Kościół miał z Ojcem Pio problem. Świętość i nadzwyczajność zakonnika wykraczała poza ustalone od wieków procedury i burzyła święty spokój watykańskich urzędów. Oto w zapomnianym przez wszystkich klasztorze, gdzieś na odległej prowincji południowych Włoch zaczynają się dziać rzeczy dziwne, niepokojące i wymykające się spod kontroli. Czy ostrożność i podejrzliwość wobec nich to cnota czy grzech?
Klasztor w San Giovanni Rotondo (lata dwudzieste XX wieku)
Łatwo dziś wytykać palcami tych, którzy kiedyś potępiali Ojca Pio. Łatwo się oburzać, czytając wrogie, a nawet obraźliwe słowa, jakie ludzie Kościoła kierowali pod jego adresem. Można się dziwić, że wielkie postacie, jak Jan XXIII, biskup Albino Luciani (późniejszy papież Jan Paweł I) czy prof. Agostino Gemelli, z dezaprobatą patrzyły na wydarzenia w San Giovanni Rotondo, czy wręcz uważały Ojca Pio za szarlatana i oszusta.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno zrozumieć motywy, jakimi kierował się Kościół, prowadząc "kampanię przeciwko Ojcu Pio". Czterdzieści lat po śmierci Stygmatyka, po jego procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym, nasza wiedza o życiu tego zakonnika jest prawie kompletna. Poznaliśmy korespondencję Świętego i zapiski jego kierowników duchowych, które obnażają największe sekrety jego duszy. Mamy setki wspomnień i świadectw potwierdzających świętość jego życia. Znamy opinie lekarzy na temat stygmatów, a teologów na temat "fenomenów mistycznych", jakimi został obdarzony.
Poza tym wiemy, że każda kanonizacja poprzedzona jest drobiazgowym procesem, podczas którego wyjaśniane są wszelkie, choćby najmniejsze zarzuty wobec kandydata na ołtarze. Ogłaszając kogoś świętym, Kościół kładzie na szalę cały swój autorytet, łącznie z dogmatem o nieomylności papieża.
Jednak ludzie współcześni Ojcu Pio, nawet wysoko postawieni w hierarchii kościelnej, nie mieli w połowie takiej wiedzy, jaką my dziś dysponujemy i opierali się na różnej wartości informacjach z drugiej ręki.
Trzeba powiedzieć jasno - Kościół miał z Ojcem Pio problem. Świętość i nadzwyczajność zakonnika wykraczała poza ustalone od wieków procedury i burzyła święty spokój watykańskich urzędów. Oto w zapomnianym przez wszystkich klasztorze, gdzieś na odległej prowincji południowych Włoch zaczynają się dziać rzeczy dziwne, niepokojące i wymykające się spod kontroli. Czy ostrożność i podejrzliwość wobec nich to cnota czy grzech?
Za życia nikogo nie można nazywać świętym - tymczasem dla tysięcy ludzi odwiedzających San Giovanni Rotondo Ojciec Pio był ważniejszy niż wszyscy święci. Cuda dokonywane przez osobę choćby najbardziej świątobliwą, ale żyjącą, są sprawą mocno podejrzaną i nie mogą liczyć na kościelną aprobatę. A w dodatku w pierwszej połowie XX wieku w samych Włoszech żyło co najmniej trzech innych stygmatyków, kilkudziesięciu cudotwórców i setki albo tysiące mistyków, którym objawiała się Matka Boża i różni święci...
Kościół - rozumiany jako instytucja - zachował się w sprawie Ojca Pio bardzo ostrożnie. Dziś powiedzielibyśmy złośliwie, że jak zwykle próbował niewygodny problem ukryć i przeczekać. Pierwsze decyzje Świętego Oficjum (słynnej kongregacji, wcześniej zwanej Świętą Inkwizycją) szły w tym kierunku, by zakazać Ojcu Pio publicznego pokazywania się i nie dopuścić do rozgłosu w mediach.
Tego ostatniego uniknąć się nie dało. Gdy tylko wieść o stygmatach wydostała się poza klasztor, skromny kapucyn stał się bohaterem wszystkich mediów, a historia jego życia na dobre zagościła na łamach gazet. Dziennikarze nie tylko opisywali cudowne wydarzenia z San Giovanni Rotondo, ale równie chętnie przeciwstawiali pobożnego zakonnika księżom i biskupom, których sposób życia był grzeszny i gorszący.
Zwabiony prasowymi informacjami i przekazywaną z ust do ust wieścią, tłum czcicieli i ciekawskich okupował od rana do nocy przyklasztorny plac. Po otwarciu kościoła ludzie bili się o najlepsze miejsca przy ołtarzu. Każdy chciał być najbliżej Świętego, zobaczyć go i dotknąć. Obrywano mu kawałki habitu "na relikwie", włamywano się do klasztoru, by zdobyć prześcieradło, którego używał, czy zakrwawioną chusteczkę. Prawdziwymi lub fałszywymi "relikwiami" handlowano. Co bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy "załatwiali" (oczywiście odpłatnie) cuda i łaski za wstawiennictwem "ich Świętego". Pobożne kobiety uznały, że mają "monopol na Ojca Pio": tylko one go prawdziwie kochały, jedynie one w pełni go rozumiały. Wiele przedziwnych i wcale nie cudownych rzeczy zaczęto robić "w imieniu Ojca Pio". W obronie jego czci fanatyczni zwolennicy posuwali się do oszustw, oszczerstw i szantażu. Pobożne dziewczęta z odległych zakątków Włoch uciekały z domów, by zamieszkać w pobliżu Świętego...
Niestety, plan, by Stygmatyka ukryć przed żądnym cudu (i sensacji) tłumem, poczekać, aż umrze, (a potem ewentualnie wynieść go na ołtarze), spalił na panewce.
Kościół był bezradny. Procedury, które zwykle stosuje w podobnych sytuacjach, okazały się niewystarczające. Skoro więc sprawy nie dało się wyciszyć, a jej obiektywne wyjaśnienie przekraczało w tym momencie możliwości hierarchów wizytujących klasztor i sporządzających sprzeczne opinie, wybrano inne rozwiązanie. W końcu jaka to sztuka ukarać jednego zakonnika, nawet Bogu ducha winnego? To dużo łatwiejsze, niż przywoływanie do porządku tysięcy mniej lub bardziej fanatycznych czcicieli...