Ojciec chrzestny. Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii - Paul Sherman

Kup ebooka

23.90 zł
20.32 zł (13,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Redakcja

Jacek Illg

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Zdjęcie na okładce

Wikipedia

Zdjęcia we wkładkach

Wikipedia, Wikimedia Commons, inne zasoby internetowe,

archiwum Autora, archiwum Wydawnictwa

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

? Copyright for the Polish edition by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2009

ISBN 978-83-7835-165-8

PROLOG. Tequila

Październik 1929 roku

Uporczywy jesienny deszcz zaczął padać późnym popołudniem, już po burzy, która przeszła od zatoki w kierunku północno-wschodnim nad całym obszarem Nowego Jorku. Trotuary wokół placu przed gmachem sądu zalała woda, gdyż ścieki zatkały liście i śmieci. Niektórzy właściciele sklepów musieli zabezpieczyć drzwi workami z piaskiem, bo inaczej woda przeciekłaby przez próg i zniszczyła cenne towary. Z nastaniem nocy ucichł wiatr, deszcz przestał padać, niebo się przejaśniło i zabłysły gwiazdy.

Dzielnica portowa na Staten Island zalana była błotnistym mułem, głębokim na kilka cali. Ponure doki, magazyny czarne od brudu, z dachami pokrytymi papą, oblepione grubą warstwą smoły, kryły się w gęstych ciemnościach. Takie slumsy posiadał każdy port od czasów, gdy Fenicjanie opływali Afrykę. Miejsce, gdzie kryją się poszukiwani przez wymiar sprawiedliwości, prostytutki, żebracy, naciągacze, prestidigitatorzy i inne męty. Na końcowym odcinku Staten Island, przyklejonej do brzegu stanu New Jersey i raczej jemu bliższej niż Nowemu Jorkowi, nie brak romantycznych ustroni wśród zakrzewionych wydm i osłoniętych zatoczek, gdzie ciepłą letnią nocą można kogoś dyskretnie pocałować i uwieść albo - co czasami również się zdarzało - obrabować i zakatrupić z szybkim pochówkiem w bladożółtym piasku. Wieczorami nawet policjanci chodzili tam wyłącznie parami.

Większość promowych wycieczek nie uwzględniała Wyspy Statena w swych programach, a szkoda, bo zwiedzając ją w lecie i za dnia, można było doznać miłego rozczarowania. Na Staten Island były wzgórza, jeziora, przepiękne piaszczyste plaże, a wszystko oprawione bujną roślinnością. Tutaj znaleźć można było dobrze zachowane wczesne budownictwo nowojorskie, jak na przykład Snug Harbor - schronisko dla emerytowanych żeglarzy, kompleks dwudziestu ośmiu zabytkowych budynków z lat 1831-1880.

Dwaj funkcjonariusze policji, którzy tej nocy patrolowali wyspę, mieli kończyć swoją zmianę już za kwadrans. Niebo zaczynało się lekko rozjaśniać, a wokół panowała niczym niezmącona cisza. Siedzący obok kierowcy funkcjonariusz sięgnął do schowka i wyciągnął stamtąd płaską buteleczkę. Wyjął korek i pociągnął solidny łyk. Nazywał się Diego Rivera i urodził się 32 lata temu w meksykańskim mieście Juarez. Do Stanów przyjechał wraz z rodzicami jako siedmioletnie dziecko.

- Łykniesz sobie? - wyciągnął butelkę w stronę siedzącego za kierownicą kolegi.

- Jeśli znowu masz tam ten podły bimber z meksykańskiego kaktusa, co ostatnio, to serdecznie dziękuję - odpowiedział kierowca. Nazywał się Tom O'Malley i liczył sobie 28 lat. Był rodowitym nowojorczykiem, ale - jak łatwo można było odgadnąć - o irlandzkich korzeniach.

- To najlepsza w świecie, oryginalna tequila - oburzył się Rivera. - Nie żaden bimber, tylko meksykańska wódka, produkowana ze sfermentowanego soku agawy. Jest tam znana od czasów Azteków. A nazwa pochodzi od miasteczka Tequila w stanie Jalisco.

Od dziesięciu lat na terenie całych Stanów Zjednoczonych obowiązywała prohibicja, lecz jak widać, nie przejmowali się nią nawet będący na służbie funkcjonariusze policji. A przynajmniej niektórzy z nich.

- No właśnie - skrzywił się O'Malley. - Jak można robić wódkę z kaktusa?

Wbrew obawom funkcjonariusza O'Malleya, jednak można. Starsze i bardziej dojrzałe rośliny, a dokładniej mówiąc ich rdzenie, czyli pi?a, są bogatym źródłem cukru. Tradycyjnie pińas są wolno pieczone w specjalnych kamiennych lub ceglanych piecach przez jakieś pięćdziesiąt, a nawet siedemdziesiąt godzin w temperaturze dochodzącej prawie do dwustu stopni Farenheita, co pozwala zmiękczyć włókna i uniknąć karmelizacji cukrów. Więksi producenci skracają ten proces, gotując pi?as w nowoczesnych parowych autoklawach. Po ugotowaniu smakują jak słodki ziemniak.

Ugotowane pi?as stygną przez półtorej doby, a następnie są rozbijane drewnianymi młotkami i mielone, aby oddzielić sok od miąższu. W niektórych regionach Meksyku tak właśnie przygotowuje się tradycyjną tequilę. W większych fabrykach używa się do tego celu mechanicznych rozdrabniarek. Fermentacja prowadzona jest w zbiornikach z drewna lub stali nierdzewnej przez siedem do dwunastu dni. W jej wyniku otrzymuje się lekko musujący napój, pulque, zawierający od pięciu do siedmiu procent alkoholu. Napój ten był znany już Aztekom i używano go między innymi do celów rytualnych. Po otrzymaniu pulque jest ona kierowana do podwójnej destylacji. Pierwsza, zwana ordinaro, daje zawartość dwudziestu procent alkoholu i trwa półtorej godziny. W drugiej, trwającej cztery godziny, otrzymuje się płyn o zawartości pięćdziesięciu pięciu procent alkoholu.

Często destylat uzupełniany jest demineralizowaną wodą, aby obniżyć poziom alkoholu do czterdziestu procent. Na koniec wódka trafia do kadzi i drewnianych beczek, gdzie rozpoczyna się dojrzewanie, decydujące w dużej mierze o ostatecznym wyglądzie i aromacie tequili. Leżakuje tam nawet do sześciu lat, w zależności od rodzaju. Przed butelkowaniem tequila jest filtrowana przez węgiel aktywowany lub filtry celulozowe.

- Blanco tequilę pije się z solą i cytryną, Oro tequilę z cynamonem i pomarańczą, a Muja?ejo z... Jasna cholera! Zatrzymaj się! Chyba mamy trupa!

Tom O'Malley nie dowiedział się już, z czym należy pijać Muja?ejo. W blasku świateł samochodu pojawiły się leżące pod murem portowego magazynu zwłoki. Uzbrojony w wielką latarkę Rivera wyskoczył na zewnątrz.

- Może to jakiś pijaczek? - sapnął podążający w ślad za nim kolega.

- Chyba nie - mruknął drugi policjant, pochylając się nad ciałem. - Zobacz na jego ubranie. Te ciuchy musiały kosztować kilkaset dolców. Tacy faceci nie upijają się tanim winem w magazynach na Staten Island.

Leżące przed funkcjonariuszami zwłoki przedstawiały widok pożałowania godny. Całe ubranie pocięte było jakimś ostrym narzędziem, najprawdopodobniej nożem, zmasakrowana dokumentnie i umazana krwią twarz nie pozwalała na rozróżnienie rysów.

- Zobacz, czy ma przy sobie jakiś dokument - polecił pełniący obowiązki dowódcy patrolu Rivera.

O'Malley posłusznie sięgnął do kieszeni zabitego, lecz sekundę potem odskoczył przestraszony na bok, bowiem domniemane zwłoki poruszyły się, a następnie zaczęły się zabierać do wstawania.

- Kurwa mać! - wrzasnął O'Malley. - To wcale nie jest trup!

- Pewnie, że nie trup - wystękał przez spuchnięte wargi pokrwawiony mężczyzna, z trudem dźwignąwszy się na nogi. Zachwiał się przy tym gwałtownie i gdyby nie pomoc Rivery, upadłby z powrotem na ziemię. Jego rozbity fatalnie nos nabrał koloru surowej polędwicy, dolna warga urosła do rozmiarów banana. - Dziękuję - powiedział. - Czy wyglądam równie głupio, jak się czuję?

- Doskonale pan wygląda - odpowiedział Rivera i dodał bezwiednie: - Jak się pan czuje?

- Znakomicie.

- Co się panu stało?

- Pośliznąłem się.

- Co takiego?

- Pośliznąłem się.

- Pewnie na skórce od banana - rzucił sarkastycznie O'Malley.

- Nie, od mango. Czy moglibyście panowie wezwać dla mnie taksówkę?

- Taksówkę? - Rivera nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. - Człowieku, panu potrzebny jest ambulans, nie taksówka!

- Wszystko jedno - zgodził się niedawny trup. - Jak najszybciej muszę się dostać do miasta.

*

Godzinę później ofiara tajemniczych porachunków ze Staten Island zakłóciła spokój izby przyjęć nowojorskiego Mt. Sinai Hospital. Nocne odgłosy odbijały się echem, wypełniając długie korytarze nowego skrzydła, które wciąż jeszcze było urządzane. Słychać było tylko kaszlnięcia, zgrzyt gumowych butów pielęgniarek na wypastowanej podłodze i trzask radioodbiornika przy zmianie jednej stacji na drugą. Wynalazek pana Marconiego zaczynał robić wielką karierę. Zaledwie wiosną 1920 roku niejaki Frank Conrad uruchomił w swym garażu w Pittsburgu pierwszą stację nadawczą emitującą regularny program, a już dwa lata później było w Ameryce 227 takich stacji. Fabrykanci odbiorników nie nadążali za zamówieniami.

- Siostro! Surowicę przeciwtężcową, gazę, bandaże!.. - zadysponował dyżurny lekarz, na widok zmasakrowanej twarzy pacjenta.

Pielęgniarka już miała w ręku wygotowaną strzykawkę, pewnymi ruchami wyjmowała z torby inne przybory. Gdy lekarz podniósł pełną strzykawkę do góry, jego wzrok padł na twarz leżącego. Wśród smug wytartej krwi i siniaków tkwiły czujne, przytomne oczy. Pochylił się nad rannym i wbił igłę w obnażone ramię. Pielęgniarka przemyła dolną szczękę wodą utlenioną. Lekarz szybko i bezlitośnie zdezynfekował rany. Pacjent skurczył się z bólu i zawołał:

- Auuu!

Pielęgniarka posypała sowicie sulfamidon. Krew zmieszała się z żółtym proszkiem.

*

Po upływie kolejnej godziny detektyw Charles Schley wpatrywał się w czarne oczy leżącego na łóżku pacjenta. Wraz z dziurkami nosa i ustami tylko one były oznaką życia na twarzy całkowicie owiniętej w nieskazitelnie czysty bandaż, upodabniający ofiarę do egipskiej mumii wyjętej prosto z sarkofagu. Obie ręce spoczywające na białym prześcieradle szpitalnego łóżka także były zabandażowane.

- Więc nazywa się pan Charles Lucania? - powtórzył detektyw już po raz trzeci w ciągu ostatniego kwadransa.

- Dokładnie tak właśnie się nazywam - wyjaśnił spokojnie zagadnięty. - Mam wrażenie, że już to panu mówiłem, ale może tylko mi się tak zdaje. Wie pan, odniosłem dzisiaj pewne obrażenia, w tym rany głowy. To nie najlepiej wpływa na pamięć.

- No właśnie - ochoczo zgodził się detektyw. - I nie pamięta pan, kto tak pana urządził?

- Nie nie pamiętam, tylko po prostu nie wiem.

- I ja mam uwierzyć w cuda?

- Dlaczego nie? Chociażby takie Lourdes we Francji. Udokumentowano tam wiele różnych cudów. Na przykład w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym pewien facet w ostatnim stadium raka...

- Człowieku, ale tu jest Nowy Jork, a nie Lourdes. Tutaj nie zdarzają się cuda. A przynajmniej ja w nie nie wierzę.

- Pańska wiara jest pana osobistą sprawą. A ja nie mogę panu powiedzieć czegoś, czego nie wiem.

- Dobra, niech pan jeszcze raz powtórzy, jak to się wszystko odbyło - westchnął policjant.

- Stałem na rogu Pięćdziesiątej Ulicy i Szóstej Avenue - Lucania rozpoczął po raz kolejny swą litanię. - Czekałem na dziewczynę.

- Jej nazwisko?

- Nie znam.

- Umawia się pan z dziewczyną, a nawet nie zna jej nazwiska?

- A pan zna nazwiska wszystkich panienek, które pan dymał?

- Ja tu jestem od zadawania pytań - warknął Schley. - Co było dalej?

- No więc wtedy właśnie zatrzymała się przede mną czarna limuzyna i...

- Jakiej marki?

- Już mówiłem, nie znam się na markach. Wiem tylko, że była czarna i że okna były zasłonięte firankami. Wyskoczyło z niej trzech uzbrojonych facetów i kazało mi wsiadać do środka.

- Jak wyglądali?

- Nie wiem. Byli zamaskowani, już mówiłem.

- Trzech uzbrojonych, zamaskowanych facetów porywa pana w godzinie szczytu na Szóstej Alei i nikt nie zwraca na to uwagi. I myśli pan, że uwierzę w te bzdury?

- Nie wiem - powtórzył jak katarynka Lucania. - Może i ktoś to widział. Niech pan poszuka świadków i zapyta.

- Dobra, dobra. Co było potem?

- Kiedy znalazłem się w samochodzie, zaczęli mnie okładać pięściami. Jeden kłuł mnie nożem, a drugi chyba szpikulcem do lodu. Palili papierosy i gasili je na moim ciele. Wozili mnie tak po mieście kilka godzin. Potem straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero na Staten Island, kiedy zauważyli mnie pańscy koledzy.

- Kim byli ci mężczyźni?

- Jak powiedziałem, nie wiem.

- A czego chcieli?

- Mówili, że za dziesięć tysięcy baksów puszczą mnie wolno. Obiecałem, że skołuję te pieniądze. Może właśnie dlatego puścili mnie wolno.

- Niech pan nie wciska mi tych smutnych kawałków, Lucania. Pan musiał ich znać.

- Nic nie musiałem.

- Jakich ma pan wrogów?

- Nie mam żadnych wrogów. Jestem z natury przyjacielem całego świata.

- Chcę panu pomóc - detektyw spróbował z innej beczki. - Ten napad może się powtórzyć. W pańskim interesie jest, żebyśmy ich dorwali.

- Oczywiście.

- Tylko że pan nie ułatwia mi zadania.

- Bardzo mi przykro, ale nic więcej nie wiem.

- No cóż - westchnął detektyw Schley, zatrzaskując z impetem czarny notes, w którym zapisywał, a raczej usiłował zapisywać odpowiedzi poszkodowanego. - Nie chce pan z nami współpracować, to nie będę się więcej narzucał.

Podniósł się ze swego stołka i zanim opuścił pomieszczenie, rzucił jeszcze od drzwi:

- Życzę zdrowia.

*

Pół godziny później nad łóżkiem Lucanii pochylił się przyjaciel pobitego. Nazywał się Benjamin Siegel i pojawi się jeszcze nieraz na kartach tej opowieści.

- Co się stało, Charlie - zapytał. - Kichnąłeś przy ścianie?

Lucania otworzył spuchnięte usta, odsłaniając luki w uzębieniu i dziąsła pełne skrzepów krwi. Z wysiłkiem, sepleniąc, wybełkotał:

- Miałem spotkanie... Staten Island... Przy wyjściu z promu... Uprowadzili mnie... Do hangaru... Sprali... Papierosy, noże i chyba... szpikulec do lodu... Cały arsenał.

- Ale kto?

- Nie jestem pewien.

- Czego chcieli?

- Nieważne.

- Jak to nieważne? Chcę ci pomóc.

- Dzięki, Ben... Ale dam sobie radę. A teraz zostaw mnie samego... Chcę spać.

- Jak chcesz - powiedział Siegel, podnosząc się ze stołka, który tak niedawno jeszcze ogrzewał swoim tyłkiem detektyw Schley. - Cholerny z ciebie szczęściarz, Charlie, wyszedłeś z tego bardzo tanim kosztem!...

Benjamin Siegel nie zdawał sobie sprawy, że właśnie nadał Lucanii przydomek, którym odtąd będą go nazywać zarówno koledzy, jak i dziennikarze oraz policja. Lucky, czyli Szczęściarz. Przydomek, który przylgnie do niego na całe życie, tak że prawie zapomniane zostanie jego prawdziwe imię. Charlie Luckie - Charlie Szczęściarz. A potem Lucky Luciano.

I. Grappa

Dla przyjeżdżających było to jeszcze jedno zwyczajne miasteczko, jakich dziesiątki rozsiane są na obszarze całej Sycylii, położone wśród opuncji i kopalń siarki. Małe, ciasno zabudowane, przylepione do zbocza góry powyżej winnic i powyginanych groteskowo łat gajów oliwnych, miasteczko o wąskich, brudnych uliczkach i ciemnych zaułkach prowadzących donikąd. Przed wiekami nazywano je piccolo Palermo (małe Palermo), kiedy stanowiło ważny ośrodek handlowy na królewskim trakcie z Palermo do Agrigento. Dzisiaj jednak, zastygłe i senne, z nostalgią wspominało przeszłość, która dawno minęła i która nie wraca. Czas wymiótł gwar wielkiego życia z tych ulic i placów, zwolnił rytm i rozplótł pajęczynę letargu. Kamienne schody pięły się pomiędzy starymi domami, które porastały zbocze niczym grzyby.

Większość domów była również zbudowana z kamienia, a niektóre nie miały nawet okien, jedynie małe otwory zakryte żelaznymi dyskami. Wiele rodzin trzymało zwierzęta w pomieszczeniach mieszkalnych. W miejscowych piekarniach przy piecach kuliły się kozy i młode jagnięta, i jeśli świeżo upieczony bochenek chleba spadał na ziemię, zazwyczaj trafiał w kupę gnoju. Mieszkańcy wierzyli w starożytny kodeks honorowy, a kobiety siedzące na zewnątrz domów musiały siedzieć profilem, żeby zachować dobrą opinię. W przeważającej części miasto nie posiadało kanalizacji, nieczystości spływały śmierdzącymi rynsztokami, w mule i zgniłych śmieciach bawiły się dzieci.

Liczące ponad siedem tysięcy dusz miasteczko Lercara Friddi leżało w odległości 70 kilometrów na południowy wschód od Palermo i 20 kilometrów od rozsławionej przez Mario Puzo mieściny Corleone, mającej opinię miejsca, które wydało więcej przyszłych amerykańskich mafiosów niż jakikolwiek inny rejon Sycylii. Od Rzymu geograficznie dzieliło je jakieś tysiąc kilometrów, lecz pod względem cywilizacyjnym, a także duchowym i emocjonalnym oddalone było od stolicy co najmniej o sto lat. Pocztówkowe Włochy kończą się tuż za Salerno; Włochy Krzywych Wież, Michałów Aniołów i fontann Giovanniego Lorenza Berniniego. Dalej rozciąga się obszar ostatniej kolonii Europy, włoskie Południe. A Sycylia to już definitywnie próg świata, który inaczej żyje, inaczej myśli, i który zdecydowanie bliższy jest Afryce niż Europie.

W roku 1897, kiedy zaczyna się ta historia, Sycylia należała do Włoch zaledwie od kilkudziesięciu lat, wcześniej władali nią greccy tyrani, rzymscy gubernatorzy, arabscy emirowie, normańscy królowie, niemieccy cesarze, hiszpańscy wicekrólowie, władcy Neapolu i Piemontu. Nie licząc kilku szczęśliwych momentów historycznych, wyspa ta bywała zwykle prowincją jakiegoś mniej lub bardziej potężnego państwa. Prowincją, z której tylko brano, nie dając nic w zamian. W czasach rzymskich, na przykład, zwano ją powszechnie "spichrzem imperium".

W całych swoich dziejach Sycylia była krainą gwałconą okrutniej niż jakakolwiek inna. A kiedy urzędnicy są "z obcego nadania", miejscowa ludność zwykle nie identyfikuje się z państwem. Wiedzieli o tym dobrze Burbonowie, którzy nawet nie organizowali na wyspie poboru do wojska. Jeśli zaś w dodatku państwo jest słabe, urzędnicy na prowincji - z dala od centralnej władzy - łatwo się korumpują. Za neapolitańskich Burbonów demontaż państwa na Sycylii osiągnął swoje apogeum. Z racji historii i położenia Sycylia znalazła się na uboczu wielkich przemian społecznych, jakie zachodziły w Europie w XVIII i XIX stuleciu. Feudalne przywileje sycylijskich baronów, posiadaczy wielkich latyfundiów, zniesiono tu dopiero w 1812 roku.

Dziwna to była ziemia: pławiąca się w słońcu, w morzu, rozprażona, od zimy okryta kwiatami. Na długo przed Chrystusem wyspę wprawiały w dygotanie trzęsienia ziemi, a jej wulkany wypluwały z siebie potoki ognia i lawy. Mieszkańcy nazywali ją Wyspą Słońca, a Johann Wolfgang Goethe pisał o niej: "Nie widząc Sycylii, nie można zrozumieć Włoch. To właśnie ona, oszałamiająca harmonią nieba, ziemi i morza, jest kluczem do wszystkiego...". Całe połacie kultury leżały tu na sobie i obok siebie, przedziwnie ze sobą pomieszane. Zaczynając od kultury przedgreckiej, poprzez Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizancjum, Normanów, Niemców i Francuzów - wszystko się tu mieszało, stopione w żarze słońca, wina i w zapachu pomarańczowego kwiatu. A nad wszystkim górowała jedna kultura, która tej śródziemnomorskiej wyspie nadała fizjonomię zasadniczą - kultura grecka. Ona urobiła w swoim czasie kształt sycylijskiego rolnictwa czy żeglarstwa i pieczęć greckiej sztuki na zawsze odbiła w niebieskim cieniu sycylijskich gór, na zielonych polach pszenicy i purpurowych łanach koniczyny.

Miasteczko Lercara Friddi założył w roku Pańskim 1605 hiszpański szlachcic Baldassare Gomez de Amescua, nazwa zaś pochodzi częściowo od arabskiego słowa al kara, czyli "ćwiartka", a częściowo od słowa li friddi, co w dialekcie sycylijskim oznacza "zimne miejsca". Przez kolejne dwa i pół wieku stanowiło własność różnych szlachetnych rodów, takich jak de Mayda, Villalba, Ventimiglia, Scamacca i Gravina. Podstawą utrzymania mieszkańców było rolnictwo, hodowla bydła i owiec, wyroby rękodzielnicze z drewna i żelaza, niewielkie zakłady produkujące wyroby mączne, papiernia oraz - przede wszystkim - znajdujące się w najbliższej okolicy bogate złoża siarki. Odwiedzającym Lercara Friddi, miejscowi z dumą prezentowali pochodzące z połowy XVIII wieku kościoły świętego Józefa i świętego Mateusza oraz okazały budynek ratusza przy piazza Abate Romano.

*

W roku 1897 Sycylia nadal cierpiała w tym samym od wieków brunatnym krajobrazie gajów oliwnych i spalonych równin, przydrożnych kapliczek, zbudowanych przez pierwszych wyznawców Chrystusa, i niezliczonych krzyży, na których zawisły ciała zbuntowanych niewolników prowadzonych przez Spartakusa.

Podstawowym prawem była tam ciągle wendeta. W imię tego prawa, silniejszego od praw zawartych w konstytucji państwa, w niektórych wsiach i miasteczkach południa wymordowały się nawzajem całe rodziny. Pozostałe przy życiu kobiety starannie pielęgnowały młodziutkich jeszcze męskich potomków, wcześnie zaznajamiając ich z działaniem broni i niecierpliwie wyczekując, kiedy to ragazzo stanie się już mężczyzną i pomści śmierć swego ojca, braci, wujów. Ślady tego szalonego prawa można było odnaleźć na każdym wiejskim cmentarzu. Sycylijczycy wierzą głęboko, że zemsta jest jedyną prawdziwą sprawiedliwością i że jest ona zawsze bezlitosna. Na tej katolickiej wyspie, gdzie w każdym domu znajduje się posąg płaczącego Jezusa, chrześcijańskie przebaczenie zawsze było godną pogardy ucieczką tchórza.

Kultura śmierci dotyczyła tu zresztą nie tylko natury mafii, do dzisiaj przesiąknięta jest nią cała Sycylia. Święto Zmarłych, na przykład, jest na wyspie obchodzone bardzo radośnie. Tego dnia ludzie obdarowują się wzajemnie ciastkami z twardego cukru o wdzięcznej nazwie "trupia główka". Po to, żeby Sycylia się zmieniła, musiałby wybuchnąć moralny wulkan, który zalałby ziemię ogniem.

Była niedziela, 24 listopada 1897 roku, kiedy w miasteczku Lercara Friddi zmęczona, lecz szczęśliwa Rosalia Lucania zaprezentowała swemu mężowi Antonio wydane przed chwilą na świat niemowlę płci męskiej. W pobliskim kościółku Santa Maria della Neve ochrzczono je jako Salvatore Antonio.

Swych pierwszych dziewięć lat życia mały Salvatore spędził wraz z ojcem, mamą i licznym rodzeństwem w białym domu przy via Margherita di Savoia. Wszystkie domy, jakie wyrosły wzdłuż tej krętej i stromej ulicy, były podobne do siebie jak krople wody: jednopiętrowe, białe od płowiejącego i łuszczącego się w słońcu wapna, z dachami opadającymi ku ulicy, pokrytymi dachówkami z wypalanej gliny, z zawsze zamkniętymi drzwiami. Przed wieloma leżały wiązki drew na opał.

Zimą na stromych zboczach rozbabrana ziemia mieszała się ze śmieciami, które gniły i z każdym dniem coraz bardziej zatruwały powietrze. Kiedy letnie słońce rozpalało się gwałtownie, wyrastające jedna nad drugą koślawe chałupy wysychały na kość i zaczynały grzać jak piece. Na ulicach błoto zamieniało się w kurz unoszący się ku ścianom domów za każdym razem, kiedy ktoś przechodził. Kupy suchego łajna zażółcały niskie drzwi parterów. Muły i osły wznosiły kopytami z ulicy kurz tak gęsty, że zaćmiewał wzrok. Kobiety w czarnych sukniach, długich do kostek, czekały u wejścia domów, w których, gdy zmierzchał już suchy dzień, dymiły kominy, bo gotowała się zupa z bobu albo makaron z pomidorami.

Razem z latem przybywały też nieprzeliczone stada much, które brzęcząc nieśmiało, odważnie przeciskały się przez okiennice do wszystkich pomieszczeń. Najpierw było ich niewiele, były małe i niemrawe, ale w miarę upływu czasu przybywało ich coraz więcej, całe chmary z ogłuszającym brzęczeniem dokonywały inwazji na okoliczne domy. W upalnym powietrzu, we wciskającym się wszędzie skwarze i rozżarzonej bieli murów stanowiły prawdziwe utrapienie mieszkańców.

Kilka lat wcześniej sąsiadem państwa Lucania na tej samej ulicy, via Margherita di Savoia, był ubogi szewc nazwiskiem Francesco Sinatra, dziadek przyszłego króla estrady, Franka Sinatry, urodzonego 12 grudnia 1915 roku już w Stanach Zjednoczonych. Dwaj pierwsi synowie Francesca i Rose Sinatrów zostali ochrzczeni w Santa Maria della Neve, tym samym kościele co Salvatore, w roku 1887 i 1888. Dwa lata później rodzina Sinatrów przeprowadziła się do Palermo, gdzie pani Rose powiła jeszcze dwóch synów, którzy zmarli jednak wkrótce w wyniku szerzącej się epidemii cholery.

Przez całe wieki jedynym bogactwem naturalnym sycylijskiej gleby była siarka, surowiec niezbędny w przemyśle farmaceutycznym i papierniczym. Znajdowała się tam w wielkiej obfitości - ale technika wydobywania jej przez równie długie lata pozostawała na tym samym poziomie. Robotnicy przy kopaniu siarki pracowali w najprymitywniejszych warunkach.

Kres przemysłowi wydobywczemu siarki przyniosło dopiero pojawienie się na rynku dużych ilości taniego surowca odpadowego, pochodzącego z odsiarczania ropy naftowej i gazu ziemnego, co spowodowało drastyczny spadek cen i załamanie się koniunktury.

Pod koniec XIX stulecia tysiące Sycylijczyków zaczynało cierpieć głód, zwłaszcza na wsiach. Coraz częściej dochodziło na tym tle do zamieszek, coraz bardziej wzrastała też przestępczość. Na zachodzie Sycylii mafia sprawowała już władzę absolutną. Stolica wyspy - Palermo - zrodziła już pierwszego capo di tutti capi, Don Vita, który miał w przyszłości doprowadzić do nawiązania pierwszych kontaktów pomiędzy sycylijską mafią i światem przestępczym w Stanach Zjednoczonych. Jego następca, Don Carlo, prowadził działalność z wioski oddalonej od Lercara Friddi...

W jednej z okolicznych kopalń siarki pracował Antonio Lucania. Był twardym mężczyzną o kanciastych rysach, niewysokim, szczupłym, z pochylonymi ramionami. Miał wielkie dłonie i palce jak szpony, a na cienkiej szyi wyraźnie odcinało się jabłko Adama. Rozbiegane, nerwowe oczy zwracały uwagę niezwykłym odcieniem bladego bursztynu. Górniczy interes rozwijał się nieźle i przynosił całkiem spory dochód, niestety tylko właścicielom kopalń. Zatrudnieni w nich robotnicy otrzymywali nędzne grosze, z trudem wystarczające na utrzymanie ich rodzin. Te niskie zarobki właśnie były powodem dyskusji, która pewnego wieczoru odbyła się pomiędzy Antoniem oraz dwoma innymi jego kolegami.

- Jeśli tak dalej pójdzie, to wszyscy zdechniemy z głodu - powiedział Stefano Coluna, łysy górnik o donośnym głosie i twardych pięściach.

- Z pewnością - zgodził się Antonio Lucania. - Ale co możemy zrobić? Poprosić o podwyżkę?

- A dlaczego nie? - wtrącił się Carlo Parisi, zażywny mężczyzna średniego wzrostu, o siwiejącej czarnej czuprynie i okrągłej rumianej twarzy.

- Bo ostatni facet, który poprosił brygadzistę o podwyżkę, wyleciał z pracy jeszcze tego samego dnia - wyjaśnił Lucania.

- No to może strajk? - nie ustępował Parisi.

- Zwariowałeś? - Stefano Coluna rozejrzał się lękliwie dookoła. - Wszystkich nas wyrzucą na bruk.

Było ciepłe sobotnie popołudnie. Trzej wymienieni panowie siedzieli na murku, popijając grappę - przeźroczysty, o charakterystycznym smaku oraz intensywnym zapachu włoski napój alkoholowy, będący destylatem przefermentowanych wytłoków i pestek winogron (często odpadów z procesu produkcji wina). Nazwa napoju wzięła się od miejscowości Bassano del Grappa, gdzie zaczęto produkować go po to, by nie marnować pozostałości pod koniec sezonu winnego. Wkrótce jednak ten silny alkohol zyskał popularność w całych Włoszech, a z czasem także na świecie.

Smak trunku w dużym stopniu zależy od jakości winogron. W produkcji przemysłowej często dodaje się jednak syropów owocowych. We Włoszech kilka kropel grappy dolewa się nieraz do espresso, znanego jako caff? corretto. Napój powinien być podawany właściwie na zimno, jednak grappę bardzo dobrej jakości należy podawać w temperaturze pokojowej, aby móc wydobyć z niej pełnię smaku. Grappa, którą raczyli się Antonio Lucania i jego koledzy, nie zaliczała się do tych najlepszej jakości, dodatkowo jeszcze była obrzydliwie ciepła, ale zawierała za to prawie 50 procent czystego alkoholu, więc po kilku kieliszkach dyskusja trzech panów z kopalni siarki nabrała tempa i rumieńców.

Wychylany raz za razem alkohol górnicy zagryzali nabytymi na targu arancinami, osobliwymi kulkami pomarańczowej barwy, złożonymi z mięsa, ryżu i sera, usmażonymi na oleju. Kiedy w butelce zaświeciło dno, podnieśli się i podążyli w kierunku najbliższego baru. Na ulicach i uliczkach miasteczka, wywabieni z domów duchotą gorącego wieczoru ludzie przystawali na progach, w drzwiach zasłoniętych muślinem dla ochrony przed muchami. Mężczyźni w koszulach, bez marynarek, gromadzili się, dyskutując o polityce, albo przechadzali się z żonami, zatrzymując się w smugach światła, które padały z okien. Antonio, Carlo i Stefano minęli otwarte bezpośrednio na ulicę jatki, przemknęli się pomiędzy klatkami ptasznika na placu Torrelunga, obchodząc z daleka smrodliwe cebrzyki sprzedawcy oliwy, i po dziesięciu minutach dotarli do znajdującej się tuż przy moście knajpy, nad której drzwiami wisiał wymalowany koślawymi literami szyld z napisem "Agrigento".

W knajpie było duszno, cuchnęło dymem tytoniowym, smażoną cebulą i ludzkim potem. Przyćmione światło lamp naftowych ukrywało brak obrusów. Na stolikach leżały niedopałki zmieszane z popiołem i rozlanym winem. Pod przeciwległą ścianą stał niewielki, pokryty cynkową blachą bar. Po jego lewej stronie, w obramowaniu obskurnych portier widać było większą salę.

- Co zamawiamy? - zapytał Carlo.

- Jak to co? - zdziwił się Stefano. - Wiecie przecież, że to niezdrowo mieszać trunki.

- Butelkę grappy! - zawołał Antonio w stronę ubranego w poplamioną kurtkę kelnera.

Wypili. Zapalili po cygarze, podczas gdy żony czekały za wiecznie opuszczonymi żaluzjami na ich wieczorny powrót do domu.

- Trzeba się będzie stąd zbierać - mruknął Stefano, zaciągając się z lubością grubym i śmierdzącym jak skarpetka listonosza cygarem.

- Co ty, w soboty bar zamykają dopiero o północy - zaprotestował Antonio, wychylając swój kieliszek grappy.

- Mam na myśli tę cuchnącą kopalnię i to całe zasrane miasteczko.

- Ale gdzie się wyniesiemy? - zasmucił się Carlo, chwytając za butelkę i nalewając kolegom następną porcję trunku. - Do Palermo? Tam praca też nie czeka na ulicy. A jeżeli już uda ci się ją znaleźć, to płacą takie same grosze jak tutaj.

- Wcale nie mówiłem o Palermo - powiedział Stefano. - Miałem na myśli coś dużo, dużo dalej.

- Mówisz o Rzymie? - upewnił się Antonio. - Ależ to...

- Nie - przerwał mu Stefano. - Jeszcze dalej.

- Jeszcze dalej? - Carlo spojrzał na kolegę jak na wariata. - Dalej już przecież nie ma nic.

- Głupiś! - ofuknął go Stefano. - A o Ameryce toś nigdy nie słyszał?

- Sam jesteś głupi! - zdenerwował się Carlo. - Wiesz, jak daleko jest ta twoja Ameryka?

- I co z tego? - wzruszył ramionami Stefano. - Ale pływają tam statki. Wielu ludzi z okolicy wyjechało do Ameryki i jak chodzą słuchy, świetnie im się powodzi.

- Diabła tam - nie ustępował Carlo. - A skąd wiesz, że im się dobrze powodzi? Widziałeś którego, żeby wrócił?

- Właśnie dlatego nie wracają, że im się powiodło, głąbie. A wiem stąd, że ludzie listy piszą, nawet zza oceanu.

- Tylko nie głąbie - zaprotestował Carlo. - Widzieliście go, uczony się znalazł! Co ty możesz wiedzieć o tych listach, skoro nawet czytać nie umiesz!

- I co z tego? - obruszył się Stefano. - Są inni, którzy umieją. I oni właśnie mówią, że w Ameryce jest pracy dla wszystkich w bród, że płacą tam o wiele więcej niż tutaj, że..., że... - zająknął się

- Że złoto leży tam na ulicach - dokończył za niego Carlo. - Też słyszałem te bzdury. Tylko że ja, chociaż, jak powiedziałeś, jestem głąbem, nie daję się nabrać na takie gadki szmatki. Zaraz ci...

- Cicho bądź, głąbie! - wtrącił się nieoczekiwanie Antonio. - To, co mówi Stefano, może wcale nie jest takie głupie. Trzeba się nad tym zastanowić. Kelner, jeszcze jedna butelka grappy, tylko migiem!

*

Od opisanej wyżej rozmowy minęło kilkanaście miesięcy. Sycylię objęła właśnie w posiadanie cudowna wiosna 1907 roku. Okoliczne pola stały w kępach traw i kwitnących krzewów. Kwiaty tryskały z jałowego gruntu niczym czerwone, żółte, fioletowe i niebieskie płomienie. Nad czystymi jak ametyst górami wisiały białe obłoki. Ich cienie sunęły po skalistych zboczach, gasząc co chwila płomienne barwy.

Kurz z drogi wisiał w gorącym powietrzu i unosił się niby mgła. Dziewięcioletni Salvatore Lucania patrzył z okna pociągu na zacierający się w dali obraz swojego miasteczka. Targały nim mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawił daleki, nieznany kraj, kusiła wielka tajemnicza przygoda, z drugiej zaś - żal było rozstawać się z przyjaciółmi i opuszczać miasto, w którym od urodzenia zdążył już poznać każdy kamień. Tutaj plac nocnych rozmów i mur, pod którym zasiadali mężczyźni w oczekiwaniu na pracę, tam dachy, tarasy, wpółotwarte okna, gdzie jak na scenie trwożnie ukazywały się kobiety. "Jego" dachy i "jego" tarasy, gdzie zachód słońca długo zostawiał resztki ciepła. "Jego" portyk, wypukły, wymyty deszczem, most z rozpadających się bloków kamienia. Dalej wyschłe pola, głębokimi bruzdami biegnące drogi w obramowaniu wszędzie jednakowych żywopłotów. Berberyjskie figi, ostre, dzikie, a jeszcze dalej - niewidoczne już rozdroże, gdzie pod drzewami wyczekiwały wędrowne prostytutki przybyłe z Palermo...

Wychylony z okna Salvatore poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Odwrócił się. Tata. Pan Antonio nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w uciekającą dal. Salvatore spojrzał do góry na pobrużdżone, jakby z kamienia wyciosane oblicze ojca. Po policzku spływała mu powoli łza.

- Tato, ty płaczesz? - zapytał zdziwiony.

- Głupiś - warknął Antonio, podrywając gwałtownie dłoń z ramienia syna i ocierając nią widoczną pod oczyma zdradliwą wilgoć. - To wiatr... Wieje prosto w oczy, sukinsyn... No, dalej, zamykamy już to okno.

Szyny prowadziły teraz pomiędzy pszennymi, zielonymi jak szmaragd polami, pomiędzy ogrodami pomarańcz i cytryn, pomiędzy kopalniami siarki, której pełno było na każdej stacji: żółtymi wzgórkami zasypywała tory kolejowe. Pociąg posuwał się wolno pomiędzy wzgórzami, łany chyliły się pod powiewem wiatru - był kwiecień, a pszenica już się kłosiła, nabierając przedziwnego niebieskawego odcienia. Z malutkich pieców, w których wypala się siarkę, płynął białawy dymek, mieszając się z niebieskim kolorem i zielenią pól.

Wkrótce Salvatore ujrzał przed sobą krajobraz prawdziwej Sycylii, w porównaniu z którym barokowe miasta i gaje pomarańczowe są niczym; był to krajobraz wyżarty słońcem, falisty; niezliczone nagie, niemal nierzeczywiste wzgórza ciągnęły się jedno za drugim, bez końca. Przypominały morze, które skamieniało nagle w chwili, gdy raptowna zmiana wiatru zakotłowała fale. Wokół nie było widać żywej duszy, jedynie rzędy krzewów winnej latorośli wskazywały na obecność człowieka.

Stacjami były małe drewniane budki, z jedyną kolorową plamą - czerwoną czapką zawiadowcy, na którą padało jasne słońce. Las sterczących wokoło opuncji otwierał się tam i tuż za stacją znowu zamykał. Rośliny wyglądały jak wykute z niebieskawego kamienia, a jeżeli dostrzegło się gdzieś żywą duszę, to co najwyżej jakiegoś chłopca, który idąc wzdłuż toru, zrywał ich kolczaste owoce, tkwiące na krzakach niby korale na niebieskawych skałach.

Na przystankach słychać było śpiew wiatru przynoszącego ze sobą zapach nawozu, padliny i szałwii. Kołysał, rozdmuchiwał, przekształcał swoim nonszalanckim rozmachem wszystko, cokolwiek napotykał na drodze. Zawiadowca machał czerwoną chorągiewką i pociąg ruszał dalej. Pomiędzy opuncjami pojawiały się gdzieniegdzie domy; pociąg zatrzymywał się czasem ponad łukami mostów, wjeżdżał znowu w tunel i wyłaniał się z niego na nowe skały, nową gęstwinę opuncji, i znów nie było widać żywego ducha. Od czasu do czasu ukazywała się w oddali wioska, jak plama ptasiego łajna. Niekiedy wśród migotania upału błysnęła rzeka i nędzne zabudowania. Na skalistych zboczach wśród kolczastych zarośli pasły się kozy. Ani śladu ludzkiego życia - tylko przejrzyste jak gaza strzępy chmur wysoko na niebie i zwietrzale odkrywki żółtych skał.

Po upływie prawie dwóch godzin Salvatore ujrzał przed sobą kryształową plamę w kolorze indygo: morze, bardziej jeszcze jałowe od ziemi. Dojeżdżali do Palermo. Tutaj mieli wsiąść na statek i popłynąć nim do Ameryki. Kiedy z kurzu drogi wyłoniły się pierwsze zabudowania miasta, w serce chłopca wdarła się bolesna prawda, że oto opuścił Lercara Friddi na zawsze.

*

W pierwszych latach XX stulecia "wsiąść na statek" nie znaczyło wcale "przybyć na miejsce". Trzeba jeszcze było uniknąć śmierci głęboko pod pokładem, gdzie przez kilka tygodni człowiek dusił się w zatrutym powietrzu, marł od pokładowej strawy albo jakiejś epidemii; wszystko to zależne było od pory roku i statku.

Do amerykańskiego raju trzeba było przedostać się przez istny czyściec. Każdy statek miał dwa pokłady - wyższy i niższy. I tak jak złocona skorupka orzecha kryje czasem czarne, robaczywe wnętrze, tak górny pokład osłaniał swą wspaniałością dolny, na którym wśród narzędzi, skrzyń, beczek, worków, klatek z ptactwem i wszelakich rupieci podróżowali nędzarze z całym bagażem swojej rozpaczy, kłopotów, zmartwień i trosk. Dolny pokład zatłoczony był niedużymi Sycylijczykami, pasażerami trzeciej klasy, zgłodniałymi, ale cierpliwie znoszącymi zimno, bez palt, z rękami w kieszeniach spodni, z podniesionymi kołnierzami marynarek. Mężczyźni mieli twarze posępne pod kilkudniowym zarostem, wysuszone wiatrem. Robotnicy, dniówkowi wyrobnicy z plantacji pomarańcz, kolejarze w szarych czapkach z czerwoną wypustką, górnicy, rolnicy, tęgie kobiety w czarnych sukniach, siedzące na wielkich, naładowanych workach.

Wszędzie panował wielki ścisk i przykry zaduch. Woń stęchlizny biła od pokładów wypełnionych ludzką masą niczym ładunkiem melonów. Przez otwarte luki buchała z brzucha statku gorąca fala powietrza przesyconego drażniącą wonią smarów. Niosła ze sobą węglowy pył, który osiadając na twarzach i odzieniu, mieszał się z ludzkim potem i pokrywał wszystko lepką, wilgotną mazią. Płacz kobiet i dzieci, przekleństwa mężczyzn oraz morska choroba dopełniały obrazu nędzy.

Po kilkunastu dniach męki w końcu dopłynęli do swej Terra Promissionis, czyli Ziemi Obiecanej. Zrazu we mgle zamajaczyło coś na kształt skalistej wyspy. W miarę zbliżania się jej kontury zarysowywały się coraz wyraźniej. Szare skały wyglądały zupełnie jak te z obrazu "Wyspa śmierci" Arnolda Böcklina. Kiedy podpłynęli jeszcze bliżej, okazało się jednak, że to nie żadne skały, lecz potężny wysiłek amerykańskich budowniczych stworzył coś, co w swym pięknie dorównywało pięknu wizji malarza. Mniemane skały rozłamywały się na boki o logicznych liniach, podyktowanych ludzką wolą. Potężna masa kamienia okazała się złożoną z budowli, których bryły, piętrząc się jedna na drugiej, tworzyły razem całość o niepojętej lekkości. Jedne z nich były jak igły, jak olbrzymie kominy skalne, strzelające w niebo, inne - kapryśne w linii, jak zamki średniowieczne, podniesione do niesłychanych rozmiarów.

Przed przybyszami rozciągała się hałaśliwa panorama południowego Manhattanu, zdumiewającej wyspy Zachodu. Wąski garb skalny, osłonięty od Atlantyku szerokim ramieniem Brooklynu; podmywane falami oceanu kamienne usypisko, które człowiek w swej nieposkromionej przewrotności wybrał, aby tu zbudować miasto. Promienie słońca, przebijając mgłę, załamywały się w oknach drapaczy chmur. W niektórych oknach paliły się wielkie lampy elektryczne pod mlecznymi kloszami, sprawiając, że szyby wyglądały z daleka jak sznury pereł. Patrząc z pokładu statku na dzieła amerykańskiego budownictwa przy wjeździe do Nowego Jorku, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że pasażerowie stanęli u wrót nowej cywilizacji. Nad wyspą górowała wielka zielona postać kobieca w szlafroku, z wyciągniętą ręką.

- Tato, kim jest ta wielka pani? - zapytał Salvatore, nie mogąc oderwać wzroku od monumentalnego pomnika.

- Później ci wyjaśnię - mruknął na odczepnego Antonio, nie chcąc z powodu braku wiedzy stracić u syna autorytetu. - Teraz musimy się zająć bagażami.

- To Statua Wolności - wyjaśnił stojący obok jakiś mydłek w meloniku i grubych okularach.

Antonio poczuł w sobie ogromną ochotę, by przyłożyć mu pięścią w nos. Przecież nikt nie prosił, żeby mądrzył się tu, naruszając jego autorytet. Nie chcąc jednak rozpoczynać pobytu w nowej ojczyźnie od bójki, po prostu nic nie odpowiedział.

- Ma dziewięćdziesiąt trzy metry wysokości - popisywał się dalej swoją wiedzą okularnik. - To dar narodu francuskiego dla uczczenia setnej rocznicy państwowości Stanów Zjednoczonych.

- Co pan powie? - rzucił, zaciskając szczęki, Antonio Lucania.

- Tak - kontynuował okularnik. - Chociaż przybyła do Ameryki dziesięć lat później, dopiero w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym.

- A co ona trzyma w ręku? - zapytał Salvatore, zdając się nie dostrzegać grobowej miny ojca.

- To światło, kochanie - wyjaśnił usłużnie pan w meloniku. - Wolność oświecająca świat.

- A czy... - zaczął Salvatore, lecz przerwał, szarpnięty przez tatę gwałtownie za koszulę.

- Idziemy - rzucił krótko pan Antonio. - Mama nie będzie sama nosić bagaży.

Wolno podpłynęły zwinne małe łodzie holownicze i pomiędzy Brooklynem a Staten Island powiodły statek do nowojorskiego portu. Rozdzierające gwizdki parowców, czerwone, kołyszące się niby kaczki promy na spienionej do białości wodzie, cały pociąg na galarze popychanym przez gdaczący holownik wśród puszystych obłoków pary...

Stojącą cierpliwie na przystani stłoczoną rzeszę oczekujących ogarnęła frenezja powitania. Ręce z chusteczkami miotały się w powietrzu, niektóre osoby, nie mogąc opanować niecierpliwości, tupały lub podskakiwały w miejscu, ktoś podnosił w górę małe dziecko, widocznie pokazując je wracającemu ojcu, ktoś inny wymachiwał w powietrzu butelką szampana. Wszyscy na wyścigi krzyczeli coś do swoich krewnych lub znajomych na statku. Panował tam nieopisany harmider, podobny do tego, jaki słyszy się w ptasich oddziałach wielkich ogrodów zoologicznych, tylko spotęgowany tysiąckrotnie.

Wreszcie statek przycumował do nabrzeża. Spuszczono trap, tragarze obładowali się kuferkami, a długi wąż podróżnych zaczął przesuwać się wolniutko pomostem w dół. Ciche wzruszenie ogarnęło rodzinę Lucania. Byli na drugiej półkuli, w Nowym Świecie, w Ameryce... Nie wiedzieli jednak, że zanim dane im będzie wejść do upragnionego raju, będą jeszcze musieli przejść przez piekło.