Redakcja:
Monika Mielcarek (red-kor)
Ilustracje i projekt okładki:
Kamil Ćwieląg
Skład i łamanie:
Maciej Torz
Wszelkie prawa zastrzeżone
? Copyright Bartosz Orłowski, 2019
All rights reserved
ISBN 978-83-954654-0-6 (dla wersji elektronicznej)
ISBN 978-83-954654-1-3 (dla wersji drukowaniej)
e-mail: [email protected]
Wrocław 2019
Spis treści
Prolog
Część pierwsza
Krasnoludki
Wstęp
Skąd się wzięły krasnoludki?
Karta I
Krasnoludki i truskawki
Karta II
Jak krasnoludek chciał spróbować wrocławskiej kluski
Karta III
Upadek wieży
Karta IV
Znikające pióro
Karta V
Tunel Pod Złotym Dzbanem
Karta VI
Najazd Tatarów
Karta VII
Przygoda z mostem
Karta VIII
Wzgórze Gajowe i stok narciarski
Karta IX
Krzycząca główka
Karta X
Pomoc pszczołom
Karta XI
Jak przestraszyć smoka?
Karta XII
Krzywa wieża
Karta XIII
Przygoda ze sztuką
Karta XIV
Trzynaście prac krasnoludka
Karta XV
Duchy rycerzy z Kościoła Bożego Ciała
Karta XVI
>Palenie rozmaitości na placu Solnym
Karta XVII
Co się wydarzyło w budynku przy ulicy Więziennej?
Karta XVIII
Dom na kurzej stopce
Karta XIX
Opowieść o wieży ratuszowej
Karta XX
Przygoda z gondolą, czyli dlaczego powinniśmy uważać na wodzie
Karta XXI
Jak krasnoludek postanowił pójść na studia
Karta XXII
Szklany globus
Prolog
Jak wiele opowiadań i bajek inspirowanych jest faktami? Jak wiele z nich jest ciekawych, przyciągających uwagę i pozostających w pamięci? Czy więc należy trzymać się autentycznych wydarzeń czy można wybrać jedną z ich wersji?
W książce, którą właśnie trzymacie w rękach, zebrałem dwadzieścia dwa opowiadania luźno związanych, a raczej inspirowanych Wrocławiem i okolicami miasta. To opowiadania, których bohaterami są sympatyczne krasnoludki, ale też mniej życzliwe skrzaty. Występują tu także stworzenia lepiej nam znane, czyli spotykane na co dzień. Wszak kto z Was nie widział na przykład kota. Część historyjek jest niejako tłem lub uzupełnieniem wydarzeń, które miały - bądź mogły mieć - miejsce dawno, dawno temu. A reszta? Cóż, w każdej legendzie może być ziarno prawdy, więc dlaczego nie w bajkach?
Część pierwsza
Krasnoludki
Krasnoludki żyją wyłącznie w lasach.
Czyżby? Ci z Was, którzy nie byli we Wrocławiu, mogą mieć takie zdanie. A jednak duża grupa krasnoludków zamieszkuje to piękne miasto. Są tak ważne dla tego piastowskiego grodu, że wystawiono im pomniki. Spotkacie je niemal na każdym kroku, o ile będziecie mieli ochotę przespacerować się po wrocławskich uliczkach, placach, skwerach i parkach. Inne upodobały sobie góry, gdzie starają się pomagać zagubionym turystom, a jeszcze inne faktycznie żyją w lasach z dala od ludzkich siedzib. A jakie spotkacie w tych opowiadaniach? Posłuchajcie.
Skryba był kronikarzem jednej z kompanii krasnoludków, ponieważ miał najpiękniejszy charakter pisma, umiał też preparować trwałe, kolorowe atramenty z jagód, borówek, trawy, buraków, orzechów i innych ogólnie dostępnych roślin, a następnie dobrać barwę pasującą do tekstu. Odpowiednie formuły były w jego rodzinie przekazywane z dziada pradziada. Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz - jedynie on mógł wytworzyć właściwe pióra, które nigdy nie robiły kleksów. A jakie to istotne, wie każdy, kto kiedykolwiek pisał piórem w kronice. Kartek z niej nie można przecież wyrywać, a poprawiać nieładnie. Ponadto Skryba robił przepiękne ilustracje. Nieszczęśnik miał tylko jedną wadę. Robił błędy. Nie wierzycie? Na jednej ze stron możemy dla przykładu przeczytać: "Wszyscy udali się do wójka".
Poświęcił sporo czasu na naukę pisowni, gramatyki i składni zdań, aby w końcu móc opisać to, co przydarzyło się jego przyjaciołom, oraz to, o czym jedynie usłyszał i niekiedy ubarwił. Kilkoma opowiastkami zapisanymi oryginalnie na papierze czerpanym postanowił się podzielić. Oto one.
Karta III
Upadek wieży
Tłem tej opowieści są prawdziwe wydarzenia sprzed kilku wieków.
Był piękny słoneczny poranek, kiedy Niezdarek postanowił odpocząć trochę od sporej ilości pracy, którą sam sobie narzucił. Nie zrozumcie mnie źle. Krasnoludki ogólnie są pracowite i pomocne, ale nawet one od czasu do czasu potrzebują chwili odpoczynku. Spotykają się wtedy, spacerują, obserwując ludzi i rozmawiając o nich, grają, urządzają zawody sportowe (to, że są niezbyt duże, nie przeszkadza przecież we wszelakiej aktywności, a jak mawiają - w zdrowym ciele zdrowy duch).
- Za dobre robię te dżemy - westchnął z uśmiechem. - Za dużo owoców mi przynoszą i nie nadążam ich przyrządzać. Rozejrzał się po swoim domku i spostrzegł, że wypełnił się on słoikami po brzegi.
"Przynajmniej nikomu nie braknie zimą - pomyślał - ale teraz czas na małą przerwę".
Jednym z ulubionych zajęć naszego bohatera były przechadzki po okolicznych wsiach i miasteczkach. Najbardziej lubił gród położony nad rzeką, który cały czas się rozrastał, wciągając w swoje granice pobliskie osady. Jak podróżował pomiędzy nimi? To temat na inną opowieść, podobnie jak to, dlaczego lubił samotne wędrówki.
Dość szybko dotarł do miasta i ruszył przez gąszcz uliczek. Minął kilka przecznic i znalazł się na sporym placu. Dochodziło południe, w związku z czym tłum powoli gęstniał. Ktoś coś sprzedawał, ktoś inny kupował - ot, normalny dzień na rynku. Niezdarek nie przepadał za tłokiem, więc postanowił znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce, gdzie mógłby przycupnąć i napawać oczy widokami. W końcu ma czas wolny, a do tego jest piękna pogoda, więc dlaczego z tego nie skorzystać? Jego wybór padł na wieżę pobliskiego kościoła.
"Cóż, spróbujmy" - pomyślał i zaczął wdrapywać się po schodach.
Do pokonania miał ponad trzysta stopni - w końcu wieża liczyła blisko sto trzydzieści metrów! Zastanawiacie się zapewne, jak taka mała istotka jest w stanie pokonać takie trudności. Otóż krasnoludki znane są ze swojej zaradności, spostrzegawczości, a do tego są całkiem dobrymi wspinaczami. Pomagała także sama ceglana konstrukcja budowli.
Dotarł w końcu na szczyt i sprawdził, skąd będzie miał najlepszy widok na całą okolicę. Rozsiadł się wygodnie i wyciągnął zza swojego płaszczyka niewielki słoiczek dżemu. Napawał się przepięknymi widokami. Pod nim rozpościerało się całe miasto, które z góry wyglądało na zdecydowanie mniejsze niż w rzeczywistości. Przyglądając się sieci ulic, nie zauważył nadciągającej z drugiej strony burzy. Poczuł jednak wiatr smagający jego czapeczkę. Odwrócił się i dostrzegł ciemnogranatowe chmury posuwające się w jego kierunku. Zerwał się na równe nogi i ruszył w stronę wyjścia. Wtem bardzo mocny podmuch przewrócił go, gdy był już blisko drzwi, które trzasnęły z hukiem.
"Zaraz mnie stąd zwieje!" - pomyślał.
Spostrzegł niewielką szczelinę w jednej z belek podtrzymujących hełm wieży i co sił w nogach pognał do niej. Zmieścił się w niej bez problemu.
- Tutaj przeczekam, aż się trochę uspokoi - stwierdził.
Burza jednak nabierała na sile. Nagle usłyszał trzask pękającego drewna i poczuł, że spada razem ze swoją kryjówką. Nie zdążył nawet pomyśleć, co się stało, kiedy wypadł z niej, a razem z nim słoiczek dżemu zza płaszczyka. Wszystko trwało tylko chwilkę - sekundę, może dwie. Czas ten wystarczył jednak do zorientowania się, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdował.
Wtem uderzył plecami o coś miękkiego i zamiast spadać, zaczął poruszać się bardzo szybko w bok. Intuicyjnie chwycił to, na co upadł, i chwilę później usłyszał tylko "bzz, bzz, bzz...".
Jedna pszczoła wracała tamtędy do swojego ula, kiedy zauważyła spadającego krasnoludka. Podleciała pod niego, służąc w istocie za poduszkę powietrzną i wyratowała naszego małego bohatera z opresji.
Szczęśliwym zrządzeniem losu nikt nie zginął w trakcie tej katastrofy. Ponoć dwóch aniołów zstąpiło z nieba i pochwyciło upadający szczyt wieży, po czym bezpiecznie położyło go u podnóża świątyni. Od tamtego czasu zaczęto mówić o, jak by nie było, cudzie. W końcu nawet obecnie praktycznie nie zdarza się, aby podczas katastrofy budowalnej nikt nie ucierpiał. Może nie do końca nikt - oprócz pewnego kota przebiegającego nieopodal. To jednak osobna historia...
Karta XI
Jak przestraszyć smoka?
Najbardziej znanymi i rozpowszechnionymi legendami są te, w których pojawia się mityczny smok. W końcu kto z nas nie zna wizerunku świętego Jerzego walczącego z tym właśnie stworzeniem? Innym przykładem jest najbardziej znany w Polsce Smok Wawelski. Czy jednak podobny potwór występował także w okolicach Wrocławia? Posłuchajcie.
Przyjęło się, że krasnoludki żyją w lasach, a smoki w jaskiniach, broniąc skarbów. A co jeśli w okolicy nie ma żadnych większych wzniesień? Gdzie mogły żyć te mityczne stworzenia? Odpowiedź jest całkiem prosta. Po prostu w lesie. Należy jednak pamiętać, że dawne puszcze zdecydowanie różniły się od tych znanych nam obecnie. Bez problemu można było w nich znaleźć olbrzymie dęby i buki. Gęsto było od wysokich topoli, świerków czy sosen. Próżno było szukać w tej gęstwinie dróg czy wytartych szlaków. Było to doskonałe miejsce dla kogoś, kto uciekał przed niebezpieczeństwem lub szukał kryjówki, bo był wyjęty spod prawa.
Co ciekawe, jedna z tych prastarych puszczy całkiem niedaleko Wrocławia była domem smoka. Uprzykrzał on życie okolicznym mieszkańcom, co rusz porywając i pożerając owce. Po kilku miesiącach życia w ciągłym strachu ludność podniosła temat u kasztelana. Stwierdził on, że faktycznie problem istnieje, ale nie wie, co robić dalej. Nie ma dużej armii, a nieliczne jednostki i tak były zajęte ochroną grodu oraz szlaków handlowych. Zapadła więc decyzja o rozesłaniu wieści na cztery strony świata o wyzwaniu oraz przewidywanej nagrodzie. Ten, kto przepędzi lub zabije smoka, otrzyma bogactwo, chwałę i zostanie zapamiętany po wsze czasy. A co z oczekiwaną przy takich kontraktach ręką córki grododzierżcy? Kasztelan nie miał pierworodnej na wydaniu, więc śmiałek musiał obejść się smakiem i zapomnieć o połowie królestwa.
Po kilku dniach zaczęli pojawiać się pierwsi chwaci. Niektórzy zakuci w ciężką zbroję ruszali w gęsty las ze śpiewem na ustach i słuch o nich ginął. Inni z kolei próbowali sposobu na wypchaną siarką owieczkę. Przecież coś, co raz się sprawdziło, powinno zadziałać ponownie. Jednak nie w tym przypadku. Smok pożerał zwierzę, głośno bekał i odlatywał. Zmagania trwały. Ochotników ubywało, a nowych nie było widać. Powoli ludzie oswajali się z myślą, że problem olbrzymiego gada nie zostanie rozwiązany.
Niezdarek od jakiegoś czasu słyszał o problemie trapiącym okolicznych mieszkańców. Wielokrotnie widział też nieudane próby śmiałków stających w szranki z gadziną. Rozmawiał o tym także ze swoją kompanią. Padło wiele pomysłów, ale żaden z nich nie był czymś, czego ludzie już nie próbowali. Podczas jednej z tych debat Ideowiec siedział dziwnie cicho. Wszak znany był z tego, że zawsze ma sporo do powiedzenia. Zawsze ma jakiś pomysł, a tego wieczora był jakiś nieswój. Nagle wstał i zwrócił się do zgromadzonych:
- Istnieje pewna legenda o źródle dającym nadludzką siłę temu, kto skosztuje jego wody - rzekł z wyraźną satysfakcją. - Jest tylko jeden problem. Strumień bardzo trudno znaleźć, a do tego według podań znajduje się w lesie, w którym zamieszkał smok - dodał po chwili.
- Może poprosimy o pomoc pszczoły? - zasugerował Niezdarek. - Będzie szybciej i bezpieczniej - dorzucił.
Po burzliwej debacie opracowano w końcu plan poszukiwań. Mieli podzielić się na pary i sukcesywnie przeczesywać las. W przypadku napotkania smoka należało szybko uciekać.
Po kilku dniach Niezdarek wraz z Narzekaczem, z którym tworzył parę poszukiwawczą, spostrzegli niewielką polanę praktycznie pośrodku lasu. Nie była to całkiem otwarta przestrzeń, a jedynie miejsce, gdzie nie występowały wysokie drzewa. Pełno było natomiast mniejszych krzaków, zarośli i wysokich traw. Wtem w blasku słońca coś błysnęło. Dwóch krasnoludków zanurkowało na swoich pszczołach w dół, żeby sprawdzić tajemniczy obiekt. Gdy podlecieli bliżej, zauważyli niedużą kałużę, z której z jednej strony wpływał malutki strumyczek ginący w kniei.
- Lećmy dalej - powiedział Narzekacz tuż po wylądowaniu. - To pewnie pozostałość po deszczach. Wcale nie wygląda na magiczne źródło - dodał, kopiąc z nudy grudki ziemi.
- Jak zawsze optymista... - zaśmiał się Niezdarek, podchodząc ostrożnie do wody.
Niespodziewanie ziemia zadrżała i stojący tuż nad kałużą Niezdarek wpadł z pluskiem do wody. Wyskoczył prędko, krztusząc się i kaszląc. Podbiegł szybko do owada i chwilę później smok wynurzający się zza drzew dostrzegł w oddali dwie odlatujące pszczoły.
Niedługo po tym wydarzeniu cała kompania rozmawiała na temat znalezisk poszczególnych grup poszukiwawczych. Jedna mówiła o rzeczce przecinającej las, inna o małym strumyku. W końcu Narzekacz przedstawił swoje odkrycie.
- Nie wierzycie? Jego zapytajcie - skwitował, wskazując palcem na suszącego swoje ubranko Niezdarka. - Nawet czapkę zgubił w tym zamieszaniu - dodał po chwili.
Niezdarek siedział nieopodal paleniska, dosuszając swój płaszczyk.
- Skoro było tak, jak mówicie, to powinien bez problemu podnieść i przenieść ten duży stół - zauważył z przekorą Ideowiec.
Zrobił się mały harmider. Każdy z krasnoludków starał się przedstawić swoje spostrzeżenia. W tym całym zamieszeniu głos starał się zabrać Niezdarek. Nie był jednak w stanie przebić się przez gwar. Podszedł więc do dużego blatu, który normalnie przenosiło czterech krasnoludków, i chwycił za jedną nogę. Z niekrytym przerażeniem odkrył, że stół jest niezwykle lekki - tak lekki, że bez problemu uniósł go w górę. Nastała cisza.
- Ha, a nie mówiłem? Nigdy mi nie wierzycie - powiedział z dumą i wyrzutem Narzekacz.
- Mamy rozwiązanie. Teraz trzeba jakoś przekazać tę informację ludziom - stwierdził nadal zdumiony Ideowiec.
- Ostatnim razem Niezdarek szeptał im do ucha i poskutkowało - wyrwał się Narzekacz. - Może spróbuje raz jeszcze? Chociaż to się pewnie nie uda... - dokończył w swoim stylu.
Wszystkie oczy zwróciły się ponownie ku krasnoludkowi trzymającemu stół nad głową.
- Niech tak będzie - rzekł z uśmiechem Niezdarek, odstawiając mebel na miejsce.
Przed nastaniem zmierzchu wyruszyli poszukać odpowiedniego kandydata pośród ludzi. Wybór nie był prosty. Większość śmiałków dawno wyjechała albo zaginęła po potyczce z gadem. Był środek nocy, kiedy w końcu dotarli do domostwa zamieszkiwanego przez całkiem krzepkiego, młodego mężczyznę. Niezdarek wśliznął się do wnętrza, wdrapał się na łoże i zaczął szeptać do ucha jegomościa. Po kilku chwilach cała kompania wyruszyła w drogę powrotną.
Z samego rana na podgrodziu zapanowało poruszenie. Kilku mieszczan biegało od drzwi do drzwi, roznosząc nowinę, jakoby problem smoka miał rychło zostać rozwiązany. Wszystko to było wynikiem rozmowy pewnego męża z kasztelanem. Stwierdził on, że zna sposób na pokonanie smoka, ale potrzebuje dostać się do lasu. Poprosił jednocześnie o małą pomoc. Wsparcie miało polegać na wypuszczeniu kilku owieczek tuż przy puszczy. Gadzina miała się nimi zainteresować, dzięki czemu on miałby drogę wolną przez gęstwinę.
Przygotowania nie trwały długo. Kiedy wszystko było gotowe, zaczęto realizować plan.
Smok zgodnie z oczekiwaniami zainteresował się wypuszczonymi zwierzętami, a nasz ochotnik wykorzystał ten czas, by zniknąć pośród drzew. Niedługo później gad porwał jedną z owiec i ruszył do swojego leża. Okoliczni mieszkańcy ukryci w trawach wyczekiwali, co będzie dalej. Czas dłużył im się niemiłosiernie, ale w końcu dosłyszeli odgłosy walki dobiegające z lasu. Przyzwyczajeni już do podobnych dźwięków stwierdzili, że pojedynek nie potrwa długo, tak jak podejmowane przez innych śmiałków próby. Nic takiego się jednak nie stało. Walka trwała i trwała. Minuty przechodziły w godziny, a końca nie było słychać.
Nagle z gęstwiny wyrwał się głośny krzyk.
- I żebym cię tu więcej nie widział! - dudniący głos niósł się przez las.
Kilka chwil później ludność spostrzegła wyczerpanego, ale uśmiechniętego mężczyznę z mieczem i tarczą, wynurzającego się spomiędzy drzew. Ruszyli ku niemu, wiwatując. Unieśli go w górę i z gromkimi okrzykami udali się do kasztelana, aby obwieścić zwycięstwo. Władyka wysłuchał uważnie opowieści mieszkańców i w końcu do głosu doszedł bohater grodu. Miał na imię Konrad. Opowiedział, że przyśniło mu się, czy po prostu w jakiś sposób wpadł na pomysł, aby odszukać pewne źródło w głębi puszczy, które obdarzy nadludzką siłą tego, kto się z niego napije. Pozwoliło mu to stanąć w szranki ze smokiem. Po wielu godzinach zmagań gad, przerażony tym, że nie jest w stanie pokonać człowieka, po prostu czmychnął w gęstwinę.
Tygodnie mijały, a potwór nie pojawił się ani razu. Ponoć bał się nawet wyjrzeć z puszczy, aby nie spotkać raz jeszcze nadludzko silnego śmiałka, który tym razem mógłby pokonać go na dobre. Później mówiono, że męczony głodem zjadł jakieś dziwne grzyby i padł struty. A Konrad? Cóż, żył długo i dostatnio.