Dramatis Personae
Dramatis Personae
(Poza tymi, które występują w Pyle snów)
Malazańczycy
Himble Thrup
Sierżant Chude Oko
Kapral Żebro
Etap Obrót
Smutna
Spalony Sznur
Zastęp
Ganoes Paran, wielka pięść i Władca Talii
Wielki mag Noto Czyrak
Zwiadowca Hurlochel
Pięść Rythe Bude
Kapitan Słodkastruga
Imperialny artysta Ormulogun
Wódz wojenny Mathok
Strażnik osobisty T'morol
Gumble
Khundryle
Wdowa Jastara
Shake'owie
Sierżant Cellows
Kapral Nithe
Sharl
T'lan Imassowie: Niezwiązani
Urugal Utkany
Thenik Strzaskany
Beroke Cichy Głos
Kahlb Milczący Łowca
Halad Olbrzym
Tiste Andii
Nimander Golit
Spinnock Durav
Korlat
Kleszcz
Desra
Dathenar Gowl
Nemanda
Jaghuci: Czternastu
Gathras
Sanad
Varandas
Haut
Suvalas
Aimanan
Kaptur
Forkrul Assailowie: Inkwizytorzy Prawa
Rewerencja
Błogostan
Równość
Łagodny
Pilny
Wytrwały
Wyniosły
Cisza
Negacja
Wolność
Grób
Rozwodnieni: Niższe warstwy Assailów
Niedostatek
Nagły
Hestand
Festian
Kessgan
Trissin
Melest
Haggraf
Tiste Liosan
Kadagar Fant
Aparal Forge
Iparth Erule
Gaelar Throe
Eldat Pressan
Inni
Absi
Spultatha
K'rul
Kaminsod
Munug
Silanah
Apsal'ara
Tulas Odcięty
D'rek
Gillimada
Korabas
Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
Jeśli nigdy nie znaliście
światów mojego umysłu,
wasze poczucie utraty
będzie bardzo słabe
i zapomnimy o nim na szlaku.
Weźcie, co wam dano,
i odwróćcie skrzywione twarze.
Nie zasługuję na to,
choćby wasza prywatna plaża
była nie wiem jak wąska.
Jeśli dacie z siebie wszystko,
Spojrzę wam w oczy.
To pękowi strzał w dłoni
nie potrafię zaufać,
choć zbliżacie się z uśmiechem.
Nie spotykamy się w smutku
albo w jakimś innym szwie
ponad bliznami.
Nie tańczyliśmy na tym samym
cienkim lodzie
i współczucie dla waszych trudności
ofiaruję swobodnie, nie myśląc
o wzajemności ani równowadze szalek.
Tego wymaga przyzwoitość, to wszystko.
Nawet jeśli to pojęcie
dla wielu jest zupełnie obce.
Pozostaną jednak tajemnice,
których nigdy nie poznacie
i nie chciałbym, by było inaczej.
Wszystkie moje strzały pochowano,
a piaszczysta połać jest szeroka
i wszystko, co prywatne,
stygnie przybite do ołtarza.
Nawet kapanie ustało,
to dziecko pragnień
o umyśle pełnym światów
oraz poczerwieniałych łez.
Tak bardzo nienawidzę dni, gdy czuję się śmiertelny.
Dni spędzone w moich światach
są tymi, w których żyję wiecznie,
i jeśli kiedyś nadejdzie świt,
przebudzę się z jego światłem,
narodzony na nowo.
Noc poety iii, iv
Malazańska Księga Poległych
Rybak kel Tath
Kotylion wyciągnął dwa sztylety i skierował spojrzenie na ich klingi.
Poczernione żelazne powierzchnie wyglądały jak dwie szare rzeki
przesączające powoli swe wody przez parowy i wąwozy. Brzegi miały
wyszczerbione w miejscach, gdzie zbroja albo kość spowolniły pchnięcia.
Gapił się przez chwilę na to złowrogie odbicie nieba o niezdrowej
barwie.
- Nie mam zamiaru niczego wyjaśniać, do cholery - oznajmił wreszcie.
Uniósł głowę, spoglądając wprost w oczy rozmówcy. - Zrozumiałeś?
Stojąca naprzeciwko niego postać nie była zdolna do mimiki. Do kości jej
skroni, policzków i żuchwy przylegały nieruchome strzępy przegniłych
ścięgien oraz paski skóry. Oczy były puste, całkowicie puste.
Lepsze to niż zblazowany sceptycyzm, pomyślał Kotylion. Tego naprawdę
miał serdecznie dość.
- Powiedz mi, co twoim zdaniem widzisz? - podjął. - Desperację? Panikę?
Utratę woli, jakiś nieunikniony schyłek wiodący do niekompetencji? Czy
wierzysz w przegraną, Chodzący po Krawędzi?
Zjawa milczała przez dłuższą chwilę.
- Nie możesz być aż tak... śmiały - odparła wreszcie chrapliwym urywanym
głosem.
- Pytałem, czy wierzysz w przegraną. Ja nie wierzę.
- Nawet gdyby ci się powiodło, Kotylionie. Ponad wszelkie oczekiwania, a nawet wszelkie pragnienia. I tak będą mówić, że przegrałeś.
- Wiesz, gdzie mogą sobie wsadzić swoje gadanie - odparł patron
skrytobójców, chowając sztylety.
Głowa uniosła się nagle. Zwisający luźno kosmyk zakołysał się na
wietrze.
- Arogancja?
- Kompetencja - warknął w odpowiedzi Kotylion. - Wątp we mnie na własne
ryzyko.
- Nie uwierzą ci.
- Nic mnie to nie obchodzi, Chodzący po Krawędzi. Jest, jak jest.
Ruszył w drogę. Nie zdziwił się, gdy nieumarły strażnik podążył za nim.
Robiliśmy to już przedtem.
Przy każdym jego kroku w górę wzbijały się obłoczki pyłu i popiołu.
Wiatr zawodził, jak uwięziony w krypcie.
- Już prawie czas, Chodzący po Krawędzi.
- Wiem. Nie możesz wygrać.
Kotylion zatrzymał się i odwrócił w bok. Rozciągnął usta w złowrogim
uśmiechu.
- Ale to nie znaczy, że muszę przegrać, prawda?
* * *
Za nią wzbijały się tumany kurzu. Z jej ramion zwisały dziesiątki
upiornych łańcuchów: powyginane kości połączone w nieregularne ogniwa,
starożytne gnaty o tysiącu odcieni - od bieli aż po głęboki brąz. Na
każdy łańcuch składały się dziesiątki indywiduów: zniekształcone czaszki
ze strzępami włosów, połączone w całość kręgosłupy, długie kości
stukające o siebie. Wlokły się za nią jak dziedzictwo tyrana,
zostawiając w wysuszonej ziemi splątany ślad ciągnący się przez wiele
mil.
Nie zwalniała kroku, posuwała się naprzód miarowo niczym słońce
opadające ku horyzontowi przed nią, niepowstrzymanie jak zbliżająca się
z tyłu ciemność. Pozostawała obojętna na pojęcie ironii i gorzki posmak
bezczelnej drwiny, potrafiący tak mocno razić podniebienie. Tutaj
liczyła się tylko konieczność, najgłodniejszy z bogów. Zaznała
uwięzienia. Wspomnienie raniło ją dotkliwie, ale nie było w nim murów
krypty ani pogrążonych w mroku grobowców. Tak jest, była tam ciemność,
ale także nacisk. Straszliwy i nieznośny.
Obłęd był demonem żyjącym w świecie bezsilnej potrzeby, tysiąca
niespełnionych pragnień, w świecie pozbawionym rozwiązań. Obłęd, tak
jest, znała tego demona - targowali się ze sobą o monety bólu,
pochodzące ze skarbca, którego nic nie opróżni. Dysponowała kiedyś
podobnym bogactwem.
Ciemność nie przestawała jej ścigać.
A ona szła wciąż przed siebie - istota o łysej czaszce, skórze barwy
wyblakłego papirusu oraz wydłużonych kończynach poruszających się z niesamowitą gracją. Otaczający ją krajobraz był pusty i płaski. Tylko
przed nią horyzont naznaczył bezbarwny szereg zerodowanych wzgórz.
Przyprowadziła ze sobą przodków, grzechoczących w chaotycznym chórze.
Nie zostawiła nikogo. Wszystkie grobowce jej rodu były teraz puste,
zupełnie jak czaszki, które wyjęła z sarkofagów. Milczenie zawsze było
świadectwem nieobecności. Wrogiem życia. Nie chciała milczenia. Jej
doskonali przodkowie rozmawiali ze sobą w cichych pomrukach i przeciągłych zgrzytach. Byli głosami jej prywatnej pieśni,
odstraszającymi demona. Skończyła już z targami.
Wiedziała, że dawno temu na światach - bladych wyspach w Otchłani -
roiło się od rozmaitych stworzeń. Ich myśli były proste i bezpośrednie,
a poza tymi myślami nie istniało nic oprócz mroku, czeluści ignorancji i strachu. Gdy w owej ciemności pojawiły się pierwsze przebłyski,
rozjarzyły się bardzo szybko, przechodząc w pożary. Niestety, umysł nie
budził się w imię chwały ani piękna, czy nawet miłości. Nie pobudzały go
do życia śmiech ani triumf. Wszystkie owe nowo narodzone płomienie
pragnęły tylko jednego.
Pierwszym słowem rozumności zawsze była sprawiedliwość. To słowo karmiło
oburzenie. Rodziło wolę zmiany świata ze wszystkimi jego okrutnymi
zasadami, odwoływało się do prawości, by położyć kres haniebnej
brutalności. Sprawiedliwość budziła się w czarnej glebie obojętnej
natury. Scalała rodziny, wznosiła miasta, wynajdowała i broniła,
tworzyła prawa i zakazy, dyscyplinowała bogów i wykuwała religie.
Wszystkie oficjalnie uznawane wierzenia wyrastały z tego jednego
korzenia, rozgałęziając się i wznosząc ku oślepiającemu niebu.
Ona i jej pobratymcy trzymali się jednak podstawy tego ogromnego drzewa,
zapomnianej i przygniecionej jego ciężarem. W owym miejscu, pod
kamieniami, ukryci pośród korzeni i ciemnej ziemi, byli świadkami
zepsucia sprawiedliwości, zdradzenia jej i odarcia ze znaczenia.
Bogowie i śmiertelnicy wypaczali prawdy. Kalali niezliczonymi uczynkami
to, co ongiś było czyste.
No cóż, nadchodził ich kres. Koniec jest już blisko, moi drodzy. Nie
będzie więcej dzieci wyłaniających się z kości i gruzu, by odbudować
wszystko, co utracone. W końcu, czy było wśród nich choć jedno, które
nie ssałoby piersi zepsucia? Och, wszystkie karmiły swój wewnętrzny
ogień, ale jednocześnie zagarniały dla siebie światło i ciepło, jakby
sprawiedliwość była ich wyłączną własnością.
Wypełniało ją oburzenie. Kipiała wzgardą. Sprawiedliwość gorzała w niej
jasnym ogniem, który z dnia na dzień rozpalał się coraz goręcej, gdy z nieszczęsnego serca Przykutego bez końca sączyły się strumienie krwi.
Zostało tylko dwunastu Czystych i wszyscy karmili się tą krwią. Być może
byli też inni, zagubieni w jakichś odległych miejscach, ale nic o nich
nie wiedziała. Nie, tylko tuzin ich będzie twarzami ostatniej burzy, a ona - jako najpotężniejsza z nich - stanie w samym centrum nawałnicy.
Dawno temu nadano jej imię w tym właśnie celu. Forkrul Assailom z pewnością nie brakowało cierpliwości. Cierpliwość jednak była tylko
kolejną utraconą cnotą.
Cisza szła przez równinę, wlokąc za sobą łańcuchy z kości, a światło
dnia gasło za nią powoli.
* * *
- Bóg nas zawiódł.
Aparal Forge zacisnął zęby, by zdławić odpowiedź. Drżał i dręczyły go
mdłości. W jego żyłach krążyło coś zimnego i obcego.
Ta zemsta jest starsza niż wszelkie hasła, jakie mógłbyś wymyślić. Bez
względu na to, jak często powtarzasz te słowa, Synu Światła, kłamstwa i obłęd otwierają się w nich jak kwiaty w promieniach słońca. Widzę przed
sobą tylko pola krwi ciągnące się we wszystkie strony.
To nie była ich bitwa. Nie ich wojna.
Kto ustanowił prawo mówiące, że dziecko musi podnieść miecz ojca? Drogi
Ojcze, czy naprawdę tego właśnie pragnąłeś? Czyż nie porzuciła swego
małżonka dla ciebie? Czyż nie rozkazałeś nam żyć w pokoju? Nie
powiedziałeś, że dzieci muszą się stać jednym pod nowo narodzonym niebem
waszego związku?
Jaka zbrodnia skłoniła nas do tego?
Nawet jej nie pamiętam.
- Czujesz to, Aparalu? Moc?
- Czuję, Kadagarze.
Odsunęli się od towarzyszy, ale nie aż tak daleko, by nie słyszeć
krzyków bólu, warczenia Ogarów albo napływających od strony skruszonych
skał upiornych strumieni, straszliwego tchnienia chłodu muskającego ich
plecy. Przed nimi wznosiła się okrutna bariera. Ściana uwięzionych dusz.
Opadająca przez całą wieczność fala rozpaczy. Gapił się na twarze
widoczne za cętkowaną zasłoną, przyglądał się bezdennej grozie w ich
oczach.
Niczym się nie różniliście od nas, prawda? Nie wiedzieliście, co począć
ze swym dziedzictwem, masywne miecze zwracały się to w tę, to w tamtą
stronę w waszych dłoniach.
Dlaczego mielibyśmy płacić za nie naszą nienawiść?
- Co cię gryzie, Aparalu?
- Nie znamy przyczyn nieobecności naszego boga, panie. Obawiam się, że
to bezczelność mówić, że nas zawiódł.
Kadagar Fant milczał.
Aparal zamknął oczy. Nie powinien był się odzywać.
Nigdy się niczego nie uczę. Dotarł do władzy krwawą drogą. Kałuże w błocie nadal lśnią czerwienią. Kadagara wciąż jeszcze otacza drżąca
aura. Ten kwiat trzęsie się na niedostrzegalnych wiatrach. On jest
niebezpieczny, bardzo niebezpieczny.
- Kapłani opowiadali o oszustach i impersonatorach, Aparalu - odezwał
się Kadagar spokojnym i pozbawionym intonacji głosem. Zawsze tak mówił,
kiedy był wściekły. - Jaki bóg by na to pozwolił? Porzucił nas. Ścieżka
przed nami nie jest czyjąś własnością. Sami możemy ją wybrać.
My. Tak jest, przemawiasz w imieniu nas wszystkich, nawet jeśli kulimy
się trwożnie, słysząc własne wyznania.
- Wybacz mi te słowa, panie. Nie czuję się dobrze. Smak...
- Nie mamy wyboru, Aparalu. Gorzki posmak jego bólu przyprawia cię o mdłości. To minie. - Kadagar poklepał go z uśmiechem po plecach. -
Rozumiem twą przejściową słabość. Zapomnijmy o twoich wątpliwościach,
dobrze? Nigdy już więcej o nich nie mów. W końcu jesteśmy przyjaciółmi i bardzo bym nie chciał ogłosić cię zdrajcą. I rozpiąć na Białym Murze.
Ukląkłbym i rozpłakał się, przyjacielu. Naprawdę.
Aparala wypełnił syczący spazm obcej furii.
Na Otchłań! Czuję cię, Grzywo Chaosu!
- Moje życie należy do ciebie, panie.
- Panie Światła!
Aparal odwrócił się. Kadagar również.
Iparth Erule podszedł do nich chwiejnym krokiem. Z ust płynęła mu krew.
Spojrzenie szeroko rozwartych oczu wlepił w Kadagara.
- Panie, Uhandahl, który pił jako ostatni, przed chwilą skonał. Sam
rozdarł sobie gardło!
- A więc dokonało się - odparł Kadagar. - Ilu?
Iparth oblizał wargi i wyraźnie się wzdrygnął, poczuwszy smak.
- Jesteś Pierwszym z Trzynastu, panie - odparł.
Kadagar ruszył przed siebie z uśmiechem, omijając mężczyznę.
- Kessobahn ciągle oddycha? - zapytał.
- Tak. Ponoć może krwawić przez stulecia.
- Ale jego krew jest teraz trucizną - stwierdził Kadagar, kiwając głową.
- Rana musi być świeża, a moc czysta. Mówisz: Trzynastu? Znakomicie.
Aparal wbił spojrzenie w smoka. Olbrzymie włócznie, którymi przyszpilono
go do stoku, zrobiły się czarne od posoki i zakrzepłej krwi. Czuł ból
wypływający falami z Eleinta. Kessobahn raz po raz próbował unieść
głowę, kłapał paszczą, a w oczach gorzały mu płomienie. Ogromna pułapka
trzymała jednak mocno. Cztery ocalałe Ogary Światła krążyły w oddali,
strosząc sierść, gdy spoglądały na smoka. Na ich widok Aparal oplótł się
rękoma.
To było kolejne szalone ryzyko. Kolejna gorzka porażka. Panie Światła,
Kadagarze Fant, nie radzisz sobie za dobrze w zewnętrznym świecie.
Za tym straszliwym widokiem, naprzeciwko pionowego oceanu niemogących
umrzeć dusz, wznosił się Biały Mur, za którym kryły się żałosne
pozostałości Saranas, miasta Liosan. Ciemne długie kreski widoczne tuż
pod blankami były wszystkim, co pozostało z braci i sióstr skazanych za
zdradę sprawy. Pod zmumifikowanymi ciałami można było dostrzec ciemne
plamy po płynach, które wyciekły z nich na alabastrową fasadę.
Mówisz, że ukląkłbyś i rozpłakał się, przyjacielu?
- Panie, czy po prostu zostawimy Eleinta? - zapytał Iparth.
- Nie. Proponuję znacznie stosowniejsze rozwiązanie. Zbierz wszystkich.
Zmienimy postać.
Aparal poderwał się nagle, ale się nie odwrócił.
- Panie...
- Jesteśmy teraz dziećmi Kessobahna, Aparalu. Mamy nowego ojca w miejsce
tego, który nas opuścił. Osserc jest martwy w naszych oczach i nic już
tego nie zmieni. Nawet Ojciec Światło klęczy złamany, bezużyteczny i ślepy.
Aparal nie odrywał spojrzenia od Kessobahna.
Jeśli wygłasza się podobne bluźnierstwa wystarczająco często,
przeradzają się one w banały. Przestają szokować. Bogowie tracą moc i sami zajmujemy ich miejsce.
Prastary smok płakał krwią. W jego ogromnych obcych oczach nie było
niczego poza gniewem.
Nasz ojcze, twój ból i twoja krew, to nasz dar dla ciebie. Niestety nie
rozumiemy innych darów.
- A co zrobimy w nowej postaci?
- Ależ rozszarpiemy Eleinta na strzępy, Aparalu.
Wiedział, jaką odpowiedź usłyszy. Pokiwał głową.
Nasz ojcze.
Twój ból, twoja krew, nasz dar. Ciesz się ponownymi narodzinami przez
śmierć, nasz ojcze Kessobahnie. Dla ciebie nie będzie już powrotu.
* * *
- Nie mam ci nic do zaoferowania. Co cię do mnie sprowadza? Nie,
rozumiem to. Mój złamany sługa nie zawędruje daleko, nawet w snach. Tak
jest, moje drogocenne ciało i kości zostały okaleczone na tym
nieszczęsnym świecie. Widziałeś jego trzodę? Jakie błogosławieństwa może
zesłać? Ależ jedynie nędzę i cierpienie. Mimo to tłumy wciąż napływają
do niego. Głośne błagalne tłumy. Och, kiedyś patrzyłem na nie ze
wzgardą. Napawałem się ich żałosnym stanem, ich błędnymi decyzjami i straszliwym pechem. Ich głupotą.
Ale przecież nikt nie wybiera, ile będzie miał rozumu. Każdy rodzi się
ze swoim i nigdy nie zdobędzie go więcej. Za pośrednictwem mego sługi
patrzę w ich oczy - jeśli się ośmielę - a oni obdarzają mnie dziwnym
spojrzeniem, którego przez długi czas nie potrafiłem zrozumieć. Jest w nim głód, oczywiście, przelewający się przez brzegi. Ale przecież jestem
Obcym Bogiem. Przykutym. Upadłym. A moje święte słowo to Ból.
Mimo to ich oczy wciąż mnie błagały.
Teraz to rozumiem. O co mnie proszą? Ci nierozgarnięci durnie pełni
strachu, ze swymi straszliwymi minami, na których widok świadkowie kulą
się z obrzydzenia. Czego chcą? Odpowiem ci. Pragną mojej litości.
Rozumiesz, zdają sobie sprawę, że mają żałośnie mało monet w sakiewce
rozumu. Wiedzą, że brak im inteligencji i że to właśnie jest
przekleństwem ciążącym nad ich życiem. Walczyli i szarpali się, od
samego początku. Nie, nie patrz tak na mnie. Twoje myśli są gładkie i subtelne, udzielasz współczucia za szybko i stąd właśnie bierze się
twoje przekonanie o własnej wyższości. Nie przeczę, że jesteś bystry,
ale wątpię w szczerość twych uczuć.
Pragnęli mojej litości. Dostali ją. Jestem bogiem, który odpowiada na
modlitwy. Czy znasz jakiegoś innego boga, który mógłby to o sobie
powiedzieć? Widzisz, jak się zmieniłem? Mój ból, którego tak samolubnie
się trzymałem, sięga teraz ku innym jak złamana ręka. Dotykamy ze
zrozumieniem i wzdrygamy się od tego dotyku. Jestem teraz jednym z nimi
wszystkimi.
Zaskakujesz mnie. Nie wierzyłem, że to ma wartość. Co za pożytek ze
współczucia? Ile kolumn monet zrównoważy szalki? Mój sługa marzył kiedyś
o bogactwie. O skarbie pogrzebanym pod wzgórzami. Siedząc na uschniętych
nogach, błagał o litość ulicznych przechodniów. Widzisz mnie teraz.
Jestem tak połamany, że nie mogę się poruszać, otaczają mnie gęste
opary, a wiatr targa bez chwili wytchnienia połami namiotu. Nie mam nic
do zaoferowania. I mnie, i mojego sługę opuściło już pragnienie
błagania. Pragniesz mojej litości? Dam ci ją za darmo.
Czy muszę ci opowiadać o bólu, który mnie dręczy? Spoglądam w twoje
oczy i dostrzegam w nich odpowiedź.
To mój ostatni ruch, ale przecież to rozumiesz. Ostatni. Jeśli
przegram...
Proszę bardzo. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Zgromadzę truciznę. W łoskocie swego bólu, tak jest. Gdzieżby indziej?
Śmierć? Odkąd to ona jest porażką?
Wybacz mi ten kaszel. To miał być śmiech. Idź więc, wypróbuj swe
obietnice na tych parweniuszach.
No wiesz, to wszystko, czym jest wiara. Litość nad naszymi duszami.
Zapytaj mojego sługę. On ci powie. Bóg zagląda wam w oczy i kuli się
trwożnie.
* * *
Trzy smoki przykute za swoje grzechy. Kotylion westchnął na tę myśl.
Nagle ogarnął go ponury nastrój. Stał dwadzieścia kroków od nich,
zapadając się po kostki w miękki popiół. Nasunęła mu się myśl, że
ascendencja jest odległa od zwyczajności o krok krótszy, niżby tego
pragnął. Poczuł ucisk w gardle, jakby coś zapchało mu przewody
oddechowe. Dręczył go ból w mięśniach barków i czuł słabe rytmiczne
pulsowanie za oczami. Gapił się na uwięzionych Eleintów, trzy
śmiertelnie chude sylwetki spoczywające pośród ławic piasku, i czuł się...
śmiertelny.
Niech mnie Otchłań, ależ jestem zmęczony.
Chodzący po Krawędzi podszedł do niego, milczący jak widmo.
- To niewiele więcej niż kości - mruknął Kotylion.
- Nie daj się nabrać - ostrzegł go martwiak. - Ciało i skóra to tylko
strój. Mogą go wdziać albo odrzucić wedle woli. Widzisz te łańcuchy?
Poddano je próbie. Unoszą łby... czują zapach wolności.
- A jak ty się czułeś, Chodzący po Krawędzi, gdy wszystko, co trzymałeś
w dłoniach, rozpadło ci się w nich? Czy porażka przybyła jak ściana
ognia? - Zwrócił się ku upiornemu towarzyszowi. - Te łachmany wyglądają
na przypalone, jeśli się nad tym zastanowić. Czy pamiętasz tę chwilę,
kiedy wszystko straciłeś? Czy świat odpowiedział echem na twoje wycie?
- Jeśli chcesz mnie dręczyć, Kotylionie...
- Nie, tego bym nie chciał. Wybacz.
- Jeśli to one budzą twój strach...
- Nie strach. W żadnym wypadku. Są moją bronią.
Chodzący po Krawędzi zadrżał, a może to popiół pod jego zbutwiałymi
mokasynami poruszył się lekko, pozbawiając na chwilę martwiaka
równowagi. Pradawny znieruchomiał i przeszył Kotyliona spojrzeniem
wyschniętych jam oczu.
- Nie jesteś uzdrowicielem, Panie Skrytobójców.
To prawda. Proszę, niech ktoś ukoi mój niepokój. Oczyści nacięcie,
usunie wszystko, co chore, uwolni mnie od tego. Chorujemy od nieznanego,
ale wiedza również może się okazać trująca. Dryfowanie między tymi
dwiema opcjami też wcale nie jest lepsze.
- Istnieje więcej niż jedna ścieżka wiodąca ku zbawieniu.
- To ciekawe.
- Co jest ciekawe?
- Twoje słowa. Wypowiedziane... innym głosem przez... kogoś innego...
uspokoiłyby słuchacza, dodały mu otuchy. Niestety, gdy płyną z twoich
ust, wywołują w duszy śmiertelnika dreszcz przenikający do szpiku kości.
- Tym właśnie jestem - stwierdził Kotylion.
Chodzący po Krawędzi pokiwał głową.
- To prawda. Tym właśnie jesteś.
Kotylion postąpił jeszcze sześć kroków naprzód, wlepiając spojrzenie w najbliższego smoka. Między pasmami zbutwiałej skóry było widać
błyszczące kości czaszki.
- Eloth, chciałbym usłyszeć twój głos - odezwał się.
- Mamy wznowić targi, uzurpatorze?
Głos był męski, ale takie sprawy często się zmieniały pod wpływem
chwilowego nastroju. Kotylion zmarszczył brwi, próbując sobie
przypomnieć poprzednią rozmowę.
- Kalse, Ampelas, zaczekajcie, aż nadejdzie wasza kolej. Czy mówię teraz
z Eloth?
- Jestem Eloth. Co w moim głosie tak cię niepokoi, uzurpatorze?
Wyczuwam twoje podejrzenia.
- Chciałem się upewnić - odparł Kotylion. - I osiągnąłem ten cel. Jesteś
Mockra.
Inny drakoniczny głos wypełnił jego czaszkę śmiechem.
- Uważaj, skrytobójco, to mistrzyni oszustwa - oznajmił.
Kotylion uniósł brwi.
- Oszustwa? Błagam, tylko nie to. Jestem zbyt niewinny, by wiedzieć
cokolwiek o takich sprawach. Eloth, widzę, że skuwają cię łańcuchy, a mimo to w królestwie śmiertelników słyszano twój głos. Najwyraźniej mury
twojego więzienia nie są tak nieprzeniknione jak niegdyś.
- Sen przemyka się przez najokrutniejsze łańcuchy, uzurpatorze. Moje
sny rozpościerają skrzydła i jestem wolna. Próbujesz mi teraz
powiedzieć, że owa wolność była czymś więcej niż tylko iluzją? Jestem
wstrząśnięta. Nie wierzę w to.
Kotylion skrzywił się z niezadowoleniem.
- A o czym ty śnisz, Kalse?
- O lodzie.
Czy to mnie zaskakuje?
- A ty, Ampelas?
- O deszczu, który parzy, Panie Skrytobójców. Głęboko w cieniu. Cóż to
za ohydny cień. Czy mamy wszyscy troje opowiadać ci szeptem wróżby?
Wszystkie moje prawdy są tu przykute. Tylko kłamstwa latają swobodnie.
Był jednak pewien sen, który nadal płonie świeżym ogniem w moim umyśle.
Czy wysłuchasz mojego wyznania?
- Mój sznur nie jest jeszcze tak wystrzępiony, jak ci się zdaje,
Ampelas. Lepiej by było, gdybyś opisała swój sen Kalse. Uznaj tę radę za
mój dar. - Przerwał, obejrzał się na moment na Chodzącego po Krawędzi, a potem zwrócił się z powrotem ku smokom. - Przejdźmy do prawdziwych
targów.
- To bezwartościowe - sprzeciwił się Ampelas. - Nie masz nam nic do
zaoferowania.
- Ależ mam.
- Kotylionie... - odezwał się nagle za jego plecami Chodzący po Krawędzi.
- Wolność - rzekł patron skrytobójców.
Odpowiedziała mu cisza.
- To niezły początek - oznajmił z uśmiechem. - Eloth, czy zechcesz dla
mnie śnić?
- Kalse i Ampelas podzielili się twoim darem. Popatrzyli na siebie,
zwracając ku sobie kamienne twarze. Był tam ból. Był tam ogień. Oko się
otworzyło i spojrzało w otchłań. Panie Noży, moi zakuci w łańcuchy
kuzyni są... przerażeni. Będę dla ciebie śnić. Mów.
- Słuchaj uważnie... - zaczął Kotylion. - Oto co musi się wydarzyć.
* * *
W głąb kanionu nie docierało światło. Daleko pod powierzchnią oceanu
panowała wieczna noc. W ciemności otwierały się rozpadliny. Cała śmierć
i rozkład świata spadały nieprzerwanym deszczem, a gwałtowne prądy
wzbijały osady w górę, tworząc tańczące wiry przypominające tornada.
Między wyszczerbionymi podwodnymi turniami ścian wąwozu ciągnęła się
płaska równina. W samym jej środku zapłonął krwawoczerwony ogień,
samotny i niemalże zagubiony w pustce.
Mael przesunął na ramieniu nic prawie nieważące brzemię i zatrzymał się,
przyglądając się z uwagą niewiarygodnemu ogniowi. Potem ruszył naprzód,
kierując się prosto ku światłu.
Na morskie dno padał martwy deszcz, a gwałtowne prądy unosiły go z powrotem w jasność, gdzie żywe stworzenia karmiły się tą gęstą zupą
tylko po to, by z czasem umrzeć i opaść na dno. To była bardzo elegancka
wymiana. Życie i śmierć, światło i ciemność, świat na górze i świat na
dole. Mogłoby się niemal zdawać, że ktoś to zaplanował.
Dostrzegał już zgarbioną postać, która siedziała przy ognisku,
wyciągając dłonie do jego wątpliwego ciepła. Maleńkie morskie stworzonka
skupiały się w czerwonawym blasku niczym ćmy. Pulsujący ogień wypływał z pęknięcia w dnie kanionu. Ku górze unosiły się pęcherzyki gazu.
Mael zatrzymał się przed sylwetką i zrzucił z ramienia owiniętego w tkaninę trupa. Gdy ciało opadało na dno, maleńcy pożeracze odpadków
podpłynęli bliżej, ale zaraz umknęli, nie dotykając go. Zwłoki spoczęły
w ile, wzbijając maleńkie obłoczki.
Spod kaptura dobiegł głos K'rula, pradawnego boga grot.
- Jeśli cały byt jest dialogiem, jak to możliwe, że tak wiele pozostaje
niewypowiedziane?
Mael podrapał się po pokrytej twardym zarostem szczęce.
- Ja mówię ze swoimi, ty ze swoimi i on też ze swoimi, a mimo to wciąż
nie udaje się nam przekonać świata o jego nieodłącznej absurdalności.
K'rul wzruszył ramionami.
- On ze swoimi. Tak jest. To dziwne, że ze wszystkich bogów tylko on
zdołał odkryć ten szalony, przyprawiający o szaleństwo sekret.
Nadchodzący świt... czy zostawimy go jemu?
- Najpierw musimy przeżyć noc - mruknął Mael. - Przyniosłem ci tego, o którego prosiłeś.
- Widzę to. Dziękuję, stary przyjacielu. Powiedz mi, co słychać u Starej
Czarownicy?
- To samo, co zawsze - odparł bóg morza z kwaśną miną. - Próbuje znowu,
ale ten, którego wybrała... No cóż, powiedzmy, że Onos T'oolan kryje w sobie głębie, których Olar Ethil nie ma szans pojąć. Obawiam się, że
pożałuje swego wyboru.
- Jedzie przed nim mężczyzna.
Mael pokiwał głową.
- Jedzie przed nim mężczyzna. To... łamie mi serce.
- "Wobec złamanego serca nawet absurd jest bezradny".
- "Ponieważ słowa odpadają".
W słabym blasku poruszyły się palce.
- "Dialog ciszy".
- "Która ogłusza". - Mael wpatrzył się w mroczną dal. - Ślepy Gallan i jego cholerne wiersze. - Po bezbarwnym dnie maszerowały armie ślepych
krabów zwabionych obcym światłem i ciepłem. Przyjrzał się im uważnie. -
Wielu zginęło.
- Errastas coś podejrzewa. Nie trzeba mu nic więcej. Straszliwy pech
albo śmiercionośne trącenie. Tak jak powiedziała, nie będzie świadków. -
K'rul uniósł głowę, kierując pusty kaptur w stronę Maela. - Czy to
znaczy, że wygrał?
Bóg morza uniósł kosmate brwi.
- Nie wiesz tego?
- Tak blisko serca Kaminsoda groty są plątaniną ran i przemocy.
Mael spojrzał na owiniętego trupa.
- Brys tam był. Widziałem to przez jego łzy. - Milczał przez dłuższą
chwilę, przeżywając wspomnienia kogoś innego. Nagle oplótł się rękoma i urywanie wypuścił powietrze. - W imię Otchłani, zaiste warto było ujrzeć
tych Łowców Kości!
W mroku pod kapturem ukształtowały się niewyraźne zarysy twarzy,
błysnęły białe zęby.
- Naprawdę, Maelu? Naprawdę?
- To jeszcze nie koniec - warknął bóg morza przepojonym emocją głosem. -
Errastas popełnił straszliwy błąd. Bogowie, oni wszyscy go popełnili!
Po długiej chwili K'rul westchnął i znowu wpatrzył się w ogień, unosząc
blade dłonie nad pulsującym blaskiem wypływającym ze skały.
- Nie pozostanę ślepy. Dwoje dzieci. Bliźnięta. Maelu, wygląda na to, że
sprzeciwimy się życzeniu przybocznej Tavore Paran, która pragnie na
zawsze pozostać nieznana dla nas, nieznana dla wszystkich. Co właściwie
znaczy ta chęć obycia się bez świadków? Nie rozumiem tego.
Mael potrząsnął głową.
- Jest w niej tak wiele bólu... nie, nie odważę się zbliżyć. Stała przed
nami, w sali tronowej, jak dziecko ukrywające jakąś straszliwą
tajemnicę, ponad wszelką miarę wypełnione wstydem i poczuciem winy.
- Być może mój gość potrafi nam odpowiedzieć.
- Czy dlatego o niego prosiłeś? Po prostu dla zaspokojenia ciekawości?
Chcesz się bawić w podglądacza, K'rulu? Zajrzeć w zranione serce
kobiety?
- Częściowo - przyznał K'rul. - Ale nie kieruje mną okrucieństwo ani
wabik zakazanego owocu. Jej serce musi należeć tylko do niej, pozostać
odporne na wszelkie ataki. - Bóg przyjrzał się owiniętemu trupowi. -
Jego ciało jest martwe, ale dusza zachowała siły, choć więzi ją koszmar
poczucia winy. Chciałbym ją uwolnić.
- Jak?
- Gotowy do czynu, gdy nadejdzie chwila. Gotowy do czynu. Życie za
śmierć. To będzie musiało wystarczyć.
Z ust Maela wyrwało się urywane westchnienie.
- W takim razie ciężar spadnie na jej barki. Samotna kobieta. Armia,
którą już zmasakrowano. Sojusznicy trawieni gorącym pożądaniem
nadchodzącej wojny. A czekający na nich wróg pozostaje nieugięty,
przesycony nieludzką pewnością siebie, gotowy zatrzasnąć bezbłędnie
przygotowaną pułapkę. - Uniósł dłonie do twarzy. - Śmiertelna kobieta,
która nie chce nic powiedzieć.
- A mimo to, idą za nią.
- To prawda.
- Maelu, czy rzeczywiście mają szanse?
Bóg morza spojrzał na K'rula.
- Imperium Malazańskie wyczarowuje ich z niczego. Pierwszy Miecz
Dassema, Podpalacze Mostów, a teraz Łowcy Kości. Cóż mogę ci rzec? To
jest tak, jakby zrodzili się w innej epoce, w dawno minionym złotym
wieku. Najciekawsze, że wcale o tym nie wiedzą. Może właśnie dlatego
pragnie, by wszystko, co uczynią, obyło się bez świadków.
