Tomasz
- Dzień dobry, pani Alino! - Wyprostowałem się dumnie i odezwałem dziarsko do kobiety, próbując ukryć grymas bólu, który nieproszony zawitał mi na twarzy. Choć już od tygodni czułem się znacznie lepiej, miejsce pod żebrami, w którym utknęła kula, przypominało mi o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. Kobieta przyjrzała mi się ze łzami w oczach, a dłoń przycisnęła do ust.
- To pan - odparła niemal szeptem, jakby zobaczyła ducha.
Pucowała właśnie korytarz, więc drugą ręką trzymała kurczowo trzonek od masywnego, obrotowego mopa, którego końcówka wciąż wirowała zanurzona w wiadrze. Wyglądało to komicznie. Uśmiechnąłem się, zapominając o bólu, i położyłem jej dłoń na ramieniu. Mogła być w wieku mojej nieżyjącej matki i pracowała u nas od wielu lat, regularnie doprowadzając każdy centymetr powierzchni do lśnienia, tak że można byłoby odnieść wrażenie, jakby człowiek przebywał właśnie w muzeum sztuki narodowej, a nie w siedzibie warszawskiego pododdziału kontrterrorystycznego, którego ściany widziały już zbyt wiele.
- Spokojnie - rzekłem. - Jak pani widzi, wróciłem. To już nie czas na łzy.
Jakby na przekór moim słowom, pani Alina wybuchła głośnym szlochem, a ja poczułem się co najmniej niezręcznie. Pomimo całej mojej sympatii do tej kobiety już kilka razy chciałem dać do zrozumienia dowódcy, że najlepszym rozwiązaniem jest zatrudnienie zewnętrznej firmy sprzątającej, by uniknąć niepotrzebnych sentymentów, które w naszym zawodzie mogły przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie zrobiłem tego jednak. Kobieta zostałaby bez zajęcia, a ja byłem ostatnią osobą na świecie pragnącą komuś utrudniać życie.
- Wszyscyśmy się tu modlili za pana. I cała moja rodzina wierzyła, że pan z tego wyjdzie, panie Tomku - wydukała, a ja poczułem się jak skończony drań za myśli towarzyszące mi chwilę wcześniej.
Pokiwałem z wdzięcznością głową i wypuściłem wstrzymywane powietrze. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić swojego przełożonego, człowieka czynu, twardo stąpającego po ziemi i trzymającego się swoich jeszcze twardszych zasad, jak po godzinach klepie zdrowaśki z resztą załogi i panią Alinką na czele, ale równie dobrze wiele mniejszych lub większych cudów mogło się wydarzyć, gdy przebywałem w śpiączce, i pierwszy raz w życiu było mi wszystko jedno.
- Dziękuję pani - odparłem szczerze. - Naprawdę bardzo dziękuję. Chciałem tylko... dowódcy szukam... jest u siebie, prawda?
Oczywiście, że był. Umówiłem się z nim przecież i najpewniej czekał na mnie teraz, łypiąc co chwilę okiem na drzwi wejściowe. Czułem się niekomfortowo, uczestnicząc w tej rozmowie, i chciałem jak najszybciej zakończyć tę ckliwą chwilę.
Pospiesznie pożegnałem się z panią Aliną i zapukałem do drzwi Ryszarda jedynie pro forma, następnie wszedłem do jego gabinetu, podałem mu rękę i bez większych ceregieli usadowiłem się naprzeciw masywnego biurka, jak zwykle zawalonego pod sam sufit rzeczami, które absolutnie nie były związane z jego pracą. Niedopita kawa, kawałek kanapki z serem i jakąś nieapetycznie wyglądającą pastą, opakowanie po skończonych chipsach - wszystko to walało się wśród dokumentów, notatek i dwóch rzuconych niedbale telefonów z ładowarkami. Przez lata nie mogłem się nadziwić, jak Rysiek - bez wątpienia na ten moment najbardziej ceniony dowódca pododdziału w tej części Polski - jest w stanie ogarnąć się w takim chaosie i wciąż prowadzić strategiczne działania, gdyż ja, miłośnik porządku i rutyny, nie byłbym najpewniej w stanie w takim burdelu nawet przypomnieć sobie własnego imienia.
- Witaj wśród żywych - powiedział wreszcie po tym, jak przez dłuższą chwilę przyglądał mi się tak intensywnie, jakbym był jakimś rzadkim eksponatem muzealnym. W dodatku kiwał głową, nie dowierzając, że to faktycznie ja.
- Chociaż ciebie proszę o oszczędzenie mi zbędnego patosu - odparłem z westchnieniem. - Lekarze mówią, że jestem zdrów jak ryba - dodałem, nie wspominając ani słowem o moim kłującym miejscu pod żebrami.
Zresztą na co niby miałaby mu się przydać ta informacja? Wylizałem się. Żyję. Byłem facetem w kwiecie wieku, policjantem, antyterrorystą, który kilka miesięcy wcześniej przyczynił się do rozbicia jednego z najgroźniejszych w kraju gangów narkotykowych. Koleżkowie trafili wreszcie za kraty, chociaż jeden z nich prawie wysłał mnie na tamten świat. Na szczęście mu się to nie udało. Lekarze dali mi zielone światło, a nawet gdyby tego nie zrobili, to pewnie sam bym sobie takie przyznał, bo siedzenie w domu na przedłużającym się urlopie sprawiało, że moja psychika zaczęła szwankować. Przebierałem nogami pod biurkiem Ryszarda, czekając z utęsknieniem na to, aż z powrotem przywita mnie w swoich szeregach. - To kiedy mogę wrócić?
- Tomek, chłopie - odparł i zawiesił głos, co trochę mnie zaniepokoiło. - Myśleliśmy, że już po tobie.
Przytaknąłem. Zawsze byłem pewien, że ten moment spotkania ze śmiercią, w którym rzekomo przed oczami przelatuje całe życie, jest tylko łzawą anegdotą rodem z hollywoodzkich dramatów, teraz jednak mogłem potwierdzić z pełnym przekonaniem, że ja również tego doświadczyłem. Dzieciństwo, młodość, wszyscy ci, z którymi już nie mam kontaktu, nieżyjący rodzice, brat, którego nie widziałem całe wieki. To oni właśnie ukazali mi się wtedy przed oczami. Barbara. Moja żona skarżąca się, że do naszego związku zbyt intensywnie wkrada się moja praca, a ona nie potrafi żyć w trójkącie. I nie chce. I odchodzi, a ja może kiedyś zrozumiem, że wszystko w życiu ma swój czas i miejsce. Otrząsnąłem się i spojrzałem w oczy dowódcy.
- Taka praca. - Wzruszyłem ramionami. - Widocznie mam coś tu jeszcze do zrobienia.
- Czy ty wiesz, że tygodniami wszystkie media o tobie mówiły?
- Niestety - przytaknąłem. Za wszelką cenę chciałem uniknąć rozgłosu, ale rozbicie takiej grupy przestępczej nie zdarzało się przecież codziennie, rozumiałem zatem zainteresowanie dziennikarzy. - Było, minęło. - Machnąłem lekceważąco ręką. - To kiedy wracam? - zapytałem pewnym tonem. - Bo jeśli o mnie chodzi - dodałem - mogę zaczynać od razu.
Ryszard splótł dłonie i położył je przed sobą na biurku, następnie popatrzył na mnie wzrokiem, który niespecjalnie mi się spodobał. Wtedy zorientowałem się, że nasze spotkanie wcale nie musiało oznaczać dla mnie dobrych wieści i rychłego powrotu do służby.
- Nie tak prędko, stary - odparł po chwili. - Nie możemy pozwolić na to, byś się narażał.
- Przecież nic mi nie jest. Mówiłem już - zaoponowałem, choć przeczuwałem, że jestem na straconej pozycji.
- Jest czy nie jest, to już inna kwestia. Niestety nie wszyscy siedzą za kratami - kontynuował. - Te tryumfy medialne były zdecydowanie zbyt wczesne i pospieszyli się też z tym zrobieniem z ciebie bohatera. Oczywiście, nie ujmuję twoich zasług - dodał naprędce.
- Jak to? - zapytałem zdumiony. - Myślałem, że zgarnęliśmy całą bandę.
- Gdy leżałeś w szpitalu, doszliśmy do tego, że mają znacznie szersze zasięgi - mówił Rysiek. - Niektórzy spieprzyli za granicę, ale mogą wrócić. Wciąż są poszukiwani.
- To ilu ich tam, do cholery, jest? - zapytałem zdezorientowany. - Czy dobrze pamiętam, że celowaliśmy w osiemnastu i właśnie tylu udało się złapać?
- Niestety okazało się, że jest ich znacznie więcej - odparł Ryszard. - Bliżej pięćdziesiątki. Będziemy zatem drążyć głębiej.
