Opowiedz mi wszystko - Elisabeth Strout

Kup ebooka

43.99 zł
29.47 zł (29,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

To hi­sto­ria Boba Bur­gessa, wy­so­kiego, so­lid­nie zbu­do­wa­nego męż­czy­zny, który mieszka w mia­steczku Crosby w sta­nie Ma­ine i w chwili, gdy o nim mó­wimy, li­czy so­bie sześć­dzie­siąt pięć lat. Bob ma wiel­kie serce, ale nie zdaje so­bie z tego sprawy; jak wielu z nas, nie zna sie­bie tak do­brze, jak mu się wy­daje, i ni­gdy by nie uwie­rzył, że do­ko­nał w ży­ciu cze­goś war­to­ścio­wego, co warto za­pi­sać w an­na­łach. Ale do­ko­nał; jak my wszy­scy.

*

Je­sień nad­cho­dzi w Ma­ine wcze­śnie.

W dru­gim czy trze­cim ty­go­dniu sierp­nia osoba ja­dąca sa­mo­cho­dem może spoj­rzeć w górę i do­strzec w od­dali czer­wie­nie­jący czu­bek drzewa. Tak się zło­żyło, że w tym roku w Crosby pierw­szym ta­kim drze­wem był duży klon przy ko­ściele, choć nie na­de­szła jesz­cze po­łowa mie­siąca. Za­czął zmie­niać ko­lor od wschod­niej strony. Wy­da­wało się to dziwne wie­lo­let­nim miesz­kań­com, po­nie­waż nie pa­mię­tali, żeby to drzewo zmie­niało barwy jako pierw­sze. Pod ko­niec sierp­nia cały klon nie po­czer­wie­niał, ale stał się po­ma­rań­czo­wo­żółty, co można było zo­ba­czyć, gdy się skrę­ciło za róg Main Street. Po­tem nad­szedł wrze­sień, let­nicy wró­cili tam, skąd przy­je­chali, a uli­cami Crosby czę­sto spa­ce­ro­wało za­le­d­wie kilka osób. Ogól­nie rzecz bio­rąc, li­ście nie mie­niły się ży­wymi bar­wami i lu­dzie przy­pusz­czali, że to z po­wodu braku opa­dów desz­czu w sierp­niu - i we wrze­śniu - któ­rego do­świad­czyły.

Kilka lat wcze­śniej lu­dzie zjeż­dża­jący do Crosby z płat­nej au­to­strady mi­ja­liby de­alera sa­mo­cho­do­wego, pącz­kar­nię, małą re­stau­ra­cję, a także ob­szerne, pod­upa­dłe drew­niane domy, na któ­rych gan­kach le­żały opony ro­we­rowe, pla­sti­kowe za­bawki, wie­szaki i nie­uży­wane od lat kli­ma­ty­za­tory. W jed­nym z tych bu­dyn­ków miesz­kał męż­czy­zna w śred­nim wieku, na­zy­wał się Ricky Da­vis. Był tęgi, czę­sto się upi­jał i wi­dy­wano go, jak prze­chy­lony przez po­ręcz bocz­nego ganku, ze spusz­czo­nymi do po­łowy spodniami, po­ka­zy­wał swoje ob­fite po­śladki z row­kiem i tak da­lej prze­jeż­dża­ją­cym obok, a ci, któ­rzy wcze­śniej tego nie wi­dzieli, prze­krę­cali głowy i pa­trzyli ze zdzi­wie­niem. Póź­niej jed­nak rada miej­ska prze­gło­so­wała otwar­cie w tym miej­scu no­wego po­ste­runku po­li­cji i dla­tego nie ma już Ricky'ego Da­visa ani domu, w któ­rym miesz­kał; krą­żyły po­gło­ski, że osie­dlił się gdzieś nie­da­leko daw­nego jar­marku przy osie­dlu miesz­ka­nio­wym Hat­field.

W sa­mym sercu mia­steczka zo­ba­czy­cie duży ce­glany bu­dy­nek sto­jący w po­bliżu Main Street. Po cof­nię­ciu ze­ga­rów w li­sto­pa­dzie, kiedy wcze­śniej za­czyna się ściem­niać, nie­liczni prze­jezdni oraz ci, któ­rzy spa­ce­ro­wali chod­ni­kiem po dru­giej stro­nie, mo­gli zaj­rzeć w okna tego domu, żółte od za­pa­lo­nych we­wnątrz lamp, i ob­ser­wo­wać Boba Bur­gessa oraz jego żonę Mar­ga­ret Es­ta­ver go­tu­ją­cych ra­zem w kuchni, do­póki nie za­cią­gnęli za­słon. Lu­dzie ich znali, choć w pew­nym sen­sie nie w pełni uświa­da­miali so­bie, ja­kie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa daje im ta para miesz­ka­jąca wła­śnie tu­taj, w sa­mym cen­trum mia­steczka. Mar­ga­ret była pa­storką ko­ścioła uni­ta­riań­skiego i miała swo­ich wier­nych. Bob za młodu pra­co­wał przez wiele lat jako praw­nik w No­wym Jorku, ale nikt mu tego nie wy­ty­kał, może dla­tego, że do­ra­stał w Shir­ley Falls, czter­dzie­ści pięć mi­nut drogi stąd; wró­cił do Ma­ine pra­wie pięt­na­ście lat temu, kiedy oże­nił się z Mar­ga­ret. Od czasu do czasu brał ja­kieś sprawy karne w Shir­ley Falls i wie­dziano, że pro­wa­dzi tam biuro, choć wła­ści­wie już wy­co­fał się z za­wodu. Po­nadto - lu­dzie o tym szep­tali - w dzie­ciń­stwie prze­żył tra­ge­dię. Ba­wił się dźwi­gnią zmiany bie­gów w ro­dzin­nym sa­mo­cho­dzie, który sto­czył się po zbo­czu z pod­jazdu Bur­ges­sów i miesz­kańcy mia­steczka uznali, że to ten sa­mo­chód - a co za tym idzie, Bob - za­bił ojca, który wła­śnie wyj­mo­wał li­sty ze skrzynki pocz­to­wej.

Olive Kit­te­ridge, ma­jąca dzie­więć­dzie­siąt lat i miesz­ka­jąca na osie­dlu dla osób star­szych o na­zwie Ma­ple Tree Apart­ments, wie­działa o tym i za­wsze lu­biła Boba Bur­gessa; uwa­żała, że jest w nim ci­chy smu­tek, za­pewne z po­wodu tego wcze­śnie do­zna­nego nie­szczę­ścia. Olive nie prze­pa­dała za jego żoną Mar­ga­ret, a to dla­tego, że Mar­ga­ret była pa­storką, a Olive nie lu­biła du­chow­nych - z wy­jąt­kiem Co­okego, który udzie­lił jej ślubu z pierw­szym mę­żem, Hen­rym. Wspa­niały czło­wiek ten wie­lebny Da­niel Co­oke. Henry Kit­te­ridge też był wspa­nia­łym czło­wie­kiem.

Pan­de­mia była trud­nym okre­sem dla Olive - trud­nym do znie­sie­nia dla każ­dego - lecz Olive go zno­siła, dzień po dniu, w swoim ma­łym miesz­ka­niu na tym osie­dlu, gdy jed­nak za­bro­niono miesz­kań­com spo­ży­wać po­siłki w ja­dalni i za­częto im je przy­no­sić, po­my­ślała, że cał­kiem zwa­riuje. Ale pod ko­niec pierw­szego roku, po przy­ję­ciu szcze­pionki i dawki przy­po­mi­na­ją­cej, mo­gła tro­chę czę­ściej wy­cho­dzić, ktoś pod­wo­ził ją do mia­sta albo za­bie­rał nad rzekę. Praw­dziwy pro­blem po­le­gał jed­nak na tym, że w cza­sie pan­de­mii naj­lep­sza przy­ja­ciółka Olive, Isa­belle Go­odrow, która miesz­kała dwa domy da­lej, nie­szczę­śli­wie upa­dła i - na do­miar złego - prze­nie­siono ją "za most" do domu opieki na osie­dlu. Olive od­wie­dzała Isa­belle co­dzien­nie i czy­tała jej ga­zetę od de­ski do de­ski. Ale było to trudne, i wcze­śniej, i te­raz.

Na krańcu cy­pla Crosby, wy­soko na kli­fie nad fa­lu­jącą (prze­waż­nie) to­nią Atlan­tyku, miesz­kała Lucy Bar­ton, która przy­je­chała z by­łym mę­żem Wil­lia­mem dwa lata wcze­śniej, ucie­ka­jąc z No­wego Jorku w trak­cie pan­de­mii, i w końcu oby­dwoje zo­stali w mia­steczku. Bu­dziło to sprzeczne uczu­cia, czę­ściowo z po­wodu wro­dzo­nej po­wścią­gli­wo­ści w sto­sunku do no­wo­jor­czy­ków, lecz także dla­tego, że ze względu na ta­kie osoby jak Lucy Bar­ton, która po­sta­no­wiła tu zo­stać, ceny do­mów pod­sko­czyły do nie­bo­tycz­nego po­ziomu i miesz­kańcy Ma­ine, ma­jący na­dzieję, że wpro­wa­dzą się do ład­niej­szego domu, prze­ko­ny­wali się te­raz, że ich na to nie stać. Lucy do­ra­stała w ma­łym mia­steczku w Il­li­nois, lecz całe do­ro­słe ży­cie spę­dziła w No­wym Jorku i ni­gdy, na­wet jako let­niczka, nie przy­jeż­dżała do Ma­ine, do­póki nie spro­wa­dziła się tu­taj ze swoim by­łym mę­żem. Była też po­wie­ścio­pi­sarką, a to wy­wo­ły­wało różne re­ak­cje: więk­szość lu­dzi wo­la­łaby, żeby wró­ciła do No­wego Jorku, ale nikt nie po­wie­dział o niej złego słowa i po­mi­ja­jąc spa­cery nad rzeką z przy­ja­cie­lem, Bo­bem Bur­ges­sem, rzadko ją wi­dy­wano. Choć za­uwa­żono, że od czasu do czasu wcho­dzi tyl­nymi drzwiami do ma­łego ga­bi­netu, który wy­na­jęła nad księ­gar­nią.

W więk­szo­ści wi­tryn skle­po­wych przy Main Street wi­siały wy­wieszki z tek­stami "PO­TRZEBNA PO­MOC" albo "ZA­TRUD­NIMY OD ZA­RAZ", a na wy­brzeżu kilka re­stau­ra­cji mu­siało się za­mknąć, po­nie­waż nie mo­gły zna­leźć pra­cow­ni­ków. Co po­szło nie tak? Wy­su­wano różne teo­rie, ale na­leży uczci­wie po­wie­dzieć, że więk­szość miesz­kań­ców Crosby tego nie wie­działa. Wie­dzieli tylko, że świat nie jest już taki jak kie­dyś. A miesz­kańcy Crosby prze­waż­nie byli sta­rzy albo się sta­rzeli, po­nie­waż tak to jest od lat z po­pu­la­cją stanu Ma­ine. Nie­któ­rzy twier­dzili, że wła­śnie na tym po­lega pro­blem: nie ma mło­dych, któ­rzy pod­ję­liby się tej pracy. Inni ar­gu­men­to­wali, że brak rąk do pracy do­tyka nie tylko Ma­ine, ale ca­łego kraju; snuto do­my­sły, że jest kry­zys opio­idowy i że nie można za­trud­nić lu­dzi, bo nie prze­cho­dzą po­myśl­nie te­stów na obec­ność nar­ko­ty­ków. Inni zaś uwa­żali, że winne jest młode po­ko­le­nie, na przy­kład szes­na­sto­letni wnuk Mal­colma Mo­ody'ego przy­je­chał w od­wie­dziny na trzy dni i bez prze­rwy grał w gry wi­deo na swoim iPho­nie. Co można na to po­ra­dzić?

Nic.

A po­tem w paź­dzier­niku li­ście wy­bu­chły ko­lo­rami, za­le­wa­jąc świat zło­ci­sto­ścią. Świe­ciło słońce, żółte li­ście fru­wały wszę­dzie i był to piękny wi­dok. Dni stały się chłodne, a w nocy pa­dał deszcz, lecz rano znowu wscho­dziło słońce i całe błysz­czące piękno na­tury gro­ma­dziło się wo­kół Crosby. Chmury wi­szące ni­sko na nie­bie na­gle prze­sła­niały słońce, a po­tem rów­nie nie­ocze­ki­wa­nie się roz­stę­po­wały i było tak, jakby ktoś za­pa­lił świa­tło; niebo po­now­nie sta­wało się błę­kitne i ja­sne, a żół­to­po­ma­rań­czowe li­ście ci­cho opa­dały na zie­mię.

*

Pew­nego paź­dzier­ni­ko­wego dnia jedna myśl za­wład­nęła Olive Kit­te­ridge, ale za­sta­na­wiała się pra­wie ty­dzień, nim za­dzwo­niła do Boba Bur­gessa.

- Mam hi­sto­rię do opo­wie­dze­nia tej pi­sarce, Lucy Bar­ton. Na­kłoń ją, żeby mnie od­wie­dziła.

O tej hi­sto­rii Olive roz­my­ślała co­raz czę­ściej i uznała - jak to się czę­sto lu­dziom zda­rza - że je­śli opo­wie ją pi­sarce, może kie­dyś zo­sta­nie to wy­ko­rzy­stane w książce. Nie wie­działa, czy Lucy jest sławną pi­sarką, czy nie­zbyt sławną, ale do­szła do wnio­sku, że nie ma to zna­cze­nia. W bi­blio­tece za­wsze była długa ko­lejka ocze­ku­ją­cych na książki Lucy, więc Olive za­mó­wiła je w księ­garni, prze­czy­tała każdą od de­ski do de­ski i po­my­ślała, że tej ca­łej Lucy mo­głaby się spodo­bać - i mo­głaby ją na­wet wy­ko­rzy­stać - hi­sto­ria, którą miała do opo­wie­dze­nia.

A za­tem owego je­sien­nego dnia żółte li­ście drzewa wi­docz­nego przez wiel­kie, oszklone tylne drzwi opa­dały z sze­le­stem na zie­mię, gdy Olive cze­kała na przy­by­cie Lucy Bar­ton. Sie­dząc w fo­telu z bocz­nymi opar­ciami na głowę, pa­trzyła na trzy si­korki przy karm­niku: dwie duże i jedną małą. Kiedy się po­chy­liła, do­strze­gła wie­wiórkę. Mocno za­bęb­niła knyk­ciami w okno i wie­wiórka umknęła. "Ha", po­wie­działa Olive, od­chy­la­jąc się z po­wro­tem na opar­cie fo­tela. Nie zno­siła wie­wió­rek. Zja­dały jej kwiaty i cią­gle pło­szyły ptaki.

Zna­la­zła oku­lary na sto­liku obok, się­gnęła po duży bez­prze­wo­dowy te­le­fon, rów­nież le­żący na sto­liku, i wy­brała na nim nu­mer.

- Isa­belle - ode­zwała się. - Nie mogę cię dziś rano od­wie­dzić. Ocze­kuję go­ścia. Opo­wiem ci o tym po po­łu­dniu, kiedy przyjdę. Na ra­zie. - Olive roz­łą­czyła się i ro­zej­rzała po nie­wiel­kim miesz­ka­niu.

Pró­bo­wała spoj­rzeć na nie oczami pi­sarki i uznała, że wszystko jest w po­rządku. Było w nim czy­sto i nie za­gra­cały go pa­skudne szpar­gały, jak to bywa w do­mach wielu star­szych osób, gdzie na bla­tach stoją nie­zli­czone fo­to­gra­fie wnu­cząt i tym po­dobne głup­stwa. Olive miała czworo wnu­cząt, ale w sy­pialni tylko nie­duże zdję­cie jed­nego z nich, Ma­łego Henry'ego, który nie był już taki mały. A na kre­den­sie w sa­lo­nie trzy­mała dużą fo­to­gra­fię pierw­szego męża, Henry'ego, i to było tyle. Po­pa­trzyła te­raz na zdję­cie i po­wie­działa:

- Cóż, Henry, zo­ba­czymy, czy jest wraż­liwa.

Za pięć dzie­siąta roz­le­gło się lek­kie pu­ka­nie do drzwi wy­cho­dzą­cych na ko­ry­tarz i Olive za­wo­łała:

- Pro­szę wejść!

Próg prze­kro­czyła ni­ska ko­bieta, która wy­da­wała się po­tulna i onie­śmie­lona. Olive nie zno­siła lu­dzi po­tul­nych i nie­śmia­łych.

- Prze­pra­szam, że przy­szłam wcze­śniej - ode­zwała się ko­bieta. - Za­wsze przy­cho­dzę za wcze­śnie, nic na to nie po­ra­dzę.

- W po­rządku. Nie cier­pię spóź­nial­skich. Pro­szę usiąść - po­le­ciła Olive, wska­zu­jąc ru­chem głowy nie­wielką sofę przy ścia­nie na­prze­ciw.

Lucy Bar­ton we­szła i usia­dła. Miała na so­bie się­ga­jący ko­lan płaszcz w nie­bie­sko-czarną kratę i dżinsy, zbyt ob­ci­słe, zda­niem Olive, jak na jej wiek. Lucy miała sześć­dzie­siąt sześć lat, Olive to spraw­dziła.

Sofa była twarda, Olive wie­działa o tym, ale ta ko­bieta - przez to, jak na niej sie­działa - spra­wiła, że me­bel wy­da­wał się jesz­cze tward­szy. I miała na no­gach coś prze­dziw­nego: buty z dłu­gimi, sze­ro­kimi, srebr­nymi su­wa­kami z przodu. Olive wi­działa jej drobne kostki i wsu­nięte do bu­tów wą­skie spodnie.

- Pro­szę zdjąć płaszcz - za­pro­po­no­wała.

- Nie, dzię­kuję. Ła­two mar­znę.

Olive prze­wró­ciła oczami.

- Nie po­wie­dzia­ła­bym, że tu­taj jest zimno.

Roz­cza­ro­wała się co do tej osoby. W po­koju za­pa­no­wała ci­sza i Olive po­zwo­liła jej się roz­go­ścić. Wresz­cie Lucy prze­mó­wiła:

- Miło mi pa­nią po­znać.

- Aha - tylko tyle od­po­wie­działa Olive, ko­ły­sząc stopą w przód i w tył. Było coś dziw­nego w tej ko­bie­cie. Nie no­siła oku­la­rów i nie miała ma­łych oczu, ale na jej twa­rzy ry­so­wał się wy­raz lek­kiego oszo­ło­mie­nia. - Co ty wła­ści­wie masz na no­gach? - za­py­tała Olive.

Lucy po­pa­trzyła w dół i unio­sła stopy.

- Och, to są śnie­gowce. Ze­szłego lata po­je­cha­li­śmy do Roc­kland i tra­fi­łam na nie w skle­pie.

Roc­kland. Pie­nią­dze. "Ja­sna sprawa", po­my­ślała Olive i stwier­dziła:

- Nie ma śniegu, nie wiem, po co ci śnie­gowce.

Ko­bieta na długą chwilę za­mknęła oczy, a gdy je otwo­rzyła, nie pa­trzyła na Olive.

- Po­dobno przy­je­cha­łaś do na­szego mia­steczka na stałe - za­gad­nęła Olive.

- Kto tak po­wie­dział? - Lucy za­dała to py­ta­nie, jakby na­prawdę chciała po­znać od­po­wiedź, i na­dal wy­glą­dała na lekko oszo­ło­mioną.

- Bob Bur­gess.

I wów­czas jej twarz się zmie­niła: na chwilę stała się ła­godna, od­prę­żona.

- No tak - skon­sta­to­wała.

Olive za­czerp­nęła tchu i za­częła.

- A za­tem, Lucy, jak ci się po­doba na­sze małe Crosby?

- To spora od­miana - od­parła ko­bieta.

- No cóż, to nie Nowy Jork, je­śli o to ci cho­dzi.

Lucy ro­zej­rzała się po po­koju, a po­tem po­wie­działa:

- Chyba wła­śnie o to.

Olive na­dal ją ob­ser­wo­wała. Przez kilka chwil sły­chać było tylko ty­ka­nie ze­gara sto­ją­cego i ci­che brzę­cze­nie lo­dówki we wnęce ku­chen­nej.

- Mó­wiła pani Bo­bowi, że ma dla mnie hi­sto­rię - przy­po­mniała py­ta­ją­cym to­nem Lucy. Zsu­nęła nieco płaszcz, od­kry­wa­jąc plecy, i Olive do­strze­gła czarny golf. Chuda. To stwo­rze­nie było chude. Ale jej oczy wpa­try­wały się te­raz prze­ni­kli­wie w Olive.

Olive lekko mach­nęła ręką w stronę sterty ksią­żek na pó­łeczce pod sto­li­kiem obok.

- Prze­czy­ta­łam wszyst­kie twoje książki.

Nie wy­da­wało się, by Lucy Bar­ton miała na to od­po­wiedź, choć jej wzrok prze­lot­nie spo­czął na wska­za­nej półce.

- Uwa­żam - oznaj­miła Olive - że twoje wspo­mnie­nia brzmią tro­chę jak uża­la­nie się nad sobą. Nie ty jedna do­ra­sta­łaś w bie­dzie.

Znowu nie wy­da­wało się, by Lucy miała na to ja­kąś od­po­wiedź.

- A jak się czuje twój były mąż, Wil­liam, gdy o nim pi­szesz? - za­py­tała Olive. - Cie­kawi mnie to.

Lucy wzru­szyła lekko ra­mio­nami.

- Nie ma z tym pro­blemu. Wie, że je­stem pi­sarką.

- Ro­zu­miem. No tak - po­wie­działa Olive i do­dała: - A te­raz wró­ci­łaś do niego. Znowu je­ste­ście ra­zem. Ale bez ślubu.

- Zga­dza się.

- W mia­steczku Crosby, w sta­nie Ma­ine.

- Otóż to.

Po­now­nie za­pa­dła ci­sza. Po­tem Olive po­wie­działa:

- Ani tro­chę nie przy­po­mi­nasz sie­bie ze zdję­cia na okład­kach ksią­żek.

- Wiem - przy­znała Lucy z pro­stotą i znowu wzru­szyła ra­mio­nami.

- Dla­czego? - do­cie­kała Olive.

- Bo zro­bił je za­wo­dowy fo­to­graf. A także dla­tego, że nie mam już blond wło­sów. Zdję­cie po­wstało lata temu. - Lucy prze­cze­sała dło­nią się­ga­jące pod­bródka ja­sno­brą­zowe włosy.

- Na zdję­ciu były zbyt ja­sne - za­uwa­żyła Olive.

Na­gły uko­śny pro­mień sło­necz­nego świa­tła wpadł przez okno i od­bił się na drew­nia­nej pod­ło­dze. Ze­gar sto­jący w ką­cie na­dal ty­kał. Lucy się­gnęła do tyłu, zdjęła płaszcz i po­ło­żyła go na so­fie obok sie­bie.

- To mój mąż - wy­ja­śniła Olive, wska­zu­jąc dużą fo­to­gra­fię na kre­den­sie. - Pierw­szy mąż, Henry. Wspa­niały czło­wiek.

- Wy­gląda na sym­pa­tycz­nego - po­wie­działa Lucy. - Pro­szę opo­wie­dzieć mi tę hi­sto­rię. Bob mó­wił, że jest pewna hi­sto­ria, którą chcia­łaby pani mi opo­wie­dzieć. - Po­wie­działa to ła­god­nym to­nem. - Chęt­nie po­słu­cham, na­prawdę.

- Bob Bur­gess to po­rządny czło­wiek. Za­wsze go lu­bi­łam - stwier­dziła Olive.

Twarz Lucy lekko się za­ró­żo­wiła - tak się wy­da­wało Olive.

- Bob jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ja­kiego zna­la­złam w tym mia­steczku. Być może naj­lep­szym, ja­kiego mia­łam. - Mó­wiąc to, Lucy spu­ściła oczy. Ale po chwili pod­nio­sła wzrok i po­wtó­rzyła: - Pro­szę opo­wie­dzieć mi tę hi­sto­rię.

Olive lekko się od­prę­żyła i od­parła:

- Do­brze, ale te­raz nie wiem, czy jest tego warta.

- I tak pro­szę ją opo­wie­dzieć - za­chę­ciła Lucy.

*

Hi­sto­ria przed­sta­wiała się na­stę­pu­jąco: matka Olive była córką far­mera z ma­łej mie­ściny w Ma­ine, o na­zwie West An­nett, około go­dziny drogi od Crosby. Swoją drogą, Olive nie prze­pa­dała za matką. Ale to praw­do­po­dob­nie nie miało zna­cze­nia.

- Dla­czego pani jej nie lu­biła? - spy­tała Lucy, a Olive za­sta­no­wiła się i od­parła:

- Pew­nie dla­tego, że ona nie lu­biła mnie.

Lucy ski­nęła głową.

- Mia­łam pięć lat, gdy uro­dziła się moja młod­sza sio­stra, i przy­po­mina mi się... nie wia­domo, czy to praw­dziwe wspo­mnie­nie... jak wcze­śniej spy­ta­łam, dla­czego nie mam żad­nych braci ani sióstr, a matka spoj­rzała na mnie i po­wie­działa: "Po to­bie? Nie od­wa­ży­li­by­śmy się na ko­lejne dziecko". Po­tem jed­nak się od­wa­żyli.

- Dla­czego tak po­wie­działa? Co było z pa­nią nie w po­rządku w dzie­ciń­stwie? - spy­tała Lucy.

- No cóż, przede wszyst­kim nie lu­bi­łam przy­tu­la­nia, więc matka po pro­stu po­ko­chała Isę, która się do niej tu­liła. Matka prze­pa­dała za przy­tu­la­niem, a ja naj­wy­raź­niej nie.

- Isa? To pani sio­stra? Bar­dzo ładne imię. No do­brze, pro­szę mó­wić da­lej. - Lucy zdjęła z dżin­sów ja­kiś pa­proch.

A za­tem matka Olive...

- Jak miała na imię? - prze­rwała Lucy, spo­glą­da­jąc na Olive, a ona od­parła, że Sara. - Z "h" na końcu? - za­py­tała Lucy, a Olive po­krę­ciła głową. Bez "h". Sara miała jed­nego brata i przez całe ży­cie była mu od­dana, choć oka­zał się kom­plet­nie stuk­nięty.

- My­ślę, że ni­gdy nie wy­kształ­ciły mu się ją­dra - stwier­dziła Olive. - Nie uro­sła mu broda, miał wy­soki głos i był bar­dzo dzi­waczną osobą; aha: oże­nił się z ko­bietą o imie­niu Ar­dele, która też była stuk­nięta, ni­gdy nie mieli dzieci, ale tak czy ina­czej matka po­zo­stała od­dana bratu i na­wet zmarła w domu Ar­dele.

A za­tem Sara wy­cho­wała się na ma­łej far­mie w mia­steczku West An­nett. Była bar­dzo ni­ską, po­godną osobą i na do­da­tek ładną.

- Ja ni­gdy nie by­łam ładna - do­dała Olive.

Lucy po pro­stu sie­działa, pa­trząc na nią, i Olive mu­siała od­wró­cić wzrok i wyj­rzeć przez okno.

- Pro­szę mó­wić da­lej - po­wie­działa ci­cho Lucy.

Olive po­pa­trzyła w dół na swój brzuch, ster­czący jak piłka do ko­szy­kówki, na­cią­gnęła na niego połę ża­kietu i pod­jęła opo­wieść.

- Matka chciała być na­uczy­cielką, po­szła więc do Gor­ham Nor­mal School, czyli szkoły pe­da­go­gicz­nej. Tak na­zy­wano wtedy szkoły, które przy­go­to­wy­wały do za­wodu na­uczy­ciel­skiego. To było gdzieś w dru­giej po­ło­wie lat dwu­dzie­stych - do­dała.

Pod ko­niec pierw­szego roku na­uki matka Olive zna­la­zła pracę jako kel­nerka w ośrodku wy­po­czyn­ko­wym nieco da­lej na wy­brzeżu i miesz­kała tam, gdy pra­co­wała. I za­ko­chała się w synu wła­ści­cielki ośrodka.

- Słu­chasz? - za­py­tała Olive.

Lucy po­twier­dziła.

- Pie­nią­dze. Jego matka miała pie­nią­dze, po­cho­dziła z za­moż­nej ro­dziny. Nie wia­domo, co stało się z oj­cem... Zmarł, jak są­dzę.

Ale cho­dziło głów­nie o to, że matka Olive, Sara, na­prawdę za­ko­chała się w tym chło­paku, który na­zy­wał się Ste­phen Tur­ner. I z tego, co wie­działa Olive, on od­wza­jem­niał jej uczu­cia.

Matka Ste­phena była też wła­ści­cielką ku­rortu na Flo­ry­dzie, dla­tego choć Sara wró­ciła do szkoły, na­gle zre­zy­gno­wała pod ko­niec pierw­szego se­me­stru i wy­je­chała na Flo­rydę pra­co­wać u tej ko­biety, pani Tur­ner.

- Matka pani o tym opo­wie­działa? - spy­tała Lucy.

- Tak.

- I co da­lej?

- A za­nim wró­ciła do Ma­ine...

- Czy ten chło­pak był na Flo­ry­dzie? - wtrą­ciła Lucy, a Olive od­parła, że tak, Ste­phen też tam był. Ale kiedy Sara wró­ciła, nie byli już ze Ste­phe­nem parą. Pani Tur­ner uznała, że Sara nie jest od­po­wied­nią par­tią dla jej syna, więc na Flo­ry­dzie roz­biła ich zwią­zek. Ste­phen miał zo­stać le­ka­rzem, co ozna­czało, że Sara, po­cho­dząca z ubo­giej ma­łej farmy, po pro­stu nie jest dla niego dość do­bra.

- Chwi­leczkę. Usły­szała pani to wszystko od matki? - za­py­tała Lucy, po­chy­la­jąc się lekko do przodu.

- Ano tak. Matka opo­wie­działa mi o tym, kiedy by­łam bar­dzo młoda, mia­łam około dwu­na­stu lat, nie pa­mię­tam do­kład­nie ile, ale mi to opo­wie­działa. Tylko raz. Nie przy­po­mi­nam so­bie, by kie­dy­kol­wiek jesz­cze o tym wspo­mniała.

- Pro­szę mó­wić da­lej - za­chę­ciła Lucy.

Sara wró­ciła do szkoły pe­da­go­gicz­nej w Ma­ine, a trzy mie­siące póź­niej spo­tkała na wiej­skiej za­ba­wie ojca Olive.

- Tkwił na końcu ławki, bo nie po­tra­fił na­wią­zy­wać kon­tak­tów to­wa­rzy­skich, więc przy­siadł z brzegu i matka za­ga­dała do niego, a dwa mie­siące póź­niej się po­brali.

Matka Olive zo­stała na­uczy­cielką. Pierw­sza szkoła, w któ­rej pra­co­wała, miała tylko jedną izbę, a oj­ciec Olive, który nie ukoń­czył li­ceum, za­trud­nił się w fa­bryce kon­serw. Stra­cił pracę pod­czas Wiel­kiego Kry­zysu i nie był w sta­nie pła­cić za za­kupy.

Olive przy­po­mi­nała so­bie, jak po­szła z oj­cem do ma­łego skle­piku spo­żyw­czego, a wła­ści­ciel od­mó­wił sprze­da­nia im je­dze­nia na kre­dyt. Pa­mię­tała, że wy­cho­dząc ze skle­piku, oj­ciec miał łzy w oczach.

Umil­kła i znowu po­pa­trzyła w okno. Wresz­cie pod­jęła:

- To nie­zu­peł­nie na­leży do hi­sto­rii, którą chcia­łam ci opo­wie­dzieć, ale chcę za­zna­czyć jedno. Mój oj­ciec był wy­jąt­ko­wym czło­wie­kiem.

- Pod ja­kim wzglę­dem? - spy­tała Lucy.

- Pod każ­dym - od­parła Olive.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa Lucy.

Olive od­wró­ciła się do okna.

- Był ma­ło­mówny. Do­ra­stał w okrop­nych wa­run­kach. Oj­ciec go bił i pró­bo­wał bić też młod­sze dzieci, ale mój oj­ciec za­wsze in­ter­we­nio­wał i do­sta­wał la­nie za te młod­sze dzie­ciaki.

Lucy mil­czała. Po pro­stu sie­działa i ob­ser­wo­wała Olive, płaszcz wciąż le­żał obok niej na so­fie, ręce zło­żyła na ko­la­nach.

- Gdy mój oj­ciec miał pięć­dzie­siąt sie­dem lat, wziął strzelbę i się za­strze­lił. - Olive po­wie­działa to, pa­trząc na Lucy.

- Gdzie? - za­py­tała ci­cho Lucy. - Gdzie to zro­bił?

- W kuchni. Był w kuchni, gdy matka wró­ciła po lek­cjach. Mózg roz­pry­snął się po ca­łym su­fi­cie.

- Och! - szep­nęła Lucy.

- Ale to nie jest czę­ścią tej hi­sto­rii.

- Pro­szę ją opo­wie­dzieć - po­pro­siła Lucy. - Nie wiemy, czy to do niej na­leży, czy nie.

Olive była za­sko­czona, ale kon­ty­nu­owała wą­tek.

- A więc gdy moja matka zmarła, trzy lata po śmierci ojca...

- Na co umarła? - prze­rwała Lucy.

- Guz mó­zgu. - Olive zmie­rzyła po­kój szyb­kim spoj­rze­niem zmru­żo­nych oczu i do­dała w za­du­mie: - Wy­daje mi się to w pew­nym sen­sie in­te­re­su­jące, po­nie­waż le­karz po­wie­dział jej, że mo­gła mieć tego guza od lat, ale roz­pacz po śmierci mo­jego ojca... to sa­mo­bój­stwo... chyba po­bu­dziły jego roz­rost. Za­wsze wy­da­wało mi się to cie­kawe.

- Istot­nie jest cie­kawe - przy­znała Lucy. Usa­do­wiła się wy­god­niej na so­fie. - Wie pani, zna­łam ko­bietę, która miała dwoje naj­bar­dziej uro­czych dzieci pod słoń­cem, były małe, a jej mąż zo­stał słyn­nym pi­sa­rzem, pe­wien uni­wer­sy­tet za­pro­sił go na se­mestr, on zaś po dość krót­kim cza­sie zwią­zał się z inną ko­bietą, a jego żona do­stała guza mó­zgu i umarła, za­nim mi­nął rok. Za­wsze się za­sta­na­wia­łam, czy miało to ja­kiś zwią­zek.

- Cho­ler­cia - sko­men­to­wała Olive. - Co się stało z mę­żem?

- Zo­stał sam i po pew­nym cza­sie nie był już taki sławny.

- To do­brze - orze­kła Olive, a Lucy wolno po­krę­ciła głową i stwier­dziła:

- Nie, to było na­prawdę smutne.

Olive prze­wró­ciła oczami.

- Wróćmy do pani hi­sto­rii - za­pro­po­no­wała Lucy. - A za­tem pani matka umarła. W domu Ar­dele - do­dała i to, że Lucy Bar­ton za­pa­mię­tała ten szcze­gół, ura­do­wało Olive.

- Tak, umarła w domu Ar­dele, a w jej to­rebce... - Olive lekko po­pra­wiła się w fo­telu. - W to­rebce, gdy ją prze­szu­ka­łam, zna­la­złam wy­strzę­piony stary wy­ci­nek pra­sowy. Nie w port­mo­netce, ale wsu­nięty do za­pi­na­nej na su­wak we­wnętrz­nej kie­szonki. Wy­ci­nek z ga­zety. W tam­tych cza­sach, kiedy do mia­steczka przy­jeż­dżał ktoś ma­jący tak zwane zna­cze­nie, po­ja­wiały się w ga­ze­cie nie­mą­dre krót­kie ar­ty­kuły na ten te­mat. I ten wy­ci­nek no­sił datę z cza­sów, gdy matka była od sied­miu lat za­mężna i miała już dwie córki. Oto on.

Krótki ar­ty­kuł z "Shir­ley Falls Jo­ur­nal" - ze zdję­ciem - gło­sił, że dok­tor Ste­phen Tur­ner - syn Ta­kiej-a-Ta­kiej i zmar­łego Ta­kiego-a-Ta­kiego pana Tur­nera - jego żona Ruth oraz córki przy­je­chali do mia­steczka. Ste­phen Tur­ner był le­ka­rzem w Bo­sto­nie, a jego żona córką ja­kie­goś snoba z bo­stoń­skiego śro­do­wi­ska i mieli dwie małe có­reczki, które także po­ja­wiły się na fo­to­gra­fii.

Imiona dziew­czy­nek brzmiały Olive i Isa.

Olive cze­kała.

Po­tem Lucy ode­zwała się:

- O mój Boże.

A Olive ski­nęła głową. Lucy za­częła stu­kać ko­la­nem o ko­lano i ro­zej­rzała się po po­koju, kła­dąc ręce na so­fie.

- O mój Boże - po­wtó­rzyła, tym ra­zem pa­trząc na Olive, która znowu lekko kiw­nęła głową.

- No wła­śnie - po­wie­działa.

- A za­tem pani matka prze­cho­wy­wała ten wy­ci­nek przez całe ży­cie.

- Tak.

- A jego dzieci no­siły ta­kie same imiona jak pani i pani sio­stra.

- Zga­dza się.

Lucy po­woli po­krę­ciła głową.

- Czyli pani matka i Ste­phen Tur­ner mu­sieli roz­ma­wiać o imio­nach, które nada­dzą dzie­ciom.

- Cóż, za­sta­na­wia­łam się nad tym - przy­znała Olive.

- Rze­czy­wi­ście mu­siała się pani za­sta­na­wiać. - Lucy prze­su­nęła się do przodu. - To nie mógł być przy­pa­dek, imiona są wy­jąt­kowe. - Jedna z jej dłoni się po­ru­szyła, gdy Lucy do­dała po­woli, z nutą zdzi­wie­nia: - Roz­ma­wiali o imio­nach dla swo­ich dzieci. Oczy­wi­ście Ruth, żona tego męż­czy­zny, nie miała o tym po­ję­cia. Żadna ko­bieta nie da­łaby dzie­ciom ta­kich sa­mych imion, ja­kie jej mąż wy­brał ze swoją po­przed­nią dziew­czyną.

- No cóż, tak so­bie wła­śnie po­my­śla­łam...

Lucy mó­wiła da­lej:

- Czyli pani matka i dok­tor Ste­phen Tur­ner przez całe swoje ży­cie mał­żeń­skie nie skon­tak­to­wali się ze sobą?

- Nie, nie wy­daje mi się. Nie są­dzę, by to było czę­ścią tej hi­sto­rii.

Lucy kiw­nęła głową.

- Za­pewne nie.

Od­chy­liła się na opar­cie i po­pa­trzyła przed sie­bie, a po­tem spoj­rzała w dół, na swoje dło­nie, i gdy w końcu znowu zwró­ciła oczy na Olive, były mocno za­czer­wie­nione. A po­tem po­pły­nęły z nich łzy. Łzy!

- My­śla­łam, że ni­gdy nie pła­czesz. Czy nie tak pi­sa­łaś w swo­ich wspo­mnie­niach? - spy­tała Olive.

- Wy­daje mi się, że na­pi­sa­łam, że trudno mi się roz­pła­kać. - Lucy prze­szu­ki­wała kie­szeń płasz­cza.

- Są tam. - Olive wska­zała sto­lik po dru­giej stro­nie sofy, a Lucy wstała, wzięła chu­s­teczkę i przy­sia­dła z po­wro­tem.

- Wła­ści­wie dla­czego pła­czesz z tego po­wodu? - Olive na­prawdę chciała to wie­dzieć.

- Po­nie­waż to taka smutna hi­sto­ria!

- Ale jest cie­kawa. Przy­naj­mniej dla mnie.

- Pani Kit­te­ridge, to na­prawdę smutna hi­sto­ria.

Olive znowu spoj­rzała w okno.

- Tak, chyba tak.

- Jest smutna, po­nie­waż pani matka i ten Ste­phen... oni na­prawdę się ko­chali. Byli mło­dzi i głę­boko za­ko­chani... Roz­ma­wiali o imio­nach dla swo­ich dzieci... I jego matka ich roz­dzie­liła, a oni ni­gdy o so­bie nie za­po­mnieli. To­też w trak­cie mał­żeń­stwa z pani oj­cem, ile­kroć on zro­bił coś, co jej się nie po­do­bało, pani matka my­ślała o Ste­phe­nie i o tym, jak wspa­niale by się za­cho­wał w da­nych oko­licz­no­ściach. A je­śli cho­dzi o żonę Ste­phena, tę Ruth... pew­nie było tak samo. Za każ­dym ra­zem, gdy go roz­cza­ro­wała, on my­ślał o swo­jej ślicz­nej, we­so­łej Sa­rze i o wspól­nym ży­ciu, które mo­gliby wieść. A za­tem wszy­scy czworo spę­dzili całe ży­cie z du­chami to­wa­rzy­szą­cymi im, gdzie­kol­wiek byli. I to wła­śnie jest smutne. Smutne dla wszyst­kich, ale zwłasz­cza dla pani ojca i Ruth, któ­rzy na­wet nie wie­dzieli, że miesz­kają z du­chami.

Lucy już nie pła­kała. Ale wy­tarła nos chu­s­teczką.

- Moi ro­dzice nie byli szczę­śli­wym mał­żeń­stwem - po­wie­działa Olive. - Oj­ciec pró­bo­wał za­do­wo­lić matkę, ale jej nie dało się za­do­wo­lić. Pod­czas Wiel­kiego Kry­zysu co ty­dzień za­wo­ził ją do pracy i przy­wo­ził z po­wro­tem, uczyła trzy mia­steczka da­lej, i to on zaj­mo­wał się nami, kiedy by­ły­śmy małe, przy­wo­ził matkę do domu swoją zde­ze­lo­waną pół­cię­ża­rówką, która cią­gle się psuła, każ­dego piąt­ko­wego po­po­łu­dnia, a pew­nego razu za­trzy­mał się i ze­rwał dla niej bu­kiet ma­jo­wych kwia­tów. Ale nie są­dzę, by ją to obe­szło.

Lucy sie­działa na dru­gim końcu nie­wy­god­nej sofy, wy­cią­gnąw­szy przed sie­bie szczu­płe nogi. I wtedy się wy­pro­sto­wała.

- Ja­kich ma­jo­wych kwia­tów? - za­py­tała.

- Och... - Olive ro­zej­rzała się po po­koju, a po­tem od­parła: - Są ta­kie po­lne kwiaty, które można zna­leźć w ciem­niej­szych za­kąt­kach so­sno­wych la­sów, i oj­ciec za­trzy­mał się na po­bo­czu, po­szedł do lasu i ze­rwał dla niej mały bu­kiet.

- Skąd pani wie, że pani matki to nie obe­szło? Czy oj­ciec to pani po­wie­dział?

Olive za­sta­no­wiła się nad tym.

- W mo­ich wspo­mnie­niach matka mi o tym po­wie­działa i jej głos brzmiał... hm, nie cał­kiem lek­ce­wa­żąco, ale jakby to było nie­ważne. Jakby oj­ciec mógł po­my­śleć, że to w czymś po­może, ale co mogą zdzia­łać ma­jowe kwiatki? Tak za­wsze na to pa­trzy­łam.

Lucy przy­ło­żyła dłoń do ust. Wresz­cie prze­mó­wiła:

- Czyli za sa­mo­bój­stwo ojca ob­wi­nia pani matkę?

Olive po­czuła lek­kie ukłu­cie w klatce pier­sio­wej. Pa­trzyła pro­sto przed sie­bie i przez długą chwilę nic nie mó­wiła, a po­tem po­wie­działa:

- Tak, wła­śnie ją za to wi­nię.

Po­tem spoj­rzała na Lucy, która ją ob­ser­wo­wała.

- I co? O czym my­ślisz? - za­py­tała Olive.

- My­ślę, że jego oj­ciec za­pewne był za to w więk­szym stop­niu od­po­wie­dzialny niż pani matka.

Olive za­sta­no­wiła się nad tym i przy­znała:

- No tak, dwóch z jego braci zmarło w ten sam spo­sób.

- Na­prawdę? Nie można więc ob­wi­niać pani matki. - Lucy wes­tchnęła głę­boko i stwier­dziła: - Ale to przy­kra hi­sto­ria. Za­cho­wać taki wy­ci­nek na całe ży­cie. - Po­krę­ciła głową. - Jezu Chry­ste. Te wszyst­kie nie­od­no­to­wane ży­cia, a lu­dzie po pro­stu je prze­ży­wają. - Po­tem po­pa­trzyła na Olive: - Prze­pra­szam za moje słowa.

- A co tam, mów, co chcesz - po­wie­działa Olive i do­dała: - No i wła­śnie to jest ta hi­sto­ria. Za­wsze chcia­łam ją ko­muś opo­wie­dzieć. Ale z nie­wia­do­mych przy­czyn ni­gdy tego nie zro­bi­łam.

Lucy za­uwa­żyła w za­my­śle­niu:

- Za­sta­na­wiam się, ile wie­lo­let­nich mał­żeństw żyje z du­chami tuż obok sie­bie.

- Henry'ego i mnie ni­gdy to nie do­ty­czyło. - Jed­nak mó­wiąc to, Olive prze­lot­nie przy­po­mniała so­bie, jak Henry po­lu­bił tę nie­mą­drą dziew­czynę, która pra­co­wała z nim przez krótki czas w ap­tece, a ją samą po­cią­gał męż­czy­zna, z któ­rym uczyła w szkole. Czyż to jed­nak nie były tylko ma­leń­kie kro­ple w mo­rzu? Nie to co hi­sto­ria, którą przed chwilą przy­wo­łała.

Po­pa­trzyła na Lucy i opo­wie­działa jej o tej przy­głu­piej dziew­czy­nie, którą prze­lot­nie po­lu­bił Henry, i o męż­czyź­nie, który przez krótki czas ją po­cią­gał.

Lucy wy­słu­chała i za­uwa­żyła:

- Tak, to nie to samo. Cie­kawa je­stem, jak długo to trwało?

- Och, nie­cały rok - od­parła Olive.

Lucy mach­nęła ręką.

- Lek­kie za­uro­cze­nia, nie­speł­nione pod­ko­chi­wa­nie się w kimś to nie to samo, co ży­cie z du­chem. - Za­brzę­czał jej te­le­fon i wy­do­była go z kie­szeni płasz­cza. Mu­siała zmru­żyć oczy i przy­su­nąć apa­rat bli­żej. - Prze­pra­szam na chwilę. To Bob. Chce wie­dzieć, czy skoń­czy­ły­śmy. Pod­wiózł mnie tu­taj z ga­bi­netu i za­mie­rza te­raz od­sta­wić z po­wro­tem.

- No cóż, przy­pusz­czam, że skoń­czy­ły­śmy - uznała Olive, choć była roz­cza­ro­wana. Chęt­nie po­ga­wę­dzi­łaby dłu­żej z tą Lucy Bar­ton.

- Pro­szę za­cze­kać, dam mu znać. - Lucy mocno zmru­żyła oczy i po­stu­kała pal­cami w te­le­fon, po czym wsu­nęła go po­now­nie do kie­szeni płasz­cza i spoj­rzała na Olive.

- Bar­dzo się cie­szę z na­szej roz­mowy - oznaj­miła Olive, a Lucy od­parła:

- Tak, było wspa­niale. - Uśmiech­nęła się i jakże to zmie­niło jej twarz! Coś ta­kiego, stała się nie­mal ślicz­notką. - Na­prawdę wspa­niale - po­wtó­rzyła Lucy.

- Cie­szę się, że przy­jaź­nisz się z Bo­bem - stwier­dziła Olive. - Do­bry przy­ja­ciel wiele zmie­nia. Mam taką przy­ja­ciółkę, Isa­belle Go­odrow...

Lucy lekko się za­ru­mie­niła.

- Jego żona, Mar­ga­ret, rów­nież jest miłą osobą - do­dała.

- Ni­gdy się do niej nie prze­ko­na­łam. Nie żeby coś było z nią nie w po­rządku. Po­mi­ja­jąc fakt, że jest pa­storką.

- Ona na­prawdę jest do­brym czło­wie­kiem - stwier­dziła Lucy i do­dała: - Wie pani, to głów­nie z po­wodu Boba... - Urwała. - Z jego po­wodu się z pa­nią spo­tka­łam.

Gdy jed­nak roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi i wszedł Bob Bur­gess, Olive coś do­strze­gła. Zo­ba­czyła twarz Boba i to, jak pa­trzył na Lucy. Był w niej za­ko­chany, a gdy Lucy spoj­rzała na niego z sofy, jej twarz ule­gła grun­tow­nej zmia­nie, przy­brała bar­dzo ła­godny i uszczę­śli­wiony wy­raz.

- Cześć, Bob - przy­wi­tała go Lucy.

- Jak po­szło? - za­py­tał Bob, spo­glą­da­jąc na Olive, a po­tem znowu na Lucy.

- Bar­dzo do­brze - od­parła Olive.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki