1. Eksplozja atomowa
Pod koniec sierpnia moje życie zalicza eksplozję atomową.
Nie, żeby wcześniej było szczególnie poukładane. Bo jak masz dwadzieścia cztery lata, nie zdałeś matury, pracujesz w remontach i mieszkasz z gnojami, którzy na trzecim roku studiów koszą więcej hajsu niż ty, to trudno powiedzieć o twoim życiu dobre rzeczy. Ale takiego big bang nie spodziewałbym się za Chiny Ludowe.
Ze snu wyrywa mnie telefon. Przez chwilę myślę, że to budzik, bo w końcu jest weekend, a ja ledwie parę godzin wcześniej wróciłem z klubu, gdzie dorabiam jako barman, więc nie ma powodu, żeby ktokolwiek zawracał mi głowę. Zerkam na wyświetlacz, mrużąc oczy, czy to nie jakaś fotowoltaika albo inne bzdury, ale ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, dzwoni Marta.
Moja była.
Wielka miłość, która pięć lat temu dała mi brutalnego kosza.
Jedynym, co wciąż nas łączy, są alimenty, które płacę jej na dziecko.
Tak, moje dziecko. I nie moje jednocześnie, bo Marta nie chciała żadnych rodzin patchworkowych i poprosiła, żebym się nie mieszał.
- Halo? - pytam zdezorientowany i wciąż nierozbudzony.
- Hej. - Słyszę jej głos. Działa lepiej niż espresso. - Słuchaj... Potrzebuję twojej pomocy. Podasz mi adres?
Mrugam, jakby to miało pomóc jej słowom wpasować się w odpowiednie dziurki w moim mózgu.
Pomocy?
Od pięciu lat kontaktujemy się praktycznie tylko przez przelewy, które wychodzą z mojego konta. Na początku jeszcze pisała mi krótkie "Dzięki", ale potem sobie darowała. Nasze rozstanie było jednym szybkim cięciem. Tylko raz, jakieś trzy lata temu, gdy akurat było u mnie kurewsko krucho z kasą i przelew nie wyszedł na czas, zadzwoniła, żeby niby zapytać, co u mnie. Że rozmowa się nie kleiła, to mało powiedziane.
Podaję jej ten adres w oszołomieniu i nawet nie wiem, jak zapytać, czego potrzebuje. Przekierować kuriera, kurwa?
- Mieszkasz sam?
Rozdziawiam gębę.
- N-nie... - wyduszam.
- Z jakąś laską? - Nie ustępuje.
Zaczyna mnie irytować to przesłuchanie. Co jej nagle do tego?
- Nie, jest nas tu pięciu, bo co?
Milczy przez chwilę, a gdy słyszę w tle dziecięcy głos, skręca mi się żołądek.
- Potrzebuję... Potrzebuję, żebyś się zajął Tosią - wali prosto z mostu, a ja o mało co nie spierdalam się z łóżka. Próbując usiąść, rąbię się nogą w krzesło tak mocno, że chyba łamię mały palec. - Jesteś w domu?
Łapię powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. Tętno mam chyba ze dwieście.
- Patryk, proszę cię, mów do mnie - irytuje się Marta.
- Jak... zająć się? - pytam, kompletnie zbity z tropu i krzywię się, ściskając stopę.
- Mama miała wypadek. Złamała biodro, a we wtorek wylatujemy. Proszę cię, mogę przyjechać?
Nie odpowiadam. Mam chyba jakiś stan przedzawałowy albo wylew.
- Będę za godzinę - decyduje za mnie.
- Okej - wyduszam ledwie, a ona po prostu się rozłącza.
Palec boli jak diabli, ale to teraz najmniejsze zmartwienie. Wstaję i idę do kibla, bo mnie goni z tego stresu. Miałem trzymać się od Tośki z daleka. "Chcę mieć czysty start", powiedziała. "Rozumiesz? I tak nie nadajesz się na ojca."
Zgadzałem się z nią w pełni. Bo jaki facet się do tego nadaje, kiedy ma osiemnaście lat?
Próbowałem. Znosiłem wszystkie jej humory w ciąży, zamieszkałem u jej rodziców, choć ojciec szczerze mnie nienawidził i okazywał to na każdym kroku. A po dwunastu miesiącach koszmarnych zmagań usłyszałem, że to nie ma sensu. Byłem tylko gnojkiem bez perspektyw, a Marta miała rwanie mimo cudzego bachora. Chciała normalnego życia, a ja się w nim nie mieściłem. Czułem się jak zużyta gumka, ale zaakceptowałem to, bo jaki miałem wybór?
