Ogień piekielny - Karin Fossum

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Piąty lipca 2005, upał

Ko­biety i dzieci sma­żyły się w słońcu, męż­czyźni roz­sąd­nie trzy­mali się w cie­niu, z opusz­czo­nymi na oczy ron­dami ka­pe­lu­szy. Na po­lach w po­bliżu go­spo­dar­stwa Ska­rven, w ma­łej do­li­nie z kępą czar­nych świer­ków, stała stara przy­czepa kem­pin­gowa marki Fendt z rdzą wo­kół okien. W jed­nym z nich, pod po­strzę­pioną fi­ranką, le­żały mar­twe owady, uwię­zione w ny­lo­no­wej siatce po­mię­dzy gę­stymi, cien­kimi nit­kami i białą ko­ronką. Tuż za drzwiami le­żało dziecko, cztero- lub pię­cio­let­nie. A na wą­skiej ka­na­pie pod oknem - do­ro­sła ko­bieta. Miała sze­roką ranę w ką­ciku ust, krew są­czyła się po jej bro­dzie. In­spek­tor stał w drzwiach, serce mu wa­liło.

Przy­czepa była w fa­tal­nym sta­nie, czy na­prawdę ta dwójka tu miesz­kała, matka i dziecko? Nie, nie są­dził. Może tylko ba­wili się w coś. Na spa­ce­rze przez pola w piękną po­godę spo­strze­gli za­rdze­wiały mały do­mek. Tej nocy bę­dziemy spać na dwo­rze, w przy­cze­pie!

Na za­cho­dzie le­żała miej­sco­wość Ge­ira­sta­dir, na wscho­dzie Hau­gane, a tu­taj, w czar­nej kę­pie drzew, matka z dziec­kiem. Se­jer wszedł do środka. Ad­re­na­lina wy­su­szyła mu wargi. Prze­kro­czył ciało chłopca, uwa­ża­jąc, by nie wdep­nąć w krew, za­uwa­żył nóż le­żący na pod­ło­dze przed szafką ku­chenną. Nóż z drew­nianą rę­ko­je­ścią i mo­sięż­nymi ni­tami oraz dłu­gim, wą­skim ostrzem, uży­wany do fi­le­to­wa­nia ryb lub mięsa. Na błysz­czą­cym ostrzu strużki krwi, spły­nęła sil­nym stru­mie­niem, śmier­działo zgni­li­zną. Na bla­cie to­rebka z czer­wo­nym port­fe­lem o wielu prze­gród­kach. Ple­cak, nie­do­je­dzona pizza, tro­chę ubrań na półce. W port­felu ty­siąc ko­ron w go­tówce. Nie był to więc ra­bu­nek, ni­czego ta­kiego zresztą nie po­dej­rze­wał. Za­wsze jest ja­kiś zwią­zek, po­my­ślał, po­wód, mo­tyw. Ja­kaś sprawa z prze­szło­ści. Ten, kto za­bił matkę i dziecko, wie­dział, kim są. I gdzie ich spo­tkać. Szu­kał swo­ich ofiar, prze­szedł przez pola i zna­lazł tę kry­jówkę. Je­śli fak­tycz­nie się tu ukry­wali. Zo­stać osa­czo­nym w tak cia­snej prze­strzeni, z rdzą, wil­go­cią i nie­przy­jem­nym za­pa­chem, to kiep­ska sprawa. Dach prze­cie­kał, no i te mar­twe owady. Dziecko miało na so­bie dres w nor­we­skich bar­wach, czer­wono-nie­bie­sko-biały, nie mógł na oko okre­ślić, czy to chło­piec, czy dziew­czynka. Le­żało na pod­ło­dze na ple­cach, z wy­cią­gnię­tymi ra­mio­nami, jakby ode­pchnięte od drzwi. Kilka ja­snych lo­ków przy­lgnęło do czoła. Głowa była od­chy­lona do tyłu, szyja cienka i biała. Se­jer otwo­rzył port­fel, który przed chwilą zna­lazł, wy­jął z niego prawo jazdy. Bon­nie Hay­den, tak na­zy­wała się matka. Dziecko po­zo­sta­wało jed­nak bez­i­mienne.

- Nie - rzu­cił do po­zo­sta­łych, któ­rzy chcieli wejść. - Ni­czego nie do­ty­kać. Od zda­rze­nia nie mi­nęło wiele czasu, krew jesz­cze nie wy­schła. Za­dzwoń do Snor­ra­sona, do In­sty­tutu Me­dy­cyny Są­do­wej, i po­proś, by na­tych­miast tu przy­je­chał.

Mu­siał wyjść na świeże po­wie­trze, po­stał chwilę i ode­tchnął. Kilka rze­czy za­uwa­żył kry­sta­licz­nie ja­sno: że ptaki wciąż śpie­wają, że świerki fa­lują na wie­trze swymi czar­nymi spód­ni­cami, że drozd na polu zna­lazł ka­wa­łek ziemi, w któ­rej te­raz grze­bał i dzio­bał. Po­li­cjanci od­gro­dzili spory ob­szar do­okoła przy­czepy. Pla­sti­kowe ta­śmy drżały na wie­trze jak ko­lo­rowe wstążki na pre­zen­tach.

Szli te­raz su­chą ścieżką w górę w kie­runku Ge­ira­sta­dir. Nie roz­ma­wiali, rzu­cali tylko krót­kie, ci­che uwagi. To tu­taj po­szedł, tędy uciekł po prze­stęp­stwie.

- Jedna z ofiar mu­siała wi­dzieć śmierć dru­giej - stwier­dził Se­jer, zwra­ca­jąc się do młod­szego ko­legi. Czy dziecko było świad­kiem za­bój­stwa matki, czy też od­wrot­nie? Nie wie­dział, która wer­sja by­łaby strasz­niej­sza. Tej dwójce przy­da­rzyło się naj­gor­sze. Na tym od­lu­dziu po­ja­wił się dia­beł i ich za­szty­le­to­wał. Było też w tych mor­der­stwach coś umyśl­nego, za­pla­no­wa­nego, nie mógł na to spoj­rzeć w inny spo­sób. Boże, mam na­dzieję, że nie mę­czyli się długo, po­my­ślał. Za­mie­nił kilka słów z rol­ni­kiem, który ich zna­lazł. Stał prze­stra­szony w od­po­wied­niej od­le­gło­ści, nie mógł ani po­dejść, ani wró­cić, nie chciał iść do domu, nie chciał też zo­stać. To on był wła­ści­cie­lem przy­czepy, od wielu lat tkwiła tu nie­uży­wana, rdze­wiała po­śród drzew.

- Bę­dziemy się z pa­nem jesz­cze kon­tak­to­wać - uprze­dził Kon­rad Se­jer. - Czy wi­dział pan ko­goś w oko­licy w ciągu ostat­nich kilku dni? Ko­goś ob­cego?

- Nie, nie wi­dzia­łem ży­wej du­szy. Pra­cują u mnie w go­spo­dar­stwie Po­lacy - do­dał - wie­dzieli o matce i chłopcu, o tym, że no­cują w przy­cze­pie. To była tylko jedna noc, ona przy­je­chała tu wczo­raj. Nie chce mi się wie­rzyć, że któ­ry­kol­wiek z nich jest w to za­mie­szany. Je­śli tak jest, nie po­go­dzę się z tym, to prze­cież moi lu­dzie.

- Na pod­ło­dze przy­czepy leży nóż - po­wie­dział Se­jer - wi­dział go pan?

Rol­nik wstrzy­mał od­dech.

- Le­d­wie.

- Chciał­bym, żeby się mu pan bli­żej przyj­rzał. Może za­uwa­żył go pan już gdzieś wcze­śniej.

- Mu­szę tam znowu za­gląd­nąć? - spy­tał wy­raź­nie nie­chętny.

- Tak.

Wszedł po dwóch stop­niach i zaj­rzał do środka.

- To nie nasz - stwier­dził. - Mogę już iść?

- Tak, przyj­dziemy póź­niej. Pro­szę nie roz­ma­wiać z prasą.

Se­jer miał już wró­cić do środka, aby kon­ty­nu­ować oglę­dziny, kiedy za­uwa­żył coś w tra­wie obok wą­skich drzwi. Prze­wró­cona pa­tera. Cia­sto zsu­nęło się z kra­wę­dzi i le­żało na ziemi. Było nie­tknięte. Zdzi­wił się i do­pil­no­wał, by zo­stało sfo­to­gra­fo­wane. Tłu­ste wrony bez wąt­pie­nia rzu­ci­łyby się na nie i po­żarły je w krót­kim cza­sie albo za­brały ze sobą. Tech­nicy ro­bili zdję­cia przy­kuc­nięci i sku­leni w cia­snej przy­cze­pie. Na li­no­leum zna­leźli kilka krwa­wych od­ci­sków du­żej po­de­szwy, więk­szość była nie­wy­raźna lub nie­kom­pletna, tylko je­den za­cho­wał się w ca­ło­ści. Se­jer stą­pał ostroż­nie mię­dzy tru­pami. Ostry za­pach krwi draż­nił mu nos, umysł miał jed­nak czy­sty. Przez okno zo­ba­czył gę­stą kępę krze­wów pełną doj­rza­łych ma­lin.

*

Gru­dzień 2004

Tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem w końcu spadł śnieg.

- Na­prawdę mu­sisz wy­cho­dzić? - na­rze­kał Ed­die. - Patrz, jaka śnie­życa! W ra­diu mó­wili, że jest śli­sko, trudne wa­runki do jazdy, i ra­dzili, żeby zo­stać w domu i pa­trzeć przez okno na pa­da­jący śnieg! Pra­wie nic nie wi­dać!

Mass po­ło­żyła mu dłoń na ra­mie­niu.

- Ed­die - po­wie­działa ła­god­nie, choć sta­now­czo - mam opony z kol­cami. Ja­sne, że będę je­chać ostroż­nie, będę się wlec jak żółw. Chcę wró­cić do domu, do cie­bie, cała i zdrowa. Ale mu­szę je­chać do sklepu, po­trze­bu­jemy je­dze­nia. A może za­mie­rzasz gło­do­wać?

Na myśl o gło­dzie Ed­die po­krę­cił ciężką głową.

- Zo­sta­niesz w domu i po­cze­kasz, ra­zem z Shibą - zde­cy­do­wała. - Co chcesz ze sklepu? Na pewno je­steś głodny.

Ed­die Mal­the wierz­chem dłoni wy­tarł nos. Syl­we­tką przy­po­mi­nał gi­gan­tyczną gruszkę, łydki miał cien­kie i pa­ty­ko­wate, a stopy w gru­bych bu­tach, które za­wsze no­sił, były wą­skie przy pię­cie, a w kie­runku pal­ców znacz­nie się roz­sze­rzały - przy­po­mi­nały łapy gęsi. Pię­ści miał duże i białe, palce krót­kie i grube.

- Śli­maczki cy­na­mo­nowe - za­żą­dał sta­now­czo.

- Śli­maczki cy­na­mo­nowe, tak jest. Do­bra, jadę. Bądź miły dla Shiby, nie cią­gnij jej za ogon. Wiem, że tak ro­bisz, kiedy je­steś sam w domu.

- Obie­cuję, że nie będę - po­wie­dział Ed­die, cho­ciaż to wła­śnie pla­no­wał. Kiedy chwy­tał ją za ogon, za­wsze za­czy­nała się wier­cić, dłu­gimi pa­zu­rami dra­pała pod­łogę, by uciec. - Pa­mię­taj o pa­sach!

Matka wkła­dała wła­śnie płaszcz.

- Nie za­po­mnij te­le­fonu - kon­ty­nu­ował. - Za­dzwoń, je­śli zje­dziesz z drogi, za­dzwoń na sto dwa­na­ście. O ile nie stra­cisz przy­tom­no­ści, rzecz ja­sna.

- Daj już spo­kój - po­pro­siła. - Usiądź so­bie na ka­na­pie, ja wrócę naj­póź­niej za czter­dzie­ści pięć mi­nut.

Ed­die spoj­rzał na matkę.

- Kiedy wy­cho­dzisz, w ca­łym domu robi się zimno - na­rze­kał. - Wiesz, jak to jest. Nie za­po­mnij o śli­macz­kach cy­na­mo­no­wych. Je­śli ich nie bę­dzie, kup mi ciastka. Cy­try­nowe mar­kizy.

Pa­trzył zbo­la­łym wzro­kiem przez okno, szyby były błysz­czące i czy­ste, matka pil­no­wała po­rządku. Zo­ba­czył, jak sa­mo­chód wy­jeż­dża ty­łem z ga­rażu i skręca na główną ulicę. Śnie­życa ze­lżała, śnieg zmie­ciony przez silny wiatr utwo­rzył za­spy przy dro­dze. Ci­cho mo­dlił się, by nic złego się nie stało. Żeby mama wró­ciła do domu w jed­nym ka­wałku, z mle­kiem i ciast­kami. Pies spał przed że­liw­nym ko­min­kiem z głową opartą na ła­pach. Pod­szedł i zła­pał go mocno za ogon, jak za­wsze. Zwie­rzak za­czął skom­leć, przez chwilę biegł w miej­scu, aż w końcu wy­rwał się i schro­nił w kuchni. Ed­die usiadł na ka­na­pie, wziął ga­zetę i otwo­rzył ją na przed­ostat­niej stro­nie, na któ­rej znaj­do­wała się krzy­żówka. Zwy­kle da­wał radę ją roz­wią­zać. Nie bra­ko­wało mu prze­cież ro­zumu. Zna­lazł ołó­wek i za­czął czy­tać. Pio­nowo, po­my­ślał, "gło­śny suk­ces" na sześć li­ter. Wpi­sał w kratki słowo "fu­rora".

Pies le­żał nie­ru­chomo w ką­cie kuchni, ko­mi­nek grzał. Ośmio­let­nia la­bra­do­rka miała sporą nad­wagę i nie zo­stało jej wiele czasu, tak twier­dziła matka. Jej ciało było pełne gu­zów, czuł je przez żółte fu­tro, ale nie mieli ubez­pie­cze­nia ani fun­du­szy na ope­ra­cję.

- Ży­cie po pro­stu musi się to­czyć swoim to­rem - ma­wiała matka. - Wiesz, nic nie trwa wiecz­nie.

- Wiem - od­po­wia­dał wtedy Ed­die. Po­tem za­wsze my­ślał o śmierci matki, bo prze­cież kie­dyś na­dej­dzie. Cho­ciaż miała le­d­wie pięć­dzie­siąt sześć lat, a on sam skoń­czył dwa­dzie­ścia je­den, na myśl o końcu ro­biło mu się go­rąco z prze­ra­że­nia. Czę­sto mu­siał kłaść rękę na sercu, aby je uspo­koić. "Król na sza­chow­nicy" - prze­czy­tał, miał już pierw­szą li­terę z fu­rory, było to "f". Wpi­sał w kwa­draty słowo "fi­gura". Za­wsze za­czy­nał od naj­ła­twiej­szych ha­seł. Po­tem spoj­rzał na ze­gar ty­ka­jący na ścia­nie. Za dwa­dzie­ścia mi­nut po­winna wró­cić matka, ze śli­macz­kami cy­na­mo­no­wymi. Czuł już ich smak w ustach. Oby tylko były w skle­pie. Oby tylko były świeże i pyszne! "Jad", to może być tru­ci­zna. Albo tok­syna. Na sie­dem li­ter, więc to dru­gie, miał te­raz ostat­nią li­terę z ha­sła "krzyk opon". Koń­czyło się na "k". Tu mu­siał być "pisk". Ko­lejne ha­sła były już trud­niej­sze, za­fun­do­wał więc so­bie prze­rwę. Zbli­żył się do okna, wpa­try­wał się w za­spę śnieżną, pro­sząc Je­zusa o opiekę, o ile oczy­wi­ście ist­niał. Po­zwól ma­mie prze­trwać bu­rzę. Sie­dzę tu sam, cze­ka­jąc na sło­dy­cze. Je­ste­śmy tylko we dwójkę. Mu­sisz się nami opie­ko­wać!

Znów po­szedł do kuchni, do Shiby, po­cią­gnął ją mocno za ogon i za­śmiał się, kiedy pod­sko­czyła i po­bie­gła z po­wro­tem do sa­lonu. Wczoł­gała się pod ka­napę, sa­piąc gło­śno.

- Ty tchó­rzu - re­cho­tał - czemu mnie nie ugry­ziesz? Nie masz zę­bów w py­sku?

Po­tem znów usiadł nad krzy­żówką, ssąc ołó­wek. Słowo "ko­niec" na cztery li­tery wy­trą­ciło go z rów­no­wagi.

Mi­nęło czter­dzie­ści pięć mi­nut, a matki nie było. Zmar­twiony chwy­cił ko­mórkę i gru­bymi pal­cami wy­brał jej nu­mer. Usły­szał jed­nak tylko oznaj­mia­jący głos: "Osoba, do któ­rej dzwo­nisz, ma wy­łą­czony te­le­fon bądź jest nie­do­stępna". Znowu pod­szedł do okna i wga­pił się w śnie­życę, była gę­sta i biała, słońce le­dwo się przez nią prze­bi­jało. Wie­dział, że póź­niej matka każe mu od­śnie­żać, czego szcze­rze nie­na­wi­dził. Dla pew­no­ści za­dzwo­nił jesz­cze raz, ale usły­szał ten sam bez­na­miętny ko­mu­ni­kat. Mi­nęło pięć­dzie­siąt mi­nut. Stało się, po­my­ślał z roz­pa­czą, zje­chała z drogi i ude­rzyła w drzewo. Te­raz sie­dzi z no­sem w po­duszce po­wietrz­nej. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, czy wło­żyć kurtkę i ru­szyć na po­szu­ki­wa­nia. Wresz­cie, tak sto­jąc przy oknie, za­ci­ska­jąc pię­ści z nie­po­koju, zo­ba­czył na ho­ry­zon­cie jej sa­mo­chód. Świa­tła skie­ro­wały się w jego stronę, wy­biegł do ko­ry­ta­rza i da­lej na schody.

- Po­wie­dzia­łaś czter­dzie­ści pięć mi­nut - po­skar­żył się - prze­stra­szy­łaś mnie.

- Ed­die, nie dra­ma­ty­zuj. Nie mogę ode­brać te­le­fonu, kiedy pro­wa­dzę, by­łam już pra­wie w domu.

- Były śli­maczki?

- Tak, ku­pi­łam dwa opa­ko­wa­nia. Masz, smacz­nego. Wstaw mleko do lo­dówki, ja pójdę od­śnie­żyć schody. Jak już zjesz, mu­sisz wyjść i od­śnie­żyć pod­jazd.

Od­li­czyła sie­dem śli­macz­ków i po­ło­żyła je na ta­le­rzu.

- Resztę do­sta­niesz wie­czo­rem. Bądźmy szcze­rzy, je­steś do­syć gruby. Wiem, że duży z cie­bie chło­pak, ale sto trzy­dzie­ści kilo to na­prawdę za wiele. Nad­waga jest nie­bez­pieczna, Ed­die. Mleko i ciastka osa­dzają się w ży­łach jak glina. A po­tem tak po­wstała za­tyczka od­rywa się i wę­druje do serca. A na­wet do mó­zgu i wtedy ko­niec z krzy­żów­kami.

- No do­bra, ale do­stanę ostat­nie śli­maczki wie­czo­rem, prawda? - upew­nił się.

- Tak, obie­cuję. Wiesz, mu­szę być su­rowa. Ktoś musi się tobą opie­ko­wać, co do tego mo­żemy się zgo­dzić.

- Po­win­ni­śmy iść do CC - od­parł na to - po­trze­buję ubrań. Chcę tę bluzę, którą wi­dzia­łem w ga­ze­cie. I love New York.

W nocy śniły mu się kur­czaki. Żółte, pu­szy­ste i mięk­kie, bie­gały na cien­kich nóż­kach. Pod­no­sił je i wrzu­cał do garnka, z czosn­kiem i ma­słem. Śnił, że pły­wały tam i bul­go­tały, pisz­cząc i szar­piąc się we wrzą­cej wo­dzie. Obu­dził się gwał­tow­nie, kiedy sen się skoń­czył. Le­żąc, na­słu­chi­wał od­gło­sów z po­koju matki. Cza­sami mó­wiła przez sen, in­nym ra­zem ję­czała, ale naj­czę­ściej było ci­cho przez całą noc. Nie lu­bił, gdy matka spała. Kiedy nie było jej przy nim, kiedy nie od­po­wia­dała na we­zwa­nie, tylko le­żała tam i od­dy­chała w ciem­no­ści, poza jego za­się­giem.

Za­wsze to on bu­dził się pierw­szy i zo­sta­wał w łóżku, słu­cha­jąc i cze­ka­jąc, aż matka wsta­nie. Le­żał w ci­szy, póki nie usły­szał szumu spusz­cza­nej to­a­lety. Do­piero wtedy wy­sko­czył z łóżka, wszedł do sa­lonu, od­su­nął za­słonę z okna i wpa­try­wał się w nowy dzień, który roz­cią­gał się przed nim. Na­stęp­nie po­ja­wiał się kuchni, z jedną ręką w majt­kach, drugą za­czął grze­bać w chle­baku. Ukroił dwie kromki chleba i po­sma­ro­wał je grubą war­stwą ma­sła, się­gnął po cu­kier­nicę. Strzep­nął kilka zia­re­nek z gład­kiej ce­raty. Matka wy­szła z ła­zienki i zo­ba­czyła go tam, przy stole, z chle­bem i cu­krem.

- Za­wsze to samo, ile jesz­cze mam mó­wić, że trzeba umyć ręce przed je­dze­niem, nie by­łeś na­wet w ła­zience. Te ręce były wszę­dzie.

Ed­die miał swoje zda­nie na ten te­mat. Wie­dział, że czę­sto za­sy­piała z ręką mię­dzy spo­co­nymi udami, a cza­sami w nocy sły­szał jej jęki.

- Kurwa, nie je­stem prze­cież idiotą - wy­mam­ro­tał do sie­bie. Cho­ciaż matka go­niła go do ła­zienki umyć ręce, to on miał ostat­nie słowo. Ko­bieta wyj­rzała przez okno na gę­sty śnieg.

- Po­je­dziemy dzi­siaj au­to­bu­sem - spoj­rzała na syna - nie ma róż­nicy. Trzeba cię za­brać wresz­cie do fry­zjera, wy­glą­dasz jak dziew­czyna.

Ed­die prych­nął. Miał metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, a jego głos był szorstki jak tarka. Z pew­no­ścią nie wy­glą­dał na dziew­czynę, jak mo­gła po­wie­dzieć coś ta­kiego. Gę­ste, brą­zowe i mięk­kie włosy rze­czy­wi­ście się­gały mu karku, ale nie lu­bił, gdy no­życzki zbli­żały się do jego uszu.

Wkrótce sie­działa na miej­scu obok niego, za­ci­ska­jąc dło­nie na brą­zo­wej to­rebce.

- Je­dziemy do Dres­smanna - stwier­dziła sta­now­czo - tam mają bar­dzo duże roz­miary. Mu­sisz prze­stać sy­pać cu­kier na ka­na­pki, mo­żesz do­stać cu­krzycy.

Nie od­po­wie­dział na to. Sie­dział obok niej, wy­czu­wał za­pach my­dła. Lu­bił ko­ły­sa­nie au­to­busu, ni­skie, senne dud­nie­nie sil­nika, za­pach no­wych, czer­wo­nych plu­szo­wych sie­dzeń. Za­pach ob­cych lu­dzi, któ­rymi nie mu­siał się przej­mo­wać.

Dres­smann był na dru­gim pię­trze cen­trum han­dlo­wego, po­je­chali ru­cho­mymi scho­dami. Przed skle­pem stały sto­jaki z to­wa­rem, było tu tro­chę star­szych i prze­ce­nio­nych rze­czy.

- Po­pro­szę spodnie i bluzę - po­wie­dział gło­śno i wy­raź­nie do mło­dej dziew­czyny, która po­de­szła ich ob­słu­żyć. - Spodnie mu­szą być czarne. Mają mieć wiele kie­szeni z przodu i z tyłu oraz wzdłuż no­ga­wek. Nie dżinsy, to musi być inny ma­te­riał. Sztywne ubra­nia są obrzy­dliwe. Roz­miar XL, je­stem du­żym chłop­cem.

Uśmie­chała się, od­sła­nia­jąc białe zęby. Jej skóra była ciemna jak cze­ko­lada, a włosy czarne.

- Nie je­steś z Nor­we­gii - stwier­dził Ed­die sta­now­czo.

- Ależ je­stem - od­parła na­tych­miast. - Mój oj­ciec jest Etiop­czy­kiem, ale uro­dzi­łam się i wy­cho­wa­łam w Nor­we­gii. Pro­szę, tu­taj mam spodnie z mnó­stwem kie­szeni. Sześć z przodu i dwie z tyłu, to nie­źle, prawda?

- Nie są czarne. - Ed­die nie był za­do­wo­lony.

- Nie, ale ze wszyst­kiego, co mamy, naj­le­piej speł­niają twoje wy­ma­ga­nia. W twoim roz­mia­rze. Je­śli kie­sze­nie są ta­kie istotne. Mam też inne czarne spodnie, tylko to dżinsy. A dżin­sów prze­cież nie chcesz.

- Do­brze - po­wie­dział Ed­die - dziś po­jadę do domu w ciem­no­nie­bie­skich spodniach. Nie­sa­mo­wite, że nie można speł­nić ta­kich skrom­nych ży­czeń. Po­trze­buję też bluzy - do­dał - też ma być czarna. Czy kie­dy­kol­wiek by­łaś w Etio­pii w po­szu­ki­wa­niu swo­ich ko­rzeni? - za­py­tał za­cie­ka­wiony.

Matka wkro­czyła zi­ry­to­wana.

- Nie prze­szka­dzaj pani w pracy. Chodź do przy­mie­rzalni, mu­sisz spraw­dzić te spodnie. W mię­dzy­cza­sie po­szu­kam bluzy. Nie py­taj lu­dzi, skąd po­cho­dzą, to nie twoja sprawa. Czy po­do­ba­łoby ci się, gdyby ktoś py­tał o twoje po­cho­dze­nie?

- Tak, bar­dzo by mi się to po­do­bało - od­parł.

Prze­su­nął za­słonę i wszedł do cia­snej przy­mie­rzalni, zdjął stare spodnie i wło­żył nowe. Matka przy­szła z bluzą, zna­la­zła na wie­szaku taką z na­pi­sem "Nowy Jork", ale Ed­die nie chciał jej przy­mie­rzać, wi­dział, że pa­suje. Mass za­pła­ciła sie­dem­set dwa­dzie­ścia ko­ron, po czym wy­szli ze sklepu, on niósł torbę.

Stali przed ladą w ka­wiarni Chri­stia­nia na dru­gim pię­trze.

- Mo­żesz zjeść ka­na­pkę - uznała Mass - i cia­sto. Ja we­zmę go­fra z dże­mem. Ed­die, nie py­taj ob­co­kra­jow­ców, skąd są.

- Etio­pia jest ładna - tłu­ma­czył. - Nie ma się czego wsty­dzić.

Usie­dli przy sto­liku naj­bli­żej okna. Ed­die wgnia­tał na­po­le­onkę w ta­lerz, pró­bu­jąc roz­dzie­lić wierzch na małe ka­wałki.

- Pa­mię­tasz, jak wró­ci­li­śmy z Las Pal­mas - spy­tał - czy pa­mię­tasz tego mu­rzyna, który spadł ze scho­dów ru­cho­mych na Gar­der­moen? Zła­mał obie nogi. W kilku miej­scach. To naj­gor­sze, co w ży­ciu wi­dzia­łem.

- Nie wolno mó­wić "mu­rzyn" - po­uczyła go Mass. - Dla­czego te­raz o nim po­my­śla­łeś?

- Bo my te­raz mu­simy zje­chać scho­dami ru­cho­mymi.

- Uwa­żaj, trzy­maj się po­rę­czy. Ja we­zmę torby.

Ob­li­zał wargi.

- Dziś wie­czo­rem będę oglą­dał pro­gram Tore na tro­pie - po­wie­dział. - Wiesz, dużo my­śla­łem o babci i dziadku. I wszyst­kich in­nych ze strony taty. Skąd się wzięli. I kto był przed nimi. Jak żyli. Co ro­bili.

Mass na­piła się kawy.

- Oni nie żyją - prze­ko­ny­wała - to nie ma zna­cze­nia. Zo­sta­li­śmy tylko ty i ja i my­ślę, że do­brze so­bie ra­dzimy. - Ugry­zła go­fra. - My­ślę, że po­wi­nie­neś zna­leźć so­bie dziew­czynę. Kie­dyś mnie za­brak­nie.

Ed­die miał prze­ra­żoną minę.

- Po co mi dziew­czyna, prze­cież mam cie­bie. Było ci smutno, kiedy tata od­szedł?

- Nie - od­parła - nie­zu­peł­nie, by­łam na to przy­go­to­wana. Był ba­wi­dam­kiem, Ed­die, nie będę owi­jać w ba­wełnę. Mó­wi­łam ci, że zna­lazł so­bie inną, oczy­wi­ście była dużo młod­sza ode mnie, tacy już są męż­czyźni. Ale po­tem za­cho­ro­wał, umarł w dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim, więc ta druga też się nim nie na­cie­szyła. Nie wiem, czy mieli dzieci, nie ma co do tego pew­no­ści. Już o tym roz­ma­wia­li­śmy, Ed­die, nie mam nic wię­cej do do­da­nia.

- Wy­gląda na to, że twoim zda­niem wszystko było w po­rządku. - Ed­die zda­wał się ura­żony. - Nie my­śla­łaś o mnie?

- Oczy­wi­ście, że my­śla­łam. Ale nie chcia­łam też, że­byś do­ra­stał z oj­cem, który nas nie chciał.

Póź­niej tego po­po­łu­dnia Ed­die sie­dział na ka­na­pie z ga­zetą. Lu­bił czy­tać ne­kro­logi, były dla niego jak cu­kierki, star­sze pa­nie pach­nące kam­forą i małe dzieci słod­kie jak kar­melki. W nie­któ­rych przy­pad­kach śmierć była mocna, jak lu­kre­cja z pie­przem. Mor­der­stwa lub sa­mo­bój­stwa i lu­dzie, któ­rzy prze­grali walkę z ra­kiem. Bez reszty po­chło­nęły go roz­my­śla­nia. Po­tem wró­cił do krzy­żówki. "Ko­rona". Na pięć li­ter, ostat­nią było "s". Nie cho­dzi o ko­ronę kró­lew­ską ani o markę piwa, bo ją pi­sze się przez "c". Było też chyba coś z ko­roną słońca? Usiadł przy kom­pu­te­rze i ku swo­jemu zdu­mie­niu zna­lazł in­for­ma­cję, że to także wi­rus.

- Tak dużo wiem - po­my­ślał z za­do­wo­le­niem. - Ogar­niam.

*

Bl?kol­len, gru­dzień 2004

Dziecko spało obok niej z mo­krym ko­smy­kiem wło­sów na czole. Czte­ro­ipół­let­nie, z ja­snymi lo­kami i ma­łymi bia­łymi rącz­kami za­koń­czo­nymi pa­znok­ciami jak z masy per­ło­wej.

- Si­mon - wy­szep­tała - nie śpisz? Za­czął się nowy dzień, mu­simy wstać.

Wier­cił się w łóżku, prze­wró­cił się na bok i chciał da­lej spać.

- W ta­kim ra­zie wstanę sama - po­wie­działa zre­zy­gno­wana i po­sta­wiła jedną stopę na pod­ło­dze. - Zro­bię ci owsiankę. Płatki owsiane z ma­słem i ro­dzyn­kami oraz cu­krem i cy­na­mo­nem.

Usły­szała wes­tchnie­nie, jakby wia­do­mość o go­rą­cej owsiance prze­do­stała się przez za­słonę snu. Po­ca­ło­wała go w po­li­czek i po­czuła, jaki jest cie­pły i pu­szy­sty. Po­tem wło­żyła cie­pły swe­ter, prze­szła przez zimną pod­łogę do kuchni. Wlała mleko do garnka i do­dała płatki, po­sy­pała ły­żeczką soli. Na ko­niec garść ro­dzy­nek. Po­tem wró­ciła do sy­pialni i pod­nio­sła ma­łego z łóżka. Sen­nie prze­wró­cił oczami i ob­jął ją za szyję. Wa­żył tyle co nic, był szczu­płym chłop­cem. Za­nio­sła go do ła­zienki i po­mo­gła mu się ubrać, opie­rał się o umy­walkę. Po­tem usiadł na wy­so­kim krze­śle przy ku­chen­nym stole. Jak za­wsze zu­peł­nie stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą, nie chciał iść do przed­szkola, krzy­czał i ude­rzał łyżką w stół, aż owsianka się roz­chla­pała. Bon­nie za­lała się łzami.

- Ale bę­dzie tak miło - po­wie­działa z za­pa­łem. - Może po­ba­wisz się z Martą. Może do­sta­niesz ka­kao z pian­kami - do­dała, głasz­cząc go po po­liczku. Na­dal wa­lił łyżką w stół. Chciał tylko być z matką, a przede wszyst­kim wró­cić do łóżka i cie­płej koł­dry. Bon­nie do­sło­dziła mu owsiankę i do­lała mleka.

- Przyjdę po cie­bie po po­łu­dniu i po­ba­wimy się ra­zem. Mo­żemy zro­bić na­miot z na­rzuty i krze­seł, mo­żesz za­miesz­kać so­bie w na­mio­cie, a ja przy­niosę ci obiad, to bę­dzie miłe, prawda?

Każde z dzieci w przed­szkolu miało swój sym­bol, na szafce Si­mona zna­lazł się śli­mak. Śli­mak niósł swój do­mek na grzbie­cie, czułki ster­czały jak dwie an­tenki. Chło­piec opadł ciężko na so­snową ławkę, pod­czas gdy matka ścią­gnęła mu kurtkę, czapkę, sza­lik, rę­ka­wiczki i cie­płe buty. Tro­chę się zła­mał, nie miał już siły pro­te­sto­wać, wie­dział, że mama musi iść. Wzięła go za rękę i za­pro­wa­dziła do in­nych dzieci, które tło­czyły się w sali. To nie w po­rządku, po­my­ślała Bon­nie, zo­sta­wiać go in­nym. Zni­kać na cały dzień. Po­win­ni­śmy być ra­zem przez całą dobę. Dziecko bli­sko jej ciała, na wy­cią­gnię­cie ręki, by mo­gła je od razu po­cie­szyć, gdy coś się sta­nie. Spę­dzali ra­zem le­d­wie trzy go­dziny wie­czo­rem. Drę­czyły ją wy­rzuty su­mie­nia, ale mu­siała pra­co­wać. Była po­mocą do­mową osób star­szych, sprzą­tała, szo­ro­wała i po­le­ro­wała, trze­pała dy­wany i po­da­wała je­dze­nie. Dziś jej pierw­szą klientką była Erna, co sta­no­wiło wy­zwa­nie.

- Dzień do­bry, Si­mon - po­wie­działa Kaja, dy­rek­torka przed­szkola. - Co chciał­byś dzi­siaj ro­bić?

Nie od­po­wie­dział. Nie był przy­zwy­cza­jony do speł­nia­nia jego ży­czeń, po­woli prze­szedł przez salę i usiadł na du­żej na­roż­nej ka­na­pie, zna­lazł ksią­żeczkę z ob­raz­kami. Za­czął prze­wra­cać strony cien­kimi pal­cami. Po­tra­fił prze­czy­tać kilka słów, któ­rych na­uczyła go matka: "lód", "małpa", a także swoje imię. Zo­ba­czył plecy matki zni­ka­jące za drzwiami, a chwilę póź­niej pod­biegł do okna. Tylne świa­tła znik­nęły za bramą i da­lej na dro­dze. Te­raz mu­siał cze­kać dzie­więć go­dzin. Po­woli prze­kart­ko­wał książkę. Kaja usia­dła obok niego.

- Dzi­siaj masz dy­żur w kuchni - po­wie­działa z uśmie­chem - bę­dzie miło, prawda? Upie­czemy bułki. Mo­żesz za­gnieść cia­sto.

Si­mon na to też nie od­po­wie­dział. Wi­dok bied­nego, nie­szczę­śli­wego chłop­czyka, który miał za­le­d­wie cztery i pół roku, pra­wie za­ła­mał Kaję. Nikt nie po­wi­nien zo­sta­wiać pła­czą­cego dziecka. Wszystko było nie tak, współ­czuła Bon­nie Hay­den. Po­tem pró­bo­wała my­śleć o wszyst­kim, co do­bre. Że ni­gdy nie gło­do­wał ani nie marzł, że był ko­cha­nym dziec­kiem, nie wszy­scy mieli ta­kie szczę­ście. Bon­nie sie­działa chwilę w sa­mo­cho­dzie, żeby się po­zbie­rać. Ten sam ból każ­dego ranka, te same wy­rzuty su­mie­nia, które mu­siała tłu­mić. Wy­je­chała przez bramę w dro­dze do domu Erny, nie­zwy­kle wy­ma­ga­ją­cej osoby. Bała się tego spo­tka­nia. Prze­kli­nała wła­sne ży­cie, było tak ża­ło­sne, co­dzienna walka z pła­czą­cym dziec­kiem. Bieda i roz­pacz zwią­zane z sa­mo­dziel­nym ro­dzi­ciel­stwem. Inni byli o wiele szczę­śliwsi od niej, byli prze­szczę­śliwi, mieli plany i ma­rze­nia do­ty­czące sie­bie i dzieci. Czę­sto my­ślała o Si­mo­nie, o tym, że może mu się nie udać, że ni­gdy mu się nic nie uda i spo­łe­czeń­stwo go od­rzuci. Ży­cie było nie­koń­czącą się se­rią obo­wiąz­ków i wy­ma­gań. Mu­siał so­bie ra­dzić w przed­szkolu, mu­siał zna­leźć przy­ja­ciół. Do­ga­dać się z per­so­ne­lem i in­nymi oso­bami. Po­tem mu­siał do­brze so­bie ra­dzić w szkole, w na­uce i na­wią­zy­wa­niu re­la­cji. W końcu do­ro­śnie, bę­dzie mu­siał zna­leźć pracę, naj­le­piej do­brze płatną, bez­pieczną. Ide­al­nie, gdyby miał dziew­czynę, naj­le­piej, gdyby mieli dzieci. A je­śli nie zde­cy­dują się na dzieci, będą mu­sieli wy­ja­śniać dla­czego. "Nie chcemy" albo "Nie mo­żemy". A gdy dzieci się uro­dzą, będą mu­sieli so­bie znów ra­dzić z nie­koń­czą­cym się ocze­ki­wa­niami spo­łe­czeń­stwa. Mój mały Si­mon, po­my­ślała z pie­ką­cymi oczami, jak to bę­dzie? Sa­mo­chód zgasł, kiedy wrzu­ciła czwarty bieg, w ru­rze wy­de­cho­wej była dziura. Mógł się ze­psuć w każ­dej chwili, a gdyby tak się stało, nie mia­łaby za co ku­pić no­wego. Bez sa­mo­chodu nie mo­głaby już pra­co­wać jako po­moc do­mowa. Serce pod­sko­czyło jej do gar­dła na samą tę myśl. Za­ci­snęła zęby i do­dała gazu. Wie­działa, że Erna sie­dzi przy oknie i wy­pa­truje jej jak ja­strząb.

Jej pro­fil był jak wy­rzeź­biony w ka­mie­niu. Bon­nie zo­ba­czyła przez szybę ostry grzbiet nosa. Jak zwy­kle nie spie­szyła się z otwar­ciem, wpusz­czała ją jakby z ła­ską, za­wsze mu­siała za­zna­czyć swoją obec­ność w ten spo­sób. Gdy tylko Bon­nie zna­la­zła się w środku, po­czuła za­pach sta­rej osoby, która nie była już w sta­nie o sie­bie za­dbać.

- Zimno dzi­siaj - po­skar­żyła się Erna - mu­sisz na­pa­lić. Tak bar­dzo mar­zną mi stopy, a to­bie?

- Dzię­kuję, że py­tasz - od­parła Bon­nie. - Si­mon był pra­wie siny, gdy do­szli­śmy do przed­szkola.

- Te dzi­siej­sze matki, po­rzu­ca­cie dzieci - sko­men­to­wała Erna z prze­ką­sem. - My tak nie ro­bi­ły­śmy, cały czas by­ły­śmy z nimi. Dla­czego tak so­bie urzą­dzi­łaś ży­cie, bez męż­czy­zny? Może nie do­stał tego, czego po­trze­bo­wał? Wiesz, jacy oni są.

- Od­szedł - od­po­wie­działa Bon­nie z roz­pa­czą - tłu­ma­czy­łam to już. Po­de­rwał ko­goś znacz­nie młod­szego, nic nie mo­głam po­ra­dzić. Mu­sia­ła­byś go zo­ba­czyć, miał kom­pletną ob­se­sję na punk­cie tej dru­giej. Nie chcę szu­kać ni­kogo no­wego, już mi wy­star­czy.

Wstała i po­szła do sy­pialni Erny. W ką­cie znaj­do­wał się kosz ze skar­pet­kami, nie były uło­żone pa­rami. Bon­nie czuła zmę­cze­nie na sam ich wi­dok. Przez chwilę tkwiła przy łóżku ze zwie­szoną głową. Gdyby tylko mo­gła paść na miękki ma­te­rac. Głowa bo­lała ją ze zmę­cze­nia, nie mo­gła znieść my­śli o sprzą­ta­niu, mimo to od­wró­ciła się z ko­szy­kiem skar­pe­tek w ra­mio­nach. Wy­cho­dząc, spoj­rzała na ścianę, żeby jak zwy­kle przyj­rzeć się wi­szą­cej tam fo­to­gra­fii. To była Erna na bierz­mo­wa­niu, w sukni do ziemi. Za każ­dym ra­zem pa­trzyła na to zdję­cie zdu­miona. Czy to na­prawdę Erna, trudno było w to uwie­rzyć - ta piękna dziew­czyna o olśnie­wa­ją­cym uśmie­chu. Wró­ciła do sa­lonu, wzięła głę­boki od­dech i za­brała się do pracy. Star­sza ko­bieta sie­działa na fo­telu z ko­cem na ko­la­nach, po­dą­żała za nią wzro­kiem jak ja­strząb, jej ostre spoj­rze­nie dźgało Bon­nie w plecy. Wzięła skar­petkę z ko­szyka, po­chy­liła się, pod­nio­sła nie­lekki dę­bowy sto­lik ka­wowy i na­wle­kła grubą skar­petę na jego nogę. Po­tem drugą, trze­cią i czwartą. Na­stęp­nie za­jęła się fo­te­lami, one też były cięż­kie jak ołów. Na dru­gim końcu sa­lonu Erna miała ogromny stół ja­dalny z sze­ścioma krze­słami, rów­nież wy­ko­na­nymi z li­tego dębu. Wkrótce wszyst­kie me­ble Erny miały białe skar­pety z czer­wono-nie­bie­skim pa­skiem. Po­tem mu­siała przy­cią­gnąć od­ku­rzacz marki Nil­fisk. Drew­niane me­ble były chro­nione za­równo przed ssawką od­ku­rza­cza, jak i długą mio­tłą, które w prze­ciw­nym ra­zie mo­głyby o nie ude­rzyć, po­ry­so­wać je. Erna bała się zu­ży­cia, skar­petki były sta­łym ry­tu­ałem. Przez cały czas po­dą­żała wzro­kiem za Bon­nie. Dło­nie le­żały jak szpony na rąbku sukni, a chuda twarz prze­chy­lała się z boku na bok jak u dra­pież­nego ptaka.

- Trzeba dzi­siaj umyć okna - stwier­dziła - są na nich smugi. Czy ni­gdy nie na­uczysz się uży­wać ścią­gaczki?

- Jest za zimno, Erno - od­po­wie­działa Bon­nie gło­śno przez wy­cie od­ku­rza­cza. Jej głos zdra­dzał znu­że­nie.

Ale Erna znała na to radę.

- Do­daj tro­chę spi­ry­tusu do wody - roz­ka­zała - jest w szafce.

Bon­nie nie miała siły na od­po­wiedź. Pro­wa­dziła ssawkę od­ku­rza­cza mię­dzy no­gami stołu, bo­jąc się zbli­żyć do szla­chet­nego drewna. Gdyby je po­ry­so­wała, Erna za­dzwo­ni­łaby do biura ze skargą, twier­dząc, że Bon­nie jest nie­ostrożna i lek­ko­myślna. Nie żeby Ra­gn­hild słu­chała tego wszyst­kiego, ale i tak było to nie do znie­sie­nia. Ra­dio Erny było włą­czone, słu­chała wia­do­mo­ści. Urzęd­ni­kowi w urzę­dzie pracy w Oslo gro­żono śmier­cią.

- To musi być cu­dzo­zie­miec - orze­kła Erna - pew­nie Afry­ka­nin. Na tych lu­dzi nie ma rady, banda pa­so­ży­tów.

Bon­nie wy­pro­sto­wała się, by dać od­po­cząć ple­com. Sama by­wała w tym urzę­dzie, po­bie­rała nu­me­rek i stała w ko­lejce, kiedy nie miała pracy i otrzy­my­wała za­si­łek dla bez­ro­bot­nych. Za­uwa­żyła, że wielu pe­ten­tów nie jest z Nor­we­gii, i przy­szło jej do głowy kilka gorz­kich my­śli, z któ­rych nie była dumna. Znów po­chy­liła się nad od­ku­rza­czem. Si­mo­nie, gdzie te­raz je­steś? Sie­dzisz w ma­łym domku w ką­ciku za­baw czy na ka­na­pie z książką? A może jeź­dzisz na san­kach z in­nymi? Nie płacz, bo za­raz będę, tylko mu­szę po­sprzą­tać. Co­dzien­nie mu­szę po­sprzą­tać. I może je­śli będę ciężko pra­co­wać i oszczę­dzać tyle, ile się da, bę­dziemy mo­gli po­le­cieć na wa­ka­cje sa­mo­lo­tem. Na po­łu­dnie. Bę­dziesz się ką­pać w cie­płej wo­dzie i ba­wić w syp­kim pia­sku.

- Mam na­dzieję, że ten Afry­ka­nin zo­sta­nie ode­słany tam, skąd przy­szedł - oświad­czyła Erna ze swo­jego fo­tela.

- Je­śli jest Afry­ka­ni­nem - od­parła Bon­nie. - Nor­we­go­wie też grożą lu­dziom, kiedy uznają, że mają ku temu po­wód.

Prze­su­nęła lampę pod­ło­gową i kosz z ga­ze­tami, od czasu do czasu zer­ka­jąc na okna. Błysz­czały jak lu­stra. Do­dać spi­ry­tus do wody, tak, chyba tego nie unik­nie. Mu­siała usta­wić dra­binkę w śniegu, aby umyć szyby od ze­wnątrz. Duże okna w sa­lo­nie nie dały się otwo­rzyć. Od­sta­wiła od­ku­rzacz na miej­sce w skła­dziku, za­trza­snęła drzwi i usia­dła na krze­śle, chcąc się tro­chę od­prę­żyć. Z ra­dia do­bie­gały dźwięki or­ga­nów. Erna za­mknęła oczy.

Przy­szedł czas na my­cie pod­łóg. Wstała i po­szła po wia­dro, na­peł­niła je cie­płą wodą, ale nie go­rącą, by nie zma­to­wić dę­bo­wego par­kietu. Erna bar­dzo tego pil­no­wała. Po­tem za­jęła się kuch­nią i sy­pial­nią, a na końcu po­sprzą­tała ła­zienkę. Fugi mię­dzy bia­łymi ka­fel­kami po­sza­rzały i Erna za­su­ge­ro­wała, żeby je wy­czy­ścić szczo­teczką do zę­bów.

Bon­nie wy­trze­pała dy­wa­niki. Wy­prała ubra­nia i zmie­niła po­ściel. Po­tem sia­dła przy ku­chen­nym stole i wy­po­le­ro­wała pię­cio­ra­mienny srebrny świecz­nik, który Erna ku­piła kie­dyś w Egip­cie. Zgod­nie z in­struk­cją z agen­cji w ogóle nie miała wy­ko­ny­wać tego ro­dzaju pracy, ale to było mile wi­dziane za­da­nie, ja­kaś zmiana. Mo­gła sie­dzieć w spo­koju i dać od­po­cząć ple­com. Świecz­nik lśnił prze­pięk­nie. Ale po­tem mu­siała ba­lan­so­wać na ze­wnątrz w śniegu przed du­żymi oknami, pod­czas gdy Erna stała w środku i uważ­nie ob­ser­wo­wała. Nie mo­gła po­zo­sta­wić ani jed­nego śladu po ścią­gaczce, to by­łaby ka­ta­strofa. Ręce w gu­mo­wych rę­ka­wicz­kach i uszy zmar­zły nie­mi­ło­sier­nie. Wresz­cie wnio­sła do domu dra­binkę i od­sta­wiła ją na miej­sce. Pod­lała kwiaty i wy­tarła kurz, wy­rzu­ciła stare ga­zety do ko­sza, wy­mie­niła prze­pa­loną w kuchni ża­rówkę, po­sta­wiła pięć bia­łych świec na świeżo wy­czysz­czo­nym świecz­niku. Na­stęp­nie przej­rzała je­dze­nie w lo­dówce. Mleko się prze­ter­mi­no­wało, po­dob­nie jak ser i wę­dlina. W końcu opa­dła na krze­sło. Skoń­czyła się po­łowa dnia pracy, te­raz miała je­chać do Ma­rie. Tam było dużo ła­twiej, miała małe miesz­kanko w bloku dla star­szych osób. Erna wstała z fo­tela i dziar­sko ru­szyła w kie­runku sy­pialni. Bon­nie sie­działa i cze­kała, my­śląc o Ma­rie. Po chwili Erna wró­ciła z pu­deł­kiem po bu­tach.

- Weź to ze sobą - po­wie­działa szorstko - od dawna to tu trzy­mam. Do­sta­łam to kie­dyś pod cho­inkę. Ta­kie rze­czy nie są mi już po­trzebne.

Bon­nie spoj­rzała na pu­dełko. Sznu­rek utrzy­my­wał po­krywę na miej­scu, było dość lek­kie. Ni­gdy nic nie do­stała od Erny, była strasz­nie skąpa. Cza­sem zbie­rała okruszki dla pta­ków, to tyle. Ale Bon­nie ser­decz­nie po­dzię­ko­wała jej za pre­zent, po­że­gnała się, trzy­ma­jąc go w rę­kach.

Ma­rie sie­działa na krze­śle, a Bon­nie ją ką­pała.

Na ubra­nie wło­żyła fo­liowy płaszcz, mimo to była mo­kra jak za­wsze. Naj­trud­niej­sze było re­gu­lo­wa­nie tem­pe­ra­tury wody, po­nie­waż Ma­rie była strasz­nie wraż­liwa. Naj­pierw trzeba było de­li­kat­nie umyć jej stopy. Było za go­rąco, po­tem za zimno, a po­tem znowu za go­rąco, ale w końcu udało im się zna­leźć wła­ściwe usta­wie­nie. Póź­niej, kiedy chude ciało zo­stało wy­tarte ręcz­ni­kiem, a Ma­rie usia­dła na brzegu łóżka, Bon­nie na­sma­ro­wała ją bal­sa­mem. Stara skóra była tak su­cha, że łusz­czyła się i od­pa­dała ma­łymi płat­kami. Pod­czas gdy Bon­nie ją ma­so­wała, Ma­rie sie­działa i roz­my­ślała nad ludz­kim złem, jak to miała w zwy­czaju. Męż­czy­zna udu­sił swoją żonę sznu­rem. Owi­nął ją dy­wa­nem i wsa­dził do sa­mo­chodu, a po­tem po­je­chał do ka­mie­nio­łomu i tam ją po­rzu­cił.

- My­ślisz, że tu przyj­dzie? - za­wo­łała Ma­rie ze stra­chem.

Bon­nie uśmiech­nęła się mi­mo­wol­nie. Do­szła do stóp Ma­rie, były małe jak u dziecka.

- Nie, ko­chana, skąd ten po­mysł? Po­kłó­cili się - prze­ko­ny­wała - a ty tego ni­gdy nie ro­bisz. Poza tym za­mkną go w wię­zie­niu, na wiele lat.

- Ale kie­dyś wyj­dzie. - Ma­rie nie mo­gła się uspo­koić. - I wtedy bę­dzie szu­kał no­wej ofiary. Nie otwo­rzę mu drzwi. Pa­mię­taj, żeby za­dzwo­nić trzy razy, krótko, że­bym wie­działa, że to ty.

*

Si­mon sie­dział i wy­pa­try­wał jej przez okno.

Bon­nie za­je­chała przed przed­szkole, była szczę­śliwa, bo te­raz mieli być tylko we dwoje, przez cały wie­czór i całą noc. Chciała nad­ro­bić wszystko, czego nie zro­bili w ciągu dnia, ku­piła bu­telkę piwa im­bi­ro­wego i paczkę her­bat­ni­ków w kształ­cie di­no­zau­rów. Przy­biegł, kiedy tylko otwo­rzyła drzwi, po­liczki miał czer­wone, był na mro­zie przez długi czas. Na­tych­miast usiadł na miej­scu pod śli­ma­kiem, po­mo­gła mu się ubrać.

- Te­raz idziemy do domu i ro­bimy na­miot. Bę­dzie na­prawdę wielki, uży­jemy wszyst­kich prze­ście­ra­deł i ko­ców, mam dużo kla­me­rek.

Si­mon wsiadł do sa­mo­chodu, za­pięła mu pas bez­pie­czeń­stwa.

- Masz po­zdro­wie­nia od Ma­rie - po­wie­działa ła­god­nie. - Ni­gdy nie pa­mięta, ile masz lat, my­śli, że cho­dzisz do szkoły.

- Co masz w tym pu­dełku? - za­py­tał za­cie­ka­wiony. Bon­nie po­ło­żyła owi­nięte sznur­kiem pu­dełko po bu­tach na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu. Wsia­dła z po­wro­tem i od­pa­liła opla, a ten ru­szył jak zwy­kle, z rzę­że­niem.

- Nie mam po­ję­cia, do­sta­łam to od Erny. Jak my­ślisz, co to jest? Zgad­niemy?

Si­mon się­gnął po pu­dełko i po­ło­żył je so­bie na ko­la­nach. Po­trzą­snął nim kilka razy, ale nic nie było sły­chać.

- To nie buty? - upew­nił się.

Bon­nie się ro­ze­śmiała.

- Nie - spoj­rzała na niego w lu­sterku - nie mogę no­sić bu­tów Erny, ma o wiele więk­szy roz­miar niż ja.

Po­my­ślała chwilę i skie­ro­wała się na ulicę. Naj­pierw jed­nak spoj­rzała w prawo i lewo, by upew­nić się, że droga jest wolna.

- Za­sta­na­wia­łam się, czy to może być wa­zon albo ja­kieś fi­li­żanki do kawy, któ­rych nie używa. Po­wie­działa, że do­stała to na święta i już tego nie po­trze­buje. Że jest za stara.

- Można być za sta­rym na fi­li­żanki do kawy? - za­py­tał zdzi­wiony Si­mon.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie, fak­tycz­nie, nie po­my­śla­łam. Może to cze­ko­lada, to jest coś, co star­sze pa­nie do­stają na gwiazdkę. Je­śli tak jest, to pew­nie jest prze­ter­mi­no­wana i nie mo­żemy jej zjeść.

- Do­stają też kap­cie - stwier­dził Si­mon ni­czym mały do­ro­sły. - Bab­cia ma kilka par i wszyst­kie do­stała od nas.

- Może to mała to­rebka - do­dała Bon­nie po chwili mil­cze­nia. - By­łoby miło. Erna ni­g­dzie prze­cież nie wy­cho­dzi. Może po­my­ślała, że będę mieć z to­rebki lep­szy uży­tek niż ona.

Si­mon po­chy­lił się do przodu i chwy­cił opar­cie jej sie­dze­nia.

- Ty też ni­g­dzie nie cho­dzisz - za­uwa­żył.

Bon­nie po­now­nie spoj­rzała na niego w lu­sterku.

- Masz ra­cję, też ni­gdy tego nie ro­bię. Wolę być z tobą.

Kiedy wró­cili do domu i zdjęli ubra­nia w przed­po­koju, Bon­nie za­py­tała, czy chciałby naj­pierw zjeść, czy od razu otwo­rzyć pu­dełko. Si­mon za­sta­no­wił się chwilę.

- Co na ko­la­cję? - spy­tał.

- Ma­ka­ron świ­derki z so­sem po­mi­do­ro­wym.

Bon­nie po­ło­żyła pu­dełko na stole, a Si­mon usiadł na ka­na­pie z pod­cią­gnię­tymi ko­la­nami. Pod­niósł kar­ton i nim po­trzą­snął, na­słu­chu­jąc.

- Cie­kawe, czy to lampa... - za­sta­na­wiał się po­waż­nym to­nem.

- Mu­sia­łaby być bar­dzo mała - stwier­dziła Bon­nie. - Ale może to la­tarka. Rze­czy­wi­ście by­łaby nie­po­trzebna Er­nie. Cho­ciaż nie, cza­sem prąd się wy­łą­cza, a ona musi zaj­rzeć do skrzynki z bez­piecz­ni­kami. Wy­obra­żam so­bie, jak po­tyka się po domu, wpa­da­jąc na swoje mon­stru­alne me­ble, prze­wra­ca­jąc lampy i zdzie­ra­jąc za­słony.

Si­mon prych­nął i ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Naj­pierw zjemy, dzięki temu ta­jem­nica sta­nie się jesz­cze cie­kaw­sza. Kto pierw­szy do kuchni!

W po­śpie­chu cią­gnął ze sobą sto­łek, któ­rego po­trze­bo­wał, by się­gnąć do blatu. Lu­bił pa­trzeć, jak mama go­tuje, ob­ser­wo­wać jej chude palce bez pier­ścion­ków.

- Do­brze, trzeba się uczyć. Pew­nego dnia do­ro­śniesz i bę­dziesz mu­siał się wy­pro­wa­dzić i go­to­wać so­bie sam.

Si­mon sta­now­czo po­trzą­snął głową.

- Nie, chcę miesz­kać z tobą, nie chcę się prze­pro­wa­dzać.

Bon­nie na­peł­niła ron­del wodą i po­sta­wiła go na ku­chence. Gdy po chwili woda za­wrzała, otwo­rzyła to­rebkę z ma­ka­ro­nem i so­sem po­mi­do­ro­wym w proszku. Si­mon do­stał kilka su­chych ka­wał­ków ma­ka­ronu do za­bawy. Uło­żył je je­den za dru­gim na bla­cie, w dłu­gim rzę­dzie, jak łań­cu­szek z pe­reł. Za­py­tała, co chce prze­czy­tać przed snem.

- Tam, gdzie żyją dzi­kie stwory - od­po­wie­dział szybko.

- Ale czy­ta­li­śmy to wczo­raj.

- Nie szko­dzi, mogę słu­chać tej opo­wie­ści wiele razy.

Bon­nie po­ło­żyła je­dze­nie na stole, a Si­mon usiadł. Przez cały czas wy­glą­dał do sa­lonu, za pu­deł­kiem, które tam stało, tak ku­szące, z cien­kim sznur­kiem. Jadł w po­śpie­chu, póź­niej po­mógł matce sprzą­tać ze stołu i cze­kał, pod­czas gdy płu­kała ta­le­rze go­rącą wodą i ukła­dała je na bla­cie. W końcu wy­tarła stół i po­szła do sa­lonu. Gdy tylko po­ło­żyła pu­dełko na jego ko­la­nach, Si­mon za­czął szar­pać się ze sznur­kiem. Erna za­wią­zała wę­zeł twardy jak skała, a Bon­nie nic a nic mu nie po­mo­gła, mu­siał ra­dzić so­bie sam. Dzięki temu ta cenna chwila trwała dłu­żej.

- Może to pie­nią­dze - po­wie­dział z na­dzieją. Wie­dział, że za­wsze im ich bra­kuje.

- Bank­noty nic nie ważą - stwier­dziła Bon­nie - to jest cięż­sze.

- A mo­nety? Dzie­się­cio­ko­ro­nówki.

- Nie, wtedy usły­sze­li­by­śmy brzę­cze­nie. Poza tym Erna jest skąpa.

Te­raz Bon­nie sama za­częła się nie­cier­pli­wić, bar­dzo rzadko zda­rzało się, żeby ktoś da­wał jej pre­zenty. Si­mo­nowi udało się w końcu roz­wią­zać po­dwójny wę­zeł. Rzu­cił sznu­rek na pod­łogę, sie­dział przez chwilę z ko­niusz­kiem ję­zyka wy­sta­ją­cym z ką­cika ust.

- Zro­bimy fan­fary? - za­su­ge­ro­wała Bon­nie. - Mo­żesz zdjąć po­krywę.

Przy­ło­żyła dło­nie do ust tak, że utwo­rzyły trąbkę. Po­tem wy­ko­nała długą fan­farę i Si­mon w końcu uniósł wieczko z pu­dełka. Przez chwilę oboje sie­dzieli i pa­trzyli, a mina Si­mona zdra­dzała roz­cza­ro­wa­nie.

- To tylko ga­zety. - Od­rzu­cił wieczko na ka­napę.

- To zna­czy, że to coś, co ła­two stłuc - wy­ja­śniła Bon­nie. - Mu­sisz to od­pa­ko­wać. Bądź ostrożny.

Si­mon pod­niósł mały pa­ku­nek. Szybko za­uwa­żył, że jest ich kilka, i jego cie­ka­wość roz­bu­dziła się na nowo.

- To ja­kieś dur­no­stojki - stwier­dziła Bon­nie - ma ich prze­cież tak dużo.

- Dur­no­stojki?

- De­ko­ra­cje. Fi­gurki i ta­kie tam.

Ostroż­nie od­wi­nął ga­zetę, pró­bu­jąc opa­no­wać pod­eks­cy­to­wa­nie, i wkrótce sie­dział z małą bu­telką na ko­la­nach.

- Per­fumy! - wy­krzyk­nęła Bon­nie. - Za­wsze ta­kie chcia­łam, ale nie było mnie stać.

Si­mon po­dzi­wiał bu­telkę. Mama się ucie­szyła, więc on też. Wzięła od niego fla­ko­nik, od­krę­ciła za­krętkę i pod­su­nęła mu ją pod nos.

- Oscar de la Renta - po­wie­działa - są bar­dzo dro­gie.

- Kim jest Oscar? - za­py­tał Si­mon.

- Oscar... to on stwo­rzył te per­fumy.

- Ale dla­czego są ta­kie dro­gie?

- Per­fumy są zro­bione z kwia­tów - wy­ja­śniła Bon­nie - a taka mała bu­telka wy­maga ich bar­dzo dużo.

- Ten Oscar cho­dzi po swoim ogro­dzie i zbiera kwiaty do wiel­kiego ko­sza? Sam je wy­biera?

Bon­nie się ro­ze­śmiała.

- Nie - od­parła Bon­nie ze śmie­chem. - Per­fumy są pro­du­ko­wane w fa­bryce. Mu­sisz otwo­rzyć ko­lejną paczkę, jest ich wię­cej.

Po­sta­wiła per­fumy na stole, gdzie błysz­czały w świe­tle lampy złotą na­sadką. Si­mon wy­brał ko­lejny pa­ku­nek. Pa­pier zo­stał na pod­ło­dze przed ka­napą, po­sta­no­wili po­sprzą­tać póź­niej.

- Gucci - ucie­szyła się Bon­nie. - Da­waj, po­wą­chamy.

Naj­pierw po­zwo­liła po­wą­chać Si­mo­nowi, po­tem wzięła od niego bu­telkę, by sama de­lek­to­wać się za­pa­chem. Ta bu­telka była inna, ale też była bar­dzo piękna, po­sta­wiła ją obok Oscara de la Renty. Trze­cia miała kształt ko­bie­cego ciała. Tam, gdzie po­winna być głowa, umiesz­czono ko­rek. Po­wą­chali po ko­lei. Czwarta była mała i okrą­gła, wiel­ko­ści mniej wię­cej piłki te­ni­so­wej. Wresz­cie zo­stała tylko jedna. Była pro­sta, kwa­dra­towa i nudna, Si­mon ob­ra­cał ją w dłoni, uwa­żał, że po­zo­stałe były o wiele ład­niej­sze. Ale Bon­nie kla­snęła w dło­nie w dzi­kim pod­nie­ce­niu.

- Cze­goś ta­kiego ni­gdy nie wi­dzia­łam! - wy­krzyk­nęła. - Te są naj­wspa­nial­sze, to Cha­nel nu­mer pięć.

- Czy jest w nich dużo kwia­tów? - za­py­tał Si­mon.

- Tak, mnó­stwo kwia­tów. Mó­wię ci, Si­mo­nie, to naj­słyn­niej­sze per­fumy na świe­cie. Uży­wają ich wszyst­kie gwiazdy fil­mowe.

Na­gle ukryła twarz w dło­niach i za­częła po­cią­gać no­sem. Si­mon się prze­stra­szył. Wy­jął bu­telkę z jej rąk i po­sta­wił obok po­zo­sta­łych. Nie ro­zu­miał, dla­czego za­częła pła­kać, przed chwilą była taka szczę­śliwa. Otarła łzy i po­gła­skała go po po­liczku.

- Je­stem po pro­stu taka wzru­szona - wy­ja­śniła. - Ni­gdy bym nie po­my­ślała, że Erna mi coś po­da­ruje.

Od­wró­ciła się i za­częła oglą­dać bu­telki.

- Ju­tro ty też do­sta­niesz pre­zent, pój­dziemy do sklepu z za­baw­kami.

Si­mon kla­snął w dło­nie.

- Ale czy nas na to stać? - upew­nił się.

- Tak, ju­tro bę­dzie nas stać. Ja do­sta­łam pre­zent, więc to­bie też się na­leży. Te­raz użyję tylko kro­pli Cha­nel nu­mer pięć.

Od­krę­ciła kwa­dra­tową za­krętkę z bu­telki, zwil­żyła pa­lec wska­zu­jący, po czym lewy nad­gar­stek.

- Dla­czego na­kła­dasz je na rękę?

Bon­nie od­sta­wiła bu­telkę i wy­ja­śniła.

- Patrz, tu­taj skóra jest bar­dzo cienka. A pod nią jest grube na­czy­nie krwio­no­śne, dla­tego jest w tym miej­scu bar­dzo cie­pła. Pod­grzane per­fumy pachną wy­jąt­kowo sil­nie. Chodź, Si­mo­nie, te­raz zro­bimy ogromny na­miot.

Cztery krze­sła i cztery prze­ście­ra­dła póź­niej Si­mon miał piękny na­miot, który stał na środku pod­łogi w sa­lo­nie. Chwy­cił po­duszki z ka­napy i wczoł­gał się do środka, Bon­nie przy­kuc­nęła i po­dą­żyła za nim. Przez chwilę sie­dzieli tak w mil­cze­niu.

- Przy­niosę książkę, siedź tu­taj i cze­kaj - po­le­ciła. - I la­tarkę - do­dała.

Zna­la­zła książkę na półce i wró­ciła do środka, umo­ściła się na po­duszce.

- Czy mo­żemy kie­dyś ku­pić praw­dziwy na­miot i spać na ze­wnątrz, w le­sie? - spy­tał Si­mon z na­dzieją.

- Tak - od­parła - obie­cuję, ale pew­nie zaj­mie to tro­chę czasu. Pro­szę, przy­trzy­maj la­tarkę.

Prze­czy­tała całą książkę. Jej głos wzno­sił się i opa­dał, a Si­mon wy­raź­nie wi­dział prze­ra­ża­jące stwory. Ba­wił się su­per, jak zwy­kle, prze­cież to była tylko bajka, do­brze się skoń­czyła, mały Max za­wsze wra­cał do domu cały i zdrowy.

- Chcę tu dzi­siaj spać - rzu­cił na­gle - chcę spać w na­mio­cie.

- Ale pod­łoga jest twarda jak ka­mień, nie bę­dzie ci zbyt wy­god­nie.

Si­mon się uparł. Po ko­la­cji po­szedł do ła­zienki i umył zęby, bar­dzo do­kład­nie. Bon­nie przy­nio­sła mu koł­drę i po­duszkę, w szafce zna­la­zła jesz­cze po­duszki na me­ble ogro­dowe, po czym wczoł­gała się do na­miotu i przy­go­to­wała mu pro­ste łóżko. Po­wie­dział "do­bra­noc" i wsko­czył do środka, kła­dąc się na boku z ręką pod po­licz­kiem. Wi­działa la­tarkę prze­świ­tu­jącą przez prze­ście­ra­dła. Usia­dła w fo­telu przed te­le­wi­zo­rem, żeby obej­rzeć wia­do­mo­ści. Wie­działa, że mały nie śpi, ale nie da­wała nic po so­bie po­znać.

- Damy so­bie radę - szep­nęła do sie­bie uspo­ka­ja­jąco. - Mu­szę po­dzię­ko­wać Er­nie. Pew­nie to zi­gno­ruje, bo taka już jest.

O dzie­sią­tej wy­łą­czyła te­le­wi­zor. Si­mon zga­sił la­tarkę, przez chwilę sie­działa i na­słu­chi­wała. My­ślała, że pew­nie leży tam, wstrzy­mu­jąc od­dech, i też na­słu­chuje. Wstała więc, zga­siła lampy, w na­mio­cie zro­biło się ciemno. Sam chciał tam spać, w przy­tul­nej ja­skini z wszyst­kimi po­dusz­kami. We­szła do sy­pialni, ale drzwi zo­sta­wiła otwarte w ocze­ki­wa­niu, wie­działa, że za­raz się po­jawi. Że nie pój­dzie do swo­jego po­koju. Przy­cho­dził do niej, kiedy my­ślał, że już za­snęła, a ona od­chy­lała go­ścin­nie koł­drę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki