Opowiadania bezsenne - Aleksander Cieśla

Reflow text when sidebars are open.
Już dawno powinien spróbować się odprężyć i zasnąć, ale burzyło się w nim zbyt wiele emocji. Za dużo obaw zmieszanych dziwacznie z ekscytacją. Myśli i wyobrażenia kłębiły się w jego głowie, skutecznie odpędzając sen.
Wtedy właśnie to usłyszał. Ten łoskot i to donośne tąpnięcie. Wstał i podszedł do okna. W głębokiej ciemności pokoju wydawało się być granatowym prostokątem na tle nieprzeniknionej czerni. Oparł ręce o parapet i wyjrzał na zewnątrz. Lekki, ciepły powiew musnął jego twarz i poruszył czarnymi, kręconymi włosami bezładnej czupryny. Spojrzał przed siebie i w dół. Przy uliczkach paliły się nieliczne latarnie, delikatnie zaledwie oświetlając swym żółtym i pomarańczowym blaskiem drewniane domy i kamienne aleje.
Chwilę później dotarły do niego głosy - jakieś nawoływanie - a zaraz potem dzwonki straży, których dźwięki rozniosły się po miasteczku, burząc ciszę spokojnej jeszcze przed chwilą nocy. Zdał sobie sprawę, że stało się coś złego.
Usłyszał też jakąś krzątaninę na parterze domu. Jeszcze przez chwilę wyglądał przez okno. Dźwięk alarmu przez jakiś czas rozbrzmiewał bliżej, gdzieś po lewej stronie, a potem stopniowo cichł, oddalał się.
Podszedł do stołu, zdjął z krzesła spodnie i koszulę, po czym zaczął się ubierać. Na końcu włożył buty stojące przy drzwiach i wyszedł ze swojego pokoju.
Poszedł schodami na dół. W kuchni paliło się światło. Skromna lampa alkoholowa stojąca na stole wyławiała z ciemności najbliższe otoczenie: piec, zmywak, szafkę z garnkami i naczyniami. Zerknął w stronę pokoju mamy. Drzwi były otwarte, a jej nie było.
Ruszył do wyjścia, a potem kierował się swoim słuchem za dźwiękiem dzwonków. Poszedł alejką w stronę głównej ulicy. W lekkim świetle latarni dostrzegł przed sobą dwie sylwetki. Ktoś biegł w tamtym kierunku. Wtedy był już pewien, że doszło do nieszczęścia. I chyba wiedział jakiego.
Gdy z głównej drogi skręcił w lewo, w jedną z odnóg wiodących lekko pod górę, dźwięczenie ucichło. Słyszał jednak pokrzykiwania i nawoływania ludzi. Minął jeszcze kilka domów stojących po jednej i drugiej stronie łukowatej alejki. Przed sobą widział już niedużą łunę płomieni i przesuwające się szybko po bruku smukłe cienie ludzi.
Dotarł wreszcie na miejsce i zobaczył, co się wydarzyło. Tak jak przypuszczał, jeden dom został częściowo zburzony. Na miejscu była już straż z wózkiem wody i pompą. Dogaszali już niewielki pożar, który pewnie wywołała rozlana lampa, ale nie to było głównym nieszczęściem. Dach domu był w połowie zniszczony. Ziała tam dziura jak w kraterze wulkanu. Powalona była też lewa ściana budynku. Grube krokwie sterczały z gruzów w górę jak gigantyczne, koślawe palce.
Kilkunastoosobowa grupa ludzi, głównie sąsiadów, starała się pomóc w usuwaniu gruzów, żeby stróże porządku mogli się dostać do środka domu i udzielić pomocy jego mieszkańcom, ale straż nakazywała im oddalić się od rumowiska, ponieważ budynek groził całkowitym zawaleniem.
Inna grupa ludzi, stojąca w łuku nieopodal, przyszła zobaczyć, co zaszło. Dostrzegł wśród nich swoją matkę, więc podszedł do niej. Drżącą dłonią zasłaniała usta. Była przerażona.
Nie było potrzeby pytać, co się stało. Zadarł tylko głowę i spojrzał do góry. Na bezchmurnym niebie widać było gwiazdy i Drogę Mleczną oraz równą, ciemną wstęgę zasłaniającą część ich blasku, jakby jakiś kolos przeciął niebo na pół i rozdarł je na dwie części, tworząc w nim grubą szczelinę.
Jego matka spojrzała na niego.
- Idź do domu - powiedziała cicho. - Nic tu po tobie.
Opuścił głowę i stał jeszcze chwilę w milczeniu, a potem spytał krótko:
- Przeżyli?
- Nie wiadomo - odrzekła. - Jeszcze nikogo nie wydobyli. Idź - powtórzyła. - Powinieneś wypocząć. Jutro wielki dzień.
Miała rację. Bardzo żałował ludzi, którzy tu mieszkali, ale przecież nie mógł nic tutaj zrobić. A jutro faktycznie był ważny dla niego dzień.
Spuścił wzrok i powoli ruszył z powrotem.
***
Prymitywny zegar brzęknął i obudził go o wpół do siódmej, tak jak go ustawił.
Ubrał się i zszedł na dół.
Mama czekała już na niego ze śniadaniem. I to nie takim jak zawsze, ale wyjątkowym. Pół stołu było zastawione potrawami. Były smażone warzywa, sałatka owocowa, grzanki i ryba, która była pewną rzadkością nie tylko w ich kuchni, ale i w całej osadzie.
Przetarł oczy, ścierając z nich resztki snu, i usiadł do stołu. Czuł się jednak trochę niewyspany po wczorajszych nocnych wydarzeniach.
Kobieta obdarzyła go ciepłym uśmiechem i usiadła naprzeciwko niego. Ale za tym uśmiechem próbowała ukryć niepokój. A on to widział. Martwiła się o niego i było to w pełni zrozumiałe. Nie chciał jednak, żeby tak było. Chciałby jej powiedzieć, że wszystko będzie w porządku, ale sam miał co do tego wątpliwości. Wypadek wczorajszej nocy był już siódmym podobnym w tym roku.
Jedząc śniadanie, rozmawiali o wczorajszej tragedii. Powiedziała mu, że tym razem na szczęście nikt nie zginął, ale córka Somerów - Róża - została ciężko ranna. Ma połamane obydwie nogi, biodro i być może uszkodzony kręgosłup. I jeśli nie będzie miała szczęścia, to już nigdy nie będzie chodzić.
Potem rozmawiali o jego misji, która zaczynała się dziś, i to już za trochę więcej niż godzinę. Matka była z niego bardzo dumna, z jego inicjacji, z tego dnia, od którego będzie postrzegany już jako mężczyzna, ale jednocześnie martwiła się. Pouczała go, przypominała mu o ostrożności, o tym, że ma słuchać starszych w każdej kwestii, że ma brać z nich przykład.
Obiecał jej, że będzie tak robił. Zerkał na przygotowane ubranie i plecak stojący na szafce przy drzwiach. I choć czuł dumę, że od teraz będzie w mieście wzbudzał większy szacunek, odczuwał też pewien rodzaj lęku, może tremę, to napięcie przed podróżą i przed ważną misją.
Po zjedzeniu śniadania umył się, a następnie przebrał się w solidne ubranie przygotowane specjalnie na jego wyprawę: grube spodnie, wysokie skórzane buty i wytrzymałą koszulę. Nie wkładał na siebie długiej kurtki, bo wkrótce dzień miał się stać już tak ciepły, że będzie mu pewnie gorąco i w samej koszuli. Następnie wspólnie przejrzeli zawartość plecaka. Miał zapakowane wszystko, co było niezbędne, między innymi długi nóż, kilkanaście metrów liny, płaszcz przeciwdeszczowy z głębokim kapturem, kilka kompletów bielizny i skarpet na zmianę, środki higieny osobistej, sakwy, które mógł zamocować do pasa, i zapas jedzenia.
Z domu wyszli razem, ponieważ jego matka szła do pracy w zachodnim sadzie.
Ci z sąsiadów, którzy byli jeszcze w domach, wyglądali z nich przez okna czy wychodzili przed drzwi, pożegnać go i życzyć mu powodzenia. Niektórzy z nich, których było na to stać, przygotowali dla niego małe podarunki w postaci dodatkowego prowiantu czy drobnych części wyposażenia. Dostał między innymi solidne szelki z uchami do noszenia sprzętu.
Przez całą drogę na rynek tu i ówdzie towarzyszyły mu pozdrowienia, słowa otuchy i dobre życzenia. Dziękował wszystkim i starał się do wszystkich uśmiechać.
Co rusz patrzył do góry, na ogromne pasmo przecinające błękitne niebo. Kolosalny łuk błyszczał delikatnie na czerwono w blasku wschodzącego coraz wyżej słońca.
Pnąc się lekko pod górę, przeszli całą główną aleję, mijając domostwa, sklepy i różnorakie warsztaty, które właśnie zaczynały się otwierać, aż wreszcie dotarli do okrągłego, brukowanego rynku ze studnią pośrodku. Plac miał średnicę nie więcej niż piętnastu metrów, a dookoła niego stały stragany i sklepiki z kolorowymi płóciennymi daszkami. Ich właściciele właśnie otwierali swoje przybytki i wykładali na ladę towary do wymiany, ale przerywali swoje czynności, żeby przekazać mu dobre słowa, pożegnać go i dać mu na drogę trochę dóbr.
Jego towarzysz i opiekun już na niego czekał. Stał obok studni, a o jej kamienne obrzeże oparł swój plecak. Obok leżały też dwie duże, podwójne sakwy, które będą musieli taszczyć ze sobą.
O wiele starszy od niego, pięćdziesięciojednoletni mężczyzna nie był bardzo wysoki, ale za to dobrze zbudowany. Przerzedzone już brązowe włosy, zaczesane na bok, tylko częściowo zakrywały łysinę. Spod grubych brwi patrzyły na niego pogodne, jasne oczy, a wyraźne zmarszczki przy ich zewnętrznych kącikach świadczyły o tym, że te oczy często się uśmiechały.
Może niezbyt dobrze, ale znał tego człowieka. Jego ojciec, gdy jeszcze był z nimi, chodził z tym oto mężczyzną na wspólne wyprawy. Zresztą, każdy mieszkaniec miasta znał wszystkich pozostałych, chociażby z widzenia i imienia. Było ich w osadzie tylko czterystu czternastu.
- Witaj, Ugo. - Mężczyzna podszedł do niego z wyciągniętą ręką.
- Dzień dobry - odpowiedział młodszy i podali sobie dłonie.
- Gotowy?
Młodzieniec pokiwał lekko głową i uśmiechnął się nieznacznie.
- Proszę o niego dbać - powiedziała jego matka i wytarła łzę spływającą po policzku.
- Będę o niego dbał - zapewnił mężczyzna. - Proszę się nie martwić.
Pożegnał się ze swoją matką. Z trudem powstrzymywała łzy, a on zastanawiał się, czy to tylko łzy wzruszenia, czy również obawy. Pocieszył ją, obiecał na siebie uważać i uspokoił, że przecież miesiąc minie bardzo szybko i zanim się obejrzą, to już do niej wróci.
Potem się rozdzielili. Oni ruszyli przez rynek, ku wąskiej alejce prowadzącej pod górę, na północny wschód, a ona w przeciwnym kierunku, ku podnóżu niewielkiego wzgórza, gdzie rósł owocowy sad.
Starszego mężczyzny oprócz zebranych tu ludzi nie żegnał nikt bliski. Był kawalerem.
Pojawiła się też piątka dzieciaków i biegła za nimi przez jakiś czas, wypytując ich o różne rzeczy, ale zaraz zostali przywołani przez dorosłych, że mają natychmiast iść do szkoły, bo się spóźnią.
Zegar na wieży ratusza stojącej przy wschodnim krańcu rynku i górującej nad otaczającymi go budynkami wskazywał za cztery ósmą. Wtedy też na kamiennej powierzchni rynku pojawił się cień łuku, który stawał się coraz większy i z wolna zaczął zagarniać coraz większą część miasta.
Weszli w ten cień i ruszyli w górę wąskiej, krętej uliczki.
***
Gdy dotarli do końca drogi, wyłożona zwykłymi, nierównymi kamieniami uliczka zamieniła się w szeroki, usłany płaskim brukiem trakt. Wiódł szczytem wzgórza pomiędzy dwiema różnymi od siebie częściami Podłucza - ich rozciągniętego, podłużnego miasta.
Szli na wschód. Po swojej prawej stronie, trochę w dole, widzieli zabudowania centrum miasta, domostwa większości mieszkańców, sklepy, budynki usługowe. Po lewej zaś stronie wyrastały pola uprawne i pojedyncze domy oraz młyny czy magazyny żywności i zasobów. Trakt, po którym się teraz poruszali, stanowił główną drogę, wykorzystywaną do transportu towarów i przemieszczania się ludzi z jednej części osady do drugiej. Teren na szczycie niewysokiego wzgórza był płaski, a gleba odpowiednia do prowadzenia upraw zbóż i warzyw. Gdyby mogli sięgnąć wzrokiem ponad polami, to ujrzeliby niezamieszkały już, spadający teren, a dalej nieprzeniknioną gęstą puszczę i stojący u jej wrót ostatni budynek - wieżę strażniczą. A gdyby spojrzeli ponad budynkami miasta po swojej prawej stronie, to dostrzegliby sady owocowe rosnące na spadzistym terenie, dalej nieduży, ale wystarczający na ich potrzeby kamieniołom, a jeszcze niżej warsztaty kowalskie, piece do wytapiania żelaza i wartki nurt spadającej w dół rzeki. A jeszcze dalej drugą część puszczy i kolejną, ostatnią strażnicę.
Ugo wyobrażał sobie, że widzi to wszystko naraz, nawet to, co było ukryte za drzewami, zboczem i murami budynków, tak jakby był ptakiem. Chwilę później uśmiechnął się do swoich myśli, bo zdał sobie sprawę, że już wkrótce ujrzy taki widok na własne oczy.
Mijali młyn wiatrowy i przez chwilę przyglądali się ludziom pracującym w polu.
Mieli dużo czasu na rozmowy i z tej możliwości korzystali. Wkrótce, za pozwoleniem swojego opiekuna, przeszli na "ty". Starszy miał na imię Reno. Rozmawiali o wszystkich istotnych rzeczach, które będą ich czekać i które będą musieli wykonać przez najbliższy miesiąc.
***
Im bardziej na wschód się zapuszczali, tym jednak częściej milkły ich rozmowy. Szli już w cieniu i przed nimi coraz bardziej rozpościerał się niepojęty ogrom i majestat. Minęli ostatnie budynki, a brukowana droga zmieniła się już w szeroką, wydeptaną tylko ścieżkę. Po swojej lewej mieli jeszcze pola porośnięte złocistym owsem, ale przed sobą widzieli rzadki las i wyrastający z niego bezmiar, unoszący się do góry wysoko nad ich głowy monumentalny kształt, następnie przecinający całe niebo na pół i spadający znów w dół prawie kilometr za ich plecami. Oto wznosił się przed nimi wielki, czerwony łuk, obrońca ich miasta, ich półbóg i dawca życia. A oni właśnie szli do jego podnóża.
Gdy weszli pomiędzy pierwsze drzewa lasu, przepotężny kształt wypełniał prawie całe pole ich widzenia. Wyrastał ponad konary drzew i sięgał nieba, a pomiędzy pniami i koronami drzew widzieli już tylko czerwonawą ścianę. Łuk u podstawy miał sto metrów szerokości i sześćdziesiąt głębokości. Dominował nie tylko nad lasem, nad ich miastem, na niebie i za nimi - na zachodnim horyzoncie - ale również nad nimi, nad ich myślami i nad ich życiem.
Ugo patrzył w górę i dostrzegał zwisające tam na linach postaci, z tak daleka wyglądające jak małe pajączki. A także drobne drewniane platformy. To śmiałkowie, bohaterowie zwieszali się z góry i wykonywali tę niemal świętą pracę.
Dalej szeroka ścieżka wiodła pomiędzy rzadkimi pniami i skręcała na południowy wschód. Obchodziła podstawę łuku od strony południowej. Kawałek dalej trakt rozdzielał się na dwoje i można było obejść trzon kolosalnej budowli również od strony północnej, ale ta droga, którą poszli, była o wiele bardziej uczęszczana, a Reno dobrze już ją znał.
Drzewa rzadkiego lasu pod czerwonym łukiem rosły posłusznie. Były normalnych rozmiarów i wyrastały w dużych odstępach od siebie, jak w zwyczajnych, dawnych lasach. Nie tak, jak w nieprzeniknionej puszczy, która szczelnie okrążała ich ziemie, gdzie okiem nie sięgnąć.
W końcu obeszli przepotężny trzon łuku, mając go po swojej lewej stronie. Dotarli do jego południowej strony. W półcieniu pod konarami drzew przy wejściu na stromiznę stała niewielka kamienna strażnica o wysokości nie więcej niż dziesięciu metrów. Pod konarami i na częściowo w nich ukrytym szczycie wieży stał wartownik. Zawołał do nich "dzień dobry" i pomachał ręką, a oni odwzajemnili przywitanie.
Usiedli na kilka minut na szerokiej ławce stojącej pod strażnicą, żeby trochę odpocząć.
Gdy słońce wspięło się nad czubki drzew, oni byli już gotowi do wejścia. Poprawili swoje plecaki i sprzęt, który nieśli. Podwójne sakwy najwygodniej niosło się przewieszone przez bark. Reno niósł suchą zaprawę, która była nieco cięższym ładunkiem, a w sakwach Ugo znajdowały się stalowe liny, klamry i śruby. Pożegnali się z wartownikiem i wspięli się na pierwszy stopień.
Tu, gdzie przeogromne podnóże łuku wyrastało z miękkiej, pokrytej mchami i soczystą ściółką leśnej gleby, jego zbocze miało nachylenie około pięćdziesięciu siedmiu stopni, więc wspinaczka nie była wcale łatwa. Łuk z daleka wyglądał na gładki, ale w rzeczywistości był zbudowany z modułów, wielkich sześcianów i prostopadłościanów, jak z gigantycznych klocków. Zatem jego powierzchnia w wielu miejscach miała schodkową strukturę. Wiele z tych grubych schodów było wystarczająco wystających, żeby można było na nich swobodnie stanąć, a nawet usiąść. Dzięki temu wspinaczka na łuk była możliwa bez użycia specjalnego sprzętu. Wspinacze nie stosowali nawet zabezpieczenia linowego, bo trzeba by mieć wyjątkowego pecha, żeby spaść z jednego z tych wielkich schodów. Natomiast poruszając się blisko krawędzi, owszem, używało się zabezpieczenia, a w wielu miejscach znajdowały się haki wspinaczkowe, wbite w szpary pomiędzy blokami. Umieszczono je dawno temu. Obecnie uznawano, że wbijanie wszelkich niepotrzebnych elementów w powierzchnię łuku było niepożądanym ryzykiem.
Reno znał optymalną, wytyczoną dawno temu drogę. Tu i ówdzie była też oznaczona skromnymi znakami namalowanymi białą farbą. Trasa pięła się do góry nieregularnymi zakosami i była wyznaczona tak, żeby jak najszybciej zaprowadzić wspinacza na górę i jednocześnie najmniej go zmęczyć.
Ekscytacja pojawiła się w sercu Ugo, gdy tylko postawił stopę na pierwszym stopniu. I ta ekscytacja rosła z każdym postawionym krokiem.
Moduł, od którego zaczęli wspinaczkę, wyrastał spod leśnej ściółki, był porośnięty mchami i pnączami, a od gleby, pyłu i brudu miał ciemniejszy, bardziej brunatny kolor.
Mieli ogrom łuku tuż przed sobą i teraz doświadczali go wszystkimi zmysłami. Na początku czuli, jakby wspinali się w górę ogromnego, czerwonawego klifu, do innego świata, który znajdował się na jego szczycie. Ale gdy tylko znaleźli się powyżej czubków drzew i daleko po swojej lewej i prawej widzieli błękit nieba i biel obłoków, ich umysły zaczynały ogarniać ten ogrom i podpowiadać zmysłom, że oto wspinają się na przepotężną budowlę, która góruje nad całym ich światem.
W czasie swojej wspinaczki rozmawiali i ciężko było zliczyć, który już raz w swoim życiu podziwiali bezkresność i monumentalność tej świętej konstrukcji.
***
Przerwę zrobili sobie po około godzinie wspinaczki. Znajdowali się wtedy na wysokości ponad stu siedemdziesięciu metrów, a nachylenie zbocza było już łagodniejsze, bo miało mniej więcej pięćdziesiąt stopni.
Powiewy ciepłego wiatru hulały lekko, wydając ciche buczenie w szczelinach między modułami, przeczesując im włosy i poruszając ich ubraniami. Siedzieli, oparci o ścianę wielkiego schodka, tyłem do łuku. Pod sobą mieli stromo opadające, poprzecinane kwadratowymi i prostokątnymi krawędziami zbocze łuku, a przed oczyma szeroki, tak niepowstrzymanie rozległy horyzont. Widzieli stąd całą południową część lasu, w którym znajdowała się ich osada. Las stopniowo gęstniał, aż kilka kilometrów dalej przechodził w wysoką, gęstą i zdradziecką puszczę. Nawet gdy wytężali wzrok, to nie udawało im się dostrzec jej kresu, jej tajemniczej granicy, za którą rozciągały się równiny. A jeszcze dalej? Czy była to jeszcze wyższa puszcza, czy może ciemna chmura dotykająca horyzontu? Tego nie wiedzieli. Nikt z nich tam nie dotarł. A jeśli jednak ktoś dotarł, to nie wrócił, nie opowiedział o tym, co tam widział, jak wyglądał ten niebezpieczny świat.
Potem, gdy już odpoczęli, ruszyli dalej. Byli już w połowie swojej drogi, nachylenie łuku stopniowo malało, więc szło się lepiej. Dostrzegli też trójkę innych ludzi, którzy pełnili rolę tragarzy. Mijali ich daleko po prawej. Wybrali inną drogę, pewnie ich własny szlak, który był optymalny do noszenia dużych ciężarów. Pomachali im z odległości, na co Ugo i Reno odpowiedzieli tym samym gestem.
***
Gawędzili przez resztę drogi, co umilało im czas, i dzięki temu pozostała część drogi minęła im szybciej. Reno, dla którego była to dziewiąta służba na łuku, opowiadał młodemu o obowiązkach, funkcjonowaniu górnego obozu, wiszących platformach, szczelinach w łuku i niebezpieczeństwach, których powinien się wystrzegać.
Gdy w końcu dostrzegali szczyt łuku, starszy opowiadał o jego zmieniającym się szybko obliczu. Dawniej pierwsze, co się widziało, wchodząc na górę, to tuzin wysokich wiatraków, dzięki którym mieli elektryczności pod dostatkiem. Gdy na łuku pojawiła się pierwsza rana i gdy pierwsza część jego twardego ciała odłamała się i spadła, zdemontowano wiatraki. Najpierw połowę, a rok później resztę. Teraz musieli unikać każdego niepotrzebnego obciążenia, ale też każdego mocowanego do powierzchni łuku ciężkiego osprzętu. Wystrzegali się wiercenia i robienia w nim zbyt głębokich otworów. W konsekwencji musieli zdemontować windy towarowe, które w pierwszych latach łatania ich uświęconej budowli niepomiernie ułatwiały pracę. Dlatego też niektórzy na zmianę pełnili rolę tragarzy i również z tego powodu oni teraz nieśli ze sobą worki z materiałami.
W końcu weszli na wysokość trzystu czterdziestu metrów, ledwie dziesięć metrów poniżej całkowitej wysokości łuku. Przed nimi rozlegał się obóz górny - najważniejsza osada w ich historii. Osada, w której w pocie czoła pracowali bohaterowie ich czasów. Na przyczółek składało się dziesięć obszernych namiotów ustawionych w nieregularnym okręgu. Tutaj moduły, te swoiste schody, były już znacznie płytsze, ale przez to część namiotów rozbita była wyżej, a część niżej. Pośrodku utworzono prowizoryczny plac. Stały tam sprzęty do przygotowywania posiłków, a także wyznaczono dwa miejsca na ognisko. Jedno się paliło, a nad nim wisiał na pręcie czajnik, z którego unosiła się chmurka pary. Kawek dalej w innym okręgu, pod częściowo odsłoniętą płachtą, znajdowało się prowizoryczne składowisko sprzętu i materiałów. Stały tam też szerokie, drewniane stoły z narzędziami oraz kowadło. Dalej po lewej znajdowały się dwa niewielkie, zbudowane z kamienia piece hutnicze. Jedyne duże obciążenie, na jakie mogli sobie obecnie pozwolić. Bez nich nie mogliby pracować z użyciem metalu.
W obozie w tej chwili nie było nikogo, ponieważ wszyscy zajęci byli swą pracą, najważniejszymi obowiązkami, jakie znało ich małe społeczeństwo.
Mieli zameldować się u ich głównego inżyniera i znawcy, starego Hermana zwanego Chudzielcem. Najpierw jednak poszli na środek obozu i złożyli swoje worki obok stojących tam sprzętów. Rozejrzeli się jeszcze raz. Siwe smugi dymu zwiewał mocniejszy tu na szczycie wiatr, ale wzniecał też płomienie i wokół pachniało spalonym drewnem. Obóz wydawał się cichy i spokojny w swojej samotności.
Nie tracili czasu i ruszyli w górę, ku samemu już szczytowi łuku. Boska budowla miała u szczytu osiemdziesiąt metrów szerokości. Pracujący, zwieszeni przez krawędzie w swoich platformach ludzie nie byli dla nich widoczni, ale po przeciwnej stronie szczytu dostrzegali już grupę pięciu osób pracujących przy szczelinie w powierzchni łuku.
Ruszyli w ich kierunku, trochę w prawo i w dół łagodnego tutaj, modułowego zbocza. Gdy byli już blisko, tamci na chwilę przerwali pracę, żeby się przywitać. Zarówno Ugo, jak i jego starszy towarzysz znali piątkę pracujących tu mężczyzn. Zamienili kilka słów, powiedzieli, co ze sobą przynieśli, i dowiedzieli się, że to dobrze, bo ich ładunek stawał się już tutaj pilny.
Ugo przyjrzał się temu, nad czym pracowali mężczyźni. Wiodła stąd w dół zbocza łuku rozszerzająca się ogromna blizna, pęknięcie w jego powierzchni. Grupa pracowała nad jednym z końców tej szczeliny. Wykuwali otwory w powierzchni i zakładali grube stalowe płyty, które najwyraźniej miały powstrzymać pęknięcie przed rozprzestrzenieniem się, przed pójściem dalej.
Następnie nowo przybyła dwójka zapytała o starego Hermana. Jeden z pracujących wskazał w dół i powiedział, że jest w szczelinie.
Gdy ruszyli dalej w dół, spokój, z jakim tutaj przyszli, zaczynał być wypierany przez obawy. Wkrótce dobre samopoczucie ustąpiło całkowicie. Reno już to widział, ale młodszy po raz pierwszy zobaczył szczelinę, głęboką ranę w powierzchni łuku. Rozszerzała się. Tam, gdzie pracowała grupa mężczyzn, miała może grubość pięści, ale im niżej schodzili, tym szczelina powiększała się, aby w najgrubszym miejscu mieć ponad dwa metry szerokości.
Stanęli w tym najgrubszym miejscu, przyglądając się jej z obawą. Niecałe pięćdziesiąt metrów niżej widzieli inną grupę pracujących. Domyślali się, że tamci zabezpieczali drugi koniec rozdarcia, żeby nie rozprzestrzeniało się niżej.
Uklęknęli przy krawędzi szczeliny i spojrzeli w dół. Była przerażająco głęboka. W jej głębi, w gęstniejącym mroku, nie dostrzegali dna. Brzeg, przy którym się znajdowali, był prosty i równy. Łuk pękł na połączeniu gigantycznych, prostokątnych modułów. Wymienili się niespokojnymi spojrzeniami, gdy przychodzący zza ich pleców powiew ugrzązł w rozpadlinie i zawył złowrogo.
Ugo znał starego Chudzielca i darzył go sympatią. Wchodząc tu dzisiaj, miał dobry humor, mimo iż spoczywała na nim wielka odpowiedzialność. Miał nadzieję, że zawoła go wesoło: "Chudzielcu!". Teraz jednak dobre samopoczucie go opuściło. Stało się to w chwili, gdy zajrzał w głąb pęknięcia. Słyszał o nim. Oczywiście wszyscy o nim słyszeli, ale dopiero co zobaczył szczelinę na własne oczy i teraz czuł przed nią prawdziwy lęk. Była większa i głębsza, niż myślał.
- Hermanie! - zwołał Reno, pochylając się nad szczeliną.
Jego głos odbił się głośnym echem w głębi rozpadliny.
Odpowiedziała mu cisza.
Po chwili zawołał jeszcze raz i tym razem w odpowiedzi usłyszał wzmocnioną echem odpowiedź:
- Tu jestem! - A następnie: - Kto tam?!
- Reno i młody Ugo - odpowiedział starszy.
Dłuższą chwilę zajęło, zanim stary znawca ukazał się ich oczom. Najpierw słyszeli tylko w głębi pęknięcia niosące się z lekkim echem szuranie i stękanie. Potem ujrzeli pod sobą najpierw łysą głowę, a następnie resztę postaci Hermana. Gramolił się ku górze. Nierówne, schodkowate powierzchnie rozdarcia ułatwiały mu wspinaczkę, a jego chuda sylwetka zdawała się pasować idealnie do ciasnych przestrzeni. Im wyżej był, tym głośniej stękał, ale w końcu wydostał się na górę. Reno podał mu rękę i pomógł mu we wdrapaniu się przez ostatnią, dzielącą ich krawędź.
Stary Herman był ubrany w solidne, robocze spodnie na szelkach i kurtkę, które na jego sylwetce wyglądały na zbyt duże. Pod łysym, pokrytym kropelkami potu czołem patrzyły na nich głęboko osadzone, otoczone zmarszczkami i cieniami ciemne oczy. Pod długim nosem, na wąskich ustach brakowało uśmiechu, który w innych okolicznościach bardzo często tam gościł.
Przywitali się ze sobą. Ugo miał nadzieję na serdeczne powitanie, ale wyraz twarzy starego był pełen niepokoju i to uczucie mu się udzieliło. Nie było uśmiechów - Herman był głęboko zmartwiony.
Poprowadził ich z powrotem do obozu, żeby mogli się całkiem rozpakować i zająć sobie miejsca w namiocie. Herman powiedział, że zakwateruje ich razem, co przyniosło ulgę młodemu. Nie czuł się jeszcze zupełnie swojo w tym miejscu i opieka Reno miała mu pomagać. Natomiast mieli zostać oddelegowani do różnych zadań w różnych miejscach łuku. Mieli zastąpić dwoje budowniczych, którzy przepracowali już równy miesiąc i mieli wrócić do Podłucza, by czekać na kolejną turę. Reno miał pracować na platformie pod wschodnią krawędzią - tam, skąd odłamała się i spadła ostatnio część łuku. Młodszego nie rzucali za pierwszym razem na głęboką wodę, do bujającej się i wiszącej nad przepaścią platformy. Miał pracować przy dolnym końcu rozdarcia. Praca wcale nie była tam łatwiejsza i miał na barkach dużą odpowiedzialność.
Swoje rzeczy zostawili przy wejściu do namiotu stojącego najdalej po lewej. Dwa miejsca miały zwolnić się, gdy słońce zacznie rzucać na dole, w lesie, cień równy z łukiem, co o tej porze roku występowało około piętnastej.
Potem poszli na plac, w stronę ogniska, i usiedli blisko niego na schodku. Starzec zaproponował im napar z ostrokrzewu. Z chęcią przytaknęli. Wzmacniająca i pachnąca arbata była dobra o każdej porze dnia. Była już gotowa. Utrzymywała temperaturę, wisząc w czajniku nad niedużym ogniem.
Herman wypłukał trzy kubki wodą z glinianego dzbana, napełnił je naparem i podał im. Na końcu nalał sobie.
Reno obserwował go, jak w milczeniu przygotowuje ten skromny poczęstunek. Z rosnącą obawą próbował uchwycić spojrzenie staruszka, ale Chudzielec wyraźnie tego unikał. Przez cały czas jego wzrok błądził gdzieś na dole, blisko jego stóp. Nawet wtedy, gdy usiadł na schodku obok nich. Reno w końcu nachylił się do staruszka.
- Co się dzieje? - spytał.
Starzec spojrzał przelotnie w jego stronę i ich oczy wreszcie się spotkały. W tym ledwie sekundowym spojrzeniu Reno dostrzegł przestrach i zwątpienie.
Herman jęknął coś cicho i lekko machnął ręką.
- Co się dzieje? - powtórzył mężczyzna. - Powiedz.
Unikał ich wzroku, jakby czegoś się wstydził albo miał zamiar skłamać.
- Pęknięcie sięgnęło do śruby nośnej - wydusił wreszcie z siebie lekko łamiącym się, pełnym żalu głosem.
Reno spuścił wzrok, a młody Ugo, często pełen wigoru i wesołości, spojrzał na nich niepewnie. Resztka dobrego samopoczucia, które jeszcze miał w sobie, prysnęła.
Nie kontynuowali rozmowy, bo stary Herman nie wyglądał, jakby był do tego chętny. Zapatrzyli się gdzieś dalej, na poprzecinaną kanciastymi tworami powierzchnię łuku opadającą w dół ku jego północnemu krańcowi.
***
Siedzieli tak i rozmyślali, aż powoli zaczęła zbliżać się pora obiadu, więc z różnych stron szczytu stopniowo schodzili się ludzie. Pierwsi pojawili się kucharze. Rozpalili porządnie długie ognisko i zabrali się za opiekanie ryb.
Jedli obiad w zmieniających się dziesięcioosobowych grupach. Reszta w tym czasie nadal pracowała. Ugo, Reno i Herman zostali zaproszeni w pierwszej kolejności. Przy długim stole nieopodal atmosfera szybko stała się lepsza. Gdy nowo przybyli z wszystkimi się już przywitali, przysłuchiwali się ich rozmowom i śmiali z ich żartów. I ten nowy nastrój też im się szybko udzielił. Tylko stary Chudzielec siedział smutny i zapatrzony w blat stołu, przeżuwając mozolnie swój posiłek.
***
Potem Ugo poszedł w stronę przeciwległego końca rozdarcia, przy którym miał pracować, ale najpierw zbliżył się do zachodniej krawędzi łuku. Im bliżej niej się znajdował, tym bardziej zwalniał kroku. Nie miał lęku wysokości, ale to miejsce zrobiło na nim piorunujące wrażenie. Na samej krawędzi znajdowały się obecnie trzy drewniane, podwójne dźwigi. Jeden po lewej, jakieś czterdzieści metrów od niego, a dwa dość blisko siebie, niedaleko po prawej.
Wszystkie platformy były opuszczone. Żeby dojrzeć je i pracujących na nich ludzi, stanął przy samej krawędzi łuku, tuż nad przepaścią. Szybko opadł na czworaka, bo zakręciło mu się w głowie. Nierozsądnie było się tak zbliżać. Nagły, zdradliwy i silny poryw wiatru wiejącego w plecy mógłby go zepchnąć w dół. A wtedy spadłby na budynki osady poniżej, jak odłamany element starzejącego się, boskiego łuku. Zdarzyło się to już w przeszłości. W ciągu minionych dziesięciu lat napraw sześcioro ludzi spadło. W tym jego ojciec - cztery lata temu.
Odsunął się trochę, wstał na równe nogi i spojrzał na zachód. Słońce już powoli chyliło się ku horyzontowi, oblewając świat złocistym blaskiem. Łuk błyszczał migotliwie bardziej soczystą czerwienią, a cienie modułów na jego powierzchni tworzyły ciemne labirynty. Zaś potężne drzewa puszczy zajmowały cały widnokrąg i nie było widać nic z tego, co było za nimi. Któż wiedział, jakie dziwactwa mogły się tam kryć.
***
Przez następne dwa tygodnie Ugo pracował nad dolną częścią tego strasznego rozdarcia wraz z czterema innymi osobami. Wykuwał dziury na śruby. Materiał, z którego zbudowano łuk, był twardy, ale nie kruszył się łatwo. Przy odpowiednim nakładzie sił można było wykuć otwory. Według planów starego Hermana nie kuli zbyt głęboko, żeby nie osłabiać samego łuku. Następnie zakładali stalowe klamry i przykręcali je masywnymi śrubami.
W ten sposób wykonywał najważniejszą i najbardziej uszanowaną pracę w ich społeczeństwie, ale zdarzyło mu się również najgorsze zajęcie - wypalanie nieczystości w jednym z pieców hutniczych. Tam, gdzie ludzie, tam były i latryny. Oczywiście nie mogli bezcześcić ich wielkiej budowli i stąd potrzeba wypalania zbiorników spod latryn. Tę niewdzięczną robotę wykonywał każdy z nich, gdy przyszła jego kolej. Na szczęście z wygódek do pieców było niedaleko.
Na łuku było ich obecnie pięćdziesięciu. Po rozdarciu drugą najważniejszą sprawą była naprawa zachodniego i wschodniego boku łuku oraz jego spodu. To z wszystkich tych części odłamywały się ostatnio kawałki, które zagrażały ludziom w dole. Praca za krawędziami i pod sklepieniem polegała głównie na zakładaniu stalowych osłon i wypełnianiu szczelin zaprawą. Tam starali się kuć jak najmniej.
Po pracy, wieczorami przesiadywali przy ognisku, rozmawiali i dyskutowali na wszelkie ważne i nieważne tematy. Obserwowali gwiazdy i liczyli te ruchome, które ktoś w zamierzchłych czasach nazwał satelitami. Zwykle jednak nie siedzieli długo. Ciężka praca siedem dni w tygodniu męczyła ich na tyle, że szybko zalegali w swoich łóżkach.
W każdym namiocie było ich pięciu. Ugo uważał, że trafił na dobrych ludzi, spokojnych, dbających o higienę na tyle, na ile mogli, i niechrapiących za bardzo po nocach. Zaprzyjaźnił się z czarnowłosym, szczupłym chłopakiem starszym od niego tylko o dwa lata o imieniu Jin. Polubił się także z Fordem - jednym z tragarzy, który najczęściej przynosił węgiel drzewny. Chłopak był wyższy od niego o głowę i silny. Potrafił zrobić dziennie cztery kursy w tę i z powrotem.
I tak minęła połowa jego zmiany na łuku.
***
Tej nocy coś nie pozwalało mu spać. Długo przewracał się na swoim posłaniu, nie mogąc przestać wsłuchiwać się w głośne oddechy śpiącej czwórki, z którą mieszkał. Potem, jakoś w środku nocy, przysnął na dłuższą chwilę, może na pół godziny, ale znów się wybudził.
Rozpadało się na godzinę lub dwie. Bębniący w gruby materiał namiotu deszcz, zamiast ułożyć go do snu, przeszkadzał mu. Ale deszcz w końcu ustał.
Trochę zdenerwowany na siebie westchnął ciężko i wstał z łóżka. W zasłoniętym do połowy wejściu do namiotu pojawiło się już pierwsze światło świtu. Jeszcze nie promień słońca, a zapowiedź jego wzejścia.
Założył tylko buty i wyszedł na zewnątrz. Powietrze pachniało jeszcze deszczem i było chłodne. Wciągnął je szeroko otwartymi ustami i zapatrzył się na wschód.
I wtedy to usłyszał. Wszędzie wokół, jakby płynąc z głębi świata, rozległ się niski brzęk. Jakby gdzieś pod nim ktoś szarpnął wielką strunę. Wybrzmiał zaledwie przez krótką chwilę, ale Ugo odniósł wrażenie, że jego echo trwa jeszcze dłużej z jakąś dziwną wibracją przenoszącą się na jego ciało, a nawet wnętrzności. Nie tylko go usłyszał, ale poczuł go całym sobą.
Rozejrzał się z niepokojem. Czekał przez dłuższą chwilę, aż inni, którzy również mogli usłyszeć ten dziwny dźwięk, wyjdą ze swoich namiotów. Po dłuższej chwili zdał sobie jednak sprawę, że słyszał go tylko on. Miał świetny słuch, który bywał też jego przekleństwem. Ugo Słuchacz - tak go czasem nazywano.
Nie czekał już i ruszył przed siebie do namiotu naprzeciwko, w którym mieszkał stary Herman. Po cichu wszedł do środka i chwilę szukał w półmroku odpowiedniego łóżka. Dostrzegł w końcu starego śpiącego na boku, do połowy przykrytego kocem.
- Chudzielcu - powiedział cicho.
Stary spał nadal.
Powtórzył jego przezwisko, a gdy Herman nadal się nie budził, to lekko potrząsnął jego ramieniem. Nie podnosił głosu, bo nie chciał zbudzić pozostałych.
W końcu mruknął coś pod nosem i się przebudził. Otworzył oczy i przekręcił głowę. Spojrzał na młodego.
- Ugo? - spytał ze zdziwieniem.
- Słyszałeś ten dźwięk? - zapytał chłopak, po czym zdał sobie sprawę, że jego pytanie było bez sensu. Przecież dopiero co obudził starego.
- Jaki dźwięk? - wymamrotał Chudzielec.
Ugo zastanowił się przez chwilę.
- No taki brzęk. Głęboki brzęk.
Herman zerwał się nagle do pozycji siedzącej. W pierwszych promieniach słońca jego oczy błysnęły, gdy w jednej chwili sen prysnął, a on stał się w pełni świadomy.
- O nie! - powiedział drżącym głosem.
Ugo odsunął się i tylko patrzył na Hermana, nie rozumiejąc, co się dzieje.
- O nie! - jęknął starszy - Tylko nie to! - I wyskoczył ze swojego namiotu w samej bieliźnie, nie zawracając sobie głowy nawet założeniem butów.
Rzucił się biegiem przez obóz, klapiąc gołymi stopami po nadal mokrej powierzchni łuku. Następnie skierował się do góry, ku szczytowi, a potem dalej, w stronę pęknięcia.
Wtedy Ugo zrozumiał, co się stało. Ruszył biegiem za Chudzielcem i dogonił go.
- Błagam! - zawodził płaczliwie Herman. - Błagam, tylko nie to!
Po chwili byli już nad rozdarciem. Stary usiadł szybko na krawędzi i na nic nie zważając, wskoczył do szczeliny.
Ugo się wystraszył. Tuż za krawędzią było nadal ciemno i stary mógł zrobić sobie krzywdę, źle upadając. Nachylił się nad szczeliną i zawołał go. Przez dłuższą chwilę panowała głęboka cisza, a potem z dołu dobiegł cichy płacz.
***
Pękła śruba nośna.
Ten poranek w obozie był dla Ugo najgorszym, co przydarzyło mu się w jego krótkim jeszcze życiu. Herman wyszedł ze szczeliny pół godziny później. Przez cały ten czas płakał. Przecierał łzy, głęboko wzdychał i mówił: "Ugo, jesteśmy zgubieni". Lamentował, błagał na głos i pytał łuk, dlaczego to się stało. Potem próbował tłumaczyć, uspokajać sam siebie, że spodziewał się, że to się stanie, ale myślał, że mają więcej czasu, że mają jeszcze dużo czasu. A potem znów szlochał.
Obóz obudził się do życia szybciej niż zwykle. Straszna nowina o zerwaniu śruby szybko rozprzestrzeniła się wśród ludzi na łuku. Gdy słońce ledwie wzniosło się nad czubki drzew, oni byli już na swoich stanowiskach, żeby sprawdzić, czy uszkodzenia się pogłębiły. Większa część osób zebrała się nad rozdarciem, a Herman wszedł tam po raz kolejny, żeby raz jeszcze ocenić nieszczęście. W dole szczeliny, tam gdzie pracował Ugo, dostrzegli, że wyrwało stalowe klamry, a szczelina wydłużyła się o następne dwadzieścia metrów. Gdy zanieśli te złe wieści staremu, ten zbladł już całkiem. Przestał lamentować i szczerze się przeraził.
Potem wszyscy zebrali się wokół szczeliny i próbowali wspólnie uzgodnić, co należy teraz zrobić, ale w tak dużej grupie rozmowa szybko przerodziła się w bezładny gwar i przekrzykiwanie się między sobą.
W końcu jednak stojący pośrodku Herman uciszył ich. Uznali, że natychmiast wrócą do swoich obowiązków i podwoją swój wysiłek w naprawach. On natomiast bez żadnej już zwłoki spuści w dół na linie wiadomość dla rady miasta, że należy natychmiast zwołać naradę i ustalić, co robić dalej w tej krytycznej sytuacji.
Następnie uspokoił ludzi, a przy tej okazji przemówił też do samego siebie, że pomimo tej tragedii muszą nadal pracować. Sam natomiast poszedł do stołu i zaczął opracowywać i kreślić plan zaradczy.
Gdy Ugo wraz ze swoimi towarzyszami dotarli na miejsce, gdzie jeszcze wczoraj kończyła się szczelina, dostrzegli, że klamry zostały wyrwane wraz ze śrubami z powierzchni łuku po obu jej stronach. Śruby nie nadawały się do użytku, ale klamry nie uległy zniszczeniu ani wygięciu. No i rozdarcie sięgało już daleko niżej. Należało teraz wziąć śruby i zacząć od nowa, i niżej.
***
Do południa na dole, w ratuszu trwały już obrady starszyzny miasta z udziałem specjalistów i mistrzów poszczególnych fachów. Stary Herman, a także jego zastępca i drugi główny inżynier - Kair - zostali na to posiedzenie wezwani. Łatwiej było, żeby ich dwójka zeszła, niż starszyzna weszła na górę. Najpierw jednak sporządzili możliwie dokładny schemat rozdarcia i zerwanej śruby.
Na górze z kolei trwały wzmożone prace. Przerwa na posiłek była krótka. Ludzie jedli w pośpiechu i prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiali. W oddali na wschodzie zebrały się czarne chmury, ale takie same chmury wydawały się też zebrać nad ich głowami. Rozmowy stopniowo zaczęły cichnąć, aż zgasły całkowicie.
Prawdziwy przestrach przyszedł jednak przed zachodem słońca, gdy Herman i Kair wrócili na łuk. Stary zwołał wszystkich i podniesionym, ale łamiącym się głosem obwieścił, że jeżeli nic nie zaradzą, to łuk runie w przeciągu roku albo dwóch i to będzie ich koniec.
Wiadomość o nadchodzącym końcu znanego im świata w pierwszych chwilach przyjęli spokojnie. Stało się tak dlatego, że nie wierzyli w nią. Nie dopuszczali do siebie, że to może być prawda. Wznoszący się triumfalnie nad ich miastem czerwony łuk był ich obrońcą, ich półbogiem. Chronił ich przed zarazą, chorobami, dziką, przerośniętą zwierzyną, która w nowym świecie obrała sobie za cel unicestwienie resztki ludzkości, a także przed huraganami, mrozami i nieurodzajem. Mieli przemijać, umierać w swojej krótkiej starości, patrząc w górę na monumentalną budowlę, i rodzić się, również na nią patrząc. Łuk miał trwać. Po wsze czasy.
Potem Herman przywołał przekazywane z ust do ust opowieści nielicznych pionierów, którzy wrócili z dalekich terenów, o zdziczałych i niebezpiecznych ludziach żyjących tam, gdzie łuk kiedyś trwał, ale pewnego dnia upadł i runął im na głowy. Wszyscy słyszeli o zwalonym łuku. I przez tę opowieść stopniowo do ich umysłów wdzierała się wizja, a potem myśl, że ich łuk również nie jest wieczny. A teraz właśnie wydał z siebie westchnienie agonii.
- Łuk się zawali - powiedział z wielkim żalem Herman. - Jeśli jakoś temu nie zaradzimy, to zginiemy.
Wszyscy naraz sposępnieli, jakby dopiero to do nich dotarło. Nikt nie odezwał się ani słowem przez następne kilkanaście minut, gdy Herman tłumaczył wszystko, co związane było z rozdarciem i śrubą, która pękła. A potem, gdy już skończył i spuścił wzrok, ktoś cicho zaszlochał.
***
Misja Ugo na górze łuku została przerwana nagle dwa dni później. Stary Herman przyszedł na jego stanowisko pracy i powiedział, że jest tu ktoś, kto chce z nim porozmawiać, i że powinien pójść do obozu bez zwłoki.
Tak też zrobił. Odłożył narzędzia i ruszył ze starym we wskazane miejsce. Tam czekał na niego nikt inny jak pionier Lunar - jeden z czterech ludzi, którzy poszli aż za wielką puszczę i wrócili cali i zdrowi. Najpierw poczuł zakłopotanie, a potem tremę. Wszyscy znali Lunara, i on też, ale do tak osławionego człowieka należało się odnosić z wielkim szacunkiem. Kołatało mu się w sercu jeszcze jedno uczucie: niepokój. Właśnie miało stać się coś ważnego, najważniejszego w jego życiu, ale nie czuł ekscytacji, tylko obawę. I doskonale wiedział dlaczego. Chodziło o łuk.
Pionier nawet nie starał się ubrać tego w lepsze czy bardziej wyniosłe słowa i w bezpośredni sposób poinformował Ugo, że został wybrany do drużyny, która będzie miała do wykonania bardzo ważne zadanie. Nie czekał nawet na pytania młodego ani nie przewidywał dodatkowych wyjaśnień. Powiedział jeszcze, że dziś tuż po zachodzie słońca mają spotkać się wszyscy w jego domu i tam omówić szczegóły. A teraz powinien spakować swoje rzeczy, zejść na dół i spotkać się z matką, bo zacząć mieli już jutro rano.
***
Przez całą drogę w dół Ugo bił się z myślami. Uważał, że ten zaszczyt powinien wypełnić jego serce dumą - to właśnie jemu ich wspaniała społeczność ma zamiar powierzyć coś bardzo ważnego. Mama będzie na pewno z niego dumna. Jednak z drugiej strony budził się w nim sprzeciw, że nikt nie raczył zapytać go o zdanie przed wyznaczeniem mu tego zadania. A także nikt nie liczył się z nim choć na tyle, żeby najpierw mu wszystko wyjaśnić, a potem spytać, co o tym sądzi.
Potem pogrążył się w wyobrażeniach o tym, co może go czekać w najbliższych dniach, jaka dokładnie będzie jego misja.
Nie sposób było za pierwszym razem zapamiętać drogę, którą tu weszli. Szukał więc znaków namalowanych na modułach łuku. Większość odnajdywał, ale części z nich nie, więc droga trwała trochę więcej czasu, niż przypuszczał.
Zejście z łuku, pomimo że był na górze tylko nieco ponad dwa tygodnie, wydało mu się czymś bardzo osobliwym. Jakby przez długi czas wisiał w powietrzu, a teraz mógł dotknąć stopami powierzchni ziemi. Tym bardziej wydało mu się to dziwne, bo przecież łuk również miał twardą powierzchnię. Las też wydał mu się jakiś inny. Zdał sobie sprawę, że na górze zaczynał już zapominać, jak szumią drzewa. A cień pod koronami drzew wydawał mu się chłodniejszy niż kiedykolwiek przedtem.
***
Ich osada też wyglądała inaczej. Dało się odczuć, że coś niepokojącego wisi w powietrzu, gdy tylko wyszedł z lasu i szedł szerokim traktem pomiędzy polami uprawnymi i pierwszymi budynkami. Na polach pracowali ludzie, ale było ich mniej niż zawsze. Nikt nie podnosił głowy, żeby chociaż na niego spojrzeć.
Ale gdy stromą ścieżką kierował się w stronę rynku, dopiero odczuł, że nad miastem wisi wielkie nieszczęście. Na placu nie było nikogo. Nikt nie wymieniał się towarami, tak jak działo się to tutaj codziennie, od kiedy pamiętał. Dwie, może trzy osoby przeszły przez plac i skierowały się w dół zbocza ku sadom i warsztatom. Rozglądał się po tym dziwnie wymarłym miasteczku i coraz głębiej się niepokoił.
Drzwi do jego domu były otwarte, a jego matka czekała na niego, siedząc przy stole w kuchni. Powinna być teraz w pracy, więc pewnie ktoś poinformował ją, że jej syn schodzi z łuku. Była bardzo zdenerwowana i gdy tylko wstała i mocno go przytuliła, powiedziała z żalem:
- Nic nam nie mówią, Ugo.
Dostrzegł w jej oczach również strach. Już nie niepokój, ale prawdziwy lęk.
- Pogłoski mówią, że łuk się zawali - wydusiła z siebie. - Mają wysłać stu ludzi na górę. Dlaczego rządca nic nam nie mówi?
Nie zastanawiał się nawet, czy powinien to powiedzieć, czy nie, ale poinformował ją, że faktycznie łuk grozi zawaleniem, że pękła śruba i że planują jakieś ważne zadanie, do którego wyznaczony został również on.
Usiadła ciężko i ukryła twarz w dłoniach.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że jednak nie powinien jej tego mówić. Na pewno nie wszystko naraz i nie tak bezpośrednio. Ale cóż miał zrobić? Ukrywać to, co wie, tak jak ukrywano przed nim wyznaczone mu zadanie?
Podała mu obiad, mimo że nie był głodny. I mimo tego zjadł, żeby nie robić jej przykrości. Spodziewał się usłyszeć dzwon. Ten, który zwiastował zawsze zebranie na rynku i jakieś ważne obwieszczenie. Ale dzwon nie rozbrzmiał. Nie wiedzieć czemu, spodziewał się również i tego. Jednak zaraz potem zadał sobie pytanie: czy właściwie wiedział, czego ma się spodziewać?
Rozmawiali jeszcze długo. A potem zostawił ją na progu domu zatroskaną i przestraszoną.
Zboczył z głównej alei i poszedł bocznymi uliczkami. Nie minął ani jednej osoby, ale u wylotu poprzecznych do jego drogi uliczek widział niespokojne zbiorowisko ludzi. Chciał uniknąć ich wzroku, ale dom Lunara stał na obrzeżu rynku, a wejście znajdowało się od jego strony, więc nie było szans na uniknięcie zgromadzenia. Gdy był już przy drzwiach, ktoś z gromady go zauważył. "To Ugo!" - zawołał. A zaraz potem rozbrzmiały inne głosy: "Był na łuku!", "Ugo, powiedz nam prawdę!".
Jednak nie odwracał się do nich. Wiedział, że to niegrzeczne, ale stał do nich plecami. Przyszło mu jeszcze na myśl pytanie, jak pradawni ludzie poradzili sobie z wiadomością o ich rychłej zagładzie. Czy też czekali, aż ktoś z rządzących to ogłosi? A może nie wiedzieli? Albo myśleli, że przecież dadzą jakoś radę. Jak zawsze.
Zapukał i wszedł do domu Lunara. Czuł tremę. Zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać.
W obszernym pomieszczeniu na parterze budynku, który był kuchnią i jadalnią jednocześnie, wokół długiego, drewnianego stołu zebrana była grupa ludzi. Niektórzy siedzieli przy stole, a inni stali, bo nie wystarczyło krzeseł dla wszystkich. Oprócz niego było tam osiem osób. Najważniejsze, że był tam Kepler, członek starszyzny. Przy stole zaś siedział gospodarz - pionier Lunar. Ugo poczuł ulgę, gdy dostrzegł też starego Hermana, ale prawdziwie ucieszył się, gdy odnalazł wzrokiem również rosłego Forda - tragarza, z którym zaprzyjaźnił się na łuku. Rozpoznał też Zimę, wysoką, jasnowłosą dziewczynę, jedną z ich zielarek, i Rebę, która była dobrze znana ze względu na swój doskonały wzrok. Był tam też Bergen - ich zbrojmistrz, bardzo ważna osoba w ich społeczności, a także trzeci po Hermanie i Kairze inżynier łuku - krępy Jonas.
Większość z nich spojrzała na niego, przez co poczuł się trochę zmieszany. Stał chwilę za progiem, a potem podszedł do stołu. Na blacie były rozłożone arkusze papieru, w tym dokładny schemat łuku, mapa okolicy oraz taka, która pokazywała dalszy teren, ale tylko ten, który znali dzięki pionierom.
Chwilę później okazało się, że Ugo był ostatnią osobą, na którą czekali. Posiwiały, noszący ostre rysy twarzy Kepler wstał, pogładził ręką swoją czarną tunikę i dał znać, że mogą zaczynać. A zaczął od przekazania im oficjalnej informacji, że łuk grozi zawaleniem, że ryzyko jest największe jak dotąd i że jest to spowodowane zerwaniem się śruby, która jest jednym z najważniejszych elementów wewnętrznej konstrukcji. Pochwalił też Ugo za jego słuch, za to, że dzięki niemu dowiedzieli się o tym od razu, co dało im czas na reakcję. Kepler starał się mówić spokojnie i rzeczowo, ale w jego tonie pojawił się niepokój, który już zaczął się udzielać całej grupie.
Potem głos zabrał Herman, a gdy zebrani skupili się na schematach łuku, pokazał im dokładnie, jakie złe fatum im się przydarzyło. Według jego przypuszczeń łuk posiadał minimalnie dziesięć, a maksymalnie dwadzieścia takich śrub. Ta, która się zerwała, wkręcona była trzy metry pod powierzchnią, pod kątem czterdziestu pięciu stopni w głąb łuku. Miała długość około ośmiu metrów i średnicę trzydziestu centymetrów. Na całej długości pokryta była grubym i szerokim gwintem, który ściśle pasował do gwintu wyżłobionego w twardym ciele łuku. Zerwanie się tego elementu jego zdaniem miało doprowadzić do zawalenia się łuku. Nie był w stanie jednak przewidzieć, kiedy miało się to stać. Może jutro, a może za dwa lata. Stary Herman starał się mówić rzeczowo i swoje przemówienie traktować jako wywód techniczny, ale szybko zdał sobie sprawę, że właściwie mówi o nadchodzącej zagładzie. Wszyscy zebrani głęboko się zaniepokoili, a część z nich była już przestraszona. Zima, której cera i tak była jasna, zbladła już zupełnie, jakby była bliska śmierci. Przetarła spływającą po policzku łzę.
Potem Lunar miał zabrać głos, ale najpierw postanowił przynieść wodę i trochę owoców dla zebranych. Jednak nikt nic nie tknął. Czuli, jakby zebrały się nad nimi ciemne i ciężkie chmury i jakby w pomieszczeniu stało się nagle zimno. Ale prawdziwy przestrach miał właśnie nadejść. To pionier miał podjąć najtrudniejszy temat. I chwilę później go podjął.
Gdy mówił, patrzył kolejno w oczy zebranych i widział nie tylko kiełkujący tam strach, ale i rosnące zwątpienie. Oto powiedział im, że zebrana tu siódemka ruszy jutro o świcie na najważniejszą misję w ich historii. Pójdą na północ, ku nieznanym terenom, na których przed dekadami zawalił się inny łuk. Tam będą mieli za zadanie zdobyć podobną śrubę, która będzie mogła zastąpić ich zerwaną i zapewnić ich społeczeństwu dalsze życie i przetrwanie ich cywilizacji.
Nastąpiła długa cisza, a gdy w końcu już dostatecznie wybrzmiała, to rozpoczęła się burzliwa dyskusja. Głos chciał zabrać każdy, a znaczna większość z tych głosów mówiła o obawach, o niebezpieczeństwach podczas takiej wyprawy, o tym, że nikt dokładnie nie wie, co tam na nich czyha, ale mogli się spodziewać, że to, co najgorsze.
Po kilku próbach Lunar wreszcie ich uciszył, a głos zabrał znów przedstawiciel starszyzny. Opowiedział o tym, że obradowali przez dwa dni i ustalili, że mają jedynie dwa wyjścia: albo znajdą drugą śrubę i ją wymienią, albo wszyscy ludzie będą musieli opuścić Podłucze i wybrać się w długą podróż w poszukiwaniu innego łuku, pod którym mogliby dalej żyć w spokoju. Nikt jednak nie był pewien, w jakim kierunku mieliby się udać. Wiedzieli za to, z jakimi niebezpieczeństwami mieliby się spotkać. Starsi i dzieci nie przetrwaliby takiej wyprawy. Może nikt by jej nie przetrwał. Więc cóż innego mieliby zrobić? Mogliby jedynie dalej łatać dziury w łuku i tylko czekać na swój kres, na jego zawalenie się, a to nie wchodziło w grę. Żyć w lęku przed upadkiem i przez lata patrzeć z przestrachem w górę, a potem zginąć pod gruzami? Gdy skończył, nazwał ich bohaterami, najwyższymi pionierami dzisiejszych czasów, a następnie poprosił ich, żeby poszli do gruzów starego łuku po śrubę, bo tak należy zrobić. Trzeba tam iść.
Potem nastąpiła długa cisza i nikt jej już nie przerywał. Została zaburzona dopiero długie minuty później przez dźwięk dzwonu rozlegający się za drzwiami.
Większość z nich spojrzała w kierunku wyjścia. A więc w końcu przywódcy Podłucza
przygotowali obwieszczenie.
Zebrani w izbie już wiedzieli, jakie informacje zostaną oznajmione, ale w dobrym tonie było uczestniczenie we wszystkich obwieszczeniach, więc wyszli na zewnątrz.
Słońce już zaszło i miasteczko zalewał brązowy całun poprzecinany długimi cieniami czubków drzew. W ciągu kilku minut na rynku zebrał się tłum. Brzęczał jak wielki ul od mnóstwa przyciszonych głosów.
Czas schodzenia się ludzi członkowie dopiero co uformowanej drużyny wykorzystali na zadawanie pytań. Wokół Hermana zebrała się cała siódemka i zaczęła zasypywać go ważnymi kwestiami. Na przykład takim problemem: jeśli jakimś cudem znajdą śrubę, to jak przeniosą tak duży element przez gęstą puszczę i jak długo im to zajmie? Herman odpowiedział, że śruba, chociaż długa, jest zbudowana z pradawnego, bardzo lekkiego materiału, więc będzie jedynie nieporęczna. Inne pytania dotyczyły kwestii, skąd ma pewność, że śruba w zawalonym łuku będzie łatwo dostępna. A jeśli nawet będzie wystawać, to jak mają ją wykręcić z twardego budulca łuku? Herman bronił się, że tej pewności nie może im dać, ale dostaną wszystkie potrzebne i najlepsze narzędzia, jakie mają. Ostatnie pytanie zadał Ugo:
- Nawet jeśli zdobędziemy zapasową śrubę, to jak wykręcisz tę zerwaną, Hermanie?
Chudzielec myślał przez chwilę, nie podnosząc wzroku, ale czując na sobie spojrzenia tej siódemki ludzi.
- O to się nie martw, Ugo - odpowiedział wreszcie, patrząc mu w oczy. - Zostaw to mnie. Znajdę na to sposób. Zanim wrócicie, śruba będzie wykręcona.
Potem ucichli, słuchając obwieszczenia przygotowanego przez starszyznę, której przedstawiciele weszli w pusty krąg pośrodku ludzi. Ich przywódca - Harold - przekazał to samo, czego dowiedzieli się na naradzie, ale mówił bez szczegółów. Starał się przemawiać spokojnym głosem i dobierać słowa tak, żeby uspokajały nastroje, ale ludzie szybko przesiąknęli przestrachem i wokół zapanowała głęboka cisza.
Chwilę później gdzieś z głębi tłumu dały się słyszeć ciche szlochy, po których następowały kolejne, i to jeszcze bardziej pogłębiło zły nastrój tego wieczoru. Jeszcze kilka dni temu ten wieczór byłby dobry. Straganiarze pakowaliby swój dobytek, małe grupki dorosłych zebrałyby się tutaj, żeby porozmawiać, a młodzi graliby na instrumentach, śmiali się i przekrzykiwali. Ludzie żyliby pod stopniowo sypiącym się łukiem, akceptując odpadające elementy zagrażające życiu i domostwom niektórych z nich. O wiele łatwiej było zaakceptować fakt, że część ich świętego łuku spadnie na dom na drugim krańcu miasta. Może nie na mój - myśleli. Może nie dziś, może nie w ciągu roku, może w ogóle. Teraz jednak łuk groził im, że zawali się w całości i pogrąży w gruzach cały ich maleńki świat.
Nie kontynuowali narady. Zakończyła się wraz z obwieszczeniem starszyzny. Nie wracali już też do domu Lunara. Porozmawiali jeszcze chwilę przed wejściem. Wszystkich szczegółów mieli dowiedzieć się po wyruszeniu. Mieli mieć przecież mnóstwo czasu na rozmowy. Radny Kepler polecił im, żeby ten wieczór spędzili z bliskimi. I tak też mieli zamiar zrobić.
Ugo pożegnał się z nimi i ruszył w stronę rozchodzącego się tłumu. Chwilę kluczył między ludźmi, aż w końcu odnalazł swoją matkę. Objęła go i ucałowała w czoło. Powiedziała mu, że jest z niego dumna, ale w głębi jej oczu widział, że jest smutna.
Wziął ją pod rękę i poszli przez plac rynkowy w stronę głównej alei. Rozmawiali o rzeczach nieważnych. Mijali ludzi i gdyby nie patrzyli w ich twarze, to ten wieczór wydawałby się zwyczajny, spokojny. Ale na twarzach ludzi malowały się zmartwienie i strach.
Czy tak właśnie wyglądał początek końca świata? - zastanawiał się Ugo. Czy pradawni właśnie tak się martwili? Czy poszli do swoich domów i położyli się spać z wielką obawą o jutro? Czy przeciwnie - buntowali się, krzyczeli, bronili się i wierzgali przyparci do muru ten ostatni raz? Albo ich koniec był tak rozwleczony w czasie, że wyginęli powoli i bez słowa sprzeciwu i ostatnie pokolenie nawet nie wiedziało, że jest tym ostatnim. Czy taki koniec czekał również społeczeństwo mieszkające pod czerwonym łukiem?
Siedzieli potem do późnej nocy w kuchni, przy małej lampce alkoholowej. Najpierw przyszykowała mu kolację, ale mało co zjadł. Potem powtarzała, żeby lepiej położył się spać, żeby jutro był choć trochę wypoczęty. Bo jutro miał być najważniejszy dzień w jego życiu i w życiu wszystkich mieszkańców Podłucza. Widział w jej oczach tę tęsknotę. To była tęsknota za nim. Jeszcze nigdzie nie poszedł, jeszcze przecież tu był, a mama już tęskniła. A także bardzo się o niego bała. Dlatego siedział przy niej i próbował ją oszukać, że ich wyprawa może nie być wcale tak trudna, jak się wydaje. Tłumaczył, że idą z nim jedni z najlepszych ludzi, na czele z pionierem Lunarem.
Późną nocą w końcu poszli spać. Długo przewracał się w łóżku z boku na bok, zanim udało mu się złapać trochę snu.
***
Wstał przed świtem, zmęczony, ale w żyłach krążyła mu dziwna mieszanka obawy i ekscytacji, która napędzała go i szybko odegnała wspomnienie o śnie i łóżku.
Matka siedziała przy stole, czekając na niego ze śniadaniem. Wepchnął je w siebie, żeby nie dodawać jej zmartwień, że na misję ratującą ich od zagłady pójdzie głodny.
Włożył na siebie najlepsze i najtrwalsze ubrania, jakie miał, i wysokie, solidne, skórzane buty po ojcu.
Potem odprowadziła go na rynek, do wspólnej studni, tam, skąd zaczynała się jego niedawna tura na łuku.
Na centralnym placu czekali już Lunar i zbrojmistrz Bergen, a obok nich stały dwa stoły zapełnione ekwipunkiem. Leżały tam płaszcze z kapturem, plecaki, pasy, sakwy, maczety i długie noże oraz jedna jedyna sztuka broni palnej, którą miał i mógł posługiwać się Bergen.
Ugo przyglądał się przez chwilę pistoletowi. Był to jedyny taki artefakt po pradawnych ludziach. Został odnaleziony i przyniesiony przez jednego z pionierów, dawno już nieżyjącego. Pistolet był w złym stanie, ale zbrojmistrz odrestaurował go. Jednak broń była w ich społeczeństwie tematem tabu. Mogliby ją odtworzyć, ale byli przekonani, że nie należało tego robić. Ich czerwony, rozpościerający się nad nimi ojciec od pokoleń chronił ich przed wszystkimi wrogami, a broń była najbardziej niebezpiecznym narzędziem wszech czasów. Długo debatowali, czy przyjmować ten pistolet do swoich zbiorów, bo wiedzieli, że to właśnie przez takie narzędzia kończyły się wszystkie dawne cywilizacje, ale ostatecznie go wzięli.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.