Kilka lat temu, około południa, przez jedną z mniej
ruchliwych ulic Berlina szli zwolna dwaj ludzie: wojskowy i
cywilny.
Wojskowy szedł, a raczej wlókł się naprzód, cywilny o parę kroków
za nim. Cywilny był odziany w eleganckie bobrowe futro i błyszczący
cylinder, a stąpał - jak jenerał na paradzie. Miał jasne
rękawiczki, szare latające oczy i minę człowieka, który pozwala
światu nie padać przed sobą na kolana. Na jego ruchliwej twarzy
malowała się duma i niestrudzona czujność, której przedmiotem był
wojskowy towarzysz. Chwilami zdawało się, że człowiek w bobrowem
futrze posiada nieoceniony dar strzyżenia uszami, dzięki czemu
słyszy nietylko każde chrząknięcie wojskowego, ale nawet tajemniczy
szelest jego myśli, które wzbierały i opadały, jak fale Bałtyckiego
morza. Czujność ta jednak nie przeszkadzała cywilnemu krzywić się, jeżeli
ktoś minął go, nie otworzywszy ust ze zdziwienia, albo uśmiechać
się do żołnierzy, którzy przed jego towarzyszem stawali wyprężeni
jak struny, z ręką przy skroni i osłupiałemi oczyma. Wlokący się naprzód wojskowy był człowiekiem olbrzymiego wzrostu.
Miał długi płaszcz z peleryną i furażerkę z daszkiem. Twarzy jego
trudno było przypatrzeć się, zasłaniał ją bowiem daszek i
podniesiony kołnierz. Tylko, jeżeli niekiedy kołnierz odchylił się,
widać było wypukłe oczy z obwisłemi powiekami, siwiejące wąsy
blond, także obwisłe, i policzki, poorane zmarszczkami, jakby
wykute z piaskowca. O ile jego towarzysz w cylindrze zdawał się być bardzo
interesowany tem, ażeby go cały Berlin widział i podziwiał, o tyle
wojskowy był zupełnie obojętny. Stąpał ciężko, brzęcząc wielkiemi
ostrogami. Nie odpowiadał na ukłony, a nawet nie zwrócił uwagi na
maszerujący oddział piechoty, który, mijając go, uderzył w bębny i
sprezentował sztandar, co jego towarzysza napełniło taką dumą, że
musiał użyć wszystkich sił, ażeby na nim nie pękło bobrowe futro. Zwykli przechodnie, zajęci świątecznemi sprawunkami, mijali ich
obojętnie. Zdarzało się jednak, że któryś uważniejszy spostrzegał
olbrzyma w płaszczu i ustępował mu z drogi, zdejmując czapkę. Jeden
nawet zdawał się być tak zdziwiony, że zamiast ustąpić, otworzył
tylko usta i patrzył na wojskowego, jak na widziadło. Para zaś
starych berlińczyków, widocznie mąż i żona, bo mieli jednakowe
zajęcze kołnierze i jednakowe bawełniane rękawiczki, zobaczywszy
olbrzyma, trącili się jednocześnie w ręce: - Patrz, to On!... - szepnął mąż. - Patrz Fryc, to On!... - rzekła żona. Na ten widok cywilny w bobrach począł jeszcze piękniej uśmiechać
się, kiwać głową i strzyc uszami, jakby cieszył się z ich
domyślności i chciał powiedzieć: - Tak to on... a to - ja!... Ale staruszkowie w zajęczych kołnierzach nie spostrzegli tych
przyjacielskich sygnałów. Ich oczy były przykute do wspaniałej
figury wojskowego. Gdy zaś znikł na rogu ulicy, przypatrywali się
ze czcią kamieniom, których dotknęły jego olbrzymie stopy. Na zakręcie chodnika człowiek w bobrach jeszcze raz odwrócił się
do staruszków i z wielką życzliwością kiwnął im głową, niby
potwierdzając: - Tak - to ja!... Wojskowy wlókł się ciężko, jak człowiek, który na swoich
niezmiernie szerokich barkach dźwiga losy czterdziestu pięciu
miljonów. Lecz, choć oddychał z trudnością, zmęczony długim
spacerem, mimo to, zdawało się, że gdy zechce, jego płaszcz zamieni
się w olbrzymie skrzydła, które porwą go i uniosą tam, skąd narody
wyglądają jak mrowiska. Na tej ulicy panował ruch większy. Było dużo sklepów i tłumy
przechodniów. Wojskowy ocknął się i wypukłe oczy, które dotychczas
patrzyły niewiadomo gdzie, skierował na ruch uliczny. Jednem
spojrzeniem ogarnął tysiące ludzi. Tu spostrzegł gromadę kobiet,
targujących się z przekupką o tłustą gęś, - tam kilku robotników
fabrycznych, bladych, uczernionych i spacerujących, jak żołnierze.
Widział żonę, która napróżno wyciągała męża z szynkowni, a dalej -
kilka osób, które szły z węzełkami środkiem ulicy. Ktoś w tej
gromadzie płakał, reszta zaś mówiła między sobą, że trzeba iść
prędko, bo spóźnią się na pociąg do Hamburga, i okręt bez nich
pojedzie do Ameryki... Olbrzym zmarszczył krzaczaste brwi i odwrócił się w inną stronę.
Wnet przecie kamienna twarz jego rozjaśniła się: zobaczył bowiem
trzech bardzo małych chłopców, z których jeden miał pałasz, drugi
dziecinny karabin, a trzeci tornister i papierową pikielhaubę.
Błysnęła mu niewyraźna myśl, że choć kilku desperatów wyjedzie do
Ameryki, to jednak na ich miejsce z tych oto dzieci wyrosną nowi
zdobywcy. Nagle cywilny w bobrach skoczył naprzód z taką gwałtownością, że
zachwiał mu się cylinder. Zdarzyła się rzecz niesłychana. On,
sekretarz, powiernik i biograf wielkiego człowieka, nie spostrzegł,
że jego pan zatrzymał się na ulicy... Stanął, stał i patrzył - a sekretarz nie mógł nawet odgadnąć, na
co patrzy? Jest tu wprawdzie sklepik z kolonjalnemi towarami, ale
czyliż On nie zna cynamonu, muszkatołowej gałki, a choćby i
kokosowych orzechów?... Na cóż więc patrzy?... W tej chwili olbrzym zcicha westchnął. Nieba!... On westchnął?...
Sekretarz nie wierzy własnym uszom. Obchodzi pana z boku i na jego
twarzy widzi nieomylne znaki wzruszenia... Czyżby go wzruszył
cynamon?... - Ach!... - omało nie krzyknął biograf, zobaczywszy w głębi sklepu
małą choinkę, obwieszoną kilkoma piernikami. Jego tak rozmarzył
widok choinki ubogich... Cóżto za poetyczna dusza!... Byle tylko
nie wymyślił nowego podatku na ubogie dzieci!... Nareszcie olbrzym odszedł od sklepu, z takim ruchem, jakby mu było
trudno oderwać się od - choinki. "Teraz już wrócimy do domu -- pomyślał sekretarz, ciesząc się w
duchu, że do biografji przybywa jeden z najbardziej interesujących
rozdziałów. - On rozmarzył się wobec choinki!... Czy nie piękny
temat?... Wspomnienia z lat dziecinnych, unoszące się nad krwawym
szlakiem od Saarbrücken do Paryża... Niema wydawcy, któryby tego
rozdziału nie kupił na wagę stumarkowych banknotów!..." Sekretarz, przywykły do trafnego odgadywania publicznych i
prywatnych projektów pana, miał już cały pomysł w głowie. Oto On,
zmęczony nocną pracą, wyszedł około południa na spacer. Był nieco
zdenerwowany, a więc przystępniejszy dla ludzkich uczuć. Widok
przedświątecznego ruchu usposobił go jeszcze lepiej, a choinka -
rozmarzyła do reszty. "Jestem pewny - myślał sekretarz - że ta choinka stanie się
źródłem mnóstwa nowych projektów dla klas pracujących, a może i...
gratyfikacji?..." - Oj! ci wielcy ludzie... - szepnął sekretarz. - Ani wiedzą, jak
łatwo przychodzi odgadywać ich zamiary tym, którzy dokładniej
zbadali mechanizm genjuszu!... W tem miejscu sekretarz nie mógł powstrzymać się od złożenia hołdu
swojej przenikliwości. Jednocześnie obrzucił okiem Berlin i
spostrzegł, że mu się jego pan znowu wymknął. Wprawdzie tylko o
kilka kroków, gdyż od swego sekretarza i biografa człowiek dalej
uciec nie może. Tym razem wojskowy stał przed straganem z zabawkami, gdzie chudy i
zmarznięty kupiec gromadce ciekawych zachwalał swoje towary. - Oto jest pociąg kolei żelaznej, który sam jeździ - cztery
marki!... Oto jest słoń, który sam chodzi i ryczy - dwie marki!...
Nakręca się ogonem... Oto jest pajac za dwadzieścia fenigów!... Kolej i słonia mogli widzieć tylko ludzie dorośli, bo zabawki te
biegały po stole. Ale pajac wisiał w górze. Miał odzienie, złożone
z płatów niebieskich, ponsowych i żółtych, śpiczastą czapkę, a w
rękach dwie blachy. Gdy kramarz pociągnął za sznurek, pajac
rozrzucał nogi, uderzał w blachy, przewracał oczyma i pokazywał
język. - Ach! jaki on śliczny!... - odezwał się w tej chwili dziecięcy
głosik. Wojskowy spojrzał w tę stronę i zobaczył jasnowłosego chłopczyka,
który, zadarłszy głowę i złożywszy ręce, patrzył na pajaca jak na
cud. Ile zaś razy pajac mocniej wyrzucił nogą, albo lepiej wysadził
język, chłopiec śmiał się na cały głos, uderzał w ręce i wołał: - Ach, Boże! Boże! jaki on śliczny... Radość dziecka była tak wielka i szczera, że udzieliła się całej
gromadce widzów. Nawet wojskowy olbrzym uśmiechnął się pod wąsem i
- wydobył z kieszeni sakiewkę. "Kupi chłopcu pajaca!..." - pomyślał sekretarz w bobrach, nie
mogąc w dalszym ciągu powstrzymać się od kilku słów uznania dla
swoich niepospolitych zdolności, które pozwalały mu odgadywać
najdrobniejsze zamiary sfinksa XIX wieku. W tej samej jednak chwili twarz wojskowego zachmurzyła się znowu.
Prędko schował sakiewkę do kieszeni i odszedł od kramu. Pajac tymczasem wciąż skakał i wywracał oczy, mały chłopiec śmiał
się, a sekretarz myślał: "Chciał kupić malcowi pajaca na choinkę, ale spostrzegł, że go
poznali, i dał pokój... Oj! ta popularność... "Ja jednak - ciągnął w duchu sekretarz - mam prawo napisać, że
pajac został kupiony i darowany dziecku ze słowami: "Masz, mój
mały, to dają ci Niemcy na gwiazdkę!..." Ale ogłoszę to dopiero po
śmierci..."
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI