach oliw­skich, napadł na star­szą dziew­czynkę, czter­na­sto­let­nią, którą zgwał­cił, ale ta na szczę­ście ucie­kła mu. Zaraz potem go zła­pali. A tę Julię zgar­nął podobno z szosy. Roz­ma­wia­łam wtedy z oboj­giem jej rodzi­ców. Biedni ludzie, to trauma na całe życie. Kosz­mar... - Pokrę­ciła głową.

- Rze­czy­wi­ście, kosz­mar. Jakie wra­że­nie zro­bili wtedy na tobie? - Feli­cja przy­tu­liła psa, który wdra­pał się na jej kolana.

- Czy ja wiem, żal mi ich było. Oboje byli zroz­pa­czeni. Nie­stety, nie wspie­rali się, może tylko na początku. Zaczęli obwi­niać się nawza­jem, zwłasz­cza ona jego, że cią­gle w pracy, cią­gle nie­obecny. On był spo­koj­niej­szy, choć widać było, że też cier­piał. Ale że ją zabije, to mi nie przy­szło do głowy...

- Co?! - Feli­cja poru­szyła się tak gwał­to­wa­nie, że aż Bury zesko­czył z jej kolan i z god­no­ścią wró­cił na wer­salkę. - Skąd ci to przy­szło do głowy?! Tak szybko osą­dzi­łaś faceta?

Kasia się zmie­szała.

- Ja... sorry, Feli­cja. Nie chcia­łam nikogo osą­dzać. Ale to się już roz­nio­sło i ludzie dzwo­nili do nas z pyta­niami. Mówi­łam, że nic jesz­cze nie wia­domo, więc dzie­lili się podej­rze­niami. Wszy­scy uwa­żają, że to on ją zabił, że to oczy­wi­ste. No bo niby kto inny, komu by zale­żało? Ten zbo­cze­niec sie­dzi w aresz­cie. A z mężem była skłó­cona, on ją rzu­cił. Sąsie­dzi podobno czę­sto sły­szeli awan­tury w ich domu. Roz­stali się jakiś czas temu...

- Nie wyda­waj wyro­ków, od tego jest sąd - upo­mniała ją Feli­cja. - To zabój­stwo nie musiało mieć związku z tamtą sprawą. Może to zbieg oko­licz­no­ści. Nie znamy tych osób, ich życia. I to jest zada­nie dla nas. - Uśmiech­nęła się łagod­nie do młod­szej kole­żanki, pró­bu­jąc zatu­szo­wać swój wybuch.

Przed rokiem młoda dzien­ni­karka została pobita przez ban­dzio­rów, więc teraz Ste­fań­ska była prze­wraż­li­wiona co do jej nad­gor­li­wo­ści w spra­wach kry­mi­nal­nych.

- Rozu­miem. Jasne. Możesz na mnie pole­gać. - Mali­now­ska wzru­szyła ramio­nami, ale oczy jej zabły­sły na hasło "zada­nie".

Wydo­ro­ślała ostat­nio, zeszczu­plała i - mimo wciąż jesz­cze widocz­nych blizn - wyład­niała. Prze­stała nosić apa­rat orto­don­tyczny i zmie­niła toporne oku­lary na bar­dziej twa­rzowe. Wciąż jesz­cze zwią­zy­wała włosy w ulu­biony koń­ski ogon, ale ta fry­zura doda­wała jej uroku. Już nie spra­wiała wra­że­nia sza­rej myszki.

- Wiem, dzięki. - Feli­cja uśmiech­nęła się sze­rzej. - Jutro rano obga­damy to i przy­go­tu­jemy plan dzia­ła­nia. Dzi­siaj mam się spo­tkać z Pałką w piz­ze­rii, może jesz­cze coś z niego wycią­gnę. A teraz leć do domu, masz wolne. Ja tu i tak sie­dzę. Aha, Kaśka! - Przy­po­mniała sobie, kiedy Mali­now­ska już wkła­dała płaszcz. - Greta nie dzwo­niła? Czy ona w ogóle wie?

- Ojej, znów dałam ciała! - Kasia wes­tchnęła i się zaru­mie­nia. - Zapo­mnia­łam ci prze­ka­zać. Nie dzwo­niła, ale wie. Ja do niej zadzwo­niłam. Od razu chciała tam jechać, to zna­czy na miej­sce zbrodni, ale odwio­dłam ją od tego. Powie­dzia­łam, że wystar­czy twoja obec­ność. Zgo­dziła się, pro­siła tylko, żebyś się z nią skon­tak­to­wała po powro­cie...

