Milion kawałków karoserii i ciał na poboczu drogi S5. Ten makabryczny obraz przemknął mi przez głowę i w ułamku sekundy zdyscyplinowałam się, odrzuciłam wizję, aby zacząć w głowie układać listę zakupów na obiad.
Szybki rzut oka na zegarek. Dobrze. Jeszcze tylko dwadzieścia minut przesypywania piasku, pięć minut na scenę ryku ("nieee, mamo, jeszcze pięć minut!"), potem pięć minut na rzeczone "jeszcze pięć minut". Kolejne siedem minut do sklepu (idealnie w porze drzemki w wózku) - pędzę po siaty sałaty, marchewek i kaszy jaglanej do warzywniaka. Po drodze wstępuję do mięsnego. Albo nie, jednak odpuszczam, przecież postanowiliśmy być wege, więc nie wstąpię.
Dobrze, jeszcze tylko przetrwać te dwadzieścia minut.
Uśmiecham się do rozmówczyni.
Porywająca dyskusja na temat bostonki w żłobku i legend o wszawicy. Jak dobrze, że już postanowiłam nie oddawać córki do przedszkola, skoro jest nieobowiązkowe. Czuję się jakaś taka heroicznie lepsza, bo nie idę na łatwiznę. Nie oddaję dziecka do placówki, tylko sama ogarniam dwudaniowe obiady zgodne z dietetycznymi trendami dla dzieci.
Niani też nie mam - no w życiu!
Jak widzę tę babkę przeglądającą posty na Facebooku, podczas gdy jej podopieczna gmera w mokrym błocie, a gile z nosa wiszą jej do kolan... skręca mnie na myśl, że miałbym komukolwiek powierzyć opiekę nad moim skarbem. I jeszcze bardziej mnie skręca, kiedy pomyślę, że miałabym za taką opiekę płacić.
Dobrze, że na placu spotykam też te nieinstaidealne mamy. Z nimi da się jakoś porozmawiać o naszej mamorzeczywistości bez zbędnego udawania.
I nagle... moment magii.
Widzę ją.
Nie znam jej osobiście. Nie mam pojęcia, jak ma na imię. Jednak widywałam ją niemalże każdego dnia na placu zabaw przez jakieś pół roku, zanim przeprowadzili się z naszego osiedla do domku. Tak przynajmniej mówiła plotka, nieważne.
Piękna. Spokojna. Niby ani wysoka, ani szczupła, ale jakaś taka smukła.
Powabna.
O, to jest dobre słowo.
Taka wyprostowana, pewna siebie, z delikatnym makijażem, starannie zaplecionym warkoczem (zero siwych włosów!). Niemłoda, ale zmarszczki jakieś takie dobre, poczciwe, wyrzeźbione szczerym uśmiechem. Zawsze z innymi kolczykami. Zawsze z dwójką dzieci (Jezu, jak ona to robi?! Ja z jednym ledwo zipię, a tu bliźniaki!). Rasowy but. Designerska kiecka albo przynajmniej spodnie plus uprasowana koszula (zero brudnych dziecięcych łapek w okolicy dekoltu). Trochę nieobecna. Ciągle gmerająca w torebce i zapisująca jakąś umykającą myśl w notesie we flamingi i ananasy (porysowanym gryzmołami któregoś z maluchów) pięknym pisakiem do bullet journalingu.
Fajna babka. Nie, nie ta, którą moja pierworodna rozwaliła w piaskownicy i znowu muszę naprawiać, deklamując: "Babko, babko, udaj się, bo jak nie, to cię zjem". Ta druga, ta powabna babka. Jedyna na placu zabaw, z którą udaje się pogadać o czymś więcej niż kolor kupy w pampersie (o, pardon - w wielorazowej ekopieluszce) i nietolerancji pokarmowej na pszenicę (wyszło na ostatnim biorezonansie). Dieta bezglutenowa na czasie, to dobrze się składa. No i o wszawicy w żłobku (to ice-breaker, pewniak na ławce koło piaskownicy).
Taka babka jest inna. Taka wyluzowana.
Potrafi mówić godzinami o programowaniu. Choć nie rozumiem nic z tego jej JavaScriptu, to słucham pasji w głosie jak symfonii. Jest tak pozytywna, że nie rusza jej nawet miauczący na rękach dwulatek. (Jak się cieszę, że moja mała ma dwugodzinne drzemki - jej bliźniaki śpią tylko czterdzieści minut). Uśmiecha się dużo, ale tak naturalnie i (świadomie lub nie) wlewa we mnie kojący balsam "lepszego świata". Takiego spoza macierzyństwa.
Irracjonalnie tęsknię za jej towarzystwem.
Nasze dzieciaki się lubią, ale jej bywają na placu najczęściej w ramach żłobkowego spacerku. Swoją drogą, to dla mnie zagadka - dlaczego od czasu do czasu, tak po prostu, bywa na placu z nimi w środku tygodnia, skoro są zdrowe i teoretycznie powinny być w żłobku?
O rety - już ta godzina!!! Znowu się zamyśliłam. Wracam do domu. Mała jeszcze kima, więc zdążę nawet dwudaniowy obiad trzasnąć. Może przeprasuję kilka koszulek. Podłogę na pewno też zdążę przetrzeć. Bełtając w pomidorówce, łapię się na tym, że myśli znowu uciekają do wczorajszej nocy. Bezsennej.
Przed oczami ciągle te emocje, kiedy wyrwana z jakiegoś ułamka półsnu, około dwudziestej, ocknęłam się na poboczu. Było tak niebezpiecznie blisko... do miliona kawałków karoserii i ciał obok jezdni. To był znak. Ostrzeżenie. Nie da się mieć wszystkiego naraz.
Nie da się być właścicielką biura architektonicznego, która co tydzień pędzi na konsultację projektu do klienta na drugim końcu Polski, zahaczając po drodze o dom mamy, jakieś sto kilometrów od Poznania (bo przecież jaka niania, jaki żłobek? Dla mej pierworodnej jedyna słuszna opieka to JA, ewentualnie raz na dwa tygodnie babcia).
Nie da się nocami klikać kreseczek na rzutach i przekrojach wnętrza biurowego, nie da się wypełniać w skrajnym zmęczeniu drzemek dziecka zaległymi telefonami do klienta. Nie da się być jednocześnie eko-bio-wege-insta mamą z wycacanym wnętrzem, pełnym najnowszych książeczek sensorycznych, wyszukiwanych godzinami na niszowych blogach parentingowych.
Niby gdzieś w środku czułam zgrzyt, ale nie, mama na pewno nie ma racji. Przecież nie będę wybierać! Właśnie że będę supermatką i właścicielką firmy. Jednocześnie! Co? Ja nie dam rady?! JA?!
Jechałam jak zawsze - ostrożnie, nie za szybko, z muzyką sączącą się z radia. Pamiętam, że odhaczałam w głowie niekończącą się listę zadań.
Śniadanie - było. (Trzeba je zjeść. W końcu to najważniejszy posiłek dnia. Granola. Samodzielnie wypieczona. Kawy nie. Bo przy karmieniu to podobno niezdrowo. Nawet jak tak błogo pachnie...)
Posprzątane po - było. (Podłoga numer jeden, blaty i przy okazji małe łapki i buzia - zero mokrych chusteczek, bo przecież takie rakotwórcze, nie eko i zawalają śmietnik. Tylko tetrowe pieluszki. Osobne do buzi, osobne do rączek, osobne do podłogi. Byle nie pomylić).
Maluda wystrojona i zapakowana do babci - było. (Najlepsze ciuszki, pieluszki jak na weekend, bo mama przebiera po każdej kropelce siku. Milion śliniaczków, bo muszą być ciągle czyściutkie pod buzią. Tona zabawek "w razie czego").
Milion rzeczy, które miałam mamie powiedzieć, przekazać, oddać, przywieźć - było. (Jakieś bułeczki z naszej piekarni przywożę, kosmetyki zamawiam przez neta, coś tam z Poznania dostarczam, bo w tej małej mieścinie nie uświadczysz. Zawsze coś pilnego się znalazło. Tuzin telefonów trzeba wymienić przed wyprawą).
U klienta - było. Tutaj osobna podlista: przeanalizować problematyczne punkty w projekcie wnętrza biurowego, uzgodnić, czy mamy budżet na zaproponowane rozwiązania, czy szukamy tańszych zamienników. Ruszamy dalej z projektem, czy czekamy na brakujące wyceny? Czy... Czy... Czy... Czy już możemy kończyć, bo muszę jechać po dziecko, żeby dojechać przed północą do Poznania? W końcu żarciki i prywatne historyjki szefa firmy nie wymagają mojej obecności.
Znowu u mamy - było. (Szczegółowy raport: co też wnusia jadła, dotykała, robiła, jak się bawiła i dlaczego znowu robię coś totalnie nie tak. Do tego informacja, jak jest dla dzieci najlepiej. Zaliczenie drugiego obiadu - "No jak to? Mojego obiadu nie zjesz?" - choć już dawno po kolacji... i pouczające: "Dziecko już śpi, na pewno nie zostaniesz u nas na noc? Dlaczego tak ją przenosisz i wybijasz ze snu?".
Nareszcie w drodze do domu. No właśnie...
Chyba gdzieś pomiędzy analizowaniem, co z auta absolutnie MUSZĘ zabrać do domu wieczorem (na jednej ręce śpiąca mała, druga ma ograniczoną pojemność, a przecież jakoś auto trzeba zamknąć i odkluczyć drzwi do mieszkania), a myślą o drzemce musiałam odpłynąć, marząc o tym, że łóżko już taaaak blisko...
Nagły pisk, przerażający dźwięk klaksonu, oślepiające światła i ułamek sekundy, w którym zawarł się duży strach, dezorientacja, zamrożone momenty z całego mojego dotychczasowego życia, jakieś mgliste wizje rodzinnej przyszłości i kumulacja emocji, uderzających z taką siłą, że poczułam tylko ukłucie w sercu i ścisk w żołądku.
Krzaczaste pobocze. Tir pojechał dalej. Mała śpi w foteliku, jakby nigdy nic. Cała się trzęsę. Nie pamiętam nic przed. Nie wiem, dokąd jadę, po co... I co się właściwie stało.
W bezruchu, zdębiała, ogłuszona, oślepiona zaczynam odzyskiwać w miarę normalne myślenie. Dociera do mnie, że niemal roztrzaskałam siebie i śpiące dziecko na masce innego auta. Co za matka! Choć nie wiedziałam jak, zebrałam się w sobie. To uczucie było tak surrealistyczne. Takie sceny dzieją się przecież tylko w filmach. Nie przydarzają się zwykłym ludziom, prawda?
Zmobilizowałam się do działania. Małymi krokami. Najpierw jedna ręka na kierownicę. Potem druga. Zdrętwiałe nogi na pedały sprzęgła i gazu. Który powinnam wcisnąć pierwszy?! Ruszyłam. Na drodze było puściutko. W mojej głowie też. Głos z nawigacji (podobno to wcale nie Hołowczyc) kierował mną jak pacynką. Ostatni skręt w prawo. Znajoma ulica. Garaż. Uff...
Dopiero wysiadając z samochodu, zauważyłam, że mam mokre plecy. Czarna dopasowana kiecka nie zdradzała co prawda śladu, ale poczułam zimno na plecach i nieprzyjemny dreszcz. Zostawiłam okulary w aucie. Wypadły z wyciąganej jedną ręką torebki. Razem z resztkami kanapek, bidonem, pudrem, notesem i piórem. Cholera! Otworzyło się. Znowu. Trudno. Nie mam siły już wracać do garażu. Teczka z rysunkami i laptop też zostały. Jacek znowu będzie marudził, że kuszę złodziei. Trudno.
Winda. Oby mała tylko się nie obudziła. Dźwięki w środku są bardzo głośne, za głośne. Dobra, wybieram schody. Błagam, nie obudź się. Nie dam rady godzinę cię nosić, myszko. Kolana drżą. Idę krok za krokiem. Prawa noga, lewa noga. Małe kroczki. Schodek pierwszy, drugi, trzeci, czwarty... Rety, po co liczę?! Nie potknij się, nie z małą na ramieniu i rzeczami w każdym palcu drugiej dłoni!
Drzwi. Klucz. Nie ten, fuck! Właściwy. Spadły na podłogę! Rety... Nie schylaj się! Skrzywienie kręgosłupa! Kucaj! Jeszcze raz. Łapię małym palcem. Mam klucz - ten właściwy z całego pęku. Jesteśmy w środku.
Ciemno. Jacek pochrapuje. Maluda do łóżeczka. Zmyć makijaż. Bo cera się niszczy.
Odhaczam kolejne punkty. Nie przekluczyłam drzwi na noc. Nawet tego nie odnotowałam. Nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło (Jacek nie omieszkał zwrócić mi uprzejmie uwagi na tę nieroztropność rano). I już sufituję koło pochrapującego męża. Na szczęście nie zauważył, że wróciłam grubo dwie godziny później niż zwykle. Chyba "pędziłam" w tempie trzydzieści kilometrów na godzinę na tym przedziwnym autopilocie...
Znak "prawie-się-roztrzaskałam-na-drodze" mną wstrząsnął. Długo rozważałam wszystkie za i przeciw (adrenalina i wdzięczność, że nie rozwaliłam siebie i śpiącej w foteliku córci na masce roztrąbionego tira, nie pozwoliły mi zasnąć). Rozmyślałam całą noc. I wybrałam. Koniec aktywności architektonicznej. No dobra, firmy nie zamknę, ale klientów oddam koleżankom po fachu. Wybieram rolę mamy. Tym razem bez oszukiwania i bez ucieczek mentalnych w obszar pracy w czasie każdej drzemki.
Decyzja zapadła. Nieodwołalnie. Trochę mi smutno. Zrzucam to jednak na niewyspanie. Zahartowana nocnym karmieniem piersią niby miałam wprawę, jednak po tirowym klaksonie nie było nawet mowy o godzinnym półśnie. A, no i byłam przed... Oż! Zapomniałam kupić podpaski. Trzeba iść jeszcze raz do sklepu. No tak. Zbyt gładko dziś wszystko szło. Zbyt łatwo, tak "na czas". No to przecież musiałam o czymś zapomnieć! Byłoby zbyt pięknie. Ale zaraz, zaraz... Przecież okres powinnam dostać dziewięć dni temu... Ciągłe zmęczenie, deficyt snu (no dobra, karmię maludę, ale ostatnio bardziej niż zwykle odczuwałam niedosyt poduszki), spadek nastroju... Rety! Przecież to klasyka pierwszego trymestru...
Skorzystałam z tego, że latorośl ciągle jeszcze pochrapywała w wózku, i wyszłam razem z nią. Tylko zamiast do sklepiku na rogu, to do apteki. Po test.
Pozytywny. To kolejny znak. Poczułam, że w nocy podjęłam słuszną decyzję. Teraz, kiedy na świat pcha się kolejne dzieciątko, doba jeszcze bardziej się skurczy. Zrozumiałam, dlaczego przysnęłam za kierownicą... To były senne objawy pierwszego trymestru. (Nie miałam nudności, zero wymiotów i kolosalne zmęczenie. Myślałam, że to z powodu pracy i nieprzespanych nocy. Nic nie podejrzewałam). Gdzieś ktoś nad nami czuwał. Dziękowałam z całego serca.
Przypaliłam tę pomidorową. Trochę za długo gapiłam się na dwie kreseczki. Na szczęście jako rasowa mama miałam w zamrażarce rezerwę. Zdążyłam podgrzać i przestudzić, żeby podrzemkową marudę dokarmić. Miała być zabawa na dywanie, ale natłok myśli wygonił nas na spacer.
Po drodze omijałam plac zabaw szerokim łukiem. Na samą myśl o kolejnych trzech latach w macierzyńskim lukrze zapadłam się w sobie. No i chciałam najpierw Jackowi o teście powiedzieć, a nie przypadkowym koleżankom. Znam siebie. Co w sercu, to na języku. Utrzymanie czegoś w tajemnicy nie jest moją mocną stroną. Niby cieszyłam się bezbrzeżnie (uwielbiam być w ciąży, hormony sprawiają, że kwitnę - takie trochę eldorado endorfin, żeby nabrać sił na potem), ale jednocześnie pojawił się irracjonalny strach. Czy sobie z tym poradzę? Niby planowaliśmy, ale kiedy się nie udało po roku, odpuściliśmy starania. Powoli oswajałam się z myślą, że jeszcze dwa lata i mała pójdzie do przedszkola, a ja wracam do wyścigu z mężem, kto aktualnie lepiej wychodzi na projektowaniu (ja architektonicznym czy on drogowym). A tu kolejny raz zaczynam wyścig od trzech lat macierzyńskiego "stania w miejscu zawodowo" albo raczej posuwania się architektonicznie "do tyłu". Mogę co najwyżej o nagrody pocieszenia zawalczyć zawodowo.
Na placu mignęły mi tylko marudzące mamuśki (te, których
zawsze unikam, bo wysysają ze mnie resztki energii, a mini
problemy pompują do rozmiarów katastrof roku). Obiecałam sobie, że nie dołączę do tego chóru. Jeszcze nie wiedziałam jak, ale nie pozwolę, aby dzieci poniosły konsekwencje moich wiecznych narzekań na codzienność.
Pomyślałam sobie o powabnej babeczce z placu zabaw. Fajna kobieta. Ma życie. W sensie poza macierzyństwem. Pozazdrościłam, z poczuciem tęsknoty za dawnymi czasami sprzed dzieci. Fajne rozmowy, dużo znajomych, masa podróży, bogactwo różnorodności. Skarciłam się. Przecież marzyłam o macierzyństwie. Jestem szczęśliwa. O co mi chodzi?!