Opowiadania TOM I - II - Anton Czechow

Kup ebooka

14.49 zł
11.88 zł (11,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Partia Winta

Pewnej obrzydliwej nocy jesiennej Andrzej Stiepanowicz Pieriesołow wracał z teatru.

Jechał i myślał o tym, jaki to pożytek przynosiłyby teatry, gdyby wystawiano w nich sztuki o treści moralnej. Mijając swoje biuro, przerwał rozmyślania i spojrzał w okna domu, w którym - jak mówią poeci i marynarze - "dzierżył ster". Dwa okna "dyżurnego pokoju" były jasno oświetlone. - Czyżby się dotąd nie uporali ze sprawozdaniem? - pomyślał Pieriesołow. - Siedzi tam aż czterech durniów i dotychczas nie skończyli! Ludzie pomyśleć gotowi, że nie daję im wypoczynku nawet w nocy. Pójdę i pośpieszę ich... Stań no, Gurij! Pieriesołow wysiadł z powozu i skierował się do urzędu. Brama frontowa była zamknięta, natomiast boczne wejście, mające zepsutą zasuwkę, stało otworem. Pieriesołow wszedł przez nie i po upływie minuty stanął w progu "pokoju dyżurnego". Przez szparę niedomkniętych drzwi zajrzał do środka i oczom jego przedstawił się niezwykły widok. Przy stole, zawalonym arkuszami obrachunkowymi, w świetle dwóch lamp siedziało czterech urzędników i grało w karty. Skupieni, nieruchomi, z twarzami, na które abażury rzucały zielony odblask, naprowadzali myśl o gnomach z bajki, lub też - nie daj Boże - o fałszerzach pieniędzy. Jeszcze bardziej tajemniczą wydała się ich gra. Sądząc z zachowania się grających i terminologii karcianej, która od czasu do czasu przerywała ciszę - grali oni w winta, natomiast wszystko to, co później doszło do uszu Pieriesołowa, nie wskazywało na to, był to wint. Tego w ogóle nie można nawet nazwać grą w karty... Fantastyczne, dziwne, tajemnicze... W siedzących przy stole Pieriesołow poznał urzędników: Serafina Gwizdulina, Stiepana Kułakiewicza, Jeremiasza Niedojechowa i Iwana Pisulina. - W cóżeś to wyszedł, diable rogaty? - oburzył się Gwizdulin, patrząc z wściekłością na siedzącego naprzeciw niego partnera. - Czy można tak wychodzić? Miałem w ręku drugiego Dorofiejewa, Szepielewa z żoną i Stiepkę Jerłakowa, a ty walisz w Kofejkina? W ten sposób leżymy bez dwóch! Trzeba było, głowo kapuściana, wyjść w Pogonkina! - Na coby się to zdało? - żachnął się partner. - Wychodzę w Pogonkina, a Iwan Andreicz ma w ręku Pieriesołowa. - Moje nazwisko tu w coś wmieszali! - wzruszył ramionami Pieriesołow. - Nic nie rozumiem! Pisulin rozdał karty. Urzędnicy grali dalej: - Bank Państwa!... - Dwa! Izba skarbowa... - Bez atu... - Bez atu? Ty? Hm?... Urząd Gubernialny - dwa! Raz kozie śmierć! Dopiero co w Oświeceniu Publicznym położyłem się bez jednej, teraz znów rozłożę się jak długi w Urzędzie Gubernialnym. Ale gwiżdżę! - Nic nie rozumiem! - szepnął Pieriesołow. - Wychodzę w radcę stanu! Dorzuć, Wania, jakiegoś tytularnego lub gubernialnego! - Po co tytularny? Mogę w Pieriesołowa... - A my twojego Pieriesołowa w zęby, w zęby. Mamy Rybnikowa. Będzie legenda bez trzech! Pokażcie no Pieriesołowową! Nie ma co kanalii ukrywać... - Moją żonę teraz poruszyli! - pomyślał Pieriesołow. - Nic a nic nie rozumiem... Chcąc rozproszyć wątpliwości, jakie nim owładnęły, Pieriesołow otworzył drzwi i wszedł do "dyżurki". Zjawienie się diabła z rogami i ogonem nie wywołałoby wśród urzędników takiego efektu i nie napędziłoby im tyle strachu, jak nagłe zjawienie się przed nimi zwierzchnika w własnej osobie. Gdyby stanął przed nimi zmarły przed rokiem egzekutor i przemówił grobowym głosem: "Chodźcie za mną, aniołki, tam gdzie jest przygotowane miejsce dla wszelkiego rodzaju kanalii!" i gdyby tchnął na nich cmentarnym zimnem, z pewnością nie zbledliby tak, jak zbledli, poznając Pieriesołowa. Niedojechowowi ze strachu nawet krew się puściła nosem, a Kułakiewiczowi załomotało w prawym uchu i krawat sam się ze strachu rozwiązał. Urzędnicy rzucili karty, powoli wstali, spojrzeli na siebie i uporczywie wlepili wzrok w podłogę. Przez dobrą minutę w "dyżurce" panowała cisza. - Świetnie, panowie, przepisujecie sprawozdanie! - rozpoczął Pieriesołow. - Teraz rozumiem, dlaczego panowie tak lubią męczyć się nad nim. Coście tu robili przed chwilą?

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI

Aptekarzowa

Miasteczko B..., składające się z dwóch czy trzech krzywych ulic, pogrążone jest w głębokim śnie. W zastygłem powietrzu - cisza zupełna. Słychać tylko, jak gdzieś, pewnie za miastem, szczeka pies słabym, ochrypłym tenorem. Zbliża się świt.

Wszystko już śpi oddawna. Nie śpi tylko młoda żona prowizora, właściciela apteki w B... Kładła się już trzy razy - ale niewiadomo czemu, zasnąć nie może. Siedzi przy otwartem oknie w jednej koszuli i patrzy na ulicę. Jest jej duszno i nudno. Jest zła, taka zła, że aż się płakać chce - i również niewiadomo dlaczego. Czuje w piersi jakiś kłębek, który od czasu do czasu podchodzi jej do gardła. O kilka kroków za nią, przytuliwszy się do ściany, chrapie smacznie jej mąż. Zgłodniała, poszła, wpiła mu się w czoło, ale on nawet tego nie czuje - uśmiecha się, bo roi we śnie, że wszyscy w mieście kaszlą i stale kupują u niego krople anyżowe. Nie możnaby go zbudzić teraz ani ukłuciem, ani strzelaniem z armat, ani pieszczotami. Apteka znajduje się na krańcu miasta i aptekarzowa ma rozległy widok na pole... Widzi jak powoli blednie wschodni kraniec nieba, jak potem zaczyna się rumienić, jakby od wielkiego pożaru. Niespodzianie z poza odległych krzaków wyłazi duża, szeroka twarz księżyca. Jest czerwony (wogóle księżyc, kiedy wyłazi z poza krzaków, zawsze jest czemś zawstydzony). Nagle, śród ciszy nocnej, rozlegają się czyjeś kroki i brzęk ostróg. Słychać głosy. ...To oficerowie wracają do obozu - myśli aptekarzowa. Wkrótce ukazują się dwie postacie w białych oficerskich kitlach: jedna - wysoka i tłusta, druga - niższa i chudsza... Leniwie, krok za krokiem, wloką się wzdłuż parkanu i głośno rozmawiają. Zrównawszy się z apteką, obie postacie jeszcze więcej zwalniają kroku i patrzą na okna. - Pachnie apteką... - mówi cienki. - Rzeczywiście apteka! Ach, pamiętam... Byłem tu w zeszłym tygodniu, kupiłem oleju rycynowego. Jest tu aptekarz z kwaśną miną i oślą szczęką. To ci, bracie, szczęka! Taką właśnie Samson poraził Filistynów. - Tak... - mówi tłusty basem. - Śpi farmacja! I aptekarzowa śpi. Wiesz, Obtiosow, tu jest przystojna aptekarzowa. - Widziałem. Bardzo mi się podobała... Powiedzcie, doktorze, czy ona jest w stanie kochać tę oślą szczękę? - Nie, chyba nie kocha - wzdycha doktór, takim tonem, jakby żal mu było aptekarza. - Śpi sobie teraz za okienkiem. Co, Obtiosow? Leży z rozrzuconemi od gorąca ramionami... usteczka półotwarte... i nóżka zwisa z łóżka. Aptekarz, cymbał, nie zna się prawdopodobnie na tych skarbach. Dla niego, być może, kobieta czy butla z karbolem - to wszystko jedno! - Wiecie co, doktorze? - mówi oficer, zatrzymując się. - Zajdźmy do apteki i kupmy coś. Może aptekarzową zobaczymy. - Też pomysł - w nocy! - A co? Wszak oni i w nocy obowiązani są sprzedawać. - Niech będzie...

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI

Album

Radca tytularny Kraterow, chudy i cienki jak tyczka, wystąpił naprzód i zwracając się do Żmychowa, rozpoczął w ten sposób:< - Ekscelencjo! Do głębi wzruszeni długoletnim kierownictwem waszej ekscelencji i iście ojcowską opieką jego... - ...w ciągu przeszło lat dziesiątka... - podpowiedział mu Zakuskow. - ...w ciągu przeszło lat dziesiątka, my, podwładni waszej ekscelencji w dzisiejszym uroczystym... ee... dniu, ee... mamy zaszczyt ofiarować waszej ekscelencji w dowód głębokiego szacunku i głębokiej wdzięczności ten album z naszymi podobiznami i życzymy waszej ekscelencji nieopuszczania nas przez całe sławne, nieskończenie długie życie aż do samej śmierci... - ... i ojcowską radą na drodze prawdy i postępu... - dodał Zakuskow, ocierając pot, który przy tych słowach wystąpił mu na czole. Zakuskow widocznie pragnął przemawiać i najprawdopodobniej przygotował przemówienie. - I oby jeszcze długo, bardzo długo - zakończył - powiewał zwycięski sztandar geniuszu waszej ekscelencji na polu pracy i świadomości społecznej! Po bruzdach zmarszczonego lewego policzka naczelnika Żmychowa spływała wolno łza. - Panowie! - odpowiedział Żmychow drżącym głosem. - Nie spodziewałem się w żadnym wypadku, nie przypuszczałem, że panowie uczczą tak mój skromny jubileusz... Jestem... wzruszony... do samej głębi... Nie zapomnę tej chwili do grobowej deski i... wierzajcie mi... wierzajcie mi, przyjaciele, że nikt wam tak dobrze nie życzy, jak ja... A jeśli nawet coś kiedyś miało miejsce, to tylko dla dobra panów... Żmychow, rzeczywisty radca stanu, pocałował się z Kraterowem, radcą tytularnym, który nie spodziewał się tak wielkiego zaszczytu i zbladł z zachwytu. Następnie naczelnik zrobił ruch ręką, który miał oznaczać, że mówić więcej nie może ze wzruszenia i ...rozpłakał się, jak gdyby nie ofiarowano mu drogiego albumu, lecz przeciwnie odebrano coś. Następnie, uspokoiwszy się nieco i wypowiedziawszy jeszcze kilka słów serdecznych, pozwolił wszystkim uścisnąć sobie dłoń i wśród owacyjnych okrzyków zeszedł na dół, wsiadł do karety i, żegnany przez wszystkich, odjechał. Siedząc już w karecie, zmożony został nagle nawałem niedoznawanych dotąd uczuć radosnych i raz jeszcze rozpłakał się. W domu czekała nań nowa radość. Tam bowiem rodzina, przyjaciele i znajomi urządzili mu taką owację, że zaczął wierzyć, iż istotnie wielce zasłużył się ojczyźnie i że gdyby nie on, to naprawdę kruchoby z nią było. Obiad jubileuszowy składał się z samych toastów, przemówień, pocałunków i łez. Słowem Żmychow nie mógł się spodziewać, że zasługi jego będą tak gorąco wzięte do serca. - Panowie! - mówił jubilat przed deserem. - Dwie godzin temu otrzymałem pełne zadośćuczynienie za wszystkie udręki, przypadające w udziale urzędnikowi, który kieruje się poczuciem obowiązku, a nie formalistyką i martwą literą prawa. Przez cały czas służby mojej bezwzględnie trzymałem się zasady: nie publiczność dla nas, lecz my dla publiczności! I oto dzisiaj otrzymałem najwyższą nagrodę! Moi podwładni ofiarowali mi album... Ten oto tutaj... Jestem wzruszony... Uroczyste fizjognomie pochyliły się nad albumem i zaczęły go oglądać. - Piękny album! - oświadczyła córeczka Żmychowa, Ola. - Kosztuje prawdopodobnie z 50 rubli. Wspaniały! Tatusiu, daj mi ten album. Dobrze? Schowam go. Taki śliczny. Po obiedzie Oleńka zaniosła album do swego pokoju i schowała do szuflady. Nazajutrz powyjmowała zeń fotografie urzędników, rozrzucając je po podłodze i powkładała podobizny swoich koleżanek z pensji. Galowe mundury urzędników ustąpiły miejsca białym pelerynkom pensjonarskim. Kola, synek ekscelencji, pozbierał rozrzuconych po podłodze urzędników i pomalował im mundury czerwoną farbą. Bezwąsym porobił zielone wąsy a bezbrodym - bronzowe brody. Gdy już nie było co malować, wyciął z fotografii figurki, przekłuł im szpilkami oczy i zaczął się bawić w żołnierzy. Wyciąwszy radcę tytularnego Kraterowa, przymocował go do pudełka od zapałek i zaniósł w tym stanie ojcu do gabinetu. - Tatku! Popatrz! Pomnik! Żmychow roześmiał się serdecznie, pochylił się i ucałował mocno synka. - No idź że, łobuzie i pokaż mamie. Niech mamusia też zobaczy!

Pani marszałkowa

Corocznie pierwszego lutego, w dniu św. męczennika Tryfona, w majątku wdowy po byłym powiatowym marszałku szlachty, Tryfonie Lwowiczu Zawziatowie, bywa niezwykle gwarnie. W tym to dniu bowiem wdowa po marszałku, Liubow Pietrowna, każe odprawiać nabożeństwo żałobne, a potem zaraz nabożeństwo dziękczynne. Na nabożeństwo zjeżdża cały powiat. Spotkać tam można obecnego marszałka szlachty Chriumowa, prezesa urzędu ziemskiego, Marfutkina, stałego członka Potraszkowa, obu okręgowych sędziów pokoju, dwóch komisarzy ziemskich, lekarza powiatowego, Dworniagina, od którego zalatuje jodoformem, całe obywatelstwo okoliczne i t. p. Zbiera się około pięćdziesięciu osób.

Punktualnie o dwunastej w południe goście, wydłużając w odpowiedni sposób fizjognomie, przedostają się przez wszystkie pokoje do salonu. Na podłodze - dywany, stąpają więc wszyscy bez hałasu, mimo to jednak podniosły nastrój zmusza ich do unoszenia się na palcach i balansowania rękami w czasie chodzenia. W salonie wszystko już jest przygotowane. Staruszek niskiego wzrostu, ojciec Jewmeniusz w wysokim wyliniałym kołpaku, wdziewa czarną kapę. Diakon Konkordiew, czerwony jak rak i już przebrany, bez szelestu odwraca kartki modlitewnika i wkłada weń zakładki papierowe. W drzwiach, wiodących do przedpokoju, diaczek Łukasz z nadętymi policzkami i wybałuszonymi oczami, dmucha w kadzielnicę. Salon stopniowo napełnia się niebieskawym przeźroczystym dymkiem i zapachem kadzidła. Młody nauczyciel ludowy Helikonskij, w nowym workowatym surducie, z wielkimi wągrami na zalęknionej twarzy roznosi na bogatej tacy świece. Pani domu, Liubow Pietrowna Zawziatowa zajmuje miejsce na samym przedzie, tuż przy stoliku z kutią i, uprzedzając fakty, przykłada chusteczkę do twarzy. Ogólną ciszę przerywają od czasu do czasu westchnienia. Wszyscy są uroczyści i wszyscy mają wydłużone, smutne twarze. Nabożeństwo żałobne rozpoczyna się. Z kadzielnicy płynie niebieskawy dymek i igra z wpadającym z boku promieniem słonecznym, zapalone świece trzaskają cichutko. Śpiew, początkowo przenikliwy i ogłuszający, w miarę jak śpiewający w chórze dostosowują się do warunków akustycznych pokoju, staje się stopniowo bardziej przytłumiony i harmonijny... Śpiewają coraz smutniej i rzewniej. Goście powoli dostrajają się do melanholijnego nastroju i wpadają w zadumę. Do głów tłoczą się myśli o krótkotrwałości życia doczesnego, o marności żywota i znikomości tego świata w ogóle... Wspominają nieboszczyka Zawziatowa, tłuściutkiego człowieka o różowych policzkach, wychylającego jednym haustem butelkę szampana i rozbijającego głową lustra... A gdy chór intonuje: "Za spokój duszy jego" i rozlega się głośne chlipanie pani domu, goście zaczynają smutnie przestępować z nogi na nogę. Bardziej wrażliwym staje coś jakby w gardle i czują łaskotanie pod powiekami. Prezes urzędu ziemskiego, Marfutkin, pragnąc zagłuszyć nieprzyjemne uczucie, pochyla się do ucha komisarza ziemskiego i szepce: - Wczoraj byłem u Iwana Fiodorycza... Z Piotrem Piotrowiczem zagraliśmy wielkiego szlema bez atu. Jak Boga kocham! Olga Andriejewna tak się tym przejęła, że wypadł jej z ust ząb sztuczny... Ale chór tymczasem zaintonował "Wieczną pamięć". Hielikonskij z szacunkiem obiera świece i nabożeństwo żałobne kończy się. Przez chwilę trwa krzątanina, popi zmieniają kapy i rozpoczyna się nabożeństwo dziękczynne. Po nabożeństwie, podczas gdy ojciec Jewmeniusz przebiera się z uroczystych szat duchownych, goście zacierają ręce i pokasłują, a pani domu opowiada o dobroci nieboszczyka Tryfona Lwowicza. - Proszę panów na śniadanie! - kończy swoje opowiadanie, wzdychając. Goście robią, co mogą, aby nie deptać sobie po nogach i śpieszą do jadalni... Tu oczekuje ich śniadanie. Śniadanie to jest do tego stopnia wytworne, że diakon Konkordiew każdego roku, patrząc na zastawiony stół, uważa za swój obowiązek rozłożyć ręce, pokiwać ze zdumieniem głową i oświadczyć głośno: - Niebywałe! To już, ojcze Jewmeniuszu, nie tyle przypomina ludzkie pożywienie, ile ofiary, składane bogom. Śniadanie istotnie jest nadzwyczajne. Na stole jest wszystko, co może dać flora i fauna. Niezwykłe natomiast jest tylko jedno: na stole jest wszystko, oprócz... trunków. Liubow Pietrowna ślubowała, że w domu jej nie będzie ani kart, ani alkoholu - dwóch rzeczy, które zgubiły jej męża. Na stole przeto stoją tylko butelki z octem i oliwą, jakby kto zadrwił sobie, lub chciał ukarać zaproszonych, których ogólnie w czambuł zaliczyć można do najbardziej zatwardziałych pijaków i opojów na całą okolicę. - Panowie, proszę jeść! - zaprasza pani marszałkowa. - Proszę mi darować, ale wódki u mnie nie podaje się. Nie mam jej wcale w domu... Goście zbliżają się do stołu i niezdecydowanie zabierają się do pieroga. Jedzenie jakoś nie idzie... W nabieraniu widelcami, w krajaniu, w żuciu widać jakąś opieszałość, jakąś apatię. Czegoś jakby brakowało... - Mam takie wrażenie, jak gdyby mi ktoś bliski umarł - szepce jeden sędzia pokoju do ucha drugiego. - Miałem zupełnie takie samo uczucie, kiedy mi żona z inżynierem uciekła... Nie mogę po prostu jeść!... Marfutkin, zanim się zabrał do jedzenia, długo przetrząsał kieszenie i szukał chustki do nosa. - Ba, przecież chustkę mam w futrze! A ja szukam... - przypomniał sobie na cały głos i wyszedł do przedpokoju, gdzie wisiały futra. Z przedpokoju wrócił z roziskrzonymi oczami i natychmiast narzucił się z apetytem na pieróg. - A co, nieprzyjemnie jest tak na czczo obżerać się? - szepnął do ojca Jewmeniusza. - Idź, ojczulku, do przedpokoju, znajdziesz tam w moim futrze butelczynę... Ale uważaj, ostrożnie, nie brzęcz szkłem! Ojciec Jewmeniusz przypomina sobie, że musi dać jakąś dyspozycję diaczkowi Łukaszowi i truchcikiem wynosi się do przedpokoju. - Ojcze! Słówko na osobności! - dogania go Dworniagin. - Panowie! A jakie ja sobie futro kupiłem okazyjnie! - chwali się Chriumow. - Kosztuje tysiąc, a ja dałem... nie dacie wiary... dwieście pięćdziesiąt. Tylko dwieście pięćdziesiąt. W każdym innym wypadku przyjętoby tę nowinę zupełnie obojętnie, ale teraz goście wyrażają ogólne zdziwienie i niedowierzanie. Wreszcie wszyscy walą do przedpokoju, aby obejrzeć futro i oglądają je tak długo, dopóki lokaj doktora nie wynosi cichaczem z przedpokoju pięciu opróżnionych flaszek... Gdy podają jesiotra z wody, Marfutkin przypomina sobie, że zostawił w sankach papierośnicę i wychodzi do stajni. Żeby mu się samemu nie przykrzyło, zabiera ze sobą diakona, który właśnie chciał rzucić okiem na swego konia... Tego samego wieczoru Liubow Pietrowna Zawziatowa siedzi u siebie w gabinecie i pisze list do swojej starej przyjaciółki petersburskiej:

"Zwyczajem lat ubiegłych - pisze między innymi - urządziłam domowe nabożeństwo żałobne w rocznicę śmierci ś. p. mego męża. Na nabożeństwie byli wszyscy sąsiedzi. Ludzie to prości, nieokrzesani, ale jakież złote serca! Ugościłam ich przepysznie, ale jak i w ubiegłych latach, trunków wyskokowych - ani kropelki. Od chwili, kiedy on umarł z nadmiaru użycia trunkom, ślubowałam sobie wprowadzić w naszym powiecie abstynencję i w ten sposób odkupić grzechy nieboszczyka. Propagowanie trzeźwości zaczęłam od własnego domu. Ojciec Jewmeniusz zachwycony jest moją ideą i pomaga mi słowem i czynem. O, ma chere, gdybyś wiedziała, jak kochają mnie te moje niedźwiadki! Prezes powiatowego urzędu ziemskiego Marfutkin po śniadaniu przylgnął do mej ręki i długo przyciskał ją do ust a pokiwawszy komicznie głową, rozpłakał się: dużo uczucia, a brak słów! Ojciec Jewmeniusz, ten cudny starowinka, przysiadł się do mnie i, wpatrzony we mnie, ze łzami w oczach długo coś szczebiotał, jak dziecko. Nie zrozumiałam jego słów, ale prawdziwe uczucie zrozumieć potrafię. Isprawnik, ten przystojny mężczyzna, o którym ci już pisałam padł przede mną na kolana, chciał odczytać swój własny wiersz (to jest nasz poeta) lecz... siły go opuściły... zachwiał się i upadł... Takiego olbrzyma, wyobraź sobie, schwycił atak histerii... Możesz sobie wyobrazić mój zachwyt! Nie obeszło się jednak bez przykrości. Biedny prezes zjazdu sędziów pokoju, Ałałykin, tęgi i apoplektyczny mężczyzna, zemdlał i leżał na otomanie nieprzytomny przez dwie godziny. Musieliśmy go cucić wodą... Dzięki serdeczne doktorowi Dworniaginowi: przyniósł ze swojej apteczki butelkę koniaku i zwilżył mu skronie, poczem prezes odzyskał przytomność i odwieziono go do domu"...