Z wrażenia opadłem na oparcie fotela.
- Niezły wynik jak na ich niewinną nazwę - odparłem. "Chłopaki z sąsiedztwa" brzmią jak grupka sympatycznych łobuziaków.
- Mogą cię namierzyć i wtedy grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo - mówił dalej dowódca. - Nie wiem zresztą, po co ja to ci wszystko gadam, skoro i tak powinieneś o tym wiedzieć.
- Daj spokój - odpowiedziałem, starając się opanować narastające zdenerwowanie. - To ja powinienem ich namierzyć i dopilnować, by wszystko zostało pozamiatane, a śmieci wyniesione.
Ryszard pochylił się w moją stronę, jakby w obawie o to, że ściany komendy mają uszy.
- Odstrzeliłeś łeb ich największemu guru i przez to pokrzyżowałeś trochę planów, ale to nie znaczy, że nie potrafią zmobilizować się na nowo. Niektórzy tylko marzą o tym, żeby się zemścić. Jesteś pierwszy do eliminacji, jak tylko nadarzy się okazja. Jako twój przełożony nie mogę na to pozwolić. Powinieneś zatem poczekać, aż temat ucichnie, a dokończeniem dzieła, jeśli będzie trzeba, zajmie się ktoś inny. Na ten moment masz za słabe zdrowie.
Ze skrzyżowanymi ramionami kręciłem głową, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę.
- Pozbawiasz mnie roboty, bo coś może mi się stać? Jestem gliniarzem, do cholery, a nie przedszkolanką. Przecież mnie znasz... - Wszyscy z mojej załogi, łącznie z dowódcą, wiedzieli, że przepracowałem już ładnych kilkanaście lat i w przyszłym roku miałem otrzymać prawo do emerytury, ale wiedzieli również, że to ostatnie, o czym marzę. - Serio mam odpuścić i siedzieć w domu, oglądając W11, żeby nikt nie strzelił mi w łeb?
- Nie udawaj głąba, bo dobrze wiem, że masz więcej niż dwie klepki na krzyż pod czachą - odparł z irytacją. - Nie możesz tu zostać, rozumiesz? Nie jesteś bezpieczny, nawet gdybyś całymi dniami faktycznie siedział w domu. Ktoś może cię capnąć, gdy będziesz wynosił śmieci. Spokojnie, dokończymy dzieła. Nie obraź się, stary, jesteś świetny, ale nie niezastąpiony. I nie, nie chcę byś rezygnował z pracy. Zmienisz tylko stanowisko i przeniesiemy cię w inne miejsce.
Mówiąc to, podsunął mi pod nos smartfon z wyświetloną mapą.
- Co to jest? - zapytałem, wciąż trzymając się ostatniej nadziei na to, że cała ta rozmowa okaże się durnym żartem.
- Orłów - odparł komendant z wyczuwalną satysfakcją. - Taka wieś pod Mielcem. Podkarpackie. Ta wieś, jak i cała gmina Borowa, będą należeć do ciebie już od poniedziałku. Potrzebują dobrego dzielnicowego. A służbowe mieszkanie już czeka na ciebie w Mielcu. Skromna kawalerka, ale po co ci więcej? W weekend chyba zdążysz się ogarnąć i przenieść, nie?
- Dzielni... co? Co to ma znaczyć? Do kurwy nędzy! - Nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. Musiałem jednak się opanować, by nie utwierdzać Ryszarda w przekonaniu, że mój stan psychiczny jest niestabilny i nie nadaję się do służby.
- Hola. - Rysiek podniósł dłoń w górę, jakby wstrzymywał właśnie ruch drogowy. - Nie zapominaj, że jestem twoim przełożonym. To polecenie służbowe. Wrócisz, gdy temat będzie zakończony na amen. Twoja akcja przyniosła wiele dobrego i była widowiskowa, o czym do znudzenia przypominały wszystkie stacje radiowe, telewizyjne i cały internet. Niestety wcale nie oznacza to, że możemy otwierać szampana, bo radość była zbyt wczesna. Myślę, że wyraziłem się już dostatecznie jasno. Najlepiej będzie, jeśli rozejdzie się fałszywa informacja o twojej domniemanej śmierci. Dobrze byłoby przekazać ją mediom, żeby wspomnieli o tym, że jednak nie dałeś rady. Tylko niech nie robią z tego głównej informacji dnia, bo po co miałby ktoś...