Myję ręce i gapię się na swoją twarz w lustrze. Czerwone ślepia, potargane włosy. Wyglądam jak licha kupka nieszczęścia. Chociaż tyle, że się wczoraj ogoliłem.
Tosia miała nawet nie wiedzieć o moim istnieniu. Marta od początku naciskała na to, by nosiła jej nazwisko, jakby dobrze wiedziała, w którą stronę się to potoczy. Nie mam pojęcia, jak ona sobie to teraz wyobraża. Chodź, córeńko, zostaniesz przez parę dni u takiego pana. Chuj, że nie widziałaś go na oczy, przynajmniej w świadomym życiu, bo co może pamiętać niemowlak?
Przysysam się do kranu, bo w gardle mam Saharę.
Dobra. Niech przyjedzie. Zobaczy, jak mieszkam i zaraz jej przejdzie - myślę, żłopiąc wodę. Przemywam twarz i spoglądam na siebie raz jeszcze.
Najgorsze, że zawsze byłem wobec Marty totalną pizdą. Wystarczyło, że popatrzyła na mnie tymi swoimi oczami i byłem gotów oddać jej nerkę i pół wątroby.
Okej, minęło pięć lat - myślę, gapiąc się na kroplę, która formuje mi się na czubku nosa. - Teraz będę twardszy.
Wycieram twarz i wracam do pokoju. Z kuchni dochodzą jakieś odgłosy i nie wiem, czy chłopaki jeszcze jedzą kolację, czy już śniadanie. Kilka dni temu powracały z domów, choć do rozpoczęcia studiów jeszcze cały miesiąc. Ale przecież który z nich by odpuścił tak idealną okazję do niekończących się imprez i chlania, jaką stwarza wrzesień? Jakoś bardzo mi to nie przeszkadza. I tak w weekendowe noce jestem w robocie, a w tygodniu wracam ujebany po pachy i śpię jak noworodek.
Krążę, kuśtykając i próbuję trzeźwo przemyśleć tę sytuację.
Jak jej powiem, że jej córka musiałaby tu zostać na noc z bandą imprezowiczów, zaraz odechce jej się mojej pomocy.
"Jej córka". Dokładnie tak nauczyłem się myśleć.
Gdy rozlega się dzwonek, jestem już znacznie spokojniejszy. Po prostu pogadamy, zobaczy, że nic z tego i nara. Zakładam spodnie i koszulkę, po czym idę otworzyć. Chłopaki łypią z ciekawością z kuchni, bo nigdy nie miewam gości. Nie przyprowadzam dziewczyn, rodziny, znajomych. Jestem najlepszym współlokatorem pod słońcem.
Serce znowu skacze mi do gardła, a gdy otwieram drzwi i staję z Martą twarzą w twarz, muszę się opanować, żeby nie wyglądać jak zestrachany kurczak. Jest najładniejszą laską, jaką spotkałem w życiu. Śliczne blond włosy, niebieskie oczy, dołeczek w lewym policzku. Wyższa od innych dziewczyn o głowę i cholernie zgrabna. Dawno, dawno temu nie śniło mi się nawet, że mógłbym ją pocałować. A potem to właśnie przeze mnie skończyła z brzuchem. Ani trochę się nie zmieniła. Spuszczam wzrok na kryjące się za nią dziecko i jestem totalnie zesrany. Kurwa. Wzięła ją, żeby na mnie wpłynąć? Żebym nie mógł jej odmówić?
Wychodzę boso na klatkę i zamykam za sobą drzwi.
- Sorry, nie zaproszę cię, bo chłopaki jeszcze balują. Nie ma warunków.
Marta gapi się na mnie, mrużąc oczy i myśli nad czymś intensywnie.
- Idź na razie na trzepak, rybko - zwraca się do Tośki. - No, już - ponagla ją, widząc, że dziecko wcale nie ma na to ochoty.
Mała ma ze sobą różowy tornister i kurczowo trzyma potarganą blond Barbie. Odprowadzam ją wzrokiem, gdy schodzi niechętnie po schodach. Wygląda jak najsmutniejsze dziecko świata.
Nic dziwnego. Na jej miejscu też nie chciałbym zostać z obcym typem.
Gdy jesteśmy już sami, patrzę na Martę pytająco, ale ona nic nie mówi.
- Mieszkam ze studentami - tłumaczę, udając wyluzowanego. - Wrócili właśnie po prawie dwóch miesiącach rozłąki, więc będą teraz balować dzień w dzień. Kiepskie warunki, żeby przechować tu dziecko, zwłaszcza w weekend.
- Wyjeżdżam - mówi, jakby w ogóle mnie nie słuchała. - Z Pawłem.
Gapię się i czekam na dalszy ciąg, bo nie kumam, co to ma wspólnego ze mną.
- Tata jest na morzu i wróci dopiero przed świętami, a mama będzie miała operację i zostanie w szpitalu na dłużej, potem będzie potrzebowała pomocy - ciągnie, a ja wciąż próbuję dodać dwa do dwóch. - Musisz wziąć Tosię.
Mój mózg się zacina i zastygam z otwartymi ustami. Kółko się kręci. I kręci.
- Nie wiem, ile to potrwa. Ale jestem pod ścianą, rozumiesz?
Trwa odliczanie. Dziesięć, dziewięć, osiem...
- Nie możemy jej zabrać - dodaje Marta, widząc najwyraźniej, że mój mózg kiepsko sobie radzi. - Musimy się tam najpierw ogarnąć, rozumiesz?
Trzy, dwa jeden. Eksplozja.
- N-nie... Myślałem, że... Mówiłaś... Że wylatujecie we wtorek... - bełkoczę.
- Tak. We wtorek. Kupiliśmy bilety dawno temu. Nie mogę jej zabrać - wyjaśnia, tym razem powoli, jakbym był jakimś półgłówkiem.
- I chcesz ją tu... zostawić? - wyduszam.
Marcie opadają ramiona.
- Weź ją chociaż do świąt... maksymalnie na pół roku - mówi, nie spuszczając z tonu. - Potem mama ją zabierze, jak już stanie trochę na nogach. My z Pawłem ogarniemy pracę, mieszkanie i zdejmę ci z głowy ten straszliwy ciężar - mówi jadowicie.
A ja nie wiem, co odpowiedzieć.
- Marta, ja mieszkam z czterema innymi typami! - tłumaczę jej raz jeszcze, jakby nie pojęła. - Oni tu chleją i sprowadzają sobie dupy! A ja skończyłem dziś pracę o czwartej. Jak ty to sobie wyobrażasz?
Wkurzam się na siebie, że podniosłem głos. Stoimy w końcu pod drzwiami. Chłopaki i tak już pewnie mają niezły ubaw. Odciągam więc Martę i schodzimy niżej, na półpiętro.
Patrzy na mnie, mrużąc oczy. Przez wielkie okno wpada dużo światła. Oświetla cały ten kamieniczny syf. Potłuczone kafelki, zbyt wiele razy malowany parapet, wydrapany kluczami napis: Arka Gdynia Kurwa, Świnia.
- Nie przyszłabym tu, gdybym miała wybór - mówi chłodno.
Wciąż nie dowierzam, że to dzieje się naprawdę.
Do świąt?!
- Dlaczego jej nie zabierzesz? Dokąd w ogóle jedziecie?
- Do Australii! - Unosi się. - Nie mam pojęcia, jak tam będzie. Potrzebujemy czasu na start.
- Do... Australii?! - Aż się zapowietrzam. - Kurwa, żartujesz?! I co ja zrobię, jak ona będzie za tobą wyć? Mam ją wsadzić w samolot z pierdolonymi pięcioma przesiadkami? - Wkurzam się nie na żarty.
- Po prostu się nią zajmiesz - mówi z naciskiem, wbijając mi palec w pierś. - Jak ojciec swoim dzieckiem.
- Powiedziałaś, że nie nadaję się na ojca! - Wywalam jej. - Nagle zmieniłaś zdanie?
Marta przewraca oczami.
- Mam ją, do cholery, oddać do sierocińca, bo tatusiowi korona z głowy spadnie?
- Powiedziałaś, żebym spadał - mówię ciszej, bo zaraz naszą historię będzie znała cała kamienica. - Że i tak gówniany ze mnie ojciec i miałaś rację - tłumaczę nerwowym półszeptem.
- Boże! Skończ już, dobra? Nie chciałam, ale teraz cię potrzebuję. Możesz choć raz zachować się jak dorosły? Proszę cię o pierdolone pół roku! To twoja córka! Wolisz, żeby trafiła do ciotki Aliny?
Jasne. Kolejny potwór. Siostrzyczka ojca, a jedno lepsze od drugiego. Gdy dowiedziała się o ciąży, powiedziała Marcie, żeby wyskrobać w pierwszym trymestrze, bo tylko patologia ma dzieci przed osiemnastką. Boli mnie brzuch na samo jej wspomnienie.
- Słuchaj... to wasza sprawa. Wyślij Pawła, niech on ogarnie sprawy, a ty do niego dojedziesz z Tośką.
- Jesteś żałosny, wiesz? - Spogląda na mnie i jest bliska płaczu. - Byłam przy tobie dzień po dniu, kiedy chorowała twoja mama. Dzień po pierdolonym dniu! - Wyrzuca mi w twarz. - A ty teraz nie możesz zrobić jednej rzeczy, żeby mi pomóc?!
- Ale, Marta! Prosisz o strasznie dużo! Ja nie umiem zajmować się dzieckiem! Sama kazałaś mi spadać!
- Przestań pieprzyć! Słyszałam to już, okej?
Moja była wielka miłość siada na schodku i ukrywa twarz w dłoniach. Klękam przed nią, jak jakiś palant i dusi mnie w gardle. Jeśli się poryczy, to pęknie mi serce. Czuję się największym mięczakiem na świecie, ale kurwa, po prostu nie potrafię znieść jej łez. To prawda, że była przy mnie w najtrudniejszym momencie życia. Gdy umierała moja mama, kiedy ojciec zaczął pić. Była moją latarnią morską i tylko dzięki niej się nie pogubiłem. Przynajmniej nie tak do końca.
- Nie potrafię być ojcem, okej? Ciągle mnie nie ma. Tego chcesz dla swojej córki? - Próbuję odgarnąć jej kosmyk, ale odtrąca moją dłoń i wbija we mnie wzrok.
- Pół roku maks - powtarza, tym razem trochę bardziej błagalnie. - Chodzi do zerówki. Zaprowadzisz ją i możesz iść do pracy. Można ją późno odbierać. Jest grzeczna. Załatwię wszystkie formalności.
Patrzę jej w oczy i już wiem, że przegrałem. Dokładnie tak samo było wtedy. Nie chciałem się rozstawać. Kurewsko ją kochałem, była dla mnie całym światem. Nawet, jeśli non stop się żarliśmy i jej ojciec uważał mnie za frajera i gówniarza. Ale nie okazałem się wystarczająco dobry. A teraz jestem ostatnią deską ratunku.
Nie przyszłabym tu, gdybym miała wybór.
Nie widziałem jej od tamtego czasu. Od pięciu lat. "Tak będzie lepiej", powiedziała. "Ty też będziesz miał lepszy start. Niektóre rzeczy trzeba odciąć."
Kiwam głową, bo nie jestem w stanie wydusić ani słowa. A Marta się uśmiecha i mnie to, kurwa, rusza. Palant.
- Pójdę do samochodu po jej rzeczy - mówi. - Paweł czeka na dole.
- T-teraz? - jęczę z niedowierzaniem.
- Mamy jeszcze cholernie dużo rzeczy do załatwienia przed wyjazdem i w związku z mamą. Wszystko się spieprzyło na ostatnią chwilę... Naprawdę ratujesz mi skórę...
Patrzy na mnie z wdzięcznością, a ja wkurwiam się na siebie, że taka ze mnie miękka faja. Chłopaki posrają się ze śmiechu. Posyła mi uśmiech. Taki, jak kiedyś, jak jeszcze było między nami dobrze. A potem, nie czekając już na żadne moje "Okej", zbiega na dół. Słyszę jej kroki i jestem jak ogłuszone cielę. Zwlekam się na parter. Tośka siedzi na schodku ze zwieszonym nosem i nawija na paluszek sfilcowane włosy swojej Barbie. Gapię się na nią i wszystko się we mnie buntuje. Nie wyobrażam sobie, że mam ją zabrać na górę, do tej kiszki, którą trudno nawet nazwać pokojem. Nie mam pojęcia, co będziemy robić. Chcę uciec. Iść spać i obudzić się za te pół roku.
Marta wraca z dużym plecakiem i torbą. Stawia je obok mnie i kuca przy Tosi.
- Wrócę, jasne? - Podnosi jej bródkę, zmuszając, żeby mała popatrzyła jej w oczy. - Obiecuję - Uśmiecha się do niej czule. - A na razie pomieszkasz z Patrykiem. Zobaczysz, będzie fajnie.
Z Patrykiem. Super.
- Będzie cię prowadzał do przedszkola, do twojej pani Małgosi. - Milknie i sprawdza, jak Tosia reaguje, ale ona ma buzię w podkówkę. Jest żałośnie pogodzona ze swoim losem tak, jak ja. - Będzie z tobą chodził na plac zabaw. - Zerka na mnie. - I może weźmie cię na kajak. - Chcę się odezwać, ale wciąż brakuje mi języka w gębie. - Szybko minie. A potem zabiorę cię do kangurów. - Całuje ją w czoło i wstaje, posyłając mi jeszcze jedno spojrzenie.
- Wyślę ci... instrukcję obsługi - Uśmiecha się kwaśno. - Gdzie zerówka, numery telefonów, na co ma alergię. Takie tam.
Nie reaguję. Nie mam siły.
- Dzięki - mówi i odchodzi, a ja zostaję z najsmutniejszą sześciolatką świata.