Niezwykły przypadek
Późną wiosną 1865 roku, tuż po zakończeniu wojny, w obskurnej klitce na poddaszu jednego z wielkich nowojorskich hoteli leżał na łóżku młody schorowany oficer, pogrążony w niewesołych rozmyślaniach. Jego zadumę przerwał pokojowy, który wszedł, by wręczyć mu wizytówkę z nazwiskiem Pani Samuelowa Mason i słowami skreślonymi ołówkiem na odwrocie: "Drogi pułkowniku Mason, dopiero teraz się dowiedziałam, że pan jest w mieście, samotny i niezdrów. To naprawdę okropne. Czy pan mnie pamięta? Czy zobaczy się pan ze mną? Bo jeśli tak, to z pewnością pan mnie sobie przypomni. Nalegam, aby wejść na górę. M.M.".
Mason był nieubrany, nieogolony, słaby i lekko gorączkował; w pokoiku panował bałagan, który nie zalecał się nawet malowniczością. Wizytówka pani Mason stanowiła zagadkę, a zarazem niebiańską zapowiedź pociechy. Jednakże młody człowiek miał tak nadwątlony umysł, że nie od razu pojął, co właściwie oznacza ten liścik. Przez dobrą chwilę zbierał myśli.
- To jest dama, proszę pana - usłużnie podpowiedział pokojowy.
- Młoda czy stara?
- No, jedno i drugie po trochu, proszę pana.
- Przecież nie zaproszę damy tutaj, na górę - jęknął chory.
- Ależ proszę pana, wygląda pan pięknie, daję słowo - zapewnił pokojowy. - One lubią chorych mężczyzn. Poza tym widzę, że nosi pańskie nazwisko - ciągnął Michael, który przez lata służby osiągnął wielką szczerość wypowiedzi - więc tym większy wstyd dla niej, że nie przyszła wcześniej.
Pułkownik Mason uznał, że skoro pani Mason sama pragnie złożyć mu wizytę, należy ją przyjąć bez dalszych ceregieli.
- Jeżeli jej to nie przeszkadza, to mnie tym bardziej nie - oświadczył, zbyt słaby, aby silić się na przesadną skrupulatność, i niebawem odwiedzająca została doprowadzona do jego wezgłowia. Ujrzał przed sobą urodziwą korpulentną blondynkę w średnim wieku, ubraną wedle najnowszej mody i nieokazującą najmniejszego skrępowania, chyba że takie, jakie łatwo wytłumaczyć zadyszką na skutek długiej wspinaczki po schodach.
- Pamiętasz mnie? - zapytała owa dama, ujmując młodzieńca za rękę.
Mason opadł na poduszki i spojrzał na nią. - Kiedyś była pani moją stryjenką... stryjenką Marią.
- Nadal jestem twoją stryjenką Marią - odparła. - To bardzo ładnie, że mnie nie zapomniałeś.
- To bardzo ładnie, że ty nie zapomniałaś o mnie - rzekł tonem zdradzającym uczucie głębsze niż zwykła chęć odwzajemnienia życzliwości.
- Mój drogi, mieliście tu wojnę i setki innych okropieństw! Wiesz, dłuższy czas bawiłam w Europie. Od powrotu mieszkam na wsi, w starym domu twego stryja nad rzeką; umowa najmu wygasła, akurat kiedy wróciłam do kraju. Wczoraj wpadłam do miasta w interesach i zupełnym przypadkiem dowiedziałam się o twojej chorobie i miejscu pobytu. Wiedziałam, że wstąpiłeś do wojska; dziesiątki razy się zastanawiałam, co się z tobą dzieje i czy zjawisz się u nas, skoro wojna się skończyła. Oczywiście, przyszłam do ciebie, nie tracąc ani chwili. Tak mi przykro. - Tu pani Mason rozejrzała się za czymś do siedzenia, lecz na fotelach poniewierały się części garderoby i ekwipunku młodzieńca oraz resztki jego ostatniego posiłku. Poczciwa dama spoglądała na ten bałagan z piękną, niemą, współczującą ironią.
Młody człowiek leżał bez ruchu, nie odrywając wzroku od jej ładnej twarzy, gotów z rozkoszą i pokorą przyjąć każdą formę, w jaką zechciałaby oblec swe uczucia. - Jesteś pierwszą kobietą godną tego miana, którą widzę od nie wiem ilu miesięcy - wyznał, świadom kontrastu między jej postacią i wyglądem pokoju, niemalże czytając w jej myślach.
- Domyślam się. Zamierzam zastąpić ci tuzin kobiet. - Opróżniła jeden z foteli i przysunęła go do łóżka, po czym usiadła, zdjęła rękawiczkę i miękko pogłaskała dłoń krewniaka. - Aleś ty wyrósł i zmężniał! - ciągnęła. - A teraz powiedz, bardzo jesteś chory?
- O to musisz zapytać lekarza - powiedział Mason. - Właściwie nie wiem. Bardzo źle się czuję, przypuszczam jednak, że to częściowo z powodu mego położenia.
- Nie wątpię, że twoje położenie ponosi co najmniej połowę winy. Już rozmawiałam z lekarzem. Pani Van Zandt to moja stara przyjaciółka i kiedy jestem w mieście, zawsze do niej zaglądam. To od niej dowiedziałam się dziś rano, w jakim jesteś stanie. Najpierw cieszyłyśmy się z tego, że wreszcie będzie pokój; po czym, naturalnie, zaczęłyśmy lamentować, ilu to młodych ludzi będzie teraz musiało żyć bez kończyn, ze zrujnowanym zdrowiem. No i pani Van Zandt przykładowo wymieniła kilku pacjentów swego męża, między innymi ciebie: oto wspaniały młody człowiek, powiedziała, chory i nieszczęśliwy, pozbawiony rodziny i przyjaciół, którego jedynym schronieniem jest duszna klitka w zgiełkliwym hotelu. Możesz sobie wyobrazić, że od razu zastrzygłam uchem i zapytałam, jakie imię dano ci na chrzcie. Doktor Van Zandt, który zajrzał do nas, zaraz mi odpowiedział. Na szczęście imię masz niepospolite: niepodobna, by na świecie żyło dwóch Ferdinandów Masonów. Krótko mówiąc, domyśliłam się, że jesteś synem brata mego męża i że nareszcie ja również zyskałam skromną szansę, by pielęgnować jakiegoś bohatera. Doktor Van Zandt wiedział niewiele o tobie, ale to, co wiedział, zgadzało się z tym, co wiem ja, chociaż było mi przykro, że nigdy mu nie mówiłeś o naszym pokrewieństwie. Jednak właściwie po co miałbyś mówić? Teraz i tak będziesz musiał się do mnie przyznać. Żałuję, że nie wspomniałeś o tym wcześniej, tylko z tego względu, że doktor mógł nas skontaktować miesiąc temu i wtedy pewnie już byłbyś zdrowy.
- Musi minąć więcej niż miesiąc, żebym wyzdrowiał - rzekł Mason, uznając, że skoro pani Mason usilnie zamierza coś dla niego zrobić, to powinna poznać prawdziwy stan rzeczy. - Nigdy o tobie nie wspominałem, bo całkiem straciłem cię z oczu. Sądziłem, że wciąż jesteś w Europie, co więcej - dodał po chwili wahania - doszły mnie słuchy, że znów wyszłaś za mąż.
- Pewnie, że tak - rzekła pani Mason z niezmąconym spokojem. - Sama o tym słyszę co najmniej raz na miesiąc. A ja sądziłam, że ty się ożeniłeś, do czego miałam przecież większe podstawy. Jednak, dzięki Bogu, nic takiego nas nie dzieli. Oboje możemy robić, co chcemy. Obiecuję, że w miesiąc cię wyleczę, nawet wbrew twej woli.
- Jakie proponujesz lekarstwo? - zapytał młodzieniec z uśmiechem, nader uprzejmym, zważywszy na to, jak sceptycznie był nastawiony.
- Po pierwsze, zamierzam zabrać cię z tej okropnej nory. Omówiłam wszystko z doktorem Van Zandtem. Twierdzi, że musisz wyjechać na wieś. Drogi chłopcze, każdy by się tu wykończył - ruchliwy Broadway za oknem, druga taka ulica pod drzwiami! Posłuchaj. Mój dom stoi nad samą rzeką, o dwie godziny jazdy pociągiem. Wiesz, że nie mam dzieci, towarzyszy mi tylko siostrzenica, Caroline Hofmann. Przyjedziesz i zamieszkasz z nami, dopóki nie nabierzesz sił, choćby miało to trwać i dziesięć lat. Zapewniam ci zdrowe, świeże powietrze, odpowiednie jedzenie, porządną opiekę oraz przywiązanie rozsądnej kobiety. Ani słowa sprzeciwu! Będziesz robił, co zechcesz: będziesz wstawał, kiedy zechcesz, jadł, kiedy zechcesz, chodził spać, kiedy zechcesz, i mówił, co zechcesz. Nie będę niczego od ciebie wymagać, oprócz tego, byś pozwolił troskliwie się tobą zajmować. Przypominasz sobie, jak będąc jeszcze w szkole, po śmierci ojca zapadłeś na odrę i stryj zabrał cię do nas? Osobiście pomagałam opiekować się tobą i pamiętam, że nawet w chorobie miałeś doskonałe maniery. Stryj bardzo cię lubił i gdyby miał jakiś znaczniejszy majątek, z pewnością wymieniłby cię w testamencie. Ale naturalnie nie mógł nikomu zapisać pieniędzy własnej żony. To, co chciałabym dla ciebie zrobić, to tylko niewielka część tego, co on sam by zrobił, gdyby żył i wiedział, jaki byłeś dzielny i jak teraz cierpisz. A więc ustalone. Dziś po południu wracam do domu. Jutro rano przyślę ci służącego z instrukcjami. To Anglik, który doskonale zna swoją robotę; spakuje twoje rzeczy i wszystko za ciebie załatwi. Musisz tylko dać się ubrać i zawieźć na pociąg. Oczywiście wyjadę po ciebie na stację. Tylko nie mów, że nie czujesz się na siłach.
- Taki silny jak w tej chwili nie czułem się od wielu tygodni - odrzekł Mason. - Pewnie nie ma sensu, żebym ci dziękował.
- Najmniejszego. I tak bym nie słuchała. Podejrzewam - dodała pani Mason, rozglądając się po gołych ścianach i skąpym umeblowaniu - że płacisz niezłą sumkę za to gniazdko rozkoszy. Potrzebujesz pieniędzy?
Młody człowiek pokręcił głową.
- A więc dobrze - oznajmiła pani Mason kategorycznie. - Od tej chwili jesteś w moich rękach.
Mason leżał przejęty do głębi, niezdolny wykrztusić słowa; próbował jednak zapewnić ją o swej wdzięczności lekkim uściskiem palców. Dama podniosła się i chwilę stała przy łóżku, wciągając rękawiczkę z nikłym uśmieszkiem niespełnionej filantropki, która w końcu znalazła nieskończenie wdzięczny obiekt zainteresowania. Jej uśmiech odbił się w znużonym obliczu biednego Ferdinanda; nareszcie, po tylu latach, także o niego ktoś się zatroszczył. Pozwolił, by głowa opadła mu na poduszkę, w milczeniu wdychał woń spokojnej elegancji i dobrodusznej serdeczności stryjenki. Pragnął pochwycić jej suknię i prosić, by go nie opuszczała - teraz dopiero miał odczuć gorycz osamotnienia. Przypuszczam, że ta wzruszająca obawa - wzruszająca w dwójnasób u młodego, zniszczonego przez wojnę oficera - odmalowała się w jego oczach, gdyż przed odejściem pani Mason schyliła się i pocałowała go w czoło. Dosłyszał jeszcze szelest jej sukni na dywanie, cichy trzask zamykanych drzwi i oddalające się kroki, po czym zakrył twarz dłońmi, poddając się słabości, i wybuchnął szlochem niczym stęskniony uczniak. Przypomniano mu, jak piękne może być życie.
Sprawy potoczyły się tak, jak zamyśliła pani Mason. Nazajutrz o szóstej po południu Ferdinand znalazł się na małej stacyjce Hudson River Railroad, wyczerpany podróżą, niemniej podniecony perspektywą jej zakończenia. Pani Mason już na niego czekała w niskim faetonie ze stertą poduszek i pledów; Ferdinand usadowił się u jej boku i powóz ruszył pędem.
Pani Mason zajmowała obszerną rezydencję w wiejskim stylu, z podjazdem wijącym się wokół okrągłego trawnika i bujnej kępy krzewów. Gdy powóz zajechał przed ganek, w drzwiach pojawiła się młoda kobieta. Można wybaczyć Masonowi, że, niejako zaocznie, uznał się za przedstawionego; zanim się połapał - służący za jego plecami zmagał się z kufrem pod kierownictwem pani Mason - przyjął podane mu ramię i dał się poprowadzić przez hol do bawialni. Tam panna uprzejmie wskazała mu kanapę, którą dla jego użytku specjalnie kazała przysunąć do ognia, rozpalonego specjalnie dla jego wygody. Jednakże Mason nie zdołał skorzystać z tej uprzejmości; wiedziony nakazem rozsądku bezzwłocznie udał się do swego pokoju.
Następnego ranka wstał wcześnie i podjął próbę zejścia na śniadanie. Ale siły go zawiodły, z konieczności więc nieśpiesznie się ubrał i zadowolił przejściem z łóżka na fotel. Aby oszczędzić mu trudu chodzenia po schodach, celowo przeznaczono dla niego sypialnię na parterze - uroczy pokój z jasnym dywanem i jasno obitymi meblami, tchnący ową delikatną świeżością, która świadczy o niekwestionowanej władzy kobiet. Duże wysokie okno spowite w muślin i perkal wychodziło na zielony trawnik; przy oknie tym, owinięty w szlafrok, zatopiony w objęciach najmiększego z foteli, Mason powoli spożył prosty posiłek. Niebawem na trawniku przed oknem pojawiła się gospodyni i młody człowiek, pojmując, że to skrzydło domu wystawione jest na ciepłe promienie słońca, odważył się otworzyć okno, by z nią porozmawiać. Pani Mason przystanęła na trawie, osłonięta parasolką.
- Pora pomyśleć o lekarzu - powiedziała. - Najważniejszy tutaj jest doktor Gregory, przedstawiciel starej szkoły. Ale był u nas tylko raz, bo obie z siostrzenicą mamy zdrowie jak dziewki folwarczne. A i wtedy... cóż, wyszedł na durnia. Prowadzi praktykę głównie dla "starych rodzin", bo tylko on wie, jak leczyć niektóre staromodne, przestarzałe dolegliwości. Wszystko, co może być skutkiem wojny, całkowicie go przerasta. Poza tym jest okropnie niezdecydowany i gada o własnych chorobach a lui. Prawdę mówiąc, trochęśmy się przemówili, co poniekąd utrudnia stosunki.
- W takim razie w ogóle się nie nadaje - zaśmiał się Mason. - Ale chyba to nie jest wasz jedyny lekarz?
- Nie; jest jeszcze młody człowiek, nowy nabytek, niejaki doktor Knight, którego nie znam osobiście, ale o którym słyszałam same dobre rzeczy. Przyznaję, że jestem uprzedzona, na korzyść młodych ludzi. Doktor Knight musi dopiero wyrobić sobie pozycję, więc przypuszczalnie będzie szczególnie uważny i staranny. Poza tym wydaje mi się, że był felczerem wojskowym.
- Znałem kogoś o tym nazwisku - rzekł Mason. - Ciekawe, czy to on. Nazywał się Horace Knight, był jasnowłosy i krótkowzroczny.
- Nie wiem - rzekła pani Mason - może Caroline coś wie. - Cofnęła się o kilka kroków i zawołała do okna na piętrze: - Caroline, jak ma na imię doktor Knight?
- Nie mam najmniejszego pojęcia - dobiegły Masona słowa panny Hofmann.
- Może Horace?
- Nie wiem.
- To blondyn czy brunet?
- Nie widziałam go na oczy.
- Czy ma krótki wzrok?
- Skąd, u licha, miałabym wiedzieć?
- Wydaje mi się, że wszyscy są siebie warci - zażartował Ferdinand. - Przy tobie, droga stryjenko, jakie znaczenie ma lekarz?
A zatem pani Mason posłała po doktora Knighta, który rzeczywiście okazał się dawnym znajomym jej bratanka. I chociaż młodych ludzi nie łączyła zbyt duża zażyłość, lecz jedynie powierzchowne koleżeństwo po zimie spędzonej na sąsiednich kwaterach, bardzo się ucieszyli z ponownego spotkania. Horace Knight, młodzieniec o dobrym pochodzeniu, dobrym wyglądzie, dobrych kwalifikacjach i dobrych intencjach, po trzech latach praktyki chirurgicznej w wojsku postanowił poszukać szczęścia w sąsiedztwie pani Mason. Jego matka, wdowa z niewielką rentą, ostatnio dla oszczędności przeniosła się na wieś i syn nie chciał zostawiać jej samej. Okoliczne tereny dla człowieka obdarzonego energią stanowiły bardzo obiecujące łowiska, gęsto obsadzone dużymi rodzinami o sporych dochodach i owych konserwatywnych nawykach, które każą ludziom wysoko cenić opiekę medyczną. Co więcej, miejscowy lekarz dni świetności miał już za sobą i być może zarzuty pani Mason, jakoby nie nadążał za "rozwojem nowych schorzeń", nie były całkiem bezpodstawne; w rzeczy samej, dla niego i jego starych pacjentów świat stał się aż nazbyt nowy. Zainwestowane na Południu pieniądze, cenne źródło dochodów, wojna połknęła jednym haustem; stary doktor zrobił się lękliwy, nerwowy i kwękający; w kilku ważnych sytuacjach utracił pewność siebie, a także okulary; wielokrotnie jaskrawo się pomylił; w sercach jego pacjentów zagościło długotrwałe niezadowolenie; nie miał konkurencji; słowem, fortuna sprzyjała doktorowi Knightowi. Mason, który pamiętał młodego chirurga jako pogodnego, bystrego towarzysza, wkrótce nabrał przekonania, że również jego talentom medycznym nie można nic zarzucić. Lekarz szybko się zorientował, co dolega Ferdinandowi, zadawał inteligentne pytania i udzielał prostych, dokładnych wskazówek. Choroba była zadawniona i zjadliwa, lecz nie istniał żaden wyraźny powód, by z pomocą starannej opieki i rozwagi nie dało się jej opanować.
- Znacznie opadłeś z sił - oznajmił Knight przed wyjściem, biorąc rękawiczki i kapelusz - ale chyba masz bardzo odporny organizm. Jednak wydaje mi się, wybacz, że to mówię, że stoczyłeś się tak nisko po części z własnej winy. W ogóle nie stawiałeś oporu; nie dbałeś o to, czy wyzdrowiejesz.
- Przyznaję, że nie... nieszczególnie. Ale nie rozumiem, skąd o tym wiesz.
- Przecież to się rzuca w oczy.
- Cóż, to chyba naturalne. Zanim odnalazła mnie pani Mason, byłem na świecie sam jak palec. Samotność sprawiła, że wszystkiego mi się odechciało. Niemal zapomniałem, czym się różni choroba od zdrowia. Nie miałem przed sobą niczego, co by mi przypomniało, w namacalnej formie, jak ogromna jest masa wspólnych ludzkich spraw, w imię których człowiek - bez względu na to, jak nazywa ów odruch - pragnie zachować zdrowie i odzyskać siły po chorobie. Zapomniałem, że kiedyś obchodziły mnie książki i idee, zapomniałem o wszystkim, chciałem tylko ratować swój nieszczęsny zewłok. Tymczasem ten zewłok stał się zbyt nieszczęsny, by warto było dla niego żyć. W zastraszającym tempie traciłem czas i pieniądze; pogarszało mi się, zamiast się polepszać; w końcu porzuciłem wszelki opór. Wydawało mi się, że lepiej umrzeć łatwo niż z trudnością. Wszystko to mówię w czasie przeszłym, gdyż przez kilka ostatnich dni stałem się zupełnie nowym człowiekiem.
- Serdecznie żałuję, że nic o tobie nie wiedziałem - rzekł Knight. - Zmusiłbym cię, byś choć wrócił ze mną do domu. Rzeczywiście, perspektywy nie były różowe, ale co powiesz teraz? - ciągnął, rozglądając się po pokoju. - Powiedziałbym, że w chwili obecnej kolor różowy przeważa.
Mason przytaknął z wymownym uśmiechem.
- Gratuluję ci z całego serca. Pani Mason, pozwól, że ją pochwalę, jest tak do gruntu (i, jak mniemam, nieuleczalnie) poczciwa, że jej niezwykły rozsądek stanowi nie lada niespodziankę.
- Owszem - potwierdził Ferdinand - a w lepszych chwilach przejawia taki rozsądek i stanowczość, że nie lada niespodzianką jest jej poczciwość. To wspaniała kobieta.
- A już twój służący to szczególny dar losu. Wygląda, jakby wyszedł z jakiejś angielskiej powieści.
- Szczególny dar losu? Czyli nie widziałeś jeszcze panny Hofmann?
- Owszem, spotkałem ją w holu. Ona wygląda, jakby wyszła z jakiejś amerykańskiej powieści, choć nie jestem pewien, czy to wielki komplement. Tak czy inaczej, zmusiłem ją, by z niej wyszła.
- A zatem honor nakazuje - zaśmiał się Mason - abyś umieścił ją w innej.
Doktor nie musiał umacniać Masona w przekonaniu o nowo nabytym szczęściu. Młody człowiek uznał, że będzie sam sobie winien, jeśli te dni nie staną się najrozkoszniejszym czasem w jego życiu; toteż postanowił bez reszty poddać się swym wrażeniom - i po prostu wegetować. Już sama choroba stanowiła wystarczający powód długotrwałej gnuśności umysłowej, ale Mason miał też inne motywy. Przez ostatnie trzy lata nieprzerwanie znosił męczarnie obowiązku. Wciąż brał udział w ciężkich walkach, jednak tak fortunnie, że nie odniósł żadnej poważnej rany; toteż dopóki nie podupadł na zdrowiu, brał urlop rzadziej niż jakikolwiek znany mu oficer. Obdarzony wielkim stoicyzmem i pewnym typem opanowania - zdolnością przystosowania się do faktów dokonanych, bez względu na ich kierunek - w głębi duszy był jednak człowiekiem osobliwie nerwowym i skrupulatnym. Przy tych nielicznych okazjach, gdy przebywał z dala od teatru swych działań wojskowych, tak dotkliwie cierpiał z niepokoju, iż wydarzyło się lub zaraz wydarzy się coś, w czym on, ku swej wiecznej udręce, nie uczestniczy i na co nie ma wpływu, że właściwie nie potrafił cieszyć się wypoczynkiem. Co więcej, ciągłą zadrę stanowiło dlań poczucie traconego czasu - poczucie, że bezpowrotnie mijają cenne godziny, w czasie których, przykładając się do pracy, można by niemal wybudować pomnik trwalszy od spiżu. Próbował w miarę możności rozbroić tę myśl, w przerwach między zajęciami zawodowymi wytrwale czytając i studiując. Przytaczam ten fakt po prostu jako dowód na to, jak nieprzerwanie surowe życie wiódł już na długo przed zachorowaniem; lecz w istocie mógłbym potroić ten okres, zerkając na lata jego studiów i kilka pracowitych miesięcy między schyłkiem młodości i wybuchem wojny. Mason zawsze pracował; po pierwsze, lubił pracować, po drugie, całkowity brak więzów rodzinnych pozwolił mu zaspokajać to upodobanie bez przeszkód i dystrakcji. Ta okoliczność stanowiła dlań zysk, a zarazem poważną stratę. W dwudziestym siódmym roku życia był już w swoim kręgu szanowanym uczonym, jednak pozostał zupełnym durniem w pewnych kwestiach towarzyskich. Nie miał pojęcia o tych wszystkich lżejszych, bardziej ulotnych formach obcowania z ludźmi, które są związane z byciem czyimś synem, bratem, kuzynem. I oto nareszcie, jak sam siebie napominał, miał odkryć, co to znaczy być bratankiem czyjegoś męża. Pani Mason zamierzała mu wyjaśnić sens przymiotnika "domowy" - i doprawdy, trudno byłoby to zrobić w przyjemniejszy sposób. Wydawało się, że Mason nauczy się czegoś, po prostu zachowując bezczynność, i że opuści ten dom nie tylko lepszy, ale i mądrzejszy; a dzięki owemu wzmożeniu zdolności, które towarzyszy narodzinom szczerego i rozumnego przywiązania, stało się prawdopodobne, że pod tym przynajmniej względem się nie rozczaruje. Starczyło kilku dni, by ujawniły się przed nim wspaniałe zalety jego gospodyni - jej wielkie, ciepłe serce, rozumna rozwaga, dobry humor, dobry gust, ogromny zasób wspomnień i doświadczeń, a przede wszystkim skłonność do swego rodzaju namiętnego oddania, któremu los bezdzietnej wdowy nie dał dotąd należytego ujścia. Tak więc wywiązała się między nimi przyjaźń, rokująca obojgu szczęście w takim stopniu, w jakim szczęściu sprzyja każdy przyjacielski związek. Jestem zmuszony poprzestać na tej prostej konstatacji, choć gdybym snuł tę opowieść z punktu widzenia pani Mason, stwierdzenie, że owa dama świadomie i solennie przelała swą sympatię na naszego bohatera, zapewne dałoby się znakomicie rozwinąć. Jako osoba wybitna i czarująca miała pełne prawo czerpać głęboką przyjemność z wyrozumiałej - lecz nie nazbyt wyrozumiałej - oceny swego gościa. Rozgryzła go - tym lepiej dla niej. A jeszcze lepiej dla niego, co oczywiście stanowi kluczowy fakt mojej opowieści: fakt ten Mason uświadomił sobie tak szybko i gruntownie, że wkrótce był w stanie wypchnąć go ze swych myśli do sfery mu należnej - do własnego życia.
Nowy Jork Henry'ego Jamesa
Henry James właściwie już na samym początku literackiej kariery wyraźnie określił swoje stanowisko. Nie zamierzał być pisarzem zaangażowanym ani komentatorem społecznym - zamierzał wnikać pod podszewkę zjawisk, badać zawiłości i kaprysy uczuć w związkach między ludźmi, a zwłaszcza między mężczyznami i kobietami. Ale uporczywe motywy twórczości Jamesa, takie jak chciwość i obłuda, rozczarowanie i wyrzeczenie, pojawiały się także w prywatnej sferze jego życia; i to za sprawą jego talentu sfera ta wydaje się dzisiaj bardziej dramatyczna i rozleglejsza niż wszelka przestrzeń zamieszkana przez władzę lub biznes.
Sam James był postacią skomplikowaną, niejednoznaczną i tajemniczą; wiele nurtujących go problemów najwyraźniej nie doczekało się rozstrzygnięcia. Osobowość pisarza, podobnie jak styl jego późnej prozy, należały do świata, w którym nic nie da się łatwo nazwać, niuans jest bardziej namacalny od faktu, a migotanie świadomości ciekawsze niż konkretna wiedza. James, nade wszystko, był powściągliwy. Jako artysta absolutny, w literaturze eksplorował głównie architekturę i ton; specjalizował się w tym, co rozważne, przemyślane i poddane kontroli, i bynajmniej nie pragnął obnażać przed czytelnikiem duszy.
Niemniej, czytając między wierszami utworów Jamesa w poszukiwaniu wskazówek, można wychwycić momenty, w których autor jest bliski zdjęcia maski. Niektóre opowiadania, pisane w pośpiechu i dla pieniędzy, być może zdradzają więcej, niż zamierzał. Częściej niż w powieściach zdarzają się tu pęknięcia w ciężkiej zbroi, chroniącej seksualność pisarza, na mgnienie oka ukazujące jego najgłębsze i najmroczniejsze obawy. Takie opowiadania to między innymi Wychowanek1, Bestia w dżungli2 oraz Autor "Beltraffia"3 - historie ostrożne i wyważone, które jednak wyraźnie dowodzą, że tematy zakazanej miłości czy chybionej lojalności nadzwyczaj Jamesa interesowały, podobnie jak problem oziębłości płciowej.
A zatem możliwe jest wyśledzenie wysiłków Jamesa - niekiedy nieświadomych i bezwiednych, najczęściej jednak całkiem celowych - aby ukryć i jednocześnie zgłębić kwestie dlań istotne, lecz kłopotliwe. Na przykład, idąc tropem zawartych w jego bogatej spuściznie odniesień do Anglii, Irlandii, brata - Williama - czy powieściopisarki George Eliot, można odkryć spore obszary wahań i niejednoznaczności, a także dziwnie sprzeczne tezy, dowodzące, że sprawy te były dla Jamesa bardzo ważne, tak ważne, że pojawiają się w wielu odsłonach i przebraniach.
Pierwszorzędnym przykładem takiego obszaru, którego granice pozostały zatarte, a topografia nieokreślona, jest Nowy Jork. Utwory Jamesa o Nowym Jorku ujawniają przede wszystkim gniew, niepodobny do żadnego innego Jamesowskiego gniewu, gniew wywołany tym wszystkim, co mu odebrano - jak postąpiono, w imię komercji i materialnego postępu, z miastem, które kiedyś znał. Nie jest to wszakże zwykły gniew z powodu destrukcji rzeczy pięknych i znajomych; to uczucie znacznie dziwniejsze i bardziej skomplikowane, zasługujące na większą uwagę.
Wspomnienia z pierwszych czternastu lat życia pisarza, A Small Boy and Others [Mały chłopiec i inni], które sześćdziesięcioośmioletni James opublikował w roku 1913, rok po śmierci swego brata Williama, odznaczają się intensywną drobiazgowością. Większość z przywołanych tam widoków i scen rozgrywa się w Nowym Jorku lat 1848-1855, w okresie między sprowadzeniem się rodziny Jamesów do miasta a ich wyjazdem do Europy. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że autor nie dysponował zapiskami, listami ani pamiętnikami z tego czasu, zaskakująca jest świeżość i szczegółowość reminiscencji, liczba zapamiętanych nazwisk - między innymi nauczycieli i aktorów - wyrazistość, z jaką oddane są miejsca i nastroje, precyzyjne opisy zapachów, widoków i wydarzeń, w tym licznych przedstawień i spektakli w nowojorskich teatrach owej epoki. "Nie utraciłem nic z tego, co widziałem - notował - i chociaż teraz nie bardzo potrafię rozdzielić całość na poszczególne zdarzenia, rozmaite sytuacje, o dziwo, przychodzą do mnie całymi chmarami".
Wydaje się, że Nowy Jork, który pisarz oglądał między piątym a dwunastym rokiem życia, pozostał w jego pamięci znieruchomiały, zastygły, doskonały. Nie przyglądał się zachodzącym w mieście zmianom, nie uczestniczył w jego rozwoju. Ukształtowany przez ten kawałek świata, nigdy nie potrafił już znaleźć miejsca, które mógłby nazwać tak fundamentalnie swoim; aż do roku 1897, kiedy podpisał umowę dzierżawy Lamb House w angielskim mieście Rye, nie posiadał żadnego domu na własność. Zabrano mu Nowy Jork, lecz w zamian nie dano nic oprócz pokoi hotelowych i tymczasowych mieszkań - ten fakt być może tłumaczy niemal obsesyjny entuzjazm, z jakim dążył do objęcia Lamb House, oraz ulgę, gdy mu się powiodło. W rzeczy samej, na rok przed kupnem tej posiadłości napisał powieść The Spoils of Poynton, dramatyczną historię zdobycia i utraty ukochanego przez bohatera domostwa; a zaraz po podpisaniu aktu notarialnego stworzył W kleszczach lęku4, powieść o samotnym człowieku, usiłującym zamieszkać w domu, który jest już zajęty.
Nowy Jork po 1855 roku był dla niego stracony nie tylko dlatego - co uświadomił sobie po wielu latach - że jego ojciec postanowił zabrać stamtąd rodzinę, lecz także z powodu przemian metropolii, nieodwracalnych i przytłaczających. W mieście jego marzeń powstawał nowy świat - w mieście, gdzie ukochał przede wszystkim okolice domu pod numerem 58 przy Fourteenth West Street, który ujrzał pierwszy raz, "towarzysząc ojcu podczas popołudniowej wizyty w jednej z tamtejszych lekko już spatynowanych rezydencji po stronie południowej, w pobliżu Szóstej Alei. To był "nasz" dom, niedawno kupiony... miejsce, które na bardzo długo miało stać się dla mnie jakby kotwicowiskiem duszy".
Nowy Jork Henry'ego Jamesa, kraj lat dziecinnych, "niewielki, ciepły, zamglony, jednorodny Nowy Jork połowy stulecia", rozciągał się między Piątą i Szóstą Aleją, od placu Waszyngtona - gdzie mieszkała jego babka po kądzieli - na wschód aż do Union Square, wówczas jeszcze otoczonego wysokim ogrodzeniem. W pobliżu zamieszkiwali członkowie rozległej rodziny Jamesów, między innymi Helen, kuzynka matki pisarza. "Dostrzegałem w niej moc i prostotę wcześniejszego, spokojniejszego świata; Nowego Jorku lepszych manier, lepszych obyczajów i bardziej szczerych przekonań" - wspominał James, odnotowując: "Jej dobroć w pewien sposób świadczy o poziomie całej społeczności, wyjątkowym skupisku cnót osobistych". Jego wspomnienia stały się zatem elegią nie tylko dla utraconego dzieciństwa, lecz także dla zbioru wartości, który uległ erozji z chwilą, gdy niewielkie miasteczko, po którym mógł swobodnie krążyć, przeobraziło się w wielką metropolię. "Jakże charakter - wzdychał, widząc zachodzące w mieście zmiany - zatraca się w ilości".
W miarę jak James dorastał, pozwalano mu zapuszczać się coraz dalej. Pamiętał
nasz dom przy Fourteenth Street [...] a za nim topole, prosiaki, kury oraz dwie lub trzy "chatki irlandzkie", graniczące z bardzo pięknym holenderskim domem, ostatnim w szeregu, niemal wśród ogrodów i zagajników - miejsce, gdzie oddech przestrzeni wciąż był wyczuwalny dzięki rozmiarom posesji i luźnej zabudowie; niemal zupełny brak tych walorów sprawia, że obecny wygląd Nowego Jorku cechuje powszechna klęska "stylu".
Razem z bratem wędrowali po Broadwayu "niczym doskonali mali światowcy; zapewne puszczano nas, byśmy rozprostowali kości i przewietrzyli płuca, co nie miało wpływu na swobodę naszych przyjść i wyjść wcześniej lub później... Broadway musiał wówczas przypominać ścieżkę w rajskim ogrodzie".
W owym mieście, połączeniu zapamiętanego raju i klęski stylu, James osadził akcję ośmiu opowiadań i jednej powieści; również znaczna część jego książki American Scene [Scena amerykańska], o kilka lat poprzedzającej autobiografię, poświęcona jest Nowemu Jorkowi. W utworach beletrystycznych nie zamierzał jednakże kreślić historii miasta ani uczuć, jakie budził w nim jego rozwój; wszelkie wzmianki o stosunku autora do metropolii poczynione są jakby mimochodem. Na pierwszym planie znajdują się postacie bardziej rzeczywiste, o potrzebach pilniejszych niż wapno i cegły.
*
W miarę jak poszerzały się jego pisarskie horyzonty i ambicje, Henry James stawał się wręcz wyjątkowo wyczulony na nikłość amerykańskiego doświadczenia. Słynny jest spis umieszczony w książce o Hawthornie z roku 1879, wyszczególniający wszystko, czego nie ma w życiu Amerykanów:
Nie ma monarchy, nie ma dworu, nie ma osobistej lojalności, nie ma kościoła, nie ma kleru, nie ma armii, nie ma służby dyplomatycznej, nie ma ziemiaństwa, nie ma pałaców, nie ma zamków, nie ma posiadłości, nie ma starych wiejskich domów, nie ma plebanii, nie ma chat krytych strzechą, nie ma obrośniętych bluszczem ruin; nie ma katedr, nie ma opactw, nie ma normańskich kościółków; nie ma wielkich uniwersytetów, nie ma szkół publicznych - Oksfordu, Eton ani Harrow; nie ma literatury, nie ma powieści, nie ma muzeów, nie ma obrazów, nie ma klasy politycznej, nie ma sportowców.
Jednakże osiem lat wcześniej pisał w liście do Charlesa Nortona Eliota: "Być Amerykaninem to skomplikowany los, z którym wiąże się między innymi obowiązek zwalczania zabobonnych ocen Europy".
James poruszał się zatem w szczelinie między Ameryką jako nietkniętą przez tradycję ziemią jałową oraz Ameryką jako wielką szansą dla powieściopisarza, którego fascynuje złożoność świata. Dlatego też w pierwszym opowiadaniu nowojorskim, Historia pewnego arcydzieła, opublikowanym przez pismo "Galaxy" w roku 1868, gdy autor miał lat dwadzieścia pięć, jego bohater może być człowiekiem wybrednym, a miasto - miejscem, gdzie taki człowiek ociera się o artystów, z których jeden namaluje "najlepszy portret, jaki powstał w Ameryce". Tu i ówdzie James zaczyna prezentować również swój pogląd na kobiety jako osoby nie zawsze godne zaufania oraz na miłość jako utratę równowagi. We wspomnianym opowiadaniu malarzowi udaje się przedstawić prawdziwą naturę bohaterki, Marian Everett, i z tego powodu ubiegający się o jej rękę John Lennox musi zniszczyć obraz. Recenzent tygodnika "The Nation" pisał z uznaniem: "W wąskich granicach, jakie sobie wyznaczył, pan James [...] pisze najlepsze opowiadania w Ameryce".
James stworzył przedtem zaledwie sześć opowiadań. Dwa najobszerniejsze, The Story of a Year [Historia pewnego roku] oraz Poor Richard [Biedny Richard], były pokłosiem wojny secesyjnej, a dokładniej relacji między mężczyznami, który walczyli na wojnie, i kobietami, które zostały w domu. Dziewiąte z kolei opowiadanie, Niezwykły przypadek, wydrukowane w "The Atlantic Monthly" w kwietniu 1868 roku, jest dramatycznym rozwinięciem tego samego tematu.
Historia rozpoczyna się "na poddaszu jednego z wielkich nowojorskich hoteli", w "obskurnej klitce", zajmowanej przez rannego na wojnie secesyjnej Masona, którego dolegliwości, aczkolwiek poważne, nie są do końca sprecyzowane. To jedno z tych opowiadań nowojorskich Jamesa, w których protagonista bezwzględnie musi opuścić miasto - czuje się tu zbyt samotny, zbyt niezdrowy albo jest mu zwyczajnie za gorąco. Pisarz po prostu nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby wyzdrowieć z jakiejkolwiek choroby w mieście, które on sam utracił, toteż Mason rychło zostaje przeniesiony do podmiejskiej posiadłości nad rzeką Hudson. Na uwagę, że panna Hofmann, siostrzenica gospodyni, "wygląda, jakby wyszła z jakiejś amerykańskiej powieści, choć nie jestem pewien, czy to wielki komplement", Mason odpowiada: "A zatem honor nakazuje [...], byś umieścił ją w innej". Bohaterka ta jest godna wzmianki także dlatego, że odnosi się do niej najbardziej nieamerykańskie zdanie w dotychczasowej karierze Jamesa: "Obecnie miała lat dwadzieścia sześć i była piękną, starannie wykształconą młodą damą au mieux ze swoim bankierem".
Jako rozwijający się pisarz, James był poważnie au mieux ze sceną zyskania świadomości, w której postronny obserwator, patrząc na postacie, dedukuje z gestów, ruchów i chwil milczenia, co się między nimi dzieje. Taka jest dramaturgiczna oś jego powieści Portret damy5 oraz Ambasadorowie6 - zamysł po raz pierwszy zastosowany w Niezwykłym przypadku, napisanym, kiedy autor miał dwadzieścia pięć lat. Mason, dochodzący do zdrowia pod opieką zdolnego lekarza, wchodzi do pokoju, gdzie panna Hofmann zasiada przy fortepianie, i widzi, że "jakiś dżentelmen, wsparty o wieko, stoi zwrócony plecami do okna, zasłaniając przed wzrokiem Masona jej twarz [...]. Panowało nienaturalne, wręcz przykre milczenie". Ostatecznie rękę panny Hofmann zdobywa wspomniany lekarz; pod koniec opowieści Mason, zauważywszy, że tych dwoje wymienia "pełne treści spojrzenie", ponownie zapada na zdrowiu, a świadomość głębokiej więzi między nimi przyspiesza jego śmierć.
W historii tej, podobnie jak w The Story of a Year, ujawnia się zainteresowanie Jatmesa problematyką chorób i zranień, któremu autor da wyraz w wielu późniejszych utworach, począwszy od przypadku Ralpha Touchetta w Portrecie damy, po Milly Teale w Skrzydłach gołębicy7. Mason, podobnie jak Oliver Wendell Holmes, zostaje ranny w wojnie secesyjnej, okazuje się jednak, że jego wyzdrowienie jest uzależnione od szczęścia osobistego. Nieodwzajemnione uczucie powoduje śmiertelny nawrót choroby - w świecie wczesnego Jamesa wciąż jeszcze można było umrzeć z miłości. Opowiadanie Niezwykły przypadek zdobyło uznanie również brata Henry'ego, Williama, który był najsurowszym krytykiem w całej karierze autora. "Twój styl - ocenia w liście William - w miarę pisania staje się swobodniejszy, pewniejszy, bardziej zwięzły [...] cała historia nabiera jasności i blasku".
Stałość Crawforda, kolejne opowiadanie nowojorskie, ukazało się w miesięczniku "Scribner's Monthly" w sierpniu 1876 roku, kilka miesięcy przed przeprowadzką Jamesa z Paryża do Londynu. Za utwór ten oraz za The Ghostly Rental [Upiorny najem] zapłacono mu trzysta dolarów. "Niedawno wysłałem Scribnerowi dwa drobiazgi - pisał autor do ojca w kwietniu 1876 roku z mieszkania przy Rue du Luxembourg - które ujrzysz w druku i, mam nadzieję, ocenisz zgodnie z ich aspiracjami, które są bardzo niewielkie". Stałość Crawforda, opowieść, której James za życia nie zamieścił w żadnym tomie, gra na elegijnej, wspomnieniowej strunie dzięki sugestii, że akcja rozgrywa się w latach czterdziestych XIX wieku. Na przykład, gdy Crawford z narratorem przechadzają się po sielskich obrzeżach miasta, ten ostatni nadmienia, że "w owych czasach nowojorczycy mogli chodzić na spacery na wieś". Crawford "w owych czasach" był majętnym człowiekiem, zamierzającym poślubić piękną, lecz niemającą grosza przy duszy pannę Ingram, która zawsze budziła w narratorze "niejasne uczucie nieufności". Panna Ingram odrzuca konkurenta, ale następnie zapada na ospę wietrzną, po czym James pozwala narratorowi na wysoce niesmaczny komentarz: "Kilka miesięcy później ujrzałem na ulicy dziewczynę spowitą gęstą czarną woalką, pod którą ledwie rozpoznałem całkowicie zrujnowaną twarz. Szła między ojcem i matką, których oblicza były prawie tak samo zniszczone jak jej własne".
Crawford wkrótce po odrzuceniu popełnia mezalians, traci cały majątek i w końcu pada ofiarą własnej żony - zepchnięty przez nią ze schodów łamie nogę. Narrator nie może uwierzyć, by kiedykolwiek do niej wrócił, Crawford jednak - podobnie jak Isabel Archer w powieści Portret damy, którą James zaczął pisać kilka lat później - postanawia wytrwać w małżeństwie, odrzucając szansę łatwej wolności.
*
Epizod międzynarodowy, stanowiący coś w rodzaju dopełnienia wydanej pół roku wcześniej powieści Daisy Miller, po raz pierwszy ukazał się drukiem w "Cornhill Magazine" w grudniu 1878 i styczniu 1879 roku. Dwaj młodzi Anglicy - w tym dziedzic szlacheckiego tytułu i fortuny - przybywają do Nowego Jorku, który dyszy w letnim upale. Jako twory literackie są oni beznadziejnie przeciętni, niekiedy nawet głupi, wyczuleni wyłącznie na własną pozycję oraz na nowość i dziwność Nowego Świata. Gorące lato dostarcza wszakże Jamesowi pretekstu, by zastosować regułę wymyśloną na użytek Niezwykłego przypadku: w mieście akcja może co najwyżej się zawiązać, ale nigdy - rozwinąć. Znajomy młodzieńców z Nowego Jorku, niejaki J.L. Westgate, to jeden z nielicznych bohaterów Jamesa, który naprawdę pracuje i cały dzień spędza w biurze. Ale żona i szwagierka Westgate'a przebywają w Newport, toteż czytelnik wyraźnie wyczuwa, że Jamesa aż korci, by jak najprędzej usunąć młodych bohaterów z zasięgu "złowieszczego brzęczenia komarów" w odstręczającej i niegościnnej metropolii i przenieść ich do Newport, ze świata dorobkiewicza Westgate'a do świata nieśpiesznej swobody, gdzie królują amerykańskie kobiety pod wodzą szwagierki Westgate'a, panny Alden. Są to kobiety śmiałe, bystre, czarujące, ciekawe i pewne siebie, nic więc dziwnego, że młody angielski lord, przywykły do sztywniejszego towarzystwa, natychmiast wpada jak śliwka w kompot i zakochuje się po uszy.
Panna Alden to przeciwieństwo Daisy Miller: zbyt inteligentna, by ponieść klęskę, łamie reguły dlatego, że naprawdę ich nie szanuje, a nie z powodu jakiejkolwiek słabości. Anglicy przedstawieni są jako istoty snobistyczne, bezmyślne i źle wychowane, rasa, która wszystko marnotrawi - Amerykanie, przeciwnie, są demokratyczni i gościnni. Nic więc dziwnego, że gwałtowny atak przypuściła na autora opowiadania pani F.H. Hill, żona redaktora "The Daily News", znana autorowi z Londynu. "Pani Hill - pisze Leon Edel - zarzuciła Jamesowi karykaturalny opis członków angielskiej szlachty i wkładanie im w usta słów, których nigdy by nie wypowiedzieli. Henry, jak rzadko, udzielił odpowiedzi, gdyż znał tę panią, a jego list stanowi mistrzowską obronę samego utworu oraz kunsztu pisarza. To jedyny zachowany list, jaki kiedykolwiek napisał do recenzenta". Człowiek w moim położeniu - pisał James do pani Hill -
uprawiający takie pisarstwo jak ja, często czuje się zmuszony zaprotestować przeciwko ekstrapolacji jego idei, jakiej w wielu przypadkach z pewnością oddają się czytelnicy. Można bez końca tworzyć postacie bez zamiaru tworzenia uogólnień - uogólnień, których ja przynajmniej panicznie się boję. Pisząc, że dwie Angielki robią coś niemiłego - cela c'est vu; przepraszam! - z miejsca staję się odpowiedzialny za przedstawienie w złym świetle angielskich manier! Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa na żaden temat - wysubtelniam i analizuję w nieskończoność, a z bożą pomocą będę żył dostatecznie długo, by przedstawiać najrozmaitsze rzeczy na najrozmaitsze sposoby. Aby - pośród tego wszystkiego - odnaleźć mój końcowy wniosek o czymkolwiek, potrzebny byłby ktoś znacznie mądrzejszy ode mnie. A skoro już o tym mowa, to strasznie kłopotliwe być Amerykaninem! Trollope, Thackeray, Dickens, prawda, że obdarzeni bezwzględnym talentem, mogli swobodnie kreślić tysiące różnych niepochlebnych obrazków z życia Anglików. Lecz ja, tworząc choćby jeden, z miejsca narażam się na kryminalne zarzuty - oraz ponure pogłoski o tym, co myślę o angielskim społeczeństwie. Myślę o większej liczbie spraw, niż podejmuję się opowiedzieć na czterdziestu stronicach "Cornhill"; może któregoś dnia zajmę więcej stron, opiszę niektóre z nich i wówczas, mam nadzieję, każdy znajdzie coś dla siebie! Tymczasem jednak zamierzam, tak jak dotąd, kreślić mnóstwo obrazków niemiłych Amerykanów - a żaden przyjazny mi Brytyjczyk nie dojrzy w tym nic złego, gdyż uzna to za część naturalnego porządku rzeczy.
W styczniu 1879 roku James zwierzał się swej przyjaciółce Grace Norton z Bostonu: "Być może zainteresuje Cię wiadomość, że, jak słyszę, kilku tutejszych znajomych poczuło się dotkniętych moim małym Epizodem międzynarodowym. Zadziwiające, prawda? Dopóki dla ich uciechy serwuje się Amerykanów, dopóty wszystko jest w najlepszym porządku - ale ręce precz od świętych tubylców. Wydaje mi się, że chyba naprawdę są bardziej przewrażliwieni od nas!". Dwa tygodnie później w liście do matki pisarz deklarował: "Moim osobistym zdaniem byłem bardzo delikatny; niemniej w przyszłości będę unikał śliskiego gruntu".
Pod koniec tego samego roku, gdy ukazała się książka o Hawthornie, James odkrył, że Amerykanie także potrafią być przewrażliwieni. Zaatakowali go krytycy zarówno z Nowego Jorku, jak i Bostonu ("gdakanie stadka kurek preriowych", uznał pisarz), między innymi zaprzyjaźniony z nim William Dean Howells, którego recenzja, aczkolwiek łagodniejsza w tonie, wyrażała opinie dość kąśliwe: "Nawet bez silnego proroczego szkiełka da się przewidzieć, że pan James w pewnych kręgach zostanie wkrótce oskarżony o zdradę stanu". Na zarzut Jamesa, że Hawthorne był pisarzem prowincjonalnym, Howells replikował: "Skoro Anglik nie jest prowincjonalny, będąc Anglikiem, a Francuz - będąc Francuzem, to i Amerykanin nie jest prowincjonalny, będąc Amerykaninem; a skoro Hawthorne był "cudownie prowincjonalny", to chyba lepiej aspirować do uniwersalizmu z nim niż z jakimkolwiek londyńczykiem czy paryżaninem tej epoki". I posłał swoją recenzję Jamesowi.
Ten wszakże pozostał nieskruszony.
Sądzę, że bardzo rosyjski Rosjanin czy bardzo portugalski Portugalczyk to szczyt prowincjonalizmu; z tego prostego powodu, że pewne typy narodowe są zasadniczo i z natury rzeczy prowincjonalne. W mniejszym jeszcze stopniu podzielam Twój sprzeciw wobec idei, że trzeba starej cywilizacji, by uruchomić pisarza - moim zdaniem, to stwierdzenie to wręcz truizm.
W tym samym liście James wspomina o "marnej historyjce w trzech kawałkach - czysto amerykańskiej opowiastce, przy której pisaniu dotkliwie odczuwałem brak "rekwizytów"", mającej się wkrótce ukazać w odcinkach w "Cornhill Magazine". Rzeczone rekwizyty, wymienione w liście, to "obyczaje, przyzwyczajenia, nawyki, uzusy, formy, wszystkie te dojrzałe i zasiedziałe twory, którymi karmi się powieściopisarz - jest to surowiec, z którego wyrabia swoje utwory", a "marna historyjka" to Plac Waszyngtona. I choć wiadomo, że przedstawiając książkę Howellsowi, James starał się być skromny (w ogóle miał skłonność do autoironii w stosunku do własnej twórczości), wydaje się, że trochę nie docenił tego opowiadania. To niewątpliwie najlepszy z jego krótkich utworów i również jedna z najlepszych książek, która jako pierwsza ukazała się w odcinkach jednocześnie po obu stronach Atlantyku, dzięki czemu autor mógł swobodnie przeznaczyć więcej czasu na pracę nad powieścią Portret damy.
Plac Waszyngtona opowiada historię doktora Slopera i jego jedynej córki, Catherine, którą ojciec uważa za tępą. Gdy Catherine zakochuje się w ubogim młodzieńcu, doktor, z całym chłodem i okrucieństwem, postanawia za wszelką cenę nie dopuścić do jej małżeństwa z uzurpatorem. Sporządzony przez Jamesa portret wrażliwej, bezradnej i nieśmiałej córki jest jednym z najbardziej spójnych i przekonujących w jego karierze. Świetność Placu Waszyngtona jest również skutkiem braku "rekwizytów": psychologiczny rysunek postaci ojca i córki nakreślony został jeszcze staranniej i subtelniej niż zazwyczaj, gdyż James, u szczytu powodzenia w londyńskim towarzystwie, niezbyt dobrze pamiętał miasto i społeczność, w których umieścił akcję opowiadania. Wiedział, jak urządzone były salony, w których przebywał jako mały chłopiec; potrafił pisać o znajomych wnętrzach; ale nie dorastał w tym świecie dostatecznie długo, by szerzej poznać jego charakter.
Wydarzenia opisane w Placu Waszyngtona rozgrywają się w latach, gdy autor mieszkał z rodziną w Nowym Jorku; dom jego babki stał się domem doktora Slopera, podobnie jak rok później dom jego drugiej babki miał się stać domem Isabel Archer w Albany. Pierwotną wersję historii usłyszał od Fanny Kemble, której brat porzucił pewną zamożną pannę na wieść, że ojciec zamierza ją wydziedziczyć. James przeniósł opowieść na własne, utracone terytorium, w miejsce, które należało już tylko do marzeń - do Nowego Jorku, który musiał opuścić, kiedy ledwie zaczął poznawać jego zarys. Umieszczony w trzecim rozdziale książki opis placu Waszyngtona i jego okolic wręcz uderza czytelnika jako dziwny i nieporadny - niemal nie do pomyślenia u autora, który zaraz napisze Portret damy.
Nie wiem, czy to skutek pierwotnych, czułych skojarzeń, ale ten kwartał Nowego Jorku wielu ludziom wydaje się najrozkoszniejszy. Panuje tu coś w rodzaju zasiedziałego spokoju, rzecz niezbyt częsta w innych dzielnicach rozległego, rozkrzyczanego miasta; tutejsza okolica wygląda dojrzalej, zamożniej, szlachetniej niż którakolwiek z górnych narośli wielkiej, przecinającej ją arterii - wygląda, jakby miała jakąś historię społeczną. [...] Tutaj, w czcigodnym odosobnieniu, mieszkała twoja babka, której szczodra gościnność przemawiała zarówno do dziecięcej wyobraźni, jak i do dziecięcego podniebienia; stąd wyruszałeś na pierwsze wyprawy w świat, drepcząc za niańką niepewnymi kroczkami [...]. Tu wreszcie mieściła się twoja pierwsza szkoła, gdzie piersiasta, biodrzasta jejmość z liniałem w dłoni, pijąca herbatę w niebieskiej filiżance z niedobranym spodkiem, poszerzała zakres twoich obserwacji i doznań. Tu w każdym razie moja bohaterka spędziła wiele lat życia; co być może uzasadnia mój topograficzny wtręt.
Pretekst - być może, ale nie powód. Powód jest taki, że ćwierć wieku po utracie placu Waszyngtona James gotów był zakłócić święty tok gładkiej narracji, aby przywołać to miejsce jako część swojej pamięci, pierwotnego poczucia tożsamości, teraz dostępnego już tylko przez słowa. Była to potrzeba tak pilna i nagląca, że pozwolił sobie zostawić ten akapit; gdyby chodziło o inne miejsce, z pewnością by go usunął. Zagarniał Washington Square dla siebie. I tam właśnie, już niebawem, ulokował następne pokolenie, które aż nazbyt chętnie wyrzekało się historii społecznej na rzecz plagi - jak postrzegał ją James - nowości.
Na przykład siostrzenica doktora Slopera zamierza poślubić Arthura Townsenda, który tak opowiada o swoim nowym domu:
To tylko na trzy lub cztery lata. Po trzech lub czterech latach się przeprowadzimy. Tak trzeba żyć w Nowym Jorku: przeprowadzać się co trzy lub cztery lata. Wtedy zawsze ma się wszystkie nowinki. To dlatego, że miasto tak szybko się rozrasta, musimy za nim nadążać. Dalej od centrum, up town, tam zmierza Nowy Jork. [...] Pewnie będziemy przenosić się stopniowo; kiedy ulica nam się znudzi, przesuniemy się wyżej. Tak więc, widzicie, zawsze będziemy mieszkać w nowym domu; nowy dom to czysty zysk, dostaje się najnowsze ulepszenia. Wynajdują wszystko od nowa mniej więcej co pięć lat, a nadążać za nowinkami to świetna rzecz.
Nietrudno pojąć wściekłość i rozdrażnienie Jamesa w obliczu nowego etosu szybkich i łatwych zmian, który zawładnął jego miastem dawnych wartości, niszcząc budynki i ulice, tak dlań bogate w skojarzenia z przeszłości. Jednak podobnie jak przytoczony wcześniej ustęp o placu Waszyngtona, tyrada młodego człowieka robi wrażenie wysilonej, a jej wymowa - trochę zbyt natrętnej. Te dwa fragmenty, wyróżniające się w opowiadaniu, które poza tym jest zwarte i dobrze skonstruowane, stanowią część głęboko irracjonalnej reakcji Jamesa na zapamiętany Nowy Jork oraz to, co go zastąpiło; jego uczucia do tego miasta - jak do żadnego innego - czasem wędrowały nieśpiesznie, dziwnie wymykając się spod kontroli.
Wróciwszy do Stanów trzy lata później, po śmierci rodziców, James napisał kolejne opowiadanie osadzone w Nowym Jorku, Impresje kuzynki, jeden ze swych najsłabszych i najbardziej rozwlekłych utworów, interesujący głównie ze względu na światło, jakie rzuca na stosunek autora do Nowego Jorku. Historia zaczyna się sceną zdumienia narratorki, że w ogóle jest w stanie mieszkać na Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy.
Kiedy skręcam za róg z Piątej Alei, widok jest wprost szkaradny; wąskie, bezduszne budynki z brunatnej cegły o oschłym, twardym odcieniu i fakturze nieciekawej jak papier ścierny; skostniała stromizna schodków, po których trzeba piąć się do drzwi; niezgrabne balustrady, portyki i gzymsy, powtórzone w setkach egzemplarzy, zdobne w ciężkie narośle - co za erupcja ornamentu, co za ubóstwo efektu!
Narratorka, artystka, która niedawno wróciła z Włoch, skarży się na jednej z pierwszych stronic, że w mieście nie ma co malować, nawet ludzie się nie nadają: "Jakich ludzi? Z Piątej Alei? Są jeszcze mniej malowniczy niż ich domy. Ci z Szóstej Alei nie są w niczym lepsi, ani z Czwartej lub Trzeciej, ani z Siódmej lub Ósmej. Dobry Boże! Co za nazewnictwo! Miasto Nowy Jork przypomina długie dodawanie, a ulice - kolumny liczb". Później schodki i ganki wydadzą się jej "brzydkie jak zły sen"; nieco wcześniej stwierdza, że w Nowym Jorku niebo "wydaje się częścią świata jako takiego; w Europie jest ono częścią konkretnego miejsca". Jest to echo opinii, którą James wyraził w książce o Hawthornie sprzed czterech lat, jakoby w czasach Hawthorne'a w Stanach Zjednoczonych "nie było nic wielkiego do oglądania (z wyjątkiem rzek i lasów)".
Przez następnych dwadzieścia lat z okładem James pisał coraz więcej o Anglii i Anglikach, ale milczał na temat Nowego Jorku. Złe sny o tym mieście najwyraźniej ustąpiły. Miał inne miejsca, takie jak Paryż, Rzym czy Florencja, które mógł wspominać i patrzeć, jak się zmieniają. Ale w skomplikowanej osobowości Jamesa nic nigdy nie było proste. Nowy Jork ze swoją sprężoną energią przez te wszystkie lata wpływał na jego świadomość niczym podskórny prąd. W 1906 roku w książce The American Scene poświęcił miastu trzy rozdziały, obsypując je chmarą przymiotników, które trzymał w zanadrzu w czasie wygnania, a teraz zesłał na rojną metropolię jak plagę szarańczy.
Rozpoczyna od niechęci do nowojorskiego portu: "Nadbrzeża są niskie, budynki na ogół przygnębiające, a ludzie prozaiczni; wyspy, aczkolwiek liczne, nie objawiają żadnych zalet". Gotów jest uznać "piękno światła i powietrza", co przypomina stwierdzenie, że w Stanach Zjednoczonych tylko lasy i rzeki nadają się do oglądania. Niebawem wszakże, w osobliwie żarliwym tonie, podkreśla poczucie siły, która wzbudza w nim niepokój, lecz także dreszcz dziwnego podniecenia.
Wrażenie mocy [...] jest nieopisane; to moc najbardziej rozrzutnego z miast, które jak w porannej pieśni raduje się swoją potęgą, swoją fortuną, swymi niezrównanymi warunkami, przydając przedmiotom i żywiołom, ruchom i przejawom wszystkiego, co lata, śpieszy i dyszy, dudnieniu promów i holowników [...] trochę swego ostrego, swobodnego głosu.
Opisuje "ogrom, odwagę, a zwłaszcza zuchwalstwo wszystkiego, co pędzi i krzyczy". Drapacze chmur wydają mu się
wyzywająco nowe, a co więcej - wzorem wielu innych strasznych rzeczy w Ameryce - wyzywająco "nowatorskie", za to triumfalnie dają dywidendy. [...] Nie dość, że nie uświetnia ich historia, to jeszcze nie mają na to najmniejszej wiarygodnej szansy, nie uświęca ich żaden pożytek z wyjątkiem handlu za wszelką cenę; to po prostu najdziksze nuty w koncercie kosztownej prowizorki, w który nade wszystko układa się przeżycie Nowego Jorku.
Robi się coraz gorzej: James odwiedza dzielnicę biznesu, gdzie odnotowuje "skończenie monotonną pospolitość [...] pchającego się męskiego tłumu, zwartej masy idących". Przeraża go fakt, że jedne budynki zniknęły, inne zaś giną w cieniu wieżowców. Przyznaje, że "dręczy" go "poczucie wydziedziczenia". Powraca też na swoje dawne tereny: "Bezcenny fragment przestrzeni między placem Waszyngtona i Fourteenth Street miał dla wracającej tu duszy wartość, a nawet urok, łagodny, melancholijny splendor, który, czego jestem w pełni świadom, bardzo trudno "przekazać" nowemu, nieczułemu pokoleniu". Rozbiórkę domu przy placu Waszyngtona, w którym się urodził, przeżywa, jakby amputowano mu połowę historii; i odkrywa, że budynek, na którym mogłaby wisieć tablica upamiętniająca jego narodziny, właśnie uległ zniszczeniu.
Pomstujący na miasto James wymyśla zdumiewające obrazy, aby zilustrować domniemany poziom niedoli jego mieszkańców:
Wolna egzystencja i dobre maniery zbyt często w Nowym Jorku redukują się do nagiego rygoru marginalnych związków z niekończącym się elektrycznym kablem; monstrualnym łańcuchem, który oplata tułów i szyję, brzuch i nogi ogółu na podobieństwo węża boa, dławiącego grupę Laokoona. Uderzyło mnie, że gdy w strasznych objęciach śnieżnych zimowych miesięcy zwoje się zacieśniają, kłopoty nowojorczyków znacznie przewyższają przedstawione cierpienia figur z Watykanu.
Nic mu się nie podoba.
Grzech pierworodny - pisze - równoległych alei, nieprzerwanie, acz skąpo pociętych przecznicami, zorganizowana ofiara zalecanej alternatywy, czyli wielkich perspektyw ze wschodu na zachód, mógłby jeszcze zasłużyć na wybaczenie przez jakiś doraźny wyjątek od drobnostkowej konsekwencji. Niestety, konsekwencji tej zawdzięczamy, że miasto, spośród wszystkich wielkich miast, jest najmniej bogate w wytchnienie dla oka - dostojne place, rozległe ogrody, szczęśliwe przypadki i zaskoczenia, wesołe zaułki i przygodne skrzyżowania - a ściślej, w odstępstwa na rzecz swobody i wdzięku.
Nawet dynamika metropolii budzi w nim przestrach: "Jej energię dobitnie znamionuje brak wiary w siebie; nie potrafi przekonać, nawet kosztem milionów, że ją posiada".
Odraza Jamesa do nowo przybyłych, metaforyka zwierzęca, której używa, by ich opisać, sprawiają, że lektura tego fragmentu jego dzieł przyprawia o największe chyba poczucie dyskomfortu. Emigrant w Nowym Jorku "chwilami przypomina psa, który wącha świeżo zdobytą kość, trąca ją i oblizuje, jakby świadomy jej możliwości, lecz na razie - wiedziony równie głębokim drgnieniem świadomości - nie rzuca się na nią od razu". Społeczność Żydów autor kwituje uwagą: "W przyrodzie znane są zwierzątka, chyba węże albo glisty, które pokrojone na kawałki z zadowoleniem odpełzają na bok i żyją w okrawku równie kompletnie jak w całości. I tak czynią mieszkańcy nowojorskiego getta, spiętrzeni w stos jak odłamki na warsztacie szklarza - każdy i każda z nich, jak skrzący się szklany okruch, ma osobisty udział w ostrym blasku Izraela". Schody przeciwpożarowe, "wszechobecne w "ubogich" dzielnicach", przywodzą Jamesowi na myśl "przemyślnie urządzone klatki dla zręczniejszych klas zwierząt w wielkim ogrodzie zoologicznym. Podobieństwo jest nieodparte - jakby w każdym kwartale zbudowano mały świat grzęd, drążków i huśtawek dla ludzkich małp i wiewiórek". Z okna w getcie autor spogląda na "rojny placyk, po którym tam i z powrotem przemyka podobna mrówkom populacja".
Trudno sprecyzować, co właściwie gryzie Henry'ego Jamesa, kiedy chodzi po ulicach Nowego Jorku, tego, jak to ujmuje, "okropnego miasta", z nienawiścią słuchając głosów i akcentów w kawiarniach, "izbach tortur żywego języka", nienawidząc nawet Central Parku, który porównuje do "aktorki w zespole pozbawionym, wskutek epidemii lub innych przykrości, wszelkich damskich talentów, która w związku z tym w ciągu tygodnia gra coraz to inną rolę, od tragicznej królowej do śpiewającej pokojówki".
Jest tak, jakby coś zostało Jamesowi ukradzione - i rzeczywiście, coś mu skradziono, i to coś niezwykłego. Dla niektórych pisarzy dawno porzucone miejsca i przeżycia, które właściwie można by zapomnieć, nadal istnieją w czasie teraźniejszym. Można je przywołać na życzenie, niekiedy też przychodzą nieproszone. W umyśle żyją własnym życiem; są jak pokoje, gdzie zapalono elektryczne światło, którego nie da się zgasić ani ściemnić. Dla Jamesa Nowy Jork w latach 1845-1855 był właśnie takim miejscem; także doświadczenia tamtego okresu, pełnego swobody i szczęśliwej niewinności młodziutkiego chłopca, nie zatarły mu się w pamięci - pozostały żywe i obecne, inaczej niż wspomnienia jego brata. A teraz, po pięćdziesięciu latach, krążył po mieście, które próbowało, w imię nowinek, uniemożliwić mu powrót do oświetlonych miejsc. Nie chodzi tylko o to, że był w nowym mieście, a wspominał dawne. Dawne miasto nigdy dlań nie umarło; żyło jako przejaw imperatywu jego geniuszu. Lecz teraz światła w jego pokojach migotały szaleńczo, niemal go oślepiając. Więc żeby się ratować, obrzucił Nowy Jork stekiem obelg.
Zamazywanie granic między czasem teraźniejszym a przeszłym to dla pisarza metoda uwalniania wyobraźni, która potrafi wszakże doprowadzić do niepokoju i rozchwiania osobowości. To, co James ujrzał w Nowym Jorku 1905 roku, sprowokowało go do użycia metaforyki dziko nieadekwatnej do rzeczywistych przeżyć, za to trafnie opisującej walkę, jaka toczyła się w jego duszy między lgnącą doń kurczowo przeszłością a przerażającą nowością współczesności. Pisarze umierają, gdy muszą dorosnąć; Nowy Jork owego roku wymagał od Jamesa zbyt wiele.
Naturalnie, można również utrzymywać, że sprawa przedstawiała się znacznie prościej, że James uważał miasto swego dzieciństwa za bardziej przyzwoite, ludzkie i cywilizowane, natomiast tego miasta, które zastał w 1905 roku, autentycznie nie znosił, czemu dosadnie dał wyraz w kilku opowiadaniach. Lecz jedna z ostatnich historii osadzonych w Nowym Jorku, i w ogóle jeden z ostatnich utworów Jamesa, zdaje się przemawiać na rzecz tezy przeciwnej - że w niechęci pisarza do metropolii i lęku, jaki przed nią czuł, było coś dręcząco niejasnego. Historia ta nosi tytuł Niezły narożnik.
Jamesa, jak wielu jego współczesnych z Londynu, fascynowały sobowtóry. Wydane w 1892 roku opowiadanie The Private Life [Życie osobiste] odzwierciedla świat Doriana Graya i doktora Jekylla. James sfabularyzował w nim własne życie towarzyskie i społeczne oraz własny los twórcy i samotnika; bohater, pisarz, potrafi przebywać w dwóch miejscach naraz, w towarzystwie i przy biurku. Teraz, w roku 1906, James pisał do agenta: "Przyszedł mi do głowy znakomity mały pomysł, przez który całą zeszłą noc nie zmrużyłem oka, muszę więc przynajmniej kuć żelazo, póki gorące". W Niezłym narożniku, powstałym w następstwie amerykańskiej podróży 1905 roku, James ukazuje nową, podwójną osobowość: człowieka, który kiedyś opuścił Nowy Jork i wyjechał do Anglii, oraz jego sobowtóra, który nigdzie nie wyjechał i wciąż błąka się po tych samych wnętrzach, jakimi James niebawem wypełni swoją autobiografię i jakimi już wypełnił opowiadanie Plac Waszyngtona.
Jego bohater, nazwiskiem Brydon, wróciwszy do Nowego Jorku po trzydziestu trzech latach nieobecności, podziela opinię Jamesa o tym mieście. Wydaje mu się pomniejszone, zamienione "w olbrzymią stronicę księgi rachunkowej, przerośniętą, fantastyczną gęstwę krzyżujących się liczb i linii prostych". Widuje się z dawną przyjaciółką, Alice Staverton, rozważa również, jakim ważnym człowiekiem interesu mógłby zostać, gdyby stąd nie wyjechał. Rodzinny dom w śródmieściu na jego życzenie stał pusty przez te wszystkie lata, choć był codziennie sprzątany i doglądany. Teraz Brydon napotyka tam widmową postać, krążącą po mrocznych wnętrzach, których nigdy nie opuściła - podobnie jak nigdy, przynajmniej w duchu, nie opuścił ich sam James.
Obaj - mężczyzna i jego sobowtór - zmagają się ze sobą pewnej długiej nocy, walcząc o zgaszenie światła w tych pokojach. "Stężały, lecz świadomy, widmowy, lecz ludzki - czekał na niego człowiek tej samej wagi i postury, pragnący jego miarą sprawdzić swoją moc przerażania". Dwa palce prawej dłoni, która zasłania twarz, zostały odstrzelone. "Głowa się uniosła, dłonie rozchyliły, po czym, jakby na skutek nagłej decyzji, błyskawicznie opadły, ukazując nagą, bezbronną twarz. Na ten widok zgroza ścisnęła Brydona za gardło i uwięzła mu w krtani ze zdławionym okrzykiem". "Jest to - napisał Leon Edel - opowieść głęboko autobiograficzna": rekonstrukcja walki, którą James stoczył sam ze sobą po przyjeździe do Nowego Jorku, kiedy to postanowił zdemaskować zastany świat, usiłując zniszczyć go swym opisem, przekłuć jego potęgę stalowym ostrzem świetnych akapitów. Pragnął znów tchnąć życie w świat, który przetrwał w jego myślach; w dawny Nowy Jork, którego zaznał, zanim nadeszły komplikacje dojrzewania i wykorzenienia, i który opuścił, mając lat dwanaście. Rzecz znamienna: wybawicielką Brydona, który wychodzi bez szwanku z nocnej potyczki z sobowtórem, jest jego dawna przyjaciółka imieniem Alice - a pamiętajmy, że siostra Jamesa, jego szwagierka oraz żona bratanka nosiły wszystkie imię Alice. W ostatnim zdaniu Niezłego narożnika bohater bierze ją w ramiona; nagrodą za zgaszenie światła staje się zapowiedź miłości, szansa na nieskomplikowaną seksualność, jaką cieszył się brat pisarza, William. Niezły narożnik zostawia protagonistę porzuconego na mieliźnie między przedseksualną przeszłością i nieprzekonującą teraźniejszością.
Oba ostatnie opowiadania również rozgrywają się w owym Nowym Jorku, który James tak eksplorował i potępiał w The American Scene. Z perspektywy Krepowej Cornelii oraz Rundy wizyt miasto wydaje się niemal złowieszcze, dość pospolite i głęboko zaburzone. Theodora Bosanquet, maszynistka, której James dyktował swoje utwory, odnotowała w grudniu 1897 roku: "Pan James pracuje nad opowiadaniem, które ciągnie się okropnie - i moim zdaniem jest nudne". W Krepowej Cornelii James znów wprowadza motyw powrotu wygnańca, który z niechęcią odnosi się do nowego miasta i nostalgicznie wspomina stare. Bohater zwraca uwagę na dom pani Worthingham, gdzie "każdy kosztowny przedmiot krzyczał chełpliwie i prostodusznie". Przypuszcza również atak, chyba najbardziej wymowny w jego twórczości, na tutejszy brak społecznych więzi: "Wyraźnie taka miała być melodia przyszłości - że jeśli ludzie będą dostatecznie bogaci, dostatecznie umeblowani, dostatecznie wykarmieni, wyćwiczeni, higieniczni i wymanikiurowani [...], to za grzeczność wystarczy im przyjąć rozbawiony, ironiczny stosunek do tych, którzy są mniej wtajemniczeni". A także pomstuje na brak skromności nowojorczyków popisujących się przywilejami: "Za jego czasów, gdy był młody, a nawet w tylko trochę mniej średnim wieku, najlepsze maniery polegały na jak największej życzliwości, największa zaś życzliwość sprowadzała się zazwyczaj do sztuki niepodkreślania swej luksusowej inności, a nawet do ukrywania - jeśli nie przez zwykłą przyzwoitość, to ze względów czysto ludzkich - przynajmniej części swego przemożnie zajadłego dążenia, aby "wiedzieć, co w trawie piszczy"".
W Rundzie wizyt, ostatnim opowiadaniu Jamesa, miasto jest jeszcze bardziej niegościnne niż zwykle. Mark Monteith, kolejny wygnaniec, powraca do Nowego Jorku, by stwierdzić, że znajomy nowojorczyk go oszukał, i podobnie jak protagonista Niezwykłego przypadku, napisanego czterdzieści lat wcześniej, natrafia na niemożliwą pogodę, tym razem na "oślepiającą nowojorską zamieć" i "wściekłą burzę śnieżną". Tak jak w Krepowej Cornelii, bohater odwiedza kilku przyjaciół, znów ubolewając nad wystrojem ich domów, pełnych "rażąco fałszywych akcentów". Jednakże tym, co w obu historiach najbardziej rzuca się w oczy, jest na wskroś odpychający wizerunek nowojorskich kobiet. "Kobiety w szczególności - komentuje Leon Edel - są tu pozbawione wszelkich cech sympatycznych: grube, ordynarne, brzydkie, bogate oraz okrutne, jakby zatraciły sens dobroci". Być może zatem nie należy się dziwić, że w ostatniej scenie ostatniego nowojorskiego opowiadania Jamesa pewien nowojorczyk strzela sobie w łeb z rewolweru.
Niezły narożnik był jedynym "amerykańskim" utworem, jaki James zgodził się włączyć do dwudziestotrzytomowej nowojorskiej edycji swych dzieł, z której wykluczył Europejczyków, Plac Waszyngtona oraz Bostończyków. Praca nad edycją pochłaniała go w latach między pisaniem The American Scene i autobiografii. Nie ulegało wątpliwości, że poważnie traktuje batalię, by przeciwstawić swój prywatny Nowy Jork Goliatowi, który co dzień wyrastał na wyspie Manhattan - 30 czerwca 1905 roku pisał do swego wydawcy, Scribnera: "Gdyby dla wygody bądź dla odróżnienia potrzebna była jakaś nazwa, chciałbym zaproponować zwłaszcza New York Edition, jeżeli tak ogólny tytuł może uchodzić za dostatecznie godny i znaczący. Moim zdaniem, dzięki niemu całe przedsięwzięcie wprost nawiązuje do mego rodzinnego miasta - któremu, jak dotychczas, nie miałem okazji złożyć tego rodzaju hołdu". Dzieła Jamesa miały pokazać światu, dość nieczułemu na takie pomysły, że podszewka zdarzeń, ich miękka strona, jak ją określał, ma szanse przetrwać i zyskać znaczenie, zdobyć sławę nad wszelkie pieniądze. Pokazać, że wielki dom literatury dorównuje wysokością drapaczom chmur, a jego pokoje będą jasno oświetlone, nawet gdy zewnętrzny świat ogarnie ciemność.
COLM TÓIBÍN
Historia pewnego arcydzieła
I
Nie dalej niż zeszłego lata, podczas półtoramiesięcznego pobytu w Newport, John Lennox zaręczył się z panną Marian Everett z Nowego Jorku. Pan Lennox, bezdzietny trzydziestopięcioletni wdowiec ze sporym majątkiem, odznaczał się stosownie wytwornym wyglądem, świetnymi manierami i ponadprzeciętnym zasobem rzetelnych informacji; jego obyczajom trudno było cokolwiek zarzucić, jego charakter, jak ogólnie mniemano, wyszedł zwycięsko z ciężkiej, acz zbawiennej próby krótkiego pożycia małżeńskiego. W sumie zatem panowała opinia, że panna Everett robi dobrą partię, a w każdym razie nic na zamążpójściu nie traci.
A przecież Marian Everett - "ta ładna" panna Everett, jak o niej mówiono, dla odróżnienia od brzydkich kuzynek, z którymi, nie mając matki ani sióstr, musiała, gwoli przyzwoitości, spędzać sporo czasu, co zapewne dawało jej więcej satysfakcji aniżeli owym znamienitym damom - również była nader sposobna do małżeństwa. W gruncie rzeczy nie miała grosza przy duszy, została jednak szczodrze obdarzona wszelkimi zaletami, które dodają kobiecie uroku. Była bezspornie najbardziej uroczą dziewczyną w kręgach, w których się obracała; nawet starsze od niej, bardziej doświadczone kobiety, cięższego, by tak rzec, kalibru, dzięki swej pozycji mężatek dysponujące większą swobodą działania, pod względem uroku właściwie nie mogły się z nią równać. Niemniej, naśladując wyrobienie towarzyskie swych bardziej wyzwolonych siostrzyc, panna Everett nie dopuszczała się nawet najmniejszych odstępstw od ścisłych zasad panieńskiej godności. Deklarowała niemal nabożną cześć dla dobrego gustu i z przerażeniem patrzyła na hałaśliwy wdzięk wielu swych towarzyszek. Nie dość zatem, że była najbardziej zajmującą panną w Nowym Jorku, to jeszcze uchodziła za najbardziej nieskazitelną. Być może dałoby się zakwestionować jej urodę, ale z pewnością nikt jej nie kwestionował. Wzrostu nieco mniej niż średniego, miała pełną i krągłą sylwetkę, jednak mimo że przyjemnie pulchna, poruszała się lekko i zgrabnie. Jej naturalnie jasna karnacja tchnęła ciepłem - ciepłem blondynki z różanym rumieńcem lata na policzkach i błyskiem letniego słońca w rudawych włosach. Rysy jej twarzy, chociaż niezbyt klasyczne, były w najwyższym stopniu ujmujące: niskie i szerokie czoło, mały nosek, usta zaś - cóż, zazdrośnicy uważali jej usta za olbrzymie. Pewne jest, że miały olbrzymią skłonność do uśmiechów, a gdy je otwierała, by zaśpiewać (z nieskończoną, dodajmy, słodyczą), płynęła z nich obfita fala dźwięków. Owszem, jej twarz była nieco zbyt okrągła, ramiona zaś nieco zbyt kwadratowe, lecz, jak powiadam, ogólne wrażenie pozostawało bez zarzutu; mógłbym wytknąć tuzin dysonansów w jej twarzy i figurze, a przecież w żaden sposób nie zdołałbym podważyć ich łącznego efektu. Skądinąd w próbach szczegółowego uzasadnienia lub zanegowania kobiecego piękna jest coś zasadniczo niegrzecznego, więcej, niefilozoficznego, i każdy mężczyzna, który odkrywa, że ściśle biorąc, zbiór odrębnych cech nie sumuje się w całość, dostaje dokładnie to, na co zasłużył. Odstąpcie zatem, panowie, od takich zamiarów i pozwólcie, aby to dama wykonała dodawanie. A panna Everett nie tylko była piękna, błyszczała również pogodą ducha i żywością percepcji. Unikała ostrych wypowiedzi, ale ich nie potępiała; czerpała wielką radość z bystrości intelektu i nawet starała się ją pielęgnować. Jej wielką zaletą był brak jakichkolwiek roszczeń i pretensji; tak jak jej uroda nie miała w sobie nic sztucznego, tak jej inteligencja pozbawiona była pedanterii, a życzliwość sentymentalizmu. Ta pierwsza cała tchnęła świeżością, dwie ostatnie - dobrym humorem.
John Lennox ujrzał ją, pokochał i poprosił o rękę; a panna Everett, przyjmując go, zyskała w oczach świata jedyną zaletę, jakiej jeszcze jej brakowało - całkowitą stabilizację i regulację swojej sytuacji. Przyjaciele z niemałym zadowoleniem porównywali świetną i dostatnią przyszłość, jaka ją czekała, z jej nieco niepewną przeszłością, Lennox również zbierał gratulacje z prawa i lewa, aczkolwiek łatwowierności winszowano mu niezbyt często. Wiary panny Everett nie poddawano tak surowym próbom, chociaż skłonni do moralizowania znajomi nieraz przypominali jej, że ma wszelkie powody, aby cieszyć się z wyboru pana Lennoxa. Zapewnień tych Marian słuchała z miną pokorną i cierpliwą, z którą było jej nadzwyczaj do twarzy - zupełnie jakby dla niego gotowa była się zgodzić nawet na to, by ją zanudzano.
Niespełna dwa tygodnie po ogłoszeniu zaręczyn narzeczeni wrócili do Nowego Jorku. Lennox, który miał własny dom, teraz zajął się jego remontem i przemeblowaniem; ślub wyznaczono na koniec października. Panna Everett chwilowo zamieszkała w pokojach zajmowanych przez jej ojca, spróchniałego dżentelmena, od rana do wieczora zacierającego gnuśne dłonie w oczekiwaniu rychłego zamążpójścia córki.
John Lennox, człowiek o wielu możliwościach, który lubił czytać, lubił muzykę, lubił towarzystwo i nie stronił od polityki, pierwsze tygodnie jesieni przeżył niespokojnie, jakby nie mogąc usiedzieć na miejscu. Gdy mężczyzna zbliża się do wieku średniego, trudno mu z wdziękiem znosić takie wyróżnienie, jak narzeczeństwo; trudno mu także z należytą skwapliwością wywiązywać się z rozmaitych petits soins, związanych z tą kondycją. Zabiegi Lennoxa według jego znajomych miały w sobie jakąś żałosną solenność. Przez jedną trzecią czasu myszkował na Broadwayu, skąd sześć razy w tygodniu wracał objuczony ozdóbkami i błyskotkami, które zawsze w końcu odrzucał jako zbyt dziecinne i prostackie, by mógł je ofiarować damie swego serca. Kolejna jedna trzecia mijała mu w bawialni pani Everett, i w tych godzinach Marian była niedostępna dla innych gości. Resztę życia, jak się przyznał przyjacielowi, spędzał Bóg jeden wie jak. Były to słowa mocniejsze, niż ów przyjaciel spodziewał się usłyszeć, gdyż Lennox nie był człowiekiem skłonnym do pochopnych wypowiedzi ani też, w mniemaniu przyjaciela, nie odznaczał się szczególnie namiętnym usposobieniem. Jednak rzucało się w oczy, że jest bardzo zakochany - a przynajmniej bardzo wytrącony z równowagi.
- Kiedy jestem z nią, wszystko wygląda świetnie - mówił - ale z dala od niej czuję się tak, jakby wykluczono mnie spośród żywych.
- Cóż, musisz być cierpliwy - rzekł przyjaciel - jest ci pisane jeszcze nieźle sobie pożyć.
Lennox milczał z miną bardziej posępną, niż podobało się jego rozmówcy.
- Mam nadzieję, że nie istnieją żadne konkretne przeszkody - podjął w końcu ten ostatni, pragnąc nakłonić Lennoxa, by zrzucił z siebie ciężar, który najwyraźniej leżał mu na sercu.
- Boję się, że ja... czasem się boję, że ona właściwie mnie nie kocha.
- Cóż, odrobina wątpliwości nie zaszkodzi. To lepsze niż być zanadto pewnym uczucia i popaść w bezmyślność. Musisz tylko mieć pewność, że ty ją kochasz.
- Tak - oświadczył Lennox uroczyście - to oczywiście najważniejsze.
Pewnego ranka, nie mogąc skupić uwagi na książkach i dokumentach, pomyślał sobie, że znalazł sposób, by miło spędzić kilka godzin.
W Newport zawarł znajomość z młodym artystą malarzem nazwiskiem Gilbert, którego talent i sposób rozmowy ogromnie mu się spodobały. Po opuszczeniu Newport malarz wybierał się w góry Adirondack; zamierzał wrócić do Nowego Jorku pierwszego października i serdecznie zapraszał nowego znajomego, aby ten wówczas go odwiedził.
Rankiem tego dnia Lennox uświadomił sobie, że Gilbert z pewnością już jest w mieście i czeka na jego wizytę. Niezwłocznie więc udał się do jego pracowni.
Na drzwiach widniała wizytówka Gilberta, lecz gdy Lennox wszedł do pomieszczenia, ujrzał przed sobą nieznajomego - przy sztalugach pracował młody mężczyzna w malarskim kitlu. Dżentelmen ów powiadomił gościa, że aktualnie korzysta z pracowni wspólnie z Gilbertem, który właśnie wyskoczył na chwilę, Lennox postanowił zatem zaczekać na powrót gospodarza. Tymczasem wdał się w rozmowę z młodzieńcem i widząc, że jest to człowiek wysoce inteligentny i najwyraźniej bardzo z Gilbertem zaprzyjaźniony, zaczął nań spoglądać z większą ciekawością. Był to mężczyzna niespełna trzydziestoletni, wysoki i silny, o mocnej, radosnej, wrażliwej twarzy i gęstej rudawej brodzie. Lennoxa uderzyła zwłaszcza jego twarz, której wyraz, z jednej strony, zdawał się świadczyć o sporej roztropności, z drugiej zaś, znamionował prawdziwie artystyczny temperament.
"Człowiek o takiej minie - powiedział sobie - musi tworzyć prace, którym warto przynajmniej się przyjrzeć".
Zapytał zatem rozmówcę, czy pozwoli obejrzeć swój obraz. Ten chętnie się zgodził i Lennox podszedł do płótna.
Przedstawiało ono półpostać kobiecą, której strój i ekspresja były tak enigmatyczne, że Lennox nie potrafił ocenić, czy ma przed sobą portret, czy wytwór fantazji: jasnowłosą młodą damę w bogato zdobionej średniowiecznej sukni, o wyglądzie renesansowej księżnej. Z luźno splecionymi dłońmi i wysoko uniesioną głową stała na tle ciemnego gobelinu, wpatrując się w widza, jakby szła wprost na niego - "Dans un flot de velours traînant ses petits pieds"8.
Przyglądając się uważniej, Lennox spostrzegł, że nieznajoma zdradza ukryte podobieństwo do innej, dobrze mu znanej fizjonomii - Marian Everett. I oczywiście, od razu zapragnął się dowiedzieć, czy to dzieło przypadku, czy świadomy zamysł.
- To portret, jak mniemam? - zwrócił się do artysty. - Portret "kostiumowy"?
- Nie, to tylko wprawka z kompozycji, trochę tego i trochę tamtego. Ten obraz wisi u mnie od dwóch czy trzech lat jako coś w rodzaju śmietnika na zbędne pomysły. Padał ofiarą niezliczonych teorii i eksperymentów, ale najwyraźniej przetrwał je wszystkie. Przypuszczalnie ma w sobie pewną żywotność.
- Nazwał go pan jakoś?
- Początkowo nadałem mu tytuł czegoś, co przeczytałem: wiersza Browninga Moja ostatnia księżna. Zna go pan?
- Doskonale.
- Możliwe, że to próba, aby na płótnie przedstawić wrażenie, jakie na poecie zrobił istniejący portret. Ale co mnie to obchodzi? Chciałem po prostu przedstawić wrażenie, jakie na mnie samym wywarł wiersz, który zawsze silnie pobudzał moją wyobraźnię. Nie wiem, czy moje odczucie zgadza się z pańskim lub z odczuciami innych czytelników. Ale przy tytule się nie upieram. Właściciel obrazu może go sobie ochrzcić na nowo.
Im dłużej Lennox się przyglądał, tym bardziej obraz mu się podobał i tym głębsze wydawało mu się podobieństwo między miną portretowanej damy a tą, którą przypisywał bohaterce poematu Browninga. Również elementy wspólne dla twarzy Marian i twarzy na obrazie wydały mu się mniej przypadkowe. Pomyślał o szlachetnych wersach wielkiego poety i ich niezwykłym sensie oraz o rysach ukochanej kobiety, które artysta wybrał jako owego sensu najstosowniejszy przykład.
Odwrócił głowę; łzy stanęły mu w oczach. - Gdybym był właścicielem tego obrazu - rzekł w końcu, odpowiadając na ostatnie słowa malarza - nie oparłbym się pokusie, aby nazwać go imieniem osoby, którą bardzo mi przypomina.
- Ach, tak? - zdziwił się Baxter. - To ktoś z Nowego Jorku?
Tak się złożyło, że tydzień wcześniej panna Everett na prośbę ukochanego wybrała się z nim do fotografa, który zrobił jej kilka zdjęć w różnych pozach. Odbitki przysłano do obejrzenia Marian, która wybrała pół tuzina - a raczej wybrał je Lennox i następnie włożył do kieszeni, zamierzając wpaść do zakładu, by złożyć zamówienie. Teraz wyjął jedną z nich z portfela i pokazał malarzowi.
- Widzę ogromne podobieństwo - powiedział - między pańską księżną a tą młodą damą.
Artysta popatrzył na fotografię. - Jeśli się nie mylę - rzekł po chwili - ta młoda dama to panna Everett.
Lennox przytaknął.
Rozmówca z wielkim zainteresowaniem w milczeniu przyglądał się zdjęciu przez jakiś czas; ale, jak zauważył Lennox, nie porównał go z portretem.
- Bardzo możliwe, że moja księżna wykazuje pewne podobieństwo do panny Everett, ale nie jest ono całkiem zamierzone - powiedział w końcu. - Zacząłem malować ten obraz, zanim w ogóle ujrzałem pannę Everett. Panna Everett, jak pan widzi, jak pan wie, ma uroczą twarz, a ja podczas tych kilku tygodni, gdy ją widywałem, cały czas pracowałem nad tym portretem. Pan rozumie, jak pracuje malarz, jak pracuje każdy artysta: zawłaszcza wszystko, na co natrafi. Dla swoich celów bez wahania przejąłem wszystko, co mi odpowiadało w wyglądzie panny Everett; zwłaszcza że po omacku szukałem właśnie takiej urody, jaka znalazła wyraz w jej twarzy. Księżna, jak sądzę, była Włoszką; ja zaś uparłem się, że musi być blondynką. Otóż karnacja panny Everett ma zdecydowanie południową, ciepłą tonację, a jej rysy są dość grube i wyraziste, co jest powszechne u włoskich kobiet. Widzi pan, że podobieństwo to raczej kwestia typu niż ekspresji. Niemniej jednak przykro mi, że kopia zdradziła oryginał.
- Wątpię - rzekł Lennox - czy zdradziłaby go komukolwiek oprócz mnie. Mam zaszczyt - dodał po chwili - być zaręczonym z panną Everett. Wybaczy pan zatem, że spytam, czy zamierza pan sprzedać ten obraz?
- Już go sprzedałem pewnej damie - odparł artysta z uśmiechem - niezamężnej damie, która jest wielką miłośniczką Browninga.
W tym momencie wrócił Gilbert. Przyjaciele przywitali się serdecznie, a ich towarzysz wycofał się do sąsiedniego pokoju. Rozmawiali chwilę o tym, co przydarzyło się każdemu z nich od poprzedniego spotkania, po czym Lennox zapytał o autora portretu księżnej, podkreślając jego wybitny talent i wyrażając zdziwienie, że Gilbert nigdy o nim nie wspominał.
- Nazywa się Baxter, Stephen Baxter - wyjaśnił Gilbert - lecz zanim wrócił z Europy przed dwoma tygodniami, wiedziałem o nim niewiele więcej niż ty. To wzorcowy przypadek pracy nad sobą. Poznałem go w Paryżu w sześćdziesiątym drugim roku i wtedy nie robił absolutnie nic; tego, co zobaczyłeś, nauczył się później. W Nowym Jorku nie zdołał znaleźć dostatecznie dużej pracowni i nie miał gdzie się podziać. A ponieważ ja ze swoimi małymi szkicami zajmuję u siebie tylko jeden kąt, zaproponowałem, żeby korzystał z pozostałych trzech, dopóki się jakoś nie urządzi. Lecz kiedy zaczął rozpakowywać swoje płótna, odkryłem, że nic o tym nie wiedząc, goszczę u siebie anioła.
I Gilbert odsłonił przed Lennoxem kilka portretów Baxtera, zarówno męskich, jak i kobiecych, z których każdy potwierdzał powziętą przez Lennoxa opinię o zdolnościach malarza. Znów podszedł do obrazu na sztalugach - i znów Marian Everett przybyła na jego milczące wezwanie, patrząc na niego z portretu wzrokiem pełnym czułości i melancholii.
"Niech mówi, co chce - pomyślał Lennox - podobieństwo to w pewnym stopniu również kwestia ekspresji". - Słuchaj, Gilbert - zapytał głośno, pragnąc sprawdzić, jak wierna jest podobizna - kogo ona ci przypomina?
- Wiem - odparł Gilbert - kogo przypomina tobie.
- A ty to widzisz?
- Obie są ładne i obie mają rudawe włosy. To wszystko, co widzę.
Lennox odetchnął z ulgą. Czuł pewien dyskomfort - który w żadnym razie nie był sprzeczny z pierwszym odruchem dumy i satysfakcji - na myśl, że swoisty, szczególny powab Marian został poddany wnikliwej ocenie innego mężczyzny. Z przyjemnością doszedł do wniosku, że uwagę malarza przykuły jedynie powierzchowne cechy jej wyglądu, a reszty dokonała jego, Lennoxa, wyobraźnia. W drodze do domu przyszło mu nawet do głowy, że bynajmniej nie byłoby od rzeczy, gdyby złożył hołd urodzie dziewczyny, zamawiając jej portret u tego zdolnego młodzieńca. Na razie ich narzeczeństwo sprowadzało się do czystego uczucia, albowiem skrupulatnie pilnował, by nie wyjść na wulgarnego dostawcę luksusów i przyjemności. Wobec przyszłej żony zachowywał się właściwie jak biedak - lub raczej jak zwykły prosty człowiek, nie milioner. Zabierał ją na przejażdżki, posyłał kwiaty, bywał z nią w operze. Ale nie kupował jej łakoci, nie zakładał się z nią, nie robił prezentów z biżuterii. Przyjaciółki panny Everett zwróciły nawet uwagę, że dotychczas nie dostała od niego nawet najskromniejszego pierścionka zaręczynowego z perłą czy z brylantem. Marian wszelako była zadowolona. Będąc z natury wielką artystką uczuciowej mise en sc?ne, instynktownie czuła, że ów zgoła klasyczny umiar jest przewrotnym zwiastunem ogromnej małżeńskiej obfitości. A i Lennox, dokładając starań, by jego stosunki z panną Everett w najmniejszym stopniu nie zostały splamione odniesieniem do sytuacji finansowej - w końcu przypadkowej - obojga, udowadniał, że gruntownie rozumie własne odruchy. Wiedział, że pewnego dnia poczuje przemożny impuls, by podarować damie swego serca jakiś namacalny, artystyczny dowód afektu, i że podarunek ten sprawi jej tym większą radość, jeśli będzie jedyny w swoim rodzaju. Teraz miał wrażenie, że nadeszła odpowiednia chwila. Czyż mógł wykazać się większym taktem niż darować jej w prezencie szansę, aby - przejawiając cierpliwość i dobrą wolę - pozwoliła przyszłemu mężowi zdobyć na własność doskonały wizerunek swojej twarzy?
Tego wieczora Lennox, jak co tydzień, jadł kolację u przyszłego teścia.
- Marian - zagadnął przy posiłku. - Dziś rano poznałem twego dawnego znajomego.
- Tak? - odrzekła Marian. - A kogo?
- Pana Baxtera, malarza.
Marian zaróżowiła się, ale istotnie tylko trochę - nie bardziej niż pod wpływem szczerego zdziwienia.
Zdziwienie to wszakże nie mogło być duże, albowiem zaraz dodała, że przeczytała już w gazecie, że malarz wrócił do kraju, ponadto wiedziała, że Lennox obraca się w artystycznych kręgach. - Mam nadzieję, że jest zdrowy - zakończyła - i że mu się powodzi.
- Skąd znasz tego pana, moja droga? - zapytał pan Everett.
- Spotkałam go w Europie dwa lata temu, najpierw latem w Szwajcarii, a później w Paryżu. To jakiś krewny pani Denbigh. - Pani Denbigh była to dama, w której towarzystwie Marian niedawno spędziła rok w Europie, bogata bezdzietna wdowa, inwalidka, dawna przyjaciółka jej matki. - Cały czas maluje?
- Najwyraźniej, i to bardzo dobrze. Widziałem u niego kilka całkiem niezłych portretów. I w dodatku jest wśród nich pewien obraz, który przypomina mi ciebie.
- Ostatnia księżna? - zaciekawiła się Marian. - Chciałabym go zobaczyć. John, jeśli sądzisz, że jest do mnie podobna, to powinieneś go kupić.
- Chciałem, ale już został sprzedany. Więc znasz ten obraz?
- Tak, pan Baxter sam mi go pokazał. Widziałam go na początkowym etapie, gdy nie przypominał niczego, do czego chciałabym być podobna. Pani Denbigh bardzo się zgorszyła, gdy oznajmiłam panu Baxterowi, iż bardzo się cieszę, że jest "ostatnia". W rzeczy samej, od tego obrazu zaczęła się nasza znajomość.
- A nie vice versa? - wtrącił pan Everett niemądrze.
- Jak to, vice versa? - zapytała niewinnie Marian. - Pierwszy raz spotkałam pana Baxtera na przyjęciu w Rzymie.
- Wydawało mi się, że mówiłaś, że poznałaś go w Szwajcarii - powiedział Lennox.
- Nie, w Rzymie, zaledwie dwa dni przed naszym wyjazdem na północ. Kiedy mi go przedstawiono, nie wiedział, że jestem z panią Denbigh, nie wiedział nawet, że ona przebywa w mieście. To była pierwsza rzecz, jaką mi powiedział: że jestem bardzo podobna do obrazu, który właśnie maluje.
- Że ucieleśniasz jego ideał i tak dalej.
- Owszem, ale nie w takim sentymentalnym tonie. Doprowadziłam go do pani Denbigh, z którą wspólnie odkryli, że są w szóstym stopniu spowinowaceni; następnego dnia złożył nam wizytę i nalegał, byśmy poszły do jego pracowni. Nędzna nora. Odniosłam wrażenie, że jest bardzo biedny. Przynajmniej kiedy pani Denbigh zaproponowała mu pieniądze, przyjął je bez ceregieli. Chciała mu oszczędzić upokorzenia, więc powiedziała, że jeśli chce, może w rewanżu namalować jej portret. Odparł, że namalowałby, gdyby miał czas. Potem przyjechał do Szwajcarii, a zimą spotkaliśmy się w Paryżu.
Nawet gdyby Lennox miał jakieś podejrzenia co do stosunków łączących pannę Everett z malarzem, to sposób, w jaki opowiedziała swoją historyjkę, skutecznie je zniweczył. Toteż zaraz wystąpił z pomysłem, by zważywszy na wielki talent młodzieńca oraz jego bezpośrednią znajomość twarzy narzeczonej, namówić go na sporządzenie jej portretu.
Marion zgodziła się bez niechęci i bez skwapliwości, zatem Lennox przedstawił artyście swoją propozycję. Ten poprosił o dzień lub dwa do namysłu, po czym odpowiedział (listownie), że z przyjemnością podejmie się zadania.
Panna Everett oczekiwała, że wobec planowanego odnowienia starej znajomości Stephen Baxter złoży jej wizytę pod auspicjami adoratora. I rzeczywiście zjawił się, ale sam, i nie zastawszy jej w domu, nie ponowił próby. Termin pierwszego posiedzenia ustalono zatem za pośrednictwem Lennoxa. Ten, widząc, że artysta nie znalazł jeszcze własnej pracowni, nader serdecznie zaproponował mu chwilowo pomieszczenie w swoim domu, przestronne i dobrze oświetlone, które pomyślano jako pokój bilardowy, lecz na razie jeszcze nie wyposażono. Co się tyczy portretu, Lennox nie wyraził żadnych życzeń, zostawiając wybór pozy i kostiumu samym zainteresowanym. Uznał, że malarz świetnie się orientuje, jakie są atuty Marian; do jej dobrego smaku miał bezgraniczne zaufanie.
Panna Everett przybyła umówionego ranka, eskortowana przez ojca; pan Everett, który tym głównie pragnął się chlubić, że wszystko robi zgodnie z etykietą, już wcześniej postarał się, aby go przedstawiono malarzowi. Po krótkiej wymianie uprzejmości Baxter i Marian przystąpili do dzieła. Panna Everett pogodnie zapowiedziała, że zastosuje się do życzeń i kaprysów artysty, jednocześnie jednak nie taiła, że ma własne zdanie o tym, czego można spróbować, a czego należy unikać.
Młody człowiek nie był zaskoczony odkryciem, że jej opinie są rozsądne, a życzenia zrozumiałe. Nie musiał spełniać niczyich żądań, iść na kompromis z upartym i chorobliwym uprzedzeniem ani rezygnować z najlepszych intencji na rzecz krótkowzrocznej próżności.
Nie miejsce tutaj, by rozstrzygać, czy panna Everett była próżna, czy nie. Miała dosyć rozumu, by pojąć, że oświecona roztropność zyskuje najbardziej, kiedy obraz okazuje się dobry z punktu widzenia malarza, taki jest bowiem główny cel malarstwa. Chciałbym ponadto dodać na jej korzyść, że doskonale wiedziała, jak wielką artystyczną wartość musi posiadać dzieło wykonane z nakazu namiętności, aby stać się czymś więcej niż tylko szyderstwem, parodią okresu, gdy ta namiętność trwała; że czuła instynktownie, iż nic tak nie studzi ferworu artysty jak ingerencja nielogicznej interesowności, czy to w jego, czy w cudzym imieniu.
Baxter pracował szybko i pewnie, toteż po dwóch godzinach poczuł, że zrobił dobry początek. Groziło mu, że siedzący z boku pan Everett będzie nudził, najwyraźniej wmówiwszy sobie, że ma obowiązek umilać posiedzenie tandetną pogawędką o sztuce. Lecz Marian przyjaźnie wzięła na siebie przypadającą na malarza część dialogu, a więc nic nie rozpraszało go przy pracy.
Kolejną sesję wyznaczono następnego dnia rano. Marian miała na sobie suknię zaakceptowaną przez malarza, w której, podobnie jak w jej pozie, element "malowniczości" został skrupulatnie wytłumiony. Z oczu Baxtera wyczytała, że wygląda nadzwyczaj pięknie, dostrzegła również, że palce go świerzbią, by zabrać się do pracy. Mimo to kazała wezwać Lennoxa pod pretekstem uzyskania jego aprobaty - suknia wszak była czarna, a czarny mógł mu się nie spodobać. Przyszedł i w jego dobrych oczach ujrzała, w mocniejszej wersji, tę samą pochwałę co u Baxtera. Entuzjastycznie odniósł się do czarnej sukni, która, niczym poważny okrzyk matki, rzeczywiście zdawała się podkreślać i wzbogacać niezmąconą młodość dziewczyny.
- Oczekuję - zwrócił się Lennox do Baxtera - że stworzy pan arcydzieło.
- Bez obawy - odparł artysta, stukając się w czoło - już jest stworzone.
Tym razem pan Everett, wyczerpany intelektualnym wysiłkiem dnia poprzedniego i zachęcony wygodą fotela, zapadł w spokojną drzemkę. Nasza dwójka przez jakiś czas nasłuchiwała jego regularnego oddechu: Marian cierpliwie wpatrywała się w ścianę przed sobą, młodzieniec mechanicznie wodził wzrokiem między modelką i płótnem. Wreszcie malarz cofnął się o kilka kroków, aby obejrzeć swe dzieło. Marian poruszyła głową i ich oczy się spotkały.
- Cóż, panno Everett - powiedział Baxter głosem, który zapewne by zadrżał, gdyby nie jego usilne starania, by się opanować.
- Cóż, panie Baxter? - odrzekła dziewczyna.
I wymienili przeciągłe, stanowcze spojrzenia, które zakończyły się uśmiechem - uśmiechem wyraźnie z tej samej rodziny co słynny śmiech aniołów za ołtarzem świątyni.
- Cóż, panno Everett - powtórzył malarz, wracając do pracy - takie jest życie!
- Na to wygląda - przytaknęła panna Everett. Milczała przez chwilę, po czym zapytała: - Dlaczego nie przyszedł mnie pan odwiedzić?
- Przyszedłem, lecz nie zastałem pani.
- Czemu nie przyszedł pan drugi raz?
- Co by to dało, panno Everett?
- Po prostu byłoby przyzwoiciej. Mogliśmy się pojednać.
- Najwyraźniej i tak do tego doszło.
- Chciałam rzec, "formalnie".
- To niedorzeczne. Nie widzi pani, że mój odruch był słuszny? Cóż prostszego niż nasze obecne spotkanie? Zapewniam panią, że wszelkie rozmowy o przeszłości, wzajemne zapewnienia czy przeprosiny byłyby dla mnie nieznośne.
Panna Everett oderwała wzrok od podłogi i wpatrzyła się w towarzysza na poły z wyrzutem. - A więc przeszłość jest dla pana taka nieznośna?
Baxter spojrzał na nią zdumiony. - Wielkie nieba! - zawołał. - Ależ oczywiście!
Panna Everett spuściła oczy i zamilkła.
Pozwolę sobie wykorzystać tę przerwę, aby krótko objaśnić czytelnikowi wydarzenia, do których odnosiła się powyższa rozmowa.
Panna Everett w sumie nie uznała za wskazane, by wyjawić przyszłemu mężowi całą historię swej znajomości ze Stephenem Baxterem; gdy zaś przedstawię, co pominęła, czytelnik zapewne pojmie jej ostrożność.
Tak jak mówiła, młodego człowieka poznała w Rzymie, gdzie w trakcie dwóch rozmów zostawiła w jego sercu niezatarty ślad. Poczuł, że dałby wiele, by znów zobaczyć pannę Everett, toteż ich ponowne spotkanie w Szwajcarii nie było całkowicie przypadkowe; Baxter doprowadził do niego tym łatwiej, że mógł powołać się na coś w rodzaju dalekiego powinowactwa z towarzyszącą Marian panią Denbigh. Za pozwoleniem owej damy dołączył do ich grona: podążał trasą ich wędrówki, zatrzymywał się tam gdzie one, był nadskakująco grzeczny i uczynny. Nie minął tydzień, a pani Denbigh, uosobienie wylewnej dobroci, zaczęła wynosić pod niebiosa pojawienie się nieocenionego krewniaka. Była wszakże z natury mało wymagająca, a co więcej, na skutek ciągłych dolegliwości fizycznych, bierna i apatyczna, więc jej obecność podczas wspólnie spędzanych godzin okazała się mało znacząca. Nietrudno sobie wyobrazić, jak rozkosznie mijały te godziny naszej dwójce; wszelkie zaloty rozpoczęte pośród najbardziej romantycznej scenerii w Europie są już w połowie udane. Przyjemność, z jaką Marian, obdarzona wrodzonym wyczuciem piękna przyrody, chłonęła wspaniały alpejski krajobraz, dodawała blasku jej zaletom towarzyskim. Nigdy dotąd nie wyglądała tak korzystnie; nigdy dotąd nie poznała tak doskonałej wolności, szczerości, wesołości. Po raz pierwszy w życiu wzięła kogoś w niewolę, nic o tym nie wiedząc. Oddała swe serce górom i jeziorom, wiecznym śniegom i sielskim dolinom, a czuwający u jej boku Baxter schwytał je w locie. Miał wrażenie, że jego długo planowany pobyt w Szwajcarii wyolbrzymiał, wypiękniał dzięki udziałowi panny Everett - dzięki potokowi kobiecej sympatii, który wciąż płynął w zasięgu słuchu, chłodny i czysty niczym górski strumień. Och! gdybyż jego źródłem nie były tylko wieczne śniegi! A już jej uroda - bezbrzeżna uroda - urzekała go wprost nieustannie. Panna Everett w salonie była tak całkowicie na właściwym miejscu, że niemal logiczny wydawał się wniosek, że nie będzie dobrze wyglądać nigdzie indziej. Jednak w istocie, co Baxter stwierdził osobiście, w roli tego, co panie zwykły nazywać "straszydłem" - spalona słońcem, zakurzona, przegrzana, ożywiona i głodna - wyglądała dostatecznie ładnie, by wymykać się krzywdzącym porównaniom.
Pewnego ranka pod koniec trzeciego tygodnia, stojąc przy niej nad rwącym wodospadem, wysoko nad zieloną wypukłością wzgórz, Baxter poczuł przemożną chęć złożenia deklaracji. Grzmot kaskady głuszył wszelkie słowa; a zatem malarz otworzył szkicownik i na pustej kartce skreślił dwa krótkie wyrazy. Podał szkicownik pannie Everett, która przeczytawszy liścik, ślicznie się zarumieniła i obrzuciła autora szybkim spojrzeniem. Następnie wyrwała kartkę z notesu.
- Proszę tego nie niszczyć! - zawołał młodzieniec.
Z ruchu warg zrozumiała, co mówi, i z uśmiechem pokręciła głową. Pochyliła się jednak, wzięła z ziemi kamyk i owinęła weń list, jakby zamierzając cisnąć go do wody.
Baxter, speszony, wyciągnął rękę, by odebrać pakiecik. Przełożyła go do drugiej dłoni i podała mu tę, którą próbował pochwycić.
List wyrzuciła, ale ręki nie zabrała.
Baxter miał do dyspozycji jeszcze tydzień, który dzięki Marian był dlań bardzo szczęśliwy. Pani Denbigh czuła się zmęczona, więc zrobili przerwę w podróży; nic nie zakłócało ich sam na sam. Dużo rozmawiali o rozciągającej się przed nimi długiej przyszłości, a oddaliwszy się od huku wodospadu, szybko postanowili budować ją wspólnie.
Na nieszczęście oboje byli biedni. W tej sytuacji uzgodnili, że nie ogłoszą swoich zaręczyn, dopóki Baxter, ciężko pracując, nie pomnoży swych dochodów przynajmniej czterokrotnie. Była to decyzja okrutna, lecz konieczna i Marian nie zgłaszała zastrzeżeń. Pobyt w Europie zmienił jej wyobrażenia o materialnych potrzebach ładnej kobiety, naturalną więc koleją rzeczy po takim doświadczeniu nie śpieszyła się do wstąpienia w związek małżeński z ubogim artystą. Po kilku dniach Baxter wyruszył do Niemiec i Holandii, które chciał trochę zwiedzić w ramach prowadzonych studiów, a pani Denbigh wraz z młodą podopieczną udały się na zimę do Paryża. Tutaj w połowie lutego, zakończywszy wędrówkę po Niemczech, ponownie dołączył do nich Baxter. W podróży otrzymał od Marian zaledwie pięć krótkich, czułych listów - niewiele, jednak młody mężczyzna nawet w powściągliwości ukochanej wyczuwał pewną nutę czułej, utajonej wierności. Powitała go z całą otwartością i słodyczą, jakiej miał prawo oczekiwać, i z wielkim zainteresowaniem wysłuchała jego relacji o czekającej go poprawie perspektyw życiowych. Sprzedał trzy obrazy z Włoch, zgromadził też bezcenną kolekcję rysunków: znajdował się na najlepszej drodze do sławy i bogactwa, więc nie było już powodu, by wstrzymywać się przed ogłoszeniem zaręczyn. Lecz ta ostatnia propozycja wzbudziła sprzeciw Marian - sprzeciw tak silny, a zarazem tak nieuzasadniony, że doszło między nimi do dość przykrej sceny, po której Stephen opuścił pannę rozdrażniony i skonsternowany. Kiedy zaszedł do niej następnego dnia, powiedziano mu, że jest niezdrowa i nie może go przyjąć - i następnego dnia, i jeszcze następnego. Wieczorem po trzeciej bezowocnej wizycie u pani Denbigh, na jakimś dużym przyjęciu nagle dobiegło go imię Marian. Rozmawiały dwie starsze panie, które bynajmniej nie starały się zachować tajemnicy, nadstawił więc ucha i dowiedział się, że jego wybrance postawiono zarzut igrania z uczuciami udręczonego młodzieńca, jedynego syna jednej z dam. Najwyraźniej nie brakowało na to dowodów bądź też faktów, które można by uznać za dowody. Baxter wrócił do domu la mort dans l'âme, a następnego dnia znów złożył wizytę pani Denbigh. Marian nadal nie opuszczała swego pokoju, lecz starsza pani zdecydowała się go przyjąć; Stephen, bardzo wzburzony, lecz myślący trzeźwo, skupił się zatem na przesłuchaniu gospodyni.
Pani Denbigh, nieruchawa jak zwykle, nawet nie podejrzewała, jak stoją sprawy między młodymi ludźmi.
- Przykro mi to mówić - zagaił Baxter - ale wczoraj wieczorem słyszałem, że pannie Everett zarzuca się bardzo niegodny postępek.
- Ach, Stephen, na litość boską - odparła krewna - nie wracajmy do tego. Przez całą zimę nic nie robię, tylko bronię jej postępowania i łagodzę jego skutki. Przynajmniej ty mnie do tego nie zmuszaj. Znasz ją równie dobrze jak ja. Zachowała się nierozważnie, wiem, że teraz jest skruszona, a skoro już o tym mówimy, to dobrze, że z tym skończyła. Ten młody człowiek w żadnym razie nie był dla niej odpowiedni.
- Dama, która o tym wspomniała - rzekł Stephen - wyrażała się o nim z najwyższym uznaniem. Oczywiście, okazało się później, że to jego matka.
- Jego matka? Mylisz się. Jego matka zmarła dziesięć lat temu.
Baxter założył ręce z uczuciem, że musi się trzymać.
- Allons - powiedział - o kim właściwie pani mówi?
- O młodym panu Kingu.
- Wielkie nieba - zawołał Stephen - to jest ich dwóch?
- A o kim ty mówisz, jeśli łaska?
- O niejakim panu Youngu. Jego matka to przystojna starsza pani z siwymi lokami.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że coś łączy Marian z Frederikiem Youngiem?
- Voila! Tylko powtarzam, co słyszałem. Wydawało mi się, droga pani Denbigh, że powinna pani o tym wiedzieć.
Pani Denbigh melancholijnie pokręciła głową.
- Ja już naprawdę nic nie wiem - westchnęła. - Poddaję się. Młodzi ludzie zachowują się wobec siebie zupełnie inaczej niż za moich czasów. Nie wiadomo, czy chodzi im o wszystko, czy o nic.
- Wie pani przynajmniej, czy pan Young bywał w pani salonie?
- O, tak, często. Bardzo mi przykro, że o Marian się mówi. To dla mnie nieprzyjemne. Ale co ma począć chora kobieta?
- Dobrze - rzekł Stephen - dość o panu Youngu. Przejdźmy do pana Kinga.
- Pan King wrócił do domu. Szkoda, że w ogóle stamtąd wyjeżdżał.
- W jakim sensie?
- Och, to dureń. Nie ma pojęcia o młodych dziewczynach.
- Słowo daję - powiedział Stephen espressivo, jak to piszą w partyturach - można być bardzo mądrym i wciąż ich nie rozumieć.
- Swoją drogą, Marian rzeczywiście była nieroztropna. Chciała być życzliwa, lecz posunęła się za daleko. Stała się zalotna. I zanim się ocknęła, już żądał od niej wyjaśnień.
- On jest przystojny?
- Całkiem przystojny.
- I bogaty?
- Bardzo bogaty, jak sądzę.
- A ten drugi?
- Jaki drugi?
- No, pani przyjaciel Young.
- Owszem, też jest dość przystojny.
- I też jest bogaty?
- Tak, wydaje mi się, że on również jest bogaty.
Baxter zamilkł na chwilę.
- I nie ma wątpliwości - podjął w końcu - że obaj wpadli po uszy?
- Mogę odpowiadać tylko za pana Kinga.
- No, to ja odpowiem za pana Younga. Jego matka nie mówiłaby tego wszystkiego, gdyby nie świadomość, że jej syn cierpi. Cóż, to chyba nie świadczy zbytnio na niekorzyść Marian. Dwaj przystojni milionerzy są w niej szaleńczo zakochani, a ona odprawia jednego i drugiego. Nie dba ani o urodę, ani o pieniądze.
- Tego bym nie powiedziała - oznajmiła pani Denbigh z namysłem. - Dba o te rzeczy, ale nie wyłącznie. Chce je mieć, ale chce też talentu. Ach, Stephen, gdybyś ty był bogaty... - dodała poczciwa dama niewinnie.
Baxter wziął kapelusz.
- Ktoś, kto chce poślubić pannę Everett - sarknął - musi bardzo uważać, by nie powiedzieć zbyt dużo o panu Kingu i o panu Youngu.
Dwa dni później osobiście odbył rozmowę z dziewczyną. Być może czytelnikowi nie spodoba się łatwość, z jaką jego zaufanie uległo zachwianiu, niemniej faktem jest, że nie potrafił potraktować tych beztroskich rewelacji z równą beztroską. Dla niego miłość była namiętnością; dla niej, jak musiał przyznać, tylko prostacką rozrywką. Jako człowiek o krewkim usposobieniu od razu doszedł do sedna.
- Marian - powiedział - oszukiwałaś mnie.
Marian dobrze wiedziała, o co mu idzie - dobrze wiedziała, że narzeczeństwo ją znudziło i jakkolwiek jej zachowaniu wobec panów Kinga i Younga nie dało się wiele zarzucić, wobec Baxtera dopuściła się poważnej nielojalności. Czuła, że cios został zadany, a zaręczyny nieodwołalnie zerwane. Wiedziała też, że Stephen nie pozwoli się zbyć połowicznymi wyjaśnieniami czy wymówkami, jednak innych nie umiała mu udzielić. Nawet tysiąc wykrętów nie zastąpi szczerego wyznania; rezygnując zatem z próby ratowania swych "widoków", na których przestało jej zależeć, podjęła tylko próbę ocalenia godności. Chwilowo jej godność była dość bezpieczna pod osłoną przyrodzonego, na poły cynicznego chłodu, lecz właśnie ów dystans zostawił w pamięci Stephena wrażenie, że ma do czynienia z osobą bezduszną i płytką, co przynajmniej w jego konkretnym przypadku na zawsze położyło kres pretensjom panny do prawdziwych walorów i wartości. Odmówiła młodzieńcowi prawa do żądania jakichkolwiek wyjaśnień i do ingerencji w jej postępowanie; niemal uprzedziła jego propozycję, by uznali swe narzeczeństwo za zakończone. Nie chciała skorzystać nawet z tak logicznej broni jak płacz. W tych okolicznościach, rzecz jasna, wymiana zdań nie trwała długo.
- Sądzę - rzekł Baxter na odchodnym - że jesteś najbardziej powierzchowną i nieczułą kobietą, jaką znam.
Natychmiast opuścił Paryż i udał się do Hiszpanii, gdzie pozostał do lata. W maju pani Denbigh i jej protegowana wyjechały do Anglii, gdzie ta pierwsza miała po mężu liczne koneksje i gdzie zgoła nieangielska uroda Marian znalazła wielu admiratorów. We wrześniu wypłynęły do Ameryki. Od rozstania Baxtera z panną Everett do ich ponownego spotkania w Nowym Jorku upłynęło zatem około półtora roku.
Przez ten czas rany młodego człowieka zdążyły się zagoić. Jego rozgoryczenie, choć gwałtowne, miało krótki żywot, a gdy wreszcie odzyskał zwykłą równowagę, poczuł zadowolenie, że zdołał się wywinąć za cenę odrobiny cierpienia. Oceniając w spokojniejszym nastroju swoje opinie na temat panny Everett, zdecydował, że wcale nie była kobietą, której pragnął, właściwie nie była nawet kobietą, którą sobie wybrał. "Dzięki Bogu - mówił - że mam to za sobą. Jest niepoprawnie płocha. Jest pusta, próżna, pospolita". W jego zalotach było coś zdyszanego i gorączkowego, w wymyślonej namiętności - coś sztucznego i nierzeczywistego. W połowie był to skutek scenerii, pogody, zwykłej towarzyskiej bliskości, a nade wszystko, malowniczej urody dziewczyny, nie wspominając o wręcz zachęcającej pobłażliwości i ociężałości biednej pani Denbigh. Kiedy więc w Madrycie odkrył, że bardzo interesuje go Velázquez, odsunął od siebie wszelkie myśli o byłej narzeczonej.
Jego sądu o pannie Everett nie uważam za ostateczny, ale przynajmniej był sumienny. Pod wpływem złudnego uczucia obdarzył wielkim uznaniem jej powaby i wdzięki; zyskał zatem prawo, gdy złudzenia prysły, by sporządzić szacunek jałowych obszarów jej ducha. Panna Everett mogła z łatwością zarzucić mu okrucieństwo i niesprawiedliwość, lecz na jego obronę wciąż przemawiał fakt, że ogromnie cenił sobie prawdę. Marian, odwrotnie, była na nią całkiem obojętna, a gniewna opinia Stephena o jej zachowaniu nie wzbudziła w jej skarlałej duszy żadnego odzewu.
Czytelnik zapewne ma już wystarczające pojęcie, jakie były uczucia obojga przyjaciół, kiedy spotkali się twarzą w twarz, trzeba jednak dodać, że upływ czasu bardzo osłabił siłę tych uczuć. Chyba żadna kobieta nie może sobie życzyć bardziej swobodnego, niekrępującego i nieskrępowanego towarzysza, aniżeli rozczarowany kochanek; przy założeniu, oczywiście, że proces rozczarowania całkowicie się zakończył i od tego wydarzenia upłynął pewien czas.
Marian również była zupełnie naturalna. Nie po to podczas ostatniej, przykrej rozmowy zachowała spokój - który można wręcz nazwać filozoficznym - żeby go teraz utracić. Nie czuła urazy do byłego adoratora; jego pożegnalne słowa były - jak wszystkie słowa w mniemaniu Marian - zaledwie façon de parler. Panna Everett w ostatnich dniach panieństwa cieszyła się tak wyśmienitym humorem, że w przeszłości nie widziała nic, czego nie mogłaby wybaczyć. Toteż okrzyk rozmówcy sprawił, że oblała się lekkim rumieńcem, jednak pozostała niespeszona.
- Prawda jest taka, panie Baxter - powiedziała, przywołując całą pogodę usposobienia - że w obecnej chwili jestem ze światem w doskonałej komitywie; wszystko widzę en rose, zarówno przeszłość, jak i przyszłość.
- Ja również jestem ze światem w dobrej komitywie - odparł pan Baxter - i w głębi serca pogodziłem się z tym, co pani nazywa przeszłością. Niemniej jest mi bardzo przykro o niej myśleć.
- Ach - zauważyła panna Everett z wielką słodyczą - w takim razie obawiam się, że pan się nie pogodził.
Baxter zaśmiał się tak głośno, że panna Everett obejrzała się na ojca. Ale pan Everett nadal spał wielkopańskim snem. - Nie wątpię - rzekł malarz - że daleko mi do pani chrześcijańskiego ducha. Ale zapewniam, że bardzo się cieszę, znowu panią widząc.
- Wystarczy jedno słówko, a zostaniemy przyjaciółmi.
- Byliśmy bardzo głupi, próbując być czymś więcej.
- "Głupi", owszem. Lecz, przyzna pan, było to ładne głupstwo.
- Ależ nie, panno Everett. Jako artysta roszczę sobie prawo własności do słowa "ładne". Nie powinna pani tutaj go wtrącać. Nie może być ładne coś, co skończyło się tak brzydko. To wszystko był fałsz.
- Cóż... jak pan chce. Co pan porabiał od naszego rozstania?
- Podróżowałem i pracowałem. Zrobiłem w swoim fachu wielkie postępy. I krótko przed powrotem do kraju się zaręczyłem.
- Zaręczył się pan? ...a la bonne heure. Czy ona jest dobra? Czy jest ładna?
- Nie dorównuje pani urodą.
- Innymi słowy, nieskończenie przewyższa mnie dobrocią. Naprawdę, mam nadzieję, że tak jest. Ale dlaczego pan z nią nie przyjechał?
- Została z siostrą, nieszczęśliwie chorą, która pije nad Renem wody mineralne. Chciały tam zabawić do nastania chłodów. Wracają za kilka tygodni i zamierzamy od razu się pobrać.
- Gratuluję panu z całego serca - powiedziała Marian.
- Pan pozwoli, że się przyłączę - oznajmił pan Everett, budząc się instynktownie, co czynił zawsze, kiedy rozmowa przybierała uroczysty obrót.
Panna Everett zgodziła się zaledwie na trzy dodatkowe posiedzenia, toteż większą część pracy malarz wykonał z pomocą fotografii. Pan Everett, także obecny przy tych spotkaniach, znowu z właściwą sobie wrażliwością uległ usypiającym wpływom swojej pozycji. Młodzi ludzie mieli wszakże dość dobrego smaku, by powstrzymać się od dalszych wzmianek o minionym związku, i ograniczyli pogawędkę do spraw mniej osobistych.
II
Pewnego popołudnia, gdy portret był już na ukończeniu, John Lennox zajrzał do pustej pracowni, aby ocenić postęp pracy. Zarówno Baxter, jak i Marian wyrazili życzenie, by nie oglądał dzieła na wcześniejszych etapach, widział je zatem po raz pierwszy. Pół godziny później, gdy Baxter, niezapowiedziany, wszedł do pomieszczenia, zastał Lennoxa siedzącego przed obrazem, pogrążonego w głębokiej zadumie. Baxter otrzymał klucz do budynku, umożliwiający mu łatwy i szybki dostęp do obrazu, kiedykolwiek naszła go ochota.
- Przechodziłem tędy - wyjaśnił - i nie mogłem się powstrzymać, by tu nie zajrzeć; chciałem poprawić błąd, który popełniłem dziś rano, póki mam w umyśle świeży ślad tej potworności. - To mówiąc, zasiadł do pracy; Lennox stał obok i przyglądał się.
- No więc - zapytał wreszcie malarz - jak się panu podoba?
- Nie całkiem.
- Proszę, niech pan przedstawi swoje zastrzeżenia. Ma pan szansę udzielić mi konkretnej pomocy.
- Nie bardzo wiem, jak sformułować obiekcje. W każdym razie najpierw chciałbym podkreślić, że ogromnie podziwiam pańskie dzieło. To z pewnością najlepszy obraz, jaki pan namalował.
- Szczerze mówiąc, też tak sądzę. Niektóre fragmenty - rzekł Baxter z prostotą - są doskonałe.
- To rzuca się w oczy. Lecz albo te fragmenty, albo jakieś inne sprawiają niesłychanie przykre wrażenie. Wiem, że to nie jest rzetelna krytyka; ale płacę panu za to, by móc wypowiadać się arbitralnie. Są zbyt bezwzględne, zbyt przejmujące, pochodzą z rzeczywistości, która jest zbyt brutalna. Słowem, pański obraz mnie przeraża; na miejscu Marian czułbym, że dopuszczono się wobec mnie gwałtu.
- Przepraszam za to, co przykre; ale chciałem, by wszystko było prawdziwe. Opowiadam się za rzeczywistością, pan musiał to dostrzec.
- Ma pan moje poparcie; rozmach i siła, z jaką dąży pan do tej rzeczywistości, zasługują na najwyższy podziw. Ale nie może pan być realistą, nie będąc brutalnym, nie usiłując, jak to mówią, być aktualnym.
- Nie przyznaję się do winy; nie jestem brutalny. Widzę jednak, panie Lennox, że tą drogą nie całkiem udało mi się pana zadowolić. Potraktowałem obraz zbytnio au sérieux. Za bardzo starałem się osiągnąć pełnię. Skoro jednak nie podoba się panu, to może spodoba się innym.
- W to nie wątpię. Ale nie w tym rzecz. Obraz jest tak dobry, że mógłby być tysiąc razy lepszy.
- Oczywiście, nie przeczę, że jest w nim dość miejsca na nieskończoną liczbę poprawek, i widzę, że kilka szczegółów mógłbym namalować lepiej. Ale w zasadzie portret już istnieje. Powiem panu, czego panu brakuje: moja praca nie jest "klasyczna"; ściśle mówiąc, nie jestem genialny.
- Przeciwnie, podejrzewam, że pan jest. Ale, jak pan powiedział, praca nie jest klasyczna; pozostanę przy swoim określeniu brutalna. Wie pan co? Zbyt przypomina akademickie studium. Nadał pan biednej pannie Everett wygląd zawodowej modelki.
- Jeżeli tak, to postąpiłem bardzo źle. Nigdy nie miałem modelki bardziej swobodnej i mniej skrępowanej. Patrzę na nią z zachwytem.
- Niech to licho, jej swobodę też pan odmalował. Cóż, nie mam pojęcia, co tu nie gra. Poddaję się.
- Sądzę - rzekł Baxter - że powinien pan wstrzymać się z werdyktem, aż obraz będzie ukończony. Jestem pewien, że jest w nim klasyczny składnik, ale go nie wydobyłem. Proszę zaczekać kilka dni, a wypłynie na powierzchnię.
Lennox zostawił artystę samemu sobie; ten zaś zawzięcie malował do zapadnięcia zmroku i odłożył pędzle, dopiero gdy w ciemnościach przestał cokolwiek widzieć. Wychodząc, spotkał w holu Lennoxa.
- Exegi monumentum - powiedział. - Skończone. Proszę iść i oglądać do woli. Przyjdę rano posłuchać pańskich impresji.
Po jego odejściu pan domu zapalił pół tuzina lamp i wrócił do studiowania obrazu. Portret niezmiernie zyskał na ostatnich zabiegach malarza; czy to, jak zapowiadał Baxter, wyzwolił się w nim składnik klasyczny, czy to Lennox był nastawiony bardziej wyrozumiale, w każdym razie teraz robił wrażenie oryginalnego i przejmującego dzieła sztuki, prawdziwego portretu, świadomego wizerunku ludzkiej twarzy i postaci. To była Marian, najprawdziwsza Marian, zmierzona i zbadana z ogromną cierpliwością. Jej uroda, jej słodycz, jej młodzieńczy powab i ulotny czar - wszystko to zostało zatrzymane na zawsze, aby trwać nietknięte i wieczne. Nic nie mogło być prostsze niż koncepcja i kompozycja obrazu. Dziewczyna siedziała spokojnie, patrząc nieco w prawo, z uniesioną głową i dłońmi - dziewiczymi dłońmi bez bransolet i pierścionków - złożonymi bezczynnie na podołku. Jej jasne włosy, zaplecione w warkocze i upięte na czubku głowy (według najnowszej mody), ukazywały niemal dziecięcy zarys policzków i uszu. W oczach lśniło zadowolenie, kolor i blask; usta rozchyliły się lekko. Ściśle mówiąc, koloru w obrazie pojawiało się niewiele, lecz czarne draperie promieniały odbitym światłem, skóra zaś modelki - ludzkim rumieńcem i bladością, pulsującym zdrowiem i życiem. Było to dzieło mocne i proste, przedstawiające postać całkowicie wyzbytą sztywności i afektacji, a przecież doskonale wytworną.
"Oto, co znaczy być artystą - pomyślał Lennox. - I tego wszystkiego dokonano przez ostatnie dwie godziny".
Była to jego Marian, z całą pewnością, oraz wszystko, co go w niej urzekło - i nadal go urzekało za każdym razem, kiedy ją widział: zniewalająca pewność siebie, cudowna lekkość, urok kobiecości. Jednak w miarę, jak na nią patrzył, w jego oczach pojawiał się wyraz bólu, który w końcu przerodził się w śmiertelny ciężar.
Lennox naprawdę kochał, kochał z całą mocą; ale kochał też rozumnie, jak przystało na piętnaście lat doświadczenia w sprawach ludzkich. Miał przenikliwe spojrzenie i lubił czynić z niego użytek. Po wielekroć, gdy wymowne oczy i usta Marian obficie raczyły go skarbami jej ducha, on zaś ujmował jej twarz w dłonie, obsypywał pocałunkami i składał namiętne przysięgi, nagle gwałtownie się wzdrygał i wołał bezgłośnie: "Ale - ach! - gdzie jest serce?". Pewnego dnia zapytał ją (niewątpliwie bez związku):
- Marian, gdzie ty masz serce?
- Gdzie... O co ci chodzi? - zdumiała się panna Everett.
- Myślę o tobie od rana do wieczora. Składam cię w jedno i rozbieram na części, jak w tej grze, w której ludzie układają słowa z przydzielonych porcji liter. Ale zawsze jednej litery mi brak. Nie mam pod ręką twojego serca.
- John - rzekła pomysłowo Marian - moje serce to cały wyraz. Moje serce jest wszędzie.
To nawet mogła być prawda. Panna Everett sprawiedliwie rozprowadziła swe serce po całym ciele, czego naturalnym skutkiem była skąpa obecność tego organu w przyrodzonym miejscu. Lennox, wpatrując się w znakomite dzieło Baxtera, czuł, że to pytanie znów wypływa na jego usta, lecz jeśli nawet podsunął mu je portret Marian, to portret Marian nie umiał na nie odpowiedzieć; mogła to zrobić tylko ona sama. Lennox miał wrażenie, że jakaś potężna moc wydobyła z jego ukochanej najintymniejsze drgnienia duszy i przelała je na płótno mocnymi, namiętnymi pociągnięciami pędzla. Marian uosabiała beztroskę, beztroska stanowiła o jej uroku - czy zatem było możliwe, że jej duszy również brakowało powagi? Czyżby była istotą bez wiary i bez sumienia? Jakież inne znaczenie mogła mieć straszliwa bezmyślność i martwota, przyćmiewająca blask jej oczu i kradnąca uśmiech z jej warg? Zjawisk tych nie dało się pominąć, tym bardziej że pod innymi względami artysta wykazał się głęboką wnikliwością. Był tyleż lojalny i przychylny, co inteligentny. Żadna cecha wyglądu dziewczyny nie została zlekceważona, wszystkie rysy oddano wyraziście i subtelnie. Czy Baxter był cudownie wrażliwym człowiekiem, obdarzonym niezrównanym zmysłem obserwacji - czy jedynie cierpliwym i niestrudzonym artystą, tworzącym nieskończenie lepiej, niż sam wiedział? Ale czy zwykły malarz nie zadowoliłby się przedstawieniem panny Everett w zdecydowanej, bogatej, obiektywnej manierze, której obraz był świetnym przykładem - i niczym ponadto? Nie ulegało bowiem kwestii, że Baxter zrobił coś ponadto. Malował, posługując się nie tylko wiedzą, także uczuciem i wyobraźnią. Prawie komponował - a jego kompozycja zawierała prawdę.
Lennox nie potrafił rozstrzygnąć wątpliwości. Chętnie byłby uwierzył, że obraz nie zawiera innych wyobrażeń aniżeli dostarczone przez jego własny umysł, a czcza słodycz oczu i ust modelki to tylko uśmiech młodości i niewinności. Czuł zamęt w głowie - był niedorzecznie kapryśny i podejrzliwy; zgasił więc światła i zostawił portret w życzliwych ciemnościach. Po czym, częściowo, by wynagrodzić całą rzecz wybrance, częściowo zaś, by sprawić sobie przyjemność, poszedł spędzić godzinkę z Marian. I stwierdził, że ona przynajmniej nie ma żadnych zastrzeżeń. Uważała portret za bardzo udany; z wielką chęcią dałaby się w tej formie przekazać potomnym. Mimo to po powrocie Lennox znów zaszedł do pracowni. Tym razem zapalił tylko jedną lampę. Fuj! było gorzej, niż kiedy palił się ich tuzin. Pośpiesznie zakręcił gaz.
Baxter przyszedł nazajutrz, tak jak obiecał. Biedny Lennox, po dwunastu godzinach nieprzerwanych rozmyślań miał w oczach wyraz cierpienia tak intensywny, że malarz pojął, iż jego źródłem musi być coś więcej niż tylko uznanie dla sztuki.
"Czyżby ten człowiek był zazdrosny?" - pomyślał Baxter. Chciał jedynie namalować dobry portret i był wolny od jakichkolwiek ubocznych zamysłów, do tego stopnia, że sumienie nie zdołało mu podpowiedzieć, gdzie leży źródło niepokoju gospodarza. Niemniej zaczął mu współczuć; w rzeczy samej, pokusę, by mu współczuć, odczuwał od samego początku. Lubił go i szanował, miał za rozsądnego i wrażliwego; jego zdaniem, była to wielka szkoda, że taki człowiek - jednostka o silnych potrzebach duchowych - związał swój los z Marian Everett. Ale dość szybko uznał, że Lennox doskonale wie, co robi, i nie trzeba go oświecać. Żenił się, by tak rzec, z otwartymi oczami, starannie zważywszy zyski i straty. Każdy ma własny gust; a Johna Lennoxa w wieku lat trzydziestu pięciu nikt nie musiał pouczać, że panna Everett nie jest tym wszystkim, czym być mogła. Baxter uznał za rzecz oczywistą, że jego przyjaciel z rozmysłem dokonał wyboru drugiej żony - że chciał poślubić ładną kobietkę, osóbkę obdarzoną talentem do podejmowania gości, która będzie malowniczo wydawać pieniądze męża. Nie miał pojęcia o tym, jak poważna była namiętność poczciwca, ani o tym, jak dalece jego szczęście zależało od czegoś, co można by nazwać złudzeniem. Baxter troszczył się tylko o to, by dobrze wykonać swoją pracę, a wykonał ją tym lepiej, że kiedyś, dawno temu, zainteresował się urzekającą twarzą Marian. Z całą pewnością nasycił swój obraz ową siłą charakteryzacji i głębią realizmu, która zwróciła uwagę jego przyjaciela, lecz uczynił to całkowicie bez wysiłku i bez złośliwości. Artystyczna połowa jego osoby z wigorem sprawowała władzę nad połową czysto ludzką, jedna karmiła się klęskami drugiej, tuczyła na jej radościach i zgryzotach. Młody człowiek był po prostu prawdziwym artystą - i gdzieś głęboko, w najtajniejszych zakamarkach jego silnej i uczuciowej natury, geniusz wszedł w bliską zażyłość z sercem, przenosząc na płótno całe brzemię rozczarowań i ustępstw. Zresztą po miłostce z Marian Baxter zdążył już poznać dziewczynę, której, jak sądził, mógł zaufać, którą mógł pokochać na zawsze; otrzeźwiony i umocniony nową emocją był w stanie dokładniej ocenić niedostatki dawnej ukochanej. Dlatego też malował z uczuciem - panna Everett nie mogła oczekiwać, że postąpi inaczej. Uczciwie zrobił, co w jego mocy, a werdykt zjawił się nieproszony i zwieńczył dzieło.
Chociaż Lennoxa bardzo ciekawiła historia znajomości przyjaciela z jego przyszłą żoną, był daleki od zazdrości. W pewien sposób miał nawet wrażenie, że już nigdy zazdrosny nie będzie. Jednak ustalając okoliczności dawnego związku tych dwojga, w żadnym razie nie mógł pozwolić, by młody człowiek zaczął podejrzewać, że on, Lennox, odkrył w obrazie jakiś zasadniczy defekt.
- Dawna znajomość z panną Everett - rzekł w końcu szczerze - najwyraźniej bardzo się panu przydała.
- Chyba tak - potwierdził Baxter. - Istotnie, gdy tylko zacząłem malować, odkryłem, że jej twarz wraca do mnie jak na pół zapamiętana melodia. Była wtedy niezwykle ładna.
- Była o dwa lata młodsza.
- Tak, i ja też byłem młodszy o dwa lata. Zdecydowanie, ma pan rację. Wykorzystałem swe dawne wrażenia.
Do tego Baxter był skłonny się przyznać; ale stanowczo nie chciał wygadać się z czymś, co sama Marian trzymała w tajemnicy. Nie dziwił się, że nie powiedziała wielbicielowi o minionym narzeczeństwie - tego się właśnie spodziewał, niemniej próba naprawy owego zaniechania byłaby czymś niewybaczalnym.
Lennox miał zmysły tak wyostrzone bólem i podejrzeniem, że nie mógł nie dostrzec w oczach rozmówcy, iż ten zamierza coś ukryć. Postanowił to udaremnić. - Ciekaw jestem - zagadnął - czy był pan kiedykolwiek zakochany w pannie Everett?
- Nie waham się powiedzieć, że tak - odparł Baxter, sądząc, że ogólne wyznanie pomoże mu bardziej niż szczegółowe zaprzeczenie. - Wyobrażam sobie, że byłem jednym z tysiąca. No, może tylko jednym ze stu. Ale widzi pan, przeszło mi. Jestem zaręczony.
Twarz Lennoxa aż się rozjaśniła. - Ach, tak - powiedział. - Teraz wiem, co nie podoba mi się w pańskim obrazie: punkt widzenia. Nie jestem zazdrosny - dodał - w przeciwnym razie obraz podobałby mi się bardziej. Ale pan najwyraźniej wcale nie lubi tej biednej dziewczyny. Zakochanie przeszło panu aż za bardzo. Kochał ją pan, ona pozostała obojętna, więc teraz pan się mści. - Udręczony smutkiem Lennox szukał ucieczki w bezrozumnej złości.
Baxter był zaskoczony.
- Przyzna pan - rzekł z uśmiechem - że to bardzo piękna zemsta. - Tu przyszło mu na pomoc poczucie własnej zawodowej wartości. - Namalowałem pannie Everett najlepszy portret, jaki powstał w Ameryce. Ona jest z niego zadowolona.
- Ach! - zawołał Lennox z cudowną nieszczerością. - Marian jest bardzo wyrozumiała.
- A zatem - zapytał Baxter - o co panu chodzi? Zarzuca mi pan skandaliczne zachowanie, więc muszę żądać, by się pan wytłumaczył. - Baxtera również ogarnęła złość. - Czy jakoś zniekształciłem pannę Everett? Czy źle ją przedstawiłem? Czy temu portretowi czegoś brakuje? Czy jest źle namalowany? Wulgarny? Dwuznaczny? Nieskromny? - Podczas tej wyliczanki cierpliwość Baxtera całkiem się wyczerpała. - Zawracanie głowy! - zakrzyknął. - Wie pan równie dobrze jak ja, że obraz jest znakomity.
- Nie będę próbował zaprzeczać. Zastanawia mnie tylko, że Marian zechciała panu pozować.
Chlubnie świadczy o Baxterze, że wciąż trwał w swym postanowieniu, by nie zdradzić dziewczyny, pozwalając raczej Lennoxowi sądzić, że jest odrzuconym wielbicielem.
- Ach - zawołał - sam pan mówił, że panna Everett jest bardzo wyrozumiała!
Lennox był tak niemądry, że uznał to za przyznanie się do winy.
- Baxter, kiedy mówię, że pan się zemścił, nie chodzi mi o to, że zrobił to pan rozmyślnie i świadomie. Mój drogi, jakże mógł pan się powstrzymać? Rozczarowanie było proporcjonalne do straty, a reakcja proporcjonalna do rozczarowania.
- Tak, wszystko to bardzo ładnie, ale tymczasem wciąż na próżno czekam, by się dowiedzieć, co zrobiłem źle.
Lennox przeniósł wzrok z Baxtera na obraz i z powrotem z obrazu na Baxtera.
- No, proszę, niech pan mówi - rzekł malarz. - Po prostu przedstawiłem pannę Everett z całym wdziękiem, jaki ma w rzeczywistości.
- Och, niech jej wdzięki diabli porwą! - krzyknął Lennox.
- Panie Lennox - ciągnął młody człowiek - gdybym nie uważał pana za dżentelmena, a mimo pańskiej porywczości wciąż pana za takiego uważam, to gotów byłbym uznać, że pan...
- Uznałby pan, że ja co?
- Gotów byłbym uznać, że chce pan po prostu zbić cenę za portret.
Lennox gwałtownie machnął ręką, zniecierpliwiony. Jego rozmówca wybuchnął śmiechem i na tym dyskusja się zakończyła. Baxter odruchowo wziął do ręki pędzel i podszedł do płótna z niejasnym zamiarem wykrycia utajonych błędów; Lennox zbierał się do odejścia.
- Proszę zostać! - zawołał malarz, widząc, że gospodarz go opuszcza. - Jeśli ten obraz naprawdę pana obraża, zamażę go. Wystarczy jedno słowo. - I uniósł pędzel unurzany w czarnej farbie.
Lecz Lennox stanowczo pokręcił głową i wyszedł. Jednak zaraz wrócił. - Niech pan zamazuje - powiedział. - Obraz, oczywiście, już należy do mnie.
Teraz wszakże Baxter pokręcił głową. - Aa, za późno - oznajmił. - Szansa przepadła.
Lennox udał się prosto do mieszkania pana Everetta. Marian w bawialni podejmowała porannych gości, toteż jej wybranek usiadł z boku i zaczekał, aż się ich pozbędzie. Gdy zostali sami, Marian zaczęła kpić z odwiedzających i przedrzeźniać ich maniery, co czyniła z niezrównanym wdziękiem i zapałem. Jednak Lennox ukrócił tę zabawę i wrócił do sprawy portretu. Zastanowił się; odwoływał wczorajsze obiekcje; obraz mu się podobał.
- Dziwię się tylko, Marian - dodał - że miałaś ochotę pozować panu Baxterowi.
- Dlaczego? - zapytała czujnie Marian. Dostrzegła, że wielbiciel czegoś się domyśla, i nie zamierzała do niczego się przyznawać, póki się nie dowie, co to takiego.
- Dawny amant zawsze jest niebezpieczny.
- Dawny amant? - Marian oblała się porządnym, szczerym rumieńcem. Ale natychmiast się opanowała. - Błagam, powiedz, skąd ta urocza wiadomość?
- Och, jakoś wyciekła - odparł Lennox.
Marian zawahała się, po czym rzekła z uśmiechem: - Cóż, byłam odważna. Poszłam.
- Jak to się stało, że nic mi nie powiedziałaś?
- O czym ci nie powiedziałam, drogi Johnie?
- No, o amorach Baxtera. Daj spokój, nie bądź taka skromna.
Skromna! Marian odetchnęła swobodniej. - Mój drogi, co masz na myśli, żądając od przyszłej żony, żeby nie była skromna? Błagam, nie pytaj mnie o amory pana Baxtera. Cóż ja mogę o nich wiedzieć?
- O tej sprawie też nic nie wiedziałaś?
- Ach, mój drogi. Wiem o wiele za dużo, by dobrze się z tym czuć. Na szczęście dzielnie sobie poradził. Jest zaręczony.
- Zaręczony, ale nie całkiem uwolniony. To uczciwy człowiek, moja droga, ale pamięta o swoim penchant. Robił, co mógł, by uniknąć w swej pracy sentymentalizmu. Widział cię taką, w jakiej się zadurzył - jakiej sobie życzył; i obdarzył cię minką, jak sobie wyobraża, moralnego powabu. Niewiele brakowało, a byłby zepsuł obraz. Baxter nie ma zbyt wielkiej wyobraźni, gdyż taka mina, w gruncie rzeczy, na ogół wyraża jedynie bezmyślność. Na szczęście ma talent i jest prawdziwym artystą, więc wbrew sobie namalował dobry portret.
Do takich to argumentów musiał uciekać się John Lennox, by zdławić świadectwo własnych zmysłów. Lecz wielbiciel, gdy raz zacznie wątpić, nie potrafi przestać na zawołanie. Mimo gorliwych wysiłków, by ufać Marian tak jak przedtem, akceptować ją bez zastrzeżeń i bez wahania, nie potrafił stłumić odruchu podejrzliwości i niechęci. Czar prysł, a czaru nie da się ponownie skleić. Lennox jakby z dystansu przyglądał się twarzy biednej dziewczyny, ważąc jej słowa, analizując myśli i odgadując pobudki.
Poddana tej próbie, Marian zachowała się wręcz heroicznie. Czuła, że w sercu przyszłego męża zaszła jakaś subtelna zmiana, której przyczyn nie jest w stanie odgadnąć, lecz która najwyraźniej zagraża jej perspektywom. Coś między nimi pękło; utraciła połowę swej władzy. Wpadła w straszliwy popłoch, tym bardziej że niezwykła głębia osobowości, którą przez cały czas chętnie przypisywała Lennoxowi, teraz mogła skrywać jakiś śmiały a złowieszczy zamysł. Czyżby po prostu rozważał zerwanie? Czyżby miał zamiar odjąć jej od ust słodki, wonny, korzenny puchar zamążpójścia, status żony dobrodusznego milionera? Obrzuciła swą przeszłość drżącym spojrzeniem, zastanawiając się, czy Lennox znalazł w niej jakąś ciemną plamę. Ale, w gruncie rzeczy, czyż nie powinna zażądać, by spróbował? Właściwie nie zrobiła nic nagannego. Jej historia nie miała żadnych wyraźnych skaz. Owszem, wskutek moralnego niechlujstwa widniały na niej pewne odbarwienia, lecz w porównaniu z przeszłością innych dziewcząt prezentowała się całkiem nieźle. Marian dbała tylko o przyjemności, ale czyż nie do tego wychowywano młode panny? Więc w zasadzie chyba nie musiała się przejmować? Zapewniła się w duchu, że nie musi; niemniej wyczuwała, że gdyby John jednak zerwał zaręczyny, zrobiłby to z górnolotnych, ogólnych powodów, a nie dlatego, że popełniła jeden występek mniej lub więcej. Zrobiłby to po prostu dlatego, że przestał ją kochać. I nie na wiele by się wówczas zdało, gdyby go upewniła, że jest gotowa łaskawie przymknąć na to oko i odstąpić od wymagań serca. Ale mimo ohydnego niepokoju wciąż nie przestawała się uśmiechać.
Dni mijały, a John nadal zgadzał się być zaręczonym. Od stanu małżeńskiego dzielił ich już tylko tydzień - sześć dni, pięć dni, cztery dni. Uśmiech panny Everett stał się mniej mechaniczny. John najwidoczniej przechodził kryzys - moralny i intelektualny kryzys, nieuchronny u człowieka o jego usposobieniu, z którym ona nie miała nic wspólnego. Po prostu w wigilię ślubu wejrzał w swoje serce i odkrywszy, że jest już niemłode i nieskłonne do kaprysów namiętności, postanowił nazwać rzeczy po imieniu i przyznać sam przed sobą, że w małżeństwie nie zamierza kierować się miłością, ale przyjaźnią i w pewnym stopniu rozwagą. Nie przedstawił Marian owej zdroworozsądkowej opinii tylko ze względu na jej przypuszczalnie bardziej podniosłe poglądy na tę sprawę. Takie były domniemania Marian.
Lennox wyznaczył dzień ślubu na ostatni czwartek października. W piątek poprzedzającego tygodnia, przechodząc Broadwayem, zajrzał do Goupila, aby sprawdzić, czy zamówiona do portretu rama jest gotowa. Obraz przewieziono już do galerii; na prośbę Baxtera i za zgodą Lennoxa po oprawie miał być na kilka dni umieszczony w sali wystawowej. Lennox wszedł na górę, aby go obejrzeć.
Obraz tkwił na sztalugach w głębi pomieszczenia, przed nim zaś stało troje widzów - dżentelmen oraz dwie damy. Poza tym galeria była pusta. Podchodząc bliżej, Lennox odkrył, że ów dżentelmen to Baxter, ten zaś niezwłocznie przedstawił przyjaciela swoim towarzyszkom. W młodszej Lennox rozpoznał narzeczoną artysty; starsza, jej siostra, była bladą nieładną kobietą o niezdrowym wyglądzie, która zajmowała podane jej krzesło, nie podejmując prób rozmowy. Baxter wyjaśnił, że panie dopiero w przeddzień przybyły z Europy, więc przede wszystkim chciał im pokazać swoje arcydzieło.
- Sarah - powiedział - bardzo chwali modelkę z wielkim uszczerbkiem dla kopii.
Sarah była wysoką, czarnowłosą dziewczyną lat około dwudziestu, o nieregularnych rysach i lśniących ciemnych oczach, błyskającą białymi zębami w promiennym uśmiechu - czyli osobą ze wszech miar wspaniałą. Zwracając się do Lennoxa ze szczerą sympatią, powiedziała głębokim, dźwięcznym głosem:
- Musi być bardzo piękna.
- Owszem, jest bardzo piękna - odrzekł Lennox, nie odrywając wzroku od jej miłej twarzy. - Musi pani ją poznać - ona musi poznać panią.
- Z pewnością bardzo chciałabym ją zobaczyć.
- To jest niemal równie dobre - oświadczył Lennox, wskazując obraz. - Baxter to istny geniusz.
- Wiem, że pan Baxter jest genialny. Ale, koniec końców, czymże jest obraz? Od dwóch lat oglądam wyłącznie obrazy, a nie widziałam ani jednej ładnej dziewczyny.
Młoda kobieta wpatrywała się w portret z wyraźnym zachwytem, póki więc Baxter zajęty był rozmową z drugą damą, Lennox obrzucił jego fiancée długim, ukradkowym spojrzeniem. Przybliżyła się do wizerunku Marian; dwie głowy, realna i wyobrażona, znalazły się tuż obok siebie i przez chwilę twarz dziewczyny, kwitnąca świeżością i silnym ożywieniem, jakby przyćmiła linie i barwy na płótnie. Lecz w następnej chwili, pod wzrokiem Lennoxa, różany krąg oblicza Marian rozjarzył się nieubłaganą ostrością, a jej beztroskie niebieskie źrenice z poufałym cynizmem spojrzały mu w oczy.
Raptownie pożegnał się z towarzystwem i ruszył ku wyjściu. Nagle przystanął. Tuż przy drzwiach wisiał na ścianie obraz Baxtera Moja ostatnia księżna. Lennox zastygł, zdumiony. To miała być ta twarz i postać, która jeszcze miesiąc temu przypomniała mu jego wybrankę? Gdzie się podziało podobieństwo? Zniknęło tak całkowicie, jakby nigdy nie istniało. Co więcej, obraz był znacznie słabszy od nowego portretu. Lennox obejrzał się na Baxtera, czując lekką pokusę, by zażądać wyjaśnienia albo przynajmniej dać wyraz konsternacji. Ale Baxter i jego ukochana, pochyleni rozkosznie skroń w skroń, oglądali jakiś drobny szkic, zawieszony tuż nad podłogą.
Trudno powiedzieć, jak minął ten tydzień. Były momenty, gdy Lennox miał uczucie, że wolałby śmierć od tego bezdusznego związku, który teraz wydawał się nieunikniony; że jedyne możliwe wyjście to przepisać na Marian cały majątek i skończyć ze sobą. Były też inne chwile, kiedy właściwie godził się z losem. Wystarczyło, by zebrał w wiązkę swoje dawne chęci i marzenia, złamał je na kolanie, a byłoby po wszystkim. Czyż nie mógł w ich miejsce uzbierać ślicznego pęku umiarkowanych, racjonalnych oczekiwań i związać go ślubną wstążką? Jego miłość umarła, jego młodość umarła - i tyle. Nie musiał przecież robić z tego tragedii. Uczucie, któremu uległ, miało widać niewielką witalność; a skoro nie było długowieczne, może lepiej, że oddało ducha jeszcze przed ślubem. Co się tyczy małżeństwa, musiało do niego dojść, gdyż niekoniecznie chodziło tu o miłość. Brutalna konsekwencja, która musiałaby, z konieczności, przekreślić przyszłość Marian, nie leżała w naturze Lennoxa. Jeśli pomylił się co do niej, jeśli ją przecenił, był sam sobie winien; postąpiłby bezwzględnie, każąc jej za to płacić. Jakiekolwiek popełniała uchybienia, robiła to całkowicie mimowolnie, ponadto było jasne, że miała wobec niego jak najlepsze zamiary. Na towarzyszkę się nie nadawała, lecz przynajmniej zyskiwał wierną żonę.
Z pomocą tej ponurej logiki Lennox jakoś dotrwał do wigilii zaślubin. Przez cały poprzedzający tydzień jego zachowanie wobec panny Everett było niezłomnie życzliwe i czułe. Uważał, że tracąc jego miłość, utraciła wielki skarb, ofiarował jej więc w zamian swe niesłabnące oddanie. Pytany przez Marian o swoje znużenie odpowiadał, że niezbyt dobrze się czuje. W środę po południu dosiadł konia i pojechał na długą przejażdżkę. Kiedy wrócił o zachodzie słońca, w holu powitała go stara gospodyni.
- Proszę pana - oznajmiła - właśnie przysłali portret panny Everett w przepięknej ramie. Nie wydał pan żadnych poleceń, więc pozwoliłam sobie kazać go zanieść do biblioteki. Wydaje mi się - starsza pani uśmiechnęła się z szacunkiem - że najbardziej chciałby pan go widzieć w swoim pokoju.
Lennox wszedł do biblioteki. Obraz stał na podłodze, za oparciem wysokiego fotela pod oknem, oświetlony ostatnimi, poziomymi promieniami słońca. Lennox patrzył nań przez chwilę z wymizerowaną twarzą.
- Trudno! - rzekł wreszcie. - Marian musi być taka, jaką ją Pan Bóg stworzył; ale ciebie, wstrętna kreaturo, nie mogę ani kochać, ani szanować!
Rozejrzał się wokół z rozpaczliwą złością, aż wreszcie jego wzrok padł na długi, cienki sztylet, dar przyjaciela, kupiony na Dalekim Wschodzie, leżący jako dekoracja na półce nad kominkiem. Porwał go, z barbarzyńską uciechą wbił ostrze prosto w śliczną twarz wizerunku i ciął w dół, robiąc długą szczelinę w żywym płótnie. Następnie kilkoma ciosami w zapamiętaniu rozdarł obraz w poprzek. Czyn ten przyniósł mu olbrzymią ulgę.
Nie muszę chyba dodawać, że nazajutrz Lennox się ożenił. Gdy poprzedniego wieczora wychodził z biblioteki, zamknął drzwi na klucz. Miał go w kieszonce kamizelki, stojąc przy ołtarzu. A ponieważ bezpośrednio po ceremonii wyjechał z miasta, los portretu poznano dopiero po jego powrocie, dwa tygodnie później. Nie ma tu potrzeby relacjonować, jak wyjaśnił Marian swój wyczyn i w jaki sposób ujawnił go Baxterowi. W każdym razie robił dobrą minę do złej gry. Krążą pogłoski, że zapłacił malarzowi ogromną sumę pieniędzy; kwota z pewnością jest przesadzona, ale nie ma wątpliwości, że musiała być bardzo duża. Jak mu się układa - lub będzie się układać - w małżeństwie, tego na razie nie da się określić. Jest żonaty zaledwie od trzech miesięcy.
1868