1. Cudowna podróż
– Pani też do Amsterdamu?
– Tak.
– Okropnie jestem zdenerwowana. To mój pierwszy w życiu lot.
– Nie ma obaw. Wszystko ułoży się pomyślnie.
– Mam nadzieję. Bardzo dużo obiecuję sobie po tej podróży. Właściwie zaczynam nowe życie. Od dzisiaj wszystko zmieni się na lepsze. Wspaniała odmiana losu – jak w powieści. Złośliwi powiadali, że czekam na księcia z bajki, a ja wiedziałam, co robię… Zuzanna przyjrzała się uważnie gadatliwej współtowarzyszce podróży. Była mniej więcej w jej wieku, raczej atrakcyjna, chociaż o dość pospolitej urodzie.
Potok słów został przerwany komunikatem, wywołującym pasażerów odlatujących do Amsterdamu. Obydwie sięgnęły po torby podręczne, które stały przy ich fotelach i podeszły w kierunku wyjścia. W samolocie można było zajmować dowolne miejsca, jasne więc, że usiadły razem. Kiedy tylko zapięły pasy, nowa znajoma przedstawiła się z imienia i zaczęła dalej opowiadać o sobie.
– Dawniej uważałam imię Ludmiła za okropnie brzydkie, przynoszące pecha, ale odkąd jemu się spodobało, ja też je polubiłam. Chyba jednak powinnam zacząć od opowiedzenia o moich krewnych w Holandii. Wuj po zakończeniu wojny nie wrócił do kraju, ożenił się z Holenderką i został na dobre. Długo nie zapraszał nikogo z rodziny. W zeszłym roku po raz pierwszy była u niego moja matka, a w tym roku zaprosił mnie i załatwił nawet pracę przy wykopywaniu cebulek tulipanów, ale później okazało się, że nie będzie mi to wcale potrzebne. Jadę do narzeczonego, bardzo bogatego człowieka. Pieniądze już nigdy nie będą dla mnie problemem. Razem wybierzemy się w podróż dookoła świata. Zawsze o tym marzyłam.
– Gdzie go pani poznała?
– W Warszawie, przed ambasadą holenderską, kiedy załatwiałam wizę.
Spytał, jak dojechać do Alej Jerozolimskich.
– Mówił po polsku?
– Tylko parę słów. Ja parę słów po angielsku i jakoś dogadaliśmy się. Wsiadłam z nim do samochodu, bo miałam akurat po drodze. Odcinek z Mokotowa do Śródmieścia wystarczył, żeby umówić się na wieczór.
– Jakiej marki miał samochód?
– Jakiś zagraniczny. Wyglądał okazale, ale ja zupełnie nie znam się na technice.
– Technika do tego niepotrzebna. Czy był na holenderskiej rejestracji?
– Widzę, że pani mi nie wierzy. Być może, że wszystko, co mówię, brzmi nieprawdopodobnie, ale jest najczystszą prawdą.
– Przeciwnie. Wierzę. Co było dalej? Umówiliście się na wieczór i…
– Przyszedł z kwiatami, przyniósł perfumy.
– Zaprosiła go pani do siebie?
– Nie. Spotkaliśmy się na mieście i poszliśmy na kolację do Forum.
– Piechotą?
– Tak – Ludmiła popatrzyła po raz pierwszy uważniej na Zuzannę. Dociekliwość słuchaczki zaintrygowała ją widocznie.
– Przechodziliśmy koło sklepów na Marszałkowskiej i Edward zauważył na wystawie misia.
– Tego? – Zuzanna wskazała na torbę, z której wystawał łebek futrzanej zabawki.
– Właśnie. Jest taki duży, że do walizki nieporęcznie było mi go wkładać. Ale po kolei: więc zobaczył tego misia i chciał go od razu kupić dla swojej córeczki. Niestety, sklepy zamykane są o siódmej.
– Jest żonaty?
– Był. – Jasne przecież, że narzeczony nie może być żonaty. Ludmiła wolała jednak nie spostrzegać ewentualnej złośliwości współpasażerki.
– Bardzo kocha dziecko – dodała. – Po kolacji odwiózł mnie do domu i nawet wcale nie próbował wstępować na herbatę. Jego dżentelmeńskie zachowanie ujmowało mnie od samego początku. Nazajutrz przyszedł punktualnie o dwunastej z czekoladkami dla mnie i misiem dla Alice.
– Po co przyniósł zabawkę? Nie lepiej, by zostawił ją w samochodzie?
– Nie miał już samochodu. Właśnie otrzymał wiadomość, że pilnie musi wracać do kraju jeszcze tego samego dnia. Nie bardzo rozumiałam, czy samochód był wypożyczony, czy on go komuś wypożyczył, dość że na ostatnie spotkanie przyjechał taksówką. Przy pożegnalnym obiedzie oświadczył mi się.
– Nie do wiary!
– Jest taki zakochany. Stale do mnie telefonował – Ludmiła nie ukrywała zadowolenia z wrażenia, jakie zrobiła na słuchaczce.
– I przypominał o misiu?
– Też – Ludmiła wspaniałomyślnie nie zauważyła uszczypliwości ze strony Zuzanny. – Miałam kłopoty z wyjazdem, który przeciągnął się aż o cały miesiąc.
– Narzeczony będzie, oczywiście, czekał na lotnisku?
– Niestety. Nie zdąży wrócić na czas z podróży służbowej. Zobaczymy się dopiero wieczorem w hotelu. Proponował nawet, żebym w tej sytuacji odłożyła wyjazd jeszcze o dzień lub dwa, ale nie chciałam dalszej zwłoki.
– Tak... – powiedziała Zuzanna w zamyśleniu.
Ludmiła przypuszczała, że tamta jej zazdrości. Nic o niej nie wiedziała, ale też współpasażerka nie interesowała jej wcale. Przedstawiała wartość tylko jako słuchaczka. Kiedy jednak wyszła do toalety. Ludmiła czekała na nią niecierpliwie. Chciała jeszcze opowiedzieć o nadzwyczajnym majątku, urodzie i pozycji narzeczonego, a lot zbliżał się do końca. Przed opuszczeniem samolotu wymieniły z Zuzanną amsterdamskie adresy, chociaż Ludmiła nie sądziła, że będzie miała czas na spotkanie z nową znajomą. Stało się jednak inaczej. Już następnego dnia zatelefonowała do Zuzanny, jedynej osoby, której mogła zwierzyć się ze swojego zmartwienia. Narzeczony zmienił się nie do poznania.
– Zapuścił brodę? – zażartowała Zuzanna.
– Proszę sobie ze mnie nie kpić. Dość mam zmartwień i zupełnie nie wiem, co robić.
– Co się stało? Może mogę pomóc?
– Wątpię. Nie ma przecież rady na niespodziewany odpływ uczuć. Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj po południu wpadł tylko na moment, zabrał misia i obiecał przyjść po mnie wieczorem zabrać na kolację. Nie przyszedł i nawet nie zostawił nowego numeru telefonu. Żebym go tylko mogła jeszcze spotkać! Może zaszło jakieś nieporozumienie, które trzeba wyjaśnić. Zupełnie nie wiem, co robić.
– Niech pani przyjedzie do mojego hotelu za piętnaście czwarta.
– A jeśli on w tym czasie…
– Może pani zostawić w recepcji mój numer telefonu, ale wątpię, żeby był przydatny.
– Przyjadę – obiecała Ludmiła i odłożyła słuchawkę.
Hotel, w którym zatrzymała się Zuzanna, położony był dość daleko i podróż zajęła sporo czasu.
– Spóźniła się pani – powiedziała na przywitanie Zuzanna. Rozejrzała się po pustym korytarzu, jakby chciała sprawdzić, czy nikt nie śledzi jej gościa, zanim wpuściła kobietę do środka.
– Mam nadzieję, że na nikogo więcej pani nie czeka – Ludmiła usiadła na fotelu przy niskim stoliku.
– Przeciwnie…
– W takim razie może przyjdę później. Tylko proszę powiedzieć, co mam robić. Po tym, co mnie spotkało, nie mogę przecież prosić wuja…
– Obawiam się, że nie ma innego wyjścia.
– Żebym tylko mogła spotkać Edwarda! Jestem przekonana, że wszystko wyjaśniłoby się w sposób naturalny. Są przecież różne zbiegi okoliczności, nie można człowieka potępiać tylko za brak czasu. On, być może, też martwi się…
Pukanie do drzwi przerwało potok słów Ludmiły.
– Niestety, brak w tej chwili czasu na wyjaśnienia. Niech pani wejdzie do łazienki, zamknie się i pod żadnym pozorem nie wychodzi, aż ją zawołam.
– Zuzanna popchnęła zaskoczoną Ludmiłę w kierunku uchylonych drzwi łazienki, które starannie za nią zamknęła. Chwila ciszy, jaka później nastąpiła, trwała nieskończenie długo. Czy możliwe, aby otwieranie drzwi do wewnętrznego korytarzyka, a później tych zewnętrznych zajmowało tyle czasu? Wreszcie Ludmiła usłyszała głosy. To był... Edward! W pierwszym momencie chciała wybiec i zażądać wyjaśnień, ale powstrzymała się. Treść dolatującej rozmowy była tak zaskakująca…
– Czemu nie chciałaś spotkać się ze mną wczoraj wieczorem? Poszlibyśmy razem na kolację. Wiesz, jak się za tobą stęskniłem.
– Miałam pewne kłopoty, ale wszystko się wyjaśniło i będę już miała dużo czasu dla ciebie.
– A konferencja, na którą przyjechałaś?
– Zaczyna się dopiero jutro.
– Przywiozłaś zostawioną przeze mnie lalkę?
– Trochę inną, ale też ładną. Podoba ci się?
– Co to ma znaczyć?
– Jesteś niezadowolony?
– Gdzie jest tamta?
– Wspomniałam ci, że miałam kłopoty…
– Z policją?
– Nie denerwuj się i pozwól mi wyjaśnić. Metoda przewożenia heroiny w zabawkach jest niezbyt oryginalna. Natomiast wykorzystywanie nieświadomych kurierów jest pomysłem niewątpliwie dobrym, ma jednak pewną słabą stronę, a mianowicie: werbowanie pań w identyczny sposób. Pech chciał, że Ludmiła leciała tym samym, co ja samolotem i opowiedziała mi w szczegółach moją własną przygodę. Wtedy wyszłam do toalety i już w samolocie przekonałam się, czym wypełniona jest lalka, którą wiozę dla twojej córeczki.
– Co z nią zrobiłaś?
– Zostawiłam, oczywiście, w samolocie. Nie miałam zamiaru narażać się.
– Duży błąd. Nie sądzisz chyba, że puszczę to płazem?
– Tak też myślałam. Dlatego mam świadka naszej rozmowy. Ludmiło!
Niech pani do nas przyjdzie.
Ludmiła weszła i nagle wybuchnęła płaczem.
– Co z naszą cudowną podróżą?! Jak mogłeś!
Edward nic nie odpowiedział. Ruszył w kierunku drzwi, które nagle otworzyły się.
– Policja. Ręce do góry – powiedział mężczyzna z pistoletem, wycelowanym w pierś Edwarda.
***