- Chwila... - wszedłem mu w słowo. - Zdegradowałeś moją funkcję do spisywania małolatów pijących piwo w parku i wystawiania mandatów za złe parkowanie? - Byłem pewien, że ostatnim i najpewniej jedynym razem czułem się tak załamany, gdy Baśka postanowiła odejść.
- To tylko tymczasowa sytuacja - dodał spokojniej, widząc, że jego propozycja bez możliwości odrzucenia zdecydowanie nie wprowadziła mnie w euforię. - Wrócisz. Masz moje słowo, że tak właśnie się stanie. Zgłoś się do niejakiego Marka, będzie twoim komendantem. Zrobi ci też przyspieszony kurs.
Pokręciłem głową, mając nadzieję, że nadal przebywam w śpiączce, a brednie, które właśnie dochodzą do moich uszu, to jedynie pokłosie silnych medykamentów. Przyspieszony kurs. Nie dość, że faktycznie mam teraz jedynie grozić palcem przysklepowym pijaczkom w jakiejś podkarpackiej wsi, to w dodatku muszę się do tego zadania specjalnie wyszkolić.
- Kawał drogi stąd - dodałem z westchnieniem, znów spoglądając na smartfon.
- Tym lepiej dla ciebie. Masz nikomu nie mówić o tym, kim naprawdę jesteś ani czym zajmowałeś się do tej pory. Po mediach na szczęście nie krążyło twoje zdjęcie i nazwisko.
- Zajebiście - odparłem, powoli godząc się z nieuniknionym losem. Mój sprzeciw i tak niewiele by tu wskórał.
- No dobra. - Rysiek skrzyżował nonszalancko dłonie za głową i mrugnął do mnie okiem, jakby miał ochotę powiedzieć "prima aprilis", choć było już dawno po pierwszym kwietnia. - Najlepszy smaczek zostawiłem ci na koniec. Bycie milusim dzielnicowym to niejedyne twoje zadanie do wykonania.
- Czyżby? - Podniosłem brwi ku górze. - Co takiego jeszcze? Mam w wolnych chwilach być "Panem Agatką" i w kamizelce odblaskowej przeprowadzać dzieci przez ulicę w drodze do szkoły?
- To miło, że humor cię nie opuszcza, bo tym sposobem zyskasz większe zaufanie wśród mieszkańców gminy. Nie, bystrzaku. Masz bliżej przyjrzeć się tej oto kobiecie. - Znów poszukał czegoś na smartfonie i przytknął mi pod nos zdjęcie.
- Co to za jedna? - rzuciłem okiem na fotografię blondynki.
- Alicja Bachta, ale możliwe, że teraz przedstawia się nazwiskiem panieńskim: Trolecka. Spróbuj dyskretnie zdobyć od niej jakiekolwiek informacje i melduj wszystko jak najszybciej do mnie. Jest całkiem prawdopodobne, że wie coś na temat naszych "Chłopaków z sąsiedztwa".
Powoli trawiłem polecenie Ryszarda, podczas gdy ten patrzył na mnie wnikliwie. Wisienka na torcie w postaci jego polecenia sprawiła, że nadal czułem się aktywną częścią jednostki i trochę ujęła mocy z mojej wcześniejszej frustracji.
- Mogłeś tak od razu - odparłem.
- Mogłem, ale nie chciałem. Twoim głównym zadaniem jest zniknięcie z planszy na jakiś czas, tak aby faktycznie kolesie mogli cię uznać za zmarłego. A Trolecką wytrop mimochodem, i jeszcze raz proszę o to, byś przekazywał mi wszystko. Niedawno kupiła dom w Orłowie i się do niego przeprowadziła. Wiesz, co robić. Działaj.
- Czy ta cała Trolecka nie będzie wiedzieć, kim naprawdę jestem?
- Nie ma takiej możliwości - odpowiedział z przekonaniem Rysiek. - Od teraz jesteś dzielnicowym gminy Borowa i nie masz bladego pojęcia o niczym innym.
Skinąłem głową.
- A wiesz, że Orłów to jedyna w Polsce miejscowość bez żadnego zakrętu? - dodał Ryszard i skrzyżował frywolnie ramiona, jakby dokonał właśnie niezwykłego odkrycia. - Przyznaj, że jak znalazł dla ciebie, biorąc pod uwagę fakt, że miałeś ich w swoim życiu całkiem niemało. - Wybuchł śmiechem, ucieszony z własnego żartu.