Opór. Ukraińcy wobec rosyjskiej inwazji - Paweł Pieniążek

Kup ebooka

38.99 zł
32.36 zł (23,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień przed

W ostatnich tygodniach Kateryna Perewerzewa chodziła niemal na wszystkie imprezy. Wojną straszono od czterech miesięcy, mijały daty rzekomo pewnej agresji i wszyscy uczyli się życia w nieustannym poczuciu zagrożenia. Prawdopodobnie brak konkretnej daty był najbardziej wyczerpujący, bo codziennie musieli się szykować, że dojdzie do tego następnego dnia. Przynajmniej tak patrzyła na to Kateryna i dlatego każde wyjście traktowała niemal jak obowiązek, by nie przegapić "tego ostatniego".

Najbardziej zmotywowani uczyli się, jak przetrwać czas walk toczących się w mieście, przechodzili przyspieszone kursy z medycyny taktycznej, robili zapasy i szykowali plecaki ewakuacyjne. Choć wizualnie niewiele się zmieniło poza tym, że zwiększyła się liczba patriotycznych plakatów, naklejek i niebiesko-żółtej symboliki w mieście, napięcie czuło się na każdym kroku, jakby jego drobinki wisiały w powietrzu. Jak przed ośmioma laty, gdy Rosja po raz pierwszy wtargnęła na terytorium Ukrainy, o wojnie rozmawiali wszyscy. Dzielili się na tych, którzy mówili, że nadciąga nieuchronnie, i na szybko topniejącą frakcję wierzących, że nic się nie wydarzy. Kateryna zaliczała się do tych pierwszych.

Tego dnia miała na sobie za duży fioletowy płaszcz, a na plecy luźno zarzuciła plecak. Spod krótko przystrzyżonych włosów patrzyły bystre oczy dwudziestosiedmiolatki, pod którymi Kateryna wytatuowała sobie kropki. Wieczorem udała się na koncert jazzowy. Z przyjaciółmi wsłuchiwali się w melancholijne dźwięki. Gdy muzyka ustała, a ulice rozświetlały już tylko światła latarni, zaczęli zbierać się do domu. Mieszkająca obok przyjaciółka zachęcała, by jeszcze wpadli do niej na posiadówkę. Kateryna czuła się zmęczona, podobnie reszta, więc początkowo wszyscy pokręcili głowami. Wreszcie ktoś z przyjaciół rzucił: "A jak jutro rozpocznie się wojna? Lepiej chodźmy". Spędzili przyjemnie czas. Jeden grał na gitarze, drugi siedział beztrosko na szafie, a reszta prowadziła ożywioną dyskusję.

Koło drugiej Kateryna przytuliła przyjaciół na pożegnanie i pojechała na elektrycznej hulajnodze do domu, gdzie czekała stęskniona biała suka Era. Dziewczyna wysłuchała jeszcze orędzia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, opublikowanego niedługo przed jej przyjściem do domu, zaledwie trzy lata wcześniej komika, aktora i polityka bez doświadczenia, który w oczach Ukraińców zamieniał się właśnie w męża stanu. Zwrócił się nie tylko do Ukraińców, ale także do Rosjan:

Dzisiaj inicjowałem rozmowę z prezydentem Federacji Rosyjskiej. Rezultat - cisza. Choć cisza powinna być w Donbasie. Dlatego chciałbym się zwrócić do wszystkich obywateli Rosji nie jako prezydent, ale zwracam się do obywateli Rosji jako obywatel Ukrainy. Nas oddziela ponad dwa tysiące kilometrów wspólnej granicy. Wzdłuż niej stoją wasze wojska, niemal dwieście tysięcy żołnierzy, tysiące maszyn bojowych. Wasze władze zezwoliły na ich krok do przodu na terytorium innego kraju. Ten krok może stać się początkiem wielkiej wojny na kontynencie europejskim. O tym, że może do tego dojść z dnia na dzień, mówi cały świat. Przyczyna może się pojawić w każdej chwili - to każda prowokacja, każda iskra, iskra, która może spalić wszystko.

Mówią wam, że ten płomień przyniesie wyzwolenie narodu Ukrainy, ale ukraiński naród jest wolny. Pamięta o swojej przeszłości i sam buduje swoją przyszłość. Buduje, a nie niszczy4.

Prezydent wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać, a przecież przez cały czas zapewniał, że do niczego nie dojdzie. Z jakiegoś powodu nocne orędzie Zełenskiego uspokoiło Katerynę. Pomyślała: "Nie będzie żadnej wojny". Już miała zasnąć, ale postanowiła jeszcze zajrzeć na Twittera - który jest najgorszym miejscem do zaglądania, jeśli chcesz się uspokoić. Jej znajomy pisał, że nie chce wszczynać paniki, ale na drogach od strony Biełgorodu widać wzmożony ruch. "Pierdol się, paranoiku" - pomyślała Kateryna i zasnęła przytulona do psa.

Na szafce obok łóżka leżały blistry psychotropów, po które Kateryna sięgała od jakiegoś czasu. Odkąd Ukrainie zaczął grozić kolejny atak ze strony Rosji, lęk stał się nieodłączny. Nie mogła znieść panującego napięcia. Nie chciała przechodzić przez to wszystko jeszcze raz.

Osiem lat temu była spokojna, gdy dramat rozgrywał się na jej oczach. Wówczas mieszkała w milionowym Doniecku, stolicy obwodu donieckiego i historycznego regionu Donbasu. Skorumpowane elity, które rządziły wówczas krajem, inwestowały w miasto dużo pieniędzy. Widać to było gołym okiem na szerokich zadbanych ulicach i wśród drzew równo posadzonych w parkach. Na otwarciu Donbas Areny - przygotowanej pod mistrzostwa Europy w piłce nożnej - śpiewała Beyoncé, otworzono także międzynarodowe lotnisko.

Te same elity za te inwestycje brały dla siebie gigantyczne gaże. Korupcja, niemal chroniczna choroba tocząca kraj, przybrała niebywałe rozmiary. Majątki prezydenta Wiktora Janukowycza i jego otoczenia pęczniały jak balony. Symbolem tego stała się prezydencka rezydencja w podkijowskim Meżyhirii, gdzie na stu czterdziestu kilometrach kwadratowych bogactwo, przepych i kicz dawały ujście chorej fantazji. Znajdowały się tam prywatne zoo, własne uprawy warzyw i owoców, hodowle zwierząt, zamknięty obieg wody, statek restauracja, przepastne domy i działa przeciwlotnicze strzelające do dronów wypuszczonych przez natrętnych dziennikarzy. Ukraińcy ledwie wiązali koniec z końcem, gdy Janukowycz budował pałac swoich marzeń.

Czara goryczy przelała się pod koniec 2013 roku - to właśnie wtedy na kijowskie ulice wyszli pierwsi demonstranci. Na punkt zborny wybrali centralny plac stolicy Majdan Niepodległości, gdzie w ostatnich latach Związku Radzieckiego odbyła się rewolucja na granicie5, a w pierwszej dekadzie XXI wieku - pomarańczowa rewolucja.

Niewiele wcześniej prezydent nagle zmienił zdanie i zdecydował, że nie podpisze jednak umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Na plac Niepodległości ściągali ludzie, a po tym, jak władza zaczęła stosować przemoc wobec demonstrantów, popularność protestów eksplodowała. Setki tysięcy osób maszerowały ulicami Kijowa. Domagały się odejścia prezydenta i jego otoczenia. To nawet nie sama bieda, ale utrata godności i nadziei na lepszą przyszłość, której symbolem była Unia Europejska, wyciągnęła ludzi z domów. Pałki policyjne, narastająca przemoc, a wreszcie także broń ostra spowodowały, że Majdan stał się - również dosłownie - kwestią życia i śmierci. Jego porażka oznaczałaby ugrzęźnięcie w skorumpowanej, poradzieckiej codzienności, a Ukraina na dobre zostałaby rosyjskim satelitą.

Kateryna patrzyła na Majdan z podejrzliwością. Myślała, że to wyłącznie opłaceni ludzie i mieszanie się Zachodu, jak głosiła rosyjska propaganda. "Czemu nie siedzą w domach?", pytała sama siebie. W dużym stopniu powtarzała to, co słyszała w domu. Urodziła się w Rosji w mieszanej rodzinie. Gdy miała kilka lat, jej matka Ukrainka uciekła wraz z Kateryną przed mężem tyranem do Doniecka. To nie znaczy jednak, że zmieniła poglądy. Wierzyła w Rosję, bratnie narody i to, że Ukrainie najlepiej jest w objęciach większego sąsiada.

W otoczeniu Kateryny w zrusyfikowanym Doniecku też nie było działaczy proukraińskich. Wszyscy mówili po rosyjsku, patrzyli w stronę Rosji albo politykę mieli gdzieś. Pewnie tak by pozostało, gdyby Rosja nie wmieszała się na dobre.

Ostatnie dni Majdanu były chaotyczne, krwawe i do dzisiaj pozostają nie do końca wyjaśnione. Trzeciego dnia zapiekłych starć milicja wycofała się w stronę dzielnicy rządowej, a demonstranci przeszli do ataku. Wówczas funkcjonariusze otworzyli ogień. Tylko tego dnia zginęło ponad pięćdziesiąt osób. Wściekłość ulicy przeszła wszelkie granice. Buntownicy chcieli nie tylko rozprawić się z władzą - mieli dosyć również krygujących się i próbujących ułożyć się z nią polityków opozycji. Szykowali się do kolejnego ataku, ale tego miało już nie być. Dzielnica rządowa nagle opustoszała. Zniknęły zastępy milicji i blokady. Pałac prezydencki, a także inne budynki rządowe stały otworem. Wkrótce okazało się, że Janukowycz i jego świta uciekli do Rosji.

Nim demonstranci na dobre zaczęli świętować zwycięstwo, na południu kraju Moskwa rozpoczęła operację, w której rezultacie anektowała Krym. Na półwysep wysłała żołnierzy udających miejscowych ochotników broniących ludność przed - jak określała protestujących na Majdanie rosyjska propaganda - banderowcami i faszystami. Kreml wyrażał obawy, że rosyjscy obywatele i ludność rosyjskojęzyczna (czyli ogromna większość na Krymie) są represjonowani, a także straszył, że spotkają ich niebywałe katusze. W miastach we wschodniej części kraju, takich jak Charków, Ługańsk czy Donieck, także zaczęto przebąkiwać, że Rosja powinna ich wyzwolić. Na ulicach tych miast doszło do początkowo rachitycznych protestów, które z czasem stawały się coraz bardziej agresywne wobec równie niewielkich grup proukraińskich demonstrantów.

To właśnie wtedy Katerynie zapaliła się lampka w głowie. Zrozumiała, że to wszystko kłamstwa. Była Rosjanką, rosyjskojęzyczną osobą w mieście, gdzie wpływy Rosji wydawały się mocniejsze od władzy Kijowa. Nic jej nie zagrażało ani w Doniecku, ani innych miastach Ukrainy, do których jeździła. Gdy rosyjscy żołnierze szykowali się do okupacji Krymu, Kateryna na znak protestu przeszła na ukraiński, którym posługuje się do dzisiaj.

Do Doniecka zjeżdżały autobusy wypchane ludźmi. Kim byli pasażerowie? Nietrudno było się domyślić, bo pytali, gdzie można wymienić ruble. To właśnie oni zasilali szeregi prorosyjskich protestów, na które przychodziło też trochę miejscowych. Na przykład kolega ze studiów Kateryny czuwał pod pomnikiem Lenina, bo ciągle straszono, że banderowcy go obalą, a potem wyrżną tych, co mówią po rosyjsku.

Dla niej, jak i dla wielu mieszkańców Doniecka, to wszystko wyglądało jak nieśmieszny żart. Wściekły tłum, nie napotykając szczególnego oporu miejscowej milicji, kilkukrotnie zajmował budynek administracji obwodowej. Krzyczeli: "Rosja!" i wywieszali trójkolorowe flagi. Po jakimś czasie funkcjonariusze przegonili ich stamtąd i zdjęli symbole sąsiedniego państwa z budynku. Na zwolenników zbliżenia z Rosją większość Doniecka patrzyła czasem z uśmiechem politowania, a zazwyczaj z obojętnością. Wyglądało to tak, jakby jacyś ludzie bawili się we własne państwo.

W którymś momencie Katerynie chłopak dał do wyboru: albo on, albo rewolucja. Wybrała to drugie. Wychodziła na ulice, by stanąć po stronie Ukrainy. Najazd na Krym uzmysłowił jej, że także Donieck jest zagrożony, więc chciała go bronić. Miała poczucie, że ona i tysiące ludzi stojących na ulicach są w stanie tego dokonać. Tak też poznawała proukraińskie środowisko w Doniecku, z którym szybko się zżywała. Chodziła z Ukraińcami na koncerty, śpiewała z nimi budujące nastrój piosenki, jak Wojownicy światła białoruskiego zespołu Lapis Trubieckoj.

Wszyscy byli pewni, że Rosjanie do Doniecka nie przyjdą.

Wstęp

Wystarczy spojrzeć Julii w oczy, by zrozumieć, że stało się coś strasznego. Są szkliste i zieją pustką. Trwa ewakuacja ludności cywilnej z Donbasu we wschodniej Ukrainie, gdzie wojna sieje spustoszenie od ośmiu lat. Teraz jednak wyjątkowo brutalnie.

W tym regionie pociągi docierały już tylko do Kramatorska, tymczasowej stolicy obwodu donieckiego. Przed rosyjską inwazją mieszkało tam sto pięćdziesiąt tysięcy osób. Julia, trzydziestoczteroletnia wykładowczyni informatyki i geek z turystycznym plecakiem, chciała pomóc ludziom zmuszonym do nagłego opuszczenia swoich domów. W całej Ukrainie nastąpiło wzmożenie aktywności społecznej, choć akurat w Donbasie mniejsze niż gdzie indziej. Działały rzesze wolontariuszy - rozdawano jedzenie i leki, wywożono ludzi z ostrzeliwanych terenów, sprowadzano samochody, remontowano je, załatwiano ekwipunek dla żołnierzy lub przygotowywano go samodzielnie. Nawet na dworcu, z lotu ptaka przypominającego rozciągniętą wielką literę "H", nie brakowało ludzi niosących pomoc. Udzielali instrukcji i pilnowali porządku. To dzięki nim w zielonym namiocie można było otrzymać ciepły posiłek i napój oraz ogrzać się, bo choć kwietniowe słońce przyjemnie otulało promieniami, to kilka godzin przebywania na ulicy przyprawiało o gęsią skórkę.

Wśród uciekających znajdowały się kobiety, dzieci, a także osoby starsze, dla których był to ogromny wysiłek. By dotrzeć do Kramatorska, pokonywali czasami ponad sto kilometrów z przesiadkami. Niektórzy wyjeżdżali z ostrzeliwanych miejscowości, a czekanie na autobus mogło skończyć się tragicznie. W Kramatorsku jednak wydawali się już bezpieczni.

Julia zmierza w stronę zielonego namiotu. Rozpoczyna się właśnie pierwszy dzień jej pracy na dworcu. Ciągle w coś się angażowała, ale wszyscy po kolei wyjeżdżali, więc trudno było zaczepić się gdzieś na dłużej. Miasto - nękane ostrzałami - szybko pustoszało. Władze od wielu tygodni wzywały do opuszczenia Donbasu wszystkich, którzy nie byli wolontariuszami lub nie obsługiwali infrastruktury krytycznej. Miało to ułatwić pracę armii, bo front zbliżał się do Kramatorska. Julia chce działać i nie zamierza wyjeżdżać, musi więc znaleźć się w którejś z wymienionych grup, by nie być obciążeniem.

Przez chwilę rozmawia z wolontariuszami, którzy początkowo myślą, że zależy jej na przepchnięciu się na peron bez kolejki. Mówi, że chce im pomóc. Przepuszczają ją. Robi kilka kroków, nagle jej telefon wibruje. W silnym słońcu nie może niczego zobaczyć na wyświetlaczu taniego smartfona. Staje w kącie, osłonięta murami. Nareszcie odczytuje wiadomość. Dziennikarz, którego poznała w pierwszych dniach wojny, pyta, skąd odjeżdżają autobusy ewakuacyjne. Julia słabo zna angielski. Zanim zrozumie, o co mu chodziło, a następnie odpisze, że nie ma pojęcia, mija dobrych kilka minut. Gdyby nie ta wiadomość, byłaby już pewnie w namiocie i zakładała jasną kamizelkę noszoną przez wolontariuszy.

Nagle rozlega się wybuch, przeraźliwie głośny. Julia właśnie wtedy na własnej skórze przekonuje się, że gdy nadlatuje rakieta, nie słychać jej. Dlatego zdaje się jej, jakby ktoś strzelał z bardzo bliska, na przykład z drugiej strony placu dworcowego. Biegnie ku wejściu na dworzec. Dopiero później uświadamia sobie, że zrobiła głupio - powinna była zostać na miejscu i rzucić się na ziemię. Nad dworcem rozrywają się dwie niemal pięciusetkilowe głowice kasetowe1, rozpadając się na mniejsze ładunki, które następnie sieją spustoszenie. Wybuchają nie zawsze w tym samym momencie, powodując wrażenie, jakby rozstępowała się ziemia. Kątem okiem Julia widzi błyski, dym, zielony namiot, który wala się po ziemi, a wszystko poszarzałe od dymu i pyłu. Nie wie, co robi. Nogi same ją prowadzą. Przez szklane drzwi dworcowe dostrzega tłum. Wie, że nie zmieści się w środku. Obok klęczy kilka osób, chowając się za ścianą. Pochylona, opiera się na kolanie wraz z nimi. Nagle wybuch rozlega się z drugiej strony. Julia czuje, jak na jej plecak sypie się tynk, zapewne skruszony przez lecące odłamki. Odczuwa strach, nie wiedząc już, jak się chronić.

Gdy eksplozje ustają, zastępują je wrzaski pełne bólu i cierpienia. Na parkingu przed wejściem zajmuje się ogniem jeden samochód, a zaraz potem zaczynają płonąć kolejne. Julia odbiega od nich w obawie, że wybuchną. W otępieniu rusza co tchu w stronę najbliższego schronu. Odwraca się i widzi mężczyznę niosącego ranną dziewczynkę. Pyta, czy nie potrzebuje pomocy. Już po chwili niosą małą razem, a następnie kładą ją na ławkę. Mężczyzna podnosi bluzę dziecka. Ma posieczone ciało, odłamek w szyi, ale nie krwawi. Żadna z arterii nie wygląda na uszkodzoną. Julia widzi radiowóz, zagradza mu drogę i kieruje funkcjonariuszy do dziewczynki, którzy udzielają jej pierwszej pomocy.

Coś pcha Julię w stronę dworca. Nie jest pewna co. Chyba ciekawość? Chce zobaczyć, co przeżyła i co mogło się z nią stać. Słyszy krzyki i choć pragnie jakoś pomóc, nie może wiele zrobić. W plecaku ma jeden bandaż elastyczny. Opada dym i widok wprawia ją w osłupienie. Nie spodziewała się, że taki wybuch nie tylko odrywa kończyny od korpusu, ale też po prostu rozrywa całe ciało na kawałki. Ludzkie mięso, organy, fragmenty czaszek walają się wokół dworca między rozrzuconymi walizkami, torbami, pleckami i maskotkami. Leżą ciała, komuś odłamek wystaje z twarzy. W jednym miejscu kałuża krwi jest tak duża, że nie daje się jej obejść. Julia musi więc w niej brodzić, by dostać się na drugą stronę.

Ciężko rannym nie potrafi pomóc, ale już zajmują się nimi medycy, choć przydałoby się ich więcej. Nabuzowana adrenaliną i zszokowana Julia wyprowadza tych, którzy mogą chodzić. Zbliża się do jednego ze schronów, ale ktoś z kościoła protestanckiego krzyczy, by "szli tutaj", bo w świątyni jest bezpieczna piwnica. Julia przyprowadza starszą kobietę, mężczyznę na wózku z zakrwawionymi nogami. Robi trzeci kurs. Podchodzi do starszej kobiety na ławce.

- Czy może pani iść? - pyta Julia.

- Coś mnie noga boli - odpowiada kobieta na ławce.

- Proszę ją pokazać.

Julia patrzy na nią, dotyka. Noga jest cała. Dopiero gdy informatyczka podjeżdża ręką w okolice brzucha, natrafia na wypukłość, której nie zauważyła. Podciąga lekko bluzkę kobiety, a tam jelita wychodzą na zewnątrz. Przerażona woła na pomoc medyków.

Podchodzi bliżej do dworca, stoi tam kobieta. Wygląda na zupełnie otępiałą. Wokół niej leży wiele toreb. Może iść sama. Julia bierze jej bagaż. Pyta, czy był z nią ktoś jeszcze.

- Syn, ale zginął - odpowiada Ukrainka zupełnie bez emocji.

Julia przekonuje ją, by poszła ukryć się w kościele, bo wciąż istnieje zagrożenie, że spadną kolejne rakiety.

Wraca na dworzec. Tam nie ma już prawie nikogo. Tylko Lubow przyklejona do ciała córki. Dziecko nie ma połowy twarzy, a na miejscu oka sterczy odłamek pocisku. Kilkadziesiąt metrów dalej leży korpus rakiety wystrzelonej z systemu Toczka-U z napisem "Za dzieci" - to powtarzające się hasło informuje o tym, że to zemsta Rosjan za ostrzeliwanie przez Ukraińców miast kontrolowanych przez nieuznawane republiki. W rezultacie ostrzału zginęło sześćdziesiąt jeden osób, w tym siedmioro dzieci, a sto dwadzieścia jeden zostało rannych.

Julia błaga Lubow - całą we krwi córki - by ta poszła do kościoła i się ukryła. Wreszcie ją przekonuje. Bierze jej rzeczy, tamta trzyma kota. Lubow nie płacze, nie przejawia żadnych emocji. Wydaje się, że nic do niej nie dociera. Nagle zatrzymuje się pośrodku drogi.

- Mam paszport córki! - krzyczy.

- I co mam z nim zrobić? - pyta Julia.

- Przecież muszą ją rozpoznać.

Julia obiecuje jej pomóc, gdy tylko ją odprowadzi. Wraca z paszportem. Wie, gdzie było ciało i jak wyglądało. Jednak już go tam nie ma. Służba zbierająca zwłoki gdzieś je zabrała. Julia trzyma Lubow pod rękę, chodzą tak, próbując się dowiedzieć, gdzie znajdą zabitych. Dużo do niej mówi, aż wreszcie udaje się im nawiązać kontakt. Druga córka Lubow, znajdująca się w Winnicy, namawiała matkę na ewakuację. Są z Bachmutu, gdzie sytuacja w kolejnych tygodniach miała znacząco się pogorszyć. W końcu policjant informuje, że rozpoznanie zwłok odbędzie się następnego dnia, podaje też adres placówki medycznej, w której należy się stawić. Julia odprowadza Lubow do kościoła. Zostawia numer telefonu, oferuje pomoc kolejnego dnia i nocleg, jeśli w piwnicy byłoby jej niewygodnie, oraz prosi, by Lubow zwracała się do niej w razie potrzeby.

Po tym, co zobaczyła, jest gotowa rozerwać na strzępy pierwszego Rosjanina, który by się napatoczył. Długo nie może się uspokoić. Udaje się to dopiero, gdy wraca do domu.

Czekają tam ojciec i dziadek. Matka niedawno wyjechała, bo nie była w stanie wytrzymać ciągłego stresu, a po tym, jak się dowiedziała o rosyjskich zbrodniach na Kijowszczyźnie, spakowała się i wyruszyła z Kramatorska. Julia tydzień temu uwarzyła piwo, bo wprowadzono prohibicję. Powinno leżakować jeszcze dwa tygodnie, ale ona nie chce czekać.

- Dzisiaj są moje urodziny - mówi, otwierając butelki.

Podaje je ojcu i dziadkowi, a następnie opowiada im całą historię.

- Durna jesteś - stwierdza ojciec.

Na szczęście nie wie, że w jej głowie już wcześniej narodził się pewien plan. 24 lutego, gdy Rosja rozpoczęła zmasowany atak na Ukrainę, od razu zadzwoniła do komisji poborowej, by zapisać się do obrony terytorialnej. W słuchawce usłyszała: "Oddzwonimy, gdy będzie pani potrzebna". Nigdy nikt się nie odezwał. Po ataku na dworzec w Kramatorsku postanowiła spróbować jeszcze raz. Tym razem nie dzwoniła, przyszła do komisji poborowej i złożyła wniosek o przyjęcie. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, chciała pomóc swojej ojczyźnie w potrzebie, a przy tym mieć powód, by zostać w domu.

Julia była jedną z wielu zaangażowanych osób, których z dnia na dzień pojawiało się coraz więcej. Zgodnie z badaniami opinii publicznej z sierpnia 2022 roku co piąty respondent deklarował, że służył w którejś ze służb mundurowych; niemal czterech na dziesięciu miało działać w ruchu wolontariackim; a odpowiednio 81 i 60 procent przekazywało pieniądze na armię i pomoc humanitarną2. To właśnie dzięki ludzkiej chęci działania i potrzebie użyteczności jedna z największych armii na świecie ugrzęzła, nie osiągając swoich zamierzonych celów.

Rosyjski atak na Ukrainę, który rozpoczął się w lutym 2022 roku, jest bezprecedensowy nie tylko dlatego, że zainicjował pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej konflikt zbrojny na terytorium Europy, mogący nieodwracalnie zmienić panujący porządek międzynarodowy. Cechuje go jeszcze coś - prawdopodobnie największe w historii współczesnej zaangażowanie zaatakowanego społeczeństwa.

Ukraińcy masowo i dobrowolnie szli na front, ale także powszechnie angażowali się w opór obywatelski. Dla żołnierzy i cywilów zbierali pieniądze, organizowali pomoc, a by bronić swoich miejscowości, budowali barykady, przygotowywali koktajle Mołotowa i spawali jeże przeciwczołgowe. Czasami po prostu przynosili herbatę na posterunek wojskowy.

Angażowali się tak, jak potrafili. Niektórzy, czyniąc rzeczy heroiczne, inni - drobne. Wszystkie miały znaczenie. Oporowi zazwyczaj towarzyszy odwaga. Wolontariusze wjeżdżali do stref ostrzałów, by dostarczyć jedzenie, leki czy niezbędny ekwipunek. Nawet ci, którzy nie mogli pochwalić się żelaznymi nerwami, pomagali, choć z daleka. To oni wysyłali samochody pełne produktów pierwszej potrzeby, które wolontariusze rozdawali na miejscu walki. Inni najzwyczajniej w świecie kontynuowali pracę, by mieć za co przelewać środki na potrzeby cywilów i armii.

Ukraińcy zachowywali się, jakby na dobre przyswoili sobie dwudziestą zasadę z O tyranii Timothy'ego Snydera: "Bądź tak odważny, jak potrafisz":

Jeżeli nikt z nas nie będzie gotowy zginąć za wolność, wszyscy umrzemy w tyranii3.

W pierwszych godzinach ataku sytuacja wydawała się zła, jeśli nie beznadziejna, jednak Ukraińcy nie mieli zamiaru się poddawać. Opór i wiara w zwycięstwo zjednoczyły kraj jak nic wcześniej w jego dziejach. Niezależnie od tego, jak wysoka będzie cena, którą ostatecznie zapłaci Ukraina, jej mieszkańcy nigdy już nie będą tacy sami.

Książka jest owocem mojej pracy w Ukrainie od stycznia do września 2022 roku. W tym czasie relacjonowałem te wydarzenia dla "Tygodnika Powszechnego". Czytelnicy "Tygodnika" odnajdą w niej niektóre z moich korespondencji. Część materiału napisałem na nowo.