***

Ostatni kry­tyczny rzut oka w lustro. Syl­wetka może być, obci­sły czarny swe­ter do dżin­sów lekko ją wysmu­klał. Żad­nych ozdób, świe­ci­de­łek, to nie w jej stylu. Zamiast maki­jażu opa­li­zu­jący błysz­czyk do ust, odro­bina pudru na czu­bek nosa. Rysy twa­rzy ostre, napięte, oczy nieco pod­krą­żone, trudno. Natu­ralna śród­ziem­no­mor­ska opa­le­ni­zna. Ciemne włosy spięte z tyłu. Gumką. Bez farby. Nie wsty­dziła się swo­ich pierw­szych srebr­nych nitek. Artur je lubił.

Zarzu­ciła kurtkę. Wło­żyła do kie­szeni papie­rosy, zapal­niczkę, port­fel, kom­plet klu­czy i tele­fon. Pal­czyń­ski chciał po nią przy­je­chać, ale się nie zgo­dziła, zamie­rzała jesz­cze zro­bić drobne zakupy. Umó­wili się w piz­ze­rii. Gdy w końcu dotarła na miej­sce, on już sie­dział przy sto­liku w rogu. Wstał, by pomóc jej zdjąć kurtkę i odsu­nąć krze­sło. Wciąż ją to depry­mo­wało, tro­chę bawiło, tro­chę roz­czu­lało.

- Długo cze­kasz? - zapy­tała.

- Nie­długo, może kwa­drans. Ale na tyle długo, że już zło­ży­łem zamó­wie­nie i nasze pizze za chwilę wjadą! - Uśmiech­nął się. - Dla cie­bie to, co zwy­kle, czyli z owo­cami morza. I sałatka. Mam nadzieję, że tra­fi­łem?

- Świet­nie! A wino?

- Piwo. Nie mają wina. Pięk­nie wyglą­dasz.

- Dzięki. - Już chciała wypa­lić, że on też, ale zre­zy­gno­wała. Kie­dyś zro­bi­łaby to. Ostat­nio jed­nak uświa­do­miła sobie, że pew­nego rodzaju nawy­ków lepiej nie komen­to­wać, pod warun­kiem, że nikomu nie szko­dzą.

Rze­czy­wi­ście, led­wie zdą­żyła usiąść, a kel­ner już przy­niósł zamó­wie­nie. Byli tak głodni, że przez pierw­sze minuty sku­pili się tylko na jedze­niu. Nad­ko­mi­sarz spra­wiał wra­że­nie nieco przy­ga­szo­nego.

- Jesteś zmę­czony? - Feli­cja odło­żyła sztućce.

- Tro­chę. Długo nam zeszło. I jesz­cze ten cho­lerny pro­rok się cze­piał. On nie widzi powodu, żeby łączyć tę sprawę z zabój­stwem dziecka. Szybko, szybko. Spraw­dzić, co z domu zgi­nęło. Ma być wynik, i po spra­wie. Naj­pew­niej jakiś wła­my­wacz. E, co tu dużo gadać... - Mach­nął ręką.

- A ty uwa­żasz, że to mor­der­stwo, które ma zwią­zek z tym pedo­fi­lem?

Poli­cjant wzru­szył ramio­nami.

- Zamor­do­wana córka, zaraz potem matka. Czy to wygląda na przy­pa­dek?

- Wiesz, że nie wie­rzę w przy­padki.

- Ale oni wie­rzą. Bo to naj­mniej skom­pli­ko­wane. Byle odtrą­bić suk­ces.

- A ty na kogoś sta­wiasz? Mąż? Bo chyba nie zemsta tego pedo­fila lub jego krew­nych czy kolesi, prze­cież nie przy zabój­stwie tej małej Kop­czyń­skiej został zła­pany.

Pal­czyń­ski koń­czył jeść. Dolał Feli­cji piwa do szklanki, on pił tylko wodę.

- Nie wiem, na nikogo jesz­cze nie sta­wiam, nie na tym eta­pie! Mam mętlik w gło­wie, jak zawsze, gdy nakła­dają się dwie sprawy. Nie ma co spe­ku­lo­wać, trzeba dokład­nie wszystko zba­dać. Huk roboty przed nami. Jeśli chce­cie się włą­czyć, to bar­dzo pro­szę, popy­taj­cie miej­sco­wych, posłu­chaj­cie plo­tek. Na razie nawet nie wiemy, kim są ci ludzie. Oprócz tego, że on pocho­dzi stąd, a ona spro­wa­dziła się tu po ślu­bie, pocho­dzi... pocho­dziła z Gdyni.

Ste­fań­ska napiła się piwa i poki­wała głową.

