On, One i przypadki - Karol Karłów

Kup ebooka

28.37 zł
23.55 zł (24,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kolacja we dwoje a co potem to moje

Wpadka z trefną inwestycją zmięła mą psychikę niczym arkusz papieru do pakowania. Przeklęte hieny bankowe natychmiast zwietrzyły okazję i dorzuciły swoje pięć groszy do mojego nieszczęścia, wbijając tym samym ostatni gwóźdź do mojej finansowej trumny. Nie minął tydzień, a w skrzynce listowej znalazłem pisemną informację o stanie salda mojego konta, na którym od wiadomego czasu, miast obiecanych "kokosów", widniało kilkaset żałosnych złociszy.

- Szlag! - przekląłem swojego pecha, wpatrując się apatycznie w biały niczym śnieg, pokryty czarnymi znakami, kawałek Puszczy Amazońskiej w mojej dłoni.

Żałosna kwota, widniejąca na samym dole strony i wytłuszczona, by rzucała się w oczy, szyderczo śmiała mi się w twarz.

- Mamy cię! - drwiła. - I nie jest to cholerna ukryta kamera!

Nawet informacja o wszczęciu procedury ubezpieczeniowej nie zdołała poprawić mi nastroju.

W opinii Maurycego, prawdopodobieństwo iż odzyskam całą utraconą kwotę było ogromne.

- Musisz tylko uzbroić się w cierpliwość stary - zapewniał mnie. - Za dwa, trzy miesiące odzyskasz swoje fundusze. Uwierz mi. Nie raz, nie dwa znalazłem się w podobnej sytuacji i zawsze spadałem na cztery łapy.

Co z tego - odparłem bezgłośnie.

Moje przeczucia miały bowiem odmienne zdanie. Dręczyły mnie dniami i nocami.

W następstwie ich nikczemności, przez kolejny tydzień snułem się po tym łez padole, niczym zbity pies rolnika po wsi. Mój mózg cierpiał nieopisane katusze, nieustannie bombardowany myślami z kategorii "lepiej walnij sobie w łeb kretynie, bo świat potrzebuje przyrostu IQ, a ty skutecznie blokujesz progres". Nocami nie zamierzał spać, we dnie przysypiał, a w zetknięciu się z choćby kilkoma kroplami wody procentowej, upijał się w trymiga. Cholerny amator.

- Wyglądasz, jak pieprzona apokalipsa. - Trafnie zauważyła pewnego dnia Weronika. - Powinieneś wziąć kilka dni urlopu.

Poszedłem za jej radą i we środę rano pomaszerowałem z blankietem urlopowym do sekretariatu.

- Do końca tygodnia?

Byłem w tak podłym nastroju, że nawet przeszywające spojrzenie szefa obeszło mnie bokiem

- Tak - wydukałem, jedynie ciężko wzdychając.

Podpisał, choć wyraźnie było mu to nie na rękę.

Pewnie drań obmyślił już jakiś podły plan na zagospodarowanie mojego czasu - przemknęło mi przez myśl. - A ja niespodzianie pokrzyżowałem mu plany. "I super!". "Jeden zero dla misia!"

Zabrałem teczkę i wyszedłem wcześniej z biura.

Wracając, szerokim łukiem minąłem "Pinokia". Na ten czas miejsce to budziło jedynie we mnie złe skojarzenia, a tych wolałem się wystrzegać. Po powrocie do domu, walnąłem się na łóżko i tak zostałem do dnia kolejnego. We czwartek w sukurs przybyli mi Lesio i Franek, ale nawet wizyta pod "Baryłką Fabiana i Bartka", nie poprawiła mi nastroju. Spiłem się jedynie niemiłosiernie, w następstwie czego, piątek powitałem monumentalnym kacem.

Gdy tylko udało mi się zwlec z łóżka, w myśl zasady, klin klinem, potoczyłem się do barku po butelkę mojej ukochanej Whisky. Efekt kuracji, jak zapewne się domyślacie, był tylko jeden. Po raz kolejny w przeciągu dwóch dni spiłem się w trupa. Mało... udało mi się spić na smutno, w rezultacie czego większość czasu przesiedziałem w narożniku pokoju rycząc jak baba. Dosłownie zalewałem się łzami. To trwało bite pół godziny. Szczęśliwie, a może i nie, zależy, jak na to patrzeć, pary starczyło mi jedynie na owe pół godziny. Ciągu kolejnych zdarzeń nie pamiętam, a coś dziać się musiało, gdyż rano obudziłem się w przedpokoju, skacowany, obolały i wysuszony na wiór.

Kuracja jednak odniosła żądany skutek i to było w tym najważniejsze. Uśmiechnąłem się tryumfalnie, gdy uświadomiłem sobie, iż moje myśli nie krążą już wokół dylematów, którymi raczyły zajmować się ostatnimi czasy. W zamian w głowie kołatała się inna myśl.

Sobota zapowiadała się pięknie. Przez okna do mieszkania zaglądało słońce. Czuć było świeżość poranka. Na parapecie gołąb, wędrując z jednej strony blaszanej półki, na drugą, tłukł się niemiłosiernie, ale nawet to nie wyprowadziło mnie z równowagi.

- Sielanka! - westchnąłem, po czym zebrałem się z podłogi i podałem losowi dłoń na zgodę.

- Dość tego użalania się nad sobą! - postanowiłem.

W pierwszej kolejności musiałem się jednak doprowadzić do porządku. Machnąwszy piętnaście pompek, plus dwie za tych co też pili, odepchnąłem od siebie resztki podłych myśli.

- To tylko forsa! - powtarzałem sobie przy każdej pompce. - W dodatku masz ją odzyskać, więc świat jeszcze stanie u twych stóp, błagając o lichwiarski kredyt.

Mantra podziałała skutecznie. By przypieczętować pakt z lepszym sobą, wlazłem pod zimny prysznic.

Szybko uświadomiłem sobie, że nie był to najlepszy pomysł. O mało nie wyskoczyłem na środek łazienki, gdy lodowata woda dotknęła moich pleców. "Brrr" - wzdrygnąłem się i czym prędzej zmieniłem strumień na ciepły.

Kąpiel podziałała orzeźwiająco i łazienkę opuszczałem mając opracowany konkretny plan na dzisiejszy dzień.