ROZDZIAŁ 2
Adelajda
Georgina mieszkała w domu seniora Wrzosowy Zakątek.
- Nazwa może nieco pretensjonalna, ale opieka pierwsza klasa. Wszystko jak w angielskiej powieści: pledy w kratkę, herbatka z kropelką mleka o piątej i stylowe meble - zachwycała się Dorota.
Ośrodek kosztował sporo, ale było je stać. Odkąd galeria sztuki zaczęła zarabiać na siebie, Róża dokładała się solidarnie do utrzymania babci. Obie z matką nie chciały, aby jej czegokolwiek zabrakło. Dorota miała za złe swej matce, że ją opuściła i wybrała to miejsce - choć musiała przyznać, że okazało się bardzo wygodne i starsza pani nigdy się tu nie nudziła. Całodobowa fachowa opieka stanowiła duży atut. Gina zajmowała ładny pokój z widokiem na ogród, blisko windy i ogólnodostępnego saloniku, kiedy chciała, mogła wychodzić na zewnątrz, organizowano także wypady do miasta i na różne atrakcje kulturalne. Na miejscu ordynował lekarz, fizjoterapeuci i rozmaici rehabilitanci. Dorota doszła do wniosku, że sama nie dałaby rady zapewnić rodzicielce dostępu do opieki i rozrywek w takim zakresie.
- Pięknie tu. - Matka jak zwykle zachwyciła się, gdy podjechały pod obszerny, ulokowany na dużej działce budynek. - Jak już stanę się nieznośna, chcę tutaj zamieszkać. Pamiętaj o tym.
- Dobrze. Załatwię ci pokój na tym samym piętrze co babcia Gina. Będę was odwiedzała za jednym zamachem.
- To jest możliwe tylko w tym przypadku, jeśli wsadzisz mnie tu jeszcze w bieżącym roku.
- Babcia z pewnością dożyje nie tylko setki, ale i sto dziesiątki, możesz być pewna. Przy jej sto dwudziestych urodzinach zaczniemy się zastanawiać, co dalej - roześmiała się Róża, parkując na stanowisku wyznaczonym dla gości. Dorota wzruszyła ramionami.
- Chyba zdążyłyśmy na podwieczorek. - Wciągnęła z lubością zapach świeżego ciasta, gdy tylko przekroczyły próg. - Mam nadzieję, że nas zaproszą, jak myślisz?
- Nie przymawiaj się - przestrzegła ją córka.
- Nawet mi to przez myśl nie przeszło! Ale jeśli sami zaproponują, nie będę się przecież wzbraniała. Trzeba im po prostu dać szansę.
Żeby pomóc losowi w tej materii, weszła do sali jadalnej i rozejrzała się wokół siebie. Od razu zauważyła ją jedna z pracownic ośrodka.
- Pani Jabłonowska! - wykrzyknęła z entuzjazmem, co od razu uświadomiło Róży, że i tutaj matka miała wielbicielki swoich dreszczowców. - Pani dyrektor chciała z panią pomówić.
- Mam nadzieję, że nic się nie stało. Nic z mamą... - Dorota zmarszczyła nos.
- Nie sądzę. To tylko jakieś ogólne sprawy. - Pracownica wyglądała na spłoszoną.
Dorota wycofała się więc z jadalni, obrzucając tęsknym wzrokiem kilkupoziomową paterę, na której piętrzyły się apetycznie wyglądające kawałki ciasta przygotowane na podwieczorek, i skinąwszy na Różę ręką, ruszyła w kierunku gabinetu dyrektorki.
- Ciekawe, o co chodzi. Pewnie znowu podnieśli opłaty - rzuciła scenicznym szeptem.