- Nie rozumiem.
- Nie chce, żeby całemu światu przypomniano, czym ongiś był.
K'rul nadal wpatrywał się w ogień.
- W tych mrocznych wodach nie czuje się własnych łez - odezwał się po
chwili.
- A jak ci się zdaje, dlaczego tu mieszkam? - odparł z goryczą Mael.
* * *
Jeśli nie stawiałem przed sobą wyzwań, nie dawałem z siebie
wszystkiego, na co mnie stać, stanę z pochyloną głową przed osądem
świata. Jeśli jednak miano by mnie oskarżyć o to, że jestem sprytniejszy
niż w rzeczywistości - jak w ogóle miałoby to być możliwe? - albo -
bogowie, brońcie - o to, że jestem zbyt świadomy każdego echa, które
umyka w noc, by odbijać się radośnie, dźwięczeć jak miecz uderzający o tarczę, jeśli, innymi słowy, miano by stawiać mi zarzuty dlatego, że
słuchałem własnej wrażliwości, no cóż, w takim przypadku coś musiałoby
rozpalić się we mnie niczym ogień. Zapłonąłbym, w dosłownym sensie tego
słowa.
Udinaas prychnął pogardliwie. Poniżej karta była oderwana, jakby gniew
autora przerodził się w apoplektyczny szał. Zastanowił się nad
oskarżycielami nieznanego pisarza, prawdziwymi lub wyimaginowanymi, i znowu cofnął się myślą do tych dawnych czasów, gdy na jego zbyt ostry
dowcip odpowiadała czyjaś pięść. Dzieci biegle potrafiły wyczuwać
podobne rzeczy. Jeśli jakiś chłopak był za bystry dla własnego dobra,
wiedziały, co w tej sprawie zrobić.
Spuśćcie mu łomot, chłopaki. Słusznie mu się należy.
Dlatego potrafił sympatyzować z duchem dawno zmarłego pisarza.
- Ale z drugiej strony, stary durniu, oni obrócili się w proch, a twoje
słowa przetrwały. I kto się śmieje ostatni?
Otaczające go butwiejące drewno nie potrafiło mu odpowiedzieć. Udinaas
odrzucił z westchnieniem fragment. Drobiny pergaminu opadały na ziemię
niczym kurz.
- Ech, co mnie to obchodzi? Wkrótce z pewnością utraci wszelkie
znaczenie.
Lampka oliwna już się dopalała i do wnętrza z powrotem zakradł się
chłód. Udinaas nie czuł rąk. Dziedzictwa przeszłości, nikt nie zdoła się
uwolnić od tych uśmiechniętych prześladowców.
Ulshun Pral zapowiadał dalsze opady śniegu, a Udinaas serdecznie
znienawidził śnieg.
- To tak, jakby samo niebo umierało. Słyszysz, Fearze Sengar? Jestem już
prawie gotowy kontynuować twoją opowieść. Któż mógłby sobie wyobrazić
takie dziedzictwo?
Opuścił ładownię statku, skarżąc się jękiem na sztywność kończyn, i wyszedł na pochyły pokład. Zamrugał oślepiony nagłą jasnością. Wicher
smagał mu twarz.
- Biały świecie, co próbujesz nam powiedzieć? Że nie wszystko jest w porządku. Że los zaczął nas oblegać.
Często ostatnio mówił do siebie. Wtedy nikt nie musiał płakać, a on czuł
się już zmęczony widokiem błyszczących łez na ogorzałych twarzach. To
prawda, że mógłby je wszystkie ogrzać kilkoma słowami, ale ciepło, które
nosił w sobie, nie miało dokąd pójść, prawda? Dlatego oddawał je zimnemu
pustemu powietrzu. Nigdzie nie widział ani jednej zamarzniętej łzy.
Wdrapał się na burtę statku, zeskoczył w sięgający kolan śnieg i podążył
nową drogą do ulokowanego w skalnym schronieniu obozu. Z powodu grubych,
obszytych futrem mokasynów musiał kołysać się w biodrach, brnąc przez
zaspy. Czuł już woń dymu z ognisk.
Zobaczył emlavy w połowie drogi do obozu. Para olbrzymich kotów
przycupnęła na wysokich skałach. Ich srebrne grzbiety zlewały się z białym niebem. Zwierzęta go obserwowały.
- A więc wróciłyście. To niedobrze, prawda?
Wyczuwał, że śledzą go wzrokiem. Czas zwalniał. Choć wiedział, że to
niemożliwe, potrafił sobie wyobrazić cały świat pokryty grubą warstwą
śniegu, pozbawione zwierząt miejsce, w którym wszystkie pory roku
zamarzły, przechodząc w jedną, trwającą bez końca. Potrafił sobie
wyobrazić zdławienie wszystkich opcji, dopóki nie zostanie żadna.
- Człowiekowi może się to przydarzyć. Czemu by nie całemu światu?
Śnieg i wiatr nie udzieliły mu żadnej odpowiedzi poza brutalną
obojętnością.
Skrył się między skałami. Okrutny wicher osłabł. W nozdrzach Udinaasa
przebudziła się gryząca woń dymu. W obozie panował głód, a na zewnątrz
cały świat skryła biel. Mimo to pieśni Imassów nie milkły.
- To nie wystarczy - mruknął Udinaas. Jego oddech zamieniał się w parę.
- Nie wystarczy, przyjaciele. Zrozumcie, ona umiera. Nasze małe kochane
dziecko.
Zastanawiał się, czy Silchas Ruin od samego początku wiedział, że
porażka jest nieunikniona.
- Wszystkie marzenia z czasem się kończą. Kto jak kto, ale ty powinieneś
o tym wiedzieć. Marzenia o śnie, o przyszłości. Prędzej czy później
nadchodzi zimny bezlitosny świt.
Mijał przysypane śniegiem jurty, krzywiąc się na dźwięki pieśni
dobiegające zza wiszących w wejściach skór, aż wreszcie wszedł na szlak
wiodący do jaskini.
Skałę wokół jej wylotu pokrył brudny lód, jak zamarznięta piana toczona
z pyska. W środku było cieplej. Parne powietrze przesycał zapach soli.
Strząsnął śnieg z mokasynów i wkroczył do krętego kamienistego
korytarza. Rozpostarł ręce, muskając koniuszkami palców wilgotną
powierzchnię.
- Och, ależ z ciebie zimne łono - mruknął.
Usłyszał przed sobą głosy, a raczej jeden głos.
Słuchaj swego instynktu, Udinaas. Ona się nie ugięła. Nigdy się nie
ugnie. Oto czego potrafi dokonać miłość.
Na skale pod jego stopami nadal widniały stare plamy, ponadczasowe
przypomnienie o krwi przelanej w tej okropnej komorze, o tych, którzy tu
zginęli. Słyszał niemalże stukot miecza i włóczni, a także rozpaczliwe
oddechy.
Fearze Sengar, mógłbym przysiąc, że twój brat nadal tu stoi, Silchas
Ruin cofa się krok po kroku, a grymas niedowierzania na jego obliczu
jest nigdy dotąd niewidzianą tam maską. Z pewnością nie było mu w niej
do twarzy!
Onrack T'emlava stał na prawo od Kilavy, a Ulshun Pral przykucnął kilka
kroków na lewo od niej. Przed nimi wznosił się budynek o zwiędłym
niezdrowym wyglądzie.
Umierający Domu, twój kocioł pękł. Była wadliwym nasieniem.
Kilava zwróciła się ku Udinaasowi. Przymrużyła powieki ciemnych
zwierzęcych oczu, jak polujący kot gotowy do ataku.
- Myślałam, że mogłeś odpłynąć, Udinaas.
- Te mapy nie wskazują drogi donikąd, Kilavo Onass. Pilot z pewnością to
sobie uświadomił, gdy nagle znalazł się pośrodku równiny. Cóż może być
smutniejszego niż wyrzucony na brzeg statek?
- Z radością słyszę twą mądrość, mój przyjacielu Udinaasie - odezwał się
Onrack. - Kilava mówi o przebudzeniu Jaghutów, głodzie Eleintów i ręce
Forkrul Assailów, która nigdy nie drży. Rud Elalle i Silchas Ruin
zniknęli. Nigdzie ich nie wyczuwa i obawia się najgorszego.
- Mój syn żyje.
- Nie możesz być tego pewien - sprzeciwiła się Kilava, podchodząc
bliżej.
Udinaas wzruszył ramionami.
- Odziedziczył po matce więcej, niż Menandore się spodziewała. Kiedy
stawiła czoło temu malazańskiemu czarodziejowi i próbowała zaczerpnąć
swej mocy, no cóż, to była jedna z wielu śmiertelnych niespodzianek
owego dnia.
Znowu spojrzał na poczerniałe plamy.
I co się stało z twym bohaterskim triumfem, Fear? Ze zbawieniem, za
które oddałeś życie? "Jeśli nie stawiałem przed sobą wyzwań, nie dawałem
z siebie wszystkiego, na co mnie stać, stanę z pochyloną głową przed
osądem świata". Rzecz w tym, że osąd świata jest okrutny.
- Rozważamy możliwość opuszczenia tego królestwa - oznajmił Onrack.
Udinaas spojrzał na Ulshuna Prala.
- Zgadzasz się z tym? - zapytał.
Wojownik uniósł dłoń i wykonał nią serię szybkich gestów.
Udinaas chrząknął.
Przed wypowiadanymi słowami, przed pieśniami, istniało to. Ale ta ręka
przemawia złamanym językiem. Klucz kryje się w jego postawie. Przykucnął
jak koczownik. Nikt nie boi się chodzenia ani odsłonięcia nowego świata.
Niech mnie Zbłąkany, taka niewinność rozdziera serce.
- Nie spodoba się wam to, co znajdziecie. Nawet najstraszliwsze bestie z tego świata nie mają szans w starciu z moimi pobratymcami. - Spojrzał na
Onracka. - Jak ci się zdaje, dlaczego przeprowadzono Rytuał? Ten, który
ukradł śmierć waszemu ludowi.
- Udinaas mówi prawdę, choć jego słowa są bolesne - warknęła Kilava.
Ponownie spojrzała na Azath. - Możemy obronić tę bramę. Możemy je
powstrzymać.
- I zginąć - dodał były niewolnik.
- Nie - zaprzeczyła, ponownie zwracając się ku niemu. - Odprowadzisz
stąd moje dzieci, Udinaas. Zawiedziesz je do swojego świata. Ja tu
zostanę.
- Zdawało mi się, że przedtem mówiłaś w liczbie mnogiej.
- Wezwij swego syna.
- Nie.
W jej oczach zapłonął ogień.
- Znajdź kogoś innego, kto będzie ci towarzyszył w ostatniej bitwie -
zażądał Udinaas.
- Ja z nią zostanę - zapewnił Onrack.
- Nie - wysyczała jego żona. - Jesteś śmiertelny...
- A ty nie, ukochana?
- Jestem rzucającą kości. Wydałam na świat Pierwszego Bohatera, który
został bogiem. - Wykrzywiła twarz, ale w jej oczach błyszczał ból. -
Mężu, zaiste przywołam sojuszników, którzy wesprą mnie w tej bitwie. Ty
jednak musisz odejść z naszym synem i z Udinaasem. - Wskazała
zakończonym długim paznokciem palcem na Letheryjczyka. - Zaprowadź ich
do swojego świata. Znajdź dla nich miejsce...
- Miejsce? Kilava, w moim świecie będą jak zwierzęta. Tam już nie ma
miejsca!
- Musisz im jakieś znaleźć.
Słyszysz, Fearze Sengar? A więc jednak nie stanę się tobą. Nie, mam być
Hullem Beddictem, kolejnym skazanym na klęskę bratem. "Pójdźcie za mną!
Słuchajcie wszystkich moich obietnic! Zgińcie".
- Nie ma już żadnych miejsc - odparł ze ściśniętym z bólu gardłem. - Na
całym świecie. To prawda, Imassowie mogą zamieszkać na jakimś pustkowiu,
ale prędzej czy później inni zwrócą na nie pożądliwe spojrzenia. I wtedy
zaczną was zabijać. Zbierać wasze skóry i skalpy. Zatruwać waszą
żywność. Gwałcić córki. A wszystko to w imię pacyfikacji, przesiedlenia
czy jakiegoś innego gównianego eufemizmu, jaki zechcą wymyślić. Im
prędzej wymrzecie, tym dla nich lepiej. Będą wtedy mogli zapomnieć, że
kiedykolwiek istnieliście. Poczucie winy jest pierwszym chwastem, który
wyrywamy, bo chcemy, by nasz ogród ładnie wyglądał i słodko pachniał.
Tacy już jesteśmy. Nie zdołacie nas powstrzymać, tak samo jak poprzednim
razem. Nikt nas nie powstrzyma.
- Można was powstrzymać i tak się stanie - oznajmiła Kilava z twarzą bez
wyrazu.
Były niewolnik potrząsnął głową.
- Zaprowadź ich do swojego świata, Udinaas. Walcz za nich. Nie zamierzam
tu zginąć, a jeśli ci się wydaje, że nie potrafię obronić własnych
dzieci, to mnie jeszcze nie znasz.
- Gubisz mnie, Kilava.
- Wezwij swojego syna.
- Nie.
- W takim razie sam siebie gubisz.
- Czy będziesz przemawiać z takim chłodem, gdy mój los spotka również
twoje dzieci?
Najwyraźniej nie zamierzała mu odpowiedzieć. Udinaas odwrócił się z westchnieniem i ruszył ku wyjściu, za którym czekały na niego zimno,
śnieg, biel i zamarznięty czas. Jego serce przeszył ból, gdy zauważył,
że Onrack podążył za nim.
- Przyjacielu.
- Przykro mi, Onrack. Nie potrafię ci rzec nic pomocnego. Nic, co
dodałoby ci otuchy.
- Ale jesteś przekonany, że znasz odpowiedź - mruknął wojownik.
- Wątpliwą.
- Ale zawsze odpowiedź.
Zbłąkany, trąć, sprawa jest beznadziejna. Och, spójrzcie, z jak wielką
determinacją kroczę. Śmiały Hull Beddict powrócił, by raz jeszcze
popełnić wszystkie swe zbrodnie.
Nadal szukasz bohaterów, Fearze Sengar? Lepiej odwróć wzrok.
- Poprowadzisz nas, Udinaas.
- Na to wygląda.
Onrack westchnął.
Za wylotem jaskini śnieg nie przestawał sypać.
* * *
Szukał drogi ucieczki. Próbował umknąć z pożaru. Ale nawet moc Azath nie
zdołała przełamać Akhrast Korvalain. Runął w przepaść, a jego umysł
rozpadł się na fragmenty tonące w morzu obcej krwi. Czy kiedykolwiek
wróci do siebie? Cisza nie była tego pewna, nie zamierzała jednak
ryzykować. Co więcej, uśpiona w nim moc nadal była niebezpieczna i mogła
zagrozić wszystkim jej planom. Mógłby jej użyć przeciwko nim, a do tego
nie można było dopuścić.
Nie, lepiej będzie ująć tę broń w rękę i zwrócić przeciwko wrogom,
którym wkrótce będę musiała stawić czoło. A gdyby okazała się
niepotrzebna, zabić go.
Nim jednak któraś z tych możliwości się ziści, Cisza będzie musiała tu
wrócić.
I uczynić to, co konieczne. Zrobiłabym to już teraz, ale ryzyko jest
zbyt wielkie. Gdyby się przebudził, gdyby mnie zmusił do działania... nie,
jest za wcześnie. Nie jesteśmy jeszcze gotowi.
Cisza stała nad nim, przyglądając się ostrym rysom twarzy, sterczącym z dolnej szczęki kłom i lekkiemu rumieńcowi sugerującemu gorączkę. Potem
przemówiła do przodków:
- Pochwyćcie go. Spętajcie. Uplećcie sieć swych czarów. Musi pozostać
nieprzytomny. Jego przebudzenie byłoby zbyt ryzykowne. Wkrótce wrócę.
Pochwyćcie go. Spętajcie.
Łańcuchy z kości rozciągnęły się niczym węże, zagłębiły w twardą ziemię,
owinęły wokół kończyn leżącego, wokół jego szyi i torsu, unieruchamiając
go z rozpostartymi członkami na szczycie wzgórza.
Zauważyła, że kości drżą.
- Tak, rozumiem. Jego moc jest zbyt potężna. Dlatego właśnie nie wolno
dopuścić, by odzyskał przytomność. Mogę jednak zrobić coś jeszcze.
Podeszła bliżej i przykucnęła. Błyskawicznym ruchem wysunęła prawą dłoń,
prostując palce jak sztylety, i zrobiła głęboką dziurę w boku
nieprzytomnego mężczyzny. Wciągnęła gwałtownie powietrze i omal nie
zatoczyła się do tyłu. Czyżby posunęła się za daleko? Czy go obudziła?
Z rany wypłynęła strużka krwi.
Ale Icarium się nie ocknął.
Cisza wypuściła z drżeniem powietrze.
- Pilnujcie, żeby krew nie przestała płynąć - oznajmiła przodkom. -
Karmcie się jego mocą.
Wyprostowała się i omiotła spojrzeniem horyzont. Kiedyś to były ziemie
Elanów, ale pozbyli się ich już i pozostały tylko eliptyczne głazy, o które wspierały się niegdyś namioty oraz ścieżki i zasadzki, wywodzące
się z jeszcze dawniejszych czasów. Nie ocalało ani jedno stado wielkich
zwierząt wędrujących kiedyś po tej równinie, czy to dzikich czy
udomowionych. Przyszło jej na myśl, że ten nowy stan rzeczy ma w sobie
godną podziwu doskonałość. Bez zbrodniarzy nie może być zbrodni. A bez
zbrodni nie ma ofiar. Wiatr zawodził i nikt nie zwracał ku niemu twarzy,
by udzielić mu odpowiedzi.
Idealny osąd o smaku raju.
To ponowne narodziny. Raj rodził się na nowo. Najpierw ta pusta równina,
a potem cały świat. Z tej obietnicy powstanie przyszłość.
Już niedługo.
Ruszyła w drogę, zostawiając za sobą wzgórze i leżące na nim ciało
Icariuma, przykute do ziemi łańcuchami kości. Kiedy tu wróci, będzie ją
niósł triumf. Albo rozpaczliwa potrzeba. W tym drugim przypadku obudzi
go. W pierwszym ujmie głowę plugastwa w dłonie i jednym gwałtownym
ruchem skręci mu kark.
Bez względu na to, jaka decyzja ją czekała, jej przodkowie zaśpiewają
owego dnia z radości.
* * *
Tron fortecy płonął na dziedzińcu na dole, wsparty krzywo na stosie
odpadków. Słup szaro-czarnego dymu wzbijał się pionowo ku niebu, aż
wreszcie wychodził nad blanki, gdzie wiatr rwał go na strzępy, unoszące
się wysoko nad spustoszoną doliną na podobieństwo chorągwi.
Po szczycie murów biegały półnagie dzieci. Ich wysokie głosy przebijały
się przez stukoty i zgrzyty dochodzące od głównej bramy, gdzie murarze
naprawiali wczorajsze uszkodzenia. Właśnie zmieniały się warty i wielka
pięść nasłuchiwał rozkazów, wydawanych ostrym tonem za jego plecami.
Zamrugał, by usunąć z oczu pot i pył, a potem oparł się z pewną
ostrożnością o zwietrzałe mury i przymrużył powieki, obserwując
uporządkowany obóz nieprzyjaciela rozbity na dnie doliny.
Na płaskim dachu kwadratowej baszty po jego prawej stronie dziewięcio-,
góra dziesięcioletnie dziecko usiłowało puszczać stary latawiec
sygnałowy. Po długiej walce skrzydła załopotały głośno i wystrzępiony
jedwabny smok wzleciał w górę, wirując i zataczając kręgi. Ganoes Paran
przyjrzał mu się z uwagą. Długi ogon bestii lśnił w jasnym blasku
słońca. Paran przypomniał sobie, że ten sam ogon widział nad fortecą w dniu jej upadku.
Co próbowali przekazać wówczas jej obrońcy?
Niebezpieczeństwo. Pomocy!
Gapił się na wznoszący się coraz wyżej latawiec, aż wreszcie przesłoniły
go kłęby niesionego wiatrem dymu.
Odwrócił się, słysząc znajome przekleństwo. Wielki mag Zastępu
przedzierał się przez grupkę dzieci blokujących szczyt schodów.
Wykrzywiał twarz w grymasie niesmaku, jakby otaczał go tłum trędowatych.
Wreszcie się uwolnił i podszedł do wielkiej pięści. Rybia ość zatknięta
między jego zęby aż podskakiwała z podniecenia.
- Przysięgam, że jest ich tu więcej niż wczoraj. Jak to możliwe? Chyba
nie wyskakują z czyjegoś biodra już na wpół dorosłe?
- Cały czas wyłażą z jaskiń - wyjaśnił Ganoes Paran, ponownie
spoglądając na szyki nieprzyjaciela.
Noto Czyrak chrząknął.
- Jest jeszcze i to. Komu przyszedł do głowy pomysł, że jaskinia to
dobre miejsce do życia? Zaduch, wilgoć i mnóstwo szkodników. Będzie z tego epidemia, zapamiętaj sobie moje słowa, wielka pięści, a tego Zastęp
z pewnością ma już dosyć.
- Przekaż pięści Bude, żeby powołała ekipę czyścicieli - odparł Paran. -
Które drużyny włamały się do tego sklepu z rumem?
- Siódma, Dziesiąta i Trzecia z Drugiej Kompanii.
- Saperzy kapitan Słodkiejstrugi.
Noto Czyrak wyciągnął ość z ust i przyjrzał się jej różowemu czubkowi.
Potem wychylił się za mur i splunął czerwoną śliną.
- Tak jest, wielka pięści. To jej saperzy.
- I bardzo dobrze - stwierdził z uśmiechem Paran.
- Ehe, słusznie im się należy. Ale jeśli wypłoszą więcej szkodników...
- To są dzieci, magu, nie szczury. Sieroty.
- Naprawdę? Na widok tych białych i kościstych przechodzą mnie dreszcze.
Nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat, wielka pięści. - Znowu
wetknął ość w zęby i zaczął nią poruszać w górę i w dół. - Wytłumacz mi,
dlaczego tu jest lepiej niż w Arenie.
- Noto Czyrak, jako wielka pięść odpowiadam tylko przed cesarzową.
- Ale ona nie żyje - zauważył mag z pogardliwym prychnięciem.
- A to znaczy, że nie odpowiadam przed nikim. Nawet przed tobą.
- W tym właśnie problem, wielka pięści. Przybiłeś go gwoździami do
drzewa. Gwoździami do drzewa. - Wyraźnie usatysfakcjonowany swymi
słowami mag wskazał głową i sterczącą z zębów ością na nieprzyjaciela. -
Kłębi się ich tam cała masa. Będzie nowy atak?
Paran wzruszył ramionami.
- Nadal są... wytrąceni z równowagi.
- Wiesz co? Jeśli kiedyś postanowią sprawdzić twój blef...
- A kto powiedział, że blefuję, Czyrak?
Mężczyzna przygryzł coś i skrzywił się z bólu.
- Wielka pięści, chodzi mi o to, że nikt nie wątpi, że nie brak ci
talentów i tak dalej, ale jeśli tych dwoje dowódców znudzi się rzucaniem
przeciwko nam Rozwodnionych i Wyspowiadanych i pomaszeruje tu osobiście...
No cóż, rozumiesz, co mam na myśli, wielka pięści.
- Mam wrażenie, że przed chwilą wydałem ci rozkaz.
Noto skrzywił się.
- Ehe, pięść Bude. Jaskinie. - Odwrócił się i zaczął oddalać, ale nagle
zatrzymał się i obejrzał za siebie. - No wiesz, oni cię widzą. Jak
stoisz tu co dnia, rzucając im wyzwanie.
- Coś mi przychodzi na myśl - mruknął Paran, ponownie spoglądając na
nieprzyjacielski obóz.
- A co, wielka pięści?
- Oblężenie Pale. Odprysk Księżyca po prostu wisiał nad miastem.
Miesiącami, latami. Jego władca nigdy się nie pokazywał, dopóki
Tayschrenn nie zdecydował, że jest gotowy zmierzyć z nim siły. Ale rzecz
w tym, co by się stało, gdyby to zrobił? Gdyby każdego cholernego dnia
stawał na skalnej półce? Gdyby Jednoręki i cała reszta mogli się
zatrzymać, spojrzeć w górę i zobaczyć go tam? Srebrne włosy powiewające
na wietrze i Dragnipura na jego plecach niczym czarną plamę boskiego
gówna?
Noto Czyrak poruszał przez chwilę swą wykałaczką.
- No i co by się wtedy stało, wielka pięści? - zapytał wreszcie.
- Potrzeba czasu, by pojawił się strach, wielki magu. Prawdziwy strach,
taki, który pożera odwagę i sprawia, że kolana się uginają. - Potrząsnął
głową i spojrzał na Noto Czyraka. - Ale to nigdy nie było w jego stylu,
prawda? No wiesz, brak mi go. - Chrząknął. - Kto by pomyślał?
- Kogo? Tayschrenna?
- Noto, czy ty w ogóle rozumiesz, co do ciebie mówię? Kiedykolwiek?
- Staram się nie rozumieć, wielka pięści. Bez obrazy. Chodzi o ten
strach, o którym mówiłeś.
- Nie stratuj po drodze żadnych dzieci.
- To zależy tylko od nich, wielka pięści. Poza tym przydałoby się trochę
przerzedzić ich szeregi.
- Noto.
- Chciałem tylko zauważyć, że jesteśmy armią, nie żłobkiem. Armią
oblężoną przez przeciwnika, który ma nad nami przewagę liczebną, a do
tego żyjącą w tłoku, zdezorientowaną i znudzoną. Pomijając te chwile,
gdy jesteśmy przerażeni. - Znowu wyciągnął ość i ze świstem wypuścił
powietrze. - Jaskinie pełne dzieci. Co oni z nimi robili? Gdzie są ich
rodzice?
- Noto.
- Chciałem tylko powiedzieć, że powinniśmy przekazać je
nieprzyjacielowi, wielka pięści.
- Czy nie zauważyłeś, że dziś po raz pierwszy wreszcie się zachowują jak
prawdziwe dzieci? Co ci to mówi?
- Nic, wielka pięści.
- Idź do pięści Bude. Natychmiast.
- Tak jest. Już się robi.
Ganoes Paran ponownie skierował uwagę na oblegającą armię, na równe
szeregi namiotów przypominające kostki mozaikowe, rozrzucone na
nierównej podłodze, oraz sylwetki tłoczące się jak pchły wokół trebuszy
i Wielkich Wozów. Doliny nigdy nie opuszczał odrażający odór bitwy.
Sprawiają wrażenie gotowych do następnej próby. Czy jest to warte
kolejnej wycieczki? Mathok ciągle przeszywa mnie głodnym spojrzeniem. Ma
ochotę się do nich dobrać.
Paran potarł twarz. Gdy poczuł porastającą ją brodę, po raz kolejny
przeszył go szok. Skrzywił się z niezadowoleniem.
Nikt nie lubi zmian, prawda? To właśnie chciałem powiedzieć.
Jedwabny smok wyłonił się z kłębów dymu i przemknął przez jego pole
widzenia. Paran zerknął na chłopaka na wieży i zobaczył, że trudno mu
jest utrzymać się na nogach. To był chudy dzieciak, jeden z tych z południa. Wyspowiadany.
Kiedy się zrobi za ciężko, pamiętaj, bo go wypuścić, chłopcze.
W odległym obozie doszło do nagłego poruszenia. Zobaczył błysk pik,
zakutych w łańcuchy niewolników zapędzanych do jarzm Wielkich Wozów.
Pojawili się Wielcy Rozwodnieni, otoczeni przez biegaczy. Nad toczonymi
naprzód trebuszami tworzyły się powoli tumany pyłu.
Tak jest, nadal są wytrąceni z równowagi.
* * *
- Znałem kiedyś wojownika, który ocknął się po ranie zadanej w głowę
przekonany, że jest psem. A czym są psy, jeśli nie bezrozumną
wiernością? Dlatego stoję tu teraz, kobieto, i oczy mam pełne łez.
Płaczę nad tym wojownikiem, który był moim przyjacielem i skonał
przekonany, że jest psem. Zbyt lojalny, by odesłać go do domu, zanadto
wierny, by odejść. Tacy są polegli tego świata. W snach widzę ich
tysiące i wszyscy gryzą własne rany. Dlatego nie mów mi o wolności. Miał
rację od samego początku. Żyjemy, nosząc łańcuchy. Przekonania nas
wiążą, przysięgi dławią nam gardła, naszym losem jest klatka
śmiertelnego życia. Kogo o to obwiniam? Bogów. Przeklinam ich z ogniem w sercu. Kiedy do mnie przyjdzie, kiedy powie, że już czas, ujmę miecz w dłonie. Twierdzisz, że jestem zbyt małomówny, ale wobec morza potrzeb
słowa są słabe jak piasek. A teraz, kobieto, opowiedz mi jeszcze raz o swojej nudzie, o tych niekończących się dniach i nocach spędzanych poza
miastem dręczonym obsesją na punkcie żałoby. Stoję przed tobą i płaczę
nad martwym przyjacielem, ale w odpowiedzi dostaję tylko oblężenie
milczenia.
- Wybrałeś naprawdę okropny sposób, by się dostać do mojego łóżka,
Karso Orlong - odrzekła. - No dobra, właź. Tylko mnie nie rozszczep.
- Niszczę tylko to, czego nie pragnę.
- A jeśli dni naszego związku są policzone?
- Dni tak - odparł. - Ale nie noce - dodał z uśmiechem.
Z oddali dobiegał słaby dźwięk miejskich dzwonów, głoszących żałobę po
upadku ciemności. Na oświetlonych niebieskim blaskiem ulicach i w zaułkach wyły psy.
* * *
Stała w cieniach w najgłębiej ukrytej komnacie pałacu władcy miasta i przyglądała się, jak oddala się od kominka, strzepując z dłoni węgiel
drzewny. Nie sposób było nie zauważyć dziedzictwa jego krwi. Ciężar,
który dźwigał ojciec, opadł na zaskakująco szerokie barki syna na
podobieństwo starego płaszcza. Nigdy nie potrafiła zrozumieć takich
istot. Ich zgody na męczeństwo. Brzemion, którymi mierzyły swą wartość.
Akceptacji obowiązków.
Osunął się na fotel o wysokim oparciu i rozprostował nogi. Ćwieki na
jego sięgających kolan skórzanych butach lśniły w budzącym się blasku
ognia. Oparł głowę i zamknął oczy.
- Kaptur wie, jak się zdołałaś tu dostać - zaczął. - Myślę, że Silanah
jest już bardzo podekscytowana, ale jeśli nie chcesz mnie zabić, na
stole na lewo od ciebie stoi wino. Poczęstuj się.
Wysunęła się z cieni, łypiąc na niego spode łba. Komnata nagle wydała
się jej za ciasna, ściany w każdej chwili mogły się zacisnąć wokół niej.
Nie potrafiła pojąć, jak można dobrowolnie wyrzec się nieba na rzecz
masywnych kamieni i poczerniałych belek.
- Nie masz nic oprócz wina? - zapytała załamującym się lekko głosem.
Przypomniała sobie, że minęło wiele czasu, odkąd ostatnio go używała.
Otworzył wydłużone oczy i przyjrzał się jej z nieskrywaną ciekawością.
- A co byś wolała?
- Ale.
- Przykro mi, ale w takim przypadku będziesz musiała zejść do kuchni.
- To niech będzie kobyle mleko.
Uniósł brwi.
- Dojdź do bramy pałacu, skręć w lewo i idź półtora tysiąca mil. No
wiesz, to tylko przybliżona wartość.
Wzruszyła ramionami i podeszła do kominka.
- Dar ma trudności.
- Dar? Nie rozumiem.
Wskazała na płomienie.
- Aha. - Skinął głową. - No cóż, znajdujesz się wewnątrz tchnienia Matki
Ciemność... - Poderwał się nagle. - Czy ona wie, że tu jesteś? Jak mogłaby
nie wiedzieć? - dodał i znowu usiadł wygodnie.
- Wiesz, kim jestem? - zapytała.
- Imassem.
- Jestem Apsal'ara. Spędził wewnątrz Miecza jedną noc, tylko jedną, ale
uwolnił mnie. Znalazł na to czas. Dla mnie.
Zorientowała się, że drży.
Nadal przyglądał się jej z uwagą.
- I dlatego przybyłaś tutaj?
Skinęła głową.
- Nie spodziewałaś się tego po nim, prawda?
- Nie spodziewałam. Twój ojciec... nie miał powodów do żalu.
Wstał, podszedł do stołu i nalał sobie kielich wina. Potem
znieruchomiał, spoglądając na trzymany w dłoni puchar.
- Wiesz co? - mruknął. - Wcale tego nie pragnę. Tej potrzeby... zrobienia
czegoś. - Żachnął się. - "Nie miał powodów do żalu". No cóż...
- Dopatrują się go w tobie, prawda?
Chrząknął.
- Widzą go nawet w moim imieniu. Nimander. Nie, nie jestem jego jedynym
synem. Ani nawet ulubionym. Nie sądzę, by wyróżniał któregoś z nas,
jeśli się nad tym zastanowić. Ale... - zatoczył krąg pucharem - ...to ja
siedzę teraz w jego fotelu przed jego kominkiem. Ten pałac jest jak...
jest jak...
- Jego kości?
Nimander wzdrygnął się i odwrócił wzrok.
- Jest tu za wiele pustych komnat, to wszystko.
- Potrzebuję jakiegoś ubrania - oznajmiła.
Pokiwał głową z roztargnioną miną.
- Zauważyłem.
- Futer. Skór.
- Zamierzasz tu zostać, Apsal'ara?
- U twego boku, tak.
Odwrócił się na te słowa, szukając wzrokiem jej twarzy.
- Ale nie będę jego brzemieniem - dodała.
- To znaczy, że będziesz moim? - zapytał, uśmiechając się ironicznie.
- Wymień swych najbliższych doradców, panie.
Przełknął połowę zawartości pucharu i odstawił go na stół.
- Wielka kapłanka. Żyje teraz w cnocie i obawiam się, że to jej nie
służy. Mój brat, Kleszcz. Moja siostra, Desra. Korlat i Spinnock,
najbardziej zaufani słudzy mojego ojca.
- Tiste Andii.
- Oczywiście.
- A ten na dole?
- Gdzie?
- Czy on też ci kiedyś doradzał, panie? Czy stajesz czasem przy kracie,
by patrzeć, jak mamrocze pod nosem, spacerując po celi? Czy go dręczysz?
Chciałabym poznać mężczyznę, któremu mam służyć.
Na jego twarzy pojawił się nagły gniew.
- Pragniesz zostać moim błaznem? Słyszałem, że na ludzkich dworach
przewiduje się taką rolę. Czy zamierzasz podcinać mi ścięgna i śmiać
się, gdy będę się potykał i padał? - Obnażył zęby. - Jeśli masz być
twarzą mojego sumienia, Apsal'ara, to czy nie powinnaś być ładniejsza?
Zadarła głowę, nie odpowiadając mu.
Jego furia wygasła w jednej chwili. Odwrócił wzrok.
- Sam sobie wybrał to wygnanie. Sprawdzałaś zamek w drzwiach tej celi?
Są zamknięte od środka. Ale przecież my nie mamy oporów przed
wybaczeniem mu. Doradź mi więc. Jestem tu władcą i mam prawo ułaskawiać
skazanych. Widziałaś lochy pod zamkiem. Ilu więźniów cierpi pod moją
żelazną dłonią?
- Jeden.
- A jego nie mogę uwolnić. To z pewnością zasługuje na żart albo i dwa.
- Czy on jest obłąkany?
- Klips? Być może.
- W takim razie faktycznie nawet ty nie możesz go uwolnić. Twój ojciec
uwięził w Dragnipurze wielu takich jak ten Klips.
- Śmiem twierdzić, że nie zwał tego wolnością.
- Ani łaską - przyznała. - Oni są poza zasięgiem władcy, a nawet boga.
- To znaczy, że wszyscy zawiedliśmy nasze złamane dzieci. I władcy, i bogowie.
Apsal'ara uświadomiła sobie, że niełatwo będzie mu służyć.
- Twój ojciec przyciągał do siebie wielu innych. Takich, którzy nie byli
Tiste Andii. Pamiętam jego dwór w Odprysku Księżyca.
Nimander przymrużył powieki.
Zawahała się, tracąc na chwilę pewność siebie.
- Wasz lud jest ślepy na wiele spraw - podjęła. - Potrzebujesz przy
sobie innych, panie. Sług, którzy nie będą Tiste Andii. Nie jestem jedną
z tych... błaznów, o których wspominałeś. Najwyraźniej nie mogę się też
stać twoim sumieniem, jako że jestem brzydka w twych oczach...
Uniósł rękę.
- Wybacz mi to, proszę. Chciałem cię zranić i dlatego powiedziałem
nieprawdę, ale widzę, że moje słowa sprawiły ci ból.
- Sądzę, że ja zraniłam cię pierwsza, panie.
Ponownie sięgnął po puchar, a potem zatrzymał się, spoglądając w ogień.
- Apsal'ara. Byłaś Panią Złodziei. Czy pragniesz teraz porzucić to
życie, by doradzać władcy Tiste Andii? Tylko dlatego, że mój ojciec, pod
sam koniec, okazał ci łaskę?
- Nigdy nie miałam do niego żalu o to, co mi uczynił. Nie dałam mu
wyboru. Nie uwolnił mnie z łaskawości, Nimander.
- W takim razie dlaczego?
Potrząsnęła głową.
- Nie wiem. Ale zamierzam się tego dowiedzieć.
- I te poszukiwania odpowiedzi zaprowadziły cię tutaj, do Czarnego
Koralu. Do mnie.
- Tak.
- Jak długo będziesz stała u mojego boku, Apsal'ara, podczas gdy będę
rządził miastem, pisał nakazy i debatował z doradcami? Gdy będę powoli
gnił w cieniu ojca, którego ledwie znałem, i dziedzictwa, któremu nie
mam szans sprostać?
Otworzyła szeroko oczy.
- Panie, nie takie jest twoje przeznaczenie.
Odwrócił się błyskawicznie w jej stronę.
- Naprawdę? A dlaczego? Doradź mi, proszę.
Zadarła głowę po raz drugi, przyglądając się wysokiemu wojownikowi. Jej
oczy wypełniała bezsilna gorycz.
- Tiste Andii przez bardzo długi czas modlili się o kochające spojrzenie
Matki Ciemność. Od bardzo dawna marzyliście o odzyskaniu celu. Sensu
życia. A on zwrócił wam to wszystko. Wszystko. Uczynił dla was to, co,
jak wiedział, było konieczne. Dla ciebie, Nimander, i dla całej reszty.
A teraz siedzisz sobie w jego fotelu, w jego mieście, otoczony jego
dziećmi. A jej święte tchnienie pada na was wszystkich. Czy mam cię
obdarzyć mądrością, jaką posiadam? Proszę bardzo, panie. Nawet Matka
Ciemność nie może bez końca wstrzymywać oddechu.
- Ona nie...
- Kiedy dziecko się narodzi, musi krzyczeć.
- Czy...
- Oznajmia własnym głosem przyjście na świat, a nie może nań nie
przyjść. Powiedz mi... - skrzyżowała ręce na piersi - ...czy zamierzasz
nadal się ukrywać w tym mieście? Jestem Panią Złodziei. Znam wszystkie
ścieżki. Wędrowałam każdą z nich i widziałam wszystko, co jest do
zobaczenia. Panie, jeśli ty i twój lud nadal będziecie się tu ukrywać,
wszyscy umrzecie. I Matka Ciemność razem z wami. Bądźcie jej tchnieniem.
Wyjdźcie na zewnątrz!
- Przecież jesteśmy w tym świecie, Apsal'ara!
- Jeden świat to za mało.
- Co więc musimy uczynić?
- To, czego pragnął twój ojciec.
- A czego on pragnął?
- Dowiedzmy się tego - odparła z uśmiechem.
* * *
- Nie brak ci odwagi, Władco Smoków.
Gdzieś dalej na murze wrzasnęło dziecko.
Ganoes Paran westchnął.
- Znowu straszysz maluchy - rzekł, nie odwracając się.
- Ale stanowczo za słabo. - Żelazne okucie laski uderzyło mocno o kamień. - Czyż nie zawsze tak jest? Hi, hi!
- Nie sądzę, by spodobał mi się nowy tytuł, który mi nadałeś, Tronie
Cienia.
Ciemna niewyraźna plama, jaką był bóg, podeszła do Parana. Blask
srebrnego okucia laski padł na dolinę.
- Władca Talii Smoków to stanowczo za długie. Chodzi mi o twoje...
wyskoki. Nie lubię nieprzewidywalnych ludzi. - Znowu zachichotał. -
Ludzi. Ascendentów. Bogów. Psów o zakutych łbach. Dzieci.
- Gdzie się podział Kotylion, Tronie Cienia?
- Powinieneś się już zmęczyć tym pytaniem.
- Zmęczyłem się czekaniem na odpowiedź.
- To przestań je zadawać!
Szalony wrzask boga poniósł się echem nad fortecą, wypełnił korytarze i komnaty, aż wreszcie wrócił do stojących na murze mężczyzn.
- To z pewnością przyciągnęło ich uwagę - zauważył Paran, wskazując
głową na kurhan, na którym pojawiły się dwie wysokie postacie, chude
prawie jak szkielety.
Tron Cienia pociągnął nosem.
- Oni nic nie widzą - zapewnił z syczącym śmiechem. - Oślepia ich
sprawiedliwość.
Ganoes Paran podrapał się po brodzie.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytał.
- Skąd czerpiesz swą wiarę?
- Słucham?
Laska zastukała o kamienie.
- Siedziałeś z Zastępem w Arenie, ignorując imperialne wezwania. A potem
zaatakowałeś groty swą mocą. - Bóg zachichotał. - Szkoda, że nie
widziałeś twarzy cesarza! A obelgi, jakimi cię obrzucał, ojej, nawet
nadworni skrybowie kulili się trwożnie! - Przerwał. - Na czym to
stanąłem? Tak jest, wymyślam ci, Władco Smoków. Czy jesteś geniuszem?
Wątpię w to. W związku z tym czuję się zmuszony uznać cię za idiotę.
- To już wszystko?
- Czy ona tam jest?
- Nie wiesz tego?
- A ty wiesz?
Paran skinął powoli głową.
- Teraz rozumiem. Chodzi o wiarę. Jak rozumiem, to pojęcie jest ci obce.
- To oblężenie nie ma sensu!
- Naprawdę?
Tron Cienia syknął. Uniósł widmową rękę, jakby chciał podrapać Parana po
twarzy. Dłoń zatrzymała się jednak, a potem skurczyła, przechodząc w coś
podobnego do pięści.
- Nic nie rozumiesz! - zawołał.
- Rozumiem to, że smoki są stworzeniami chaosu - sprzeciwił się Paran. -
To znaczy, że nie może istnieć ich władca. Ten tytuł jest pozbawiony
znaczenia.
- Zaiste.
Tron Cienia wyciągnął rękę, by zdjąć z muru fragment splątanej
pajęczyny. Potem uniósł ją do oczu, przyglądając się wyschniętym
szczątkom spowitego w nić owada.
Cóż to za wredny zasraniec.
- Oto co wiem, Tronie Cienia. To, co się tu dzieje, to początek końca.
Chcesz temu zaprzeczyć? Z pewnością nie. W przeciwnym razie nie
prześladowałbyś mnie tak...
- Nawet ty nie zdołasz złamać mocy oblegającej tę twierdzę - oznajmił
bóg. - Otwórz raz jeszcze swą bramę, Ganoesie Paran, znajdź jakąś inną
kwaterę dla swojej armii. To nie ma sensu. - Odrzucił pajęczynę i wskazał czubkiem laski na oblegających. - Nie zdołasz pokonać tych
dwojga. Obaj o tym wiemy.
- Ale oni nie wiedzą, prawda?
- Poddadzą cię próbie. Prędzej czy później.
- Nadal na to czekam.
- Być może jeszcze dziś.
- Założysz się, Tronie Cienia?
Bóg prychnął pogardliwie.
- Nie masz nic, czego bym pragnął.
- Nie kłam.
- No to ja nie mam nic, czego ty byś pragnął.
- Tak się składa, że...
- Widzisz, żebym trzymał smycz? Tu go nie ma. Jest zajęty innymi
sprawami. Jesteśmy sojusznikami, rozumiesz? To sojusz, a nie cholerne
małżeństwo!
- To dziwne, ale wcale nie myślałem o Kotylionie - odparł z uśmiechem
Paran.
- Tak czy inaczej, taki zakład nie miałby sensu. Jeśli przegrasz,
zginiesz. Albo porzucisz swą armię na śmierć, a nie wyobrażam sobie, byś
mógł to uczynić. Poza tym nie jesteś nawet w przybliżeniu tak podstępny
jak ja. Chcesz się założyć? Naprawdę? Nawet jeśli przegram, i tak
wygram. Nawet jeśli przegram... wygram!
Paran pokiwał głową.
- Na tym zawsze polegała twoja gra, Tronie Cienia. Widzisz, znam cię
lepiej, niż ci się zdaje. Tak, chcę się z tobą założyć. Dziś nie
poddadzą mnie próbie. Odeprzemy ich atak... po raz kolejny. Znowu zginie
wielu Wyspowiadanych i Rozwodnionych. Pozostaniemy swędzącym miejscem,
którego nie mogą podrapać.
- Mówisz tak tylko dlatego, że masz wiarę? Ty głupcze!
- Oto warunki. Zakład?
Sylwetka boga poruszyła się, w pewnej chwili omal nie znikając. Potem
zgęstniała znowu. Laska uderzyła o krawędź zwietrzałej blanki. Posypały
się kamienne odłamki.
- Zakład!
- Jeśli wygrasz, a ja przeżyję, dostaniesz to, czego ode mnie chcesz,
cokolwiek mogłoby to być, pod warunkiem, że będzie w mojej mocy ci to
przyznać - ciągnął Paran. - Jeśli ja wygram, dostanę to, czego chcę od
ciebie.
- Pod warunkiem, że jest w mojej mocy...
- Jest.
Tron Cienia mruknął coś pod nosem.
- Dobra, powiedz mi, co to jest - wysyczał.
Paran mu powiedział.
Bóg zachichotał.
- Wydaje ci się, że to jest w mojej mocy? Że Kotylion nie ma nic do
powiedzenia w tej sprawie?
- Jeśli ma, lepiej idź go zapytać. Chyba że moje podejrzenia są słuszne
i nie masz pojęcia, co porabia twój sojusznik. W takim przypadku, Władco
Cieni, zrobisz to, o co cię proszę, i będziesz mu się tłumaczył później!
- Nie odpowiadam przed nikim!
Wrzask boga znowu poniósł się echem po fortecy.
- Tronie Cienia, doskonale wiem, jak się w tej chwili czujesz -
stwierdził z uśmiechem Paran. - Powiedz, czego ty ode mnie chcesz?
- Pragnę poznać źródło twojej wiary. - Bóg poruszył laską w powietrzu. -
W to, że ona tam jest. Że pragnie tego samego, co ty. Że spotkasz ją na
Równinie Krwi i Łańcuchów, a potem spojrzysz jej prosto w oczy,
jakbyście zaplanowali to od samego początku, mimo że cholernie dobrze
wiem, że tak nie było! Nawet się nawzajem nie lubicie!
- Tronie Cienia, nie potrafię sprzedać ci wiary.
- To skłam, do cholery! Tylko przekonująco!
Paran słyszał łopot jedwabnych skrzydeł, dźwięk tkaniny prującej wiatr.
Chłopak z latawcem. Władca Smoków. Pan tych, nad którymi nie sposób
zapanować. Mknąć na fali wyjącego chaosu i zwać to panowaniem. Kogo w ten sposób oszukuję? Chłopcze, wypuść ten sznurek. To dla ciebie zbyt
wiele.
Nie zrobi tego jednak. Nie potrafiłby tego zrobić.
Mężczyzna o siwiejącej brodzie patrzy, ale nie może nic powiedzieć.
Niepokój.
Zerknął w lewo, ale cień zniknął.
Odwrócił się, słysząc nagły łoskot dobiegający z dziedzińca. Trawiony
płomieniami tron zapadł się w głąb stosu, na którym stał. Dym pomknął ku
niebu jak bestia spuszczona z łańcucha.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Przyglądam się żywym
Cichym i przybitym
Dłońmi i kolanami do skały
Przez prawdy odkryte.
Czy noc była bardziej nużąca
Od tych, co się skończyły?
Czy świt był okrutniejszy,
Że tak nas przeraziły?
Twa dłoń cię tu trzyma,
Sprawiedliwość jest surowa,
Ale zbyt gorzkie dla mnie
Są twoje krwawe słowa.
Pieśń o smutkach bez świadków
Napańczyk Plaga
Od tej chwili nie będzie już mógł ufać niebu. Przyglądając się swym
gnijącym zmumifikowanym kończynom, doszedł do wniosku, że alternatywa
prowadzi do przygnębienia. Tulas Odcięty rozejrzał się, zauważając z lekką trwogą, że zasięg jego wzroku znacznie się zmniejszył. Ta
dolegliwość dręczyła wszystkich, którzy byli zmuszeni chodzić po
udręczonej powierzchni lądu. Blizny, jeszcze przed chwilą obserwowane
przez niego z wielkiej wysokości, przerodziły się w trudne do pokonania
przeszkody. Miał przed sobą szereg poszarpanych rozpadlin wnikających
głęboko w szlak, którym zamierzał podążać.
Jest ranna, ale nie krwawi. Przynajmniej na razie. Ach, teraz rozumiem.
To ciało jest martwe. Mimo to coś mnie ciągnie w to miejsce. Dlaczego?
Podszedł urywanym krokiem do brzegu najbliższej rozpadliny. Zajrzał do
środka. Ciemność. Chłodne tchnienie lekko skażone kwaśną wonią rozkładu.
I... coś jeszcze.
Tulas Odcięty zatrzymał się na chwilę, a potem postąpił krok naprzód i runął w dół.
Wytarte szaty odrywały się odeń, łopocząc jak szalone. Jego ciało
odbijało się od szorstkich ścian, zwiędłe kończyny uderzały o skałę,
zsuwały się w dół po szemrzącym żwirze i piasku, aż wreszcie poczuł
lekki dotyk trawy i zaczął się plątać w jej korzenie. Kamienie posypały
się za nim.
Gdy uderzył o głazy pokrywające dno szczeliny, kości pękły z trzaskiem.
Piasek osypywał się ze wszystkich stron, z szelestem przypominającym syk
węży.
Przez pewien czas nie ruszał się z miejsca, czekając, aż widoczne w półmroku tumany kurzu opadną na ziemię. Potem usiadł. Jedną nogę miał
złamaną tuż nad kolanem. Dolna część kończyny trzymała się reszty ciała
tylko na kilku paskach skóry i ścięgien. Nastawił złamanie i zaczekał,
aż nierówne końce zrosną się powoli. Z prawej strony piersi sterczały
odłamki czterech żeber, ale to nie osłabiało go zbytnio, więc zostawił
je w spokoju, chcąc oszczędzać moc.
Po krótkiej chwili zdołał wstać, trąc barkami o ściany. Widział typowe w takich miejscach odłamki kości pokrywające nierówne dno rozpadliny, ale
interesowały go one jedynie w niewielkim stopniu. Fragmenty zwierzęcych
dusz, które nadal się ich trzymały, wiły się niczym widmowe robaki,
poruszone nagłymi prądami powietrza.
Ruszył przed siebie, podążając za niezwykłym zapachem, jaki wyczuł na
górze. Tu był on, rzecz jasna, silniejszy. Z każdym niepewnym krokiem po
krętym dnie Tulasa ogarniała coraz większa ciekawość, granicząca z podnieceniem. Był już blisko.
Czaszkę nabito na włócznię z zaśniedziałego brązu sięgającą mu do piersi
i blokującą drogę. Reszta szkieletu leżała w stosie u jej podstawy.
Wszystkie kości starannie połamano.
Tulas Odcięty zatrzymał się dwa kroki przed nią.
- Tartheno? - zapytał.
Basowy głos, który zabrzmiał w jego głowie, przemawiał jednak w języku
Imassów.
- Bentract. Skan Ahl pozdrawia cię, wskrzeszeńcu.
- Twoje kości są za duże dla T'lan Imassa.
- To prawda, ale ów fakt nie przyniósł mi zbawienia.
- Kto ci to uczynił, Skanie Ahl?
- Jej ciało leży kilka kroków za mną, wskrzeszeńcu.
- Jeśli zadałeś jej w walce obrażenia tak poważne, że skonała, jak to
możliwe, że zdołała zniszczyć twoje ciało z takim wigorem?
- Nie powiedziałem, że ona nie żyje.
Tulas Odcięty zawahał się, a potem prychnął pogardliwie.
- Nie ma tu nic żywego. Albo umarła, albo odeszła.
- Trudno mi się z tobą spierać, wskrzeszeńcu. Zrób dla mnie jedno.
Obejrzyj się.
Zdziwiony Tulas spełnił tę prośbę, ale ujrzał tylko snopy słonecznego
blasku rozświetlające pył.
- Nic nie widzę.
- To twój przywilej.
- Nie rozumiem.
- Widziałem, jak zaszła mnie od tyłu. Słyszałem, jak osunęła się na
ziemię. Słyszałem jej krzyk bólu, a potem płacz. Kiedy przestała płakać,
pozostał tylko oddech, aż wreszcie on również stał się wolniejszy. Ale...
nadal go słyszę. Jej pierś unosi się i opada z każdym wschodem księżyca...
Jak wiele już razy? Wiele. Straciłem rachubę. Dlaczego nadal tu jest?
Czego pragnie? Nie odpowiada mi. Nigdy mi nie odpowiada.
Tulas Odcięty ominął bez słowa włócznię i zatkniętą na niej zakurzoną
czaszkę. Po pięciu krokach zatrzymał się i spojrzał na ziemię.
- Czy ona śpi, wskrzeszeńcu?
Tulas przykucnął ostrożnie. Wyciągnął rękę i dotknął drobnej klatki
piersiowej leżącej w płytkim zagłębieniu u jego stóp. Skamieniałe kości
noworodka przytwierdził do ziemi stwardniały wapień.
Urodziłaś się z wzejściem księżyca, prawda, maleńka? Czy zdążyłaś
zaczerpnąć choć jeden oddech? Nie sądzę.
- T'lan Imassie, czy to był koniec twojego pościgu?
- Była bardzo potężna.
- Jaghutka. Kobieta.
- Byłem ostatni na jej tropie. Zawiodłem.
- I to właśnie świadomość porażki cię prześladuje, Skanie Ahl? Czy
raczej wspomnienie tej, która leży za tobą, na zawsze ukryta przed twoim
spojrzeniem?
- Obudź ją! Albo, jeszcze lepiej, zabij. Zniszcz ją, wskrzeszeńcu. O ile nam wiadomo, mogła być ostatnią z Jaghutów. Zabij ją i wojna się
skończy. Będę mógł zaznać spokoju.
- W śmierci nie znajdziesz wiele spokoju, T'lan Imassie.
Ach, dziecko, to nocny wiatr zawodzi w twych kościach, prawda? Tchnienie
nocy będzie go prześladowało przez całą wieczność.
- Wskrzeszeńcu, odwróć moją czaszkę. Chciałbym znowu zobaczyć
Jaghutkę.
Tulas Odcięty wyprostował się.
- Nie stanę między walczącymi w tej wojnie.
- Ale możesz ją zakończyć!
- Nie mogę. Najwyraźniej ty również nie możesz, Skanie Ahl. - Muszę cię
teraz opuścić. - Raz jeszcze spojrzał na maleńkie kosteczki. - Muszę
opuścić was oboje.
- Od chwili swej porażki nie miałem tu ani jednego gościa,
wskrzeszeńcu. Jesteś pierwszym, który mnie odnalazł. Czy będziesz aż tak
okrutny, że skażesz mnie na wieczność spędzoną w tym stanie? Jaghutka
mnie pokonała, przyznaję to. Błagam cię o jedno. Pozwól mi spojrzeć z godnością w twarz tej, która mnie zabiła.
- Stawiasz mnie przed dylematem - rzekł Tulas Odcięty po chwili
zastanowienia. - To, co uważasz za łaskę, mogłoby się okazać czymś
zupełnie odmiennym, gdybym spełnił twą prośbę. Jest też inny problem,
Skanie Ahl. Nie jestem zbyt skłonny do tego, by okazać łaskę. Nie w twoim przypadku. Czy zaczynasz rozumieć moje położenie? Zaiste, mógłbym
odwrócić twoją czaszkę i w takim przypadku przeklinałbyś mnie przez całą
wieczność. Mogę też nie zrobić nic, zostawić cię w takim stanie, w jakim
cię zastałem, jakby nigdy mnie tu nie było, i w ten sposób zasłużyć na
twą mroczną niechęć. To jednak nie obraża mnie zbytnio. Jak już
wspominałem, nie jestem w łaskawym nastroju. Pytanie brzmi: Jak bardzo
okrutny pragnę się okazać?
- Pomyśl o przywileju, o którym wspomniałem przedtem, wskrzeszeńcu. O prostym darze, jakim jest możliwość odwrócenia się i zobaczenia, co się
kryje z tyłu. Obaj zdajemy sobie sprawę, że widok może się nie okazać
przyjemny.
Tulas Odcięty chrząknął.
- T'lan Imassie, wiem wszystko o spoglądaniu za siebie. - Podszedł do
czaszki. - Czy mam się stać powiewem wiatru? Jeden obrót odsłoni przed
tobą nowy świat.
- Czy ona się przebudzi?
- Nie sądzę - odparł, dotykając olbrzymiej czaszki koniuszkiem zwiędłego
palca. - Ale możesz spróbować.
Zwiększył powoli nacisk i obrócił czaszkę z przeraźliwym zgrzytem.
Oddalając się dnem rozpadliny w tym samym kierunku, z którego przyszedł,
Tulas Odcięty usłyszał, że T'lan Imass zaczął wyć.
Dary nigdy nie są tym, czym się wydają. A co z karzącą dłonią? Ona
również nie. Tak jest, te dwie myśli zasługują na długie echa, sięgające
daleko w tę nieszczęsną przyszłość.
Jakby ktoś chciał ich słuchać.
* * *
Mocno ściskała zemstę w dłoni, niczym okutą żelazem włócznię. Och, jakże
ją parzyła! Ralata czuła ów bezlitosny żar. Ból stał się teraz darem,
czymś, czym mogła się karmić, jakby była łowcą przycupniętym nad świeżo
ubitą zwierzyną. Straciła konia. Straciła cały swój lud. Odebrano jej
wszystko poza tym jednym, ostatnim darem.
Strzaskany księżyc był zamazaną plamą, ledwie widoczną w zielonym blasku
Nieznajomych na Niebie. Tnąca Skórę Barghastka obróciła się ku
wschodowi, zwracając się plecami do dogasających węgielków ogniska.
Patrzyła na skąpaną w nefrytowo srebrnym blasku równinę.
Za jej plecami czarnowłosy wojownik zwany Draconusem rozmawiał cicho z olbrzymim Teblorem. Często mówili ze sobą w jakimś obcym języku - pewnie
po letheryjsku. Nigdy się jej nie chciało go nauczyć. Nawet od
prostszego języka handlowego bolała ją głowa. Od czasu do czasu
poznawała jednak jakieś letheryjskie słowo, które trafiło do owego
uproszczonego żargonu, wiedziała więc, że rozmawiają o czekającej ich
podróży.
Szli na wschód. Ich towarzystwo na razie pozostawało dla niej dogodne,
nawet jeśli musiała nieustannie opędzać się od nieudolnych awansów
Teblora. Draconus potrafił odnaleźć zwierzynę tam, gdzie Ralata nie
dostrzegała żadnej. A także przywołać wodę z suchej skały. Był nie tylko
wojownikiem, lecz również szamanem. A w pochwie z czarnego drewna, którą
nosił na plecach, krył się magiczny miecz.
Pragnęła tej broni i zamierzała ją zdobyć. Taki oręż pozwoli jej wywrzeć
zemstę, której pragnęła. Uśmiercić skrzydlatego zabójcę jej sióstr.
Opracowywała w myślach kolejne scenariusze. Poderżnie mu gardło, gdy
będzie spał, a potem wbije nóż w oko Teblora. To byłoby proste, szybkie
i zdobyłaby wszystko, czego potrzebowała. Gdyby nie otaczające ją
zewsząd pustkowie. Gdyby nie pragnienie i głód, które by ją czekały.
Nie, Draconus na razie nie może zginąć. Z chęcią jednak postarałaby się
o jakiś straszliwy wypadek dla Ublali. Dzięki temu nie musiałaby się o niego martwić owej nocy, gdy spróbuje zdobyć miecz. Nadal nie wiedziała,
jak mogłaby zaaranżować śmierć tego głąba na pustej równinie, miała
jednak czas.
- Wracaj do ogniska, kochanie! - zawołał Teblor. - Napij się herbaty. Są
w niej prawdziwe liście i różne rzeczy, które ładnie pachną.
Ralata masowała przez chwilę skronie, a potem się odwróciła.
- Nie jestem twoją ukochaną. Nie należę do nikogo. I nigdy nie będę
należała.
Skrzywiła się wściekle na widok uśmieszku na twarzy Draconusa, który
wrzucił do ogniska kolejną bryłkę nawozu.
- Nie jesteście uprzejmi - poskarżyła się. Podeszła do ogniska,
przykucnęła i wzięła kubek z rąk Ublali. - Rozmawiacie w języku, którego
nie rozumiem. Skąd mam wiedzieć, czy nie zastanawiacie się, jak mnie
zgwałcić i zamordować?
- Dlaczego mielibyśmy robić coś takiego, Barghastko? - zapytał wojownik,
unosząc brwi. - Zresztą Ublala się do ciebie zaleca.
- Niech da już sobie z tym spokój. Nie chcę go.
Draconus wzruszył ramionami.
- Już mu tłumaczyłem, że to, co zwiemy zalotami, w głównej mierze
sprowadza się do bycia na miejscu. Dokądkolwiek się zwrócisz, widzisz
go, aż wreszcie jego towarzystwo wydaje ci się czymś całkowicie
naturalnym. "Zaloty są sztuką porastania niczym pleśń tego, kogo
pragniemy". - Przerwał, drapiąc się po porośniętej szczeciną szczęce. -
Nie mogę twierdzić, że jestem autorem tego spostrzeżenia, ale nie
pamiętam, kto powiedział to pierwszy.
Ralata wyraziła swój niesmak splunięciem w ognisko.
- Nie wszystkie jesteśmy jak Hetan - oznajmiła. - Ona mawiała, że ocenia
atrakcyjność mężczyzny, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądał z czerwoną twarzą i wybałuszonymi oczyma. - Znowu splunęła. - Jestem Tnącą
Skórę, zabójczynią zbierającą skalpy. Kiedy patrzę na mężczyznę,
wyobrażam sobie, jak będzie wyglądał ze skórą zdartą z twarzy.
- Ona nie jest zbyt sympatyczna, prawda? - zapytał Draconusa Ublala.
- Mówisz, że za bardzo się stara? - odpowiedział wojownik.
- Od tego chcę mieć z nią seks jeszcze bardziej.
- Tak właśnie to działa.
- To tortura. Nie lubię tego. Nieprawda, lubię. Nieprawda, nie lubię.
Lubię. Och, pójdę wyczyścić maczugę.
Ublala zerwał się na nogi i odszedł, tupiąc. Ralata odprowadzała go
zdumionym spojrzeniem.
- Powiedział to w sensie dosłownym - wyszeptał Draconus w języku
Barghastów z klanów Białych Twarzy.
Obrzuciła go pośpiesznym spojrzeniem i prychnęła pogardliwie.
- Wiem o tym. Brak mu rozumu na cokolwiek więcej. - Zawahała się. - Jego
zbroja wygląda na drogą - dodała.
- To prawda, kosztowała go wiele, Ralata. I nosi ją dobrze, lepiej, niż
można się było tego spodziewać. - Pokiwał głową, chyba raczej do siebie
niż do Barghastki. - Jestem przekonany, że sprawi się dzielnie, gdy
nadejdzie czas.
Przypomniała sobie, jak wojownik zabił Sekarę Podłą, skręcając kark
starszej kobiecie. Łatwość, z jaką to zrobił, i to, że podtrzymywał
potem jej martwe ciało, by nie upadło na ziemię, jakby nadal zachowało
coś w rodzaju godności. Niełatwo było go zrozumieć.
- Czego szukacie? - zapytała. - Wędrujecie na wschód. Dlaczego?
- Na świecie dzieją się nieprzyjemne rzeczy, Ralata.
Zmarszczyła brwi.
- Nie rozumiem, co to znaczy.
Westchnął, wpatrując się w ogień.
- Nadepnęłaś kiedyś na coś niechcący? Wychodzisz na dwór i nagle coś ci
chrzęści pod stopą. Co to było? Owad? Ślimak? Jaszczurka? - Uniósł głowę
i wbił wzrok w kobietę. Węgielki odbijały się jaskrawym blaskiem w jego
ciemnych oczach. - Nie warto tracić czasu na zastanawianie się nad tym,
prawda? Takie już jest życie. Mrówka marząca o wojnie, osa pożerająca
pająka, jaszczurka skradająca się ku osie. Wszystkie te dramaty, a potem
nagle trzask i koniec. Cóż można na to powiedzieć? Pewnie nic. Jeśli
masz serce, poświęcasz temu wydarzeniu odrobinę swego poczucia winy i wyrzutów sumienia, a potem ruszasz w dalszą drogę.
Pokręciła głową ze zdziwioną miną.
- Nadepnąłeś na coś?
- Można by tak powiedzieć. - Poruszył węgielkami. Posypały się z nich
iskierki. - Nieważne. Garstka mrówek przeżyła. W gruncie rzeczy tym
małym paskudom nie ma końca. Mógłbym rozdeptać tysiąc kopców, a i tak
nic by to nie zmieniło. Najlepiej tak właśnie na to patrzeć. - Znowu
spojrzał jej w oczy. - Czy to znaczy, że jestem zimny? Zastanawiam się,
co zostawiłem w tych łańcuchach. Czy nadal skuwają zastęp zapomnianych
cnót... czy jak je tam zwał. Ostatnio nawiedzają mnie osobliwe sny.
- Ja śnię tylko o zemście.
- Im dłużej będziesz śniła o tej szczególnej przyjemności, Ralata, tym
bardziej będzie dla ciebie blakła. Krawędzie się stępią, powierzchnia
zmatowieje. Jeśli pragniesz się uwolnić od podobnych obsesji, śnij o nich często.
- Mówisz jak starzec, jak barghascki szaman. Zagadki i złe rady. Onos
Toolan miał rację, lekceważąc ich słowa.
Mało brakowało, by spojrzała na zachód, za jego plecy, jakby mogła tam
znaleźć swój lud i wodza wojennego, maszerujących ku nim. Dopiła
herbatę.
- Onos Toolan - powtórzył Draconus. - To nazwisko Imassa. To dziwne, że
ktoś taki został wodzem wojennym Barghastów. Opowiesz mi o nim, Ralata?
Chrząknęła.
- Nie mam daru do opowieści. Hetan wzięła go sobie za męża. Przybył ze
Zgromadzenia, gdy wszyscy T'lan Imassowie odpowiedzieli na wezwanie
Srebrnej Lisicy. To ona przywróciła go do życia, położyła kres jego
nieśmiertelności. Potem znalazła go Hetan. To było po zakończeniu wojny
panniońskiej. Ojcem Hetan był Humbrall Taur, który zjednoczył klany
Białych Twarzy, ale potem utonął podczas lądowania na brzegach tego
kontynentu...
- Chwileczkę. Wasze plemiona nie pochodzą stąd?
Wzruszyła ramionami.
- Barghasccy bogowie obudzili się, wyczuwając jakieś niebezpieczeństwo.
Wypełnili mózgi szamanów swoją paniką jak kwaśnymi szczynami. Oznajmili,
że musimy wrócić tutaj, do swej pierwotnej ojczyzny, by stawić czoło
starożytnemu wrogowi. Tyle nam powiedzieli, ale niewiele więcej.
Myśleliśmy, że tym wrogiem są Tiste Edur. Potem, że to Letheryjczycy, a na końcu Akrynnai. Ale to nie byli oni, a teraz spotkała nas zagłada, a jeśli Sekara mówiła prawdę, Onos Toolan nie żyje i Hetan również. Nikt
nie ocalał. Mam nadzieję, że barghasccy bogowie zginęli razem z nimi.
- Możesz mi opowiedzieć coś więcej o tych T'lan Imassach?
- Uklękli przed śmiertelnikiem. W samym środku bitwy odwrócili się
plecami do nieprzyjaciela. Nie mam o nich nic więcej do powiedzenia.
- A mimo to postanowiliście podążyć za Onosem Toolanem.
- Jego nie było wśród nich. Stanął sam przed Srebrną Lisicą, jako worek
martwych kości, i zażądał...
Draconus pochylił się gwałtownie, omal nie wpadając w ognisko.
- "Worek martwych kości"? T'lan... Tellann! Otchłani na dole! - Zerwał
się, strasząc Ralatę jeszcze bardziej, i zaczął spacerować w kółko.
Ralata odnosiła wrażenie, że pochwa na jego plecach krwawi czernią, od
której bolały ją oczy.
- Co za suka - warknął cicho. - Ty podła występna jędzo!
Ublala usłyszał jego gwałtowne słowa i pojawił się w słabym blasku
ogniska. Ogromną maczugę wspierał o ramię.
- Co takiego zrobiła, Draconusie? - Łypnął ze złością na Ralatę. - Czy
mam ją zabić? Jeśli jest wydła i podstępna... Co to właściwie znaczy
"zgwałcić"? Czy to ma coś wspólnego z seksem? Czy mogę...?
- Ublala - przerwał mu Draconus. - Nie mówiłem o Ralacie.
Teblor rozejrzał się wkoło.
- Nie widzę tu nikogo innego, Draconusie. Czy się gdzieś ukrywa?
Kimkolwiek jest, nienawidzę jej, chyba że jest ładna. A jest? Jeśli są
ładne, mogą nawet być wredne.
Wojownik gapił się na Teblora.
- Lepiej okryj się futrem, Ublala, i połóż się spać. Ja pierwszy stanę
na warcie.
- Dobra. I tak nie byłem zmęczony.
Odwrócił się i ruszył ku swemu posłaniu.
- Uważaj z tymi przekleństwami - wysyczała Ralata, wstając. - Co będzie,
jeśli najpierw uderzy, a potem będzie pytał?
Draconus zerknął na nią.
- T'lan Imassowie byli martwiakami.
Skinęła głową.
- Nadal ich nie uwolniła?
- Srebrna Lisica? Nie. Chyba ją o to prosili, ale nie.
Zachwiał się, odwrócił od niej i opadł powoli na jedno kolano, kierując
twarz w przeciwną stronę. Ta pozycja mogła wyrażać trwogę albo żałobę,
nie była pewna którą z nich. Zbita z tropu Ralata postąpiła krok ku
niemu, ale potem się zatrzymała. Mówił coś, ale nie znała tego języka.
Ochrypłym głosem powtarzał raz po raz jedną frazę.
- Draconus?
Jego ramiona się zatrzęsły, a potem usłyszała śmiech, grobowy i pozbawiony wesołości.
- A ja myślałem, że moja kara trwała długo. Ten Onos Toolan... czy teraz
naprawdę nie żyje? - zapytał, nie unosząc głowy.
- Tak powiedziała Sekara.
- To znaczy, że wreszcie odnalazł spokój.
- Wątpię w to - odrzekła.
Odwrócił się i spojrzał na nią.
- Dlaczego tak mówisz?
- Zabili jego żonę. I dzieci. Gdybym była na jego miejscu, nawet śmierć
nie powstrzymałaby mnie przed wywarciem zemsty.
Zaczerpnął tchu, a potem zatrzymał powietrze w płucach, jak na haczyku,
i znowu się odwrócił.
Pochwa krwawiła ciemnością jak otwarta rana.
Och, jakże pragnę zdobyć ten miecz.
* * *
Pragnienia i potrzeby mogły umierać z głodu, tak samo jak miłość.
Wszelkie wspaniałe gesty honoru i niezłomnej wierności nie miały
znaczenia, jeśli ich jedynymi świadkami były trawa, wiatr i puste niebo.
Mappo miał wrażenie, że jego szlachetne cnoty zwiędły jak pnącza, a w ogrodzie jego duszy, tak ongiś bujnym, martwe konary stukają o kamienne
mury.
Co się stało z jego obietnicą? Z przysięgami, które składał w młodości,
tak bardzo poważny i nieustępliwy, pełen nadziei, jak przystało
barczystemu wojownikowi, jakim był? Czuł narastający w piersi strach,
twardy jak guz wielkości pięści. Uciskał mu boleśnie żebra, ale Trell
żył z tym bólem już tak długo, że stał się on jego częścią, blizną
znacznie większą od rany, którą zakryła.
Tak oto słowa stają się ciałem. Tak nasze kości przeradzają się w rusztowanie pokuty, mięśnie drżą pod śliską od potu skórą, a głowa opada
bezwładnie. Widzę cię, Mappo. Pogodziłeś się z porażką i wyglądasz
żałośnie.
Odebrali ci go, jak błyskotkę skradzioną z twojej sakiewki. Ta kradzież
cię zabolała. Nadal cię boli. Wypełnia cię wściekłość, jakbyś padł
ofiarą gwałtu. To duma i oburzenie, prawda? To one są znakami na twej
wojennej chorągwi, wyrażającej żądzę zemsty. Spójrz na siebie, Mappo.
Powtarzasz teraz argumenty tyranów i zbaczasz ze swej ścieżki.
Ale pragnę go odzyskać. Chcę, by znowu mi towarzyszył. Przysiągłem go
bronić, nawet za cenę życia. Jak można mi to odebrać? Czy nie słyszycie
rozpaczliwego zawodzenia w moim sercu? W tej czeluści nie ma światła. Ze
wszystkich stron zaciskają się wokół mnie ściany. Nie czuję niczego poza
bruzdami, jakie pozostawiły w nich moje palce.
Zielony blask padający na spustoszoną krainę był w jego oczach niezdrowy
i nienaturalny. W porównaniu z tym złowrogim wtargnięciem strzaskanie
księżyca wydawało się niemal drobiazgiem.
Ale światy zdrowieją, a my nie.
W nocnym powietrzu unosiła się woń stęchlizny, jakby gdzieś w oddali
gniły porzucone trupy.
Na tym pustkowiu było tak wiele śmierci. Nie rozumiem tego. Czy wszyscy
zginęli od miecza Icariuma? Padli ofiarą jego gniewu? Z pewnością bym to
wyczuł, ale tu ziemia ledwie oddycha, jak staruszka leżąca na łożu
śmierci, która może tylko drżeć, słysząc dobiegające z dali dźwięki.
Pioruny i ciemność na niebie.
- Trwa wojna.
Mappo zadrżał. Milczeli tak długo, że niemal zapomniał o obecności
towarzyszącego mu Zrzędy.
- Co wiesz na ten temat? - zapytał, odrywając wzrok od horyzontu na
wschodzie.
Strażnik karawanowy o wytatuowanych na skórze pręgach wzruszył
ramionami.
- A co mam wiedzieć? Niezliczone ofiary. Rzeź, od której do ust
podchodzi mi ślinka, a sierść się jeży. Nawet w mroku widzę trwogę na
twojej twarzy, Trellu. Podzielam to uczucie. Wojna jest tym, czym zawsze
była i zawsze będzie. Cóż więcej można powiedzieć?
- Pragniesz włączyć się do walki?
- Sny mówią mi co innego.
Mappo obejrzał się, spoglądając na obóz. Na sylwetki ich śpiących
towarzyszy oraz bardziej regularne wzniesienie świeżo usypanego kurhanu.
Na wyschniętą postać Kartografa siedzącego na kamieniach oraz
sfatygowanego wilka leżącego u jego stóp. Dwa konie, porozrzucane na
ziemi bagaże oraz zapasy. Nad wszystkim unosiła się aura śmierci i smutku.
- Jeśli trwa tu wojna, kto na niej korzysta? - zapytał, znowu
spoglądając na Zrzędę.
Mężczyzna poruszył ramionami w typowy dla niego sposób. Mappo wiedział
już, że ów gest oznacza, że Śmiertelny Miecz Trake'a próbuje zrzucić z siebie brzemię, którego nikt poza nim nie widzi.
- Ciągle to samo pytanie. Jakby odpowiedzi na nie cokolwiek znaczyły. A przecież nie znaczą nic. Żołnierzy pędzi się w żelazną paszczę, ziemia
zmienia się w krwawe błoto, ktoś stojący na pobliskim wzgórzu unosi
pięść w triumfalnym geście, a ktoś inny ucieka z pola bitwy na białym
koniu.
- Założę się, że Trake nie jest zbyt zadowolony z poglądów swego
wybranego wojownika.
- Załóż się też o to, jak mało mnie to obchodzi, Mappo. Jest
jednopochwyconym tygrysem, a takie bestie nie lubią towarzystwa.
Dlaczego miałby oczekiwać czegoś innego? Jesteśmy samotnymi łowcami.
Jaką wojnę moglibyśmy odnaleźć? Na tym właśnie polega ironia tej
sytuacji. Tygrys Lata jest zmuszony polować na idealną wojnę, ale nigdy
nie zdoła jej odszukać. Spójrz, jak uderza gniewnie ogonem.
Nie, to rozumiem. Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwe oblicze wojny, lepiej
przyjrzyj się rozwartym paszczom wilków.
- Setoc - wyszeptał.
- Jestem pewien, że jej też się coś śni - stwierdził Zrzęda.
- Tradycyjne wojny planuje się zimą, gdy ze wszystkich stron otaczają
nas ściany i mamy za dużo wolnego czasu - rzekł Mappo. - Baronowie snują
posępne rozmyślania, królowie knują spiski, łupieżcy planują trasę
przejścia przez pogranicze. Wilki zimą wyją. Ale gdy nadchodzi zmiana
pór roku, wraz z latem wybucha gwałtowność mieczy i włóczni. Gwałtowność
tygrysa. - Wzruszył ramionami. - Nie widzę tu konfliktu. Ty i Setoc
uzupełniacie się nawzajem, podobnie jak powiązani z wami bogowie.
- To nie jest takie proste, Trellu. Zimne żelazo należy do wilków. Trake
jest gorącym żelazem, a moim zdaniem to fatalna skaza. Och, w krwawym
boju radzimy sobie świetnie, ale w końcu trzeba zadać sobie pytanie,
dlaczego, w imię Kaptura, w ogóle wpakowaliśmy się w tę kabałę. Dlatego
że nie potrafimy myśleć.
W głosie Zrzędy wesołość mieszała się z goryczą.
- A więc twoje sny wypełniają niespokojne wizje, Śmiertelny Mieczu?
- Nikt nie pamięta miłych chwil, prawda? Tak, są niespokojne. Po dżungli
krążą starzy, dawno nieżyjący przyjaciele. Wędrują zagubieni, szukając
po omacku drogi. Poruszają ustami, ale nie dociera do mnie żaden dźwięk.
Widzę w tych snach panterę, moją towarzyszkę łowów. Wypruto jej
wnętrzności. Krwawi i dyszy płytko pod wpływem szoku, a jej oczy
wypełnia tępy ból.
- Wypruto jej wnętrzności?
- To był dziczy kieł.
- Fener?
- Wśród bogów wojny nie miał sobie równych. Gwałtownością nie ustępował
żadnemu tygrysowi, a sprytem żadnemu stadu wilków. Gdy Fener władał,
klęczeliśmy przed nim, pochylając głowy.
- Twoja towarzyszka umiera?
- Umiera? Być może. Widzę ją i gniew wypełnia mi oczy szkarłatnym
strumieniem. Wypruto jej wnętrzności, zgwałcono ją i ktoś za to zapłaci.
Ktoś za to zapłaci.
Mappo milczał.
Zgwałcono?
Zrzęda wydał z siebie warknięcie godne jego boskiego patrona. Włoski na
karku Trella zjeżyły się na ten dźwięk.
- Rankiem opuszczę tę grupę - oznajmił.
- Zmierzasz na pole bitwy.
- Jestem przekonany, że nikt z was nie musi go oglądać. On tam był.
Czuję go. Jego moc. Odnajdę jego trop. Mam taką nadzieję. A ty, Zrzęda?
Dokąd ich prowadzisz?
- Na wschód. Nieco na południe od twojej ścieżki. Ale nie chciałbym zbyt
długo wędrować w towarzystwie wilków. Setoc mówi o dziecku w mieście z lodu...
- Z kryształu. - Mappo zamknął na chwilę oczy. - Kryształowe miasto.
- Skarbunia Naparstek wierzy, że znajdzie tam moc, coś, co pozwoli jej
doprowadzić udziałowców do domu. Mają cel, ale on nie jest moim celem.
- Czy szukasz swojej towarzyszki? Na wschód stąd nie ma dżungli, chyba
że na samym wybrzeżu.
Zrzęda poderwał się nagle.
- Dżungli? Nie. Myślisz zbyt dosłownie, Mappo. Szukam miejsca u jej
boku, by przyłączyć się do bitwy. Jeśli mnie tam nie będzie,
rzeczywiście czeka ją śmierć. Tak mi mówią dręczące mnie duchy. Nie
wystarczy, jeśli przybędę za późno, ujrzę ranę w jej oczach i zrozumiem,
że pozostało mi jedynie pomścić to, co jej uczyniono. To nie wystarczy,
Trellu. Nie może wystarczyć.
Ranę w jej oczach... Czy robisz to wszystko z miłości? Śmiertelny Mieczu,
czy bolą cię żebra? Czy to jej wizja cię prześladuje, kimkolwiek mogła
być, czy po prostu Trake podsuwa ci skruszone mięso? To nie wystarczy,
jeśli przybędzie się za późno. Och, wiem o tym doskonale.
Wykorzystanie.
Gwałt.
A teraz pora zadać najmroczniejsze pytanie: Kto na tym korzysta?
* * *
Blada kuliła się pod futrem. Czuła się tak, jakby wleczono ją za wozem
przez kilka dobrych mil. Nic nie mogło być gorsze od pękniętych żeber.
No cóż, gdyby usiadła i zorientowała się, że ma na kolanach własną
odciętą głowę, to byłoby gorsze.
Ale zapewne bezbolesne. Nie tak jak to. Ten okropny ból, tysiąc
rozmaitych ukłuć rywalizujących ze sobą o moją uwagę, aż wreszcie
wszystko robi się białe, potem czerwone, następnie fioletowe, aż
wreszcie nadchodzi błogosławiona czerń. Gdzie się podziała? Czekałam na
nią całą noc.
O zmierzchu Setoc podeszła do niej i oznajmiła, że rankiem Trell ich
opuści. Nie sposób było odgadnąć, skąd o tym wiedziała, jako że Mappo
nie miał ochoty gadać z nikim poza Zrzędą, będącym jednym z tych ludzi,
z którymi stanowczo za łatwo jest rozmawiać. To pewnie jego zapach
zachęcał do zwierzeń, albo coś w tym rodzaju. Kaptur wiedział, że miała
ochotę...
Nadszedł spazm. Stłumiła westchnienie, przeczekała atak, a potem
ponownie spróbowała zmienić pozycję. Żadna z nich nie była jednak
wygodniejsza od innych. Chodziło raczej o czas. Dwadzieścia oddechów
spoczywania na tym boku, a potem piętnaście na drugim. Leżenie na wznak
nie wchodziło w grę. Nigdy dotąd nie podejrzewała, że ciężar cycków może
jej uniemożliwiać oddychanie. Gdy próbowała położyć ręce na ziemi,
miękkie futro zaciskało się wokół niej z siłą imadła. Nie sposób było
tego znieść. Gdy nadszedł świt, miała ochotę urwać komuś głowę.
- Zrzęda również nas opuści - poinformowała ją Setoc. - Jeszcze nie w tej chwili. Ale nie zostanie z nami. Nie może.
Dziewczynka miała dar do słów. Zbierała dobre wieści niczym monety w prywatnym skarbcu. Może trawy szeptały jej do uszu, gdy spała tak
cholernie spokojnie. A może to były świerszcze. Tylko ich posłuchaj...
Nie, to trzeszczało jej w kręgosłupie. Powstrzymała jęk.
Wkrótce zostaną tylko udziałowcy, barbarzyńca zwany Nurtem, trójka
bachorów i sama Setoc. Blada nie liczyła Kartografa, wilka ani koni.
Właściwie bez powodu, nawet jeśli tylko konie były żywe.
Nie liczę ich i tyle.
Zostaną jedynie oni, a kto wśród nich był wystarczająco twardy, by
powstrzymać następny atak skrzydlatej jaszczurki? Nurt? Był bardzo młody
i miał oczy spłoszonego zająca.
Został nam tylko jeden Pień. To fatalnie. Biedny chłopak cierpi.
Zawrzyjmy umowę. Nie chcemy już grzebać więcej przyjaciół, dobra?
Skarbunia Naparstek była jednak nieustępliwa. Na wschodzie czekała naga
moc, a ona była przekonana, że potrafi coś z nią zdziałać. Otworzyć
grotę i zwiać stąd do Kaptura.
Nie mam zamiaru się sprzeciwiać. Nie chciałabym tego robić. Nasza
Skarbunia to słodka dziewuszka. Nawet jeśli żałuje, że nie może już
podpuszczać dwóch braci, stanie się dzięki temu ostrożniejsza, a to jej
wyjdzie na korzyść.
Cudownie by było zabawić się ze Zrzędą. Ale to by mnie zabiło. Poza tym
mam teraz blizny. Jestem asymetryczna, ha, ha. Kto by pragnął dziwoląga?
Chyba że z litości. Myśl rozsądnie. Nie wzdrygaj się przed
konsekwencjami. Skończyły się czasy, gdy wystarczyło skinąć palcem, by
zaznać przyjemności. Znajdź sobie jakieś inne hobby, kobieto. Może
tkactwo. Albo ubijanie masła. Czy to jest hobby? Chyba nie.
Nie zdołasz tego przespać. Pogódź się z tą myślą. Miną miesiące, nim
będziesz się mogła nocą porządnie... wyspać. Albo co innego.
- Zrzęda myśli, że Trell szuka miejsca, by umrzeć. Nie chce, żebyśmy
zginęli razem z nim.
To było bardzo miłe, Setoc. Serdeczne dzięki.
- W Kryształowym Mieście jest dziecko... strzeż się chwili, gdy otworzy
oczy.
Posłuchaj, kochanie, maleństwu trzeba podetrzeć tyłek. Bliźniaczki
udają, że nic nie czują, ale smród robi się trochę nieprzyjemny, prawda?
Weź tę garść trawy.
Życie w karecie było znacznie lepsze. Dostarczali przesyłki i tyle.
Blada chrząknęła, a potem wzdrygnęła się z bólu.
Bogowie, kobieto, jesteś totalnie szalona.
Niech mi się przyśni karczma. Tłoczna i pełna dymu. Idealny stolik.
Wszyscy przy nim siedzimy, żeby się uspokoić. Quell człapie do kibla.
Pnie robią do siebie miny, a potem się śmieją. Reccanto złamał sobie
kciuk i próbuje go nastawić. Glanno nie widzi barmana. Ani nawet
stolika. Najsłodsza Udręka wygląda jak tłusta kotka ze szczurzym ogonem
sterczącym z pyska.
Przynoszą kolejny dzbanek. Reccanto unosi wzrok i pyta:
- Kto za to płaci?
Blada uniosła ostrożnie rękę i otarła policzki.
Błogosławiona czerni, jesteś tak daleko.
* * *
Gdy nadszedł przedświt, Nurt otworzył oczy. Pod jego czaszką nadal
kłębiły się echa przemocy. To był jakiś sen, ale pamięć o jego
szczegółach już zanikała. Usiadł, mrugając. Pod koc z wełny rodary
zakradł się zimny powiew, dotykający kropelek potu na jego piersi.
Chłopak spojrzał na konie. Stały spokojnie pogrążone w drzemce.
Dostrzegał w półmroku nieruchome sylwetki towarzyszy.
Odrzucił koc i wstał. Na wschodzie bladła już zielonkawa poświata.
Wojownik podszedł do swego wierzchowca, przywitał go cichym szeptem i położył dłoń na ciepłej szyi zwierzęcia. Opowieści o miastach i imperiach, o gazie palącym się błękitnym płomieniem, o tajemnych drogach
wiodących przez świat, niedostrzegalnych dla jego oczu, wszystko to
podekscytowało go i wytrąciło z równowagi, choć nie był pewien dlaczego.
Wiedział, że Toc pochodził z podobnego imperium, położonego daleko za
oceanem, a jego jedyne oko oglądało sceny, jakich Nurt nie potrafił
sobie nawet wyobrazić. Teraz jednak Awl widział wokół siebie znajomy
krajobraz, co prawda bardziej pagórkowaty od Awl'danu, lecz równie
otwarty i bezkresny. Niezmierzona ziemia pod ogromnym niebem. Czegóż
więcej mógł pragnąć uczciwy człowiek? Oczy mogły sięgać w dal, a umysł
podążał za ich przykładem. Wystarczająco wiele miejsca na wszystko.
Namiot albo jurta jako nocne schronienie, pierścień kamieni okalający
ognisko i para buchająca z grzbietów stad, gdy powoli wstawał świt.
Tęsknił za takim widokiem, za porankiem takim jak te, które znał od
zawsze. Psy podnoszące się z legowisk na trawie, cichy płacz głodnego
niemowlęcia dobiegający z którejś z jurt, woń dymu z budzących się
ognisk.
Dopadł go nagły przypływ emocji. Nurt stłumił łkanie.
Wszystko to zginęło. Dlaczego jeszcze żyję? Dlaczego trzymam się tej
ciężkiej doli, tej pustej egzystencji? Gdy ktoś jest ostatni, nie ma
powodu, by żyć dalej. Wszystkie wodze przecięto, a krew płynie i płynie
bez końca.
Czerwona Masko, zamordowałeś nas wszystkich.
Czy bliscy czekali na niego w świecie duchów? Pragnął w to uwierzyć.
Gdyby tylko jego wiary nie zdeptały buty letheryjskich żołnierzy... Gdyby
duchy Awli były silniejsze, takie, jak zapewniali szamani... Wtedy byśmy
nie zginęli. Nie przegrali. Nigdy byśmy nie upadli.
Jeśli jednak ich duchy w ogóle istniały, były słabe, nic nie wiedziały i nie potrafiły się oprzeć zmianom. Balansowały na cięciwie łuku, a gdy
sznurek pękł, ich świat zginął na zawsze.
Setoc również się obudziła. Wstała i przeczesała włosy palcami. Nurt
otarł oczy, zwrócił się z powrotem ku koniowi i wsparł czoło o gładką
sierść na jego szyi.
Czuję cię, przyjacielu. Ty nie kwestionujesz sensu swego życia. Jesteś w jego środku i nie znasz innego miejsca, niczego, co jest na zewnątrz.
Jakże ci zazdroszczę.
Dziewczynka podeszła do niego. Słyszał jej powolny oddech i chrzęst
kamieni pod stopami. Zatrzymała się na lewo od wojownika i pogłaskała
konia po miękkim miejscu między nozdrzami, by mógł poznać jej zapach.
- Nurt - wyszeptała. - Kto tam jest?
Młodzieniec chrząknął.
- Twoje wilcze duchy są rozdarte, prawda? Między ciekawością, strachem...
- Czują zapach śmierci. A jednocześnie mocy. Bardzo wielkiej mocy.
Skóra, której dotykał czołem, zrobiła się wilgotna od potu.
- Mówi, że jest rzucającą kości. Szamanką. Czarownicą. Nazywa się Olar
Ethil i w jej ciele nie płonie ogień życia.
- Zjawia się przed świtem, już trzeci dzień z rzędu. Ale się nie zbliża.
Ukrywa się jak zając, a gdy wreszcie przybędzie światło słońca, znika.
Jak pył.
- Jak pył - zgodził się Nurt.
- Czego chce?
Odsunął się od konia, potarł czoło grzbietem nadgarstka i odwrócił
wzrok.
- Niczego dobrego, Setoc.
Dziewczynka milczała przez chwilę, stojąc u jego boku szczelnie
opatulona futrem.
- W obu dłoniach trzyma węże, ale one się śmieją - oznajmiła wreszcie z drżeniem.
Telorast. Serwatka. To one tańczą w moich snach.
- One również nie żyją. Wszystkie trzy są martwe, Setoc, ale nadal
głodne... czegoś. - Wzruszył ramionami. - Wszyscy jesteśmy tu zagubieni.
Czuję to jak zgniliznę w kościach.
- Opowiedziałam Zrzędzie o swych wizjach. O wilkach i o tronie, którego
strzegą. Wiesz, o co mnie zapytał?
Nurt pokręcił głową.
- Czy widziałam, żeby obsikały ten tron.
Parsknął śmiechem, ale ów dźwięk wstrząsnął nim w niespodziewany sposób.
Kiedy ostatnio się śmiałem? Duchy na dole.
- Tak właśnie znaczą terytorium - ciągnęła z ironią w głosie
dziewczynka. - Biorą coś w posiadanie. Byłam wstrząśnięta, ale szybko mi
przeszło. W końcu to zwierzęta. Czemu właściwie oddajemy cześć pod ich
postacią?
- Ja już nie czczę nikogo, Setoc.
- Zrzęda mówi, że cześć to po prostu kapitulacja przed tym, na co nie
mamy wpływu. Twierdzi, że pociecha, jaką w niej znajdujemy, jest
fałszywa, ponieważ w walce o przetrwanie nie ma nic pocieszającego. Nie
klęka przed nikim, nawet przed swym Tygrysem Lata, który odważyłby się
go przymusić. - Zawahała się. - Będzie mi go brak - dodała z westchnieniem.
- Zamierza nas opuścić?
- Tysiąc osób może śnić o wojnie, ale każdy z tych snów jest inny.
Wkrótce odejdzie i Mappo również. Chłopiec będzie płakał.
Dwa konie spłoszyły się nagle, potykając się na spętanych nogach. Nurt
okrążył je i skrzywił się ze złością.
- Dzisiaj zając jest śmielszy - warknął.
* * *
Skarbunia Naparstek stłumiła krzyk i wyrwała się ze snu z westchnieniem.
Wzdłuż jej nerwów biegły płomienie. Odkopnęła narzutę i wstała.
Nurt i Setoc stali przy koniach, spoglądając na północ. Ktoś się
zbliżał. Ziemia pod jej stopami drżała, jakby tuż pod powierzchnią
przebiegały drobne fale. Starając się uspokoić szybki oddech, Skarbunia
ruszyła ku wojownikowi i dziewczynce. Musiała się pochylać, jakby
walczyła z niewidzialnym prądem. Wtem usłyszała za sobą ciężkie kroki.
Odwróciła się. To byli Zrzęda i Mappo.
- Uważaj, Skarbunia - ostrzegł ją Śmiertelny Miecz Trake'a. - W starciu
z nią...
Potrząsnął głową. Pręgi wytatuowane na jego skórze uwidaczniały się
coraz silniej. W oczach nie było śladu człowieczeństwa. Jeszcze nie
wyjął kordelasów.
Skarbunia zerknęła na Trella, ale jego twarz niczego nie wyrażała.
Nie zabiłam Juli. To nie była moja wina.
Odwróciła się i ruszyła przed siebie.
Szła ku nim zwiędła starucha spowita w wężowe skóry. Gdy się zbliżyła,
Skarbunia zauważyła, że szeroka twarz nieznajomej jest zmumifikowanym
obliczem trupa, a oczodoły są puste. Zrzęda syknął jak kot.
- T'lan Imass. Nie ma broni. To znaczy, że jest rzucającą kości.
Skarbunia, nie próbuj z nią targów. Zaoferuje ci moc w zamian za to,
czego pragnie. Nie zgadzaj się.
- Musimy wrócić do domu - odparła przez zaciśnięte zęby.
- Nie w ten sposób.
Potrząsnęła głową.
Starucha zatrzymała się w odległości dziesięciu kroków. Ku zaskoczeniu
Skarbuni to Nurt przemówił pierwszy.
- Zostaw ich, Olar Ethil.
Uniosła głowę. Kosmyki jej włosów unosiły się na wietrze jak pajęcze
nici.
- Jest tylko jeden, wojowniku. To nie twoja sprawa. Przyszłam po swego
kuzyna.
- Po kogo? Czarownico, tu nie ma...
- Nie dostaniesz go - warknął Zrzęda, wysuwając się przed Nurta.
- Nie mieszaj się do tego, kociaku - ostrzegła go Olar Ethil. - Spójrz
na swego boga i zobacz, jak kuli się trwożnie przede mną. - Wskazała
sękatym palcem na Mappa. - A ty, Trellu, to nie twoja walka. Usuń się na
bok, a powiem ci wszystko, co potrzebujesz wiedzieć o tym, którego
szukasz.
Mappo zachwiał się, krzywiąc twarz w grymasie bólu, a potem się cofnął.
Skarbunia westchnęła głośno.
- Kim jest ten twój kuzyn, czarownico? - zapytała Setoc.
- Ma na imię Absi.
- Absi? Nie ma tu...
- Chłopiec - warknęła Olar Ethil. - Syn Onosa Toolana. Przyprowadźcie
go.
Zrzęda wyciągnął kordelasy.
- Nie bądź głupcem! - warknęła rzucająca kości. - Twój własny bóg cię
powstrzyma. Treach nie pozwoli ci oddać życia z tak błahego powodu.
Chcesz zmienić postać? Nie uda ci się. Zabiję cię, Śmiertelny Mieczu.
Nie wątp w to. Chłopiec. Przyprowadźcie go do mnie.
Wszyscy już się obudzili. Skarbunia odwróciła się i zobaczyła, że Absi
stoi między bliźniaczkami, szeroko otwierając błyszczące oczy. Baaljagg
zbliżał się powoli do Setoc, pochylając potężny łeb. Amby Pień trzymał
się blisko kurhanu brata, zamknięty w sobie i milczący. Jego jeszcze
niedawno młoda twarz postarzała się, a miłość, jaką miał kiedyś w oczach, zniknęła bez śladu. Kartograf stał z jedną nogą w węgielkach
ogniska, gapiąc się na coś, co widział na wschodzie - być może na
wschodzące słońce - a Najsłodsza Udręka pomagała podnieść się Bladej.
Muszę spróbować ją uzdrowić. Pokażę Amby'emu, że nie zawsze ponoszę
porażkę. Mogłabym... Nie, myśl o tym, co jest przed nami! Bez oporów dała
Mappowi to, czego pragnął. Targuje się szybko i mówi prawdę.
Skarbunia Naparstek spojrzała na rzucającą kości.
- Prastara, my, udziałowcy Trygalle, jesteśmy uwięzieni na tym
pustkowiu. Nie mam mocy potrzebnej, by zabrać nas do domu.
- Nie staniesz mi na drodze, jeśli pobłogosławię cię tym, czego
potrzebujesz? - Olar Ethil skinęła głową. - Zgoda. Przyprowadź dziecko.
- Nawet o tym nie myśl - ostrzegł ją Zrzęda. Skarbunia stanęła jak wryta
na widok błysku w jego nieludzkich oczach. Pręgi na nagich ramionach
mężczyzny zamazały się na moment, a potem odzyskały ostrość.
- Chłopiec jest mój, kociaku, ponieważ jego ojciec należy do mnie -
oznajmiła rzucająca kości. - Pierwszy Miecz znowu mi służy. Czy naprawdę
chcesz mi przeszkodzić w zwróceniu syna ojcu?
Stavi i Storii podbiegły bliżej.
- Ojciec żyje? Gdzie jest? - zapytały chórem.
Zrzęda powstrzymał je, opuszczając kordelas.
- Zaczekajcie chwileczkę. Coś tu nie gra. Zaczekajcie, błagam. Pilnujcie
brata. - Spojrzał na Olar Ethil. - Jeśli jego ojciec ci służy, to gdzie
jest teraz?
- Niedaleko.
- W takim razie przyprowadź go tu - zażądał Zrzęda. - Niech sam odbierze
swoje dzieci.
- Córki nie są z jego krwi - odparła Olar Ethil. - Nie są mi potrzebne.
- Tobie? A co z Onosem Toolanem?
- Oddajcie mi je więc. Zajmę się nimi.
Nurt odwrócił się błyskawicznie.
- To znaczy, że poderżnie im gardła, Zrzęda.
- Tego nie powiedziałam, wojowniku - zaprzeczyła rzucająca kości. -
Zajmę się całą trójką. To moja propozycja.
Baaljagg skradał się powoli do Olar Ethil. Skinęła do niego.
- Błogosławiony ay, witam i zapraszam do swej komp...
Potężna bestia rzuciła się do ataku, zaciskając straszliwe zęby na
prawym barku rzucającej kości. Ay odwrócił się gwałtownie, unosząc Olar
Ethil nad ziemię. Paski gadziej skóry, kościane fetysze i muszelki
zawirowały w powietrzu, pękając z trzaskiem. Olbrzymi wilk nie zwalniał
uścisku. Znowu wzniósł się na tylne łapy, z całej siły uderzając Olar
Ethil o ziemię. Kości pękły w jego paszczy. Ciało wyrywało się słabo,
jak ogłuszona zwierzyna.
Baaljagg wypuścił z uścisku zmiażdżony bark i zacisnął zęby na czaszce.
Potem znowu uniósł Olar Ethil nad ziemię.
Wtem jej lewa ręka uderzyła go w gardło, przebiła wyschniętą skórę i zacisnęła się na kręgosłupie w tej samej chwili, gdy wilk cisnął
rzucającą kości w górę. Impet wzmocnił siłę jej szarpnięcia. Rozległ się
nagły przeraźliwy trzask. Fragment kręgosłupa wyrwał się z ciała ay
zamknięty w kościstej dłoni czarownicy.
Olar Ethil wylądowała nieopodal z głośnym stukotem kości.
Baaljagg zwalił się na ziemię. Jego głowa zwisała bezwładnie jak kamień
w worku.
Absi zawył rozpaczliwie.
Rzucająca kości wstała. Zrzęda podszedł do niej, unosząc dwa kordelasy.
Na jego widok odrzuciła kręgosłup na bok i zaczęła zmieniać postać.
Gdy do niej dobiegł, była tylko zamazaną plamą, stojącą na progu
zamienienia się w coś wielkiego. Uderzył w miejsce, gdzie przed chwilą
była jej głowa. Dzwonowa rękojeść kordelasa stuknęła w coś mocno. Proces
zmiany kształtu zatrzymał się raptownie. Olar Ethil zatoczyła się do
tyłu, jej twarz zapadła się do wewnątrz. Czarownica zwaliła się na
plecy.
- Pluję na tygrysiego boga - oznajmił Zrzęda, stając nad nią. - Niech
Kaptur porwie twoją głupią zmiennokształtność i moją też! - Klingi
brzęknęły o siebie. Zrzęda skrzyżował je pod żuchwą czarownicy na
kształt litery X. - Posłuchaj, rzucająca kości. Wiem, że nawet kości
T'lan Imassów pękają, gdy uderzyć je wystarczająco mocno!
- Żaden śmiertelnik...
- Szczam na to. Zostawię cię w kawałkach, rozumiesz? W kawałkach. Jak to
się robi? Głowa w niszy? Na palu? W rozgałęzieniu drzewa? Tu nie ma
drzew, czarownico, ale łatwo będzie o dziurę w ziemi.
- To dziecko należy do mnie.
- Nie zechce mieć z tobą nic wspólnego.
- A dlaczego?
- Przed chwilą zabiłaś jego psa.
Skarbunia Naparstek pobiegła ku nim. Twarz miała rozgorączkowaną, kolana
się pod nią uginały.
- Rzucająca kości...
- Rozważam możliwość wycofania swych propozycji - oznajmiła Olar Ethil.
- Wszystkich. A teraz, Śmiertelny Mieczu, czy zabierzesz tę broń i pozwolisz mi wstać?
- Jeszcze nie podjąłem decyzji.
- Co mam ci obiecać? Że zostawię Absiego pod twoją opieką? Czy będziesz
bronił jego życia, Śmiertelny Mieczu?
Skarbunia zauważyła, że Zrzęda się zawahał.
- Przyszłam dobić targu z wami wszystkimi - ciągnęła Olar Ethil. - W dobrej wierze. Nieumarły ay był niewolnikiem starożytnych wspomnień,
prastarych zdrad. Nie mam żalu do żadnego z was. Śmiertelny Mieczu,
spójrz na swych przyjaciół. Kto z nich jest w stanie zaopiekować się
dziećmi? Ty tego nie zrobisz. Trell czeka tylko na to, by szept moich
słów wypełnił jego czaszkę. Potem was opuści. Wojownik Awli to jeszcze
szczeniak, a do tego bezczelny. Pomiot Jhaga Boleada ma złamaną duszę.
Pragnę przyprowadzić Onosowi Toolanowi jego dzieci...
- On jest T'lan Imassem, prawda?
Rzucająca kości milczała.
- Tylko tak mogłabyś go zmusić, by ci służył - ciągnął Zrzęda. - Zginął,
jak mówiły jego córki, a ty go wskrzesiłaś. Czy chłopca potraktujesz tak
samo? Ofiarujesz mu dar swego śmiercionośnego dotyku?
- Z pewnością nie! On musi żyć.
- A dlaczego?
- Dlatego że jest nadzieją mojego ludu, Śmiertelny Mieczu - odparła po
chwili wahania. - Potrzebuję go dla swej armii i dla Pierwszego Miecza,
który nią dowodzi. To dziecko, Absi, stanie się ich sprawą, ich powodem
do walki.
Zrzęda pobladł nagle.
- Dziecko będzie ich sprawą?
- Ich chorągwią, tak. Nie rozumiesz tego. Nie potrafię pochwycić jego
gniewu... to znaczy Pierwszego Miecza. Jest mroczny, jak bestia spuszczona
z łańcucha, lewiatan. Nie może go uwolnić, nie w ten sposób. Na sny
Pożogi, Śmiertelny Mieczu, pozwól mi wstać!
Zrzęda cofnął kordelasy i postąpił chwiejny krok do tyłu. Mamrotał coś
pod nosem. Skarbunia Naparstek zrozumiała tylko kilka słów w języku
daru.
- Chorągiew... tunika dziecka, czy to ona? Kolor... na początku była
czerwona, a pod koniec... czarna.
Olar Ethil podniosła się z wysiłkiem. Jej twarzy nie dało się rozpoznać.
Zamieniła się w masę wgniecionych kości i poszarpanej skóry. Kły
Baaljagga pozostawiły głębokie białe bruzdy na skroniach i u podstawy
żuchwy po obu stronach. Bark był zdruzgotany, a ręka zwisała bezwładnie.
Zrzęda cofnął się jeszcze dalej. Setoc wydała z siebie pełen bólu krzyk.
- Czy przekonała was wszystkich? Nikt nie będzie go bronił? Proszę!
Proszę!
Bliźniaczki płakały. Absi klęczał przy zmumifikowanym ciele Baaljagga,
zawodząc w dziwnej kadencji.
Kartograf podszedł do chłopca z głośnym stukotem kości. Z jego
poczerniałej od ognia stopy buchały smużki dymu.
- Każcie mu przestać. Niech ktoś każe mu przestać.
Skarbunia zmarszczyła brwi, ale cała reszta ignorowała prośby martwiaka.
O co mu chodziło?
Spojrzała na Olar Ethil.
- Rzucająca kości...
- Idź na wschód, kobieto. Tam znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz.
Dotknęłam twojej duszy i uczyniłam z ciebie mahybe, naczynie, które
czeka. Na wschód.
Skarbunia Naparstek skrzyżowała ręce na piersiach i zamknęła na chwilę
oczy. Miała ochotę spojrzeć na Bladą i Najsłodszą, by ujrzeć satysfakcję
i ulgę w ich oczach. Pragnęła to zrobić, ale wiedziała, że nie zobaczy
niczego w tym rodzaju. Nie u tych dwóch. W końcu były kobietami, a tu
oddawano troje dzieci. Przekazywano je w ręce martwiaka.
Z czasem mi podziękują. Gdy wspomnienie tej chwili zblednie i wszyscy
wrócimy bezpiecznie do domu.
Nie wszyscy. Ale cóż mogę na to poradzić?
Setoc i Nurt byli wszystkim, co stało między Olar Ethil a trojgiem
dzieci. Po twarzy dziewczynki spływały łzy, a wojownik Awli wyglądał jak
człowiek czekający na egzekucję. Wyciągnął szablę, ale w jego oczach
Skarbunia nie widziała nadziei. Młodzieniec był jedynym spośród
obecnych, który się nie odwrócił.
Niech cię szlag, Setoc, czy pozwolisz, by ten odważny chłopak zginął?
- Nie zdołasz jej powstrzymać - oznajmiła dziewczynce Skarbunia. - Z pewnością to rozumiesz. Nurt, powiedz jej.
- Ostatnie dzieci Awli oddałem Barghastom - odparł młodzieniec. - A teraz wszystkie nie żyją. Nie ma ich.
Potrząsnął głową.
- Czy te dzieci zdołasz ochronić skuteczniej? - zapytała Skarbunia.
To było tak, jakby uderzyła go w twarz. Odwrócił wzrok.
- Oddawanie dzieci to jedyne, co mi wychodzi. - Schował broń i złapał
Setoc za ramię. - Chodź ze mną. Porozmawiamy gdzieś, gdzie nikt nas nie
usłyszy.
Dziewczynka przeszyła wojownika szalonym spojrzeniem. Spróbowała się
wyrywać, ale nagle oklapła w jego uścisku.
Skarbunia śledziła go wzrokiem, gdy odprowadzał ją na bok.
Złamał się jak cienka gałązka. Czy jesteś z siebie dumna?
Ale ścieżka wreszcie się otworzyła.
Olar Ethil podeszła do klęczącego chłopca urywanym krokiem, jakim
przedtem się nie poruszała. Towarzyszyły temu zgrzyt i stukanie stawów.
Wyciągnęła ocalałą rękę i złapała za kołnierz barghasckiej tuniki.
Uniosła go na nogi i przyjrzała się jego twarzy. On również na nią
patrzył. Jego oczy były suche i pozbawione wyrazu. Rzucająca kości
chrząknęła.
- Na Otchłań, faktycznie jesteś synem swego ojca.
Odwróciła się i ruszyła na północ, wlokąc za sobą dziecko. Po chwili
bliźniaczki podążyły za nią.
Traceniu wszystkiego nie ma końca, prawda? Ono trwa i trwa. Ich matka,
ich ojciec, ich lud. Nie, one nie będą patrzeć za siebie.
Dlaczego miałyby to robić? Zawiedliśmy je. Przyszła i zniszczyła nas,
przekupiła jak cesarzowa rzucająca garść monet. I to właśnie je od nas
kupiła. Je i nasze odwrócone twarze. To było łatwe, ponieważ jesteśmy
tym, kim jesteśmy.
Mahybe? Cóż to takiego, w imię Kaptura?
* * *
Mappo opuścił obóz z sercem pełnym trwogi. Porzucił wszystkich, zostawił
za sobą ten straszliwy świt. Starał się powstrzymać przed przejściem w bieg, jakby to mogło mu w czymkolwiek pomóc. Zresztą, nawet jeśli go
obserwowali, ich sumienia również były zbrukane. Czy ta myśl go
pocieszała? A czy powinna?
Jesteśmy jedynie tym, czego potrzebujemy. Pokazała nam nasze prawdziwe
twarze, które ukrywamy przed sobą i przed innymi. Zawstydziła nas,
odsłaniając skrywaną prawdę.
Starał się pamiętać o swym celu, o tym, czego wymagała od niego
przysięga, o przerażających uczynkach, do jakich go popchnęła.
Icarium żyje. Pamiętaj. Skup się na tym fakcie. Czeka na mnie. Odnajdę
go. Wszystko znowu będzie jak dawniej. Nasz mały świat, zamknięty i nieprzenikniony dla wszystkiego, co jest na zewnątrz. Świat, w którym
nikt nie rzuci nam wyzwania, nikt nie będzie podawał w wątpliwość
naszych czynów ani odrażających decyzji, jakie podjęliśmy.
Oddajcie mi ten świat, proszę. Błagam.
Najbliższe mojemu sercu kłamstwa - ukradła mi je wszystkie. Widzieli to.
Setoc, drodzy bogowie, świadomość zdrady w twojej twarzy!
Odnajdę go. Będę go bronił przed światem. I świat przed nim. A siebie
będę bronił przed całą resztą. Przed zranionymi spojrzeniami i złamanymi
sercami. Wszyscy zwaliście to moim poświęceniem, łamiącą serca
lojalnością. Na Ścieżce Dłoni zaparłem wam dech w piersiach.
Rzucająca kości, ukradłaś moje kłamstwa. I spójrz na mnie teraz.
Wiedział, że jego przodkowie są bardzo daleko. Ich kości obróciły się w pył w komorach ukrytych pod wzgórzami usypanymi z ziemi i kamieni.
Wiedział też, że wyrzekł się ich już dawno temu.
Dlaczego więc wciąż słyszę ich wycie?
Zasłonił uszy dłońmi, ale to nic nie pomogło. Wycie trwało bez końca.
Nagle poczuł się mały na tej ogromnej bezkresnej równinie. Miał
wrażenie, że kurczy się z każdym krokiem.
Moje serce. Mój honor... kurczą się, więdną... z każdym krokiem. To tylko
dziecko. Oni wszyscy są dziećmi. Spał w ramionach Zrzędy. Dziewczynki
trzymały Setoc za ręce i śpiewały piosenki.
Czyż obrona dzieci i opieka nad nimi nie są niezbywalnymi obowiązkami
dorosłych?
Nie jestem taki jak kiedyś. Co uczyniłem?
Wspomnienia. Przeszłość. Wszystko to jest bardzo bliskie mojemu sercu.
Pragnę to odzyskać. Odzyskać to wszystko. Odnajdę cię, Icariumie.
Proszę, ocal mnie.
* * *
Nurt wspiął się na siodło. Spojrzał w oczy Setoc i skinął głową.
Widział strach i zwątpienie w jej twarzy. Żałował, że nie potrafi jej
powiedzieć nic więcej. Zużył już jednak wszystkie słowa. Czy nie
wystarczy, że to robi? To pytanie zabrzmiało tak śmiało w jego umyśle,
było tak pewne przekonania o własnej słuszności, że omal nie roześmiał
się w głos. Nie mógł jednak postąpić inaczej. Musiał spróbować.
- Będę ich bronił. Obiecuję.
- Nie jesteś im nic winien - odparła, oplatając się ramionami z taką
gwałtownością, że bał się, że pękną jej żebra. - Nie ty miałeś się nimi
opiekować, tylko ja. Dlaczego to robisz?
- Znałem Toca.
- Tak.
- Zadałem sobie pytanie, jak on by postąpił. Oto moja odpowiedź, Setoc.
Po jej twarzy spływały łzy. Zaciskała mocno usta, jakby, mówiąc, mogła
wypuścić z siebie żal, wyjącego demona, którego nigdy już nie poskromi
ani nie zakuje w łańcuchy.
- Raz już zostawiłem dzieci na śmierć - ciągnął Nurt. - Zawiodłem Toca.
Ale tym razem... - Wzruszył ramionami. - Mam nadzieję, że spiszę się
lepiej. Poza tym ona mnie zna. Może mnie wykorzystać, robiła to już
przedtem. - Spojrzał na pozostałych. Wszyscy byli spakowani, a Blada i Najsłodsza Udręka nawet ruszyły w drogę, jak dwie złamane uciekinierki.
Skarbunia Naparstek podążała kilka kroków za nimi, niczym dziecko,
niepewne, czy jest mile widziane w ich towarzystwie. Amby szedł sam,
nieco na prawo od nich. Miał tępy wzrok, a jego krok był chwiejny i niepewny. Zrzęda zamienił kilka słów z Kartografem, który znowu usiadł
na kurhanie Juli, a potem również ruszył naprzód, garbiąc się, jakby
dręczył go ból w trzewiach. Martwiak najwyraźniej postanowił tu zostać.
Połączył się w całość tylko po to, by zaraz się rozpaść. - Setoc, twoje
wilcze duchy boją się jej.
- Są przerażone.
- Nie mogłabyś nic zdziałać.
- Czy to ma mi pomóc? - zapytała z błyskiem w oczach. - Takie słowa
tylko wykopują głębokie dziury i zapraszają nas, byśmy do nich skoczyli.
Odwrócił wzrok.
- Przepraszam.
- Jedź za nimi.
Ujął wodze, zawrócił wierzchowca i ścisnął jego boki piętami.
Czy to również przewidziałaś, Olar Ethil? Ciekawe, z jak wielkim
zadowoleniem mnie przywitasz?
Ciesz się swoją chwilą, bo ona nie będzie trwała wiecznie. Nie, jeśli
będę miał coś do powiedzenia w tej sprawie. Nie martw się, Toc, nie
zapomniałem. Zrobię to dla ciebie albo zginę.
Pędził galopem przez pustkowia, aż wreszcie ujrzał rzucającą kości i troje towarzyszących jej dzieci. Gdy bliźniaczki się odwróciły i krzyknęły z ulgi, omal nie pękło mu serce.
* * *
Setoc odprowadzała spojrzeniem młodego wojownika Awli i zobaczyła, że
doścignął Olar Ethil. Wymieniono kilka słów, a potem wszyscy ruszyli
razem naprzód. Po chwili zasłoniły ich zwodnicze wzniesienia pokrywające
pustkowia. Dziewczynka odwróciła się i spojrzała na Kartografa.
- Chłopiec płakał z żalu za zabitym psem. Kazałeś mu przestać. Dlaczego?
Co ci w tym przeszkadzało?
- Jak to możliwe, że najsłabszy z nas jest jedynym, który jest gotowy
poświęcić życie dla tych dzieci? - zaczął martwiak, wstając i podchodząc
bliżej. - Nie chcę cię zranić swymi słowami, Setoc. Po prostu próbuję
zrozumieć. - Przechylił wysuszoną głowę, kierując na dziewczynkę puste
oczodoły. - Może chodzi o to, że ma najmniej do stracenia?
Postąpił jeszcze kilka chwiejnych kroków i zatrzymał się nad ciałem ay.
- Jasne - warknęła. - Jak sam zauważyłeś, może stracić tylko życie.
Kartograf oderwał spojrzenie od trupa Baaljagga.
- A on nie miał nawet tego.
- Wracaj do świata umarłych, dobra? Jestem pewna, że tam wszystko
wygląda znacznie prościej. Nie będziesz się musiał martwić tym, co
kombinują żałośni śmiertelnicy, tacy jak my.
- Jestem znawcą map, Setoc. Wysłuchaj moich słów. Nie zdołacie przejść
przez Szklaną Pustynię. Gdy dotrzecie do jej granic, skręćcie na
południe, do południowego Elanu. Tam nie jest wiele lepiej, ale powinno
wystarczyć, by przynajmniej dać wam szansę.
Powinno wystarczyć czego? Żywności? Wody? Nadziei?
- Zostaniesz tu? Dlaczego?
- Do tego miejsca... - Kartograf zatoczył krąg ręką - ...świat umarłych już
przybył. Tutaj wy jesteście nieproszonymi gośćmi.
Nagle wstrząśnięta, zaniepokojona czymś niewytłumaczalnym, Setoc
potrząsnęła głową.
- Zrzęda mówił, że towarzyszyłeś im prawie od samego początku. A teraz
chcesz się po prostu zatrzymać. Tutaj?
- Czy wszyscy musimy mieć jakiś cel? - zapytał Kartograf. - Kiedyś go
miałem, ale to już się skończyło. - Odwrócił głowę, spoglądając na
północ. - Wasze towarzystwo było... godne podziwu. Ale zapomniałem. -
Przerwał. Chciała go zapytać, o czym zapomniał, gdy dodał: - Że wszystko
się łamie.
- Tak - wyszeptała, tak cicho, że nie mógł tego usłyszeć. Wyciągnęła
rękę i uniosła swój tobołek. Potem się wyprostowała i ruszyła w drogę.
Po chwili zatrzymała się i obejrzała na niego. - Kartograf, co ci
powiedział Zrzęda przy kurhanie?
- Że przeszłość jest demonem, którym nie wstrząśnie nawet śmierć.
- A co to miało znaczyć?
Martwiak wzruszył ramionami, nie odrywając spojrzenia od truchła
Baaljagga.
- Odpowiedziałem mu, że znalazłem w swych snach żywych i oni nie czują
się dobrze.
Odwróciła się i ruszyła przed siebie.
* * *
Towarzyszyły jej małe tornada, obłoki pyłu tańczące po obu stronach
drogi. Masan Gilani wiedziała wszystko na ten temat. Słyszała stare
opowieści o kampanii w Siedmiu Miastach, o tym, jak T'lan Imassowie
Logrosa potrafili po prostu znikać, obracać się w pył unoszący się na
wietrze albo spływający z nurtem jakiejś rzeki. To było dla nich łatwe.
U końca drogi wyłaniali się z ziemi i nawet nie oddychali ciężko.
Prychnęła pogardliwie. Oddychali, też coś.
Rankiem jej koń nie chciał ruszyć w drogę. Za mało wody, za mało paszy,
nie srał ani nie szczał przez całą dobę. Podejrzewała, że zwierzę nie
wytrzyma już długo, chyba że jej towarzysze potrafią wyczarować źródło i stertę siana albo parę worków owsa. Czy umieli robić tego rodzaju
rzeczy? Nie miała pojęcia.
- Myśl poważnie, kobieto. Wyglądali, jakby przetoczył się po nich śpiący
smok. Gdyby potrafili wyczarować różne rzeczy z niczego, z pewnością już
by to zrobili. - Ona również była głodna i spragniona. Jeśli okaże się
to konieczne, poderżnie wierzchowcowi gardło i nasyci się, aż eksploduje
jej brzuch. - Zapomnij o tym, dobra? Dziękuję.
Już niedaleko. Według jej obliczeń, przed południem powinna odszukać
ślad Łowców Kości, a o zmierzchu ich dogonić. Tak wielka armia nie mogła
maszerować zbyt szybko. Mieli ze sobą tyle zapasów, że wystarczyłoby ich
dla sporego miasteczka na pół roku. Spojrzała na północ. Ostatnio
zdarzało się jej to dość często. Ten impuls nie powinien być dla niej
niespodzianką. Nie każdego dnia zdarzało się, by góra wyrosła na
pustkowiu przez jedną dobę. I cóż za burza towarzyszyła jej powstaniu!
Miała ochotę splunąć w bok raz albo dwa, by ironicznie skomentować ów
cud, wolała jednak oszczędzać ślinę.
- Zachowaj trochę w gardle dla twarzy Kaptura - zwykła mawiać jej matka.
Bogowie, błogosławcie tę grubą szaloną krowę. Gdy nadszedł jej dzień, z pewnością sprawiła obdartemu żniwiarzowi kąpiel z bąbelkami i umyła mu
włosy strumieniem czarnej cuchnącej flegmy płynącej z jaskini jej ust. Z grubymi kobietami lepiej nie zaczynać, prawda? Zwłaszcza gdy
przekroczyły już czterdziestkę albo pięćdziesiątkę i wszystkie ich
poglądy stwardniały na kamień o krawędziach tak ostrych, że potrafiły
wytoczyć krew jednym spojrzeniem albo szyderczym uśmiechem.
Jej matka poruszała się jak drzewo. Ów widok przyprawiał Masan o szok. W końcu drzewa nie chodzą za często - przynajmniej gdy człowiek jest
trzeźwy - podobnie jak ziemia się nie trzęsie, chyba że Pożoga się
niepokoi albo mężczyzna okazał się nadspodziewanie dobry (a jak często
się to zdarzało?). Wyglądała majestatycznie, jak grom o północy. Dla
takich kobiet śmierć była tłoczną komnatą, ale gdy tylko gdzieś weszła,
tłumy zawsze się rozstępowały na widok cudu.
Masan Gilani otarła twarz. Nie została już na niej ani kropla potu. To
była zła wiadomość, zwłaszcza tak wczesnym rankiem.
- Chciałam być dorosła, mamo. Pragnęłam dożyć późnej starości.
Pięćdziesięciu lat, tak jest. Pięć dekad wypełnionych utyskiwaniem,
porubstwem i budzeniem grozy. Chciałam wyglądać majestatycznie. Mieć
grom w oczach i w głosie, a także osiągnąć wielką niepowstrzymaną masę.
To niesprawiedliwe, że muszę tu uschnąć. Dal Honie, czy za mną tęsknisz?
Tego dnia, gdy znowu postawię stopę na trawiastej murawie i odpędzę
pierwszy rój much od ust, nozdrzy oraz oczu, świat wróci do normy. Nie
pozwól, bym tu umarła, Dal Honie. To by było niesprawiedliwe.
Kaszlnęła i spojrzała przed siebie. Nie wyglądało to zbyt ładnie. Dwa
wzniesienia i dolina między nimi. Dziury w ziemi. Kratery? Na zboczach
coś się roiło. Zamrugała, zastanawiając się, czy to tylko wytwór
wyobraźni. Pragnienie potrafiło paskudnie zamieszać w głowie. Faktycznie
coś się tam roiło. Szczury? Nie.
- Ortheny.
Pole bitwy. Zauważyła błysk ogryzionych kości oraz wzgórza popiołu na
dalekich wzgórzach, z pewnością pozostałość po stosach. Wiedziała, że
palenie poległych to rozsądny zwyczaj. Ograniczało ryzyko zarazy.
Trąciła konia nogą, pobudzając go do ciężkiego galopu.
- Wiem, wiem. Tylko kawałek, słodziutki.
Obłoczki pyłu pomknęły ku górującemu nad doliną wzniesieniu, zostawiając
ją z tyłu.
Masan Gilani podążyła za nimi. Zatrzymała się na szczycie wzgórza i spojrzała na zaściełające dolinę szczątki, a potem na szerokie szańce na
przeciwległym wniesieniu, za którymi wznosiły się sterty nadpalonych
kości. Strach wnikał powoli w jej kości, przeganiając z nich żar.
Niezwiązani T'lan Imassowie pojawili się w nierównym szeregu na prawo od
niej. Oni również patrzyli na pobojowisko. Ich nagła materializacja po
tak wielu dniach spędzonych pod postacią pyłu dziwnie pocieszyła Masan
Gilani. Do tej pory miała za towarzystwo jedynie wierzchowca.
- Ale i tak żadnego z was nie pocałuję - oznajmiła.
Głowy zwróciły się ku niej.
Nikt się nie odezwał.
Dzięki za to Kapturowi.
- Mój koń wkrótce padnie - oznajmiła. - A to, co się tu wydarzyło,
spotkało moich Łowców Kości i nie wygląda to ładnie. Dlatego, jeśli
macie dla mnie jakieś dobre wieści albo, bogowie na dole, jakieś
wyjaśnienia, naprawdę mogłabym was pocałować - dodała, łypiąc spode łba
na pięciu martwiaków.
- Możemy zaradzić trudnościom twojego konia, człowieku - zapewnił
wojownik imieniem Beroke.
- To świetnie - odrzekła, zsuwając się z siodła. - Zajmijcie się tym.
Odrobina wody i coś do przegryzienia dla mnie również by nie
zaszkodziło. Dowiedzcie się, że nie chcę już więcej jeść orthenów. Kto
właściwie uznał, że skrzyżowanie jaszczurki ze szczurem to dobry pomysł?
Z szeregu wysunął się inny T'lan Imass. Kobieta nie pamiętała jego
imienia, był jednak większy od pozostałych i sprawiał wrażenie
zmontowanego z części ciał trzech albo czterech różnych osobników.
- K'Chain Nah'ruk - oznajmił. - Bitwa i uczta.
- Uczta?
Stworzenie wskazało na odległe wzniesienia.
- Poćwiartowali zabitych wrogów i karmili się nimi.
- To kanibale? - zapytała z drżeniem Masan Gilani.
- Nah'ruk nie są ludźmi.
- A co to za różnica? Dla mnie to kanibalizm. Tylko białoskórzy
barbarzyńcy z Gór Fennów upadają tak nisko, że jedzą mięso innych ludów.
Tak przynajmniej słyszałam.
- Nie dokończyli ucztowania - dodał przerośnięty T'lan Imass.
- Nie rozumiem.
- Widzisz tę nowo narodzoną górę na wschodzie?
- Nie - wycedziła. - W ogóle jej nie zauważyłam.
Wszyscy znowu na nią spojrzeli.
- Ehe, góra - rzekła z westchnieniem Masan. - I burza.
- To była kolejna bitwa - wyjaśnił Beroke. - Narodziła się Azath. Płynie
stąd wniosek, że Nah'ruk ponieśli klęskę.
- Tak? Uderzyliśmy na nich po raz drugi? To dobrze.
- To byli K'Chain Che'Malle - wyjaśnił Beroke. - Wojna domowa, Masan
Gilani. - Wojownik wyciągnął krzywą rękę. - Wasza armia... Nie sądzę, by
wszyscy zginęli. Głównodowodząca...
- Tavore ocalała?
- Jej miecz żyje.
Jej miecz? Aha, otataral.
- Czy mogę was wysłać przodem, żebyście znaleźli ślad, jeśli istnieje?
- Thenik ruszy na zwiady - odparł Beroke. - To ryzykowne. Obcy nie
przywitają nas miło.
- Nie potrafię pojąć dlaczego.
Raz jeszcze obrzucili ją przeciągłym spojrzeniem.
- Jeśli wrogowie odnajdą nas przed naszym ostatecznym wskrzeszeniem,
wszystko, co pragniemy osiągnąć, przepadnie - odezwał się po chwili
Beroke.
- Osiągnąć? A co właściwie pragniecie osiągnąć?
- Wolność dla naszego pana oczywiście.
Miała ochotę zadać jeszcze kilka pytań, ale postanowiła tego nie robić.
Bogowie na dole, to nie was miałam odnaleźć, prawda? Ale z drugiej
strony wy nas szukaliście. Sinter, szkoda, że cię tu nie ma. Na pewno
potrafiłabyś mi wyjaśnić, o co w tym chodzi. Mam jednak złe przeczucia.
Waszego pana? Nie, lepiej mi nie mówcie.
- W porządku. Opuśćmy to miejsce, a potem nakarmcie nas, jak
obiecaliście. Ale niech to będzie porządne jedzenie, dobra? Jestem
cywilizowaną kobietą. Dalhonką z Imperium Malazańskiego. Sam cesarz też
pochodził z Dal Hon.
- Masan Gilani, nic nie wiemy o imperium, o którym mówisz... - Wojownik
T'lan Imassów przerwał na chwilę. - Ale ten, który był kiedyś jego
cesarzem... jego poznaliśmy.
- Naprawdę? Przed jego śmiercią czy po niej?
Piątka martwiaków spojrzała na nią po raz kolejny.
- Masan Gilani, czy ta kwestia ma jakieś znaczenie? - zapytał Beroke.
Zamrugała i pokręciła głową.
- Pewnie żadnego.
- Masan Gilani? - odezwał się inny T'lan Imass.
- Słucham?
- Wasz dawny cesarz?
- Co z nim?
- Czy był kłamcą?
Podrapała się po głowie, a potem wzięła w ręce wodze i skoczyła na
siodło.
- To zależy.
- Od czego?
- Od tego, czy wierzy się we wszystkie kłamstwa, jakie o nim opowiadano.
A teraz ruszajmy stąd, zjedzmy coś i napijmy się, a potem odnajdźmy
miecz Tavore. Jeśli Oponn się do nas uśmiechną, okaże się, że przyboczna
nadal trzyma go w dłoni.
Ku zdumieniu Masan piątka Imassów pokłoniła się jej. Potem wszyscy
zamienili się w pył i odlecieli.
- I gdzie jest w tym godność? - zadała sobie pytanie. Potem spojrzała na
pełne orthenów pobojowisko.
A gdzie jest godność w czymkolwiek, kobieto?
Na razie zatrzymajmy wszystko wewnątrz. Nie wiesz, co się tu wydarzyło.
Niczego nie możesz być pewna. Jeszcze nie. Trzymaj się.
W tym można znaleźć mnóstwo godności. Mama świetnie o tym wiedziała.
* * *
Woń palonej trawy. Wilgoć pod jednym policzkiem, zimne powietrze na
drugim, odległy głos sprężyka. Światło słońca przenikające przez
zaciśnięte powieki. W powietrzu unosił się pył, wnikający mu w płuca, a potem opuszczający je z wydechem. Na ziemi obok leżały fragmenty jego
ciała. Oddzielne. Takie przynajmniej odnosił wrażenie. Niemniej taka
myśl wydawała się niewiarygodna, odrzucił więc świadectwo zmysłów.
Myśli - z zadowoleniem się przekonał, że jeszcze je ma. To był
zasługujący na uwagę triumf. Gdyby tylko zdołał połączyć w całość te
fragmenty, których nie było. To jednak mogło zaczekać. Najpierw musi
odzyskać wspomnienia.
Babcia. A przynajmniej jakaś staruszka. Nieuzasadnione założenia były
niebezpieczne. To mogło być jedno z jej powiedzeń. A co z rodzicami? No
właśnie. Przypomnij sobie, to nie może być takie trudne. Jego rodzice.
Nie byli zbyt bystrzy. Ich tępota miała w sobie coś dziwnego. Zawsze
zadawał sobie pytanie, czy mają w sobie coś więcej. No bo przecież
musieli mieć, prawda? Skrywane zainteresowania, dziwaczne pasje. Czy
matkę naprawdę tak fascynowała kwestia, w co się dzisiaj ubrała wdowa
Trzeciaczka? Czy do tego ograniczało się jej zainteresowanie światem?
Ich biedna sąsiadka miała tylko dwie tuniki i jedną sięgającą kostek
szatę, do tego wytartą, jak przystało kobiecie, której mąż był
zmumifikowanym trupem spoczywającym w piaskach Siedmiu Miast. Śmiertelna
zapomoga raczej nie wystarczała na życie, prawda? A ten staruszek z końca ulicy, który próbował się do niej zalecać, po prostu wyszedł z wprawy. Nie warto marnować na niego drwiących uśmiechów, mamo. Stara
się, jak może. Marzy o szczęśliwszym życiu, o tym, że zdoła coś obudzić
w smutnych oczach wdowy.
Świat bez nadziei jest pusty.
A jeśli nawet ojciec miał zwyczaj kręcić się bezproduktywnie, gwiżdżąc
bez końca pod nosem jakąś melodię, a od czasu do czasu zatrzymywał się,
gdy nasunęła mu się jakaś myśl, zaskoczony albo wręcz totalnie zdumiony
jej istnieniem, no cóż, człowiek w zaawansowanym wieku miał o czym
myśleć, czyż nie? Z pewnością robił takie wrażenie. A jeśli czasami
garbił się w tłumie, nie chcąc nikomu patrzeć w oczy, no cóż, na świecie
pełno było mężczyzn, którzy zapomnieli, jak być mężczyznami. Albo może
nigdy się tego nie nauczyli. Czy to byli jego rodzice? Czy może rodzice
kogoś innego?
Kolejne objawienia spadały nań z łoskotem. Dwadzieścia, czterdzieści,
sześćdziesiąt, cała lawina. Ile miał lat? Piętnaście? Ulice Jakata nagle
stały się węższe w jego oczach, domy się skurczyły, a potężnie zbudowani
mężczyźni z sąsiedztwa zmienili się w chełpliwe karzełki o maleńkich
oczkach.
Gdzieś tam był cały inny świat.
Babciu, zauważyłem błysk w twoich oczach. Wytrzepałaś złoty dywan i rozwinęłaś go pod moimi młodzieńczymi stopami. Cały inny świat. Zwany
"nauką". Zwany "wiedzą". Zwany "magią".
Korzenie, larwy i kosmyki czyichś włosów, małe laleczki i marionetki o zabrudzonych twarzach z nici. Sieci z wnętrzności, zrzucone skóry
jaszczurek powiązane w pęczki, oskubane grzbiety wron. Znaki rysowane na
glinianym klepisku, kap, kap, pot skapujący z czoła. Błoto wymagało
wysiłku, smak piasku na języku pochodzący z oblizywanego rylca. Świece
migotały, a cienie pląsały jak szalone!
Babciu? Twój wspaniały chłopiec rozerwał się na strzępy. W jego ciało
wniknęły kły, i to jego własne, a potem już poszło. Gryzł, szarpał,
syczał z bólu i furii. Opadał z zasnutego dymem nieba. Potem znowu
wzbijał się w górę na nowych skrzydłach, a stawy mu skrzypiały.
Szybujący koszmar.
Po czymś takim nie sposób wrócić. Nie sposób.
Dotknąłem własnego nieczułego ciała. Leżało pogrzebane pod innymi. W dół spłynęło mnóstwo krwi. Spoczywałem zamarynowany w niej. Mam na myśli
to ciało. Kiedyś było moje. Nie da się wrócić, nie do czegoś takiego.
Martwe kończyny się przesuwały, twarze się odwracały, udając, że
spoglądają na mnie, ale nie byłem aż tak nieuprzejmy, by je przyciągać.
Nie ma powodu oskarżać mnie spojrzeniami pustych oczu. Jakiś głupiec
opada w dół i być może moja zakrwawiona skóra jest ciepła w dotyku, ale
całe to ciepło pochodzi od innych trupów.
Nie wrócę. Nie po czymś takim.
Ojcze, gdybyś tylko wiedział, co widziałem. Matko, gdybyś tylko
otworzyła swe serce i pobłogosławiła nieszczęsną wdowę z sąsiedztwa.
Wytłumaczcie to temu głupcowi, dobra? To był stos ciał. Zebrali nas na
kupę. Przyjacielu, nie powinieneś interweniować. Być może cię
zignorowali, choć nie mam pojęcia dlaczego. Twój dotyk był zimny,
bogowie, jak bardzo zimny!
Szczury podeszły bliżej. Chwytały fragmenty mnie w locie. W świecie,
gdzie każdy jest żołnierzem, tych, którzy są pod stopami, często się nie
zauważa, ale nawet mrówki walczą jak demony. Moje szczury. Trudziły się
ciężko, ich ciepłe ciała były jak gniazda.
Nie zdołały zebrać całości mnie. To było niemożliwe. Może i mnie z tego
wyciągnąłeś, ale byłem niekompletny.
A może nie. Babciu, ktoś przywiązał do mnie sznurki. Zrobił to, gdy
wszystko wokół nas się waliło. Do moich przeklętych przez Kaptura
szczurów. Och, Szybki, sprytny z ciebie skurwysyn. Bardzo sprytny.
Jestem tu w całości. A potem ktoś mnie wykopał i zabrał stamtąd.
Krótkoogonowi odwracali od czasu do czasu głowy i poruszali się nerwowo,
jakby mieli zamiar się sprzeciwić, ale nie robili tego.
Zabrał mnie stamtąd, rozpuszczając się po drodze.
Krótkoogonowi cały czas ćwiartowali ciała. Mieli zwyczaj kręcić się
bezproduktywnie, gwiżdżąc bez końca pod nosem jakąś melodię, a od czasu
do czasu zatrzymywali się, gdy nasunęła im się jakaś myśl, zaskoczeni
albo wręcz totalnie zdumieni jej istnieniem. Coś w tym rodzaju.
Zabrał mnie stamtąd, ale gdzie się podziali wszyscy?
Kawałki połączyły się wreszcie w całość i Flaszka otworzył oczy. Leżał
na ziemi. Słońce wisiało nisko nad horyzontem. Blisko twarzy miał żółtą
trawę pokrytą rosą. Pachniała niedawno minioną nocą. Ranek. Mag
westchnął i usiadł ostrożnie. Całe ciało go bolało. Spojrzał na
mężczyznę przykucniętego przy ognisku, w którym palił nawozem.
Jego dotyk był zimny. A potem się stopił.
- Kapitanie Ruthanie Gudd?
Mężczyzna zerknął na niego, skinął głową, a potem wrócił do
przeczesywania brody palcami.
- To chyba ptak.
- Słucham?
Wskazał bryłę przypalonego mięsa nadzianą na patyk nad ogniskiem.
- Po prostu wziął i spadł z nieba. Miał pióra, ale się spaliły. -
Potrząsnął głową. - Ale zęby też miał. Ptak. Jaszczurka. W obu dłoniach
równe garście słomy, jak mawiano na Wyspie Ciosu.
- Jesteśmy tu sami.
- Na razie. Nie oddaliliśmy się od nich zbytnio. Po pewnym czasie
zrobiłeś się ciężki.
- Niosłeś mnie, kapitanie? - Topniał. Kap, kap. - Jak długi odcinek?
Przez ile dni?
- Niosłem? Masz mnie za Toblakai? Nie, za tobą są włóki. Łatwiej jest
ciągnąć niż nieść. Trochę. Szkoda, że nie mamy psa. Kiedy byłem
dzieckiem... No cóż, powiedzmy, że żałowanie, że nie mam psa, nie było
wtedy dla mnie znajomym doświadczeniem, ale wczoraj tylko za jednego
byłbym gotowy poderżnąć gardło jakiemuś bogu.
- Mogę już chodzić, kapitanie.
- Ale czy dasz radę pociągnąć włóki?
Flaszka zmarszczył brwi i obejrzał się na ustrojstwo. Składało się z dwóch całych drzewc włóczni oraz kilku fragmentów, połączonych
poczerniałymi pasami skórzanej zbroi.
- Nie widzę na nich żadnego ładunku.
- Myślałem o sobie, żołnierzu.
- No cóż, mógłbym...
Ruthan uniósł rożen i pomachał nim w powietrzu.
- Żartowałem, żołnierzu. Ha, ha. Proszę, chyba już jest gotowy. Zadanie
kucharza polega na tym, by uczynić znajome nierozpoznawalnym, a w związku z tym możliwym do przełknięcia. Gdy narodziła się inteligencja,
pierwsze zadane przez nią pytanie brzmiało: "Czy to da się upiec?".
Spróbuj, na przykład, zjeść krowi pysk. Och, prawda, ludzie to robią.
Nieważne. Na pewno jesteś głodny.
Flaszka podszedł do kapitana. Ruthan zdjął ptaka z rożna, rozdarł na pół
i wręczył jedną część żołnierzowi.
Zjedli posiłek bez słowa.
W końcu Flaszka ogryzł i wypluł ostatnią kość, zlizał tłuszcz z palców,
westchnął i spojrzał na siedzącego naprzeciwko mężczyznę.
- Kapitanie, widziałem, jak padłeś pod atakiem pewnie ze stu
krótkoogonowych.
Ruthan podrapał się po brodzie.
- Ehe.
Flaszka odwrócił wzrok i spróbował raz jeszcze.
- Myślałem, że zginąłeś.
- Nie byli w stanie przebić zbroi, ale i tak mam mnóstwo siniaków.
Wbijali mnie w ziemię przez parę chwil, ale w końcu dali za wygraną. -
Skrzywił się. - Potrzebowałem sporo czasu, żeby się wygrzebać. Na polu
bitwy nie było już wtedy żadnych Łowców Kości ani naszych sojuszników,
pomijając ciała zbierane przez krótkoogonowych. Khundryli chyba wybili
do nogi. Nigdy nie widziałem tylu zabitych koni. Okopy padły.
Letheryjczycy zadali i ponieśli pewne straty, ale nie byłem w stanie
ocenić ich zakresu.
- Chyba część tego widziałem - przyznał mag.
- Ale ciebie wywęszyłem - oznajmił kapitan, nie patrząc mu w oczy.
- Jak?
- Wywęszyłem i już. Ledwie żyłeś, ale to wystarczyło. Wyciągnąłem cię ze
sterty.
- A oni po prostu się temu przyglądali.
- Naprawdę? Nie zauważyłem tego. - Wytarł dłonie o uda i wstał. -
Czujesz się na siłach ruszyć w drogę, żołnierzu?
- Chyba tak. Dokąd idziemy, kapitanie?
- Odnaleźć tych, którzy przeżyli.
- Ile dni minęło od bitwy?
- Pewnie ze cztery albo pięć.
- Kapitanie, czy jesteś Jeźdźcem Sztormu?
- Falą fenomenalną?
Flaszka zasępił się jeszcze bardziej.
- To też był żart - wyjaśnił Ruthan Gudd. - Weźmy wszystko z włók.
Znalazłem dla ciebie miecz i kilka innych rzeczy, które mogą się
przydać.
- To było nieporozumienie, prawda?
Kapitan obrzucił go spojrzeniem.
- Prędzej czy później wszystko się nim okazuje, żołnierzu.
* * *
Daleko w dole szalała spieniona nawałnica chaosu. Stanął na brzegu
przepaści i spojrzał w czeluść. Po jego prawej stronie skała unosiła się
lekko. To był koniec w miarę równej podstawy wzniesienia. Na drugim
końcu rysowała się Skała Andii, sękata czarna kolumna stercząca w górę
jak olbrzymi palec. Jej wyszczerbiony cień otaczała aureola białej
mgiełki.
Po chwili odwrócił się i przeszedł dwanaście kroków, zbliżając się do
pionowej skalnej ściany i do wylotu tunelu. Po jego bokach leżały
roztrzaskane, spadłe z góry głazy. Wdrapał się na najbliższą stertę i znalazł zakurzoną pelerynę przeciwdeszczową wetkniętą w szczelinę.
Wyciągnął ją, wsadził rękę głębiej i wydobył wystrzępiony tornister.
Zbutwiał tak bardzo, że szwy u podstawy puszczały. Mężczyzna wrócił
pośpiesznie na płaską powierzchnię, nim zawartość zdążyła się wysypać.
Monety brzęczały, a błyskotki stukały, sypiąc się na skałę. Dwa większe
przedmioty długości męskiego przedramienia owinięto w skórę, więc spadły
zupełnie bezgłośnie. Podniósł tylko te dwa. Jeden wetknął sobie za pas,
a drugi odwinął.
To było berło z czarnego, pozbawionego ozdób drewna, o obu końcach
okutych spatynowanym srebrem. Przyglądał mu się przez chwilę, a potem
podszedł do podstawy Skały Andii. Pogrzebał w torbie wiszącej u pasa,
wyjął z niej zasupłany pęk końskiego włosia i rzucił go sobie pod nogi.
Potem machnął zamaszyście berłem, kreśląc krąg nad czarną skałą, i odsunął się.
Po chwili oddech uwiązł mu w piersiach. Mężczyzna spojrzał w bok.
- Ach, Matko, to stara krew - rzekł przepraszającym tonem. - Nie przeczę
temu. Stara i rozcieńczona. - Zawahał się. - Powiedz Ojcu, że nie będę
przepraszał za swą decyzję. Dlaczego miałbym to robić? Nieważne. Obaj
spisaliśmy się najlepiej, jak mogłem. - Chrząknął z rozbawienia. -
Mogłabyś to samo powiedzieć o sobie.
Odwrócił się.
Ciemność przed nim skupiała się w coś materialnego. Mężczyzna przez
pewien czas przyglądał się temu bez słowa, mimo że jej obecność w półmroku była namacalna i ogromna.
- Jeśli pragnął ślepego posłuszeństwa, nie powinien zdejmować mi
łańcuchów. A ty, Matko, powinnaś sprawić, bym na zawsze pozostał
dzieckiem kryjącym się pod twoim skrzydłem. - Westchnął z lekką
nerwowością. - Nadal tu jesteśmy, ale przecież zrobiliśmy to, czego
oboje pragnęliście. Dorwaliśmy prawie wszystkich. Nie przewidzieliśmy
tylko tego, jak bardzo to nas zmieni. - Znowu obejrzał się przez ramię.
- Ale tak się stało.
Ciemna postać widoczna w kręgu otworzyła karmazynowe oczy. Kopyta
uderzyły o skałę niczym żelazne topory.
Złapał za czarną jak noc grzywę zjawy i wspiął się na jej grzbiet.
- Strzeż się swego dziecka, Matko. - Zawrócił konia, przejechał kilka
kroków skalną półką i wrócił do wylotu tunelu. - Spędziłem wśród nich
tyle czasu, że to, co mi dałaś, jest tylko cichutkim szeptem w mojej
duszy. Nie poświęcałaś ludziom zbyt wiele uwagi i teraz widzisz tego
skutki. Muszę ci jednak przyznać jedno. - Ponownie zawrócił konia. -
Teraz nasza kolej. Twój syn otworzył drogę. Jeśli zaś chodzi o jego
syna, no cóż, jeśli pragnie Berła, będzie musiał je sobie wziąć.
Ben Adaephon Delat mocniej zacisnął dłonie na końskiej grzywie.
- Wykonałaś swoje zadanie, Matko. Teraz niech Ojciec wykona swoje, jeśli
tego pragnie. Ale wszystko zależy od nas. Dlatego odsuń się i zasłoń
oczy, bo, przysięgam, że zapłoniemy jasno! Nie masz pojęcia, czego
potrafimy dokonać, jeśli przyprzeć nas do muru.
Wbił pięty w końskie boki. Stworzenie zerwało się do biegu.
Słodka zjawo, to może się okazać ryzykowne.
Koń dotarł do brzegu przepaści, skoczył w nią i opadł ku wirującej
nawałnicy.
Dysząca ciemnością obecność nie opuszczała ogromnej komnaty jeszcze
przez długi czas. Na czarnej skale błyszczały rozsypane monety i ozdóbki.
Potem rozległ się stukot laski uderzającej o kamień.
Rozdział trzeci
Rozdział trzeci
Czas już odejść w tę zimną noc -
Rozległ się głos tak mroźny,
Że obudziłem się porażony lękiem.
Słyszałem krzyki zapraszające mnie na niebo,
Ale ziemia nie zwalniała mnie z uścisku -
No cóż, to było dawno,
Ale w ten posępny poranek skrzydła
Obróciły się w cienie przycupnięte na moich ramionach,
A gwiazdy wydawały się bliższe niż kiedykolwiek dotąd.
Obawiam się, że zbliża się czas, gdy ruszę na poszukiwania
Tego głosu i dotrę na skraj.
Czas już odejść w tę zimną noc.
Powiedziano to tonem tak pełnym znużenia,
Że nie jestem w stanie wydobyć z tego nic wartościowego.
Jeśli sny o lataniu są ostatnią nadzieją na wolność,
W ostatnim tchnieniu będę się modlił o skrzydła.
Zimna noc
Beleager
Kajutę wypełniały gęste kłęby dymu. Wszystkie bulaje otwarto, ale
powietrze zamarło w bezruchu. Parny upał lizał odsłonięte ciała niczym
dręczony gorączką język. Felash, czternasta córka królowej Abrastal,
odchrząknęła, próbując przegnać uporczywe swędzenie w klatce piersiowej,
a potem wsparła głowę na miękkiej, choć brudnej i wilgotnej, poduszce.
Jej służka zabrała się do napełniania fajki wodnej.
- Jesteś pewna daty? - zapytała Felash.
- Tak, Wasza Wysokość.
- No cóż, przypuszczam, że powinnam być podekscytowana. Dożyłam
piętnastu lat. Niech chorągwie załopoczą na wietrze. Tyle że tu nie ma
żadnego wiatru. - Zamknęła na moment oczy, a potem zamrugała. - Czy to
była fala?
- Niczego nie poczułam, Wasza Wysokość.
- To upał najbardziej mi przeszkadza. Nie pozwala się skupić. Szepcze o śmiertelności, co prowadzi do apatii, a zarazem dziwnej niecierpliwości.
Zaczynam sobie powtarzać, że jeśli mam wkrótce umrzeć, niech to już się
stanie.
- To przez lekkie zapchanie nosa, Wasza Wysokość.
- A bóle w krzyżu?
- Brak ruchu.
- Suchość w gardle?
- Alergia.
- A wszystkie te inne bóle?
- Wasza Wysokość, czy są chwile, gdy wszystkie te objawy po prostu
znikają? - zapytała służka.
- Hmm. Podczas orgazmu. Albo gdy nagle, hmm, mam mnóstwo zajęć.
Służka obudziła fajkę wodną do życia i podała ustnik księżniczce.
Felash spojrzała na srebrny przedmiot.
- Kiedy zaczęłam to palić? - zapytała.
- Rdzawy liść, Wasza Wysokość? Miałaś sześć lat.
- A właściwie dlaczego?
- O ile dobrze sobie przypominam, alternatywą było ogryzienie paznokci
aż do kości, Wasza Wysokość.
- Ach tak, dziecinne nawyki. Dzięki bogom, już się z nich wyleczyłam.
Myślisz, że mogę się ośmielić wyjść na pokład? Przysięgam, że przed
chwilą poczułam falę. To skłania do optymizmu.
- Sytuacja jest bardzo groźna, Wasza Wysokość - oznajmiła służka. -
Załoga zmęczyła się już pompowaniem, a nadal mamy paskudny przechył.
Nigdzie nie widać lądu i nie ma ani śladu wiatru. Ryzyko zatonięcia jest
bardzo poważne.
- Nie miałyśmy wyboru, prawda?
- Kapitan i pierwszy oficer nie zgadzają się z tą opinią, Wasza
Wysokość. Straciliśmy wielu członków załogi, ledwie utrzymujemy się na
powierzchni...
- To wina Maela - warknęła Felash. - Nigdy nie widziałam u skurczybyka
takiego głodu.
- Wasza Wysokość, nigdy jeszcze nie zawierałyśmy takiej umowy z pradawnym bogiem...
- I nigdy więcej tego nie zrobimy! Ale matka usłyszała, prawda?
Usłyszała. Jak można twierdzić, że to nie było warte ofiar?
Służka nie odpowiedziała ani słowem. Siedziała tylko w kontemplacyjnej
pozie.
Felash przymrużyła powieki, przyglądając się z uwagą starszej ko=biecie.
- Świetnie. Opinie się różnią. Czy chłodniejsze głowy w końcu
przeważyły?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, Wasza Wysokość. Czy mam...?
- Nie. Jak już mówiłam, przyda mi się trochę ruchu. Wybierz dla mnie
odpowiedni strój, coś giętkiego i wyzywającego, jak przystoi mojej nowo
osiągniętej dojrzałości. Piętnaście lat! Bogowie, to już z górki!
* * *
Shurq Elalle zauważyła, że jej pierwszy oficer ma trudności z radzeniem
sobie na przechylonym pokładzie. Zapewne miał za mało zdrowych części
ciała, by zachować pewność siebie w tych warunkach. Niemniej, mimo swych
braków poruszał się całkiem żwawo, nawet jeśli przy każdym kroku
wzdrygał się i krzywił z bólu. Uporczywy ból nie był przyjemnym
doznaniem, zwłaszcza gdy towarzyszył komuś dzień po dniu, noc po nocy,
przy każdym cholernym oddechu.
- Podziwiam cię, Skorgen.
Wlazł na pokład rufowy i przyjrzał się jej z uwagą.
- Kapitanie?
- Wszystko to wywołuje u ciebie niewiele więcej niż grymas. Jestem
przekonana, że istnieje sporo różnych form odwagi, a większości z nich
ludzie z reguły nie zauważają. Nie zawsze chodzi o stawianie czoła
śmierci, prawda? Czasami trzeba stawiać czoło życiu.
- Skoro tak mówisz, kapitanie.
- Co masz mi do zameldowania? - zapytała.
- Toniemy.
No tak. Wyobrażała sobie, że przez pewien czas będzie się unosiła na
powierzchni, a potem opadnie powoli na dno, jak rozdęty worek wypełniony
mokrymi ziołami. Potem będzie musiała iść na piechotę. Ale w którą
stronę?
- Chyba na północ.
- Słucham, kapitanie?
- Pozgonna Wdzięczność z pewnością zasługuje na lepszy los. Przenieś
zapasy do szalup. Ile czasu nam zostało?
- Trudno mi to powiedzieć.
- Dlaczego?
Skorgen przymrużył powieki ocalałego oka.
- Chciałem powiedzieć, że wolałbym tego nie mówić. To przynosi pecha,
tak?
- Skorgen, czy powinnam spakować kufer?
- Zabierasz swój kufer? A czy utrzyma się na wodzie? No wiesz, jeśli
przywiążemy go za szalupą? Mamy tylko dwie zdatne do użytku, a i one są
trochę sfatygowane. Zostało nam dwudziestu dziewięciu ludzi z załogi
plus ty, ja i nasi goście. Dziesięć osób w szalupie i przy pierwszej
większej fali zaleje nas woda. Nie radzę sobie za dobrze z rachunkami,
ale chyba mamy ich trochę za mało. Część ludzi mogłaby się trzymać
łodzi, ale nie za długo, bo tu jest mnóstwo rekinów. Najlepsze
rozwiązanie to osiem osób na szalupę. Powinniśmy szybko zejść do tej
liczby, tyle że twój kufer, no wiesz, psuje mi kalkulację.
- Skorgen, czy pamiętasz, żebyś ładował mój kufer?
- Nie.
- To dlatego, że go nie mam. To była taka przenośnia.
- Ulżyło mi. Poza tym zapewne zabrakłoby ci czasu, żeby go spakować.
Ludzie mówią, że przy każdym oddechu możemy się wywrócić przez burtę.
- Niech mnie Zbłąkany, przyprowadź naszych gości na pokład!
Wskazał palcem za jej plecy.
- Ta szlachetnie urodzona już tu jest, kapitanie. Będzie się swobodnie
unosiła na wodzie, nie ma sprawy, aż do chwili...
- Opuszczaj szalupy i zwołaj załogę, Skorgen.
Odwróciła się i podeszła do księżniczki.
- Ach, kapitanie, naprawdę muszę...
- Nie ma czasu, Wasza Wysokość. Zabierz służkę i tyle ubrań, ile
będziesz potrzebowała, żeby nie zmarznąć. Statek wkrótce zatonie. Musimy
zejść do szalup.
Felash zamrugała ze zdziwieniem, rozglądając się wokół.
- To chyba przesada.
- Naprawdę?
- Tak. Mam wrażenie, że opuszczenie statku to jedna z ostatnich rzeczy,
jakie powinno się robić na morzu.
Shurq Elalle pokiwała głową.
- Zaiste, Wasza Wysokość. Zwłaszcza na morzu.
- Czy nie ma żadnej alternatywy? Panika nie jest w twoim stylu.
- A czy wyglądam na spanikowaną?
- Twoja załoga...
- W umiarkowanym stopniu, Wasza Wysokość, ponieważ brakuje nam miejsca
dla wszystkich, a to oznacza, że niektórzy z nich wkrótce zginą w paszczach rekinów. Jak rozumiem, to dość nieprzyjemna śmierć,
przynajmniej z początku.
- Ojej. I co możemy w tej sprawie zrobić?
- Chętnie wysłucham twych sugestii, Wasza Wysokość.
- Być może rytuał ocalenia...
- Słucham?
Felash poruszyła pulchnymi palcami.
- Oceńmy sytuację, zgoda? Sztorm uszkodził kadłub, zgadza się?
- Uderzyliśmy w coś, Wasza Wysokość. Mam nadzieję, że to był łeb Maela.
Nie możemy naprawić statku, a pompy nie zdołały powstrzymać napływu
wody. Jak może zauważyłaś, po prawej burcie śródokręcie prawie już
zalewają fale. Gdyby nie cisza morska, już wywrócilibyśmy się przez
burtę.
- Jak rozumiem, ładownię wypełniła woda?
- Możemy śmiało przyjąć takie założenie, Wasza Wysokość.
- Trzeba ją...
Pokład pod ich stopami zazgrzytał przeraźliwie.
Felash wybałuszyła oczy.
- Ojej, co to było?
- Właśnie to, Wasza Wysokość. Toniemy. Wspomniałaś o jakimś rytuale.
Jeśli ma on coś wspólnego z pewnym pradawnym bogiem mórz, muszę cię
ostrzec, że nie potrafię zapewnić ci bezpieczeństwa, gdyby moja załoga
się o tym dowiedziała.
- Naprawdę? To bardzo przygnębiające. Niemniej rytuał, jaki sugerowałam,
nie musi koniecznie się wiązać z owym zdecydowanie niesympatycznym
osobnikiem. W gruncie rzeczy...
- Wybacz, że ci przerywam, Wasza Wysokość, ale właśnie nasunęła mi się
myśl, że nasz osobliwy pojedynek na niedopowiedzenia wkrótce zakończy
się w fatalny sposób. Choć sprawił mi on wielką przyjemność, jestem
obecnie przekonana, że uczestniczyłaś w nim mimo woli. Czy umiesz dobrze
pływać? Biorąc pod uwagę, że zapewne nie zdążymy dotrzeć do szalup...
- Do licha z tym.
Felash rozejrzała się wkoło, oceniając sytuację ze wszystkich stron.
Potem skinęła dłonią.
Pozgonna Wdzięczność zadrżała. Z ładowni wypłynęła spieniona woda.
Żagle napięły się, jak podczas wichury, a połamane maszty zakołysały.
Statek wyprostował się z głośnym stęknięciem. Woda u jego burt kipiała
gwałtownie.
Z obu szalup dobiegły krzyki strachu. Shurq usłyszała, jak rozkazał
łapać za topory i przeciąć liny. Łodzie oddaliły się powoli. Żadna nie
miała pełnej obsady. Reszta załogi, łącznie ze Skorgenem Kabanem,
wrzeszczała i przeklinała, trzymając się lewego nadburcia. Po głównym
pokładzie spływała woda.
Księżniczka Felash przeanalizowała pozycję statku, dotykając palcem
pełnych umalowanych warg.
- Musimy opróżnić ładownię, nim odważymy się podnieść go wyżej -
skonkludowała. - Mam rację, kapitanie? Inaczej ciężar wody rozerwie
kadłub.
- Co ty robisz? - zapytała Shurq.
- Ależ ratuję nas, oczywiście. I twój statek też. Choć jest w fatalnym
stanie, będzie mi jeszcze potrzebny.
- Fatalnym? Trzyma się świetnie, niech cię szlag! A przynajmniej
trzymałby się, gdybyś nie...
- Kapitanie, proszę pamiętać o dobrym wychowaniu. W końcu jestem
szlachetnie urodzona.
- Oczywiście, Wasza Wysokość. A teraz uratuj, proszę, mój nieszczęsny
statek. Gdy już to zrobisz, będziemy mogły w wolnej chwili omówić inne
sprawy.
- Bardzo celna sugestia, kapitanie.
- Wasza Wysokość, jeśli mogłaś to zrobić w każdej chwili...
- Mogłam, tak, powinnam, z całą pewnością nie. Ponownie musimy dobić
targu ze straszliwymi mocami. I tym razem również będzie trzeba zapłacić
cenę. "Nigdy więcej", dobre sobie!
Shurq Elalle zerknęła na pierwszego oficera i załogę. Pokładu, na którym
stali, nie zalewała już woda, a cały kadłub drżał od dźwięku setki pomp.
Ale my nie mamy tylu pomp, a poza tym na dole nikogo nie ma.
- To znowu Mael, prawda?
Felash spojrzała na nią, trzepocząc rzęsami.
- Niestety nie. Rozumiesz, trudności, jakie obecnie przeżywamy, wynikają
bezpośrednio z faktu, że celowo unikamy kontaktu z ową osobistością. W końcu to jego królestwo, a on nie lubi rywali. Dlatego musimy narzucić
fizyczność, która opiera się mocy Maela.
- Wasza Wysokość, czy to było królewskie "my"?
- Ach, czujesz to, kapitanie?
Statek spowiła gęsta skłębiona mgła. Szalupy zniknęły w niej, a głosy
mężczyzn i kobiet z ich załóg umilkły, jakby nagle przestali istnieć.
Zapadła przerażająca cisza. Shurq Elalle zauważyła, że Skorgen i dwunastu marynarzy, którzy jej pozostali, zbili się w grupkę na
pokładzie. Ich oddechy zamieniały się w parę w powietrzu. Ze wszystkich
stron otoczył ich połyskliwy szron.
- Wasza Wysokość...
- To wielka ulga po tym okropnym upale, nie sądzisz? Musimy twardo się
trzymać swojej pozycji. Gdybyśmy w tej chwili oddali zbyt wiele, mogłoby
to mieć fatalne skutki.
- Wasza Wysokość, z kim dobiliśmy targu tym razem?
- Większość ludzi prawie już zapomniała o Twierdzach, zwłaszcza o tych,
które od dawna pozostają uśpione. Wyobraź sobie, jak bylibyśmy zdumieni,
gdyby zamrożony trup wrócił nagle do królestwa żywych po niezliczonych
stuleciach. Och, Jaghuci to wredne starożytne skurczybyki, ale wiesz co?
Pomimo ich wszystkich ekstrawagancji nadal czuję do nich pewną sympatię.
W górach północnego Bolkando można odnaleźć grobowce, a jeśli chodzi o Strażników...
- Jaghuci, Wasza Wysokość? Czy powiedziałaś: Jaghuci?
- To z pewnością musi być panika, kapitanie. Przerywasz mi coraz
częściej i w coraz mniej uprzejmy sposób...
- Zamknęłaś nas wszystkich w lodzie?
- Omtose Phellack, kapitanie. Tron Lodu. Rozumiesz, on znowu się
obudził...
Shurq podeszła do Felash.
- Co im ofiarowałaś, księżniczko?
- O to będziemy się martwić później...
- Nie! Będziemy się o to martwić teraz!
- Nie mogę powiedzieć, żeby podobał mi się ten władczy ton, kapitanie
Elalle. Zauważ, że statek wyprostował się całkowicie. Lód zamarzł w szczelinach kadłuba. W ładowni jest zupełnie sucho, choć również dość
zimno. Przed mgłą, niestety, nie zdołamy uciec, ponieważ wody wokół nas
zamarzły. Jak rozumiem, prąd zaniesie nas na północ i za trzy dni
dotrzemy do lądu. To bezludny brzeg z naturalnym, dobrze osłoniętym
portem. Będziemy tam mogli naprawić statek...
- Naprawić? Właśnie straciłam połowę załogi!
- Nie potrzebujemy jej.
Skorgen Kaban podszedł do nich, stukając głośno o pokład.
- Kapitanie? Czy zginęliśmy? Czy to klątwa Maela? Czy żeglujemy po
Morzach Śmierci? Czy to Martwa Rzeka? Ocean Czaszek? Czy jesteśmy między
Rogami Koszmaru i Zguby? Czy to Koniec...?
- Bogowie na dole! Czy nie ma końca tym eufemizmom na określenie
śmierci?
- Ehe, i Eufemeryczne Głębie też! No wiesz, załoga ma mnóstwo pytań...
- Powiedz jej, że szczęście nadal nam sprzyja, Skorgen, a jeśli chodzi o tych, którzy odpłynęli w szalupach, no cóż, takie są efekty, gdy ktoś
nie ufa kapitanowi i pierwszemu oficerowi. Kapujesz?
- Och, to im się spodoba, kapitanie. Jeszcze przed chwilą przeklinali
samych siebie za to, że zwlekali z opuszczeniem statku.
- Prawda wygląda dokładnie na odwrót, pierwszy oficerze. Możesz odejść.
- Tak jest, kapitanie.
Shurq Elalle ponownie spojrzała na księżniczkę.
- Chodźmy do mojej kajuty, jeśli łaska. Pomówimy o tym, co im
ofiarowałaś, Wasza Wysokość.
- Co im ofiarowałam? Ach, zaiste. Ofiarowałam. Jak sobie życzysz,
kapitanie, ale najpierw muszę się przebrać, bo się przeziębię.
- Niech Zbłąkany odwróci wzrok, Wasza Wysokość.
- Odwrócił, moja droga, odwrócił.
Shurq śledziła wzrokiem młodą kobietę oddalającą się w stronę luku.
"Moja droga"? No cóż, może jest starsza, niż na to wygląda.
Nie, po prostu to zarozumiała rozpieszczona księżniczka. Och, gdyby
tylko Ublala był z nami. Zaraz nauczyłby ją moresu.
Prychnęła ze śmiechu na tę myśl.
- Ostrożnie! - skarciła samą siebie, a potem zmarszczyła brwi.
Ach, rozumiem. Zamarzam. Chyba przez pewien czas nie będę przeciekała.
Muszę zacząć się ruszać. I nie przestawać.
Rozejrzała się wkoło, trzeba przyznać, że trochę sztywno.
Tak jest, statek płynął po pełnym już kry morzu. Mgła otaczała ich ze
wszystkich stron. Ich własna, prywatna chmura.
Żeglujemy na oślep.
- Kapitanie! Załoga chce się dowiedzieć, czy to Biała Droga!
* * *
- Zapasy.
Boży Jeździec Kalyth spojrzała na Tarczę Kowadło.
- Mamy robotników. I wozy, na których rośnie żywność. Matrona Gunth Mach
dobrze nas przygotowała. Będziemy wędrować, jak ongiś wielkie stada.
Rudobrody mężczyzna stanął w strzemionach utworzonych z żywej skóry i kości Ve'Gatha.
- Wielkie stada? Gdzie one są?
- Wszystkie wymarły.
Chmura łypnął na nią spode łba.
- A dlaczego?
- W większości to my je wybiliśmy, Tarczo Kowadło. Elanowie nie
ograniczali się do hodowli myridów i rodar. Byliśmy też myśliwymi.
Walczyliśmy o posiadanie dzikich stad i brodów, a jeśli przegraliśmy, na
złość wrogom zatruwaliśmy zwierzęta. Albo niszczyliśmy brody, żeby
utonęły podczas wędrówek. Łączyła nas bliska więź z ziemią.
Jadący po jej drugiej stronie Gesler prychnął pogardliwie.
- I kto otworzył ci oczy, Kalyth?
Wzruszyła ramionami.
- Duchy, którym oddawaliśmy cześć, wymierały z głodu. Co robiliśmy źle?
Nic. Nie zmieniliśmy niczego. Żyliśmy tak samo jak zawsze. A to równało
się morderstwu. Dzikie zwierzęta zniknęły. Nadeszła susza. Walczyliśmy
ze sobą, a potem nadeszli sędziowie. Ze wschodu.
- Kim byli?
- Naszą karą, Tarczo Kowadło - odparła z goryczą. - Przyjrzeli się
naszym czynom. Prześledzili kurs naszego życia, naszej niezmierzonej
głupoty. I orzekli, że nasze niesprawiedliwe rządy muszą się skończyć. -
Zerknęła na rozmówcę. - Powinnam umrzeć razem z innymi. Ale ja uciekłam.
Porzuciłam wszystkich. Nawet własne dzieci.
- To straszne - mruknął Chmura. - Ale winni byli owi sędziowie. Twój lud
prędzej czy później musiałby zmienić zwyczaje. Nie, to ich ręce splamiła
krew.
- Opowiedz nam o nich więcej - poprosił Gesler.
Jechała na Ve'Gathu, tak samo jak jej towarzysze. Z dołu dobiegał łoskot
pazurzastych łap potężnego Che'Malle. Ledwie czuła wstrząsy towarzyszące
ich uderzeniom o twardą ziemię. Ziemia miała szarą barwę, a niebo było
matowe i zachmurzone. Na kolejnym Ve'Gathu za nimi jechało dwoje dzieci,
Sinn i Pędrak. Nie odzywały się. W gruncie rzeczy Kalyth nie
przypominała sobie, by kiedykolwiek słyszała głos dziewczynki, choć
Pędrak przyznał, że jej milczenie to nawyk, nie choroba.
Stwory z ognia. Pomiot demonów. Gesler i Chmura je znają, ale nawet oni
czują się nieswojo w ich towarzystwie. Nie, te dzieci stanowczo mi się
nie podobają.
Kalyth poświęciła chwilę na zebranie myśli.
- Sędziowie najpierw zdobyli władzę w Kolanse - zaczęła wreszcie. Nie
chciała o nich pamiętać, w ogóle nie chciała o tym myśleć, ale zmusiła
się do mówienia. - Wieści o nich przynieśli do naszych obozów strażnicy
karawanowi i kupcy. Ich głosy brzmiały niespokojnie, a w oczach mieli
strach. "To nie są ludzie", mówili. Byli kapłanami. Ich kult powstał na
Wieżycy. To wzniesienie na brzegach zatoki Kolanse. Tam właśnie się
osiedlili, zbudowali świątynię, a potem fortecę.
- To znaczy, że byli cudzoziemcami? - zapytał Gesler.
- Tak. Przybyli z jakiegoś miejsca zwanego Wybrzeżem Udręki. Wszystko to
wiadomości zasłyszane z drugiej ręki. Przypłynęli na statkach z kości.
Wieżyca była pusta. Kto chciałby zamieszkać na przeklętej ziemi?
Najpierw przypłynął tylko jeden statek, z załogą złożoną z niewolników.
Było na nim dwanaścioro albo trzynaścioro kapłanów i kapłanek. Trudno to
nazwać inwazją, więc król Kolanse nie przejął się zbytnio. A gdy wysłali
emisariuszkę na jego dwór, przyjął ją uprzejmie. Miejscowi kapłani nie
byli zadowoleni. Ostrzegali króla, ale on nie chciał ich słuchać.
Zgodził się na audiencję. Emisariuszka zachowywała się arogancko. Mówiła
o sprawiedliwości, jakby tylko swój lud uważała za jej żelazną rękę.
Wskazała nawet palcem na króla i przepowiedziała jego upadek.
- Idę o zakład, że tym razem nie był zadowolony - mruknął Chmura. - Mam
nadzieję, że ściął idiotce głowę.
- Próbował - przyznała Kalyth. - Kazał żołnierzom ją pojmać, a potem
uciekł się do czarów. Sala tronowa zamieniła się w jatkę. Gdy walka się
skończyła, z pałacu wyszła tylko emisariuszka. A w porcie pojawiło się
sto kolejnych statków z kości. To był początek grozy.
Gesler odwrócił się w siodle, przyglądając się przez chwilę dwojgu
dzieci. Potem znowu spojrzał przed siebie.
- Boży Jeźdźcze, jak dawno temu to się wydarzyło?
Wzruszyła ramionami.
- Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat. Sędziowie najpierw załatwili
kapłanów innych kultów. Z każdym rokiem przybywało więcej ich wyznawców.
Zwali ich Rozwodnionymi. W ich żyłach płynęła również ludzka krew.
Kilkunastu pierwszych nazywano Czystymi. Zaczęli od Prowincji Estobanse
- najbogatszej części Kolanse - a potem rozciągnęli swą władzę na resztę
kraju, wszystkim narzucając swą wolę. - Zadrżała. - Byli okrutnymi
panami. Nadeszła susza. Głód. Nazwali te wydarzenia Wiekiem
Sprawiedliwości i pozwolili ludziom umierać. Tych, którzy się
sprzeciwiali, tracili, a tych, którzy próbowali się buntować, wycinali w pień. Wkrótce dotarli do ziem mojego ludu. Zmiażdżyli nas jak pchły.
- Ges... - odezwał się po chwili Chmura. - Jeśli nie byli ludźmi, to kim?
- Kalyth, czy ci sędziowie mieli kły?
- Kły? Nie.
- Opisz ich.
- Są wysocy i chudzi. Skórę mają białą jak alabaster, a ich kończyny
poruszają się inaczej od ludzkich. Ręce poniżej łokci mogą zginać we
wszystkie strony. Ponoć ich ciała mają coś w rodzaju zawiasów, jakby
drugi zestaw bioder usytuowany powyżej pierwszego. Mogą stać jak my,
albo na czterech kończynach, jak konie. Żadna broń się ich nie ima, a lekkie dotknięcie ich długich palców wystarczy, by połamać wszystkie
kości w ciele wojownika. Czarodziejskie ataki spływają po nich jak woda.
- To dotyczy tylko Czystych czy również Rozwodnionych? - zapytał Gesler.
- Nie mam pojęcia.
- Widziałaś któregoś z tych sędziów na własne oczy?
Zawahała się, a potem potrząsnęła głową.
- Ale twoje plemię.
- Usłyszeliśmy, że nadchodzą. Wiedzieliśmy, że zabiją nas wszystkich.
Uciekłam.
- Na oddech Kaptura! - warknął Chmura. - A więc nawet nie wiesz...
- Po pewnym czasie zakradłam się tam z powrotem, Tarczo Kowadło. -
Musiała wyduszać z siebie słowa. W ustach miała sucho jak na pustyni, a jej myśli były zimne jak u trupa. - Byli dokładni.
Zakradłam się tam. Ale czy to w ogóle prawda? A może to był sen?
Zmasakrowane twarze moich dzieci, zamarłe w bezruchu. Mój mąż, kręgosłup
wygięty pod nieprawdopodobnym kątem, a oczy wpatrzone w pustkę. Zabite
psy, głowy szamanów zatknięte na tyczki. I wszędzie pełno krwi. Nawet w moich łzach...
- Uciekłam. Jestem ostatnią ze swego ludu.
- Czy ta susza, o której wspominałaś, zaczęła się przed przybyciem
sędziów czy później? - zapytał Gesler.
- Estobanse rozkwita wiosną. Cała prowincja leży w dolinie, od północy i od południa otaczają ją potężne łańcuchy górskie. Na wschodzie jest
morze, a na zachodzie równiny. Susza panowała w południowych królestwach
i w innych częściach Kolanse. Nie wiem, kiedy się zaczęła, Śmiertelny
Mieczu, ale nawet w opowieściach z dzieciństwa słyszałam o żałobie
panującej w zasiedlonych krainach.
- A co z równiną Elan?
Pokręciła głową.
- Tam zawsze było sucho, zawsze mieliśmy kłopoty. Dlatego właśnie klany
tak często walczyły ze sobą. Brakowało nam wszystkiego. Byłam dzieckiem.
Dzieci przyzwyczajają się do tego, co znają. Wydaje im się to normalne.
Tak miały się sprawy przez wszystkie lata, które spędziłam wśród Elanów.
- Co więc sprowadziło tam sędziów, jeśli cierpieliście od dawna? -
zapytał Gesler.
- Słabość - odparł Chmura. - Przyjrzyj się każdej krainie, w której
panuje głód, a znajdziesz tłustego króla. Nikt nie płakał po rzezi w sali tronowej. Kapłani gadali o sprawiedliwości. Ich słowa musiały
brzmieć słodko, przynajmniej z początku.
- Ehe - zgodził się Gesler. - Ale... Kalyth, mówiłaś, że ta Wieżyca, na
której zbudowali świątynię, jest przeklęta. Dlaczego?
- Tam właśnie spadła z nieba gwiazda - wyjaśniła kobieta.
- Niedawno?
- Nie, przed wiekami, ale wokół wzniesienia morze jest czerwone jak
krew. Nic nie może żyć w tamtejszych wodach.
- A czy coś się tam zmieniło po zbudowaniu tej świątyni?
- Nie mam pojęcia. Nigdy tam nie byłam. Proszę, po prostu nie wiem. Nie
potrafię nawet odgadnąć, dlaczego maszerujemy w tamtym kierunku. Na
wschodzie nie ma niczego oprócz kości. - Zerknęła na Geslera. - Gdzie
jest wasza armia sojuszników? Nie żyją! Musimy znaleźć jakiś inny cel.
Musimy znaleźć...
Kryjówkę. Przodkowie, wybaczcie mi.
Nie, jej obawy były zbyt widoczne. Kilkanaście pytań wystarczy, by
przebić się przez jej cienką skórę. Nie potrzebowali wiele, prawda?
- Tego nie wiemy - odparł Chmura, przygryzając wąsa i nie patrząc jej w oczy.
Przykro mi, ale ja wiem.
- Kiedy wróci Gu'Rull, dowiemy się więcej - rzekł cicho Gesler. - Na
razie musimy maszerować naprzód, Boży Jeźdźcze. Nie ma sensu robić nic
innego.
Skinęła głową.
Wiem. Wybaczcie mi. Wybaczcie nam wszystkim.
* * *
Ich moc była mroczną wirującą plamą, wypływającą jak rzeka z czoła
długiej krętej kolumny. Gu'Rull przyglądał się jej z wysoka. Unosił się
tuż pod grubą warstwą chmur napływających z północnego zachodu. Jego
rany już się goiły. Zaleciał daleko, mknąc nad Pustkowiami.
Z daleka wypatrzył niedobitki ludzkich armii ciągnące za sobą potężne
tabory. Na południe od nich posuwały się inne oddziały, zbliżające się z każdym dniem. Maszerowały w zdyscyplinowanym szyku. Nie poniosły
wielkich strat i w miarę swych możliwości wyglądały imponująco. Pomimo
rozkazów wydanych przez Śmiertelnego Miecza obie armie nieszczególnie
interesowały Zabójcę Shi'gala. Nie, znacznie bardziej fascynowały go
węzły mocy, które wyczuwał gdzie indziej. Żaden z nich nie mógł się
jednak równać z tym, który otaczał dwoje ludzkich dzieci, Sinn i Pędraka, wędrujących na samym czele Gniazda Gunthan.
Oczywiście nie byli już "Gniazdem", nieprawdaż? Ostatni klan K'Chain
Che'Malle nie miał swych komnat, nie miał bezpiecznej, osłoniętej
grzędy.
Nawet przywództwo oddano trójce ludzi. Nie ulegało wątpliwości, że bez
nich Che'Malle zostaliby całkowicie zniszczeni przez Nah'ruk. Troje
ludzi, noszących dziwne tytuły, i dwoje dzieci odzianych tylko w łachmany.
Tak wielu pragnęło władzy. Na tym polegał miażdżący krok historii, we
wszystkich cywilizacjach, jakie kiedykolwiek istniały. Gu'Rull jej nie
pragnął. Lepiej by było, gdyby istniało więcej takich jak on. Gdyby
stali za każdym tronem, gotowi podrzynać gardła na pierwszy znak
szalonej ambicji. Gdyby w ciągu wieków spadło wystarczająco wiele głów,
może wreszcie wyciągnięto by z tego wnioski. Gu'Rull jednak raczej w to
wątpił.
Zabójca nigdy nie może umrzeć. Zawsze muszą pozostać cienie. To my
trzymamy świat w ryzach. Jesteśmy arbitrami rozumu. To nasz obowiązek,
nasz cel.
Widziałem ich już. Wiem, co potrafią uczynić. Dostrzegłem błysk radości
pojawiający się w ich oczach na widok zniszczeń, jakie spowodowali. Ale
ich gardła są miękkie. Jeśli będę musiał, uwolnię od nich świat.
Moc była czymś niezdrowym i ohydnym. Wyciekała z ich obojętnych umysłów,
zanieczyszczając słodkie wonie jego pobratymców - radość ze zwycięstwa,
wdzięczność dla Śmiertelnego Miecza i Tarczy Kowadła, miłość do Kalyth,
Bożego Jeźdźca K'Chain Che'Malle. Ich wiarę w nową przyszłość.
Ale te dzieci muszą zginąć. I to szybko.
* * *
- Forkrul Assailowie - wyszeptał Pędrak do ucha Sinn. - Kryształowe
Miasto ich znało. Nawet Rozwodnionych. Przechowuje wspomnienia o nich.
Sinn, to oni stoją w sercu tej wojny. To na nich poluje przyboczna.
- Starczy tego - wysyczała. - Nic nie mów. Co, jeśli cię usłyszą?
Pociągnął nosem.
- Myślisz, że nie wiedzą? Gesler i Chmura? Forkrul Assailowie, Sinn, ale
ona jest ranna, poważnie ranna. Musimy ją powstrzymać, bo inaczej Łowcy
Kości zostaną wycięci w pień.
- Jeśli w ogóle jacyś ocaleli.
- Ocaleli. Sięgnij na zewnątrz swym umysłem...
- To jej miecz. Bariera, która nas nie wpuszcza. Jej otataralowy miecz.
- A to znaczy, że ona żyje.
- Nie. To znaczy tylko tyle, że ktoś go nosi. To może być Brys Beddict
albo wódz wojenny Gall. Nie wiemy tego, nie możemy się zbliżyć na
odległość wystarczającą, by to sprawdzić.
- Gu'Rull...
- Pragnie naszej śmierci.
Pędrak wzdrygnął się na te słowa.
- Co mu uczyniliśmy? Poza uratowaniem mu życia.
- Jemu i całej reszcie jaszczurek. To nie ma znaczenia. Moglibyśmy się
zwrócić przeciwko nim i kto byłby w stanie nas powstrzymać?
- Może byś mogła. Ja tego nie zrobię. To znaczy, że ja bym cię
powstrzymał. Nie rób tego, Sinn.
- Jesteśmy partnerami - zapewniła. - Tak tylko powiedziałam. Dlatego
właśnie zabójca nas nienawidzi. Nie kontroluje nas nikt poza nami
samymi. Nikt z dorosłych nie może tego znieść.
- Forkrul Assailowie. Gesler chce połączyć tę armię z siłami
przybocznej. Tak właśnie musi wyglądać jego plan, prawda?
- Skąd mam wiedzieć? Zapewne tak.
- A więc będziemy walczyć z Forkrul Assailami.
Uśmiechnęła się do niego złowrogo.
- Powyrywam im nogi jak muchom.
- Kim jest dziewczynka?
Sinn wzniosła oczy ku niebu.
- Nie znowu to samo. Mam już dość mówienia o niej.
- Jest w Kryształowym Mieście. Czeka na nas.
- Jest obłąkana i tyle. Wyczułeś to, musiałeś wyczuć. Oboje to
wyczuliśmy. Nie mówmy już więcej o niej.
- Boisz się jej - skwitował Pędrak. - Dlatego że może się okazać
potężniejsza od nas obojga.
- A ty się nie boisz? Powinieneś.
- Nocami śnią mi się czerwone oczy - oznajmił chłopiec. - Otwierają się.
Tylko otwierają. To wszystko.
- Nie przejmuj się tym snem - odrzekła Sinn, odwracając wzrok.
Wyczuwał wszystkie jej mięśnie, żylaste i naprężone. Wiedział, że nie
zdołałby wytrzymać w jej objęciach zbyt długo.
Jest bardziej przerażająca niż Shi'gal. Dziewczynko z Kryształowego
Miasta, czy boisz się tak samo jak ja?
- To głupi sen - oznajmiła Sinn.
* * *
Gdy nadeszło południe, Gesler zarządził postój. Ogromna kolumna
zatrzymała się w jednej chwili. Robotnicy wystąpili z niej i rozpoczęli
przygotowania do posiłku. Śmiertelny Miecz skrzywił się z bólu, wstając
z pokrytego łuskami siodła na grzbiecie Ve'Gatha. Zauważył z ulgą, że
otarcia na bokach bestii już się goją, i zeskoczył na ziemię.
- Chmura, chodźmy rozprostować nogi...
- Potrafię sam się odlać.
- Potem, ty idioto.
Przeciągnął się, by złagodzić ból w plecach, a potem oddalił od kolumny,
ostentacyjnie ignorując zsiadających z Ve'Gatha Sinn i Pędraka. Od czasu
bitwy każdego cholernego poranka spodziewał się ujrzeć, że zniknęli. Nie
był na tyle głupi, by wmawiać sobie, że może jakoś nad nimi zapanować.
Palili latające fortece jak szyszki. Kapturze, ocal nas wszystkich.
Chmura podszedł do niego i splunął w dłonie, by je umyć.
- Ten kurewski zabójca nie chce wylądować. Złe wieści?
- Wątpię, by miał opory przed ich dostarczeniem, Chmura. Nie, on po
prostu chce nam coś zademonstrować.
- Gdy tylko się zjawi, moja pięść również coś mu zademonstruje - warknął
Falarczyk.
- Nie dosięgnąłbyś jego sękatego pyska, nawet gdybyś wlazł na drabinę -
zauważył ze śmiechem Gesler. - Co chcesz mu zrobić? Walnąć go w rzepkę?
- Czemu by nie? Założę się, że to by cholernie go zabolało.
Gesler zdjął hełm.
- Forkrul Assailowie, Chmura. Na włochatą mosznę Kaptura.
- Jeśli przeżyła, na pewno ma wątpliwości. Kto wie, ilu naszych zjedli
Nah'ruk? Niewykluczone, że ocalała tylko garstka Łowców Kości.
- Wątpię w to - sprzeciwił się Gesler. - Co innego znieść to, co trzeba,
jeśli nie ma innego wyjścia, a co innego wziąć i podpalić własny tyłek.
Ona nie chciała tej bitwy. Wpadli prosto na nią. A to znaczy, że zrobiła
wszystko, co tylko mogła, by się wycofać. Na pewno było paskudnie, ale
nie wierzę, by Łowców Kości zniszczono całkowicie.
- Skoro tak mówisz.
- Posłuchaj, zbrojny odwrót trwa do chwili, gdy można bezpiecznie zerwać
kontakt z nieprzyjacielem. Starasz się skrócić front walki. Rzucasz
ciężką piechotę na tę ścianę, a potem pozwalasz, by przeciwnik spychał
cię w tył, krok po kroku, aż wreszcie nadchodzi chwila, by się odwrócić
i zwiewać. A jeśli Letheryjczycy byli cokolwiek warci, wzięli część
nacisku na siebie. W najlepszym przypadku straciliśmy najwyżej tysiąc...
- Głównie ciężkiej i morskiej piechoty. To serce armii, Ges...
- Więc trzeba będzie znaleźć nowe serce. Nowy tysiąc.
- A w najgorszym przypadku? Ciężcy i piechota morska wycięci w pień, a regularni żołnierze poszli w rozsypkę i czmychają jak zające.
Gesler łypnął spode łba na przyjaciela.
- To ja mam tu być pesymistą, nie ty.
- Powiedz matronie, żeby kazała zabójcy wylądować.
- Zrobię to.
- Kiedy?
- Gdy uznam, że nadeszła odpowiednia chwila.
Twarz Chmury poczerwieniała.
- Wiesz co? Nadal jesteś przeklętym przez Kaptura sierżantem, Śmiertelny
Mieczu. Właściwie "Śmiertelny Dupek" bardziej do ciebie pasuje. Bogowie,
pomyśleć, że musiałem wykonywać twoje rozkazy przez... Ile to już lat?
- Kto byłby lepszym Tarczą Kowadłem niż facet, który ma kowadło zamiast
głowy?
Chmura chrząknął.
- Jestem głodny - oznajmił po chwili.
- Ehe - zgodził się Gesler. - Chodźmy coś zjeść.
Ruszyli ku placowi karmienia.
- Pamiętasz, jak byliśmy młodzi? Za młodzi? To urwisko...
- Nie mów mi o tym cholernym urwisku, Chmura. Nadal prześladuje mnie w koszmarach.
- To poczucie winy.
Gesler zatrzymał się nagle.
- Winy? Uratowałem ci życie, ty cholerny durniu!
- Ale najpierw o mało mnie nie zabiłeś! Gdyby ten spadający głaz trafił
mnie w głowę...
- Ale nie trafił, tak? Tylko w bark. Lekkie puknięcie, odrobina pyłu, a potem wziąłem...
- Rzecz w tym, że obaj robiliśmy wtedy głupstwa - przerwał mu Chmura. -
Powinniśmy byli się czegoś nauczyć, ale okazuje się, że nic z tego.
- Nie w tym problem - odparł Gesler. - Nie bez powodu ciągle nas
degradowali. Nie radzimy sobie z odpowiedzialnością. Ciągle się ze sobą
żremy. Ty zaczynasz myśleć, a to fatalne. Przestań myśleć, Chmura. To
rozkaz.
- Nie możesz mi rozkazywać. Jestem Tarczą Kowadłem i jeśli chcę myśleć,
mam do tego cholerne prawo.
Gesler ruszył przed siebie.
- Ale jeśli zaczniesz to robić, nie zapomnij mnie zawiadomić. A tymczasem przestań utyskiwać na wszystko. To mnie męczy.
- A mnie męczy patrzenie na to, jak paradujesz dumnie, jakbyś był królem
wszechświata.
- Popatrz, znowu owsianka. Na oddech Kaptura, mam tak zatkany nos, że
gdybym w nim podłubał...
- To nie owsianka. To pleśń.
- Grzyby, ty idioto.
- A co to za różnica? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że
ci robotnicy hodują je pod pachami.
- Tym razem przegiąłeś, Chmura. Mówiłem ci, żebyś przestał utyskiwać.
- Jak tylko przyjdzie mi do głowy jakiś powód, żeby przestać,
natychmiast to zrobię. Ale przecież nie wolno mi myśleć, tak? Ha!
Gesler skrzywił się wściekle.
- Bogowie na dole, Chmura, czuję się okropnie stary.
Rudobrody mężczyzna zatrzymał się i skinął głową.
- Ehe. To cholernie nieprzyjemne. Czuję się, jakbym za miesiąc mógł już
nie żyć. Wszystko mnie boli. Potrzebuję kobiety. Dziesięciu kobiet.
Najlepsze byłyby Dwudzbankowa i Słodkiesadło. Dlaczego zabójca nie mógł
ukraść i ich? Wtedy czułbym się szczęśliwy.
- Zawsze jest Kalyth - zauważył pod nosem Gesler.
- Nie mogę się grzmocić z Bożym Jeźdźcem. To niedozwolone.
- Jest całkiem niebrzydka. I była matką...
- A co w tym takiego szczególnego?
- Mają jędrne cycki, tak? I luźniejsze biodra. To prawdziwa kobieta,
Chmura. Będzie wiedziała, co trzeba robić pod futrem. Ma też ten błysk w oku. Przestań się gapić, wiesz, o co mi chodzi. Kobiety, które rodziły,
zawsze mają taki błysk. Przeszły przez najgorsze i dały sobie radę.
Dlatego, gdy przyjdzie co do czego, wiesz, że wiedzą, że mogą z ciebie
zrobić drżące mięso. Matki, Chmura. Zawsze będą lepsze od innych kobiet
i tyle.
- Jesteś zboczony.
- Gdyby nie ja, nadal wisiałbyś na tym urwisku jako szkielet. Ptaki
gnieździłyby się w twoich włosach, a pająki w oczodołach.
- Gdyby nie ty, nigdy bym nie spróbował na nie włazić.
- Spróbowałbyś.
- Dlaczego tak uważasz?
- Dlatego że ty nigdy nie myślisz, Chmura.
* * *
Zebrał trochę rzeczy. Drobiazgów. Błyszczące kamyki, odpryski kryształu,
gałązki drzew owocowych. Nosił je wszystkie ze sobą, a gdy tylko mógł,
układał na podłodze, tworząc tajemnicze wzory, albo po prostu rozsypywał
bezładnie. Potem patrzył na nie i to mu wystarczało.
Badalle widziała cały ten rytuał już dziesiątki razy, lecz nadal głęboko
ją niepokoił. Nie wiedziała dlaczego.
Saddic nosi rzeczy w torbie.
Jest chłopcem, który próbuje pamiętać,
Choć powiedziałam mu, by tego nie robił.
Pamięć jest martwa.
Pamięć to kamyki i gałązki
W torbie, a gdy je wyjmuje,
Zawsze widzę pył na jego dłoniach.
Postanowiliśmy, że nie będziemy pamiętać,
By zachować spokój w swych głowach.
Kiedyś byliśmy młodzi,
Ale teraz staliśmy się duchami w snach
Tych, którzy żyją.
Rutt niesie dziecko w torbie,
A Trzymana pamięta wszystko.
Ale nic nie mówi, nie do nas.
Trzymana śni o gałązkach i kamykach,
I wie, czym są.
Zastanawiała się, czy dać Saddicowi te słowa. Wiedziała, że włączyłby je
do opowieści, którą tworzył w swej czaszce. Potem jednak przyszło jej na
myśl, że Saddic nie musi ich słyszeć, by je znać, a do opowiadanej przez
niego historii nikt nie ma dostępu.
Jestem uwięziona w jego opowieści. Wzleciałam pod samo niebo, ale ono
jest kopułą czaszki Saddica i nie ma z niej drogi wyjścia. Spójrz, jak
przygląda się swoim rzeczom, zwróć uwagę na zmieszanie na jego twarzy.
Na jego chudej zapadniętej twarzy. Twarzy, która pragnie, by coś ją
wypełniło, ale nigdy się tego nie doczeka.
- Icarias wypełnia nam brzuchy - oznajmiła. - Ale wszystko inne głoduje.
Saddic uniósł głowę i spojrzał jej w oczy, ale zaraz odwrócił wzrok.
Przez okno wpadały do środka dobiegające z placu głosy. Rodziny się
zakorzeniały, wnikały w kryształowe ściany i sufity, podłogi i komnaty.
Starsi chłopcy udawali ojców, starsze dziewczynki matki, a młodsze
dzieci biegały radośnie, ale tylko przez krótką chwilę. Przebiegały
kilka kroków, jakby coś je nagle podekscytowało, ale prawie natychmiast
zwalniały, a ich twarze ciemniały od niepewności i strachu. Potem
uciekały w bezpieczne objęcia rodziców.
Na tym polega zło pamięci.
- Nie możemy tu zostać - stwierdziła. - Szukają nas. Musimy ich
odnaleźć. Rutt wie. Dlatego wychodzi na skraj miasta i patrzy na zachód.
Wie.
Saddic zaczął chować swoje rzeczy do małej torby, jak chłopiec, który
dostrzegł coś kącikiem oka i odwrócił się tylko po to, by się przekonać,
że nic tam nie ma.
Jeśli nie możesz pamiętać, to tylko dlatego, że nigdy nie miałeś tego,
co próbujesz sobie przypomnieć. Saddic, zabrakło nam już darów. Nie
kłam, by wypełnić swą przeszłość.
- Nie lubię twoich rzeczy, Saddic.
Chłopiec nie chciał patrzeć jej w oczy. Zawiązał rzemyki torby i wsunął
ją pod wystrzępioną koszulę.
Nie lubię ich. Sprawiają mi ból.
- Znajdę Rutta. Musimy się przygotować. Icarias nas zabija.
* * *
- Znałam kiedyś taką kobietę. W naszej wiosce. Miała męża i ten mąż był
facetem, jakiego pragniesz. Był jak gorący kamień w brzuchu. Chodziła
główną ścieżką między chatami, trzymając się krok za nim, i cały czas
gapiła się prosto na mnie. Wiesz dlaczego? Robiła to po to, żebym ja nie
gapiła się na niego. Naprawdę jesteśmy tylko małpami. Bezwłosymi
małpami. Postanowiłam, że kiedy nie będzie patrzyła, naszczam do jej
gniazda z trawy. I zrobię też coś więcej. Uwiodę jej mężczyznę. Złamię
go. Zniszczę jego honor, uczciwość i reputację. Złamię go między swoimi
nogami, a kiedy znowu będzie szła przez wioskę, zrobi wszystko, żeby nie
patrzeć mi w oczy. Absolutnie wszystko.
Całuśnica sięgnęła po dzbanek.
Wódz wojenny Gilków, Spax, przyglądający się jej ze zmarszczonymi
brwiami, beknął.
- Miłość jest bardzo niebezpieczna, hej?
- A kto mówił o miłości? - odparła Całuśnica, machając od niechcenia
ręką, w której trzymała dzbanek. - Chodzi o posiadanie. I o kradzież. Od
tego kobieta robi się wilgotna, od tego błyszczą jej oczy. Strzeż się
mrocznej strony kobiecej duszy.
- Mężczyźni też ją mają - mruknął Spax.
Pociągnęła łyk, a potem oddała dzbanek wyciągającemu po niego rękę
Barghastowi.
- Ale inną.
- W większości przypadków tak. Chociaż może nie aż tak bardzo. - Wypił
łyk i otarł brodę. - Posiadanie staje się zbyt ważne tylko wtedy, gdy
mężczyzna boi się utracić to, co ma. Gdy jest tego pewien, nie musi
posiadać, ale z drugiej strony, ilu z nas może mieć taką pewność? Idę o zakład, że niewielu. Jesteśmy niespokojni, a z wiekiem to tylko się
nasila. Kłopot w tym, że starzejący się mężczyzna najbardziej pragnie
posiadać to, czego nie może zdobyć.
- To znaczy?
- Dodaj temu mężczyźnie ze swojej wioski dwadzieścia lat, a jego żona
nie będzie musiała patrzeć rywalkom w oczy.
Całuśnica chrząknęła, podniosła patyk, wsunęła go pod łubki na nodze i zaczęła się z pasją drapać.
- Gdzie się podziało porządne uzdrawianie?
- Podobno magia w tych okolicach jest niemal całkowicie martwa. Czy
jesteś sprawna?
- Wystarczająco.
- A pijana?
- Wystarczająco.
- To właśnie dwukrotnie starszy mężczyzna pragnie usłyszeć od kobiety.
W światło ogniska weszła jakaś postać.
- Wodzu wojenny, wzywa cię królowa.
Spax podniósł się z westchnieniem.
- Nie zapomnij, co ci mówiłem - rzekł do Całuśnicy.
- Nie tak się to robi - odparła. - My, kwiaty, rozkwitamy tylko na
krótko. Jeśli umknie ci szansa, to masz pecha. Przynajmniej dzisiejszej
nocy.
- Jest z ciebie cholerna podpuszczalska, Malazanko.
- Dzięki temu do mnie wracacie.
Zastanowił się nad tymi słowami, a potem prychnął pogardliwie.
- Może i tak, ale nie licz na to zbytnio.
- To, czego się nie dowiesz, będzie cię prześladowało do końca życia,
Barghaście.
- Wątpię, żebym pozwolił, by szansa mi uciekła, Całuśnica. W końcu, jak
szybko potrafisz biegać?
- I jak ostry jest mój nóż?
- Lepiej, żebym nie kazał Jej Wysokości czekać - odparł ze śmiechem
Spax. - Zostaw dla mnie trochę rumu, dobra?
Wzruszyła ramionami.
- Nigdy niczego nie obiecuję.
* * *
Gdy się oddalił, Całuśnica usiadła sama przy swym prywatnym ognisku,
zapalonym za linią bezużytecznych straży. Było dla niej obietnicą
pęcherzy i palącego poczucia winy, jeśli tego właśnie pragnęła.
A czy pragnę? Niewykluczone, że tak. Zatem nie wszyscy zginęli. To
dobrze. Przybyliśmy za późno. To źle. A może i nie? A jeśli chodzi o moją nogę, no cóż, to raczej nie wygląda na podstęp tchórza, prawda?
Próbowałam pojechać z Khundrylami, czyż nie? Tak mi się przynajmniej
zdaje. Tak to przynajmniej wyglądało. Całkiem nieźle.
Wypiła jeszcze trochę bolkandyjskiego rumu.
Spax był mężczyzną lubiącym kobiety. Zawsze wolała takich mężczyzn od
bojaźliwych potulnych nieudaczników, którzy myśleli, że trzepotanie
powiekami jest - bogowie na dole - atrakcyjne. Śmiali byli lepsi. Jej
zdaniem nieśmiałość była głupią grą, której oddają się żałośni tchórze.
Wszystkie te urywane słowa, nerwowe ruchy. Czemu to służy? Jeśli mnie
pragniesz, to spróbuj mnie wziąć. Może nawet się zgodzę.
Rzecz jasna, najprawdopodobniej po prostu się roześmieję. Żeby cię
zranić.
Maszerowali ku niedobitkom Łowców Kości. Najwyraźniej nikt nie wiedział,
jak ciężkie straty im zadano. A przynajmniej nikt nie chciał jej tego
powiedzieć. Widziała czary rozdzierające horyzont, w tej samej chwili,
gdy tuż za sobą usłyszała uderzające o ziemię podkute buty Legionu
Evertine. Widziała odprysk księżyca, otoczoną chmurami i ogniem górę na
niebie.
Czy była w tym zdrada? Czy tego właśnie bała się Sinter? Siostro, czy
żyjesz?
Pewnie, że nie chcę wracać. Wolę nic nie wiedzieć. Trzeba było
powiedzieć jej, co myślę. "Idź do Kaptura, królowo. I ty też, Spax. Ja
jadę na południe". Wolę nie ujrzeć twarzy tych żałosnych niedobitków.
Szoku, grozy i wszystkiego, co widzi się w obliczach tych, którzy nie
wiedzą, dlaczego przeżyli, gdy tak wielu ich towarzyszy poległo.
Każda armia jest kotłem, otoczonym wznoszącymi się coraz wyżej
płomieniami. Gotujemy się, dusimy, zmieniamy w szare kawałki mięsa.
"Królowo Abrastal, to wszystko przez ciebie i innych nienasyconych
ludzi, takich jak ty. Rozwieracie paszcze, a my wpadamy do środka.
Niedobrze mi się robi na tę myśl".
Gdy przed trzema dniami pojawiła się dwójka khundrylskich jeźdźców,
Całuśnica zawróciła. Wyciągnęła w myślach nóż i zamordowała własną
ciekawość. Szybkie cięcie, nagły strumień krwi, a potem cisza. Po co
cokolwiek wiedzieć, jeśli wiedza jest tylko smakiem soli i żelaza na
języku?
Wypiła jeszcze trochę rumu, ciesząc się odrętwieniem wypełniającym jej
gardło. Połykanie ognia było łatwe i stawało się coraz łatwiejsze.
Nagle nawiedziło ją wspomnienie. Pierwszy raz, gdy stały w nierównym
szeregu, pierwszego dnia służby w piechocie morskiej. Jakiś sękaty
starszy sierżant podszedł do nich z uśmiechem hieny skradającej się do
rannej gazeli. Stojąca obok niej Sinter wyprostowała się, próbując
przybrać odpowiednią postawę. Całuśnica zerknęła w bok i zobaczyła, że
Badan Gruk ma bardzo nieszczęśliwą minę. Minę człowieka, który właśnie
sobie uświadomił, dokąd zaprowadziła go miłość.
Ty cholerny durniu, umiem grać w ich grę. Wy dwoje tego nie potraficie,
ponieważ dla was nie ma żadnych gier. Nie ma dla nich miejsca w waszym
osranym przez Kaptura świecie honoru i obowiązku.
- Dwanaście sztuk, tak? - zapytał starszy sierżant, uśmiechając się
coraz szerzej. - Założę się, że tylko trzech się zakwalifikuje. A jeśli
chodzi o resztę, połowę pochowamy, a drugą połowę odeślemy do regularnej
piechoty, dokąd trafiają nieudacznicy.
- Którą połowę? - zapytała Całuśnica.
Jaszczurcze oczy skierowały się na nią.
- O co chodzi, słodka glisto?
- Która połowa tego, którego przetniecie na pół, trafi do ziemi, a która
do regularnej piechoty? Jeśli ta z nogami, to może rozwiązać problem
maszerowania, ale...
- Jesteś jedną z tych, tak?
- Z jakich? Tych, którzy potrafią liczyć? Troje się zakwalifikuje,
dziewięcioro nie. Oczywiście... - dodała, również uśmiechając się szeroko
- ...może w piechocie morskiej znajomość rachunków nie jest potrzebna i może starsi sierżanci są najtępsi z całej bandy. Tak mi się przynajmniej
zdaje.
Nigdy się nawet nie zbliżyła do ukończenia tysiąca pompek.
Dupek. Mężczyźni, którzy tak się uśmiechają, potrzebują poczucia humoru,
ale ja nie wierzę w cuda.
Znowu podrapała się patykiem.
Trzeba go było złamać między nogami. Tak jest, Całuśnica zawsze śmieje
się ostatnia. Wygrywa w każdej grze.
- Pewnie, że w każdej. Czyż to nie oczywiste?
* * *
Spax zawsze pamiętał, by luźno zawiązywać swą zbroję z żółwich skorup,
żeby stukały o siebie swobodnie. Przywiązane we wszystkich możliwych
miejscach fetysze potęgowały jeszcze ów efekt, ku jego wielkiemu
zadowoleniu. Gdyby był chudym kurduplem, nie wywierałoby to zbyt dobrego
wrażenia, ale mężczyzna tak potężnie zbudowany robił tyle hałasu, co
cała drużyna. Nie mógł nic poradzić na to, że jego zjawieniu się, choćby
nawet w najpełniejszym przepychu miejscu, zawsze towarzyszył dramatyczny
efekt.
Namiot dowodzenia królowej należało uznać za tak bliski pałacu, jak to
tylko możliwe na tych pustkowiach. Gdy Spax przedarł się przez jedwabne
zasłony i grzmotnął pancernymi rękawicami o stół mapowy, sprawiło mu to
sporą satysfakcję.
- Jestem, Wasza Wysokość.
Królowa Abrastal wylegiwała się w ozdobnym fotelu, z wyciągniętymi
nogami. Przyglądała się Barghastowi spod opadniętych powiek. Jej rude
włosy opadały swobodnie, niedawno umyte i uczesane. Gdy Spax na nią
spojrzał, poczuł łaskotanie w lędźwiach.
- Przestań się tak głupio szczerzyć - warknęła Abrastal.
Uniósł brwi.
- Coś się stało, Płomiennowłosa?
- Wszystko, o czym w tej chwili myślisz, Spax.
- Wasza Wysokość, nawet gdybyś się urodziła w zaułku za szynkiem, w moich oczach i tak byłabyś królową. Możesz szydzić z podziwu, jaki ci
okazuję, ale to nic nie zmieni w moim sercu.
Prychnęła pogardliwie.
- Śmierdzisz rumem.
- Uganiałem się za tajemnicą, Wasza Wysokość.
- Jaką?
- Za kobietą o skórze barwy onyksu. Malazanką.
Wzniosła oczy ku niebu.
- Bogowie na dole, jesteś gorszy niż krokodyl podczas rui.
- Nie mówiłem o tej tajemnicy, Płomiennowłosa, chociaż ją również
doścignę, jeśli tylko nadarzy się okazja. Interesuje mnie jej, hmm, brak
zapału. Nie taką żołnierkę spodziewałem się ujrzeć.
Abrastal machnęła ręką.
- W tym nie ma żadnej tajemnicy, Spax. Ta kobieta to tchórz. Oni
trafiają się w każdej armii. Dlaczego Malazańczycy mieliby być
wyjątkiem?
- Dlatego że jest z piechoty morskiej - odparł.
- I co z tego?
- Piechota morska niemalże samodzielnie podbiła Lether, Wasza Wysokość.
A ona w niej służyła. Na Genabackis całe armie dezerterowały, kiedy się
dowiedziały, że ma je zaatakować malazańska piechota morska. Te oddziały
cuchnęły magią i pociskami Moranthów. Nigdy nie szły w rozsypkę. Trzeba
je było wyciąć do ostatniego żołnierza.
- Nawet najtwardsi żołnierze osiągają z czasem kres swej wytrzymałości,
Spax.
- No cóż, była w letheryjskiej niewoli, więc może masz rację. Wasza
Wysokość, powiedz mi, czego chciałaś od swego wiernego wodza wojennego?
- Żebyś mi towarzyszył podczas rokowań.
- Oczywiście.
- Trzeźwy.
- Jeśli nalegasz, ale ostrzegam, że to, co dolega mnie, dręczy również
moich wojowników. Jesteśmy spragnieni walki. Zaciągnęliśmy się na służbę
u Bolkandyjczyków wyłącznie dlatego, że spodziewaliśmy się paru
najazdów. A zamiast tego musimy maszerować jak żołnierze. Gdybyśmy
dotarli do Łowców Kości na czas...
- Z pewnością byście tego pożałowali - skwitowała Abrastal z nagle
mroczniejszą miną.
Spax spróbował łypnąć na nią groźnie.
- Wierzysz Khundrylom, Wasza Wysokość?
- Tak. Zwłaszcza po ostrzeżeniu Felash. Choć zaczynam podejrzewać, że
przeczucia czternastej córki skupiały się na czymś, co czeka nas w przyszłości.
- Więcej tych dwunożnych jaszczurek?
Wzruszyła ramionami i pokręciła głową.
- Nie sądzę. Ale, niestety, to tylko intuicja. Zobaczymy, co się wydarzy
na rokowaniach.
- Malazańczycy nigdy nie zdołali podbić Gilków - oznajmił Spax.
- Bogowie na dole, jeśli pójdziesz tam w bojowym nastroju...
- Niech mnie duchy bronią, Wasza Wysokość. W ich obecności będę jak
jedyny zając przeoczony przez orła. Zamrę w bezruchu albo zleję się w portki.
Abrastal otworzyła szeroko oczy.
- Wodzu wojenny - odezwała się ze zdumieniem w głosie. - Ty się ich
boisz.
Skrzywił się, a potem skinął głową.
Królowa Bolkando wstała nagle i zaczerpnęła głęboko tchu. Spax nie mógł
oderwać oczu od jej uwydatniających się piersi.
- Spotkam się z tą przyboczną - oznajmiła Abrastal z nagłym wigorem.
Zwróciła głowę ku Barghastowi, unieruchamiając go spojrzeniem. - Jeśli
rzeczywiście mamy się natknąć na kolejne oddziały olbrzymich dwunożnych
jaszczurek władających straszliwą magią... Spax, co właściwie mówiłeś o odwadze swych ziomków?
- Odwadze, Wasza Wysokość? Ją dostaniesz. Ale czy mamy szansę powtórzyć
to, co według Khundryli zrobili Malazańczycy? - Zawahał się, a potem
pokręcił głową. - Płomiennowłosa, ja również przyjrzę się uważnie tym
żołnierzom, ale obawiam się, że wiem, co zobaczę. Przeszli już próbę
ognia.
- A ty wolałbyś nie ujrzeć prawdy, tak?
Chrząknął.
- Powiedzmy, że to zarazem dobrze i źle, że twoje zapasy rumu już się
kończą.
* * *
- Czy to jest nasza zdrada?
Tanakalian stawiał czoło temu pytaniu oraz oczom twardej jak żelazo
kobiety, która je zadała, tak długo, jak tylko zdołał, nim musiał
odwrócić wzrok.
- Śmiertelny Mieczu, świetnie wiesz, że po prostu nie mogliśmy dotrzeć
do nich na czas. Winny naszemu niepowodzeniu jest zbieg okoliczności,
nie zbyt słaba wierność.
- Choć raz powiedziałeś coś mądrego, Tarczo Kowadło - odparła. - Jutro
ruszamy do obozu Łowców Kości. Przygotuj eskortę złożoną z pięćdziesięciu braci i sióstr. Chcę mieć wśród nich uzdrowicieli oraz
najbardziej doświadczonych weteranów.
- Rozumiem, Śmiertelny Mieczu.
Przyglądała mu się przez moment, a potem ponownie zwróciła twarz ku
nefrytowej poświacie widocznej na południowo-wschodnim niebie.
- Jeśli ty tego nie zrobisz, oni uczynią to za ciebie, Tarczo Kowadło.
Przypierasz mnie do muru, Śmiertelny Mieczu. Sprawiasz wrażenie
zdecydowanej zmusić mnie do działania. Czy na twoim piedestale jest
miejsce tylko dla jednej osoby? Co uczynisz, gdy staniesz twarzą w twarz
z przyboczną? Z Brysem Beddictem?
A co ważniejsze, co wiesz o tej zdradzie? Widzę w naszej przyszłości
miecz, dostrzegam krew na jego klindze. Zgubańczyków stojących samotnie
wobec znacznie liczniejszych wrogów.
- Podczas rokowań nie będziesz zabierał głosu, Tarczo Kowadło.
Pokłonił się.
- Jak sobie życzysz.
- Została ranna - ciągnęła Krughava. - Zademonstrujemy niezachwianą
gotowość chronienia jej.
- Chronienia, Śmiertelny Mieczu?
- Jak wieloryby zabójcy, Tarczo Kowadło, gdy jeden z ich klanu jest
chory.
- Śmiertelny Mieczu, to będą rokowania wśród towarzyszy, w mniejszym lub
większym stopniu. Naszemu klanowi, jak go nazwałaś, nic w tej chwili nie
zagraża. Nie ma tu rekinów. Nie ma dhenrabich ani gahrelitów. Przed kim
mielibyśmy ją chronić?
- Choćby tylko przed mrokiem jej wątpliwości. Nie mogę być tego pewna,
ale obawiam się, że ona jest jedną z tych, którzy szarpią własne blizny,
aż popłynie z nich krew, bo są spragnieni jej smaku.
- Śmiertelny Mieczu, jak możemy ją obronić przed nią samą?
Krughava milczała przez chwilę. Wreszcie westchnęła.
- Spoglądaj stanowczo, wygnaj ze swego umysłu wszelkie cienie, pokryj
swą pewność warstwą lśniącego srebra. Wracamy na ścieżkę z pełną
determinacją. Czy mogłabym wyrazić to jaśniej, Tarczo Kowadło?
Ponownie się pokłonił.
- Możesz odejść - oznajmiła.
Tanakalian odwrócił się i opuścił wzniesienie. W rozciągającej się
poniżej kotlinie płonęły równe szeregi ognisk. Ich blask pokrywał
namioty plamami światła i cienia. Pięć tysięcy kroków na zachód jarzyła
się kolejna łuna. Obóz Bolkandyjczyków.
Rokowania wśród towarzyszy, wśród klanu. A może i nie. W tej wizji nie
ma miejsca dla Bolkandyjczyków.
Mówią, że doznała wstrząsu mózgu, ale już wraca do siebie. Że obok niej,
gdy leżała nieprzytomna na polu bitwy, wydarzyło się coś
niewiarygodnego. Opowiadają - z żarzącym się jasno płomieniem w oczach -
że Łowcy Kości obudzili się owego dnia, a ich serce biło obok
pozbawionej czucia przybocznej.
Rodzi się już legenda, a my nie byliśmy obecni przy jej początku. Nie
odegraliśmy żadnej roli. W rejestrze bohaterów wyczuwa się rozpaczliwy
brak zgubańskich Szarych Hełmów.
Dręczyła go ta myśl. To było niesprawiedliwe. Był Tarczą Kowadłem, ale
jego objęcia pozostawały puste, między jego ramionami ziała wielka
dziura.
To się zmieni. Sprawię, by się zmieniło. Wszyscy się przekonają, że nasz
czas nadchodzi.
Krew, krew na mieczu. Bogowie, niemal czuję jej smak.
* * *
Mocno zaciągnęła się zwiniętym z liści skrętem. Czuła, że wszystkie
mięśnie jej żuchwy i szyi napinają się boleśnie. Wypuściła dym przez
usta i nos, spoglądając na pogrążoną w mroku równinę na północy. Wielu
innych żołnierzy wybierało się na skraj obozu, skąd dobrze było widać
namioty Malazańczyków. Gapili się na nie niczym pielgrzymi stojący przed
świątynią, która nieoczekiwanie pojawiła się na ich drodze. Wyobrażała
sobie, że milczący ludzie próbują jakoś dopasować do swej wizji świata
mizerne ogniska, w których płonął nawóz, poruszające się wokół nich
niewyraźne sylwetki, błysk chorągwi przypominających gaj potarganych
przez burzę drzewek. Znalezienie miejsca dla tego wszystkiego powinno
być łatwe. Ale nie było.
Krzywili się z bólu własnych ran, przypominali sobie o lukach w swych
szeregach i czuli się jak cienie rzucane przez coś większego niż
wszystko, co dotąd znali. Wiedziała, że to, co czują, ma nazwę.
Atri-ceda Aranict wyjęła z ust skręta i przyjrzała się jasnej iskrze
płonącej przed jej twarzą.
Pewna uczona porównała to kiedyś do panowania nad ogniem i wszystkiego,
co ono symbolizowało. Ha. Pewna uczona po prostu starała się
usprawiedliwić swój nałóg. Głupia baba. Jest twój, więc ciesz się nim, a gdy najdzie cię ochota, by go usprawiedliwiać, trzymaj gębę na kłódkę.
Filozofia, też coś.
Zapytaj jakiegoś żołnierza. Oni wiedzą, że tu chodzi o dym. I o to, co
wchodzi do środka, a co wychodzi na zewnątrz, i co to, kurwa, za
różnica.
Letheryjczycy sprawili się z honorem na straszliwym polu bitwy.
Odciągnęli uwagę nieprzyjaciela. Ich krew i ból umożliwiły Malazańczykom
odwrót.
Nie, nazwijmy to zgodnie z prawdą. Ucieczkę. Gdy tylko zagrano sygnały,
niewiarygodna ściana żelaza przerodziła się w pole trzcin i umknęła na
gwałtownym wichrze.
Nieważne. W poprzedzającym świt półmroku letheryjscy żołnierze
wychodzili na skraj obozu, by patrzeć na widocznych za porośniętym
chaszczami polem Malazańczyków. Nie myśleli o ucieczkach ani odwrotach,
lecz o tym, co się wydarzyło przedtem.
To, co czuli, miało nazwę.
Zwało się pokorą.
- Moja droga?
Podszedł do niej cicho i niepewnie jak dziecko.
- Zapomniałam, jak się śpi - odparła z westchnieniem Aranict.
Brys Beddict przystanął u jej boku.
- Tak. Obudziłem się i poczułem, że cię nie ma, więc zacząłem się
zastanawiać.
Jeszcze niedawno czuła się niepewnie w obecności tego mężczyzny.
Wyobrażała sobie nieprzyzwoite sceny, jak ktoś snujący marzenia, o których wie, że nigdy się nie spełnią. A teraz to on się niepokoił, gdy
znikała z jego łóżka.
Kilka dni wystarczy, by zmienić świat.
- Nad czym?
- Nie wiem, czy powinienem ci o tym mówić - odrzekł z żalem w głosie.
Wypełniła płuca dymem i wypuściła go powoli.
- Idę o zakład, że już na to za późno, Brys.
- Nigdy jeszcze nie byłem zakochany. Nie tak. Nigdy nie czułem się tak...
bezradny. Jakbym niepostrzeżenie dał ci całą swą moc.
- W żadnej z bajek dla dzieci nic o tym nie wspominają - odezwała się po
chwili Aranict. - Książę i księżniczka, silni i bohaterscy, są równi
sobie w wielkiej miłości, jaką zdobywają. Opowieść kończy się wzajemnym
podziwem.
- To ma trochę kwaśny smak.
- Smak samozadowolenia - skwitowała. - Wszystkie te opowieści są pełne
narcyzmu. Sztuczka polega na tym, że prezentuje się zwierciadlane
odbicie. Książę dla księżniczki, a księżniczka dla księcia. W rzeczywistości jednak chodzi o miłość szlachty do samej siebie.
Bohaterowie zdobywają najpiękniejszych partnerów. To nagroda za ich
odwagę i cnotę.
- A ci partnerzy są tylko zwierciadłami?
- Srebrnymi i błyszczącymi.
Poczuła, że się jej przygląda.
- Ale wymiana wcale nie jest taka równa, prawda? - dodał po chwili. -
Nie jesteś moim zwierciadłem, Aranict. Jesteś inną osobą. Nie odbijam
się w tobie, ani ty we mnie. Co więc tu znaleźliśmy i dlaczego czuję, że
muszę paść przed tym na kolana?
Koniec skręta zapłonął jak nowo narodzone słońce, po to tylko, by
przygasnąć po krótkiej chwili.
- Skąd mam wiedzieć, Brys? To tak, jakbym patrzyła na ciebie pod kątem,
jakiego nikt przedtem nie zdołał odnaleźć. Kiedy to robię, nic nie staje
między nami. Wystarczy sztuczka ze światłem i twoje szańce znikają.
Dlatego czujesz się odsłonięty.
Chrząknął.
- Ale w przypadku Tehola i Janath tak nie jest.
- Ehe, słyszałam o nich. Mam wrażenie, że bez względu na to, w którą
stronę zwracają twarz, oboje widzą tylko siebie. On jest jej królem, a ona jego królową. Cała reszta wypływa z tego faktu. Taka miłość zdarza
się wyjątkowo rzadko, jak sądzę.
- Ale nasza taka nie jest. Prawda, Aranict?
Milczała.
Jak mogłabym ci odpowiedzieć? Czuję się ciężka, jakbym połknęła cię
żywcem, Brys. Noszę w sobie twój ciężar. Nigdy jeszcze nie zaznałam
takiego wrażenia.
Odrzuciła niedopałek na bok.
- Za bardzo się przejmujesz, Brys. Jestem twoją kochanką. To wystarczy.
- A także moją atri-cedą.
Uśmiechnęła się w ciemności.
- To właśnie kazało mi tu przyjść.
- Dlaczego?
- Coś się ukrywa. Otacza nas, subtelne jak dym. Objawiło się dotąd tylko
raz. Podczas bitwy, wśród Malazańczyków. W miejscu, gdzie przyboczna
padła bez czucia. Za tym wszystkim kryje się czyjaś dłoń, Brys, a ja jej
nie ufam.
- Tam, gdzie leżała przyboczna? Ależ, Aranict, to, co się tam wydarzyło,
uratowało jej życie. Być może nawet życie wszystkich Łowców Kości.
Nah'ruk uciekali stamtąd w popłochu.
- Mimo to boję się tego czegoś - upierała się, zwijając kolejnego skręta
z rdzawego liścia. - Sojusznicy powinni występować jawnie. Otworzyła
srebrne puzderko, w którym trzymała żywiczne krzesiwo. Nocny wiatr
krzyżował wszelkie jej wysiłki wykrzesania ognia, schowała się więc za
Brysa i spróbowała znowu.
- Sojusznicy również mają wrogów - zauważył mężczyzna. - Gdyby wystąpili
jawnie, naraziliby się na ryzyko.
Wreszcie udało się jej zapalić skręta. Odsunęła się o pół kroku.
- To chyba trafna uwaga. No cóż, pewnie od początku podejrzewaliśmy, że
to nie jest prywatna wojna przybocznej.
- Nawet jeśli chciałaby, żeby tak było - dodał z czymś bliskim
okazywanego z niechęcią szacunku.
- Jeśli nadal nie będzie chciała ustąpić, jutrzejsze rokowania mogą się
okazać nadzwyczaj frustrujące - zauważyła Aranict. - Musimy usłyszeć, co
ona wie. Zrozumieć, do czego zmierza. A przede wszystkim pojąć to, co
wydarzyło się w dniu Nah'ruk.
Wyciągnął rękę i zaskoczył Aranict, dotykając jej policzka. Potem
pochylił się i pocałował ją. Roześmiała się gardłowo.
- Niebezpieczeństwo to potężny afrodyzjak, prawda, Brys?
- Tak - wyszeptał, ale potem się odsunął. - Atri-cedo, obejdę teraz
obóz, by przywitać świt razem z żołnierzami. Czy zdołasz wypocząć przed
spotkaniem?
- Mniej więcej.
- Znakomicie. No to do zobaczenia.
Odprowadzała go wzrokiem.
Niech mnie Zbłąkany, znowu to zrobił.
* * *
- Jak raz się rozciągnie, już się nie skurczy - poskarżyła się Hanavat.
- Po co się trudzić?
Shelemasa nie przestawała wcierać oleju w wielki brzuch kobiety.
- Rzecz w tym, że to przyjemne.
- Tyle mogę przyznać, chociaż myślę, że chodzi po prostu o to, że ktoś
poświęca mi uwagę.
- Tego właśnie mężczyźni nigdy nie zrozumieją - stwierdziła młodsza
kobieta. Wreszcie usiadła i zatarła dłonie. - Mamy w duszach żelazo. Jak
mogłoby być inaczej?
Hanavat odwróciła wzrok, mrużąc powieki.
- To moje ostatnie dziecko. Moje jedyne dziecko.
Shelemasa nie odpowiedziała ani słowem. Wszystkie dzieci Hanavat zginęły
w szarży na Nah'ruk. Wszystkie.
Jest w tym okrucieństwo, ale to nic w porównaniu z faktem, że Gall
przeżył. Gdy matka się ugina, ojciec się łamie. Zginęły. Poprowadził je
na śmierć, ale sam ocalał. Duchy, to dar szaleństwa.
Wspomnienie szarży prześladowało również Shelemasę. Pędziła pośród
błyskawic, towarzysze wokół niej co chwila eksplodowali, zalewając ją
skwierczącą krwią. Kwiczenie koni, tętent ich kopyt, trzask pękających
kości - ów straszliwy kocioł znowu przebudził się w jej umyśle,
zalewając uszy Shelemasy strumieniem dźwięków płynących z wnętrza
czaszki. Klęczała w namiocie Hanavat, drżąc pod naporem wspomnień.
Starsza kobieta najwyraźniej coś wyczuła, bo wyciągnęła rękę i wsparła
ogorzałą dłoń na udzie Shelemasy.
- To nadal trwa - wyszeptała. - Czuję to u wszystkich, którzy ocaleli.
Fala wspomnień, groza w waszych oczach. Ale uwierz mi, to przejdzie.
- Gallowi też?
Jej dłoń drgnęła.
- Nie. On jest wodzem wojennym. Jego to nie opuści. Szarża nie należy do
przeszłości. Przeżywa ją raz po raz, w każdej chwili, za dnia i w nocy.
Straciłam go, Shelemasa. Wszyscy go straciliśmy.
Ocalało ośmiuset osiemdziesięciu wojowników. Shelemasa była wśród nich,
wędrowała razem z nimi przez szczątki pozostałe po wycofującej się armii
i widziała to, co widziała.
Nigdy już nie staniemy do walki. Nie z taką chwałą i radością jak
niegdyś. Jak powiedzieliby malazańscy skrybowie, utraciliśmy skuteczność
bojową. Khundrylskie Wypalone Łzy zostały rozbite. Nie z powodu braku
odwagi, lecz czegoś znacznie gorszego. W jednej chwili staliśmy się
przestarzali.
Nic nie mogłoby złamać ich ducha skuteczniej niż ta świadomość.
Potrzebowali nowego wodza wojennego, ale nie liczyła na to, że go
powołają. Brakowało im woli. Nie było już czego składać w całość.
- Pójdę na rokowania - oznajmiła Hanavat. - Chcę, żebyś mi towarzyszyła,
Shelemasa.
- Twój mąż...
- Leży w namiocie swego najstarszego syna. Nie chce nic jeść ani pić.
Pragnie umrzeć. Wkrótce spalimy jego ciało na stosie, ale to będzie
tylko formalność. Już rozpoczęłam żałobę.
- Wiem... - Shelemasa zawahała się - ...że mieliście trudności. Pogłoski o jego skłonnościach.
- To właśnie jest najbardziej gorzkie - przerwała jej Hanavat. - Gall,
no cóż, skłonności wiodły go we wszystkich kierunkach. Dawno już
nauczyłam się to akceptować. Najgłębiej rani mnie fakt, że odnaleźliśmy
się nawzajem. Przed szarżą. Raz jeszcze obudziliśmy naszą miłość. Znowu...
znowu byliśmy szczęśliwi. Przez parę chwil.
Przerwała. Z jej oczu popłynęły łzy.
Shelemasa przysunęła się bliżej.
- Opowiedz mi o dziecku, które nosisz, Hanavat. Nigdy nie byłam w ciąży.
Powiedz, jak to jest. Czy czujesz się wypełniona? Czy ono się porusza?
Słyszałam, że czasami to robią.
- Ach, proszę bardzo - zgodziła się starsza kobieta, uśmiechając się
przez łzy. - Jak się czuję? Czasami tak, jakbym zjadła całą świnię. Czy
mam mówić dalej?
Shelemasa parsknęła krótkim niespodziewanym śmiechem, a potem skinęła
głową.
Opowiedz mi o czymś dobrym. Żeby zagłuszyć krzyki.
* * *
- Dzieci śpią - oznajmiła Jastara, opadając na kolana obok niego.
Przyjrzała się jego twarzy. - Widzę, jak wiele w nim pochodziło od
ciebie. Twoje oczy, usta...
- Cicho, kobieto - warknął Gall. - Nie będę spał z wdową po moim synu.
Odsunęła się od niego.
- Ale śpij z kimś, do Kaptura.
Odwrócił się od niej i wbił wzrok w ścianę namiotu.
- Dlaczego to robisz? - zapytała. - Przychodzisz tu jak duch
wszystkiego, co straciłam. Czy mało mi udręki? Czego ode mnie chcesz?
Spójrz na mnie. Oferuję ci swoje ciało. Podzielmy się żałobą.
- Przestań.
Syknęła.
- Chciałbym, żebyś przebiła mnie nożem - dodał Gall. - Zrób to, kobieto,
a pobłogosławię cię w ostatnim tchnieniu. Nóż. Daj mi ból i ciesz się
jego widokiem. Zrób to, Jastara, w imię mojego syna.
- Ty samolubny gnoju, czemu miałabym sprawić ci taką przyjemność?
Zmiataj stąd. Schowaj się w jakiejś innej dziurze. Myślisz, że
przynosisz wnukom pociechę, kiedy cię widzą w takim stanie?
- Nie jesteś Khundrylką - odparł. - Pochodzisz z Gilków. Nie rozumiesz
naszych zwyczajów...
- Khundryle byli budzącymi lęk wojownikami. Nadal nimi są. Musisz wstać,
Gall. Musisz zwołać swoje duchy, wszystkie, i uratować swój lud.
- Nie jesteśmy Wickanami - wyszeptał, raz jeszcze unosząc dłoń, by
przeorać twarz pazurami.
Zmełła w ustach przekleństwo.
- Bogowie na dole, naprawdę myślisz, że Coltaine i jego cholerni
Wickanie mogliby się sprawić lepiej?
- Znalazłby jakiś sposób.
- Ty głupcze. Nic dziwnego, że żona się z ciebie śmieje. Nic dziwnego,
że wszyscy kochankowie obojga płci odwrócili się od ciebie...
- Odwrócili się? Wszyscy zginęli.
- To znajdź sobie nowych.
- Kto mógłby pokochać trupa?
- Nareszcie powiedziałeś coś godnego uwagi, wodzu wojenny. No właśnie,
kto? Widzę odpowiedź przed sobą. Głupi starzec. Minęło już pięć dni.
Jesteś wodzem wojennym. Obudź się, do cholery...
- Nie. Jutro oddam swoich ludzi pod opiekę przybocznej. Khundrylskie
Wypalone Łzy przestały istnieć. Koniec z nimi. Z nimi i ze mną.
Przed jego oczyma pojawiło się ostrze noża.
- Czy tego właśnie chcesz?
- Tak - wyszeptał.
- Co mam ci uciąć najpierw?
- Sama zdecyduj.
Nóż zniknął.
- Jak powiedziałeś, pochodzę z Gilków. Cóż mogę wiedzieć o miłosierdziu?
Sam znajdź swoją drogę do Kaptura, Gall. Wickanie zginęliby, tak samo
jak twoi wojownicy. Nie inaczej. Bitwy czasem się przegrywa. Tak to już
jest. Ale nadal oddychasz. Zwołaj swych ludzi. Oni liczą na ciebie.
- Już nie. Nigdy więcej nie poprowadzę wojowników do bitwy.
Warknęła coś niezrozumiałego i odeszła, zostawiając go samego.
Gapił się na ścianę namiotu i słuchał własnego, bezcelowego oddechu.
Wiem, co to jest. To strach. Czekał na mnie przez całe życie, gdzieś
pośród zimnej nocy. Dopuściłem się straszliwych czynów i teraz nadchodzi
kara. Pośpiesz się, proszę.
Ta noc jest bardzo zimna i zbliża się z każdą chwilą.
Rozdział czwarty
Rozdział czwarty
Kiedyś nie wiedzieliśmy nic.
A teraz wiemy wszystko.
Unikaj naszych oczu.
Nasze oczy są puste.
Patrz w nasze twarze
I ujrzyj nas, jeśli się ośmielisz.
Jesteśmy skórą wojny.
Jesteśmy skórą wojny.
Kiedyś nie wiedzieliśmy nic.
A teraz wiemy wszystko.
Skóra
Sejatas
Tyle potu, że człowiek mógłby w nim utonąć. Drżał pod futrem, jak każdej
nocy po bitwie. Budził się nagle zlany potem. Serce mu waliło, a przed
oczyma miał powidoki. Keneb na chwilę przed rozerwaniem na strzępy
odwracał się w siodle i przeszywał Blistiga zimnym świadomym
spojrzeniem. Patrzyli sobie w oczy, oddaleni od siebie o mniej niż
dziesięć kroków. To było niemożliwe.
Wiem, że to niemożliwe. Nie zbliżałem się do niego. Nie odwrócił się,
nie spojrzał za siebie. Nie widział mnie. Nie mógł.
Nie wyj na mnie z ciemności, Keneb. Nie gap się. To nie miało ze mną nic
wspólnego. Zostaw mnie w spokoju.
Ta cholerna armia nie potrafiła pójść w rozsypkę, nie rozumiała, co to
znaczy klęska w walce z silniejszym nieprzyjacielem. Każdy żołnierz
zostaje sam. Tak właśnie wygląda rozbita armia. Ale oni trzymali szyk.
"Jesteśmy z tobą, pięści Blistig. Posłuchaj łoskotu naszych kroków.
Maszerujemy na północ. Nie ścigają nas, pięści. To dobrze. Już go nie
czuję, pięści. No wiesz, mówię o oddechu samego Kaptura na karku. Nie
czuję go. Trzymamy szyk, pięści. Trzymamy szyk...".
- Trzymamy szyk - wyszeptał w mrocznym namiocie. - A powinniśmy
rozpierzchnąć się na cztery wiatry. Każdy na własną rękę znalazłby drogę
powrotu do cywilizacji. Do zdrowego rozsądku.
Pot wysychał już albo po prostu wsiąkał w futro. Nadal było mu zimno i ze strachu dręczyły go mdłości.
Co się ze mną stało? Gapią się na mnie. Z ciemności. Gapią się.
Coltaine. Duiker. Tysiące zamordowanych pod murami Arenu. Gapią się na
mnie ze swoich krzyży. A teraz również Keneb na swym koniu. Ruthan Gudd.
Szybki Ben. Czekają na mnie umarli. Zastanawiają się, dlaczego nie
jestem z nimi. Bo przecież powinienem.
Wiedzą, że tu nie ma dla mnie miejsca.
Kiedyś był dobrym żołnierzem. Niezłym dowódcą. Wystarczająco sprytnym,
by ocalić ludzi ze swego garnizonu. Bohaterem, który uratował Aren przed
Tornadem. Ale potem nadeszła przyboczna i od tej chwili wszystko zaczęło
iść źle. Wcieliła go do swojej armii, zabrała z Arenu. A mieli go zrobić
wielką pięścią, protektorem miasta. Mieli dać mu pałac.
Ukradła moją przyszłość. Moje życie.
W Malazie było jeszcze gorzej. Ujrzał na własne oczy przegniłe serce
imperium. Stał w nim Mallick Rel, ten, który zdradził Legion Areński,
zamordował Duikera, Coltaine'a i całą resztę. Nie było najmniejszych
wątpliwości. Jhistal szeptał do ucha cesarzowej, a jego zemsta na
Wickanach jeszcze się nie dokonała.
A także na nas. Zabrałaś nas do tego gniazda węży i zginęli kolejni
żołnierze. Nigdy ci nie wybaczę wszystkiego, co uczyniłaś.
Gdy stał przed nią, wypełniała go żółć. Za każdym razem niemal drżał z tłumionego pragnienia złapania jej za gardło i opowiedzenia o wszystkim,
co mu uczyniła w tej samej chwili, gdy światło miało zgasnąć w jej
martwych, pozbawionych wyrazu oczach.
Byłem kiedyś dobrym oficerem. Honorowym żołnierzem.
A teraz żyję w strachu. Co nam uczyni tym razem? Y'Ghatan jej nie
wystarczył. Malaz jej nie wystarczył. Lether też nie. Wszystkiego jej
mało. Nah'ruk? Za mało. Niech cię szlag, Tavore. Mogę zginąć za jakąś
porządną sprawę. Ale za to?
Nigdy przedtem nie znał takiej nienawiści. Wypełniała go jej trucizna,
ale umarli nadal gapili się na niego z pustkowi królestwa Kaptura.
Czy mam ją zabić? Tego właśnie chcecie? Powiedzcie mi!
Ściany namiotu już zaczynały prześwitywać. Dzisiaj czekały ich
rokowania. Przyboczna w towarzystwie pięści, nowych i jedynego ze
starych, który przeżył bitwę.
Ale kto skieruje na mnie spojrzenie? Kto zajmie pozycję krok za mną? Nie
Sort. Nie Milutek. Nawet nie Raband i Skanarow. Nie, nowi pięści i ich
najstarsi rangą oficerowie patrzą przeze mnie na wskroś. Już stałem się
duchem, jednym z tych, o których zapomniano. Co uczyniłem, by na to
zasłużyć?
Keneb poległ. Od Letheras to praktycznie on dowodził Łowcami Kości.
Kierował wszystkim podczas marszu, dbał o zaopatrzenie, pilnował
dyscypliny i zajmował się organizacją. Krótko mówiąc, odpowiadał za
wszystko. Niektórzy ludzie posiadali tego typu umiejętności.
Dowodzenie garnizonem było łatwe. Mieliśmy grubego kwatermistrza, który
parał się wszelkimi możliwymi interesami, uśmiechniętego głąba o bystrym
spojrzeniu, dostawcy otaczali nas ze wszystkich stron i gdy tylko czegoś
potrzebowaliśmy, pisało się zamówienie. Czasami nawet to nie było
konieczne. Wystarczyło mrugnąć i skinąć głową.
Patrole wychodziły do miasta. I wracały. Warty się zmieniały, przy
bramach czuwali strażnicy. Utrzymywaliśmy pokój i on dawał nam
szczęście.
Maszerująca armia wyglądała jednak zupełnie inaczej. Logistyka
wykraczała poza jego możliwości, przeciążała mu mózg. Miał za dużo
kłopotów, jego uwagę zaprzątało zbyt wiele spraw.
Dobra, odchudziliśmy się trochę. Ach, cóż to za miły eufemizm. Jesteśmy
armią złożoną z regularnej piechoty, z tylko niewielką domieszką
ciężkich i piechoty morskiej. A to znaczy, że mamy za dużo zapasów,
jeśli to w ogóle możliwe.
Niestety, ten stan nie utrzyma się długo. Ona chce, żebyśmy przeszli
przez Pustkowia. A co leży za nimi? Pustynia. Nic. Czeka nas głód, bez
względu na to, ile załadowaliśmy na wozy. Głód i pragnienie.
Nie podejmę się tego. Nie proście mnie o to. Nie ma mowy.
Ale wcale nie będą go prosili, prawda? Dlatego że nie był Kenebem.
Naprawdę nie mam po co tam iść. Pasuję do tego towarzystwa jeszcze mniej
niż Banaschar. On przynajmniej potrafi zdobyć się na to, by przyjść
pijany i z uśmiechem stawić czoło niezadowoleniu przybocznej. To
świadczy o swego rodzaju odwadze.
Nadchodził świt i w obozie zaczęło się poruszenie. Słyszał słabe dźwięki
kilku rozmów. Ospała bestia budziła się, by stawić czoło bezlitosnym
prawdom. Oczy się otwierały, a dusze kuliły trwożnie.
Jesteśmy chodzącymi trupami. Czego jeszcze od nas pragniesz, Tavore?
Bardzo wiele. Świadomość tego faktu była jak zęby wbijające się w jego
pierś.
Warknął pod nosem, odrzucił futro na bok i usiadł. Był w namiocie
pięści. Po co mu tyle miejsca? Było tu tylko wilgotne powietrze,
czekające na jego bohaterskie gesty, jego zesłany przez bogów geniusz.
Wciągnął ubranie, podniósł z ziemi zimne skórzane buty i potrząsnął
nimi, by się upewnić, że w środku nie ma skorpionów ani pająków. Potem
wepchnął w nie nogi. Musiał się odlać.
Byłem kiedyś dobrym oficerem.
Pięść Blistig rozwiązał sznury podtrzymujące poły namiotu i wyszedł na
zewnątrz.
* * *
Milutek rozejrzał się.
- Kapitanie Raband?
- Słucham, pięści?
- Znajdź mi Pryszcza.
- Starszego sierżanta Pryszcza, pięści?
- Czy jaki tam stopień postanowił dziś sobie nadać, tak. Poznasz go po
podbitych oczach. - Milutek przerwał na chwilę, by się zastanowić. -
Chciałbym wiedzieć, kto rozkwasił mu nos. Ten człowiek zasłużył na
medal.
- Tak jest, pięści. Już idę, pięści.
Obejrzał się, słysząc zbliżające się kroki. To były pięść Faradan Sort
i, podążająca krok za nią, kapitan Skanarow. Obie kobiety wyglądały na
niezadowolone. Milutek łypnął na nie spode łba.
- Czy takie twarze chcecie pokazać swoim żołnierzom?
Skanarow odwróciła wzrok z zawstydzeniem, ale spojrzenie pięści Sort
stało się twarde jak kamień.
- Twoi właśni żołnierze są bliscy buntu, Milutek. Nie potrafię uwierzyć,
że zarządziłeś...
- Inspekcję ekwipunku? Czemu by nie? To ich zmusiło do zdrapania gówna
ze spodni. Już dawno trzeba ich było doprowadzić do porządku.
Faradan Sort przyglądała mu się z uwagą.
- Wcale się nie zgrywasz, prawda?
- Coś ci poradzę - odparł Milutek. - Twierdza płonie, kucharze umierają
na czarną zarazę żołądkową, szczury odmawiają jedzenia twojej kolacji, a na wieść, że cyrk rozbija namioty na dziedzińcu, twoja żona oliwi
zawiasy w sypialni. Wtedy zjawiam się ja i daję ci opieprz z powodu
niewyczyszczonych butów. O czym myślisz, kiedy już sobie pójdę?
- Rozważam różne pomysłowe sposoby zamordowania, cię, pięści -
odpowiedziała Skanarow.
Milutek poprawił pas.
- Słońce pojawiło się na niebie, moje drogie. Czas na moją poranną
przechadzkę dla zdrowia.
- Chcesz dostać kilku strażników, pięści?
- Miło, że to proponujesz, kapitanie, ale poradzę sobie. Aha, jeśli
Raband zjawi się wkrótce z Pryszczem, dajcie dobremu kapitanowi awans.
Myślę, że stopień wszechmocnego nadzorcy wszechświata będzie w sam raz.
Do zobaczenia, miłe panie.
* * *
Odprowadzając go wzrokiem, Faradan Sort potarła z westchnieniem twarz.
- No dobra - mruknęła. - Skurwysyn ma trochę racji.
- Właśnie dlatego jest skurwysynem, pięści.
Faradan Sort spojrzała na nią.
- Próbujesz podważyć reputację pięści, kapitanie?
Skanarow wyprostowała się.
- Z całą pewnością nie, pięści. Po prostu stwierdziłam fakt. Pięść
Milutek to skurwysyn, pięści. Był skurwysynem jako kapitan, porucznik,
kapral i siedmioletni łobuziak, pięści.
Faradan Sort przyglądała się przez chwilę drugiej kobiecie. Skanarow
ciężko przeżyła śmierć Ruthana Gudda, wystarczająco ciężko, by pięść
doszła do wniosku, że tych dwoje łączyło coś więcej niż braterstwo
broni. A teraz musiała tytułować pięścią kogoś, kto przed zaledwie
kilkoma dniami był jej równy stopniem.
Czy powinna z nią o tym pomówić? Wyjaśnić, że czuje się tym równie
skrępowana jak ona? Czy to miałoby sens? Jakoś sobie radzi, prawda?
Zachowuje się jak przystało cholernej żołnierce.
Jest jeszcze Milutek. Pięść Milutek, Kapturze pomóż nam wszystkim.
- Przechadzka dla zdrowia - mruknęła. - Bogowie na dole. Chyba nadeszła
pora, bym spotkała swych nowych żołnierzy.
- W regularnej piechocie służą prości ludzie, pięści. Nie są tak
krnąbrni jak piechota morska. Nie powinni ci sprawić kłopotów.
- Podczas bitwy uciekli, kapitanie.
- Tak, jak im kazano, pięści. Głównie dzięki temu jeszcze żyją.
- Zaczynam dostrzegać drugi powód, dla którego Milutek zarządził
inspekcję ekwipunku. Ilu z nich porzuciło broń i tarcze?
- Idą za nami ludzie zbierający sprzęt, pięści.
- Nie w tym rzecz - odparła Faradan Sort. - Porzucili broń. To często
przechodzi w nawyk. Mówisz, że nie sprawią mi kłopotów, kapitanie? Może
nie takich, o jakich myślisz. Martwię się o inne kłopoty.
- Rozumiem, pięści. W takim razie lepiej trochę nimi potrząśnijmy.
- Chyba zaraz zrobię się bardzo nieprzyjemna.
- Jak skurwysyn?
- Płeć się nie zgadza.
- Może i tak, pięści, ale słowo jest odpowiednie.
* * *
Jeśli nie będzie się ruszał. Jeśli przedrze się przez osad i opary
pozostałe po wczorajszym winie, odepchnie ból głowy i kwaśny smak na
języku. Jeśli wstrzyma oddech i będzie leżał jak trup, jak żywy obraz
kapitulacji. Wtedy może ją poczuje. Poruszenie głęboko pod stwardniałą
spękaną powierzchnią ziemi.
Robak się budzi. Zaiste czujesz boginię, o kapłanie. Jest twoim gryzącym
poczuciem winy. Twoim rozgorączkowanym wstydem, od którego czerwieni ci
się twarz.
Jego bogini była coraz bliżej. Z pewnością jednak zajmie jej to jeszcze
sporo czasu. Musiała się przegryźć przez cały świat. Miażdżyć kości w szczękach, pożerać tajemnice. Góry drżały i przechylały się z głośnym
zgrzytem, gdy przechodziła głęboko pod nimi. Morza się burzyły. Lasy
drżały. Nadchodził Robak Jesieni.
"Pobłogosław spadające liście, pobłogosław szare niebo, pobłogosław ten
zimny wiatr i zwierzęta, które śpią". Tak, Święta Matko, pamiętam
modlitwy. Restyturgię Całunu. "A znużona krew nakarmi ziemię, ich
doczesne ciała zostaną ciśnięte do twego brzucha. I Mroczne Wichry
Jesieni nadejdą w swym głodzie, by porwać ich wyrwane z ciał dusze. Ich
jęki wypełnią jaskinie. Umarli odwrócili się plecami do twardej ziemi,
kamieni i dotyku nieba. Pobłogosław ich podróż, z której nikt nie wraca.
Dusze nie mają wartości. Tylko ciała karmią żywych. Tylko ciała.
Pobłogosław nasze oczy, D'rek, albowiem są otwarte. Pobłogosław nasze
oczy, D'rek, albowiem widzą".
Przetoczył się na bok. Trucizna wypełnia ciało na długo przed tym, nim
opuści je dusza. Bogini okrutnie odmierzała czas. Była twarzą
nieuniknionego rozkładu. Czyż nie błogosławił jej każdym dniem swego
życia?
Banaschar kaszlnął i usiadł powoli. Jego czaszkę gniotły od środka
niewidzialne palce. Wiedział, że ma tam czyjąś pięść, że ktoś chce się
stamtąd wydostać.
Wydostać się z mojej głowy, tak jest. Któż mógłby mieć do niego
pretensję?
Omiótł otoczenie zaspanym spojrzeniem i doszedł do wniosku, że scena
jest nazbyt cywilizowana. Co prawda, wyczuwało się w niej pewną
niedbałość i obojętność, słyszało się chytry głos szepczący o rozkładzie, ale nie było ani śladu obłędu. Nawet najmniejszej nuty
grozy. Powietrze pozbawione smaku, żałosna bladość świtu przesączająca
się przez ściany namiotu. Rysujące się na niej sylwetki owadów: każdy
szczegół wywrzaskiwał swą codzienną prawdę.
Tak wielu poległo. Zaledwie pięć dni temu. Sześć. Już sześć dni. Nadal
ich słyszę. Ból, furia, wszystkie te gwałtowne głosy desperacji. Jeśli
wyjdę teraz z namiotu, powinienem ich jeszcze zobaczyć. Żołnierzy
piechoty morskiej. I ciężkich. Stali naprzeciwko nieprzyjacielskiej
nawałnicy, zawzięci jak szerszenie, ale musieli przegrać, przeciwnik
bowiem był jeszcze wredniejszy od nich. Zmiażdżył ich, jednego po
drugim, i wdeptał w ziemię.
I Khundryle. Bogowie na dole, biedne Wypalone Łzy.
Ta scena była stanowczo zbyt cywilizowana - stosy ubrań, puste zakurzone
dzbanki leżące na ziemi, zdeptane trawy, cierpiące z powodu braku
jasnych promieni słońca. Czy światło życia kiedyś tu wróci, czy też były
skazane na uwiąd i śmierć? Pojedyncze źdźbła nie mogły tego wiedzieć. Na
razie musiały cierpieć.
- Bez obaw - mruknął. - Wkrótce ruszymy w dalszą drogę. Odzyskacie
wolność. Znowu poczujecie tchnienie wiatru. Obiecuję.
Ach, Święta Matko, czy to twoje słowa pociechy? Światło wróci. Bądź
cierpliwy, jego słodki pocałunek zbliża się z każdą chwilą. Nowy dzień.
Czekaj spokojnie, ty, który jesteś słaby.
Banaschar prychnął i rozejrzał się w poszukiwaniu dzbanka, w którym coś
jeszcze zostało.
* * *
Przed Martwym Płotem stało pięciu khundrylskich wojowników. Sprawiali
wrażenie zagubionych, lecz zarazem zdeterminowanych, jeśli coś takiego w ogóle było możliwe. Podpalacz Mostów nie miał pewności. Trudno im było
spojrzeć mu w oczy, ale nie zamierzali się cofnąć.
- I co mam z wami zrobić, w imię Kaptura?
Obejrzał się przez ramię. Dwójka nowych sierżantów stała za nim, a reszta żołnierzy zbierała się za ich plecami. Obie kobiety wyglądały jak
torby wyładowane złymi wspomnieniami. Ich twarze przybrały niezdrowy
szary kolor, jakby zapomniały o wszystkich przyjemnościach życia.
Jakby ujrzały drugą stronę. Dziewczyny, tam nie jest tak źle. Tylko samo
przejście jest paskudne.
- Komendancie? - zapytała Słodkiesadło, wskazując głową Khundryli.
- Chcą się do nas zaciągnąć - wyjaśnił Płot, krzywiąc się. - Wykopali
ich z Wypalonych Łez albo coś w tym rodzaju. - Ponownie spojrzał na
pięciu mężczyzn. - Idę o zakład, że Gall uzna to za zdradę i zażąda
waszych głów.
Najstarszy z wojowników, o twarzy niemal czarnej od wytatuowanych łez,
zgarbił szerokie pochyłe ramiona.
- Dusza Galla Inshilakana umarła. Wszystkie jego dzieci poległy podczas
szarży. Widzi tylko przeszłość. Khundrylskie Wypalone Łzy przestały
istnieć. - Wskazał na swych towarzyszy. - Ale my chcemy walczyć dalej.
- Dlaczego nie w Łowcach Kości? - zapytał Płot.
- Pięść Milutek nie chciał nas przyjąć.
- Nazwał nas dzikusami - warknął inny wojownik. - I tchórzami.
- Tchórzami? - Płot zasępił się jeszcze bardziej. - Uczestniczyliście w tej szarży?
- Tak.
- I chcecie walczyć dalej? Jak można to nazwać tchórzostwem?
- Chciał nas wstydem skłonić do powrotu do swoich, ale z nami już
koniec. Klęczymy w cieniu Coltaine'a, złamani porażką.
- Chcesz powiedzieć, że cała reszta po prostu... zwiędnie?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Komendancie, ponieśliśmy trochę strat - odezwał się stojący za Płotem
alchemik Bavedict. - Ci wojownicy to weterani. I potrafią przetrwać.
Płot obejrzał się na Letheryjczyka.
- Tak jak my wszyscy - zauważył.
Bavedict skinął głową.
Płot westchnął i znowu spojrzał na wojowników.
- Jak się nazywacie?
- Ja jestem Berrach - odparł najstarszy. - A to są moi synowie: Sleg,
Gent, Pahvral i Rayez.
Twoi synowie. Nic dziwnego, że nie czułeś się dobrze w obozie Galla.
- Od tej chwili jesteście zwiadowcami, a jeśli zajdzie taka potrzeba,
również kawalerią.
- Podpalaczami Mostów?
Płot skinął głową.
- Podpalaczami Mostów.
- Nie jesteśmy tchórzami - wysyczał najmłodszy, zapewne Rayez. Jego
twarz nagle przybrała gniewny wyraz.
- Gdybyście nimi byli, zaraz bym was przegnał - odparł Płot. - Berrach,
jesteś teraz kapitanem naszej konnicy. Macie zapasowe wierzchowce?
- Już nie, komendancie.
- Trudno. Moi sierżanci wskażą wam kwatery. Możecie odejść.
W odpowiedzi pięciu wojowników wyciągnęło szable i wykonało salut,
jakiego Płot nigdy jeszcze nie widział. Unieśli pod kątem klingi i dotknęli nimi odsłoniętych gardeł.
Bavedict chrząknął.
Gdybym im powiedział "tnijcie", zrobiliby to? Bogowie na dole.
- Starczy tego, żołnierze - rzekł. - W Podpalaczach Mostów nie czcimy
Coltaine'a. Dla nas był tylko kolejnym malazańskim dowódcą. Z pewnością
dobrym i teraz stoi w cieniu Dassema Ultora, ale ma tam wielu
towarzyszy. Być może Gall wkrótce do nich dołączy.
Berrach zmarszczył brwi.
- Nie czcicie ich pamięci?
Płot odsłonił zęby w grymasie bynajmniej nieprzypominającym uśmiechu.
- W wolnym czasie możecie czcić go, jeśli chcecie, kapitanie, ale nie
będziecie już mieli wolnego czasu, bo jesteście teraz Podpalaczami
Mostów, a Podpalacze Mostów oddają cześć tylko jednemu.
- Czemu, komendancie?
- Zabijaniu nieprzyjaciela, kapitanie.
W twarzach wojowników coś się nagle przebudziło. Wszyscy jak jeden mąż
schowali szable. Berrach miał wyraźne trudności z dobyciem głosu, zdołał
jednak zapytać:
- Komendancie Płot, jak salutują Podpalacze Mostów?
- Między sobą tego nie robimy. Jeśli zaś chodzi o żołnierzy spoza naszej
kompanii, to tak.
Wszyscy wybałuszyli szeroko oczy na widok obscenicznego gestu Płota.
Potem Berrach uśmiechnął się szeroko.
Płot odwrócił się i skinął na swych sierżantów. Zauważył, że obie
kobiety nie są już wielkimi szarymi worami, jakie widział przed chwilą.
Strach zniknął z ich twarzy i łatwo można było w nich dojrzeć
wyczerpanie. Niemniej ich nastrój wyraźnie się poprawił. Słodkiesadło i Dwudzbankowa znów mogły niemal wydawać się piękne.
Podpalacze Mostów cały czas dostawali po łbie. Ale za każdym razem się
podnosiliśmy.
- Alchemiku, pokaż mi ten swój nowy wynalazek - polecił Bavedictowi.
- Nareszcie - odparł Letheryjczyk. - To zabawne, prawda?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki