Oni wrócili - Marta Bijan

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

RozdziałI

Mrok wlał się do wnętrza domu i wszystkie kontury mebli ledwo majaczyły mi przed oczami, kiedy przekroczyłem próg.

- Jestem! - zawołałem, składając parasol, który nie omieszkał splunąć na podłogę dookoła tysiącem kropelek. Odwiesiłem go na miejsce tuż obok damskiego palta i małej czerwonej peleryny.

Z ciemności w głębi salonu odpowiedziała mi jedynie cisza. Ściągnąłem buty, płaszcz i kapelusz. Wygrzebawszy papierosa z kieszeni, ruszyłem wzdłuż holu.

- Najdroższa?! - Spróbowałem raz jeszcze, czekając aż oczy przyzwyczają się do braku światła. Byłem ciekaw, czy znów zabrakło prądu przez szalejącą od doby ulewę, czy może moja żona zaszyła się w sypialni z lampą naftową, jak miała to w zwyczaju, odkąd pojawiła się u nas elektryczność.

Nie ufała wszelkim nowinkom bardziej niż śmiała przyznać, co mnie zarówno bawiło, jak i niecierpliwiło, aż miałem ochotę nią potrząsnąć. Rzeczywiście, czasem coś brzęczało w ścianach, jakby zagnieździł się tam rój owadów. Czasem strzelały iskry, gdy uruchamiałem metalową dźwignię w rozdzielni znajdującej się w piwnicy. Czasem też światło pulsowało i migotało, zanim postanowiło towarzyszyć nam na dobre. We mnie wzbudzało to wyłącznie fascynację na pograniczu niemalże niezdrowej ekscytacji.

W żonie - wyłącznie strach.

Mówiła, że to upiorne, a dom trzeszczy, jakby coś łamało mu kości.

- Światło świec jest żywe, ciepłe - przekonywała mnie. - Ten twój cały prąd daje światło zimne i martwe.

Dobierała słowa tak, jakbym to ja wynalazł elektryczność. Początkowo próbowałem ją strofować, ale wreszcie dałem sobie spokój. Po prostu, kiedy tylko wracałem do domu, musiałem wypełnić go światłem, inaczej wciąż żylibyśmy jak niektórzy sąsiedzi z wiosek nieopodal. Nie zamierzałem rezygnować z luksusu, na który sam zapracowałem, zwłaszcza że bardzo szybko do niego przywykłem.

Uwielbiałem ten moment dnia; przemierzałem pogrążone w mroku pokoje na parterze po omacku, niczym lunatyk i ujmowałem mosiężne pokrętła między palce. Przekręcałem, przez chwilę czując opór, aż w końcu rozlegało się to rozkoszne:

Klik!

I wtedy żarówka płonęła ciepłym światłem. Czysta magia.

Najprzyjemniej było patrzeć, jak budzi się do życia wielki ciężki żyrandol wiszący na suficie nad schodami. Pojedyncze żarówki migotały jedna po drugiej, niczym uśpione gwiazdy.

Tym razem niemal krzyknąłem, gdy czekałem na ów spektakl, a stopnie na schodach wynurzyły się z ciemności. Przycisnąwszy dłoń do piersi, upuściłem papierosa, który z głuchym, ledwo słyszalnym dźwiękiem uderzył o posadzkę.

- Chryste, co ty tam robisz? - wydyszałem, chcąc uspokoić oddech. Zrobiło mi się głupio, że tak zareagowałem, ale kto nie podskoczyłby na widok małego chłopca w białej piżamie, z równie białą twarzą, stojącego w absolutnym bezruchu u szczytu schodów? - Nie śpisz jeszcze?

Mój syn nawet nie drgnął, a ja przełknąłem ślinę i schyliłem się po papierosa. Przyglądałem mu się wnikliwie, obracając go na wszystkie strony i szukając pęknięć, jakby teraz było to sprawą najwyższej wagi. Rzeczywiście, odrobina tytoniu wysypała się przez cienkie rozdarcie. Prawdę mówiąc, próbowałem po prostu odwrócić uwagę od dudniącego w piersiach serca, które właśnie usiłowało wyskoczyć mi spomiędzy żeber.

Kiedy znów spojrzałem w górę, schody były puste.

Westchnąłem przeciągle, prostując kolana i kierując się do kuchni. Zajrzałem do środka, szukając żony, chociaż miałem już niemal pewność, że tam jej nie zastanę.

Jakaś dawna część mnie skrycie liczyła na obfitą kolację i wino podane do stołu, ale rozczarowanie było zbyt znajome, by zabolało. Rzuciłem tylko szybkie spojrzenie na tonący w mroku żelazny piec. Znów musiałem się zadowolić resztką chleba i ostatnim kawałkiem masła, które zdążyło zjełczeć.

Nie zajrzawszy na piętro, ruszyłem prosto do gabinetu.

Jak na złość, tutaj - w mojej samotni - światło najbardziej lubiło szwankować. Długo mocowałem się z lampką, przeklinając w duchu burzę i deszcze. Gdy wreszcie po pokoju rozlało się miękkie światło, odetchnąłem z ulgą. Rozsiadłem się za biurkiem, czując jak ogarnia mnie upragnione poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Nalałem do kieliszka brandy, a potem bez zawahania wypiłem jednym haustem; paliła w przełyku dokładnie tak, jak powinna. Czekałem na to cały dzień. Jeszcze tylko papieros i mogłem zaczynać pracę.

Zaciągnąłem się mocno, chowając zapałki do szuflady biurka. Mimo nieznacznego ubytku tytoniu, gdy ściskałem odpowiednio palce, mogłem cieszyć się niemalże pełnym smakiem.

Położyłem stopy na biurku, spojrzałem w sufit i wydmuchałem dym. Deszcz bębnił o parapet, gałęzie pobliskiego dębu uderzały o szybę raz za razem; niemal przypominało to stukot maszyny do pisania. Zerknąłem na skórzaną walizkę wciśniętą w kąt gabinetu i ogarnęło mnie zmieszanie. W duchu wyśmiewałem żonę, stroniącą od elektryczności i innych nowinek, tymczasem sam wciąż pisałem na papierze, mimo że posiadałem lśniącą maszynę sprowadzoną prosto z fabryki. Może dzisiejsza noc będzie dobrym momentem na jej rozdziewiczenie?

Nie zdążyłem nawet dokończyć myśli i papierosa, kiedy skrzypnęły drzwi i w progu stanęła kobieca postać.

Ponownie tego wieczoru przeraziłem się; zacząłem kaszleć, jednocześnie nalewając do kieliszka brandy, żeby przepłukać gardło.

- Wystraszyłaś mnie - wydusiłem z siebie w końcu, po czym strzepnąłem popiół na talerzyk w kwieciste wzory.

Moja żona wyglądała upiornie. Chciałbym powiedzieć, że to coś odbiegającego od normy, niestety ostatnimi czasy miała się nie najlepiej. Wiedziałem, że męczą ją migreny i bezsenność, co w połączeniu dawało mieszankę trudną do zniesienia. Skutkowało apatią, brakiem apetytu i jakiejkolwiek siły do zarządzania domem.

- Wróciłeś.

Jej głos był słaby i cichy, jakby dobiegał z oddali albo należał do kogoś innego. Nie miałem nawet pewności, czy to pytanie, czy stwierdzenie.

- Spałaś?

- Nie.

Zapadła cisza. Dokończyłem papierosa. Czułem, jak drży mi dłoń, kiedy gasiłem niedopałek, odprowadzany jej nieobecnym spojrzeniem.

- Jadłaś?

- Nie.

Naprężyłem szczękę i wcisnąłem resztkę bibułki w powierzchnię talerza mocniej, niż to konieczne; w końcu żar zgasł już wcześniej.

- Mały śpi?

- Nie wiem.

Znów cisza, którą za wszelką cenę usiłowałem rozszarpać na kawałki.

- Wystraszył mnie. Nie powinien chodzić nocami po domu, zwłaszcza sam.

- Dlaczego?

Podniosłem na nią wzrok. Jej słomiane włosy były tak przetłuszczone, że wyglądały na mokre. Długa nocna koszula, postrzępiona na brzegach, sięgała niemal do kostek. Kiedy ostatnio ją prała? Jej oczy w półświetle lampki wydawały się zupełnie czarne, jak u ćmy. W dodatku ten fetor... Przez jakiś czas udawałem, że go nie czuję, ale nie wiedziałem jak długo jeszcze wytrzymam bez słowa. Kiedy tylko weszła do gabinetu, dookoła zaczęło cuchnąć zdechłym zwierzęciem rozkładającym się na poboczu szosy.

Ledwo powstrzymałem przyciśnięcie do ust i nosa chusteczki nasączonej olejkiem z lawendy. Przypomniałem sobie, że zadała pytanie - coś jednak podpowiadało mi, że to wyłącznie gra. Gra niczym w przeciąganie liny, polegająca na doprowadzeniu rozmowy do momentu, w którym puszczają mi nerwy. Żebym kazał jej wyjść, trzasnął drzwiami, albo rzucił czymś o ścianę.

Nie tym razem, pomyślałem i rzuciłem jej tylko uśmiech.

- Nie powinien chodzić sam, bo może spaść ze schodów - odparłem łagodnie. - Najdroższa, napijesz się ze mną koniaku? Dobrze ci zrobi na sen.

Wyciągnąłem karafkę w jej kierunku, niemal od razu dostrzegając jak robi krok w tył. Zachowywała się jak wampirzyca na widok święconej wody.

- Nie chcę.

- Jesteś pewna?

Nie odpowiedziała. Była już za drzwiami, a gdy uniosłem naczynie jeszcze wyżej, przechylając głowę z zachętą, usłyszałem upragniony dźwięk zamka, który zaskoczył z cichym kliknięciem.

Odłożyłem karafkę, próbując powstrzymać drżenie rąk. Od razu ponownie uzupełniłem kieliszek, liczyłem, że ukoi moje zszargane nerwy.

Naprawdę próbowałem; wychodziłem z siebie, żeby dogodzić żonie. Nic nie pomagało. Przynosiłem nowe suknie, kwiaty, czekoladki sprowadzane z najlepszej cukierni w miasteczku. Wszystko znajdowałem później w koszu: pogniecione, pocięte nożyczkami lub rozszarpane. Oszczędzała jedynie zabawki dla syna. Ten bez słowa je przyjmował i spędzał z nimi długie godziny w swoim pokoju.

On także ostatnio stał się wyjątkowo milczący i apatyczny, jego jednak nie potrafiłem winić. Szybko chłonął emocje matki, był jak gąbka nasiąknięta jej żółcią. Niejednokrotnie widziałem, jak szeptała mu coś do ucha, zerkając na mnie zza firany włosów. Chłopiec wyginał wtedy usta w podkówkę i wybuchał płaczem albo biegł do siebie. Echo dudniło od uderzeń bosych stópek o podłogę.

Mógłbym przysiąc, że to były te nieliczne momenty, gdy moja żona się uśmiechała.

Gdybym tak odkrył coś, co pozwoli mi wejść do jej głowy, przewiercić tę drobną czaszkę na wylot, znaleźć przyczynę jej stanu. Lekarz mówił, że to typowa kobieca melancholia - i że wkrótce minie. Nakazał jej leżeć w łóżku, jak najmniej rozmawiać, czytać oraz pisać.

Nawet ja uważałem to za zbyt surowe zalecenia, mimo że wciąż okazywały się lepsze niż leczenie prądem, którego tak bała się moja żona i na które nie wyraziłem zgody.

Pozwalałem jej snuć się po domu, wiedziałem też, że czyta czasem moje stare notatki. Bywało, że niekontrolowanie mruczała pod nosem znajome rymowanki, a mi robiło się ciepło na sercu.

Naprawdę chciałem ją chronić, w końcu to była ona.

Moja krucha ukochana, która kiedyś tańczyła do piątej nad ranem na każdym balu. Która piła jak niejeden mężczyzna, przeklinała i nosiła spodnie nawet w towarzystwie służby. Która śmiała się głośno aż do zdarcia gardła i rozstawiała wszystkich po kątach.

Kochałem tę kobietę, mimo przepaści, która zaczęła nas rozdzielać.

Bałem się jedynie momentu, kiedy będę musiał chronić ją przed samą sobą.

RozdziałII

Za dnia święcie wierzyłem, że to miejsce od zawsze należało do mnie; noc zaś wymierzała mi policzek dla oprzytomnienia.

W cieple lampy powracał ostry, przenikliwy zapach terpentyny i olejnych farb. Podłoga na środku gabinetu skrzypiała, jakby pamiętała jeszcze ciężar sztalugi, mimo że nikt tamtędy nie przechodził.

Siedziałem przy biurku, otoczony papierem i atramentem, walcząc jednak z duchami malarza, który niegdyś tu tworzył. Już dawno zsunąłem jego obrazy pod ścianę, wszystkie odwróciwszy w jej stronę, tak bym nie musiał ich więcej oglądać. Wcześniej o wiele za długo wpatrywałem się w sylwetki bez twarzy albo twarze bez rysów poprawiane aż do zniszczenia. Niektóre płótna wyglądały tak, jakby próbował malować je bez końca, aż kolory odpadały całymi płatami. Kiedy raz próbowałem zdrapać wierzchnią warstwę, miałem wrażenie, że pod paznokciami nie została mi wcale farba, tylko zaschnięta krew.

Było w tych dziełach coś hipnotyzującego, ale moja żona wyraziła się jasno:

- Powinieneś schować je głęboko w piwnicy. Mam wrażenie, że popadam w obłęd od samego patrzenia na te koszmary.

Zastanawiałem się, czy może rzeczywiście wywołały w niej coś w rodzaju szaleństwa. Ale gdyby rzeczywiście tak było, czy nie powinienem także i ja paść ich ofiarą? W końcu wpatrywałem się w nie o wiele dłużej niż żona, przebywałem z nimi sam na sam podczas długich, deszczowych nocy. Ostatecznie, choć sam miałem ochotę je spalić, sprawiłem, żeby nikogo więcej nie straszyły. Mimo wszystko, były zbyt cenne i nie chodziło jedynie o ich wartość materialną. Stanowiły serce domu, a historia jego murów żywiła się tymi dziełami. Większość ukryłem w piwnicy, ale niektóre wciąż tkwiły między regałami z książkami a ciężkimi zasłonami. Miałem wrażenie, że ich upiorne rozmazane twarze przenikają przez meble, przez płótno.

Patrzą na mnie, chociaż ja nie mogę ich już zobaczyć.

Wygrzebałem z szuflady kolejnego papierosa, tym razem w całości, z nietkniętą bibułką. Ominąłem spojrzeniem starodawny skałkowy pistolet, lśniący i wciśnięty na samo dno. Kolejna pamiątka po malarzu, której nikt się stąd nie pozbył. Z jednej strony świadomość, że tam był, napawała mnie odrazą, z drugiej zapewniała poczucie bezpieczeństwa. Nie byłem skłonny do przemocy, ale nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie w życiu moment niepozostawiający żadnego wyboru.

Wsunąłem papierosa do ust i odpaliłem od zapałki, po czym rozwinąłem czysty arkusz papieru, tym samym porzucając decyzję o wypróbowaniu maszyny.

Mimo że nie chciałem jeszcze się przyznać sam przed sobą, widok pustej kartki sprawiał ostatnio, że żołądek podchodził mi do gardła. Ciążyła nade mną duża odpowiedzialność, rozciągała się niczym płaszcz mroku, odbierałem to wręcz dosłownie. Zdawałem sobie w końcu sprawę, że bez wyobraźni, natchnienia oraz samodyscypliny szybko pozbawię swoją rodzinę prądu, potem zapewne dachu nad głową, a jeszcze później nawet chleba. Na samą myśl o tym po moim kręgosłupie przebiegały dreszcze i nie miało to nic wspólnego z chłodnym, nierozpalonym piecem w kącie gabinetu.

Moja pierwsza i ostatnia seria książek dla najmłodszych sprzedała się tak dobrze, że nie pozostawiono mi wyboru - musiałem to powtórzyć. Napisać ostatnią, wieńczącą całość część, która będzie satysfakcjonującym finałem dla czytelników.

Czasami fantazjowałem o stworzeniu czegoś zupełnie nowego: z innym światem, postaciami i przygodami, ale tak naprawdę wcale nie potrafiłem pożegnać mojej ukochanej rodziny zegarów. Być może dlatego nie chciałem zasiąść do części, która miałaby wszystko zakończyć. To były proste historie, które niemal same się układały. Ojciec - Pan Tik - wielki stojący zegar, dbający o odmierzanie czasu, ciągle starał się być jak najlepszą głową rodziny. Mama - Pani Tika - delikatny zegarek na dłoń - uczyła, jak czas spowalniać, a nawet zatrzymywać. Dziecko - Mały Tak - zabawkowy budzik - całe życie tylko psociło, próbując cofnąć swoje wskazówki, co skutkowało tarapatami dla wszystkich wokół.

I mimo że ślęczałem właśnie nad czystym pergaminem z piórem gotowym do nacisku, w mojej głowie ciągle rozlegało się:

Tik - Tika - Tak.

Próbowałem zamknąć oczy i zobaczyć nową rodzinę, może porcelanowych filiżanek?

Tik - Tika - Tak.

A może parasoli?

Tik - Tika - Tak.

Nalałem sobie brandy, wciągając powietrze przez zęby z niezadowoleniem. Zmarnowałem już dwa papierosy i niemal jedną czwartą karafki, a na papierze wciąż brakowało choćby pierwszej litery.

Może rodzina pluszowych misiów odniosłaby równie duży sukces? Przez chwilę w mojej głowie roiło się od tańczących zabawek, szybko jednak ich lśniące nosy stały się centrum tarcz zegarów, a zamiast wąsów, wyrosły im wskazówki.

Czy tego chciałem, czy nie, musiałem zakończyć losy moich bohaterów.

- Już, dobrze! - zawołałem, wykonując zamaszysty ruch dłonią. Zrzuciłem z biurka zarówno kilka sztuk papieru, jak i kałamarz, który pękł z hukiem. Cała zawartość rozlała się pod moimi stopami; patrzyłem tylko z góry, jak spróchniałe już deski piją łapczywie atrament, a ten wsiąka w podłogę niczym krew kałamarnicy.

Oddychałem ciężko, z poczuciem klęski. Mimo że żony nie było w gabinecie, niemal wyobraziłem sobie jak leży u góry w sypialni i chichocze z satysfakcją. Może nawet właśnie to robiła; przyciskała twarz do ziemi, nasłuchując odgłosów mojej porażki. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nad moją głową coś zaszurało, jakby ktoś przenosił ciężar z jednej nogi na drugą. Zadarłem podbródek i wbiłem wzrok w sufit. Dźwięk się powtórzył, tym razem głośniej.

Ponownie miałem ochotę krzyknąć, teraz już wprost do niej, ale zacisnąłem usta w wąską linię. Mimo złości, która narastała we mnie, zwłaszcza w takich chwilach, musiałem pamiętać, że moja żona nie jest teraz sobą.

Wciąż przecież pamiętałem, jak mnie wspierała, jak pomagała wymyślać przygody do kolejnych części serii Zegarowej Rodzinki. To ona była bezpośrednią inspiracją dla Pani Tiki, a na naszym synu wzorowałem postać Małego Taka.

Wzruszenie ściskało mi gardło za każdym razem, gdy ponownie uświadamiałem sobie - nie byłoby rodziny zegarów bez moich wspaniałych bliskich.

To oni tworzyli mnie jako człowieka; dzięki nim byłem w stanie tworzyć i stawać się pisarzem.

Było to zarazem proste, jak i nie do pojęcia. Nie wspomniawszy nawet o wypowiedzeniu tego na głos, zwłaszcza w obecności mężczyzn, z którymi przyszło mi obracać się zawodowo. Od czasu do czasu zbieraliśmy się w klubie dżentelmenów, do którego wprowadzono mnie tuż po wydaniu pierwszej książki. Organizowano spotkania w mieście oddalonym od mojego domu o kilka godzin drogi koleją, a ja żałowałem swojej podróży za każdym razem, gdy tylko przekraczałem gęstą mgłę dymu z najdroższych cygar. Rozmowy toczyły się w oparach absyntu, który piliśmy wyłącznie dla podkreślenia, że jesteśmy inni, niż cała reszta nudnych dekadentów z whisky w dłoni. Wszystko kręciło się wokół nakładów, pieniędzy i oszustw na mniejszą lub większą skalę. Kobiety zdecydowanie nie były głównymi tematami żarliwych dyskusji, a jeśli już - przywoływano anegdoty dotyczące co bardziej urodziwych czytelniczek, skupiając się na niemal literackim opisie ich kształtów, ku uciesze towarzystwa - albo mówiono o żonach, cudzych lub własnych, zawsze jednak wspominanych jako ciężar, przeszkoda. Jednym słowem: coś, co należy znosić z cierpliwością, a przy większej ilości trunku wręcz z jawną pogardą. Nigdy nie słyszałem, by któraś z nich została wspomniana jako źródło czegokolwiek poza niedogodnościami. Nie potrafiłem zapomnieć chwili, gdy jeden z najbardziej poczytnych eseistów, już wyraźnie nietrzeźwy, przyznał się, że większość jego ważnych tekstów wcale nie powstało w jego głowie.

- Małżonka coś tam opowiada przy garach - huczał bez skrępowania, czerwony na twarzy - a ja notuję pod stołem i później robię z tym porządek. Mam dobry obiad, ona ma pieniądze, żeby ten obiad postawić. Ona zadowolona, ja też. Któż by się tym przejmował?

Gdybym tylko choć raz się odezwał, przyznał głośno, że moja żona mnie inspiruje. Że jest moją muzą... Nie chciałem nawet myśleć, jak zostałbym odebrany. Dlatego śmiałem się razem z nimi, w duchu dziękując, że los obdarował mnie czymś, czego oni najwyraźniej ani nie potrafili dostrzec, ani tym bardziej nazwać. Pozwalałem im mówić i szydzić tak długo, jak było to konieczne, żeby nie zwrócić na siebie większej uwagi.

Teraz jednak, gdy myślałem o kolejnym spotkaniu, które miało odbyć się w najbliższych miesiącach, miałem wrażenie, że wreszcie nie będę musiał udawać. Moja żona nie była już tym, kim była. I chociaż usilnie chciałem wierzyć, że jest inaczej, prawda nie pozostawiała miejsca na złudzenia.

Chciałem żyć jak dawniej. Trzymać ją za rękę, przesuwać opuszkiem po nadgarstku, mówić:

- Chyba jeszcze wyczuwam tętno.

Śmiała się tak głośno, a potem prosiła, żebym sprawdził jeszcze tętnicę szyjną.

- Zębami? - pytałem, udając bezbrzeżne zdumienie.

- Zębami. - Klaskała w obie dłonie, a potem przechylała głowę, odsłaniając przede mną biel cieniutkiej jak pergamin skóry. Krew pulsowała tuż pod nią, niemal słyszałem jej szum.

Przymknąłem oczy, pogrążony we wspomnieniach. Zamiast pergaminu jej skóry, miałem przed sobą pustą kartkę, krzyczącą do mnie:

Tik - Tika - Tak!

Tik - Tika - Tak!

Tik - Tika - Tak!

A nad sobą szyderczy chichot. Słyszałem, jak ktoś w ciele mojej żony skrobie po podłodze, próbuje wydrążyć dziurę, by obserwować mnie podczas żałosnych prób napisania czegokolwiek.

Niewiele myśląc, wychyliłem parę łyków prosto z karafki, nie trudząc się już przelewaniem jej do kieliszka. Potem chwiejnym krokiem przemierzyłem gabinet, otworzyłem drzwi i krzyknąłem w mrok:

- Daj mi pracować!

Czekałem, aż skrobanie w suficie ustanie, tymczasem nasiliło się jeszcze bardziej.

- Obłąkana... - syknąłem i już chciałem ruszyć w kierunku schodów, by zmierzyć się z żoną twarzą w twarz, przyłapać ją na gorącym uczynku, tymczasem błyskawica przecięła dolną salę i w tym krótkim chłodnym świetle dostrzegłem dwie skulone postaci na jednej z kanap. - Tu jesteście?!

Serce waliło mi jak młotem i czym prędzej zapaliłem lampę, która oświetliła salon. Dwie miękkie kanapy oraz dopasowane do nich fotele w kolorze płynnego miodu tkwiły pod wielkimi okiennicami.

Gdy sztuczne światło zalało pomieszczenie, moja żona i syn zmrużyli oczy.

- Co wy tutaj robicie? - Przycisnąłem dłoń do piersi, notując w głowie, że to kolejny raz tej nocy, kiedy przerazili mnie w moim własnym domu. - W takim razie kto...

Odwróciłem się w kierunku gabinetu, nasłuchując. Skrobanie ustało, ale przecież jeszcze chwilę temu je słyszałem, żona nie zdążyłaby przemknąć schodami niezauważona w tak krótkim czasie.

- Musiało mi się coś przesłyszeć - mruknąłem, po czym znów wbiłem pytające spojrzenia w moich bliskich. - Wszystko z wami w porządku?

- Chciał jeść - powiedziała żona, a ja dopiero wtedy zauważyłem, że jej pierś jest naga. Po brodzie syna wciąż ściekało mleko. Przymknąłem oczy.

- Prosiłem cię... - Starałem się być delikatny, ale to nigdy nie działało. Na samo brzmienie mojego głosu chłopiec zaczął łkać, a żona odruchowo przycisnęła go do siebie. Usłyszałem ciche ssanie, płacz ustał. - Jak długo jeszcze będziesz... to robić?

- Jak długo jeszcze będziesz chlać? - odgryzła się, a ja wbiłem paznokcie w dłonie, całe w ciemnych plamach od atramentu.

- On ma pięć lat - wycedziłem przez zęby. - To chore. Kto wie, czy nie od tego się pochorowałaś. Wysysa z ciebie wszystko, łącznie z tym, co dobre.

- Nie mów tak. - Żona objęła głowę syna dłońmi, ich wnętrza zatkały mu uszy. - Jesteś zazdrosny, czy jak?

- Jestem zmartwiony - odparłem, po czym powoli usiadłem na fotelu, naprzeciwko niej i dziecka. Poszarpana czupryna chłopca unosiła się i opadała, gdy łapczywie ssał pierś.

To żenujące, ale moja żona trafiła w czuły punkt. Prawdę powiedziawszy, nie dotykałem jej od tak dawna, że niemal zapomniałem, jak wyglądają jej obnażone piersi. Tymczasem on, w wieku, w którym nie przystoi już robić takich rzeczy, wciąż przy niej trwał, zachłannie i bez wstydu.

Nie potrafiłem nic poradzić na to, że nie widziałem w tym żadnej bliskości czy intymnej więzi między matką a dzieckiem. Czułem, że to powoli ją wyczerpuje, chociaż nigdy nie śmiałaby tego przyznać na głos.

- Martw się lepiej swoimi bajkami. - Oczy żony zalśniły niezdrowo. - Pomóc ci coś wymyślić?

Przełknąłem ślinę. Przypomniałem sobie chwile, kiedy przesiadywaliśmy przed kominkiem, popijając wino i urządzaliśmy burzę mózgów.

Czy teraz mówiła poważnie? Chciała to powtórzyć? A jeśli tak, to dlaczego odnosiłem nieprzyjemne wrażenie, że jej głos ociekał czymś złowrogim?

- Mogłabyś? - spytałem cicho, pełen nadziei, tymczasem ona roześmiała się na całe gardło. Dawno nie słyszałem jej śmiechu, ale ten daleki był od prawdziwej wesołości.

Odrzuciła głowę do tyłu, aż zobaczyłem różowe podniebienie. Od razu zgasłem, karcąc się w duchu za naiwność. Nie, nie mówiła poważnie i wcale nie chciała tego powtórzyć.

Nie odpowiedziała już, tylko patrzyła na mnie z uśmiechem kogoś, komu największą radość sprawiłaby moja porażka. Syn dalej ssał pierś, a ja cofnąłem się do gabinetu bez słowa. Zapomniałem już nawet o skrobaniu dochodzącym z góry. Nie obchodziło mnie, czy to moja żona, szczury, czy demony.

Moja rodzina oddalała się ode mnie, a ja nie wiedziałem jeszcze, jak ją odzyskać.