- Cóż chcesz. Wszystko drożeje - odmruknęła Róża, która spodziewała się dokładnie czegoś takiego. W zasadzie koszty nie zmieniły się od poprzedniego roku, więc podwyżka nie byłaby dla niej szczególnym zaskoczeniem. Zresztą teraz na rynku sztuki panował boom. Ludzie wreszcie zaczęli kupować obrazy i galeria zarabiała jak nigdy dotąd. Zwiększenie opłat we Wrzosowym Zakątku nie zwiastowało więc dotkliwej wyrwy w budżecie, dlatego Róża odprężyła się i nawet z lekkim zaciekawieniem przestąpiła za matką próg gabinetu przełożonej.
Dyrektorka była kobietą po czterdziestce, o wyglądzie profesjonalistki. Dokładnie taką, jakiej oczekiwałoby się w tym miejscu - ubraną w elegancką, choć nie nazbyt klasyczną sukienkę i dobrany pod kolor sweterek. Włosy miała spięte na czubku głowy, a usta delikatnie pociągnięte matową szminką. Stanowiła najlepszą reklamę dla swego ośrodka - opanowana i w dobrym guście, roztaczająca atmosferę spokoju i kompetencji.
- Dziękuję, że panie przyjechały - oznajmiła, kiedy już się przywitały i usiadły. - Chodzi o panią Georginę, jest jedną z naszych ulubionych pensjonariuszek. To dama z prawdziwą klasą, czarująca.
- Mama zachowała wiele dawnego uroku. Jej matka, a moja babka, była przed wojną sławną pięknością - nie omieszkała pochwalić się Dorota, a Róża z westchnieniem spuściła wzrok.
- To wiele wyjaśnia. Dobre geny - oceniła dyrektorka, a potem spojrzała na nie z troską. - Niestety, pani Georgina ostatnio czuje się gorzej...
- Coś jej dolega? To serce? Zawsze miała problemy z krążeniem, ale utrzymywaliśmy te sprawy w ryzach - zdenerwowała się Dorota. Dyrektorka wykonała ruch ręką, który miał oznaczać, że nie o to chodzi.
- Podczas rutynowych badań i testów nasz lekarz zauważył u pani mamy pogorszenie pamięci. Gwałtowne pogorszenie - dodała jeszcze, patrząc ze współczuciem. - Od pewnego czasu zaobserwowaliśmy u niej niepokojące zachowania: zamyślała się, myliła różne rzeczy, płakała bez powodu...
- Płakała? - powtórzyła Dorota wstrząśnięta. - Niczego takiego nie zauważyłam, a przecież bywamy tu z córką regularnie. Ty coś dostrzegłaś? - zwróciła się do Róży, która gwałtownie zaprzeczyła. - No widzi pani. Może to nic takiego? Coś chwilowego? Mama czasami miała takie okresy, kiedy gorzej się czuła...
- Epizody depresyjne? - podchwyciła dyrektorka. Dorota uniosła wzrok.
- Nie nazwałabym tego w ten sposób - zaprotestowała. - Moja matka zawsze była pełna energii, życia, miała pogodne usposobienie. Ale sama pani rozumie, w młodym wieku została osierocona, przeżyła wojnę. Niewiele opowiadała o czasach okupacji, ale wiem, że były dla niej bardzo trudne. Podczas powstania warszawskiego straciła przyrodnią siostrę, która ją praktycznie wychowała...
- Nigdy mi o tym nie opowiadałaś! - nie wytrzymała Róża, patrząc na matkę z wyrzutem.
- Bzdura! Na pewno ci wspominałam. - Dorota starała się nie okazać zniecierpliwienia, ale nie bardzo jej to wychodziło. Z kolei dyrektorka milczała i tylko mierzyła je nieodgadnionym, pełnym namysłu spojrzeniem.
- Coś takiego bym zapamiętała - emocjonowała się tymczasem młodsza z kobiet. - Ta siostra walczyła w powstaniu? Była żołnierzem Armii Krajowej? Chciałabym się wreszcie czegoś więcej dowiedzieć.
- W tej chwili to nieistotne - syknęła matka, jakby niezadowolona z tego, że wymsknęło się jej zbyt dużo, ale pewnych rzeczy nie można było już cofnąć. - Chodzi mi bardziej o to, że młodość mojej matki ukształtowały wydarzenia...
- Tragiczne - podsunęła dyrektorka, która wciąż przypatrywała się badawczo.
- Otóż to. Sama pani przyzna, że wojna to doświadczenie, które śmiało możemy nazwać granicznym, rodzaj wielkiej traumy.
- Jestem z zawodu psychoterapeutką, wiem, że pani jest autorką thrillerów psychologicznych - wtrąciła nagle gospodyni. - Rozumiem, że interesują panią te kwestie.
Dorota drgnęła niespokojnie na fotelu.
- Owszem, choć nie wiem, jaki to ma ze sobą związek.
- Zasadniczy. Mam wrażenie, że bardzo zajmuje panią kwestia dziedziczonej traumy.
Matka Róży uniosła wzrok i wpatrzyła się w dyrektorkę ośrodka pełnym niedowierzania wzrokiem.
- Skąd pani o tym wie? - szepnęła.
Tamta poruszyła lekko ramionami, a potem delikatnie się uśmiechnęła.
- Też czytałam pani książki. Bardzo lubię obyczajowe dreszczowce. Każdy z nas relaksuje się po pracy. Pani zapewne również ma jakieś hobby.
- Praktykuję jogę - mruknęła matka.
- Właśnie. Mam jednak wrażenie, że skupiając się na dziedziczonej traumie, zapomina pani o tym, co dzieje się z pani mamą tu i teraz.
- A co się dzieje?
- Ona się mocno zestarzała. Trudno zresztą, żeby było inaczej, osiągnęła piękny wiek w bardzo dobrym zdrowiu. Umysł jednak zaczyna ją zawodzić. I mamy tego pierwsze efekty: zapominanie, splątanie, gubienie się w czasie i przestrzeni.
- Mama się gdzieś zgubiła? - z przerażeniem spytała Dorota.
Dyrektorka wykonała uspokajający gest.
- Metafora. Mam wrażenie, że coraz częściej bardziej realna jest dla niej przeszłość niż czas teraźniejszy. Pani Georgina zaczyna żyć w świecie wspomnień, wśród duchów, które przyoblekają dla niej kształty realnych osób.
- Czy chce pani przez to powiedzieć, że babcia ma jakieś przywidzenia? - Róża była wyraźnie przestraszona.
- Nie posunęłabym się aż tak daleko, ale będziemy ją bacznie obserwować. Uczulam jednak panie, że jej zachowanie się zmienia. Proszę to brać pod uwagę.
- Rozumiemy. Czy możemy coś zrobić? - Głos Doroty lekko się załamał. Chyba właśnie dotarła do niej prawda, co właściwie dzieje się z jej matką.
- Okazać jej mnóstwo miłości i cierpliwości. Wiem, że są panie z nią bardzo związane i ogromnie ją kochają. To się czuje i widzi. Ale osoby tracące powoli kontakt z rzeczywistością mogą wydawać się trudne, nawet nieco przerażać swoich bliskich, a w każdym razie niepokoić zachowaniem. Dla pań także może to nie być łatwe. Jesteśmy tu do pomocy, udzielimy wszelkich wyjaśnień, gdyby potrzebowały panie wsparcia.
- Dziękujemy, pani dyrektor. To bardzo ważne, że nas pani uprzedziła. Będziemy się mogły przygotować.
- Wyłącznie o to nam chodzi. Nie zamierzałam pań straszyć ani przedstawiać przyszłości pani Georginy w czarnych kolorach. Jestem przekonana, że pani mama ma przed sobą wiele szczęśliwych lat. Postaramy się, by je przeżyła w najlepszym komforcie i zdrowiu.
Wyszły na korytarz, gdzie Dorota oparła się na chwilę o ścianę, żeby zaczerpnąć powietrza.
- Nic ci nie jest, mamo? Może chcesz wody? - zatroszczyła się Róża.
- Poproszę. Jeśli można - odpowiedziała słabo. Kiedy córka wróciła ze szklanką, Dorota siedziała na kanapie przy oknie i patrzyła na ogród.
- To dla mnie szok - przyznała. - Chyba normalne, że gdy do człowieka dochodzi, iż jego rodzic niedołężnieje...
- Daj spokój. Babcia wcale nie jest niedołężna. To znaczy nie bardziej niż inni w jej wieku. Doskonale się trzyma. Jeśli coś tam zapomina od czasu do czasu, to przecież normalne. Gdy ma się tyle lat, nie da się pamiętać o każdej rzeczy. Bałam się, że coś jej naprawdę dolega - pocieszała Róża, a matka patrzyła na nią i uważnie łowiła każde jej słowo.
- Ale przecież kiedy byłyśmy tu ostatnio, wszystko było w porządku, prawda? - spytała z nadzieją.
Córka kiwnęła głową.
Choć tak naprawdę od dawna ich wizyty u babci wyglądały zawsze tak samo - siadały w ogrodzie przy stoliku, z herbatą i ciastem i gadały jedna przez drugą. Babcia Gina po prostu uśmiechała się do nich i milczała. Potem Dorota zadawała jej kilka szybkich pytań o stan zdrowia, na które otrzymywała dosyć zdawkowe i niejednoznaczne odpowiedzi (jak uświadomiła sobie teraz z przerażeniem Róża) i spotkanie dobiegało końca. Za mało rozmawiały. To nie była wymiana myśli, a ich monologi przed babcią. Dziewczyna przygryzła wargi, ale nie chciała o tym mówić matce, która była wyraźnie rozstrojona.
- Już mi lepiej - oznajmiła z westchnieniem Dorota, odstawiając pustą szklankę na stolik. - Masz rację, nie powinnam się martwić na zapas. Przecież na razie nic się groźnego nie dzieje. Ta dyrektorka po prostu nas ostrzegła, żebyśmy były uważne i nie czuły się zaskoczone. No to nie będziemy, w razie gdyby coś się stało. Ale nic złego się nie wydarzy. Mama jest zdrowa oraz w pełni sprawna umysłowo, i tego się trzymamy. A teraz chodźmy do niej.
Przekroczyły próg pokoju Giny w dobrych humorach, starając się zapomnieć o tym, co powiedziała im kierująca ośrodkiem kobieta.
Starsza pani siedziała przy oknie i spoglądała na ogród.
- Dzień dobry, mamo - odezwała się Dorota. - Jak się masz?
- Wspaniale. - Gina odwróciła głowę i posłała im promienny uśmiech. - Zmęczyłyście się? Gorąco dzisiaj, prawda?
- Odrobinę. Mam ochotę na herbatę - przyznała Dorota. Jej matka kiwnęła głową.
- Zaraz chyba podwieczorek. Trochę straciłam rachubę czasu, bo się zamyśliłam.
- Niczego nie straciłaś, babciu. Już szykują ciasto na dole, mama zapuściła żurawia i widziała, jakie tam mają pyszności. - Róża wesoło mrugnęła okiem. Starsza pani pogładziła ją po dłoni delikatnym gestem.
- No to chodźmy czym prędzej, skoro jesteście głodne. - Gina uniosła się z fotela, ale córka powstrzymała ją ruchem dłoni.
- Mamy czas. Jeszcze niegotowe. Nie ma nic gorszego, niż przyjść na posiłek za wcześnie.
- Masz rację. Moja matka tego nie znosiła. Uważała to za straszliwie grubiańskie. Przy stole należało być "w sam raz": ani za wcześnie, ani za późno. Nie wiem, jak ona to robiła, ale zawsze się jej udawało.
Róża zerknęła na Ginę z zainteresowaniem. Chyba po raz pierwszy od niepamiętnych czasów tak otwarcie nawiązała do swojej matki i w ogóle do przeszłości. Czy był to przejaw tego, o czym mówiła dyrektorka? Czy po prostu chciała się z nimi podzielić wspomnieniami? Jeśli to drugie, to wnuczka zamierzała pociągnąć ją za język. Niesamowicie zaciekawiły ją te niedopowiedziane historie rodzinne. Wreszcie była okazja, żeby dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki.
Wstała więc i zbliżyła się do ozdobnej konsolki, którą babcia przywiozła tutaj z mieszkania matki. Stały na niej różne fotografie w ramkach, przede wszystkim przedstawiające Różę i Dorotę na rozmaitych etapach ich życia. Gdzieś z tyłu przycupnęło jednak stare zdjęcie w cienkiej srebrnej ramie. Wyobrażało przepiękną kobietę ubraną z elegancją charakterystyczną dla lat trzydziestych w zwężaną sportową spódnicę i długi żakiet z modnymi wyłogami oraz niewielki fantazyjny kapelusz. Kobieta stała w niedbałej pozie obok wspaniałego samochodu, w którym siedziały dwie dziewczynki. Jedna była bez wątpienia nastolatką o długich, potarganych kręconych włosach i naburmuszonej, niechętnej minie, w drugiej z nich, dziecięcej blondynce o twarzy aniołka, domyśliła się Giny.
- Śliczne zdjęcie, babciu - powiedziała, unosząc fotografię i podsuwając ją Georginie przed oczy. - To twoja mama? Matylda Mikanowska?
- Tak, to ona. Była niezwykle piękna. Nie po prostu ładna, nie efektowna ani urocza, ale wręcz magnetyzująca. Mężczyźni tracili dla niej głowę. A ona cóż, umiała i lubiła się podobać, ale nigdy nie przekraczała pewnych granic - podkreśliła Gina, a jej ciepły głos nagle nabrał niespodziewanej surowości.
- Oczywiście. Była przecież żoną i matką. - Dorota posłała córce karcące spojrzenie, choć właściwie Róża nie palnęła żadnej gafy.
- Właśnie. Ojciec ją ubóstwiał. Zrobiłby dla niej wszystko. Poza jednym. - Babcia zachichotała wesoło, przykrywając dłonią usta.
- Czego jej odmówił? - dopytywała się Róża.
- Nie zgodził się na wybudowanie w posiadłości basenu. Uważał, że to nie wypada, aby pani i panienki pluskały się w obecności służby w niekompletnych strojach. Ja byłam co prawda wtedy bardzo mała, ale opowiadano mi, jaka wybuchła awantura...
- Pokłócili się? - To zupełnie nie pasowało Róży do obrazu Matyldy, jaki zdołała sobie narysować w wyobraźni: posągowej i opanowanej, bo świadomej swej wartości i wrażenia, jakie wywiera.
- Moja matka oprócz urody była obdarzona wielkim temperamentem. I kiedy coś się jej nie podobało, potrafiła zachowywać się impulsywnie. - Gina uśmiechnęła się lekko do swoich wspomnień. - Ale tak jak mówię, ona nigdy nie posuwała się za daleko. Łabonarówka to był raj na ziemi. Raj utracony... - Babcia zamilkła, a w jej głosie wybrzmiały gorycz i żal.
Dorota odchrząknęła.
- No właśnie, mamo... Mamy z Różą taki plan... Jesteśmy ciekawe, czy ci się spodoba. Nadchodzą twoje urodziny. W sumie również moje, więc jest podwójna okazja... Ale przede wszystkim, oczywiście, idzie o ciebie. I zastanawiamy się, czy nie zorganizować przyjęcia właśnie tam. W Łabonarówce. Teraz mieści się tam luksusowy hotel. Sprawdzałam. Robią takie imprezy.
- W pałacu? - powtórzyła Gina cicho, a wargi jej pobielały.
- Jeżeli nie chcesz, babciu, to nie ma sprawy, załatwimy coś innego - wyrwała się z zapewnieniem Róża, a matka zgromiła ją wzrokiem.
- Tak. Mamo, ja uważam, że to znakomity pomysł. Wiem, że ci to sprawi przyjemność...
- Łabonarówka... - Starsza pani opadła na fotel i położyła drżącą dłoń na piersi. - Tyle lat, mój Boże, tyle lat...
- Może nie chcesz tam wracać? Ja to rozumiem, mówiłam mamie, że skoro masz nieprzyjemne wspomnienia związane ze śmiercią swoich rodziców...
- Różo, przestań, w tej chwili! - Dorota nie tylko podniosła głos, ale i uniosła się lekko na sofie, na której usiadła zaraz, gdy weszły do pokoju starszej pani.
Gina spojrzała na nie niewidzącym wzrokiem.
- Łabonarówka - wymówiła tę nazwę po raz kolejny, a potem spojrzała na zdjęcie, które wciąż trzymała w zaciśniętej dłoni. - Ada! - krzyknęła zduszonym głosem.
- To twoja siostra, prawda? Przyrodnia? Ta, która zginęła w powstaniu warszawskim? To ona jest na tym zdjęciu? - Róża zbliżyła się do babci i ujęła jej dłonie w swoje. Gina utkwiła w niej wzrok i zaczęła układać sobie jakieś słowa, ale nie mogła wydobyć głosu.
- Różo, teraz już przesadziłaś. Zdenerwowałaś babcię. - Dorota była wyraźnie zła.
Gina pokręciła głową, jakby zaprzeczając temu, co powiedziała jej córka, i mocniej ścisnęła dłonie wnuczki. Nachyliła się bliżej do niej i zaczęła szeptać. W jej głosie był strach.
- Aduniu, uwierz mi. Ja to naprawdę słyszałam. To brzmiało dokładnie tak samo. Jak wtedy, gdy tatuś... No wiesz... Taki sam odgłos... Przysięgam, że nie kłamię... Aduniu, błagam, nie rób tego... Nawet o tym nie myśl...
- Czego miała nie robić? - nie rozumiała Róża, przerażona tą sytuacją.
Babcia opadła na fotel zmęczona i oddychała ciężko. Miała przymknięte oczy.
- Kompletnie wyprowadziłaś ją z równowagi. Trzeba jej zaraz podać krople na uspokojenie, a jeśli nie przejdzie, to wezwać lekarza. Przecież słyszałaś, co mówiła ta dyrektorka. Musimy być delikatne. Nie irytować jej.
- Przepraszam. - W głosie Róży brzmiała panika, kiedy podsuwała babci szklankę wody. Dorota odmierzała krople.
Przez chwilę siedziały w milczeniu, obserwując Ginę. Jej oddech uspokajał się, kolory wracały na twarz. Lek zaczynał działać, sytuacja wracała do normy. Róża odetchnęła, gdy babcia otwarła oczy i przetarła dłonią czoło. Fotografia w srebrnej ramce wysunęła jej się z palców i spadła na dywan.
- Ostrożnie! - przestrzegła Gina. - To moja jedyna pamiątka z domu. Zdjęcie mojej matki, jej nowego sportowego fiata i nas dwóch: mnie i mojej siostry Adelajdy.
- Masz siłę, żeby zejść na podwieczorek? - spytała Dorota, a Gina pokiwała głową.
- Oczywiście. Ma być dzisiaj ciasto z wiśniami. Prawdziwa gratka.
Przeszły przez hol do windy i naprawdę nic nie wskazywało na to, aby babcia gorzej się czuła.
- Mamo... - zaczęła Dorota, kiedy już we trzy usiadły na patio przy stoliku i dostały herbatę i ciasto. - Nie wiem, czy pamiętasz, o czym rozmawiałyśmy w pokoju?
Przez twarz babci przemknął cień.
- O twoich urodzinach, które chcemy zorganizować w pałacu w Łabonarówce - pospieszyła z wyjaśnieniami Róża. - Masz coś przeciwko temu?
- Absolutnie. To znakomita myśl. Już się nie mogę doczekać - oznajmiła Gina, ale jej wnuczka miała wrażenie, że czyni to z przymusem i sztywno. - Jestem ciekawa, jak pałac teraz wygląda - dodała po chwili już zupełnie innym tonem. - Na parterze Adelajda miała cudowny gabinet muzyczny ze wspaniałym fortepianem, była też biblioteka z niezwykłymi kręconymi schodami i oranżeria... - Babcia zaczęła opowiadać o wyglądzie domu i na tych wspominkach minęła im reszta popołudnia.
* * *
Róża jednak nie dała się zwieść temu ożywieniu babci.
- Chyba niepotrzebnie na nią naciskałyśmy. Wciąż uważam, że z tą Łabonarówką jest coś nie tak. Skoro spotkała ją tam osobista tragedia... - powiedziała do matki, kiedy siedziały już w samochodzie i odjeżdżały z parkingu przy Wrzosowym Zakątku.
- Brednie. Niepotrzebnie wspominałaś o jej siostrze. Nie lubi poruszać tego tematu.
- Bo zginęła podczas wojny? W jakichś strasznych okolicznościach? Wiem, co się działo podczas powstania. Rzeź Woli i te sprawy... Żołnierzy przecież też nie oszczędzano, to było piekło, dużo o tym czytałam.
- Nikt nie wie, co się stało z Adelajdą. Została uznana za zmarłą, i tyle. Z pewnością zginęła, ale w jakich okolicznościach się to wydarzyło, pozostaje zagadką. Babcia walczyła w oddziale jako młodziutka dziewczyna, ma piękną powstańczą kartę, jeśli będzie chciała, to ci opowie. A Adelajda...
- Co?
- Różne plotki o niej krążyły. Również taka, że była konfidentką Gestapo.
Róża musiała przyhamować, bo tak zszokowała ją ta informacja. Odwróciła do matki pobladłą, ściągniętą twarz.
- Jak to?
Dorota wzruszyła ramionami.
- Są rzeczy, których o swojej rodzinie naprawdę lepiej nie wiedzieć. Babcia nie cierpi mówić o Adelajdzie. Przed wojną to była bardzo znana artystka. Śpiewała w rewiach. Miała niezwykły repertuar, była popularna jak Hanka Ordonówna, tylko że nigdy nie grała w filmach, taką wyznawała zasadę. Występowała pod pseudonimem Ada Nirska.
Róża znowu przyhamowała.
- Kolekcja straconych chwil! - wykrzyknęła ze zdumieniem.
Matka kiwnęła głową.
- Babcia lubiła tę płytę. Pamiętasz ten szlagier?
- "Mkną chwile zapomniane, stracone, niekochane, a ja wciąż czekam ciebie" - zanuciła Róża mimowolnie. Ile razy słyszała u babci tę piosenkę, tę płytę? Nirska wykonywała ją wysokim nosowym głosem, a Róża uwielbiała to brzmienie. Jak ze starego kabaretu właśnie, gdzie śpiewa się smutne ballady o niespełnionej miłości.
- O to mi chodziło! - ucieszyła się matka. - A więc pamiętasz?
- Oczywiście, po prostu nie miałam pojęcia, że ta piosenkarka to siostra babci. Naprawdę nie mówiłyście mi o wielu rzeczach - dodała z pretensją. Potem przypomniała sobie gramofonową czarną płytę, pełną szmerów i szumów wynikających z częstego odtwarzania, igłę przeskakującą na wyżłobionych rowkach, i poczuła charakterystyczną dla tych popołudni melancholię. Babcia Gina łatwo się wzruszała i siedziała w ciszy, wpatrując się w wirujący krążek, a czasem w jej oczach pojawiały się łzy. Wtedy Róża myślała, że może straciła kiedyś, dawno temu, ukochanego, ale teraz sądziła, że mogło chodzić o siostrę.
Odetchnęła głęboko i ponownie uruchomiła silnik. Kiedy wyjechała na drogę, matka chwilę podziwiała przesuwający się za oknem krajobraz.
- Musisz tam jak najprędzej pojechać. Do Łabonarówki. Bo tam się to wszystko zaczęło - powiedziała, rzucając córce spojrzenie spod oka.