- Na pewno popy­tamy. Kaśka uważa, że mor­dercą jest mąż. Greta też tak sądzi. Roz­ma­wia­łam z nią. Jest wście­kła, bo znów jej uko­chana gmina ucier­piała. Ale podobno wszy­scy podej­rze­wają męża. To furiat zdaje się...

- Wiesz, zazwy­czaj w takich sytu­acjach współ­mał­żo­nek jest pierw­szym podej­rza­nym. Mogli się posprze­czać i nerwy puściły, tyle że facet ma mocne alibi. W cza­sie, kiedy praw­do­po­dob­nie ją napad­nięto, sie­dział przy stole w towa­rzy­stwie swo­jej matki i sąsiadki, która przy­szła z wizytą. A potem odpro­wa­dził sąsiadkę, bo już było ciemno. Gość mieszka z matką, odkąd wypro­wa­dził się z domu. Zatem raczej odpada. To nie on. Chyba że sek­cja zwe­ry­fi­kuje czas zgonu.

Dzien­ni­karka wes­tchnęła.

- Dobra. Na począ­tek trzeba to wszystko ogar­nąć. Opo­wiedz mi naj­pierw o tym pedo­filu, bo mnie ta sprawa omi­nęła - popro­siła, opie­ra­jąc się wygod­niej na krze­śle.

Pedo­fil, a raczej gwał­ci­ciel i seryjny mor­derca, doko­pał nam tego lata jak mało co. Poja­wił się zni­kąd, nie był karany, choć - jak się oka­zało - incy­denty z mole­sto­wa­niem nie­let­nich miał już na kon­cie. Tylko jak zwy­kle: nikt tego nie zgła­szał, nie dostrze­gał, nie­stety, w takim kraju żyjemy. Do tej pory jed­nak nie napa­sto­wał ani nie zabi­jał. Ale jak raz zaczął, to... Dobrze, że został ujęty, bo mógłby mieć jesz­cze wiele ofiar na sumie­niu. A roz­po­czął swo­łocz swoje popisy od usi­ło­wa­nia gwałtu i pobi­cia miej­sco­wej ośmio­latki w lasach pod Kar­tu­zami, gdzie spę­dzał urlop nad jezio­rem. Miał żonę i dwie mało­let­nie córki, które - nawia­sem mówiąc - mole­sto­wał, choć mał­żonka uda­wała, że niczego nie widzi. Tam­temu dziecku też nikt nie uwie­rzył, nawet rodzina zlek­ce­wa­żyła opo­wieść małej, dla­tego sprawa nawet nie wypły­nęła. Tym­cza­sem skur­wiel spa­ko­wał walizki i razem z rodziną wró­cił do Tczewa, skąd pocho­dził. Na wszelki wypa­dek, żeby nie rzu­cać się w oczy. Jak ofi­cjal­nie twier­dził, warunki im nie odpo­wia­dały, za mało mieli luk­su­sów. To było w czerwcu. A na początku lipca już dzia­łał w oko­li­cach Trój­mia­sta. Tym razem napadł na jede­na­sto­latkę z Gdyni, którą upro­wa­dził pod jakimś pre­tek­stem z placu zabaw. Nie­stety tym razem i zgwał­cił, i zabił. Z zimną krwią pobił dziew­czynkę, ude­rzył kamie­niem w głowę, ogłu­szył, a na koniec udu­sił. Ciało zakrył liśćmi i gałę­ziami, nie zosta­wił śla­dów. Był przy­go­to­wany. Tę zbrod­nię zapla­no­wał. Zaj­mo­wał się akwi­zy­cją, miał więc uła­twione zada­nie, dużo czasu spę­dzał w tra­sie. Mała Kop­czyń­ska była jego kolejną ofiarą. Zabrał ją z szosy na stopa. Wra­cała sama znad jeziora, bo żadne z dzieci nie szło w tym samym kie­runku. Dalej sytu­acja roz­wi­nęła się podob­nie: wywiózł małą do lasu, gdzie zna­leź­li­śmy ślady, tam ją przy­pusz­czal­nie pró­bo­wał zgwał­cić, ale mu się z jakie­goś powodu nie udało, więc ją pobił i udu­sił. Poja­wiła się jed­nak pewna róż­nica w porów­na­niu z poprzed­nim mor­der­stwem. Tym razem nie zosta­wił ciała w lesie, tylko prze­niósł je - a raczej prze­wiózł - i ukrył w piw­nicy zruj­no­wa­nego budynku sta­rej szkoły w Kry­sze­wie. Tej, która od lat stoi pusta i nisz­czeje. Dla­czego tak zro­bił? Trudno powie­dzieć. Zapewne chciał opóź­nić odkry­cie zwłok, a ten budy­nek wydał mu się ide­al­nym miej­scem. Zruj­no­wany, nie­pil­no­wany, z dziu­ra­wym ogro­dze­niem, teren poro­śnięty sta­rymi drze­wami i chwa­stami. To wła­sność pry­watna, ktoś kupił obiekt parę lat temu, ale go zapu­ścił i porzu­cił, bo nie miał środ­ków na remont, a teraz już nie ma czego remon­to­wać. Swoją drogą, trzeba wresz­cie coś z tym zro­bić. Budy­nek grozi zawa­le­niem, a prze­cież bawią się tam dzieci.

I to wła­śnie dzieci zna­la­zły po dwóch dniach ciało Julki Kop­czyń­skiej. Skur­wy­syn chyba nie czuł się usa­tys­fak­cjo­no­wany, bo już kolej­nego dnia z rana dopadł nasto­latkę upra­wia­jącą jog­ging w lasach oliw­skich. Ta miała szczę­ście w nie­szczę­ściu. Wpraw­dzie wcią­gnął ją do samo­chodu, pobił i zgwał­cił, ale udało jej się uciec. To silna, wyspor­to­wana dziew­czynka, no i star­sza, pra­wie pięt­na­sto­let­nia. Julia miała dwa­na­ście i pół, w tym wieku to spora róż­nica. Pięt­na­sto­latka wyrwała się mu. Jacyś spa­ce­ro­wi­cze zare­ago­wali na jej krzyki, co spło­szyło zbo­czeńca. Szybko odje­chał z miej­sca zda­rze­nia, ale miał gnój pecha, bo zna­lazł się świa­dek, który zapa­mię­tał - przy­naj­mniej czę­ściowo - numery reje­stra­cyjne jego pojazdu. A wtedy już szybko go dopa­dli­śmy. Nie spo­dzie­wał się zatrzy­ma­nia. Przy­party do muru, do wszyst­kiego się przy­znał, a póź­niej się wyparł. I do tej pory przez cały czas zmie­nia zezna­nia, raz udaje nie­wi­niątko, raz wariata. Bawi się z nami w kotka i myszkę. Ale nic mu to nie pomoże.

Będzie sie­dział.

Nazywa się Jaro­sław Żak, ma trzy­dzie­ści sie­dem lat. Z zawodu jest nauczy­cie­lem, kate­chetą, w waka­cje dora­biał sobie akwi­zy­cją. Obie dziew­czynki, które oca­lały, twier­dzą, że kiedy je krzyw­dził, to się modlił. Tak, dobrze sły­szysz. Modlił się. I nawet śpie­wał. Podobno kiedy "wymie­rza karę" swoim cór­kom, to też się za nie modli. Ta nasto­latka, ma na imię Dorota, usły­szała po gwał­cie, jak mam­ro­cze do sie­bie śpiew­nie: "Idź­cie, ofiara speł­niona". Wła­śnie wtedy podra­pała mu ryja, wyrwała się i ucie­kła.

Na szczę­ście żyje, ale długo będzie wycho­dziła z traumy. Otarła się o pie­kło, spo­tkała na swo­jej dro­dze dia­bła w ludz­kiej skó­rze. Wciąż jest hospi­ta­li­zo­wana, leczona po ura­zie... przez takie gówno, bo to nie jest czło­wiek! - Nad­ko­mi­sarz zape­rzył się, aż goście przy sąsied­nich sto­li­kach zamil­kli skon­ster­no­wani.

Feli­cja słu­chała uważ­nie i noto­wała coś na ser­wetce, bo tym razem nie zabrała ze sobą swo­jego uko­cha­nego notesu. Kiedy Pałka skoń­czył opo­wia­dać, jesz­cze przez dłuż­szą chwilę sie­działa zamy­ślona, popi­ja­jąc piwo.

- A może to nie on? - wypa­liła nagle.

- Co nie on? - Artur nie krył zasko­cze­nia, wpa­try­wał się w nią ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- No, może to wcale nie ten... jak mu tam... nie ten Żak? - Wzru­szyła ramio­nami. - Może to pomyłka? Skoro się nie przy­znaje.

Nad­ko­mi­sarz pra­wie się roze­śmiał.

- Ach, to masz na myśli... Nie, nie, wyklu­czone. To on, bez dwóch zdań. Mówi­łem ci, że na początku przy­znał się do napa­ści. Dopiero potem wszystko odwo­łał, być może pod wpły­wem adwo­kata. Teraz kręci. Ale to na sto pro­cent on, są wia­ry­godni świad­ko­wie, jest numer reje­stra­cyjny samo­chodu. Świa­dek co prawda zapa­mię­tał tylko ostat­nie cyfry, ale to wystar­czyło do ziden­ty­fi­ko­wa­nia gnoja. No i miał na sumie­niu przy­padki mole­sto­wa­nia, nawet we wła­snej rodzi­nie, potwier­dzone przez krew­nych, sam się zresztą tego nie wypie­rał, tylko tłu­ma­czył je sobie po swo­jemu. Tu nie ma mowy o pomyłce - zakoń­czył.

- W porządku - wes­tchnęła. - Tak mi tylko przy­szło do głowy, odwo­łuję. A póź­niej, jakby to ująć... no, powiedzmy, po aresz­to­wa­niu go, tutaj, w Kry­sze­wie, nie było żad­nych incy­den­tów?

- Poza tym, że ludzie gotowi go byli zlin­czo­wać, to nie. Co było w Kry­sze­wie? Odbył się pogrzeb Julki. Byłem tam. Wtedy jesz­cze to mał­żeń­stwo, jej rodzice, byli razem, oboje w żało­bie. Poza tym inne osoby z rodziny, bab­cia, dru­dzy dziad­ko­wie, jakieś ciotki. Dzie­ciaki z klasy, nauczy­ciele, sąsie­dzi. Nor­mal­nie. No i tyle. O tym, że Kop­czyń­scy póź­niej się roze­szli, dowie­dzia­łem się dzi­siaj. A i to nie­for­mal­nie, bo roz­wodu nie było, nawet pozwu, więc może to było tylko chwi­lowe roz­sta­nie, może posta­no­wili od sie­bie odpo­cząć. Dowiemy się wię­cej, kiedy prze­słu­chamy męża. Aha, jesz­cze jedno... ta Kop­czyń­ska, matka Julki, podobno ona... tro­chę jakby osza­lała po jej śmierci, pra­wie zamiesz­kała na cmen­ta­rzu. Zapy­taj Rybę, to ci opo­wie, jak kilka razy ścią­gali ją stam­tąd po nocach, zresztą na wezwa­nie mał­żonka. Bo jego nie słu­chała, rzu­cała mu się do gar­dła, jak to okre­ślił. Nie życzyła też sobie pomocy psy­cho­loga, pra­wie go pobiła. A mąż się o nią zamar­twiał. Moż­liwe, że pękł, nie wytrzy­mał napię­cia i wiecz­nego obwi­nia­nia. Zresztą oboje się nawza­jem obwi­niali. On ją, że była zbyt pobłaż­liwa, że puściła małą samą nad jezioro, ona jego, że był "nie­obec­nym" ojcem. No ale to nor­malne w tak trau­ma­tycz­nej sytu­acji jak nagła utrata dziecka... na doda­tek w wyniku prze­stęp­stwa. - Pal­czyń­ski się­gnął po szklankę z wodą.

- Gdzie pra­co­wali? - zapy­tała Feli­cja.

- Jesz­cze nie­wiele wiemy o ich życiu pry­wat­nym. Jakoś mi to umknęło, były dziś waż­niej­sze sprawy. Od jutra zaczy­namy prze­słu­cha­nia. Ale ktoś wspo­mniał, że on ma firmę trans­por­tową, a ona chyba kie­ruje tam maga­zy­nem. Z tym, że to nie do końca pewna infor­ma­cja, trzeba ją zwe­ry­fi­ko­wać.

Po wyj­ściu z baru Pal­czyń­ski zapy­tał z nadzieją:

- Co teraz? Może poje­dziemy do mnie?

Feli­cja się zawa­hała.

- Nie dziś. Już późno, a muszę jesz­cze wypro­wa­dzić Burego na wie­czorny spa­cer, przy­go­to­wać mate­riały na jutro - odparła. - Poza tym chcia­ła­bym tro­chę pogrze­bać w sieci...

- Skar­bie, nie wariuj. Daj nam popra­co­wać.

- Ależ pra­cuj­cie sobie! Sam mówi­łeś, że trzeba się jak naj­wię­cej dowie­dzieć o tej rodzi­nie - nadą­sała się pół­żar­tem.

- Dobra, w porządku! Od czego chcesz zacząć?

- Naj­pierw pogrze­bię w sieci. Przej­rzę media spo­łecz­no­ściowe. Przy­naj­mniej wyro­bię sobie zda­nie i zoba­czę, jak wyglą­dają. Ona wyglą­dała, bo o nią głów­nie cho­dzi. A zanim ty wyślesz mi zdję­cia, to... wiesz.

- Nie wiem. Wysłał­bym ci jutro. - Uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco. - To daj znać, czy jesz­cze jest potrzeba, bo fak­tycz­nie w inter­ne­cie znaj­dziesz wszystko. A co potem?

- Nie wiem. - Wzru­szyła ramio­nami. - Chyba poga­dam z Gretą. Moż­liwe, że ona coś mi powie. Zna tutaj pra­wie wszyst­kich, a lokalne plotki ma w małym palcu. Będzie wie­działa, jak dotrzeć do ludzi.

- Greta na pewno będzie pomocna. Aha, czy­ta­łem waszą notkę pra­sową. Jest dobra, znasz się na swoim fachu, bo prze­cież nie zdą­ży­li­śmy tego usta­lić. Cie­kawe, co jutro znaj­dziemy w mediach...

- A więc mia­stowi dzien­ni­ka­rze też dotarli?

- A jak! Pew­nie, że dotarli. Sza­rań­cza. Tacy jeste­ście.

- To nasz zawód - skwi­to­wała.

- Wiem, wiem. Jeste­ście potrzebni, a opi­nia publiczna ma prawo wie­dzieć. Znam to. I nie mam pre­ten­sji w prze­ci­wień­stwie do...

- Pro­roka! - dokoń­czyła ze śmie­chem.

- Tak.

- No to wra­cam na chatę. - Wspięła się na palce i poca­ło­wała go w usta. Nie­ważne, kto patrzy! Niech poplot­kują.

- Sama, po ciemku? Mowy nie ma! Odpro­wa­dzę cię, zresztą zosta­wi­łem auto na par­kingu bli­sko two­jego domu... biura. Jeśli się zgo­dzisz, mógł­bym wam towa­rzy­szyć na spa­ce­rze. Tobie i Buremu.

- Zgo­dzę się - odpa­ro­wała bez namy­słu. - Ale już bez żad­nej kawki czy her­batki. Następ­nym razem, komi­sa­rzu.

- Niech ci będzie, redak­torko... - Pal­czyń­ski roz­ło­żył ręce w geście bez­rad­no­ści, jed­nak z jego twa­rzy o ostrych jastrzę­bich rysach nie scho­dził uśmiech.

***

Feli­cja zapa­rzyła w dzbanku her­batę i włą­czyła kom­pu­ter. Było już późno, Bury po spa­ce­rze chra­pał błogo na pół­pię­trze. Szybko przej­rzała mate­riały przy­go­to­wane - głów­nie przez Kaśkę - na por­tal i wysłała je do korek­torki. Ode­tchnęła głę­boko, po czym wpi­sała w wyszu­ki­warkę odpo­wied­nie słowa klu­czowe. O wypadku lub zabój­stwie Sabiny Kop­czyń­skiej, poza ich notką, nie było jesz­cze wzmianki. Nawet kon­ku­ren­cyjna lokalna gazetka mil­czała. Zna­la­zła nato­miast sporo arty­ku­łów o pedo­filu, w któ­rych obok innych ofiar wspo­mi­nano Julkę, a także miej­scowy - od razu roz­po­znała "pióro" Mali­now­skiej - poświę­cony głów­nie małej Kop­czyń­skiej. Przy tek­stach, ow­szem, znaj­do­wały się zdję­cia, lecz zama­zane, trudno z nich było odczy­tać wygląd dzieci, a wie­działa, że w przy­padku seryj­nych zabój­ców bar­dzo czę­sto jest on istotny.

Zalo­go­wała się na Face­bo­oka i Insta­grama, odszu­kała pro­file Sabiny. Na szczę­ście nikt nie zdą­żył ich zablo­ko­wać. Prze­rzu­ciła oś czasu, weszła w fol­der ze zdję­ciami. Kobieta zamiesz­czała ich wiele, pra­wie bez tek­stu, zwy­kle z kokie­te­ryj­nymi komen­ta­rzami w stylu: "Pozdra­wiamy znad morza", "Sje­sta w ogro­dzie" albo: "Cześć, to ja w dro­dze do pracy, prawda, że okrop­nie się dziś pre­zen­tuję?", po czym nastę­po­wał wysyp fot, od któ­rych nie­jedna kobieta i nie­je­den facet mogliby dostać zawału, choć pew­nie z róż­nych powo­dów. Cóż, była ładna, zapewne lubiła się poka­zy­wać, kre­ować swój wize­ru­nek. Bar­dzo kobieca natu­ralna blon­dynka, choć widać było, że czę­sto far­bo­wała włosy na różne odcie­nie, z upodo­ba­niem zmie­nia­jąc image. Przed czter­dziestką, jed­nak na oko wyglą­dała mło­dziej, wyra­zi­ste rysy, olśnie­wa­jący biały uśmiech, ciemne oczy, duży biust. Dobrze pre­zen­to­wała się w obci­słych bluz­kach z dużym dekol­tem. Na niektó­rych zdję­ciach poka­zy­wała się z mężem i córką. On - Sła­wek, jak wyni­kało z pod­pi­sów - rów­nież dosyć przy­stojny, musku­larny, kędzie­rzawy rudy blon­dyn. Dziew­czynka podobna do ojca: jasno­oka, dłu­go­noga, jesz­cze mło­dzień­czo wiotka, z burzą krę­co­nych ruda­wych loków opa­da­ją­cych na ramiona. Przy­po­mi­nała słynne anioły Leonarda, cza­sem do złu­dze­nia. Na swój spo­sób śliczna... była. Ostat­nie wpisy dato­wano na czer­wiec tego roku. Od lipca posty Sabiny ustały.

Ste­fań­ska bez trudu zna­la­zła wśród jej zna­jo­mych pro­fil Sła­wo­mira Kop­czyń­skiego. Klik­nęła, ale szybko stam­tąd wyszła roz­cza­ro­wana. Facet rzadko coś publi­ko­wał, jeśli już, to poli­tykę i muzykę, różne linki. Nic oso­bi­stego, a od kilku mie­sięcy on rów­nież zamilkł. Ostatni zapis to zdję­cie pro­filowe z żałobną nakładką w postaci czar­nej wstążki oraz pło­nący znicz jako zdję­cie w tle.

Z kolei na Insta­gra­mie dzia­łała już tylko Sabina. Zamiesz­czała te same fotki co na Face­bo­oku. Ze wszyst­kich ema­no­wała pozy­tywna ener­gia, a przy­naj­mniej pozy­tywne prze­sła­nie: sie­lan­kowy obraz szczę­śli­wej rodziny, nie­źle sytu­owa­nej, roz­wo­jo­wej. Przy­stojna para, jesz­cze sto­sun­kowo młoda, z uro­czą córeczką, wpraw­dzie bez zwie­rząt, za to z mod­nym ogród­kiem w postaci sta­ran­nie utrzy­ma­nego traw­niczka w stylu ame­ry­kań­skim, w pożą­da­nej loka­li­za­cji, przy nowo­cze­snym bun­ga­lo­wie.

Feli­cja uchy­liła luft i zapa­liła papie­rosa. Zamy­śliła się. To tyle na począ­tek, ale... i to dobre, uznała wresz­cie. Jakieś poję­cie już sobie wyro­biła. Zer­k­nęła na zegar: było jesz­cze przed pół­nocą, więc Greta na pewno nie śpi. W skrzynce odbior­czej zna­la­zła kilka powia­do­mień o pró­bach połą­czeń z jej numeru. Nie­stety, w restau­ra­cji wyłą­czyła tele­fon, a potem zapo­mniała go uru­cho­mić. Zde­cy­do­wała się oddzwo­nić teraz.

- To ja. Nie śpisz jesz­cze?

- No wiesz co! - obru­szyła się Greta. - Po pierw­sze, nie cho­dzę spać z kurami, a po dru­gie, od kilku godzin cze­kam na tele­fon od cie­bie! Dla­czego nie odbie­ra­łaś, do jasnej cho­lery?!

Ste­fań­ska się skrzy­wiła.

- Nie wrzeszcz - upo­mniała przy­ja­ciółkę. - Prze­cież się docze­ka­łaś. Nie odbie­ra­łam, bo mia­łam wyci­szony tele­fon. Byłam w knaj­pie z Pałką, pró­bo­wa­łam wyci­snąć z niego tro­chę infor­ma­cji na temat tej ostat­niej sprawy...

- Sprawy Kop­czyń­skiej, rozu­miem? To było samo­bój­stwo, zabój­stwo czy wypa­dek? - Greta natych­miast prze­szła do rze­czy.

- Z tego, co mi mówił, samo­bój­stwo jest wyklu­czone, wypa­dek raczej też.

- Czyli kolejne mor­der­stwo?

- Na to wygląda, sorry, Gretka. Ktoś jej roz­trza­skał głowę zdaje się, że pogrze­ba­czem. Gliny zabez­pie­czyły na miej­scu zbrodni zakrwa­wiony pogrze­bacz, teraz będą go oczy­wi­ście badać, ale moim zda­niem to już tylko for­mal­ność. Została zaata­ko­wana od tyłu, niczego się nie spo­dzie­wała. Sama na ten pogrze­bacz nie upa­dła ani nie zdzie­liła się nim w poty­licę. - Feli­cja zapa­liła dru­giego papie­rosa. Ostat­niego, zde­cy­do­wała. Tym­cza­sem Greta wście­kała się dalej, dzien­ni­karka oczami duszy widziała, jak rwie sobie włosy z głowy.

- Niech to szlag... Znowu! Chyba osza­leję. Znowu będzie o naszej gmi­nie gło­śno, a nie o taki roz­głos nam cho­dzi. Ale nic wię­cej nie wia­domo? To było jakieś wła­ma­nie, napad?

- Nic z tych rze­czy. To musiał być ktoś, komu bez obaw otwo­rzyła drzwi.

- Albo ktoś wcze­śniej już sie­dział u niej ukryty i cze­kał, aż wróci do domu... - spe­ku­lo­wała poli­tyczka.

- To byłyby ślady wła­ma­nia - uści­śliła Feli­cja. - Chyba że miał klucz.

- Wia­domo, na kogo to wska­zuje - stwier­dziła pani wójt. - I nie­stety, to praw­do­po­dobne. Mam nadzieję, że twój Pałka szybko zamknie tę sprawę. A wy z Kaśką trzy­maj­cie rękę na pul­sie.

- Zna­łaś tych ludzi?

- Tro­chę. - Greta lekko się zawa­hała. - O tyle, że wyra­biali sobie u nas w urzę­dzie potrzebne papiery, pozwo­le­nia na budowę i tak dalej. Kilka lat temu, kiedy kupili tam działkę i sta­wiali cha­łupę. Tro­chę kłó­tliwi, ale w sumie zda­rzali się gorsi od nich. Byłam wtedy radną, to osie­dle nale­żało do mojego okręgu. Potem spo­ty­ka­li­śmy się od czasu do czasu w urzę­dzie albo na ulicy. Ale to, co przy­da­rzyło się ich córeczce, to tra­ge­dia! Znasz tę sprawę? Wtedy ostatni raz roz­ma­wia­łam z jej matką. W waka­cje.

- Mogła­byś mi o tym opo­wie­dzieć? O tej roz­mo­wie i w ogóle o wszyst­kim, co o nich wiesz. O dziew­czynce też.

- Tak, ale nie teraz, to nie jest na tele­fon. Wpad­nij do mnie jutro po połu­dniu, tylko ty sama, poga­damy spo­koj­nie przy kawie albo winie.

- Okej, będę - zgo­dziła się dzien­ni­karka. - W takim razie wcze­śniej spró­buję pod­py­tać sąsia­dów.

- Tylko uwa­żaj­cie na sie­bie, Feli­cja! Ty i Kasia. Żeby nie było jak w zeszłym roku przez tę wariatkę z Budo­maksu - ostrze­gła Greta, zanim się roz­łą­czyły.

***

Pro­mie­nie sło­neczne prze­ci­skały się przez żalu­zje, budząc Feli­cję sku­tecz­niej niż budzik w tele­fo­nie. Nawet na pół­pię­trze zro­biło się zbyt jasno na spo­kojny sen. Jedy­nie Buremu żadne świa­tło nie prze­szka­dzało. Jego postawi na nogi brzęk miski, w któ­rej dostaje jedze­nie. Feli­cja, wciąż zie­wa­jąc, zeszła na dół i włą­czyła eks­pres. Pod­czas swo­ich wypa­dów w oko­lice Morza Śród­ziem­nego nauczyła się pić czarną kawę na powi­ta­nie dnia. Potem zaś, jak Turcy, pijała głów­nie mocną her­batę, zapew­nia­jącą jej kon­dy­cję na dłu­żej.

Pod­nio­sła żalu­zje i rolety, ofi­cjal­nie zapra­sza­jąc słońce. Wyj­rzała przez okno: piękna let­nia pogoda, choć powie­trze rześ­kie, a barwy już bar­dziej jesienne. Błę­kitne niebo, ożyw­cza czer­wień wino­blusz­czu, coraz bar­dziej pożół­kłe liście drżące na drze­wach, jakby bały się, że spadną, pra­wie złote w pro­mie­niach słońca, trawa już nieco rdzawa - wszystko to podzia­łało niczym zastrzyk ener­gii. Feli­cja weszła pod prysz­nic, a gdy wró­ciła do aneksu kuchen­nego, kawa już na nią cze­kała. Wokół uno­sił się hip­no­tyczny zapach, bogat­szy niż jej smak, jak twier­dziła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki