Okruchy Jadeitu / Szlifierz z Janloonu. Saga o Zielonych Kościach. Prequel - Fonda Lee

Kup ebooka

35.00 zł
29.33 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

Gdzieś w poło­wie pracy nad Dzie­dzic­twem jade­itu zaczę­łam z nie­cier­pli­wo­ścią i lękiem wypa­try­wać końca Sagi o zie­lo­nych kościach. Spę­dzi­łam bar­dzo wiele czasu w Jan­lo­onie w towa­rzy­stwie rodziny Kau­lów - w moim życiu minęło ponad sześć lat, a w ich życiu pra­wie trzy­dzie­ści. Zna­łam tych wymy­ślo­nych ludzi rów­nie dobrze, jak kogo­kol­wiek, kogo pozna­łam w rze­czy­wi­sto­ści, i choć wypa­try­wa­łam z nie­cier­pli­wo­ścią zakoń­cze­nia try­lo­gii i zaję­cia się nowymi pro­jek­tami, nie chcia­łam się z nimi poże­gnać. Nara­zi­łam te posta­cie na wiele cier­pień, obser­wo­wa­łam, jak się sta­rzeją i zmie­niają, a kiedy ich opo­wieść zbli­żała się do końca, poczu­łam nostal­gię za latami ich mło­do­ści i zapra­gnę­łam odwie­dzić wcze­śniej­szy okres ich życia.

Lan, Hilo, Shae, Anden, Wen, Ayt Mada - wszyst­kie te posta­cie poja­wiają się naj­pierw na kar­tach Mia­sta jade­itu i mają już za sobą długą oso­bi­stą histo­rię. Zaczę­łam pisać opo­wia­da­nia o ich prze­szło­ści wyłącz­nie dla wła­snej satys­fak­cji, by móc spę­dzić z nimi wię­cej czasu, bli­żej zapo­znać się z wyda­rze­niami, o któ­rych wspo­mina się w książ­kach, ale nie opi­suje ich dokład­nie. Nagle jed­nak zada­łam sobie pyta­nie: czemu by nie podzie­lić się tymi opo­wie­ściami z czy­tel­ni­kami? Umie­ści­łam trzy z nich na Patre­onie i wtedy Bill Scha­fer zasu­ge­ro­wał, by zro­bić z nich pięk­nie wydany zbiór opu­bli­ko­wany w ogra­ni­czo­nym nakła­dzie. To była, jak to mówią, pro­po­zy­cja nie do odrzu­ce­nia.

Saga o zie­lo­nych kościach jest przede wszyst­kim histo­rią dyna­stii. Wielu ludzi pytało mnie o inspi­ra­cje do stwo­rze­nia tego cyklu, zaczy­na­jąc od epic­kiej fan­tasy, poprzez wuxia, filmy kry­mi­nalne oraz trak­tu­jące o kung-fu, aż po świa­domą eks­plo­ra­cję tema­tów takich, jak post­ko­lo­nialna moder­ni­za­cja, glo­ba­li­za­cja, kul­tu­rowa dia­spora i geo­po­li­tyka cza­sów zim­nej wojny. Rzecz jasna, ludzie pytają mnie też o wpływ Ojca chrzest­nego, a ja zawsze im odpo­wia­dam, że książka Maria Puzo i filmy Cop­poli są dla mnie ważne nie dla­tego, że ich boha­te­ro­wie są gang­ste­rami, tylko dla­tego, że opo­wia­dają histo­rię rodziny, któ­rej człon­ko­wie przy­pad­kowo zaj­mują się wła­śnie tym.

Życie Kau­lów jest znacz­nie bar­dziej nie­bez­pieczne i wypeł­nione prze­mocą niż życie więk­szo­ści z nas, ale kiedy o nich pisa­łam, chwi­lami wyda­wali mi się tak realni i bli­scy, że czu­łam się tak, jak­bym pisała bio­gra­fię, nie powieść. Okre­śle­nie epicka fan­tasy przy­wo­łuje wizję roz­le­głych kon­ty­nen­tów, kró­lestw i armii, powsta­wa­nia państw i ich upadku. Jed­nakże epicką skalę można odna­leźć rów­nież w życiu jed­nostki. W histo­rii mał­żeń­stwa. W obser­wa­cji dora­sta­ją­cych dzieci. W prze­mi­ja­ją­cych nadzie­jach i marze­niach, a także brze­mio­nach i smut­kach prze­ka­zy­wa­nych z poko­le­nia na poko­le­nie. Zawsze będę wdzięczna za to, że ta try­lo­gia oka­zała się prze­ło­mem w mojej karie­rze. Przed­tem uwa­ża­łam się za autorkę science fic­tion i fan­tasy, która dobrze sobie radzi ze świa­to­twór­stwem i two­rzy eks­cy­tu­jące sceny akcji, ale ten cykl prze­ko­nał mnie, że cha­rak­te­ry­styka postaci rów­nież może być moją mocną stroną. Świa­do­mość, że czy­tel­nicy zako­chują się w wymy­ślo­nych przeze mnie oso­bach, dała mi wielką pro­fe­sjo­nalną satys­fak­cję.

Akcja czte­rech opo­wia­dań w tym zbio­rze roz­grywa się przed począt­kiem Mia­sta jade­itu i są one umiesz­czone w porządku chro­no­lo­gicz­nym. "Cza­row­nica i jej przy­ja­ciółka" zaczyna się dwa­dzie­ścia pięć lat przed począt­kiem try­lo­gii, a "Wnuczka kor­mo­ran" opi­suje wyda­rze­nia, do któ­rych doszło trzy i pół roku przed nim, zakła­dają jed­nak, że czy­tel­nik zna ich świat oraz posta­cie, i powinno się je czy­tać po zazna­jo­mie­niu się co naj­mniej z Mia­stem jade­itu, nawet jeśli nie z całą try­lo­gią.

Naj­pięk­niej­sze w opo­wie­ściach jest to, że pozo­stają nie­zmienne, zawie­szone w cza­sie. Wystar­czy otwo­rzyć książkę, by natych­miast prze­nieść się do czasu i miej­sca jej akcji. Oka­zuje się, że jed­nak nie skoń­czy­łam jesz­cze z Kau­lami. Ale być może oni skoń­czyli ze mną. Po wszyst­kich tra­ge­diach i trium­fach, przez które prze­szli, zasłu­gują na odpo­czy­nek.

Nowa uczen­nica miała trzy­na­ście lat. Była chudą dziew­czynką o nie­zdro­wym wyglą­dzie, miała dłu­gie palce i wiel­kie stopy. Wszy­scy instruk­to­rzy ze Szkoły Świą­tyn­nej Wie Lona zga­dzali się, że jest już za późno na roz­po­czę­cie szko­le­nia, ale we wstęp­nych testach chuda sie­rota nie tylko znacz­nie prze­kro­czyła gra­nice, gdy cho­dziło o tole­ran­cję jade­itu oraz talent do sze­ściu dys­cy­plin, lecz nagle i nie­spo­dzie­wa­nie stała się córką boha­tera naro­do­wego Ayt Yugon­tina. Kie­row­nic­two szkoły zgo­dziło się zro­bić wyją­tek dla Ayt Mada­shi.

- Spójrz­cie na nią. Chuda, uboga wie­śniaczka wśród jan­lo­oń­czy­ków - stwier­dziła Aun Ure­may­ada, nie ze zło­śli­wo­ścią i drwiną, lecz raczej z zain­te­re­so­wa­niem połą­czo­nym z lekką odrazą, jakby mówiła o psie o trzech nogach.

W pierw­szym roku po powo­jen­nej odbu­do­wie Szkoły Świą­tyn­nej Wie Lona na nowym kam­pu­sie pod Jan­lo­onem pobie­rało w niej nauki sze­ściu­set uczniów podzie­lo­nych na trzy grupy - Młod­sze Rocz­niki, Środ­kowe Rocz­niki i Star­sze Rocz­niki. Nowa uczen­nica, Ayt Mada, była naj­star­sza w gru­pie dla począt­ku­ją­cych, skła­da­ją­cej się głów­nie z dzieci w wieku od dzie­się­ciu do dwu­na­stu lat.

Aun Ure miała szes­na­ście lat i była naj­młod­sza w gru­pie dla zaawan­so­wa­nych, ale nikt z uczniów nie dorów­ny­wał jej sta­tu­sem. Sie­dem­na­sto- i osiem­na­sto­lat­ko­wie odda­wali jej honory jak sto­ją­cej wyżej od nich. Instruk­to­rzy pro­sili ją o demon­stra­cję metod, któ­rych uczyli. W dzi­siej­szych cza­sach nie­let­nim na Keko­nie nie wolno było nosić jade­itu bez nad­zoru doro­słych, ale Aun Ure mogła wszę­dzie swo­bod­nie demon­stro­wać rodzinną zie­leń i nikt ni­gdy nie zapo­mi­nał, że zasłu­żyła na każdy klej­not widoczny na jej szyi i kost­kach.

***

Ure odłą­czyła się od grupy kole­gów cie­szą­cych się wio­sen­nym cie­płem na traw­niku i usia­dła przy nowej dziew­czy­nie na jed­nej z drew­nia­nych ławek na dzie­dzińcu pod główną salą ćwi­czebną. Dalej znaj­do­wało się ogro­dze­nie z siatki, powstrzy­mu­jące uczniów przed wędro­wa­niem na pół­nocną połowę kam­pusu, któ­rej budowy jesz­cze nie ukoń­czono.

- Cześć - ode­zwała się Ure, uśmie­cha­jąc się przy­jaź­nie.

Młod­sza dziew­czyna ode­rwała spoj­rze­nie od miski, z któ­rej jadła obiad. W szkole nie kar­miono zbyt dobrze - ryż albo maka­ron bez przy­praw, mary­no­wane warzywa, cza­sami kawa­łek sie­ka­nego mięsa albo klu­ski na parze - Ure zauwa­żyła jed­nak, że dziew­czyna pochła­nia każdy naj­drob­niej­szy kawa­łek, jakby to miał być ostatni posi­łek w jej życiu. Pomy­ślała, że z pew­no­ścią nauczyły ją tego lata spę­dzone w sie­ro­cińcu.

- Nazy­wam się Aun Ure­may­ada - oznaj­miła Ure. - A ty?

Dziew­czyna zer­k­nęła na nią.

- Mada­shi - odpo­wie­działa z lekko śpiew­nym pro­win­cjo­nal­nym akcen­tem.

- Ayt Mada­shi - przy­po­mniała jej Ure. - Ayt to sławne i potężne nazwi­sko.

Dziew­czyna odsta­wiła pustą miskę i pocią­gnęła się za świeżo obcięte włosy, wier­cąc się nie­spo­koj­nie w nowym, świeżo wykroch­ma­lo­nym mun­durku.

- Nie pasuje do mnie. Wszy­scy je znają, a o mnie nikt nie sły­szał.

Ure mruk­nęła lek­ce­wa­żąco. W swym krót­kim życiu miała już tyle przy­dom­ków, że nie potra­fiła ich zli­czyć.

- Tym bar­dziej powin­naś je wyko­rzy­stać. Pomyśl, jak wielu ludzi odda­łoby wszystko za to, by stać się Aytami. Teraz to nazwi­sko należy do cie­bie i nikomu nie pozwól o tym zapo­mnieć.

Ayt Mada skrzy­żo­wała ramiona na chu­dej piersi i obrzu­ciła Ure nie­pew­nym spoj­rze­niem, w któ­rym nadzieja mie­szała się z ostroż­no­ścią - jakby chciała spraw­dzić, czy star­sza dziew­czyna rze­czy­wi­ście jest poten­cjalną przy­ja­ciółką, czy może pró­buje się do niej zbli­żyć z lito­ści albo po pro­stu się zgrywa, ofia­ru­jąc jej coś, co zaraz zamie­rza wyco­fać.

Ure wyczu­wała za ple­cami docie­kliwe spoj­rze­nia innych uczniów oraz sły­szała ich szepty. Obser­wo­wali jej roz­mowę z nowym zdu­mie­wa­ją­cym obiek­tem dobro­czyn­no­ści Ayt Yu. Włócz­nia Kekonu sły­nął z hoj­no­ści. Oprócz dziew­czyny adop­to­wał też dwóch chło­pa­ków i zamie­rzał zapew­nić im wykształ­ce­nie w aka­de­mii sztuk walki. Jeden z synów zapewne będzie mógł zostać jego zastępcą. Ale co ze star­szą od nich dziew­czynką? Nikt nie wie­dział, co o niej sądzić. Nie­ocze­ki­wana przy­jaźń z Ure­may­adą mogłaby gwał­tow­nie pod­nieść jej sta­tus w szkole Wie Lona, być może nawet w więk­szym stop­niu niż patro­nat sław­nego Ayt Yugon­tina.

Ure uwa­żała, że nowa uczen­nica bar­dzo się różni od pozo­sta­łych dzieci, wywo­dzą­cych się z eli­tar­nych rodzin zie­lo­nych kości, od poko­leń noszą­cych jadeit. Była samotna i nie­obyta, ale nie oka­zy­wała lęku. Ota­czała ją zbroja pokoju ducha, typowa dla tych, któ­rzy prze­szli już w życiu znacz­nie gor­sze rze­czy. Choć miała tylko jeden szko­le­niowy jadeit kiep­skiej jako­ści, wyda­wany przez szkołę począt­ku­ją­cym uczniom, i nosiła go na zwy­kłej skó­rza­nej opa­sce, dla kogoś o takiej wraż­li­wo­ści na jadeit jak Aun Ure jej dopiero się two­rząca jade­itowa aura wyglą­dała inte­re­su­jąco - inten­sywna łuna o cha­rak­te­ry­stycz­nej czer­wo­nej bar­wie.

- Aun to też sławne nazwi­sko - odpo­wie­działa z namy­słem Mada. Wska­zała jade­itowy naszyj­nik Ure, uwa­ża­jąc, by nie obra­zić jej dotknię­ciem go. - Po co jesz­cze tu sie­dzisz? Masz wła­sny jadeit.

Ure przy­zwy­cza­iła się już do tego pyta­nia.

- Lubię szkołę - odpo­wie­działa, kła­dąc ramiona na opar­ciu ławki.

To była prawda. Znaj­do­wała dziwną radość w łatwym, spo­koj­nym życiu, jakie pro­wa­dziła od chwili zakoń­cze­nia wojny. Cie­szyła się przy­jaź­nią innych uczniów, złu­dze­niem, że jest zwy­czaj­nym dziec­kiem, które wycho­wy­wało się w nor­mal­nych warun­kach. Zdol­no­ścią Prze­no­sze­nia nie ustę­po­wała żad­nemu z instruk­to­rów w szkole Wie Lona, ale gdy cho­dziło o inne dys­cy­pliny, mogła się od nich wiele nauczyć. Przy­szłość pozo­sta­wała dla niej nie­znana, ale wyda­wała się obec­nie bez­pieczna i pełna obiet­nic, a nie gwał­towna i prze­ra­ża­jąca.

Mada prze­tra­wiła tę odpo­wiedź i pochy­liła się ku niej z zain­te­re­so­wa­niem, choć na jej twa­rzy malo­wał się scep­ty­cyzm.

- Sły­sza­łam, że Szo­tar­czycy nazy­wali cię Cza­row­nicą. - Wle­piła w Ure nie­ru­chome spoj­rze­nie, a w jej gło­sie nie sły­szało się obawy, że może obra­zić drugą dziew­czynę. - Czy to prawda, że nikt nie potrafi Prze­no­sić tak, jak ty?

Ure nie potra­fiła powstrzy­mać nagłej dumy na myśl, że Mada mogła usły­szeć tę opi­nię od ojca, że sam Ayt Yugon­tin mógł wyra­zić o niej tak pochlebną opi­nię.

- Szo­tar­czycy są słabi i prze­sądni - odpo­wie­działa, wzru­sza­jąc uprzej­mie ramio­nami. - Jestem pewna, że ist­nieją zie­lone kości, które potra­fią Prze­no­sić lepiej niż zwy­kła dziew­czyna, taka jak ja. Po pro­stu żad­nej dotąd nie spo­tka­łam.

Ure była jed­nym z licz­nych cudow­nych dzieci w rodzi­nie. Jej ojciec, stry­jo­wie i starsi bra­cia bez wyjątku byli zie­lo­nymi kośćmi w Towa­rzy­stwie Jed­nej Góry. Nie­któ­rzy z nich oddali życie, wal­cząc z szo­tar­skimi oku­pan­tami. Ich nazwi­ska wymie­niano z sza­cun­kiem obok nazwisk takich boha­te­rów, jak Ayt Yugon­tin i Kaul Sening­tun. Wszy­scy męż­czyźni w jej rodzi­nie roz­po­czy­nali naukę jade­ito­wych umie­jęt­no­ści w mło­dym wieku. Ure dorów­ny­wała talen­tem bra­ciom i zaczęła rów­nie wcze­śnie jak oni. Trwała wojna i ludzie ginęli na lewo i prawo. Ruch oporu potrze­bo­wał wszyst­kich zie­lo­nych kości.

Kobiety mogły być szcze­gól­nie uży­teczne. Ure miała trzy­na­ście lat, gdy Towa­rzy­stwo Jed­nej Góry zle­ciło jej pierw­szą misję. To było apo­geum wojny wielu naro­dów i choć Szo­tar na­dal utrzy­my­wał kon­trolę nad Keko­nem, bun­tow­nicy mieli powody do opty­mi­zmu. Cudzo­ziem­scy oku­panci pono­sili porażki w innych kra­jach, a w ich machi­nie wojen­nej poja­wiały się szcze­liny. To suge­ro­wało, że losy wojny zaczy­nają się odwra­cać.

Pewien ważny szo­tar­ski urzęd­nik, który regu­lar­nie urzą­dzał przy­ję­cia dla człon­ków rządu oku­pa­cyj­nego, czę­sto spro­wa­dzał do swej rezy­den­cji nie­let­nie dziew­częta. Posta­rano się, by Ure ofe­ro­wano mu jako prze­zna­czoną do jego użytku dzie­wicę i zapro­wa­dzono ją do domu Szo­tar­czyka. Ukryła jadeit pod języ­kiem oraz w bie­liź­nie. Gdyby odkryto, że jest agentką Towa­rzy­stwa Jed­nej Góry, przed egze­ku­cją zgwał­cono by ją i pod­dano tor­tu­rom.

Tej nocy zabiła sze­ściu ludzi - Szo­tar­czyka, jego ochro­nia­rza, żonę, dwóch synów i dru­giego szo­tar­skiego urzęd­nika, który przy­szedł z wizytą. Na ciele żad­nej z ofiar nie zosta­wiła nawet naj­mniej­szego śladu.

Przez następne pół­tora roku zle­cano jej kolejne misje. Dawano jej coraz wię­cej jade­itu, by mogła zabi­jać wciąż nowych ludzi. Był tylko jeden skry­to­bójca, któ­rego wróg bał się w rów­nym stop­niu, a bun­tow­nicy uwiel­biali go tak samo jak ją - młody, dwu­dzie­sto­pa­ro­letni męż­czy­zna, któ­rego Postrze­ga­nie było ponoć rów­nie zdu­mie­wa­jąco silne jak Prze­no­sze­nie Ure. Gdy Kekoń­czycy zaczęli nazy­wać ją Cza­row­nicą, to słowo rów­nież wyra­żało podziw, ponie­waż jej zdol­no­ści wyda­wały się nad­przy­ro­dzone, wykra­cza­jące poza wszystko, czego potra­fiły doko­nać zwy­kłe zie­lone kości.

Kiedy Szo­tar­czycy wresz­cie ponie­śli klę­skę i wyco­fali się z Kekonu, a wojna wielu naro­dów się skoń­czyła, Ure miała pięt­na­ście lat. To nagłe przy­śpie­sze­nie histo­rii zakłó­ciło jej życie, wywró­ciło do góry nogami wszystko, co do tej pory znała. Pew­nego dnia szo­tar­scy żoł­nie­rze po pro­stu znik­nęli. Zie­lone kości cho­dziły otwar­cie po uli­cach, a latar­nicy odda­wali im honory. Nazwi­sko jej rodziny poja­wiło się w gaze­tach. Nie byli już poszu­ki­wa­nymi prze­stęp­cami, tylko boha­te­rami. Ure przez całe dotych­cza­sowe życie ćwi­czyła w taj­nych obo­zach, ukry­wała jadeit pod ubra­niem jak zło­dziejka, nie­ustan­nie bała się o życie swoje i rodziny. A teraz prawo znowu uznało ją za dziecko i wysłało do szkoły jak inne dzieci, zamiast kazać jej zabi­jać wro­gów.

Przy­glą­da­jąc się nowej dziew­czynce, Ure pomy­ślała, że być może Ayt Mada­shi czuje się wśród uczniów Szkoły Świą­tyn­nej Wie Lona tak samo jak ona, gdy jej życie nagle zmie­niło się cał­ko­wi­cie, w szczę­śliwy, lecz rów­no­cze­śnie nie­po­ko­jący i budzący lęk spo­sób.

Nowa uczen­nica nie spra­wiała jed­nak wra­że­nia wystra­szo­nej. Znowu pochy­liła się ku niej.

- Pokaż mi - zażą­dała.

Ure czę­sto pro­szono, by zade­mon­stro­wała swe umie­jęt­no­ści. Znu­dziła się już tym, ale z jakie­goś powodu nie chciała odmó­wić Madzie. Usia­dła i wycią­gnęła rękę, wska­zu­jąc coś pal­cem.

- Widzisz tego ptaka?

Wró­bel ska­kał po ziemi w odle­gło­ści około dzie­się­ciu metrów, szu­ka­jąc okru­chów pozo­sta­wio­nych przez uczniów jedzą­cych na zewnątrz. Gdy Mada ski­nęła głową, Ure uspo­ko­iła oddech i zebrała w sobie jade­itową ener­gię, jakby nacią­gała sprę­żynę. Poru­szyła nad­garst­kiem i wysłała pre­cy­zyjny impuls Prze­no­sze­nia, celny jak strzała z łuku. Wró­bel zatrze­po­tał skrzy­deł­kami i padł mar­twy na żwir.

Mada nie wydała żad­nego dźwięku, ale otwo­rzyła sze­rzej oczy, a w jej aurze nagle poja­wiło się zasko­cze­nie. Ure roze­śmiała się zado­wo­lona z tej reak­cji. Nowa dziew­czyna spra­wiała wra­że­nie zbyt cynicz­nej jak na swój wiek i z pew­no­ścią trudno jej było zaim­po­no­wać. Nie­mniej nawet nowi­cju­sze, któ­rzy nie­dawno zetknęli się z jade­item, wie­dzieli, że Prze­no­sze­nie czę­sto uważa się za dys­cy­plinę naj­trud­niej­szą do opa­no­wa­nia. Wysy­ła­nie wła­snej ener­gii do innej żyją­cej istoty wyma­gało cał­ko­wi­tej kon­troli, a w dodatku trzeba było pozo­sta­wać w bez­po­śred­nim kon­tak­cie z prze­ciw­ni­kiem, a przy­naj­mniej bar­dzo bli­sko niego. Więk­szość zie­lo­nych kości, Prze­no­sząc z odle­gło­ści dzie­się­ciu metrów, mogłaby co naj­wy­żej ogłu­szyć duży cel.

Ure się­gnęła do jade­itu noszo­nego przez Madę na opa­sce ćwi­czeb­nej.

- Nie ma zna­cze­nia, kim byłaś przed­tem - rze­kła zachę­ca­jąco. - Nie­ważne, że jesteś dziew­czyną, sie­rotą czy że nie pocho­dzisz z Jan­lo­onu. Dopóki masz jadeit i potra­fisz się nim posłu­gi­wać, wszystko jest dla cie­bie moż­liwe.

Zawsze podzi­wiała Ayt Yugon­tina, czło­wieka, który pod­czas wojny zle­cał jej wiele misji. Nie przy­cho­dziło jej na myśl, że robił to, wie­dząc, że może ska­zy­wać nasto­let­nią dziew­czynę na nie­wy­obra­żal­nie strasz­liwy los. Pocho­dziła z rodziny Aunów i jej prze­zna­cze­niem było zostać wojow­niczką zie­lo­nych kości. Uwa­żała za zaszczyt to, że zleca się jej tak trudne zada­nia. Z pew­no­ścią filar Góry nie będzie miał nic prze­ciwko temu, że star­sza uczen­nica zaprzy­jaźni się z jego adop­to­waną córką i zaopie­kuje się nią.

Ostrożna nie­przy­stęp­ność Mady znik­nęła nagle. Dziew­czyna spu­ściła wzrok i dotknęła czoła, odda­jąc honory. Gdy prze­mó­wiła, w jej gło­sie sły­szało się sza­cu­nek i pasję gra­ni­czącą z despe­ra­cją.

- Sio­stro Ure, czy mogła­byś mnie nauczyć wszyst­kiego, co umiesz? Czy jeśli będę pil­nie uczyć się i ćwi­czyć, zdo­łam osią­gnąć to samo, co ty?

- To mało praw­do­po­dobne - odpo­wie­działa szcze­rze Ure.

Dotknęła klej­no­tów, które nosiła na szyi. Każdy z nich sym­bo­li­zo­wał życie ode­brane w walce o wol­ność Kekonu. Zabi­jała ludzi jesz­cze przed swym pierw­szym poca­łun­kiem i pierw­szym okre­sem, gdy była jesz­cze za młoda, by zadać sobie pyta­nie, czego pra­gnie od życia, gdy cią­gnąca się tak długo wojna wresz­cie się skoń­czy.

- Mimo to pomogę ci i od tej chwili stanę się twoją star­szą sio­strą w szkole Wie Lona. Co ty na to? - Ure wstała i poma­chała nowej przy­ja­ciółce na poże­gna­nie. - My, dziew­czyny zie­lo­nej kości, musimy trzy­mać się razem.

***

- Jesteś teraz nową absol­wentką, a ja na­dal jestem twoją star­szą sio­strą, więc nawet nie myśl o pła­ce­niu - oznaj­miła Ure, wrę­cza­jąc kel­ne­rowi wystar­cza­jąco wiele bank­no­tów, by pokryć wszyst­kie rachunki, nim Mada zdą­żyła się­gnąć po port­fel. - Nie wspo­mi­naj też o tym, że jeste­śmy na tery­to­rium Góry. Możesz być córką filaru, ale musisz pokry­wać koszty stu­diów na uni­wer­sy­te­cie. Wiem też, że twoi bra­cia raczej nie mają opo­rów przed wyda­wa­niem pie­nię­dzy.

Mada usia­dła z uśmie­chem, nie­chęt­nie uzna­jąc swą porażkę.

- Z tobą ni­gdy nie wygram. - Napeł­niła im obu fili­żanki her­batą z usta­wio­nego na niskim stole dzbanka. W okna bęb­niła inten­sywna let­nia ulewa, ale wewnątrz Her­ba­ciarni i Restau­ra­cji Kró­lew­ski Lotos było cie­pło i spo­koj­nie. Dwie kobiety były jed­nymi z ostat­nich gości prze­sia­du­ją­cymi tu jesz­cze w ten dru­go­dniowy wie­czór. - Dawno się nie widzia­ły­śmy, sio­stro Ure.

Star­sza kobieta wes­tchnęła prze­pra­sza­jąco.

- To prawda. Ale obie mia­ły­śmy mnó­stwo zajęć, i to w naj­lep­szym moż­li­wym sen­sie, czyż nie tak?

Wska­zała na przed­ra­miona Mady, gra­tu­lu­jąc jej jade­itu. Sześć lśnią­cych klej­no­tów wpra­wiono w dwie nowe, pięk­nie wyko­nane srebrne bran­so­lety.

Prawdę mówiąc, słowa Ure były nie­do­po­wie­dze­niem. Led­wie pozna­wała draż­liwą, nie­do­ży­wioną dziew­czynkę, jaką po raz pierw­szy spo­tkała przed sze­ściu laty. Kiedy opu­ściła szkołę Wie Lona, Ayt Mada zdą­żyła już nabrać mię­śni i uro­snąć o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Ukoń­czyła też trzy klasy i cał­ko­wi­cie wyzbyła się mięk­kiego, wiej­skiego akcentu. Ure nie poświę­cała daw­nej szkol­nej kole­żance zbyt wiele uwagi, aż do chwili, gdy przed czte­rema mie­sią­cami dowie­działa się, że adop­to­wana córka Ayta ukoń­czyła szkołę z drugą lokatą.

Gdy ujrzała Madę teraz, pomy­ślała, że wygląda na wię­cej niż swoje dzie­więt­na­ście lat. Była już młodą kobietą, nie nasto­latką, miała na sobie modną, lecz dość tra­dy­cyjną zie­loną pli­so­waną spód­nicę oraz koszulę z bia­łymi, świeżo wypra­so­wa­nymi kla­pami. Wyglą­dała i mówiła jak rodo­wita jan­lo­onka wywo­dząca się z kla­no­wej rodziny. Nic dziw­nego, że Ayt Yugon­tin posta­no­wił wysłać swą przed­wcze­śnie doj­rzałą adop­to­waną córkę na uni­wer­sy­tet, by przy­go­to­wała się do pracy po biz­ne­so­wej stro­nie klanu.

Mada popra­wiła ze skrę­po­wa­niem bran­so­lety, po czym jej dło­nie znie­ru­cho­miały.

- Mój ojciec o cie­bie pytał - poin­for­mo­wała kole­żankę. - Chciał się dowie­dzieć, czy wszystko u cie­bie w porządku. Zapew­ni­łam go, że tak. - Spoj­rzała na Ure z docie­kli­wym, zatro­ska­nym wyra­zem. - Czy mia­łam rację, Ure-jen?

Star­sza kobieta pocią­gnęła łyk her­baty, radu­jąc się jej cytru­so­wym aro­ma­tem.

- Pew­nie, że tak, Mada - odpo­wie­działa bez chwili waha­nia. - Zamie­rzamy wziąć ślub z Angu­sem. Gdy uro­dzą się dzieci, prze­nie­siemy się do Espe­nii, by być bli­żej jego rodziny. Będą miały podwójne oby­wa­tel­stwo.

Mada roz­cią­gnęła usta w zaska­ku­jąco ner­wo­wym uśmie­chu.

- Już myślisz o dzie­ciach.

- Nie w tej chwili, ale już wkrótce. - Jej barki wypeł­nił zna­jomy dreszcz skrę­po­wa­nia. Myślała, że kto jak kto, ale dawna szkolna kole­żanka ucie­szy się z jej szczę­ścia, jed­nakże wyraz nie­do­wie­rza­nia i tro­ski uwi­dacz­nia­jący się na twa­rzy Mady pozo­sta­wał nie­zmie­niony i nie mogła dłu­żej tego igno­ro­wać. - Wiem, co myślisz - rze­kła szorstko. - Zasta­na­wiasz się, dla­czego posta­no­wi­łam poślu­bić cudzo­ziemca i mieć dzieci mie­sza­nej krwi, które praw­do­po­dob­nie nawet nie będą mogły nosić jade­itu. To pyta­nie zadają sobie wszyst­kie zie­lone kości.

Auno­wie byli znaną rodziną i powszech­nie wie­dziano, że sta­now­czo nie apro­bują jej decy­zji.

Mada potrzą­snęła głową, mru­żąc powieki.

- Wśród zie­lo­nych kości jest zbyt wielu sta­rych, zrzę­dli­wych męż­czyzn, któ­rzy nie potra­fią się pogo­dzić z fak­tem, że wojna się skoń­czyła, a świat jest znacz­nie więk­szy, niż im się zda­wało. - Unio­sła kąciki ust. - Kto jak kto, ale ty nie powin­naś się przej­mo­wać ich opi­nią.

Ure się roze­śmiała. Napię­cie opu­ściło ją rów­nie szybko, jak się poja­wiło.

- Masz rację. Cza­sami trudno mi o tym pamię­tać. Wybacz, że pomy­śla­łam, że możesz być podobna do nich. - Gdy ujrzała pięk­nie opra­wione jade­ity Mady, pod­kre­śla­jące, że jest dumą klanu, zapo­mniała na moment, że Mada nie zawsze była taka. Przy­była do Jan­lo­onu jako wojenna sie­rota i dosko­nale wie­działa, co to zna­czy nie mieć przy­ja­ciół i cią­gle być osą­dzaną przez innych. - Być może zosta­wię nie­które sprawy za sobą, ale kto wie, co może mnie cze­kać? Moje dzieci zdo­będą zagra­niczne wykształ­ce­nie i może wyro­sną na coś lep­szego niż zie­lone kości.

- Dopóki będziesz szczę­śliwa, będę się cie­szyła razem z tobą - zapew­niła szcze­rze Ayt Mada. - Jeśli spra­wia­łam wra­że­nie zanie­po­ko­jo­nej albo roz­cza­ro­wa­nej, to wyłącz­nie dla­tego, że mia­łam nadzieję, że roz­wa­żysz prośbę mojego ojca. - Prze­rwała na chwilę. - Pytał, czy mogła­byś znowu pod­jąć pracę dla Góry.

Nim Ure zdą­żyła odpo­wie­dzieć, córka Ayta unio­sła rękę, by ją powstrzy­mać. Chciała, żeby kobieta wysłu­chała jej do końca.

- Nasze pię­ści i palce mają pełne ręce roboty. Sta­rają się powstrzy­mać gangi, które wywo­łują teraz tak wiele kło­po­tów w Jan­lo­onie. Zbyt wielu prze­stęp­ców jest goto­wych nara­zić się na swę­dziawkę, by tylko nosić jadeit. Miej­ska poli­cja nie ma szans w star­ciu z nimi. Zie­lone kości muszą patro­lo­wać ulice, by utrzy­mać porzą­dek, ale choć podzie­li­li­śmy odpo­wie­dzial­ność za ochronę dziel­nic mię­dzy naszym kla­nem a ludźmi Kaul Sening­tuna, nasze siły na­dal pozo­stają zbyt roz­cią­gnięte. - Mada opu­ściła wzrok, zatrzy­mu­jąc go na moment na jade­ito­wym naszyj­niku Ure. Potem znowu spoj­rzała jej w oczy. - Choć minęły już lata, ludzie na­dal pamię­tają Cza­row­nicę z Towa­rzy­stwa Jed­nej Góry. Wie­dzą, czego potra­fisz doko­nać jako zie­lona kość. Mogła­byś bar­dzo nam pomóc.

Był czas, że gdyby Włócz­nia Kekonu oso­bi­ście popro­sił ją o wyko­na­nie misji, Ure natych­miast posłu­cha­łaby go z rado­ścią, gotowa zary­zy­ko­wać życie dla filaru. Ale to było dawno. Była wtedy młodą dziew­czyną nie­ma­jącą niczego, czego nie byłaby gotowa posta­wić na szalę.

Dotknęła trzech warstw jade­ito­wych pacior­ków na szyi, a potem pokrę­ciła głową. Obec­nie wolała two­rzyć nowe życie z Angu­sem niż odbie­rać je innym.

- Pro­szę, prze­każ ojcu moje wyrazy naj­głęb­szego sza­cunku oraz zapew­nie­nia o lojal­no­ści, ale skoń­czy­łam już z takimi spra­wami, Mada.

Młod­sza kobieta mil­czała przez długą chwilę.

- Jak można skoń­czyć z byciem zie­loną kością? - zapy­tała z dzie­cin­nym zdu­mie­niem.

To przy­po­mniało Ure, że jej przy­ja­ciółka na­dal jest nasto­latką. Mada ści­szyła głos, ale jej słowa nabrały szyb­ko­ści i siły.

- W szkole Wie Lona nikt nie mógł ci dorów­nać. Byłaś boha­terką wojenną, naj­lep­szą zie­loną kością z nas wszyst­kich. Kiedy spo­tka­ły­śmy się po raz pierw­szy, widzia­łam, jak Prze­nio­słaś we wró­bla na dzie­dzińcu. Bogo­wie obda­rzyli cię moż­li­wo­ściami, o jakich inni mogą tylko marzyć. Czy nie pra­gniesz zro­bić z nich użytku? Spraw­dzić, czego potra­fisz doko­nać, jak daleko możesz się posu­nąć?

Zabi­łam już kil­ka­na­ście osób, kiedy ty byłaś jesz­cze małą, bosą sie­rotą z jakiejś bez­i­mien­nej, zbom­bar­do­wa­nej wio­ski, pomy­ślała bez zło­ści Ure. Ayt Mada na­dal była nowi­cjuszką, gdy cho­dziło o moc jade­itu, tyra­nię kla­no­wych wię­zów i brze­mię dyna­stycz­nego nazwi­ska. Dopiero uczyła się, jak być zie­loną kością i jedną z Aytów. Pło­nęła w niej mło­dzień­cza, pełna despe­ra­cji ambi­cja. Ure jej nie zazdro­ściła.

Nie chcę, żeby moje dzieci miały za matkę cza­row­nicę.

- Może pew­nego dnia to zro­zu­miesz.

Mada obrzu­ciła ją zaska­ku­jąco zim­nym spoj­rze­niem.

- Nie sądzę.

- Ukoń­czy­łaś szkołę Wie Lona z drugą lokatą w swoim rocz­niku. Jak to się stało, że w ostat­nim mie­siącu Tanku Din cię wyprze­dził, mimo że cały czas byłaś przed nim?

Mada zesztyw­niała nagle. Jej pełna napię­cia jade­itowa aura poru­szyła się niczym bestia ukryta pod kocem.

- Dobrze wypadł w ostat­nich Testach - odpo­wie­działa pozba­wio­nym emo­cji gło­sem. - Wszy­scy wie­dzą, że Tanku jest bar­dzo uta­len­to­waną zie­loną kością.

- Ale nie tak uta­len­to­waną jak ty - odpo­wie­działa po pro­stu Ure bez śladu pochleb­stwa. - Tyle że to syn rogu i jego prze­zna­cze­niem jest kariera po mili­tar­nej stro­nie klanu. Ty jesteś córką filaru, ale masz pra­co­wać po biz­ne­so­wej stro­nie, pod kie­row­nic­twem pro­gno­styka. Ojciec z tobą roz­ma­wiał, prawda? Wska­zał, że to bar­dzo ważne, by kla­nowi wojow­nicy wie­rzyli w rodzinę Tanku, a sto­sunki mię­dzy rodzi­nami Aytów i Tanku były dobre.

Kamienny wyraz, jaki nagle przy­brała twarz Mady, potwier­dziłby te podej­rze­nia, nawet gdyby Ure nie Postrze­gła z łatwo­ścią gniewu, jaki nagle wypeł­nił aurę jej sta­rej przy­ja­ciółki.

- Wszyst­kie podej­mo­wane przez nas decy­zje mają swój koszt, Mada, ale im bar­dziej anga­żu­jemy się w dzia­łal­ność klanu, tym wię­cej musimy mu oddać - stwier­dziła z żalem mie­sza­ją­cym się z samo­za­do­wo­le­niem. - Powin­naś o tym pamię­tać. Zadaj sobie pyta­nie, jak daleko jesteś gotowa się posu­nąć?

- Czy Angus wie, kim naprawdę jesteś? - zapy­tała Mada.

Tym razem to Ure zesztyw­niała. W któ­rej chwili przy­ja­zne, z dawna wycze­ki­wane spo­tka­nie mię­dzy dwiema kole­żan­kami ze szkoły prze­ro­dziło się w poje­dy­nek? Mada była młod­sza od niej. W szkole Ure zawsze zaj­mo­wała wyż­szą pozy­cję. Nie powinna czuć potrzeby odpo­wia­da­nia na wścib­skie pyta­nia nasto­latki, lecz słowa wyszły z jej ust, nim zdą­żyła to sobie uświa­do­mić.

- Widzi, że noszę jadeit, i wie, że wszy­scy w mojej rodzi­nie go noszą. Rozu­mie też, co to ozna­cza. - Ucie­szyły ją spo­kój i pew­ność sie­bie pobrzmie­wa­jące w jej gło­sie. - Przy­naj­mniej w pew­nym stop­niu. Nie spo­dzie­wam się, że zro­zu­mie wszystko, ale nie musimy znać wszyst­kich szcze­gó­łów swej prze­szło­ści, by wspól­nie zbu­do­wać przy­szłość.

Zapa­dła krę­pu­jąca cisza, prze­ry­wana tylko cichym stu­kiem naczyń zbie­ra­nych przez kel­ne­rów oraz dźwię­kiem dzwonka, gdy lokal opusz­czali ostatni klienci. Po chwili Mada ustą­piła. Roz­luź­niła się i opu­ściła pod­bró­dek, a na jej mło­dej, lecz wyjąt­kowo opa­no­wa­nej twa­rzy poja­wił się pojed­naw­czy uśmie­szek.

- To ja powin­nam prze­pro­sić, jeśli powie­dzia­łam coś, co cię ura­ziło, sio­stro Ure - rze­kła łagod­niej­szym, lecz zara­zem bar­dziej odle­głym gło­sem. - W końcu jestem tylko młodą, nie­do­świad­czoną stu­dentką uni­wer­sy­tetu. Filar poczuje się roz­cza­ro­wany, że nie chcesz znowu stać się kla­nową wojow­niczką, ale masz rację, twier­dząc, że nie powin­ni­śmy cią­gle ustę­po­wać naci­skom innych.

Mada spoj­rzała na zega­rek, jakby zasko­czyło ją, że jest już tak późno. Wzięła torebkę i wstała, spo­koj­nie, lecz szybko.

- Zawsze będę ci wdzięczna za pomoc, jakiej udzie­li­łaś mi u Wie Lona. Nawet jeśli opu­ścisz nasz kraj i nie będziemy już mogły widy­wać się tak czę­sto, żywię gorącą nadzieję, że bogo­wie będą cię opro­mie­niać swą łaską, bez względu na to, jaką drogę wybie­rzesz w przy­szło­ści.

Ure odwza­jem­niła uśmiech. Wstały i razem opu­ściły restau­ra­cję. Ulewa się skoń­czyła, ale w ciem­nych, mokrych chod­ni­kach odbi­jał się blask latarń. Kobiety uści­skały się przed her­ba­ciar­nią, ale w tym roz­sta­niu wyczu­wało się krę­pu­jący brak cie­pła. Ich jade­itowe aury otarły się o sie­bie niczym grube płasz­cze cia­sno zacią­gnięte na ramio­nach. Ure poczuła nie­po­ko­jący, zło­wrogi ucisk w żołądku. Była pewna, że to jest chwila, od któ­rej zaczną odda­lać się od sie­bie, podob­nie jak roz­darty rąbek może znisz­czyć całą belę mate­riału. Kiedy spo­tkają się znowu, jeśli kie­dy­kol­wiek do tego doj­dzie, nic już nie będzie ich łączyło.

- Życzę ci szczę­ścia, Mada - rze­kła cicho. - Mam nadzieję, że będziesz lep­szą kla­nową wojow­niczką ode mnie.

***

- Mada, cóż za nie­spo­dzianka.

Ure nie potra­fiła do końca ukryć sar­ka­zmu, gdy otwo­rzyła drzwi. Postrze­gła cha­rak­te­ry­styczną jade­itową aurę Ayt Mady, gdy tylko ta wysia­dła z samo­chodu. Aura była jesz­cze gęst­sza niż daw­niej, wzmoc­niona przez dodat­kowy jadeit.

Córka filaru zatrzy­mała się przed drzwiami Ure. Miała na sobie kre­mową spód­niczkę i swe­ter z krót­kimi ręka­wami, odsła­nia­ją­cymi jadeit noszony na srebr­nych bran­so­le­tach opla­ta­ją­cych jej przed­ra­miona. Opo­wia­dano, że Ayt Mada ćwi­czy rów­nie inten­syw­nie jak star­sze rangą pię­ści i dorów­nuje im bie­gło­ścią we wła­da­niu guan dao. W tej chwili jed­nak wyglą­dała tak, jakby przed chwilą opu­ściła biuro po dniu pracy jako szczę­ścio­daw­czyni Góry. Miała tylko dwa­dzie­ścia cztery lata, a już kie­ro­wała kil­koma pła­cą­cymi daninę biz­ne­sami i odpo­wia­dała bez­po­śred­nio przed pro­gno­sty­kiem.

- Mogę wejść? - zapy­tała.

Ure odsu­nęła się na bok, wpusz­cza­jąc młod­szą kobietę do środka. Powinna się wsty­dzić swego małego, nie­chluj­nego miesz­kanka na par­te­rze, nawet jeśli prze­by­wała tu tylko tym­cza­sowo. Nie zna­la­zła jed­nak w sobie siły na wstyd. Wyczer­pały się w niej zasoby tego uczu­cia. Nie dbała o to, czy Ayt Mada się nad nią lituje.

Zamknęła drzwi i zwró­ciła się ku swemu gościowi.

- Po co tu przy­szłaś, Mada?

Ku zasko­cze­niu Ure młoda kobieta spra­wiała wra­że­nie nie­mile zasko­czo­nej tym pyta­niem. Ból, który poja­wił się na jej twa­rzy, znik­nął jed­nak natych­miast.

- Chcia­łam spraw­dzić, jak ci się powo­dzi - odpo­wie­działa Mada. - Zoba­czyć, czy potrze­bu­jesz pomocy.

Ure zachi­cho­tała zło­wrogo i poszła do maleń­kiej kuchenki. Chcąc uciec przed prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem nie­pro­szo­nego gościa, zajęła ręce tale­rzami i przy­bo­rami kuchen­nymi.

- Wszystko ze mną w porządku - zapew­niła, oglą­da­jąc się przez ramię. - Zamiesz­kam z moim bra­tem, Nokem. Wła­śnie awan­so­wał na pięść. Kiedy Anden tro­chę pod­ro­śnie, znajdę jakąś pracę. Będziemy mieli pie­nią­dze. - Wzru­szyła ramio­nami i zajęła się pod­le­wa­niem rośliny donicz­ko­wej, która była zbyt wyschnięta, by można było ją ura­to­wać. - Doprawdy, Mada, to nie jest tra­ge­dia. Mał­żeń­stwa cza­sem się roz­pa­dają.

Młod­sza kobieta uprzej­mie powstrzy­mała się przed uwagą, że więk­szość mał­żeństw nie koń­czy się tak dra­ma­tycz­nie. Rozej­rzała się, jakby szu­kała miej­sca, w któ­rym mogłaby usiąść. Nie zro­biła tego jed­nak.

- Wybacz, Ure.

Ure poczuła, że jej mury obronne zapa­dają się pod wpły­wem rezy­gna­cji. Wytarła dło­nie w kuchenną ścierkę i zwró­ciła się w stronę gościa.

- No wiesz, mia­łaś rację. Nie powie­dzia­łaś tego na głos, ale wie­dzia­łam, co myślisz. - Skrzy­wiła się. - Byłam głu­pia, wyobra­ża­jąc sobie, że mój zwią­zek z Angu­sem ma przy­szłość. Opty­mi­styczna, zako­chana idiotka. Było oczy­wi­ste, że w końcu się dowie.

- Jak do tego doszło? - zapy­tała Mada po chwili mil­cze­nia.

Ure wyszła z kuchni i usia­dła z wes­tchnie­niem na sfa­ty­go­wa­nej kana­pie kupio­nej z dru­giej ręki.

- Ni­gdy nie pozwa­la­łam mu doty­kać mojego jade­itu. Wie­dzia­łam, że to by mu zaszko­dziło jako cudzo­ziem­cowi. Powie­dzia­łam mu, że w kekoń­skiej kul­tu­rze doty­ka­nie jade­itu dru­giej osoby jest tabu. W zasa­dzie to prawda. Pogo­dził się z tym. Wie­dział o jade­icie tylko tyle, ile wie więk­szość cudzo­ziem­ców. Że jest cenny, ale tru­jący dla nie-Kekoń­czy­ków, i że przy odpo­wied­nim szko­le­niu może zwięk­szyć moż­li­wo­ści tego, kto go używa.

- Nie miał poję­cia, co potra­fisz zro­bić - domy­śliła się Mada.

- Nie wie­dział, że zdo­by­łam jadeit na woj­nie, w mło­dym wieku. Myślał, że to mają­tek rodzinny i noszę go tylko dla dumy i z próż­no­ści. - Była bar­dzo głu­pia, wyobra­ża­jąc sobie, że jej wywo­dzące się z dobrych chęci kłam­stwo może utrzy­mać się długo. Zako­chała się raczej w wyobra­że­niu o Angu­sie i życiu, jakie może jej ofia­ro­wać, niż w nim samym. - Po naro­dzi­nach Andena Angus prze­szedł do cywila, ale kiedy zaczęło nam bra­ko­wać pie­nię­dzy, naci­skał na mnie, żebym sprze­dała jadeit. Mówił, że jest wart for­tunę i mogli­by­śmy za niego kupić wielki dom w mia­steczku, z któ­rego pocho­dził.

Łatwo było Postrzec impuls prze­ra­że­nia i zasko­cze­nia w jade­icie Ayt Mady. Zie­lone kości nie sprze­da­wały swego jade­itu, podob­nie jak nikt nie sprze­dałby pro­chów swo­jej babci na nawóz. Taką moż­li­wość mógłby roz­wa­żać tylko despe­rat, który upadł wyjąt­kowo nisko.

- Kłó­ci­li­śmy się o to bar­dzo czę­sto - kon­ty­nu­owała Ure. Gdy już zaczęła wyzna­wać prawdę, nie była w sta­nie się powstrzy­mać. - Mówił, że jestem dla niego bala­stem, że nie jestem taka, jak się spo­dzie­wał, i powi­nien był oże­nić się z Espenką. - Nawet samo wspo­mnie­nie tych słów było bole­sne. - Sta­ra­łam się speł­nić jego życze­nia, Mada - zapew­niła płacz­li­wie. - Ale bra­ko­wało mi kobie­cych umie­jęt­no­ści, któ­rych pra­gnął, takich jak goto­wa­nie, szy­cie, sprzą­ta­nie i dba­nie o dom. Jestem z Aunów. Uro­dzi­łam się po to, by szep­tać imiona. Jestem Cza­row­nicą.

Przy­zna­nie tego na głos było osta­teczną porażką. Ure okla­pła, sku­biąc gniew­nie nitki wyła­żące z ramion kanapy.

- Pew­nego wie­czoru pokłó­ci­li­śmy się o sprze­daż jade­itu. To była nasza naj­gor­sza sprzeczka. Ude­rzył mnie i zła­pał mocno. Anden stał przed nami i patrzył na to. Angus spró­bo­wał zerwać ze mnie jadeit. - Prze­rwała i odwró­ciła wzrok. - Jestem pewna, że resztę sły­sza­łaś.

Użyła zbyt wiele Siły i cisnęła mężem o ścianę, łamiąc mu rękę oraz oboj­czyk. Gdy wypu­ścili go z gip­sem ze szpi­tala, opu­ścił kraj, nawet nie pró­bu­jąc z nią roz­ma­wiać.

Odpo­wiedź Mady była uprzejma, ale Ure wyraź­nie sły­szała pogardę w jej tonie.

- Pró­bo­wał ukraść twój jadeit. Nikt nie wini cię za to, co zro­bi­łaś. Tylko za brak roz­sądku, który dopro­wa­dził cię do tej sytu­acji.

Ure prych­nęła lek­ce­wa­żąco.

- Pocie­sza­nie innych nie wycho­dzi ci zbyt dobrze.

- Nie po to tu przy­szłam. - Mada zro­biła kilka kro­ków naprzód, sta­nęła przed Ure i spoj­rzała na nią, zaci­ska­jąc usta. - Nie potrze­bu­jesz płyt­kiego współ­czu­cia. Pamię­tasz naszą kola­cję w her­ba­ciarni Kró­lew­ski Lotos, kilka lat temu? Oferta, którą ci wtedy zło­ży­łam, na­dal pozo­staje aktu­alna. Roz­ma­wia­łam już o tym z ojcem i zgo­dził się ponow­nie przy­jąć cię do naszego klanu. - Gęsta jade­itowa aura Mady posze­rzyła się, wypeł­nia­jąc nie­mal całe miesz­ka­nie. - Lepiej ci będzie bez tego cudzo­ziemca. Wróć i znowu złóż przy­sięgi zie­lo­nych kości. Uży­waj dum­nie jade­itu, zamiast ukry­wać swe umie­jęt­no­ści, by kar­mić złu­dze­nia jakie­goś męż­czy­zny. Znowu stań się Cza­row­nicą, wojow­niczką, która budzi strach w ser­cach wro­gów klanu.

To była kusząca oferta. Ure nie zasłu­gi­wała na taką szczo­drość. Po hanieb­nym upadku gwa­ran­to­wany powrót do uzna­nia i nie­za­leż­no­ści. Myśl, że Ayt Yugon­tin na­dal ją pamię­tał i był wdzięczny za jej dary... To nie powinno wywrzeć na niej aż tak wiel­kiego wra­że­nia. Ale wywarło. Jej życie kie­dyś było pełne nie­bez­pie­czeństw i prze­mocy, lecz jed­no­cze­śnie cudow­nie pro­ste. Zalała ją fala tęsk­noty, uci­sza­jąc wąt­pli­wo­ści. Ayt Mada cze­kała. Wyda­wało się, że żadna z kobiet nie oddy­cha.

Wresz­cie Ure potrzą­snęła ze smut­kiem głową, uwal­nia­jąc się z wes­tchnie­niem od chwili sła­bo­ści.

- Nie mogę się zgo­dzić - odpo­wie­działa. - Mój brat jest pię­ścią w kla­nie Bez Szczy­tów. Gdy­bym została zie­loną kością Góry, zna­leź­li­by­śmy się po prze­ciw­nych stro­nach. Klan rodziny Kau­lów rośnie szybko, wkrótce będzie mógł kon­ku­ro­wać z kla­nem two­jego ojca. Co się wtedy wyda­rzy? Co, jeśli Noke i ja będziemy musieli ukry­wać przed sobą różne rze­czy, a nawet dzia­łać prze­ciwko sobie? Rodzina, którą dzielą tajem­nice, nie może prze­trwać. Nauczy­łam się tego na wła­snej skó­rze.

- Jesteś star­szą sio­strą i lep­szą zie­loną kością - zauwa­żyła Mada. - Prze­ko­naj brata, żeby prze­szedł z tobą do Góry. Jego przy­sięgę rów­nież przyj­miemy. Może nawet zacho­wać tę samą rangę.

- Noke ukoń­czył Aka­de­mię Kaul Du - odpo­wie­działa Ure. - Przy­jaźni się z wnu­kiem Kaul Sening­tuna i jest wierny kla­nowi Bez Szczy­tów. Pomo­głam mu, kiedy miał trud­no­ści, a on odwdzię­czył mi się tym samym, a teraz pozwo­lił, żeby­śmy z Ande­nem zamiesz­kali u niego. Nie mogła­bym go pro­sić, by poświę­cił dla mnie swoją przy­szłość, nie wspo­mi­na­jąc już o zmu­sza­niu go do tego.

- Dasz Górze wię­cej, niż twój brat kie­dy­kol­wiek mógłby dać kla­nowi Bez Szczy­tów. - Poiry­to­wana Mada pod­nio­sła głos. - Decy­zje powinna podej­mo­wać osoba o więk­szych zdol­no­ściach.

Ayt Mada naj­wy­raź­niej miała o niej bar­dzo dobre zda­nie. To powinno schle­biać Ure, ale poczuła się tylko poiry­to­wana. Dla­czego ta dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia kobieta uwa­żała, że może igno­ro­wać skom­pli­ko­wany świat rela­cji mię­dzy­ludz­kich i siłą toro­wać sobie drogę do opty­mal­nego dla niej roz­wią­za­nia? Czy dla­tego, że tak szybko awan­so­wała w kla­nie? A może zawsze taka była, a Ure po pro­stu tego nie zauwa­żyła, kiedy były młod­sze? Albo stała się taka w ostat­nich latach, by odróż­nić się od swo­ich braci i zasłu­żyć na nazwi­sko Ayt?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki